Pralnia pod gwiazdami - Patrycja Żurek - ebook
NOWOŚĆ

Pralnia pod gwiazdami ebook

Żurek Patrycja

4,7

37 osób interesuje się tą książką

Opis

Są miejsca, w których nikt niczego nie udaje. Nocna pralnia – cicha, pachnąca proszkiem i spokojem – jest jednym z nich. To właśnie tam Klara przychodzi prać ciężką kołdrę obciążeniową dla ojca chorego na alzheimera i na chwilę odpocząć od odpowiedzialności, która nie uznaje dyżurów ani wolnych weekendów.

W tej samej pralni choć jedną noc bez koszmarów próbuje przespać Dominik – człowiek, który przez lata ratował innych, a dziś sam nie potrafi odnaleźć spokoju po traumatycznych wydarzeniach.

Ich pierwsze spotkania są niewinne: zacinające się drzwiczki pralki, kawa na wynos, wspomnienia, książki i drobne rytuały, które pomagają utrzymać świat w całości. Z czasem jednak stają się dla tych dwojga czymś znacznie istotniejszym – bezpieczną przystanią, gdzie można poczuć więcej, niż się planowało, i powiedzieć mniej, niż się czuje.

„Pralnia pod gwiazdami” to komfortowa, romantyczna nowelka o dojrzałej miłości, która rozwija się powoli, z uważności i małych gestów.

Nowelka z Kolekcji komfortowych romansów Inanny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 135

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (6 ocen)
4
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Lost70

Nie oderwiesz się od lektury

Piękne, wzruszające, dające nadzieję
00
Ann9307

Nie oderwiesz się od lektury

Przepiekna!❤️
00

Popularność




Pralnia pod gwiazdami

Patrycja Żurek

Wydawnictwo Inanna

Spis treści

1.

2.

3.

Copyright

📖 Informacja o wersji demo

Lista stron

Strona 1

Strona 2

Strona 3

Strona 4

Strona 5

Strona 6

Strona 7

Strona 8

Strona 9

Strona 10

Strona 11

1.

Wirowanie nieustannie wyrywało go z płytkiej drzemki. Zawsze wtedy się dziwił, że jednak zapadł w sen, bo wydawało mu się, że wiecznie czuwa i nigdy nie odpoczywa. A jednak to miejsce – pralnia otwarta całą noc – potrafiło w przedziwny sposób go ukoić. Dźwięk kręcącego się bębna przypominał mu coś nieokreślonego, przywoływał jakieś wspomnienie, którego nie potrafił uchwycić. Może coś z dzieciństwa, kiedy jeszcze miał rodzinę? Nie umiał tego wydobyć z podświadomości. Za każdym razem, gdy się zbliżał do sedna, coś wytrącało go z równowagi i umykał mu cały sens.

Tej nocy coś się zmieniło i dopiero po chwili się zorientował, że tym razem ma towarzystwo. Zawstydził się, aż rumieniec uderzył go w twarz. Poprawił się w fotelu. Rzadko spotykał w pralni innych ludzi, w Polsce takie przybytki nie cieszyły się jeszcze aż tak wielką popularnością jak w Stanach. Mimo wszystko nie powinien tak tracić czujności, w końcu to miejsce publiczne, a on pewnie chrapał… Wydawało się jednak, że kobieta po drugiej stronie pomieszczenia znajduje się tu tylko ciałem. Wzrok utkwiła w jakimś nieokreślonym punkcie i zdawała się nie zwracać na niego uwagi. Obserwował ją zatem z nadzieją, że robi to dyskretnie. Całkiem ładna, chociaż w kącikach jej oczu i ust widniały wyraźne zmarszczki – nawet nie starała się tego ukryć. Brązowe, długie włosy zaplotła w pełen nieładu węzeł, który musiał łaskotać ją w kark. Oczy również miała ciemne, prawie czarne, a usta dość małe, choć kształtne. Siedziała, więc nie mógł dokładnie ocenić jej sylwetki, ale zdawała się niziutka i drobna, bardziej jak dziecko niż dorosła osoba.

