Sekrety Abigail - Urszula Gajdowska - ebook
NOWOŚĆ

Sekrety Abigail ebook

Gajdowska Urszula

5,0

42 osoby interesują się tą książką

Opis

W starym szkockim zamczysku lady Abigail, nestorka rodu MacCalisterów, snuje opowieść o swoim długim, pełnym przygód i miłosnych uniesień życiu. Czy jej wspomnienia będą kluczem do zdjęcia klątwy ciążącej nad klanem?
Opowieści przysłuchują się sekretnie zakochani Olivia i William, którzy postawili sobie za cel odkryć tajemnice starego zamczyska. Odkrywają też, jak mocno przeszłość wiąże się z teraźniejszością i jak bardzo się w niej odbija.
Czy Olivia i William wyrwą się spod wpływu dawnej klątwy?
Czym zaskoczy ich lady Abigail?
I czy ich własna historia znajdzie swój happy end?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 288

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Urszula Gajdowska Copyright © 2026 by Lucky

Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Źródło obrazu: MMerellinn (stock.adobe.com)

Skład i łamanie: Michał Bogdański

Redakcja i korekta: Barbara Ramza-Kołodziejczyk

Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom

Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54

e-mail: [email protected]

Wydanie I

Radom 2026

ISBN 978-83-68684-22-3

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Słowo wstępu

Drogi Czytelniku, zapewne ciekawi Cię, jak potoczyły się dalsze losy Olivii i Williama, bo przerwaliśmy tę opowieść w momencie, w którym tych dwoje wyznało sobie miłość w dość niefortunnych okolicznościach, jednak musisz uzbroić się w cierpliwość, ponieważ najpierw zajmiemy się historią lady Abigail. Jeśli wolisz, przekartkuj strony do rozdziału ósmego i stycznia 1817 roku, a do wspomnień nestorki rodu wróć, kiedy uznasz je za istotne.

1

Zamek Caly, Scottish Highlands,grudzień 1816 roku

Od śmierci lady Catriony, którą policja, zdaniem wielu osób, zbyt pośpiesznie uznała za nieszczęśliwy wypadek, minęło dwa i pół miesiąca. Lady Abigail, obserwując zachowanie Olivii, Arthura i Williama, wreszcie zdecydowała się opowiedzieć im swoją historię. Nie było to dla niej łatwe, ale starała się skupiać na faktach, a nie subiektywnych odczuciach.

– Lepiej ustaw, moje dziecko, imbryk na podgrzewaczu, bo nie będzie to krótka opowieść – zasugerowała wnuczce. – Podaj mi ten szary koc, Williamie, a ty, Arthurze, podsuń bliżej mój fotel. Poprosiłam o kanapki i ciasto, bo nie chcę, by rozpraszano nas wzywaniem na obiad. Beatrice wyjechała z dziećmi do jakiejś koleżanki i wrócą późnym wieczorem, a Molly wypoczywa i posiłki jada w swoim pokoju. Nikt nie będzie miał nam za złe, że nie przyjdziemy dziś do jadalni. – Poprawiła okulary, biorąc do ręki zapisane kartki.

– To obiadu dziś wcale nie będzie? – zapytał Arthur.

– Będzie, ale trochę później. Już wszystko ustaliłam z kucharką. Każde z was przychodziło do mnie z mnóstwem pytań, na które obiecałam wkrótce dać odpowiedź. Nie będę ich wszystkich wymieniać i omawiać po kolei, tylko opowiem wam całą historię, z której każdy wyciągnie to, czego dla siebie szukał. Pytaliście o moje perypetie miłosne. – Nabrała powietrza. – Fatum wiszące nad naszym klanem, o którym wszyscy troje wspominaliście, także tego dotyczy, dlatego to na nim skupię się w mojej opowieści, jeśli nie macie zastrzeżeń.

Pokręcili przecząco głowami.

– Nigdy jakoś specjalnie nie wierzyłam w klątwę starej kobiety rzuconą na moich przodków przed niemal stu pięćdziesięciu laty. Nie miałam pojęcia, dlaczego mój ojciec stale ślęczał nad jakimiś księgami, próbując znaleźć sposób na odczynienie przekleństwa, zamiast skupić się na tym, co jest naprawdę ważne. Owszem, zdawałam sobie sprawę z kolei losów członków naszego klanu, ale nigdy nie wiązałam ich z czymś takim jak klątwa. Skłaniałam się raczej do potępienia postępków moich przodków i uważałam, że spotkała ich kara za te dawne przewiny, choć i ta teoria, którą też wiele razy słyszałam, wcale nie przemawiała do młodej, stojącej u progu życia dziewczyny, jaką byłam w momencie, od którego zacznę swoją opowieść.

Był rok tysiąc siedemset sześćdziesiąty trzeci, szesnasty kwietnia. Kończyłam właśnie siedemnaście lat, ale moich urodzin nikt nie zamierzał obchodzić, bo data ta zbiegała się w czasie z rocznicą klęski czy – jak kto woli – zwycięstwa sił rządowych powstania jakobickiego z tysiąc siedemset czterdziestego szóstego roku. Niech was nie dziwi, że mówię o klęsce lub zwycięstwie, bo społeczeństwo nadal podzielone było w kwestii uznania tegoż faktu za sukces bądź porażkę.

Dwie mile od naszego zamku, nad Loch Mohr, znajdowała się posiadłość MacGregorów, którzy, choć kiedyś sympatyzowali z jakobitami, nie brali udziału w powstaniu z powodu niepełnosprawności głowy rodu, sir Kaia. MacGregorowie, podobnie jak my, nie byli katolikami i przyjęli dominację angielską. W okresie mojego dorastania trwał proces „oczyszczania wyżyn”, bogaci mieszkańcy nizin skupowali ziemie górali, a rodziny były wysiedlane.

MacGregorowie mieli czwórkę dzieci: dwóch synów, Kaia i Liama, oraz córki Ruby i Holly. Jako dziecko odwiedzałam ich posiadłość, a po śmierci matki mogłam tam zabierać Freyę, moją młodszą o prawie dwanaście lat siostrę. Obie rodziny starały się zachować tradycje mimo zagrożeń. MacCalisterowie, należący niegdyś do jednego z największych klanów Highlands, różnili się od MacGregorów, którzy byli mniejszym rodem. Ale to na ich strychu przechowywano rodzinne pamiątki i to tam pierwszy raz pocałował mnie Kai MacGregor. – Zarumieniła się. – Może właśnie dlatego od tego momentu chciałabym zacząć moją historię. Słuchajcie uważnie, bo jest ona dość pogmatwana i nie została spisana dokładnie w księgach, jak historie moich przodków.

Oboje uznaliśmy wówczas, choć żadne nie powiedziało słowa, że tym gestem połączyliśmy swe drogi. Odtąd odnosiliśmy się do siebie inaczej, ale nie przekraczaliśmy już tamtej granicy, choć wielokrotnie, gdy spacerowaliśmy obok siebie, zastanawiałam się, czy Kai w końcu pocałuje mnie ponownie. Tak zaczęły się moje perypetie miłosne, o które pytaliście najczęściej. A teraz może przerwiemy na chwilę, bo zaschło mi w ustach. Czy mogłabyś mi dolać herbaty, Olivio?

– Naturalnie – odrzekła dziewczyna i nalała babci parującego naparu. – Kai MacGregor? – zaciekawiła się, bo ton głosu babci się zmieniał, kiedy wymieniała jego imię.

– To o niego chodziło Liamowi MacGregorowi, kiedy mówił, że miała pani szansę na wejście do ich rodziny? – spytał William.

– Dokładnie – potwierdziła lady Abigail.

– To wiele wyjaśnia, jeśli chodzi o wasze dzisiejsze relacje.

– Jeśli będziesz cierpliwy, wyjaśni się znacznie więcej. – Starsza pani uśmiechnęła się, po czym powróciła do snucia opowieści: – Był lipiec tysiąc siedemset sześćdziesiątego trzeciego roku. Pojechałyśmy z siostrą przez zalane słońcem pagórki do majątku MacGregorów, gdzie czekająca na nas zaczerwieniona z emocji Ruby poinformowała nas, że przybył do nich w odwiedziny ich kuzyn, Ea.

Freya uznała, że to dość dziwne imię, ale młodzieniec o ognistych włosach, którego twarz pokrywała konstelacja drobnych piegów, wyjaśnił jej uprzejmie, że całkiem zwyczajne w jego stronach. Opowiedział jej o podroży z Irlandii i namówił na zorganizowanie teatrzyku. Podczas oglądania przedstawienia bacznie przyglądał się mnie, co nie uszło uwadze Ruby. Ja również przyjrzałam się chłopakowi, jednak nie dlatego, by jakoś szczególne mnie zainteresował, a z uwagi na jego podobieństwo do Kaia. Mieli zupełnie inne sylwetki, inny kolor włosów, inny kolor oczu i przede wszystkim zdecydowanie różną cerę, ale coś w ich rysach mówiło wyraźnie, że mają wspólnych przodków.

Kai był wówczas wysokim blondynem o niebieskich oczach, szerokich ramionach i trochę zbyt wystającej dolnej szczęce. Nigdy nie umiałam powiedzieć, czy był przystojny. Z pewnością nie należał do szpetnych, ale znałam go tak długo, że nie potrafiłam zachować obiektywizmu. Jego kuzyn był chyba w miarę przystojny, choć niższy i drobniejszy od Kaia. Poruszał się jednak z większą gracją, a kiedy się uśmiechał, na policzkach pojawiały mu się urocze dołeczki, a jedna z czerwonych brwi unosiła się niemal pod samą linię kędzierzawych włosów.

Od tamtego dnia kontakty między rodzeństwem MacGregorów i nami nabrały jeszcze większej intensywności. Zdarzało się, że Kai w towarzystwie kuzyna zajeżdżał z wizytą do Caly nawet kilka razy w tygodniu. Niekiedy towarzyszył im Liam, ale najczęściej zjawiali się tylko oni dwaj. W pewnym momencie odniosłam wrażenie, że Ea stara się o moje względy, a Kai odgrywa w tym wszystkim rolę swata, jednak nie mówiłam o tym głośno, by nie psuć łączących nas do tej pory stosunków.

Pewnego dnia cała czwórka MacGregorów wraz ze swoim irlandzkim kuzynem odwiedziła zamek, z entuzjazmem opowiadając o wycieczce organizowanej przez miejscowego pastora. Chciał on zabrać grupkę parafian na drugi brzeg Loch Ness, by zwiedzić ruiny Zamku Urquhart i jego okolicę. Oczywiście i ja nie mogłam opuścić takiej gratki.

Kilka dni później czekałam w umówionym miejscu ze spakowanym prowiantem. Freya nie mogła jechać ze mną z powodu złego samopoczucia. Od MacGregorów nie miałam wieści od kilku dni i trochę się denerwowałam, widząc, że przybywa coraz więcej ludzi, ale ich wciąż brakowało. Poczułam się nieco zawiedziona, choć nie byłam pewna, czy miałam powody, by się gniewać. Na szczęście wśród uczestników wycieczki było wiele moich koleżanek, a brak osobistej przyzwoitki w takim przedsięwzięciu nie miał większego znaczenia.

Żałowałam jednak, że nie było ze mną Kaia. Skrycie marzyłam, że taka wyprawa byłaby wspaniałą okazją do tego, by oddalić się na chwilę w jakieś ustronne miejsce, gdzie być może Kai znów skradłby mi choć krótkiego całusa. A może nie pozwoliłabym, by ten całus był krótki?

– Ciociu – upomniał ją Arthur.

– Nieistotne było to, czy coś sobie wówczas wyobrażałam czy nie, czy spodziewałam się czegoś po tej wycieczce czy nie. Kai nie przyszedł. Ani on, ani nawet Ruby, na której towarzystwo bardzo liczyłam. Nie zamierzałam jednak wracać do domu, więc wsiadłam na statek, a kiedy dopłynęliśmy, okazało się, że Ea w towarzystwie jeszcze kilku osób czekał już na miejscu. Niestety poza nim nie było nikogo z klanu MacGregorów, ale pogodziłam się już z myślą, że się nie zjawią wcale, więc jego obecność stanowiła dla mnie bardzo przyjemną niespodziankę.

Pastor na przemian z kilkoma starszymi paniami opowiadali o tym, jak niegdyś imponujący Zamek Zbójecki przechodził z rąk Anglików w ręce Szkotów i odwrotnie, powoli obracając się w ruinę, aż w trakcie rewolucji jakobickiej stacjonujący tam protestancki garnizon wysadził budowlę w powietrze, uniemożliwiając zajęcie jej przez wroga.

Spędziłam miły czas, zacieśniając więzi z Rose, dziewczyną mieszkającą w Foyers, którą do tej pory znałam jedynie przelotnie. Podczas pikniku Ea dosiadł się do nas i zabawiał wesołą pogawędką.

Dwa dni później, kiedy odwiedziłyśmy z siostrą Ruby, ta nawet nie zająknęła się o nieobecności na wycieczce, więc nie chcąc niepotrzebnych swarów, i ja odpuściłam sobie ten temat. Żal jednak pozostał, choć nie do ludzi, a do straconej okazji.

Tęskne spojrzenie, jakim obrzuciłam tamtego dnia Kaia, miało mówić samo za siebie. Czy tak się stało, nie miałam pojęcia.

Jakiś tydzień później po wizycie u MacGregorów Ea zaproponował, że odwiezie mnie i Freyę do domu, a ja, nie widząc w tym niczego niewłaściwego, zgodziłam się bez najmniejszego wahania.

Już wcześniej wysyłał sygnały świadczące, że wpadłam mu w oko, ale tym razem zdecydował się powiedzieć mi to wprost, korzystając z okazji, że moja mała siostrzyczka usnęła, kołysana spokojnym rytmem jazdy.

„Jesteś nie tylko miła i inteligentna, lecz także bardzo ładna, wiesz o tym?”, zaczął, gdy byliśmy w połowie drogi. Stwierdziłam, że byłoby niezręcznym odpowiadać na to pytanie, bo gdybym zaprzeczyła, oznaczałoby to, że nie znam swojej wartości albo nie doceniam tego, czym obdarzyła mnie natura, a jeśli bym potwierdziła, to wyszłabym na pyszałkowatą. Przyznał mi rację, ale spytał, czy zauważyłam, iż zwraca na mnie szczególną uwagę.

– To pytanie w podobnym tonie – stwierdziła zasłuchana Olivia.

– Tak też mu powiedziałam. Zreflektował się i zapytał zamiast tego, czy odpowiada mi to, że zainteresuje się mną ktoś taki jak on. Próbowałam zmienić tor rozmowy, ale był dość uparty. Chciał wiedzieć, czy zgodziłabym się, aby nasza znajomość nabrała innego koloru, nim wyjedzie za kilka tygodni. Odmówiłam mu, a ona poprosił, bym to przemyślała, argumentując, że jest całkiem przystojny, ma pewne doświadczenie z kobietami i mógłby umilić mi czas.

– Co za arogant! – oburzyła się Olivia.

– Tak też pomyślałam, zwłaszcza że po kolejnych przepychankach słownych stwierdził, że będę tego żałowała, a każda dziewczyna na moim miejscu zgodziłaby się bez namysłu.

Wieczorem, już uspokojona po niezdarnych awansach Ei, zastanawiałam się, czy Kai miał coś wspólnego z tą sprawą. Sam przywoził do mnie kuzyna i niemal zachęcał go do zwrócenia na mnie uwagi. Czyżby w ten subtelny sposób próbował mi pokazać, że powinnam zwrócić wreszcie na kogoś uwagę? Najwyraźniej nie pomyślał, że może to na niego chciałabym tę uwagę zwrócić, a szkoda.

Ea wyjechał. Kai pozostał. W dodatku Liamowi wyrwało się kiedyś, że przed wyjazdem kuzyni pokłócili się o mnie, co dało mi powody przypuszczać, że może młodemu MacGregorowi jednak na mnie zależało. Sam Kai niestety nie wykonał w moim kierunku żadnego gestu, który mógłby potwierdzić te przypuszczenia.

Stawałam się młodą kobietą. Moje ciało i umysł domagały się wkroczenia na nowy etap dorastania. Choć starałam się zapanować nad emocjami, te nie miały zamiaru mnie opuścić. Chciałam, by Kai w końcu wykonał jakiś ruch. By dał jakiś sygnał, że chce mnie widzieć w innej niż do tej pory roli.

Przez całą jesień i długą zimę zdarzały się momenty, gdy miałam wrażenie, iż coś przełamie nastawienie Kaia. Raz, kiedy niczym małe dzieci bawiliśmy się w chowanego, weszłam do tej samej komórki co on. Objął mnie wtedy czule, tak byśmy zmieścili się tam razem. Może chodziło jedynie o lepsze ukrycie się, ale to, w jaki sposób mnie dotykał...

– Ciociu! – wykrzyknął Arthur.

– Wszyscy jesteśmy chyba na tyle duzi, by zrozumieć pewne rzeczy. – Lady Abigail pokiwała dobrotliwie głową. – Ale kończą się ciasteczka. Nie przewidziałam, że pan Spencer jest takim łakomczuchem. – Uśmiechnęła się ciepło do młodego mężczyzny. – Czy mogłabyś przejść się do kuchni i poprosić o dodatkowe? – zwróciła się do Olivii.

– Dobrze, babciu, ale nie opowiadaj niczego istotnego podczas mojej nieobecności.

– W tej komórce... – Starsza dama pochyliła się w stronę mężczyzn, gdy Olivia wyszła. – ...to, co wyczułam, gdy bokiem przylgnęłam do chłopaka, wskazywało na zupełnie nieprzyjacielską reakcję. Rozumiecie, co mam na myśli? Odniosłam też wrażenie, że jego dłoń zabrnęła nieco zbyt nisko, gdy mnie przytrzymywał, bym nie straciła równowagi, bo bardzo wyraźnie czułam ją na swoim pośladku, ale jego twarz, gdy zostaliśmy wreszcie odnalezieni, nie wyrażała nic więcej poza tym, co wyczytywałam z niej zwykle.

– Już jestem i mam zapas ciastek – oznajmiła Olivia, która pojawiła się z powrotem w pokoju.

– Doskonale. Siadaj, moje dziecko. – Lady Abigail jak gdyby nigdy nic wskazała jej miejsce laską. – Mówiłam o Kaiu MacGregorze. Zdarzyło się między nami jeszcze kilka momentów niemal intymnych, kiedy wydawało mi się, że wreszcie zostanę przynajmniej pocałowana. Raz potknął się, wstając z kanapy, kiedy chciał mi przysunąć tacę z przekąskami, i wylądował z nosem w moim dekolcie; kiedy indziej przenosił mnie przez błotnistą kałużę i na moment stracił równowagę, a ja przylgnęłam do niego niemal całym ciałem, bo wydawało się, że zaraz oboje wylądujemy w błocie. Innym razem, kiedy pomagał mi zapiąć łańcuszek, który zgubiłam podczas spaceru w ogrodzie, bardzo długo muskał opuszkami palców moją szyję, by wreszcie wygrać z popsutym zapięciem. Za każdym razem budziła się we mnie nadzieja, że te przypadkowe drobnostki spowodują, iż nasze stosunki wreszcie zmienią swą konstytucję. Nigdy jednak nic takiego nie następowało i może dlatego byłam zdezorientowana, kiedy o moje względy zaczął zabiegać młody Frank Munro.

– Dziadek sir Craiga? – upewniła się Olivia.

– Dokładnie – potwierdziła starsza dama. – Munronowie objęli posiadłość jakieś dziesięć mil na południe stąd... Tak, pradziadek sir Craiga był jednym z angielskich „najeźdźców”. Postępował on jednak z dzierżawcami na tyle honorowo, że wszyscy odnosili się do niego uprzejmie, choć nadal z rezerwą. Frank nie był tak powściągliwy jak Kai. Nie potrzebował wiele zachęty ani pretekstów, by przystąpić do działania. Szybko wyznał, że jest zauroczony moją urodą, i stale prawił mi komplementy.

Kai zachowywał się tak, jakby go to wcale nie interesowało. Przez moment było mi przykro, ale wytłumaczyłam to tym, że traktował mnie raczej jak siostrę, a i ja przecież przez większość życia nie inaczej niż brata traktowałam jego. Nie musieliśmy niczego sobie wyjaśniać. Tak przynajmniej wówczas myślałam. Zaczęłam spotykać się z Frankiem, a Kai żył sobie dalej w niedalekim sąsiedztwie. Raz tylko doszły mnie słuchy, że naskoczył na jednego z chłopaków po balu świątecznym urządzonym w Foyers, bo ten zbyt głośno komentował moje wdzięki. Zdenerwowałam się wówczas, że bezpodstawnie rościł sobie prawa do mojej obrony, ale oczywiście niczego mu nie powiedziałam, podobnie jak on nie opowiedział mi o tej sytuacji. Nie rozumiałam, dlaczego staje w mojej obronie w taki sposób, jakbym należała do niego, skoro w stosunku do mnie, kiedy zostawaliśmy sami, nigdy niczego takiego nie okazywał. Skoro pozwolił na to, by inny chłopak zaczął się mną naprawdę interesować, to nie powinien wprawiać mnie w zakłopotanie. Przez tę niezręczną sytuację rzadziej odwiedzałam MacGregorów, choć towarzystwa łaknęłam jak zawsze.

Frank przyjeżdżał coraz częściej, zabierał mnie na przechadzki po łąkach otaczających zamek Caly. Może nie był najwspanialszym z młodzieńców, jakich znałam, ale nie krył zainteresowania moją osobą, a tego chyba wówczas potrzebowałam. Byłam zmęczona czekaniem, aż wreszcie się coś wydarzy, i kiedy w końcu ktoś okazał mi względy, nie doszukiwałam się przeszkód, tylko cieszyłam się tym stanem. W pewnym sensie podbudowywało to moje nadszarpnięte ego i umacniało w przekonaniu, że jednak ktoś dostrzega we mnie kobietę i obiekt westchnień, a nie tylko towarzyszkę zabaw. W miarę kolejnych wizyt Franka zaczynałam się do niego przyzwyczajać, a w pewnym momencie odkryłam, że jestem zakochana.

Nie wiem, czy mój ojciec miał, czy nie miał nic przeciwko wizytom Franka Munro, ale traktował go z uprzejmą rezerwą. Był zbyt zajęty śledzeniem losów przodków i kuzynów z drugiej gałęzi rodu MacCalisterów, więc nie dostrzegał, iż i pod jego dachem zaczyna rodzić się związek dwojga młodych ludzi.

W tamtych czasach zostaliśmy odcięci do własnych korzeni i tradycji, a obyczajowość i konwenanse przechodziły głębokie przemiany. Z jednej strony panny nie siedziały już pod kluczem odseparowane od kontaktów z mężczyznami, bo bardziej bano się czystek i donosów do władz niż skandali obyczajowych, a z drugiej jeszcze bardziej patrzono na to, z kim młode damy się spotykają i jak się prowadzą, bo społeczność, w której żyłyśmy, była mniejsza i wszyscy w okolicy się znali lub przynajmniej wiedzieli mniej więcej kim są.

Gęstość zaludnienia górzystych terenów Szkocji drastycznie zmalała po czterdziestym szóstym roku i nic nie wskazywało na to, by miało się to zmienić. Między sąsiadami trwały niewyjaśnione spory, niełatwo było zyskać czyjąkolwiek sympatię. Może to dzięki znajomości ze mną i moim ojcem Frankowi Munro udało się przypodobać innym. Jedynie MacGregorowie patrzyli na niego z ukosa, choć nie zdradzili się z tym przed nikim.

Dni mijały, a Frank przychodził coraz częściej i coraz śmielej domagał się pocałunków. Oczywiście robił to w sposób jak najbardziej stosowny. Nigdy nie nalegał wprost, tylko zręcznie manipulował przebiegiem rozmowy tak, że nie potrafiłam mu się oprzeć. Zresztą wcale nie chciałam mu się opierać. Całe moje ciało silnie reagowało na nowe doznania i bynajmniej nie sprawiały mi one przykrości.

– Ciociu kochana! – Arthur ponownie przerwał jej w najciekawszym momencie.

– Tak? – Lady Abigail spojrzała zza okularów.

– Przypominam, że jest z nami młoda dama, która nie powinna słuchać takich rzeczy.

Olivia przewróciła oczami. Wicehrabia brał ją za małe dziecko i najwyraźniej nie miał pojęcia o tym, że William zdążył już skraść jej kilka zupełnie nie niewinnych pocałunków.

– Arturze! Psujesz cały nastrój. A ta młoda dama ma trochę więcej niż dziesięć lat i lepiej, żeby usłyszała to od własnej babki niż od postronnych osób. – Lady Abigail ścisnęła rękojeść laski w kształcie baraniej głowy.

– Poza tym może ją to ustrzec przed zakusami licznych konkurentów. Między innymi wnuka Franka Munro – zauważył William.

– I chyba nie tylko jego. – Arthur odgryzł się, mrużąc oczy.

– Już nic nie mówię – wycofał się William i zerknął ukradkiem na Olivię.

– Pozwolicie? – zapytała starsza dama.

– Przepraszam – odparł wicehrabia. – Postaram się zachować spokój.

– Byłabym wdzięczna.

– Ja także nie będę przerywał. – William się pochylił, sięgając po kolejne ciastko. – Co? – zapytał Olivię, widząc jej uśmiech. – Nie zjem przecież wszystkiego.

– Nie zabraniam ci. Zwyczajnie sam pójdziesz teraz po dokładkę.

– Dobrze.

– Ach, ci młodzi – westchnęła lady Abigail. – Spotykaliśmy się z Frankiem zwykle w dużym ogrodzie przyległym do zamku Caly; teraz możecie zobaczyć jedynie jego pozostałości. W tamtych czasach wyglądał bardzo interesująco z uwagi na eksperymenty botaniczne mojego ojca. Spacerowaliśmy oczywiście od strony mniej stromego zbocza, pozornie na widoku innych; opracowaliśmy taką trasę spacerów, by przez kilka chwil zniknąć, jak gdyby nigdy nic, i pojawić się kilka minut później w widocznym miejscu. Chwytaliśmy się wówczas za ręce i podbiegaliśmy kawałek, by wszytko wyglądało niewinnie, gdyby ktoś zaczął się zastanawiać, ile czasu zajmuje nam pokonanie osłoniętej drzewami trasy. Było to dosyć zabawne, ale i uspokajające zarazem.

Miewałam wyrzuty sumienia, ale byłam przekonana, że w ten sposób zaczyna się nasze wspólne życie. Nie myślałam o Franku inaczej, jak tylko o swoim przyszłym mężu. Wierzyłam w swej dziewczęcej naiwności, że kobieta może być tylko z jednym mężczyzną, i tak właśnie zamierzałam postąpić. On zresztą nie robił absolutnie nic, by temu przekonaniu zaprzeczyć. Czasami wymykało się mu stwierdzenie, że nasze dzieci będą miały przepiękny, niebieski odcień oczu matki. Rozpływałam się wówczas w marzeniach nad wspólną sielankową przyszłością. Sądziłam, że skoro los przydzielił mi Franka, to właśnie on będzie tym jednym mężczyzną. Może dlatego pozwalałam mu na coraz to śmielsze pieszczoty. – Spojrzała z niepewną miną na Arthura. – Nigdy jednak nie przekroczyliśmy ostatecznej granicy, co mogłoby skutkować poczęciem dziecka. Tego przecież żadne nie chciało – dodała uspokajająco, choć wicehrabia i tak wyglądał, jakby miał zaraz dostać palpitacji serca. – Mijały tygodnie – ciągnęła staruszka – moje uczucia w stosunku do Franka może nie wybujały niczym krzak kwitnącej winorośli, ale sama siebie umacniałam w przekonaniu, że jest on odpowiednim kandydatem do roli męża. Skoro już przełamywałam kolejne bariery intymności, to nie mogłam przecież wycofać się i zatrzeć śladów po nich. Nie można po raz drugi zrobić czegoś pierwszy raz. Nie można pocałować się namiętnie, dotknąć nagiej męskiej piersi czy pozwolić, by ktoś pogładził mnie po nagim udzie. Wiedziałam, że jeśli już na to pozwoliłam, to nie będę w stanie ofiarować tego samego po raz pierwszy nikomu innemu. Tak jakby to wszytko odznaczało na moim ciele piętno, swego rodzaju szpecące znamię, które każdy zdoła zauważyć. Skoro podejmowałam kolejne kroki, to musiałam przygotować się na konsekwencje. Tak przynajmniej chciałam myśleć i nie umiałam sobie wyobrazić, że kiedykolwiek coś przekona mnie do zmiany stanowiska.

Tamtego ciepłego popołudnia, w kwietniu tysiąc siedemset sześćdziesiątego piątego roku, kiedy z wizytą przyjechała do mnie Rose, dziewczyna, z którą zaprzyjaźniłam się podczas wycieczki do Zbójeckiego Zamku, mieszająca nieopodal domu Franka, nie byłam w stanie do końca zapanować nad własnymi reakcjami.

Zawsze wpajano mi, lub przynajmniej próbowano wpoić, że jako dobrze urodzona kobieta powinnam zachowywać się w sposób dystyngowany i nie dawać się ponieść emocjom w towarzystwie. Wprawdzie nie mieszkaliśmy w centrum Edynburga i nie obracaliśmy się na salonach w kręgu arystokratów, jednak zasad należało przestrzegać nawet tu, w dziczy rozległych górzystych terenów. Rose powiedział mi, że widziała Franka Munro, jak czule obejmował córkę pastora.

Serce omal nie wyskoczyło mi z piersi, biło tak głośno, że niemal przytykało uszy. Nie mogłam opanować drżenia rąk, więc dyskretnie ukryłam je w fałdach sukni i przyjrzałam się Rose z udawaną, jak tylko mogłam, obojętnością. Zapytałam ją, co dokładnie widziała, a ona pozbawiła mnie resztek złudzeń. Frank całował Henriettę i prosił świadków tego wydarzenia, czyli Rose i jej siostrę, o dyskrecję.

– Nie zachowała jej – zauważył William.

– To prawda, ale sądziła, że już się ze mną nie spotykał, skoro całował inną. Kiedy wyznałam jej, że nadal do mnie przyjeżdża, była równie wzburzona, co ja. Nie miałam do niej żalu.

Przełknęłam wówczas łzy, starając się zachować spokój, ale coś we mnie pękło. Bezpowrotnie... Coś zostało złamane, nieodwracalnie i trwale zniszczone. W jednej krótkiej chwili mój cały obraz świata uległ jakiemuś dziwnemu przewrotowi. Nie wiedziałam tylko, czy powinnam zaakceptować tę wewnętrzną zmianę i spróbować zmienić sytuację, czy zaakceptować zaistniałą sytuację i spróbować zmienić siebie.

Nie dość, że mnie zdradził, to jeszcze poniżył, pokazując się z tą zdradą publicznie. Myślałam, że zaraz wybuchnę płaczem, ale zdołałam dotrwać do końca wizyty i dopiero później w zaciszu własnej sypialni zmoczyłam całą poduszkę łzami.

Nie mogłam uwierzyć, że postąpił tak podle. W dodatku był u mnie następnego ranka po tamtym zdarzeniu i nawet słowem nie wspomniał o innej dziewczynie, nadal podtrzymując, że ja jestem tą jedyną. Nie wiedziałam, co mam ze sobą począć. Musiałam poczekać i dać mu szansę na wyjaśnienie sytuacji. Duma nakazywała mi nie wpuścić go do zamku, ale serce, a raczej infantylne nadzieje na to, że tylko z jednym mężczyzną na świecie będę całować się w taki sposób, nadal kazały mi wierzyć, że może uda się to jakoś rozwiązać. Może to była jednorazowa sytuacja, urok chwili. Może to córka pastora skusiła jego, a nie on ją. Może wszytko da się naprawić...

– Och, babciu... – Olivia dotknęła dłoni starszej damy. – Babcia nadal to wszystko przeżywa. Może powinniśmy przerwać?

Lady Abigail nie odpowiedziała, ale jej oczy wyraziły zgodę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki