Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
15 osób interesuje się tą książką
Od podrzutka do lokalnej legendy.
Na schodach kościoła św. Antoniego zaczyna się historia niezwykłej rodziny.
Porywająca powieść inspirowana rodzinną historią autora, w której pamięć, mit i fikcja literacka splatają się z kluczowymi wydarzeniami XX-wiecznej historii Wenezueli.
Powieść zdobyła prestiżowe nagrody literackie: Prix Femina 2024 oraz Grand Prix du roman de l’Académie française 2024. Zachwyciła krytyków i czytelników na całym świecie, którzy porównują ją do Stu lat samotności Gabriela Garcíi Márqueza i wielkich sag Isabel Allende.
W dusznym, tropikalnym Maracaibo niema żebraczka znajduje niemowlę porzucone pod kościołem. Dziecko otrzymuje imię Antonio Borjas Romero. Wychowany w skrajnej nędzy, zahartowany głodem i upokorzeniem, Antonio toruje sobie drogę w świecie, który nigdy nie był dla niego łaskawy.
U jego boku stoi Ana María Rodríguez – lekarka zmuszona walczyć nie tylko z chorobami, lecz także z uprzedzeniami i systemem, który nie przewidział dla niej miejsca. Ich córka, Venezuela, dorasta w cieniu wielkich ideałów i jeszcze większych rozczarowań. Marzy o ucieczce z kraju naznaczonego dyktaturą Marcosa Péreza Jiméneza, rewolucją 1958 roku i kolejnymi falami politycznych złudzeń. To opowieść o historii, która brutalnie wdziera się do domów i serc zwykłych ludzi – oraz o cenie, jaką trzeba zapłacić, by ocalić własne imię, marzenia i nadzieję na wolność.
Bogaty, muzyczny język i sugestywna wyobraźnia Bonnefoya sprawiają, że ta powieść jest nie tylko historią rodziny i kraju, lecz także poruszającym hymnem na cześć pamięci, uporu i pragnienia wolności. Jak w micie o jaguarze – zwierzęciu, które musi walczyć, by przetrwać – bohaterowie tej sagi rodzą się z ognia przeciwności, a ich los z czasem staje się legendą.
„Książka absolutnie olśniewająca”. – Augustin Trapenard, „La Grande Librairie”
„Ta powieść w stylu realizmu magicznego ma rozmach Gabriela Garcíi Márqueza i rodzinne ciepło Isabel Allende. Niezapomniana lektura”. – „Elle”
„To nie tylko historia jednej rodziny, lecz także opowieść o kraju i o całym XX wieku”. – „Le Figaro”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 230
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TYTUŁ ORYGINAŁU:
Le rêve du jaguar
Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska
Wydawczyni: Ewelina Czajkowska
Redakcja: Bożena Sęk
Korekta: Ewelina Kapelewska
Projekt okładki: ©Favoritbuero, München
Opracowanie graficzne okładki: Wojciech Bryda
Ilustracje na okładce: Favoritbuero x Midjourney; © blossomstar / Stock.Adobe.com
© Editions Payot & Rivages, Paris, 2024
Published by arrangement with SAS Lester Literary Agency & Associates
Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © for the Polish translation by Dorota Malina, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie I
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-786-0
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
A la madre,
Y sonarán las campanas.
A Nene,
Al fín bailas.
Północ ma rozum, który bada deszcz i analizuje pioruny.
Południe ma taniec, który wywołuje deszcz i wymyśla pioruny.
William OSPINA
W trzecim dniu życia Antonio Borjas Romero został porzucony na schodach kościoła przy ulicy, która dziś nosi jego imię. Nikt nie zna dokładnej daty tego wydarzenia, wiadomo tylko, że co rano, zawsze w tym samym miejscu, na dziedzińcu kościoła siadała żebraczka z miską z tykwy i wyciągała chudą rękę do przechodniów. Kiedy pewnego dnia zastała tam niemowlę, odepchnęła je z obrzydzeniem. Nagle jednak jej uwagę przykuło błyszczące puzderko schowane w fałdach becika, ewidentnie jako datek. Zobaczyła srebrny blaszany prostokąt rzeźbiony w delikatne arabeski. Maszynka do skręcania papierosów. Żebraczka ją ukradła, a potem zupełnie straciła zainteresowanie dzieckiem. W miarę upływu poranka zauważyła jednak, że jego cichutkie kwilenie i nieśmiałe łzy rozmiękczają serca wiernych, którzy uznając, że są razem, jeden po drugim wrzucali jej do miski miedziaki. Wieczorem zabrała niemowlę do zagrody, przystawiła je do obsiadłych muchami wymion czarnej kozy i trzymając na kolanach pod brzuchem zwierzęcia, napoiła ciepłym tłustym mlekiem. Następnego dnia owinęła dziecko w ścierkę i powiesiła sobie na biodrach. Po tygodniu zaczęła mówić, że to jej syn.
Kobieta, którą wszyscy nazywali Niemą Teresą, bo z trudem artykułowała pojedyncze słowa, musiała być po czterdziestce, choć sama nie potrafiłaby podać swojego wieku. Miała nieco indiańskie rysy, a lewą stronę twarzy lekko sparaliżowaną dawnym napadem zazdrości. Na kościach wisiała jej gąbczasta skóra, ramiona miała pokryte wiecznie rozjątrzonymi ranami, a włosy w kolorze brudnej bieli oklapnięte jak uszy basseta. Po ukąszeniu przez przyczajonego w szufladzie skorpiona straciła paznokieć lewego kciuka – trucizna jej nie zabiła, ale na końcu palca powstała gruda mięsa, martwa narośl, i przez pierwsze tygodnie właśnie ten gruzeł niemowlę ssało przed zaśnięciem.
Nazwała małego Antonio, bo kościołowi, pod którym go znalazła, patronował święty Antoni. Karmiła go własną wściekłością, swoim cichym cierpieniem. We wczesnych latach skazywała go na brud, wstyd i ubóstwo. Wmówiła sobie, że jeśli to przeżyje, nikt oprócz niego samego nie zdoła go zabić. Kiedy skończył rok, ciągle ledwo chodził, ale już doskonale żebrał. Kiedy skończył dwa lata, zanim nauczył się hiszpańskiego, władał językiem migowym. Kiedy skończył trzy lata, był do niej tak podobny, że zastanawiała się, czy faktycznie znalazła go na kościelnych schodach, czy przypadkiem nie urodziła go na podwórzu za jakąś ruderą, w słomie między osłem a jagnięciem. Ubierała chłopca w niechlujne łachmany i żeby wzruszyć przechodniów, przytulała do siebie z udawaną czułością, mocząc go swoim kwaśnym potem, który pod wpływem upału zamieniał się w tłustą żółtawą maź. Do jedzenia dawała mu kulany w ręce kozi ser, a spali razem przykryci wyblakłymi gazetami w prowizorycznej owczarni i być może nigdy żadna kobieta z taką odwagą nie zajmowała się dzieckiem, którego nie kochała.
Mimo wszystko dla Antonia właśnie ta zakłamana chytra żebraczka, ta szydercza złodziejka była najlepszą matką, jaką mógł sobie wymarzyć. Szorstkość, którą mu okazywała, oraz powstałą z biedy trującą miłość, która się między nimi wytworzyła, brał za czułość. Dorastał przy jej boku w La Ricie, na obrzeżach jeziora Maracaibo, w zakątku świata tak niebezpiecznym, że nazywano go Pela el Ojo (Bądź Czujny).
W wieku lat sześciu Antonio nie wierzył już w cuda, sprzedawał gagaty jako talizmany i umiał wróżyć z kart, bo Niema Teresa wmówiła mu, że to jedyna nauka, która jest zarazem przekonująca i nieobciążona niewygodną prawdą. Kiedy miał osiem lat, nauczyła go rozpoznawać złych aguadores, nosicieli wody, którzy sprzedawali słoną wodę z jeziora jako czystą deszczówkę. I sklepikarzy, którzy odgiętym spinaczem majstrowali przy wagach, i budowlańców, którzy po kryjomu handlowali śrubami przeznaczonymi na szalówki, i treserów kogutów, którzy w gallodromach chowali ptakom żyletki za pazurem ostrogi. Tak dobrze przygotowała go na ciężkie życie pełne pułapek i zgryzot, potyczek i podejrzliwości, że kiedy podczas mszy proboszcz obwieszczał, że jakiś święty zaczął płakać, Antonio pierwszy podnosił wzrok do sufitu, żeby sprawdzić, gdzie jest przeciek.
W tym czasie Pela el Ojo było wielkim dusznym bagniskiem o podmokłych brzegach z mnóstwem domków na palach, których drzwi zawsze stały otworem. Na tych mętnych wodach zbudowano mieszkania z kuchnią pod gołym niebem i ze starymi poczerniałymi piecami, a wszędzie wokół dryfowały wyrzucone z centrum miasta śmieci. Wypiekano tam chleb, handlowano paliwem. Dzieci żyły nago, biegały po jeziorze, przeskakując po nieustannie reperowanej platformie wspartej na tysiącu pni i brodzącej w wodzie niczym pałac Serenissimy, tak że weneccy żeglarze, którzy przybyli tu kiedyś, roztaczając woń welinu i woskowych pieczęci, stwierdzili, że teren jest jak „mała Wenecja”, venezziola, Wenezuela.
Nieruchomy krajobraz w ogóle nie przywoływał na myśl prastarych karaibskich miast rządzonych przez kacyków Tamanaco czy Marę, wspaniałych metropolii pełnych kobiet w wyszywanych złotem pelerynach i bawełnianych sukniach, młodzieńców z torsami obsypanymi srebrnym proszkiem i noworodków zawiniętych w futra jaguara. Nikt nie myślał już o nacji przed nacjami, o mężczyznach przebranych za orły, o dzieciach, które rozmawiały ze zmarłymi, i o zmieniających się w salamandry kobietach.
W tym czasie była to już tylko odarta z poezji wioska, gdzie dachy kryto liśćmi palmowymi, a nastolatki nosiły sandały wycięte z opon pikapów. Rudery były sklecone ze starych masek ciężarówek Indiana, klamki okienne zrobione z puszek po konserwach, a krzesła obite aluminiowymi reklamami Shella. A ponieważ deszcze były ulewne i należało chronić palmową strzechę, ludzie kupowali stare bilbordy Chevroleta kradzione nocą z autostrad, tak że na dachach wszystkich slumsów, gdzie spali wyłącznie biedacy bez prawa jazdy, widniały deklaracje typu: „Nie ma szczęścia bez Chevroleta”.
Przez ulewy, nazywane palo de agua, jezioro często wylewało. Woda powoli pokrywała całą równinę, podtapiając wioski. Zdarzało się, że wściekły deszcz padał bez ustanku przez czterdzieści dni i nocy, zostawiając na łąkach żniwo martwych papug, a kiedy fala docierała do gospodarstw i zalewała uprawy, z zatoki tysiącami przypływały homary, których podwodny bankiet z pędów kukurydzy w dwa tygodnie niweczył całoroczne zbiory. W Maracaibo homary przeklinało się tak jak w Egipcie szarańczę.
Właśnie w tym świecie dorastał Antonio. Łowił ryby w jeziorze. Pływał wśród namorzynów. W jadłospisie miał wyłącznie sumy, kulbiny o białym mięsie, błękitne kraby i olbrzymie słodkowodne krewetki, tak że Niema Teresa zaczynała fantazjować, że chłopcu kiedyś wyrosną skrzela i zacznie oddychać pod wodą. Pewnego dnia, kiedy miał jedenaście lat, schował żyłki i haczyki do torby, poszedł na wioskowy pomost i ukradł pirogę. Dzieci to zauważyły i doniosły na niego właścicielom. Nie trzeba było długo czekać, żeby w oddali zobaczyć nadciągający w pośpiechu pościg. Byli to bogacze La Rity, ludzie, którzy po tej stronie jeziora dzierżyli władzę i stanowili prawo: Manu Muro, kawał chłopa, dwumetrowy olbrzym równie szeroki w pasie, co w ramionach; Hermès Montero, niski, czerwony z wściekłości nerwus, i Asdrubal Urribarri, zielonooki Metys ze szpotawą nogą, ubrany w białą żonobijkę, który wymachiwał ścierką, jakby przed chwilą wstał od stołu.
– Antonio, wiem, że to ty! – wrzasnął Urribarri. – Wracaj tu!
Mężczyźni biegali tam i z powrotem po zaśmieconej plaży i rzucali gniewne spojrzenia na chłopaka, który wiosłował w siną dal. Asdrubal Urribarri zniknął, a po chwili wrócił z rozjuszonym psem, którego wypuścił do wody. Ku ogólnemu zaskoczeniu zwierzę z ogromną energią i swobodą jak opętane pognało aż do pirogi, wskoczyło na pokład i rzuciło się do szyi Antonia. On jednak zdołał mu umknąć: dał nura za burtę i popłynął pod prąd. Pies ruszył za nim, a łódka mimo wrzasków Asdrubala podryfowała ku horyzontowi.
– Piroga! Nie daj jej odpłynąć!
Pies uparcie kontynuował pościg, gorączkowo szczekał, gryzł fale i warczał jak wariat. Antonio tymczasem podwajał wysiłki, zanurzał głowę i znikał pod wodą. Po półgodzinie, kiedy mocny skurcz ściskał mu łydkę, a dotkliwe zakwasy usztywniały ramiona, zdał sobie sprawę, że szczekanie zamieniło się w skomlenie, w jęki rozbitka, tak że po kilku minutach nad powierzchnię wystawał już tylko czubek pyska. Dopiero kiedy pies naprawdę zaczynał się topić, piszcząc jak szczeniak, Antonio postanowił zwolnić. W ostatnim samozachowawczym zrywie zwierzę go dogoniło, ale zamiast gryźć, uczepiło się jego ramion. Była szósta wieczorem. Właściciele pirogi uzbrojeni w skórzane liny i pasy wypatrywali chłopca z brzegu.
– W końcu się zmęczysz – wołali do niego. – My tu na ciebie poczekamy.
Wyczerpany Antonio z psem na grzbiecie płynął z nurtem aż do Punta Camacho, pogodzony z tym, że z jeziora wyjdzie dopiero po zmroku. Noc zapadła, kiedy znajdował się kilometr dalej, na wysokości Puerto Iguana: blask księżyca wreszcie dał mu kamuflaż, a ciemność udzieliła schronienia, dopłynął więc do niewielkiego pomostu i razem z psem dobiegł do Camino Real, czyli drogi prowadzącej do Pela el Ojo. I kiedy z ulgą rozpoznał światła swojej rudery, rad, że w końcu cały i zdrowy dotarł do spokojnej przystani, nagle z przerażeniem dostrzegł sylwetkę Asdrubala Urribarriego, który – nadal ze ścierką w ręce i na lekko chwiejnych nogach – rozmawiał z Niemą Teresą, szeroko przy tym gestykulując. Choć Antonio mdlał ze zmęczenia, uznał, że ujawnienie się byłoby zbyt ryzykowne. Znalazł solidną palmę, wdrapał się na sam szczyt i czekał, aż noc minie.
Gwiazdy na niebie były olbrzymie, a świat wydawał się zalany cytrynową poświatą. Grupka mężczyzn zaczęła go szukać. Na szczycie palmy Antonio płakał nie ze strachu, lecz z wściekłości. Samiusieńki, zziębnięty od jeziornej bryzy, wśród kłującej plątaniny liści, walcząc o miejsce z dwoma szczurami, które obgryzały gałązki w koronie, zasnął dopiero po dwóch godzinach, słuchając kopulujących żab, i we śnie mylił ich rechot z krzykiem ścigających go mężczyzn.
Ktoś obudził go bladym świtem, waląc mu kijem po nogach. Była to Niema Teresa. Przez całą noc na próżno szukała go w każdym krzaczku, pod każdą kokkolobą nad brzegiem jeziora. Przyprowadził ją do niego pies, wbrew wszelkim oczekiwaniom i bez wiedzy Antonia, wdzięczny mu za ocalenie. Teresa położyła na ziemi serwetkę z dwoma arepas, plackami z mąki kukurydzianej, i odrobiną startego sera. W swoim ograniczonym języku przekazała mu, żeby został na górze i jeszcze dzień czy dwa się ukrywał, bo Asdrubal Urribarri ciągle krąży wokół ich domu. Chłopiec ze złością uderzył się w pierś.
– Kiedyś będę mężczyzną i przestanę się bać – oznajmił jej ze szczytu palmy. – Pokażę mu, kto tu rządzi.
Niema Teresa nie odpowiedziała. Kiedy patrzyła, jak siedzi na tym pustkowiu schowany wysoko na drzewie i zapomniany przez wszystkich, krwawiło jej serce, bo nie była w stanie wyobrazić sobie dla niego przyszłości innej niż los urodzonego pod złą gwiazdą ulicznego chuligana, który ciąga swoją samotność po obskurnych rumowniach, gdzie gromadzą się zbiry i przestępcy, ludzie bez nadziei, którzy nie spodziewają się zaznać piękna i nie wiedzą, za kogo trzeba umierać. Sądziła, że stanie się taki jak ci, co go szukają i chcą go sprać: że będzie mężczyzną złośliwym i aroganckim, wychowanym przez brutalny żywioł jeziora i chytrych starców, z kolczastym bezkwietnym sercem. Albo, co gorsza, że tak jak ona będzie wiódł żywot spleciony z fiask i frustracji, siedząc na schodach kościoła z chudą ręką wyciągniętą w stronę przechodniów i rozmyślając nad upokorzeniami i błędami młodości po dzieciństwie bez domu ani schronienia, bez miłości ani opieki, po dzieciństwie, podczas którego nikt nie nauczył go żyć.
Właśnie dlatego trzy dni później, kiedy wszyscy zapomnieli o aferze z łódką i Antonio mógł wrócić do domu, Niema Teresa przywitała go z cierpliwą łagodnością. Przycupnięta na zydelku i pochylona nad balią z praniem czekała na niego, a kiedy zjawił się blady jak ściana z głodu i ze zmęczenia, z zimna i ze strachu, zaczęła się zastanawiać, jak ludzkość zdołała przetrwać wśród takiego okrucieństwa. W milczeniu posadziła go na ziemi, rozebrała i pobieżnie wykąpała w wodzie po praniu, szorując mu ciało, tak że balia wypełniła się drobinkami alg i kory palmy kokosowej, a oni do końca życia nie wspomnieli o tej przeprawie ani słowem.
Nazajutrz, przeszukawszy wszystkie kąty swojej rudery, wręczyła mu paczuszkę. Antonio, który pierwszy raz w życiu dostał prezent, pospiesznie go otworzył. Była to maszynka do skręcania papierosów, którą Niema Teresa dziesięć lat wcześniej znalazła w fałdach jego becika. Na spodzie widniało wygrawerowane: Borjas Romero. Spojrzała Antoniowi prosto w oczy i była to jedna z rzadkich sytuacji, kiedy usłyszał jej głos:
– Jeśli chcesz zostać szefem, nie kradnij. Pracuj – wydukała powoli.
W ten sposób Antonio wbił sobie do głowy, że będzie sprzedawał papierosy. Pierwszą garstkę tytoniu zdobył dzięki sprytowi. Pewnego wrześniowego poranka, kilka dni po incydencie z łódką, przeciął jedyny plac w La Ricie, zdecydowanym krokiem wszedł do sklepu La Pioja należącego do Henriego Reille’a, dorodnego jegomościa bez przeszłości, żwawego czterdziestolatka, syna imigrantów z Nantes, który po francuskich przodkach odziedziczył talent do handlu, i zaproponował mu następujący układ:
– Niech mi pan da bletki i tytoń. Wieczorem zapłacę podwójnie.
Wyszedł ze sklepu z dziesięcioma gramami tytoniu, skręcił trzydzieści papierosów i udał się do portu w Santa Rita, gdzie co wieczór przypływały dziesiątki mężczyzn z południa jeziora Maracaibo, z gór Mérida i z bagien Santander, z Trujillo i Táchiry, dobijając do przystani w czółnach wyrzeźbionych z jednego pnia i w pirogach pełnych zwierząt, których krzyki roznosiły się echem po zatoce. Aż do wieczora, obsługując maszynkę tak, jakby była wenecką lutnią, sprzedał wszystko, co miał – z aptekarską dokładnością odważał każdy gram tytoniu i oszczędzał każdy milimetr bibułki. Około siódmej wrócił do sklepu i ku wielkiemu zdziwieniu Henriego Reille’a położył na ladzie całodzienny zarobek.
– Jest pan teraz bogatszy niż rano. Ja też. Proponuję dalszą współpracę.
Przez trzy tygodnie w dusznym upale nadbrzeża Antonio niezmordowanie kursował z Pela el Ojo do La Rity i zachęcał do palenia każdego, kogo spotykał w porcie. Z wściekłą determinacją włączał się do wielkiej wspólnoty sprzedawców granity i guarapo, zimnych napojów na bazie soku z trzciny, pasty cukrowej i pinolu, aż do dnia, kiedy pewien importer zaproponował mu kilka centymów za rozładunek kokosów ze statku.
Antonio, który już wtedy miał szerokie bary i umięśnione plecy, za pomocą dwóch skórzanych pasów zarzucił na łopatki wór, sam zdziwiony tężyzną własnych ramion i wytrzymałością nóg, a potem ugięty pod ogromną masą ruszył w stronę ciężarówki ze ślepą determinacją, którą inni dokerzy podziwiali nie ze względu na jego siłę, lecz na młody wiek. Mimo wielkiej wagi, która zgniatała mu płuca, zdołał wszystko rozładować i dzięki własnej krzepie w godzinę zarobił tyle, ile nie byłby w stanie dostać za cały dzień handlowania papierosami. Od tej pory już nigdy nie przekroczył progu sklepu Henriego Reille’a. Następnego dnia wrócił w to samo miejsce na rampie, przekonany, że dzięki mocy swoich mięśni zbije fortunę, ale szybko zrozumiał, że wszędzie, nawet w świecie dokerów, obowiązuje hierarchia.
Przedstawiono go staremu żeglarzowi imieniem Alfaro, Panamczykowi z upierścienionymi dłońmi i haczykowatym nosem, znanemu z choleryczności i krótkiego lontu, który potrzebował robotników. Antonio był wzorem dyscypliny i elastyczności, poświęcał się pracy i bez mruknięcia wykonywał polecenia, zadowalając się tym, co dostawał. W duchocie portu, gdzie na kejach codziennie piętrzyły się skrzynie wonnych przypraw i pojemniki kwiatów, chłopak nauczył się czytać, liczyć, rozpoznawać bandery, które przemytnicy zmieniali, żeby oszukać celników, na ślepo, samymi palcami identyfikować nominały wręczanych mu monet i katalogować w głowie nie tylko wszystkie rozbrzmiewające wokół akcenty, lecz także niesamowite historie przybyszów, które zlewały mu się w głowie w jedną epicką opowieść.
W ten sposób dowiedział się, że na południu istnieje ruchoma wioska, osada, która się przenosi, krąży wokół Barinas jak planeta wokół gwiazdy, i do której trafia się wyłącznie przez przypadek. Usłyszał legendę o należącej do Benita Bonito dziewicy z litego złota, relację o wzniesionej w sercu dżungli operze w Manaus i o trzydziestoośmiominutowej wojnie na Zanzibarze. Poznał historię andaluzyjskiego kolonisty, który sprowadził z Nepalu czterysta słoni, żeby zapełnić swoją stajnię na środku pustyni, na wydmach Coro. Te cudowne opowieści tak głęboko wyryły się w marmurze pamięci Antonia, że wiele lat później, kiedy przykręcano tabliczkę do ulicy, która odtąd miała nosić jego imię, z niesamowitą precyzją jeszcze raz przeżywał ten upalny poranek, gdy nagle w malutkim porcie Santa Rita, stojąc w kłębowisku lin i ciężkich łańcuchów, na pokładzie zawijającego do Maracaibo statku zobaczył pomnik Simóna Bolívara.
El Libertador pojawił się tam w pewien listopadowy wtorek. Okoliczni mieszkańcy już z daleka, z deptaku pokrytego zmiażdżonymi mango i zgniłymi rybami, widzieli imponującą czterometrową statuę odlaną w Toskanii z sześciu ton brązu. Przedstawiała mężczyznę na koniu w dziewiętnastowiecznym stroju i we władczej pozie, który patrzył wprost przed siebie, przeszywając przyszłość szablą, a jego elegancja wywarła tak ogromne wrażenie na zgromadzonych na plaży dzieciach, odzianych w łachmany chłopcach, którzy nigdy nie widzieli Bolívara, że rozbiegli się do domów, krzycząc: „Bóg przypłynął do Maracaibo!”. Po szczękającej symfonii żelaznych kół pasowych i klinów Simón Bolívar został ostrożnie zdjęty ze statku i umieszczony wśród worków z kawą, w otoczeniu skrzyń z bananami i suszonym mięsem oraz klatek z kurami. Brąz śmierdział gujawą. Posąg przybył z daleka. Przepłynął statkiem rwącą rzekę. Przetrwał liczne tropikalne ulewy, osiemdziesiąt kilometrów w towarzystwie kajmanów i wyjców, powoli rdzewiejąc. Miał zostać w Maracaibo kilka dni, a potem kontynuować podróż rzeką Escalante aż do portu Santa Bárbara del Zulia, obok miasta San Carlos, gdzie w tysiąc osiemset dwudziestym roku Simón Bolívar, korzystając z obfitości drewna w regionie, zarządził budowę pięciu okrętów do walki z Hiszpanami.
O drugiej po południu o wizycie Libertadora wiedziało już całe miasto. Ludzie w kakofonicznym karnawale tłoczyli się wokół posągu, brali dzieci na barana i wyprowadzali staruszków z łóżek, a na przystani widziało się nawet Indian Guajiro, którzy z brzękiem dzwoneczków i ptaszkami w dłoniach boso zeszli z Serranía de Perijá przyciągnięci nowiną, że na środku ich jeziora pojawił się człowiek z metalu. Nie trzeba było długo czekać, aż władze lokalne, na czele z gubernatorem stanu Zulia i innymi przedstawicielami miejskiego benemérito, drobiąc po zgniłych owocach, nadciągnęły z oficjalną delegacją, żeby złożyć hołd bohaterowi narodowemu.
Ich przemowy były tak długie i tak pompatyczne, że w ciągu dziesięciu dni, które statua spędziła w porcie w Maracaibo, ludzie stopniowo stracili nią zainteresowanie. Nocą krążący po nadbrzeżu chuligani próbowali pomalować zad konia, niektórzy obrzucali głowę bohatera awokado wielkości melonów, ktoś usiłował nawet odpiłować mu szablę, ale udało się zrobić tylko trzycentymetrowe nacięcie na ręce, tak że kiedy kilka dni później ludzie oglądali posąg, byli przekonani, że to tajemnicza pozostałość po stygmatach.
Incydent niespodziewany, zwodniczy, bo skrywający inny, zmusił Antonia do kolejnej zmiany zawodu. Kiedy Simón Bolívar już odpłynął, stary żeglarz Alvaro przebudził się nagle w środku nocy zaalarmowany niesamowitą wrzawą na ulicy. Nie miał czucia w nogach. Przez kilka minut walczył z mrówkami w ramionach i asfiksją, a potem umarł, nie zdążywszy wezwać pomocy. Choć był już dość leciwy, zabił go nie wiek, lecz zawał serca we własnym łóżku. Stało się to o czwartej trzydzieści nad ranem, w dzień Reventón, czyli eksplozji. Pracownicy Venezuelan Oil Concessions odkryli wtedy pierwsze złoża ropy naftowej, co miało wstrząsnąć gospodarką całego kraju.
Pierwszy wybuch rozległ się w Cabimas. Wszyscy podskoczyli jak jeden mąż, kiedy grzmot sforsował skoble okiennic i za jednym zamachem pootwierał wszystkie okna w dzielnicy. Według doniesień prasowych mieszkańcy myśleli, że to drzewo wyrwane z korzeniami w czasie zawieruchy runęło na starą hacjendę, a po wyjściu na ulicę ze zdumieniem stwierdzili, że pada nie deszcz, lecz czarna lepka maź. Za domem Barrosów wysoko na niebie rysował się przypominający wieżę przeklętego zamku czterdziestometrowy słup, niewyczerpany ciemny gejzer, który nie przestawał warczeć, wyrzucając do góry kamienie.
– Ropa, ropa – wrzeszczeli robotnicy.
Samuel Smith, amerykański inżynier na czele Venezuelan Oil Concessions, mężczyzna o jasnych oczach i greckim nosie, zerwał się bladym świtem po tym samym grzmocie, który obudził żeglarza Alfara. Natychmiast kazał usunąć świder, żeby zatrzymać wytrysk, ale gigantyczny strumień ropy łączył już skały z palmami kokosowymi i wił się w stronę jeziora. O świcie kamienie przebiły kordon ochronny i strumień zamienił się w lepką rzekę. W południe nagromadzony piasek dotarł do żelaznego ogrodzenia wokół działki i żaden zawór, nawet przywieziony z Punta de Leiva na traktorze pożyczonym od rolnika z Cabimas, nie mógł już powstrzymać naporu. Wieczorem Samuel Smith, który przeżywał koszmar, zgodził się na użycie maszyny wiertniczej, którą spółka miała na rzece Limón, i zainstalowanie naprzeciwko La Rosy dwóch pomp do zebrania rozlanej ropy.
Czarnego potopu nie dało się jednak zatamować. Ropa spadała z nieba przez dziewięć dni bez ustanku. Mówi się, że z pierwszego odwiertu codziennie w niekontrolowany sposób wypływało sto tysięcy baryłek, sto tysięcy baryłek, które nadawały się do wyrzucenia, bo nikt nie potrafił ich rafinować. I ziemia wypluwałaby ropę jeszcze przez dwadzieścia lat, gdyby pewnego ranka, kiedy wszystko wydawało się stracone, w La Ricie nie pojawił się niejaki Andrés Arrieta, pobożny człowiek z San Benito de Palerme, czarny święty, który wtargnął do biura Samuela Smitha i zażądał spotkania.
Andrés Arrieta był średniego wzrostu Kreolem. Ze swoim żywym spojrzeniem, odziany w biały len przywodził na myśl średniowiecznych alchemików, którzy próbowali odkryć tajemną magię metali. Choć był łysy, na głowie nosił kolorowe opaski, które podtrzymywały wyimaginowaną czuprynę, na piersi miał haftowane szkaplerze, na nadgarstkach żyłki wędkarskie, a na rękach plamy z wosku.
– Niech pan nas dopuści do szybu. San Benito wstrzyma ropę. – W głosie miał stanowczą łagodność.
Samuel Smith wbił w niego blade oczy i wybuchnął śmiechem.
– Stamtąd nikt nie wyjdzie żywy. Ani pan, ani pański święty.
– San Benito nas ochroni – odparł przybysz.
Andrés Arrieta nalegał, dopóki nie postawił na swoim. Poszedł po świętego do lokalnej kaplicy, a potem wrócił w towarzystwie ośmiu miedzianoskórych Mulatów, którzy na szyjach mieli zawieszone bębny, a na twarzach maski diabła. Niosąc feretron z San Benitem, uroczyście udali się do szybu. Na ogrodzonym terenie spółki naftowej, recytując afrykańskie litanie, przemierzali El Cardonal w czarnym deszczu. Hałaśliwy orszak zbliżał się do centrum odwiertu przekonany, że tylko cud może osuszyć to źródło, a po drodze uczestnicy zaczęli do rytmu bębnienia zanurzać świętego w ropie. Do procesji dołączyli rytualni tancerze i śpiewacy – wymachiwali wachlarzami i biczykami, unosili krzyże z różnych parafii – aż nagle ropa niespodziewanie przestała tryskać.
Samuel Smith był pod takim wrażeniem niesamowitego zbiegu okoliczności, że wiele lat później, w salonie swojego domu w Boconó w stanie Trujillo, gdzie mieszkał z drugą żoną, nadal zastanawiał się, czy scena nie była mistycznym snem. Nie musiał jednak nadmiernie wytężać pamięci, żeby dokładnie przypomnieć sobie ogromny festyn, który Venezuelan Oil Concessions zorganizowało dla sanbeniteros przed sklepem Abrahama Peroza oraz to, że jako świadek jednego z najdziwniejszych spotkań magii i nauki postanowił do końca życia wiernie czcić San Benita.
Jak tylko odwiert został opanowany, z Carory i z Andów sprowadzono trzystu chłopów, którzy mieli wznieść mur gruby jak tama, żeby ograniczyć wyciek i nie pozwolić ropie dostać się do jeziora. Antonio był jednym z nich. Pracował przez okrągły tydzień, dźwigał worki z piaskiem i pchał taczki z cementem, mieszkał w kwaterze robotniczej, gdzie wzdłuż namiotów tysiące wyrwanych kwiatów więdły na wózkach, tak że praktycznie nie miał czasu na dzieciństwo. Ciężka harówka szybko przepoczwarzyła go w energicznego nastolatka. Jego głos nabrał głębi i zdecydowania, ręce stały się żylaste, na brodzie pojawił się pierwszy zarost, a w barach zaczął przypominać galernika.
Był wcieleniem wydajności, krzepy i zadowolenia. Podnoszenie ciężarów, bielenie wapniem, ukrywanie zmęczenia nie kosztowało go żadnego wysiłku. W żyłach pulsowała mu witalność. Praca absorbowała go tak bardzo, że nie zauważył ani przemiany swojego ciała, ani prędkości, z jaką region zaludniał się cudzoziemcami i karawanami, bowiem plotka o nowej ziemi obiecanej rozniosła się jak ogień i wszyscy wiedzieli, że jezioro Maracaibo jest nowym eldorado.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Antonio
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