Rozległo się piknięcie i kobieta aż się wzdrygnęła, wyrwana z głębokiego zamyślenia. Spojrzała na zegarek, stłumiła westchnienie i zbliżyła się do pralki. Wybrała tę, której drzwi często się zacinały, i tak stało się także tym razem. Wstał więc i podszedł.

– Mogę pomóc? –zaproponował i nie czekając na pozwolenie, poradził sobie z urządzeniem.

Uderzył go w nozdrza zapach świeżości – lekko kręcący w nosie aromat proszku i płynu do płukania. Kichnął.

– Na zdrowie. I dziękuję – odparła cicho. – Bardzo to miłe z pana strony.

– Dominik. – Spontanicznie wyciągnął dłoń, sam nie wiedział dlaczego.

Kierował nim jakiś impuls. Zazwyczaj nie przedstawiał się nieznajomym, w ogóle unikał ludzi, nie spoufalał się za bardzo. Ta kobieta jednak wydawała się równie zagubiona jak on, a jednocześnie emanowała od niej jakaś niezwykła siła. Miał wrażenie, jakby znał ją całe życie i spotkał dziś pierwszy raz po bardzo długim czasie.

– Klara. – Odwzajemniła gest. Rękę miała ciepłą, a uścisk pewny.

Dłoń wydała mu się też szorstka, lecz nie miał czasu, by to analizować, bo Klara sięgnęła po reklamówkę i upakowała w niej zawartość pralki.

– Jeden koc? – Dominik uniósł brew.

– To kołdra obciążeniowa taty – wyjaśniła nieco zawstydzona. – Waży więcej, niż dźwignie domowa pralka, więc przychodzę tu często, żeby tatuś miał świeżą.

Dominik uśmiechnął się ciepło. Klara miała w sobie jakąś dobrą energię i to mu się podobało. Nie wstydziła się mówić o ojcu, mimo że troska o bliskich wydawała się niektórym ludziom powodem do zażenowania. Nie chciał tego teraz rozważać… On już nie miał bliskich.

– Nie słyszałem o takim wynalazku – przyznał, żeby podtrzymać konwersację.

Samotność nieco odpuściła, złe sny odeszły. Nawet wieczny niepokój gdzieś się zapodział. Zastanawiał się, czy to kwestia tego miejsca, czy osoby, z którą rozmawiał.

– Świetna rzecz. – Klara się uśmiechnęła. – Pomaga się wyciszyć, relaksuje i koi nerwy. A tata czasami mocno się denerwuje. Muszę iść, nie powinnam zostawiać go tak długo samego.

– Jest chory? – domyślił się, a ona się skrzywiła, więc szybko dodał: – Przepraszam, nie powinienem pytać, w sumie to nie moja sprawa.

– W porządku. – Wzruszyła ramionami, chociaż nie znalazł w tym geście obojętności. – To żadna tajemnica tak naprawdę. Ma chorobę Alzheimera, czasami trochę się gubi, czasami bywa zdenerwowany, szczególnie gdy nie potrafi czegoś skojarzyć albo coś mu nie wychodzi. Zazwyczaj potrafię go uspokoić, ale nie zawsze… – zawiesiła głos. – W sumie nie wiem, po co ci o tym opowiadam.

– Czasami dobrze z kimś pogadać – skontrował. – Zwłaszcza z obcym. Wtedy jest jakoś… lżej.

– Chyba tobie bardziej by się to przydało niż mnie – zauważyła i zmierzyła go wzrokiem.

Dominik znów oblał się rumieńcem. Pokręcił głową, jakby chciał zaprzeczyć, ale przecież okłamałby nie tylko ją, ale i samego siebie. Poczuł się nieswojo z tą prawdą.

– Może innym razem – wycofał się spłoszony. – Mówiłaś przecież, że się spieszysz.

*

Następnego dnia Dominik doszedł do wniosku, że sobie poradzi, nie musiał odpoczywać w pralni i narażać się na spotkania z nieznajomymi. Postanowił położyć się w swoim łóżku, w mieszkaniu, które przecież znał i kochał. Nic złego nie mogło się wydarzyć, nie mógł wiecznie uciekać, zresztą od paru dni czuł się lepiej, a przynajmniej tak sobie wmawiał. Umościł się wygodnie, przytulony do poduszki i opatulony chłodną w dotyku kołdrą. Pomyślał, że mógłby sobie sprawić taką obciążeniową kołdrę, o której mówiła Klara, może by to w czymś pomogło, ukoiło zszargane nerwy. Odsunął tę myśl na bok i próbował zasnąć.

Cisza. Ciemność. Brakowało mu dźwięku kręcącego się bębna, ale przecież go nie potrzebował, żeby odpłynąć. To siedziało tylko w jego głowie i dobrze o tym wiedział. Myśli odpływały, meandrowały niczym rzeka i w końcu zaczął zasypiać, ukołysany zmęczeniem. Nie miał pojęcia, czy śni, czy znajduje się znów w płonącym mieszkaniu. Zapach Spałenizny, skwierczące drewno, jęcząca pod jego stopami podłoga. Wydawało mu się, że widzi Justynkę. Nie! Ona już dawno nie żyła, to jakaś inna dziewczyna, w ogóle niepodobna do siostry. Biegł w jej stronę, ale z każdym jego krokiem ona znajdowała się coraz dalej i dalej. Włosy jej płonęły, wyciągała dłoń z rozcapierzonymi palcami i chyba krzyczała…

Obudził go jego własny wrzask. Poszwa wydawała się wilgotna od potu, poduszka spadła na podłogę. Serce waliło mu mocno, czuł je w skroniach i w gardle, ledwo mógł oddychać, kręciło mu się w głowie. Nie mógł tu zostać, a jednocześnie nie miał siły, żeby się poruszyć. Próbował wyrównać oddech, jak uczył się na terapii, ale opornie szło. W końcu zebrał siły i z trudem zwlókł się z łóżka, ubrał się i wyszedł, nawet nie pamiętając o tym, by zakluczyć drzwi. Chłodne powietrze nieco go otrzeźwiło, pozwoliło zebrać myśli i uspokoić wdechy i wydechy, a tym samym galopujące serce. Spacer dobrze mu zrobił, z nosa wywietrzał mu – prawie prawdziwy – zapach spalenizny, z uszu pozbył się wyjących syren, spod powiek migających świateł straży, a z rąk ciężaru ratowanego człowieka. Jak miał wrócić do pracy, skoro tak mocno przeżywał ostatnie wydarzenia i nie umiał sobie z nimi poradzić? Jak przyznać, że nie czerpał już satysfakcji z udzielania pomocy? Że sam jej potrzebował? Terapia niewiele zmieniała, skoro każdej nocy przeżywał na nowo to samo.

– Szlag – szepnął do siebie.

Chęć snu całkowicie od niego odeszła. Nie wszedł do pralni, nie miał ochoty na odpoczynek, dręczyła go jakaś niecierpliwość. Chciał zmienić coś – cokolwiek – by poczuć się lepiej, i wiele by dał, by tak się stało.

2.

Klara wróciła do domu szybkim krokiem. Mimo że tata spał, dzięki lekom przepisanym na bezsenność, to jednak zawsze się o niego martwiła. Gdyby się ocknął pod jej nieobecność, mógłby się poczuć zagubiony i zrobić coś głupiego. Nie chciała sobie nawet wyobrażać, co by się wtedy stało. Czuła się za niego odpowiedzialna, życiowe role się odwróciły i nikogo nie obarczała za to winą, jednak czasami pragnęła wyrzucić z ciała ogromne zmęczenie, przygniatające ją do ziemi i miażdżące każdego dnia coraz bardziej. Nie umiała się z tego wyrwać i te kilka oddechów w pralni przywracało jej równowagę.

To nie tak, że nie kochała ojca, wręcz przeciwnie. Ale spędzała z nim całe dni, bo pracowała zdalnie, więc mogła sobie pozwolić na opiekowanie się nim. Nie zawsze kończyła projekty na czas, wielokrotnie zależało to od nastroju ojca, który wydawał się niekiedy dużym, rozkapryszonym dzieckiem. Bywało, że ją rozczulał, ale zdarzało się również, że z wściekłości nie potrafiła później zasnąć. Z powodu taty, ale też z powodu goniących ją terminów. Namnożenia obowiązków. Ultimatum Wojciecha. To składało się na jej bezsenność.

Tym razem okutany kołdrą ojciec spał i pochrapywał lekko. Odłożyła kołdrę obciążeniową i przycupnęła na łóżku. Lubiła na niego patrzeć w nocy, wtedy przypominał tego tatusia, którego pamiętała z dzieciństwa. Zawsze nosił ją na barana, dopóki nie wyrosła na tyle, że się tego wstydziła. Chodzili razem na grzyby i spacerowali po lesie, dzięki niemu znała drzewa, krzewy, kwiaty. Zresztą mieli w domu pełno roślin i ojciec dbał o nie jak o dzieci, uwielbiał się nimi zajmować. W tej dziedzinie pamięć mu nie szwankowała, co Klarę zawsze zastanawiało. Widocznie miłość do przyrody wrosła w niego zbyt głęboko, żeby choroba mogła ją tak łatwo wykorzenić z umysłu. Pogłaskała ojca po okrytej stopie i poszła do łazienki. Miała swoją codzienną rutynę, która sprawiała, że nie wariowała całkiem, i kąpiel była jednym z rytuałów. Po całym dniu, kiedy Klara czuła się wymięta i nieświeża, wsypywała do wanny wonną sól, puszczała wodę, zapalała świecę i zanurzała się w pianie. Brała książkę i czytała coś dla przyjemności, zazwyczaj lekkie romanse, żeby uwolnić myśli, ale te przeplatała poważniejszą, społecznie zaangażowaną literaturą albo reportażami. Po prawdzie pochłaniała prawie wszystko, chociaż jeśli jakaś powieść jej nie wciągnęła, odkładała ją bez żalu. Tym razem nie umiała się skupić na treści, myśli wciąż wracały do Dominika. Dziwny facet. Obserwowała go, kiedy drzemał czujnie niczym ptak. Niespokojnie, jakby na ramieniu przysiadła mu zmora. Coś go dręczyło, ale ciało jednocześnie wymagało snu i ta pierwotna potrzeba wygrywała.

Podniosła się gwałtownie, aż zakołysała się zimnawa już woda. Nie mogła o nim myśleć, nie mogła znów wplątać się w ratowanie czyjegoś życia. Zdawała sobie sprawę, że ma w sobie syndrom Matki Teresy, jednak sparzyła się zbyt wiele razy, żeby znów dać się w to wciągnąć. Zawsze ciągnęło ją do skrzywdzonych ludzi, miała ochotę uratować wszystkich, a nie potrafiła ochronić nawet samej siebie. Wycierała ciało, mocno pocierając skórę ręcznikiem, i doszła do wniosku, że w sumie jest szczęśliwa i ma wiele powodów do wdzięczności. Tata mimo alzheimera cieszył się dobrym zdrowiem. Miała świetną pracę i spełniała się jako wirtualna asystentka, tworzyła też sporo interesujących treści na portale internetowe. Może brakowało jej nieco więcej życia, świata, kontaktu z innymi ludźmi, ale całe lato spędzali z tatą na działce. Teraz, kiedy zaczęła się jesień, a pochmurne dni zdarzały się częściej, nie zaglądali tam już tak często. Klara zauważyła, że tacie tego brakuje. Codzienna dawka ruchu sprawiała, że odżywał, miał lepszy apetyt i chęci na wykonywanie ćwiczeń. Bo ona nie odpuściła. Trenowała jego pamięć, dbała o starzejące się ciało, prowadziła rozmowy – czasami całkowicie bezsensowne, ale jakie to miało znaczenie?

Znużona Klara poszła do łóżka, ale nie potrafiła zasnąć. Brakowało jej czegoś, kogoś żywego obok. W końcu spędziła z mężem całe dziesięć lat, przyzwyczaiła się do obecności oddychającej, ciepłej istoty. Teraz to straciła, bo Wojciech odszedł, kiedy zabrała tatę do siebie, tuż po usłyszeniu tej strasznej diagnozy, która strzaskała jej świat i skonfrontowała z nowym wyzwaniem. Odszedł w sumie bez większego sentymentu, z dnia na dzień po prostu spakował się i wyszedł. Bez kłótni, wyjaśnień. Klara nieco sobie wyrzucała, że nie próbowała go zatrzymać, wytłumaczyć, poprosić. Wojciech postawił zresztą sprawę jasno:

– Albo on, albo ja. – Powróciło wspomnienie. Nawet nie musiała zamykać oczu, by móc wyobrazić sobie zmęczoną, pobrużdżoną zmarszczkami niewyspania twarz męża.

Siedzieli przy stole. Ojciec kolejny raz rozlał zupę, ale Klara się nie rzuciła, by posprzątać, jak robiła to zwykle. Nie poruszyła się nawet odrobinę, jakby słowa Wojtka zmroziły ją od środka.

– Leki zaczną działać i będzie lepiej – powiedziała pierwsze, co przyszło jej do głowy.

Ale przecież wiedziała, że to nie alzheimer jest tutaj problemem, a sama obecność obcego dla Wojciecha mężczyzny w ich domu.

– Klaro… – Wystarczył ten ton i już wiedziała.

Nie miała możliwości negocjowania. Tak zarządził i tak miało być. Popatrzyła wtedy na bezradnego tatusia, który właśnie rysował palcem wzorki w plamie zupy na stole. Wydawał się całkiem zadowolony, jakby nic złego się nie wydarzyło – cofnął się do okresu dzieciństwa, chociaż Klara nie wiedziała, czy miał je szczęśliwe. Nigdy o to nie pytała, a teraz postanowiła to zmienić rozmową i pytaniami.

Wróciła wzrokiem do Wojciecha. Poważny mężczyzna na ważnym stanowisku w firmie sprzedającej samochody. Pod krawatem i w koszuli, w garniturze i wypastowanych butach, na których w tamtej chwili osiadło kilka drobinek kaszy z krupniku. Kochała go jak szalona, jeszcze nie tak dawno temu dałaby się za niego pokroić, ale tamtego wieczoru miłość odeszła na dalszy plan. Klara nie sądziła, że potrafi tak sprawnie oddzielić emocje od racjonalnego myślenia.

– Nie możesz mnie tak szantażować – odezwała się w końcu. – Nie w tej sytuacji.

– Wiesz, dlaczego nie zdecydowaliśmy się na dzieci? – odpowiedział pytaniem Wojciech. Klara skinęła głową, ale on i tak kontynuował: – Żeby uniknąć właśnie takich sytuacji. – Zatoczył ręką wokół. – Smrodu, brudu, hałasu, niezorganizowania, całego tego chaosu. A teraz ściągasz nam na głowę kogoś, kogo, w przeciwieństwie do dzieciaka, nie da się wychować.

– To mój tatuś – zaprotestowała, używając najistotniejszego przecież argumentu.

Dla Wojciecha jednak nie miało to najmniejszego znaczenia.

– W domu opieki będzie mu dobrze – zapewnił. Wydawał się pewny podjętej decyzji i Klara zjeżyła się w duchu. – Zapłacę za wszelkie wygody.

– A więc wyłożysz hajs, żeby tylko pozbyć się problemu? – zapytała Klara zjadliwie.

– Skoro tak to postrzegasz – potwierdził ze spokojem i popatrzył jej w oczy. – Ojciec potrzebuje całodobowej, fachowej opieki kogoś, kto zapewni mu najlepsze warunki. Z ciebie pielęgniarka raczej średnia i uwierz, na pewno nie chcesz się taplać w starczej kupie.

– To obrzydliwe – skomentowała Klara.

– Wiem.

– To, co mówisz – uzupełniła, bo najwyraźniej źle zrozumiał. – Nie zrezygnuję z taty tylko dlatego, że ci się to nie podoba.

– Naprawdę jesteś w stanie postawić na szali nasze małżeństwo? – Wojciech otarł usta serwetką, wstał i odłożył talerz do zlewu.

– Ty zacząłeś – zripostowała i również wstała, nie chciała, żeby nad nią górował, chociaż i tak to robił, w końcu należała do dość niskich kobiet.

– Naprawdę nieprawdopodobne. – Wojciech pokręcił głową, wyminął ją i poszedł do pracy.

W ciągu następnych kilku dni pakował jej rzeczy, porządkował papiery, wynosił tobołki – później dowiedziała się, że zawoził je do mieszkania jej ojca. Nie rozmawiali. Klara spała na kanapie, bo bała się, że znalazłszy się z nim w cztery oczy w końcu się ugnie. Każde spojrzenie i gest Wojtka bolały, ale trwała uparcie przy swoim. Zawdzięczała tatusiowi zbyt dużo, żeby ot tak go porzucić, i dlatego pozwoliła, by mąż ją po prostu wyprowadził. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby tatuś zmarniał w domu opieki, otoczony przez obcych, zdezorientowany. Klara wierzyła, że choć może rozum odmówił mu posłuszeństwa, to jednak ojciec sercem wiedział, czuł, że jest mu bliska. Że są rodziną. A to przecież on nauczył ją, że rodzina jest najważniejsza.

3.

– Józio chce zupkę. – Klarę wybudziło delikatne szturchanie.

– Tatuś?

Z ledwością otworzyła zlepione mocnym snem powieki. Zerknęła na zegarek – trzecia trzydzieści trzy – i aż ją otrzepało. Godzina duchów. Położyła się niedawno, chyba po pierwszej, bo dopinała jeszcze kilka tekstów do pracy. Musiała nadrobić zaległości.

– Będzie zupka? – zapytał ponownie staruszek.

Klara dźwignęła się z trudem, walcząc z zawrotami głowy, jakby wypiła kilka kieliszków wina, a nie wieczorną herbatę. Zmęczenie sprawiło, że ręce i nogi stały się ciężkie, nie do udźwignięcia.

– Oczywiście, tatku, zaraz przygotuję.

Dziękowała sobie samej, że wczoraj przygotowała krupnik na sercach i teraz miała co podać ojcu. Kiedy podgrzewała potrawę, zapachniało tak aromatycznie, że sama poczuła głód, więc napełniła dwie miski zamiast jednej. Obserwowała ojca, który przycupnął półdupkiem na krześle, jakby bał się usiąść całym sobą, i zastanowiła się, czy robił tak w dzieciństwie. Nie miała już kogo zapytać, na niej ród się skończy, szczególnie że nie planowała mieć dzieci. Zresztą ojciec zastępował jej czasami całe przedszkole maluchów.

Podsunęła mu talerz, podała łyżkę i patrzyła, jak z ostrożnością nabiera odrobinę, dmucha i wkłada porcję do ust. Rozczulał ją ten człowiek, niegdyś silny, wydawałoby się, że niedźwiedziowaty, a teraz skurczony, pomniejszony niczym rodzynka, zasuszony. Kiedy przyszła choroba, zniknęła gdzieś jego siła, zgarbił się i zmarniał. Zanim się zorientowała, że niedojada, bo zapomina, minęło trochę czasu i Klara miała o to do siebie sporo pretensji. Teraz jednak wypełniała ją miłość, bo tatuś jadł ze smakiem. Rzadko dopisywał mu aż taki apetyt, dlatego mogła wstawać w nocy jak do niemowlęcia i szykować mu to, co lubi. Zresztą jej też smakowała ta zupa, rozgrzewała przyjemnie od środka i, niestety, wypędziła z niej całe zmęczenie.

– Dobra – powiedział ojciec i otarł twarz rękawem. Uśmiechnął się przy tym niczym mały chłopiec, łobuz największy z największych, ale Klara nie zamierzała go upominać. – Pyszna zupka.

– Teraz czas spać – zakomunikowała.

Tatuś nie protestował. Posłusznie poszedł do łóżka i pozwolił okryć się kołdrą. Klara czuwała, dopóki nie zasnął. Wsłuchiwała się w miarowe tykanie zegara. Gdyby miała zasnąć przy tym dźwięku, chyba by zwariowała, ale Józef lubił to jego dosadne odmierzanie czasu. Kiedyś się zdenerwował, bo zapomniała nakręcić stary zegar, i od tamtej pory starała się o tym pamiętać. Tata dostał go w prezencie od mamy i dbał o niego jak o skarb. Zresztą i Klara go lubiła, kojarzył się jej z dobrym dzieciństwem, sielanką, brakiem zmartwień.

– A Jadwisia to gdzie? – zapytał tata, nagle przebudzony.

Bywało, że sny przypominały mu o czymś, co dawno przeminęło. Żonę wspominał regularnie, zapewniał o miłości i oddaniu. Wydawało się wtedy, że jest szczęśliwy, zagubiony gdzieś w przeszłości, w której jego ślubna żyła.

– W pracy, tatuś, na drugą zmianę poszła – skłamała Klara.

Wcześniej próbowała mówić prawdę, ale kiedy tatuś uświadamiał sobie, za każdym razem na nowo, że ukochana żona nie żyje, wpadał w rozpacz. Klara wolała mu tego oszczędzić. Rano i tak nie będzie pamiętał, że pytał.

– Taka piękna kobieta – westchnął ojciec. – Nie sądziłem, że będę miał takie szczęście, wiesz? Że da się zaprosić na potańcówkę i spacer.

– A jednak – skomentowała Klara z uśmiechem.

Lubiła te opowieści ojca, zatopione w pamięci niczym w bursztynie. Kiedy meandrował w pamięci i wspominał, przypominał dawnego siebie. Łapała te chwile normalności jak motyle i przechowywała je, bo wydawały się jej cenne. Zaczęła wypytywać o te minione lata, bo to dobrze tacie robiło, a ona miała lepszy obraz przeszłości. Mamy, taty i całej rodziny.

– Nie chciała ze mną rozmawiać, w końcu zwykły ze mnie robol był, a jej mamusia uważała, że Jadziunia zasługuje na kogoś lepszego.

– Babcia miała dla córki ambitniejsze plany? – drążyła Klara.

Pamiętała babkę jako osobę raczej potulną, bezzębną, z włosami jak gołąbek. Nie patrzyła na nią nigdy jak na mamę mamy, dla niej to zawsze była babuszka. Nieszkodliwa raczej, chociaż czasami przychodziły jej na myśl dogryzki, którymi raczyła tatę. Dopiero teraz, jako dorosła kobieta, Klara zaczęła pewne rzeczy rozumieć i dostrzegać. Puzzle wskoczyły na odpowiednie miejsca. Babcia nigdy nie traktowała ojca jakoś szczególnie życzliwie, a bywało, że zachowywała się jak wredna zołza.

– Oczywiście. Jakiś lekarz się do niej zalecał. Miał w nazwisku coś z majerankiem.

– Majeranowski? – Klara uniosła brwi i prychnęła krótkim śmiechem.

Nigdy nie podejrzewałaby mamy o romans z lekarzem. Znała dobrze wspomnianego przez nią doktora, przez lata ich odwiedzał, stawiał diagnozy, zostawał na obiadach albo kieliszeczku nalewki. Zawsze miała wrażenie, że jest gejem, i chyba nawet mama to kiedyś potwierdziła. Mieszkał nieopodal z „kolegą”, w sumie całe życie razem spędzili, a kiedy Majeranowski przeszedł na emeryturę, wyjechali na wieś ze swoim rudawym psiakiem, którego Klara jako dziecko uwielbiała. Gdzieś we wspomnieniach pamiętała dziwną zazdrość ojca w związku z Majeranowskim i mamą, wtedy wydawało się jej to cholernie romantyczne, a teraz śmieszne w kontekście upodobań seksualnych doktora. Czy ojciec nie wiedział, jakie preferencje miał lekarz?

– On nam diagnozował córeczkę – odezwał się w pewnym momencie tata. – Pierworodną.

– Mnie znaczy. – Klara się uśmiechnęła i poklepała ojca po dłoni.

– Nie. – Popatrzył na nią załzawionymi oczami. – Tę, która umarła. Wyczekana nasza, wymodlona przez mamusię Jadzi, ona później stwierdziła, że to moja wina, żem coś z kopalni na pewno przywlókł, chorobę, która ją zabiła. Albo że to klątwa jakaś przez Skarbnika nadana za grzechy.

– Tato, co ty mówisz? – Klara pokręciła głową zdumiona. Serce dudniło jej w piersi. – Mieliście jeszcze jedno dziecko? Przede mną?

– Oczywiście – potaknął. – Miała pół roku, kiedy umarła. W szpitalu już nic nie mogli zrobić, leki od tego Majeranka nie zadziałały. Później urodziłaś się ty, ale długo się staraliśmy i znów ciąża przebiegała w ciężki sposób. Jadzia bardzo się stresowała, nie mogła uwierzyć, że będzie dobrze.

– Została pochowana u nas na cmentarzu? – zapytała Klara, bo nic innego nie przychodziło jej do zmęczonej, zamglonej głowy. – Ta siostra?

– No przecież nie trzymamy jej w piwnicy – odpowiedział, a ona przez chwilę wpatrywała się w niego osłupiała.

Jakże dawno nie słyszała takich żartów! A przecież jeszcze niedawno z nich słynął – to po nim odziedziczyła to cierpkie poczucie humoru. Nie było jej jednak do śmiechu. Jak mogli tak długo trzymać to przed nią w tajemnicy!

– Dlaczego nic o tym nie wiem?

Ojciec westchnął głęboko. Czasami miewał dobre momenty, kiedy umysł pracował jakby sprawniej, ale zdarzało się to rzadko, coraz rzadziej. Zatopił się w myślach, a Klara czekała cierpliwie. Wiedziała, jak bezcenne są te wspólne chwile, jak wiele będą znaczyć dla niej później. Mama już wyparowała z jej pamięci, zatarła się, przygnieciona innymi wspomnieniami, rutyną, codziennością. Nawet zdjęcia nie zawsze przywoływały to, co wydarzyło się lata temu.

– Jadzia nie chciała o niej wspominać, to za bardzo bolało. Chodziliśmy na grób tylko raz w roku, w dzień jej śmierci. Nie wypowiadaliśmy głośno jej imienia, a kiedy się urodziłaś – wzruszył ramionami – chyba ją po prostu w pewien sposób zastąpiłaś. Ból zbladł, pojawiła się radość.

– Dlatego nie mieliście więcej dzieci? – zapytała Klara.

– Jadwisia nie chciała więcej ryzykować. – Ojciec potrząsnął głową. – Też nie widziałem takiej potrzeby. Wystarczył nam nasz mały świat, z wtrącającą się teściową. Ona naciskała na więcej dziatwy, przecież mężczyzna powinien spłodzić chłopca, ale Jadzia tupała nogą i się szacowna mamusia musiała zamknąć. Przynajmniej raz Jadwinia postawiła na swoim.

Klara przypuszczała, że ojciec jej nie rozpoznaje, że wydaje mu się, iż rozmawia z kimś zupełnie innym, na pewno nie córką. Rodzice zawsze chronili ją przed takimi historiami, nie wtajemniczali jej w sprawy dorosłych, otoczyli ochronną bańką na tyle, na ile to możliwe, jednocześnie pozwalając jej na dotykanie życia.

– Józio jest zmęczony.

Nagle wrócił tatuś, który potrząsał nią, bo „chciał zupki”, jakieś dwie godziny wcześniej. Dobry czas przeminął, w mózgu znów coś przeskoczyło i Klara już wiedziała, że rozmowa dobiegła końca.

– Kładź się spać, łobuzie – zarządziła i mocniej opatuliła go kołdrą, ponieważ zdążył się już rozkopać.

Rozkokosić, przypomniała sobie słowo, którego używała mama. Uśmiechnęła się na to wspomnienie. Niedługo później oddech taty się wyrównał, a on sam zapadł w sen. Klara również marzyła o odpoczynku, ale kiedy podeszła do okna w kuchni, z którego widziała pralnię, dostrzegła Dominika. Później, gdy już napiła się wody i położyła do łóżka, ten dziwny mężczyzna śpiący zaledwie kilkanaście metrów od niej, w miejscu publicznym, nie chciał opuścić jej myśli. Podobnie jak siostra, którą jednocześnie zyskała i straciła w jednym momencie.

Copyright

Pralnia pod gwiazdami

Copyright © Patrycja Żurek

Copyright © Wydawnictwo Inanna

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.

ebook ISBN 978-83-7995-917-4

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Paulina Kalinowska

Korekta: Agata Nowak | proAutor.pl

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl

Skład i typografia: Bookiatryk.pl

Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

[email protected]

www.inanna.pl

Książkę i ebook najtaniej kupisz w MadBooks.pl

📖 Informacja o wersji demo

📖 Wersja demonstracyjna

To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.

Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.

Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl