Sekret kapitana - Bronwyn Scott - ebook

Sekret kapitana ebook

Bronwyn Scott

4,4

Opis

Kitt Sherard jest kapitanem najszybszego statku na Morzu Karaibskim. Prowadzi życie pełne niebezpieczeństw i przygód, a wątpliwą reputację kompensuje ogromnym majątkiem. Kiedy jednak może wkroczyć na stałe do elity towarzyskiej kolonii, nie waha się ani chwili. Dostaje bowiem propozycję utworzenia banku wraz z przybyłym z Anglii sir Rutherfordem. Zanim jednak Kitt rozpocznie nowe życie, będzie musiał stawić czoło bezwzględnym plantatorom i pięknej córce Rutherforda, która poznała jego sekret…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (23 oceny)
13
6
4
0
0

Popularność




Bronwyn Scott

Sekret kapitana

Tłumaczenie

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Karaiby, czerwiec 1836 roku

– Brońcie rumu! – wykrzyknął Kitt Sherard i rzucił się w stronę nadciągających intruzów, zostawiając za sobą na plaży cenne baryłki. – To zasadzka! – W jednej dłoni trzymał pistolet, a w drugiej nóż i wołał do biegnącej za nim załogi: – Brońcie rumu! Brońcie rumu!

Towarzyszył mu pierwszy oficer, Will Passemore, gotów walczyć z przeciwnikami nawet gołymi rękami. Kitt aż kipiał ze złości. To miała być zwykła transakcja dokonana legalnie w środku dnia: rum w zamian za narzędzia rolnicze. Nikt nie podejrzewał zdrady. Jednak obecnie nie było czasu na roztrząsanie tej kwestii.

Okrzyki odbiły się echem o ściany wąwozu, z którego wypadli napastnicy. Kitt wycelował w ramię pierwszego z nich i wypalił, licząc na to, że widok krwi odstraszy bandytów. Nie lubił zabijać, ale nie chciał stracić rumu, zwłaszcza że został on wyprodukowany przez jego przyjaciela, który potrzebował pieniędzy na potrzeby rodziny i plantacji.

Trafiony napastnik złapał się za ramię i upadł, ale inni się nie zatrzymali, depcząc po nim i prąc do przodu. Nie udało ich się w ten sposób powstrzymać.

– Szykujcie się do walki – rzucił przez ramię Kitt do podążającej za nim załogi. – Szybko się nie poddadzą.

– Poradzimy sobie, kapitanie – odrzekł Passemore z pełną determinacji miną.

W tym momencie bandyci ich dopadli. Ludzie Kitta stawili im czoło i rozpoczęła się walka. Kitt odrzucił pistolet, by mu nie przeszkadzał, i ścisnął w dłoni nóż, którym dźgał przemyślnie, chcąc zranić jak największą liczbę przeciwników. Poczuł, jak pot zaczyna mu spływać z czoła. Bandyci atakowali uparcie i wytrwale, ale w końcu zaczęli ustępować. Zapewne widok rannych kompanów przekonał ich, że nie warto dalej się narażać, niezależnie od tego, ile im zapłacono. Zaczęli uciekać, wlokąc za sobą rannych.

– Dobrze, chłopcy! – Kitt zagrzewał załogę do boju. – Mamy przewagę, jeszcze trochę!

Will biegł przed nim i właśnie strzelił w stronę biegnących w stronę wąwozu przeciwników. Jeden z nich upadł i Passemore skoczył na niego z wyciągniętym nożem.

– Nie! – zawołał Kitt. – Musi żyć! Weź go do łodzi, każ opatrzyć, a potem o wszystko wypytaj. Chcę wiedzieć, kto za tym stoi.

– Tak jest – odparł służbiście pierwszy oficer.

Kitt lekko się uśmiechnął, ponieważ młody podkomendny przypominał mu jego samego sprzed sześciu lat, kiedy to przybył na Barbados.

– No, rusz się! – Will pociągnął rannego za ramię i skierował się do jednej z szalup, którymi przetransportowali beczki na brzeg.

Bandyci rozproszyli się po okolicznych wzgórzach, szukając schronienia, a Kitt wydał załodze rozkazy:

– Dobra, zabieramy beczki. Tylko żywo! Pamiętajcie, że mogą nas znowu zaatakować.

W gruncie rzeczy wątpił, by do tego doszło, ponieważ napastnicy dostali porządną nauczkę. Tyle że trzeba było dmuchać na zimne. Przyłączył się do załogi, aby pomóc przy załadunku beczek, a jednocześnie zastanawiał się nad tym, co się stało. W ciągu ostatnich czterech miesięcy wiele osób zgłaszało pojedyncze bandyckie napady, których celem był rum i cukier, przewożony w niewielkich łodziach handlowych, pływających między wyspami.

Z początku Kitt nie traktował zagrożenia poważnie. Statki handlowe były małe, słabo wyposażone, a załogi nieprzygotowane do ich obrony. Stanowiły łatwy cel i właśnie dlatego bandyci je wybierali. Dzisiaj najwyraźniej coś się w tej kwestii zmieniło, bo należąca do niego „Queen of the Main” była spora, a jej załoga zdolna do odparcia ataku.

Przeciągnął dłonią po włosach i rozejrzał się po plaży. Załadowano już wszystkie beczki, a ludzie gotowi byli płynąć dalej. Dał sygnał i wskoczył na dziób najbliższej szalupy. Mieli pecha, że bandyci zaatakowali właśnie dzisiaj, kiedy wiózł rum Rena Drydena, z którym zaprzyjaźnił się jeszcze w czasach szkolnych w rodzinnej Anglii.

A jednak udało się ocalić alkohol, co wcale nie było małym osiągnięciem, zwłaszcza w tej części świata, gdzie rum i cukier stanowiły powszechnie uznawaną obiegową walutę. Z drugiej strony, Ren bardzo liczył na tę transakcję, bo chciał kupić maszyny i narzędzia potrzebne przy nadchodzących żniwach trzciny cukrowej.

Pierwsza z szalup przybiła do burty „Queen”. Kitt zauważył Willa, który wciągał jeńca na pokład, i z nadzieją pomyślał o tym, że może uda się z niego wydobyć informacje dotyczące napadu. Jednak gdy znalazł się na pokładzie, okazało się, że życie rannego jest zagrożone.

– Nie wiem, czy uda się go uratować, kapitanie – powiedział Passemore. – Trafiłem go w plecy tuż przy kręgosłupie. O’Reilly nic tu nie zdoła poradzić. Szybko, może jeszcze coś powie.

Młodego mężczyznę ułożono tuż przy burcie, nie chcąc go dalej ciągnąć. Było widać, że cierpi i zarazem boi się tego, co miało nastąpić. Najwyraźniej zdawał sobie sprawę, że niedługo umrze.

Kitt ukląkł obok rannego.

– Niewiele ci życia zostało – powiedział i dał znać załodze, by się odsunęła. Położył dłoń na ramieniu rannego. – Czy mam coś komuś przekazać?

Umierający pokręcił głową. Choć brudny i spocony, z bliska wydawał się bardzo młody i delikatny. A może oni wszyscy tak właśnie wyglądają przed śmiercią czy w obliczu realnego zagrożenia? – pomyślał Kitt. Jego brat wyglądał podobnie, kiedy przyszła straż, a to, co miało nastąpić, zupełnie odmieniło rysy jego nagle pobladłej twarzy.

– Jak chcesz – dodał łagodnie Kitt. – A czy mogę zapytać, kto was tu przysłał? Kto wam płacił?

Chłopak otworzył usta, ale początkowo z powodu bólu nie był w stanie wydobyć głosu. W jego oczach oprócz strachu pojawił się niepokój. Kitt zastygł w oczekiwaniu.

– Czekają tam… na was. Nie… nie wracajcie – zdołał wyszeptać, a potem jego rysy się wygładziły. – Czy… czy wybaczysz?

Pytanie każdego umierającego, pomyślał Kitt, ucałował go w czoło i przeżegnał.

– Naprawiłeś to, co zepsułeś – odparł. – Spoczywaj w pokoju.

Chłopak złapał ostatni haust powietrza i po chwili nie żył. Kitt wstał, załoga popatrzyła na niego z powagą, a on klepnął O’Reilly’ego po ramieniu.

– Wiesz, co robić. Tylko najpierw przejrzyj jego kieszenie. Może znajdziesz jakiś dokument, a jak nie, to cokolwiek, co pomoże nam wyjaśnić, kim są tajemniczy „oni”.

Kiedy w końcu wpłynęli do portu w Carlisle Bay i przybili do nabrzeża, zaczęło się ściemniać. W Bridgetown było pusto. Sklepy i kramy zostały już zamknięte. Pod koniec dnia mieszkańcy wraz ze swymi rodzinami zasiadali do wieczornego posiłku i pomału szykowali się do nocnego odpoczynku. Prawdopodobnie Ren Dryden wraz z żoną Emmą również właśnie spożywał kolację w domu w Sugarlandzie, posiadłości, w której skład wchodziła plantacja trzciny cukrowej i destylarnia. Kitt uśmiechnął się na myśl o przyjacielu i jego ukochanej, którzy niemal po połowie odziedziczyli plantację po kuzynie Rena, Albercie Merrimorze, zakochali się w sobie i pobrali. Obecnie cieszyli się spokojem, ale wcześniej musieli stawić czoło okolicznym plantatorom, którzy ostrzyli sobie zęby na Sugarland. Wśród nich prym wiódł Arthur Gridley, człowiek podstępny, bezwzględny i groźny, zdolny do zabójstwa.

Ren Dryden przybył z Anglii. Podjął wyzwanie nie tylko po to, aby, prowadząc plantację, wspomóc finansowo zubożałą arystokratyczną rodzinę, ale także by uciec od nudy i pustki egzystencji hrabiego. Pragnął nowego początku, przygody, małżeństwa zawartego z miłości, a nie dla pieniędzy czy interesów. Udało mu się zrealizować te marzenia, choć nie bez konieczności pokonania przeszkód i podjęcia walki.

Początkowo Kitt miał podobne zamiary, spodziewał się, że taki los stanie się jego udziałem. Niestety, sprawy ułożyły się inaczej i musiał zrezygnować ze swoich planów. Od tego czasu minęło sześć lat, a on wciąż nie potrafił się z tym pogodzić. Był świadomy, że umierający chłopak przypomniał mu dawne zdarzenia. Nie myśl o tym, nakazał sobie w duchu, to już niczego nie zmieni, niepotrzebnie się zadręczasz. Trzeba się skupić i poważnie zastanowić nad tajemniczym zagrożeniem, o którym wspomniał chłopak. To nie jest dobra pora na łzawe wspominki oraz sentymenty.

Zwykle Kitt lubił tę porę dnia. Zmierzch pozwalał na uspokojenie i wyciszenie po pełnym zajęć dniu, a przed czekającymi go zadaniami wypełnianymi nocą. Starał się być aktywny, wynajdował sobie zajęcia, by móc się na nich skupić i nie kierować myśli w mniej bezpieczne rejony. Jednak tego wieczoru nie potrafił się odprężyć, przeciwnie, ogarnęły go złe przeczucia. W nadciągającej ciemności nocy zdawały się czyhać niebezpieczeństwa.

Czy jednak nie przesadza i nie ponosi go wyobraźnia? Powinien wierzyć słowom umierającego czy przed śmiercią chłopak wypowiedział ostatnie kłamstwo? Jeśli tak, to z pewnością postąpił sprytnie, bo zasiał w umyśle Kitta podejrzenie, którego nie mógł zignorować. Sięgnął za cholewę i wyjął z niej nóż. Jeśli atak nastąpi znienacka, to nie będzie miał czasu, by go wyciągnąć, a trzeba mieć broń w pogotowiu. Gdy robiło się zbyt późno, żeby jechać do domu albo kiedy interesy trzymały go w mieście, Kitt korzystał z pokoju w zajeździe przy Bay Street, usytuowanym tuż za posiadłością gubernatora. Na dzisiejszy wieczór zaprosili go Crenshawowie, których posiadłość znajdowała się stosunkowo niedaleko.

Kitt szedł w kierunku zajazdu, gdy nagle w zapadającym zmroku dostrzegł jakieś poruszenie u wylotu Bay Street. Po chwili trzej mężczyźni rzucili się w jego stronę i niemal w ułamku sekundy miał ich przed sobą. Jeden z nich momentalnie zaszedł go od tyłu i próbował przewrócić, ale Kitt odgadł jego zamiary i błyskawicznie zareagował. Natarł na napastnika i uderzył nim o przeciwległą ścianę, aż poniosło echo, po czym natychmiast zwrócił się do pozostałych, już z nożem w dłoni. Obaj byli wielcy i śniadzi. Kitt odgadł, że chcieli natrzeć pierwsi, przyprzeć go do muru, tak żeby nie mógł uciekać. Lekko wykrzywił wargi w ironicznym uśmiechu. Uniósł nóż, pochylił głowę jak szarżujący byk i ruszył. Rozepchnął mężczyzn, tak że jeden z nich stracił równowagę, ale szybko się podniósł, jednak nie zaatakował, tylko śladem kompana rzucił się do ucieczki.

Kitt zauważył, że w pobliskim domu palą się światła. Stwierdził, że tego właśnie potrzebuje. Szybko przeskoczył przez bramkę, przebiegł ogród i stanął przed metalową kratą na pnącza, nad którą górował balkon. Zaczął się wspinać po kracie, czując, jak ugina się pod jego ciężarem. W pewnym momencie uchwycił dolną część balustrady, a potem metalową barierkę i już po chwili był na balkonie. Pochylił się jeszcze i na wszelki wypadek odrzucił kratę, po czym zmęczony po całym dniu i dodatkowo wykończony starciem z napastnikami, wyciągnął się na nagrzanej kamiennej posadzce i odetchnął z ulgą.

Po jakimś czasie uznał, że nic mu już nie zagrozi i pora opuścić kryjówkę. Podniósł się na nogi i właśnie w tym momencie otworzyły się drzwi prowadzące na balkon. Pojawiła się w nich młoda kobieta, która na jego widok zamarła przestraszona, po czym rozwarła usta, jakby chciała zawołać o pomoc.

Kitt domyślił się, że kobieta wzięła go za włamywacza i zaraz zacznie krzyczeć. Aby temu zapobiec, objął ją wpół i mocno pocałował. Chciał ją jedynie uciszyć, a tymczasem zorientował się, że piękna nieznajoma ma na sobie jedynie cienki peniuar, okrywający jędrne, kuszące młode ciało.

Nagle jej zapragnął. Wyglądało na to, że ona nie ma nic przeciwko temu. Nie wyrywała się i nie próbowała wycofać. Przeciwnie, z pasją oddała pocałunek. Zaczął pieścić językiem wnętrze jej ust, czując smak czekoladek miętowych, na co odpowiedziała z ochotą. Wokół niej unosił się świeży i pociągający zapach lawendy zmieszany z cytryną.

Kitt lekko ukąsił dolną wargę piękności, na co zareagowała aprobująco, wydając cichy jęk. Przesunął wyżej dłoń i przez delikatną satynę zaczął pieścić jej pierś, po czym wsunął dłoń między poły peniuaru. Przyciągnął bliżej nieznajomą, by poczuła, jak on bardzo jej pragnie. Nie opierała się, tylko ściśle do niego przylgnęła.

Przerwało im niespodziewane pukanie do drzwi, po czym dobiegł ich męski głos.

– Czy wszystko w porządku?

Kitt pojął, że trafił z deszczu pod rynnę. To mógł być jej ojciec, brat, narzeczony, a w najgorszym wypadku – mąż!

Kobieta odskoczyła. „To ojciec” – szepnęła i odsunęła się w stronę drzwi, pokazując wzrokiem Kittowi, gdzie powinien stanąć, by pozostać niezauważonym. Powoli zaczęła się uspokajać. Nawet przyjrzała się Kittowi, jakby próbowała ocenić, co ją do niego przyciągnęło, po czym posłała mu uśmiech. Odwróciła się w stronę drzwi i zawołała:

– Wszystko w porządku! Usłyszałam jakieś hałasy, ale to znowu ta krata. – Najwyraźniej w tym momencie pojęła, że ojciec może zechcieć wejść głębiej do jej pokoju i na balkon, więc szybko dodała: – Właśnie się ubieram. Zaraz zejdę na kolację.

Rozległ się odgłos zamykania drzwi. Pewna, że nikt im nie przeszkodzi, młoda kobieta zwróciła się do Kitta:

– A teraz ważniejsza sprawa, kim jesteś i co tu robisz?

Kitt uśmiechnął się i nie odpowiadając na pytanie, w milczeniu przyjrzał się swojej wybawicielce. Niewątpliwie była piękna. Miała długie kasztanowe włosy, jasną, niemal świetlistą twarz, a bystre spojrzenie szarych oczu ocienionych długimi rzęsami świadczyło o inteligencji. Trudno było ocenić jej wiek, ale reakcja na jego bliskość wskazywała, że jest kobietą doświadczoną. Może jednak dzisiaj dopisało mu szczęście? Oparł się o balustradę i założył ręce na piersi.

– Mam na imię Kitt, a to, co będę robił w twojej sypialni, zależy wyłącznie od ciebie.

ROZDZIAŁ DRUGI

Bryn Rutherford nie wyobrażała sobie, by ktokolwiek potrafił w mniej subtelny sposób nakłaniać ją do grzechu. Tyle że umięśniony przystojny młody mężczyzna z burzą blond włosów, który opierał się o balustradę balkonu, stanowił uosobienie pokusy. Mimo że był spocony i zmęczony po minionym dniu, to nieodparcie ją pociągał, a jego bliskość była wręcz ekscytująca.

Zapewne powinna mu wymierzyć policzek za to, że w tak nietypowy sposób zamknął jej usta, ale z drugiej strony, znaczyłoby to, że wzięła w tym udział wbrew własnej woli, co nie było zgodne z prawdą. Była na tyle wobec siebie szczera, że przyznała, iż bardzo jej się spodobały pocałunki i pieszczoty. Nie co dzień zdarzało się, by przystojny mężczyzna trafiał wprost na jej balkon. Zadała sobie w duchu pytanie, co dalej. W zasadzie powinna go wyrzucić, ale nie miała na to ochoty, a poza tym mogło się to wiązać z poważnymi obrażeniami ciała, ponieważ intruz nie mógł już skorzystać z kraty.

Jeszcze raz przyjrzała się przystojnemu nieznajomemu, nie potrafiąc ukryć uznania dla jego wyglądu. Odwzajemnił się, dając do zrozumienia wzrokiem, że w pełni docenia jej urodę.

– Niestety, ojciec spodziewa się, że za chwilę zejdę na kolację – powiedziała, chociaż wystarczyło na niego spojrzeć, by zrozumieć, że potrzebuje kobiety odważnej, wręcz śmiałej. Takiej, jaką przed chwilą trzymał w ramionach. – Może innym razem – dodała, nie chcąc, by ich znajomość zakończyła się, zanim na dobre rozpoczęła.

Mężczyźni, którzy wspinali się po kratach ogrodowych, z pewnością nie mieli żadnych zasad, uznała Bryn i doszła do wniosku, że nie powinna się obawiać rozpuszczonych przez nieznajomego plotek. Upublicznienie wiadomości o tym, do czego doszło między nimi, zmusiłoby go do oświadczyn. Była przekonana, że nie miał najmniejszej ochoty na ślub, a i zdecydowanie nie nadawał się na męża, raczej na kochanka. Domyśliła się, że jest mężczyzną ceniącym wolność i niezależność, uwielbiającym przygody i zapewne mającym liczne kochanki. Natomiast teraz należy go odprawić, bo lada chwila przyjdzie pokojówka, by pomóc jej się ubierać.

– Było mi bardzo miło, ale musisz już iść – powiedziała.

Kitt zajrzał do wnętrza sypialni, następnie spojrzał na rozgwieżdżone niebo i dopiero na końcu na ogród, od którego dzieliło go ładnych parę jardów.

– Ale jak mam to zrobić? – spytał.

– Byłoby łatwiej, gdybyś nie zrzucił kraty – zauważyła. Przystojny blondyn najwyraźniej należał do mężczyzn, którzy sprostają każdej sytuacji. Było też jasne, że cieszy się dobrym zdrowiem i nie cofnie się przed żadnym wyzwaniem. Być może każdej nocy czekały nań jakieś nowe zadania… – Bryn spojrzała na dół przez barierkę. – Jestem pewna, że bez kraty też sobie poradzisz – stwierdziła. – Wydaje mi się, że możesz zwisnąć na rękach, a potem skoczyć.

– Albo się ukryć pod twoim łóżkiem i poczekać – odparł z uśmiechem, który sprawił, że Bryn przebiegł przyjemny dreszczyk.

Od dawna tak dobrze się nie bawiła. Nie miała obok przyzwoitki, ba, nawet niewiele ubrań na sobie, bo jedynie peniuar, a przy sobie tego wspaniałego mężczyznę. Już niemal zapomniała, jaką przyjemność może dać flirt.

Dotknęła dłonią szyi nad wycięciem peniuaru i zauważyła, że nieznajomy śledzi ten ruch.

– To niezwykle podniecające móc się przy tobie przebierać, ale muszę odmówić, bo obawiam się, że nas okradniesz zaraz po tym, jak wyjdę. Nie mogę pozwolić, by obcy bezkarnie buszowali po domu. – Bryn spojrzała na balkon, chcąc dać znać, że lada chwila ktoś może odkryć jego obecność i potraktować jak złodzieja. – Zmykaj, bo jeśli nie, to zacznę krzyczeć.

Kitt zaśmiał się i nieznacznie skłonił głowę, po czym przerzucił prawą nogę przez balustradę.

Bryn trochę się obawiała, że zrobi sobie coś złego, ale nie mogła pozwolić, by tu został. On zaś wydawał się zupełnie nie przejmować sytuacją. Nawet do niej mrugnął i dopiero potem zawisł na rękach na gzymsie.

– Nie przejmuj się, na pewno nic mi nie będzie – rzucił.

Zeskoczył tak lekko, że nie usłyszała żadnego odgłosu. Wyjrzała przez barierkę i zobaczyła, jak się otrzepuje. Skinął jej ręką i lekkim krokiem sprawnie ruszył w stronę bramy.

Bryn pragnęła, by pociągający nieznajomy równie szybko opuścił jej myśli, ale nie było to możliwe. Towarzystwo przy stole i toczona przy nim rozmowa musiałyby się okazać niezwykle interesujące, żeby zapomniała o tym, co wydarzyło się pomiędzy nią a przystojnym blondynem. Prawdę mówiąc, nawet w takiej sytuacji przyszłoby jej to z dużym trudem, o ile w ogóle byłoby możliwe. Z pewnością uwagi Bryn nie skupił na sobie bogaty importer, pan Orville o sporym brzuszku, który zbyt często zwracał się do niej per „moja droga”. Mężczyzna siedzący po jej prawej stronie nie był bardziej interesujący, tyle że młodszy i nieco szczuplejszy. Bryn zdawała sobie sprawę, że musi być dla nich obu miła i uprzejma. Już w dzieciństwie matka wpoiła w nią, co oznacza bycie damą, tak więc Bryn wiedziała, jak powinna się zachowywać, co nie znaczyło, że jej się to podobało.

Już podczas swojego pierwszego sezonu towarzyskiego, kiedy to zaczęła bywać na rautach, wieczorkach i przyjęciach, odkryła, że bycie damą wiązało się z przygniatającą nudą, skoro szczytem odwagi było zatańczenie po raz drugi z tym samym mężczyzną. Wolała myśleć o sobie, że jest inna, taka jak podczas spotkania z nieznajomym blondynem. Była już jednak na tyle mądra, by wiedzieć, że namiętne kobiety, które postępują zgodnie ze swym instynktem, nie bywają zapraszane do stołu, przy którym zasiadają przyszli wspólnicy jej ojca. Chociaż wcale nie miała na to ochoty, tego wieczoru musiała odgrywać damę.

Zaledwie od trzech dni znajdowali się na wyspie, na którą jej ojciec przybył z pewną misją. Właśnie z tego powodu co znaczniejsi jej mieszkańcy chcieli go poznać. Tego wieczoru w domu Crenshawów zgromadziła się śmietanka społeczności Bridgetown, ludzie z koneksjami i ci, którzy swoją wiedzą o terytoriach zamorskich mogli z powodzeniem służyć brytyjskiej Koronie. Towarzysząca ojcu Bryn musiała zrobić na nich dobre wrażenie.

Nie byli to czarujący blond awanturnicy, którzy prawdopodobnie włamywali się do cudzych domów. Niewykluczone, że nieznajomy jest zwykłym przestępcą. W jego towarzystwie mogła sobie pozwolić na swobodne zachowanie. I chociaż było to bardzo ekscytując, nie tego oczekiwał od niej jej ojciec. Byłby wręcz zaszokowany, gdyby dowiedział się o tym, co zaszło na balkonie. Pomyślała, że sama powinna być rozczarowana własnym postępowaniem, skoro uległa pokusie i zapomniała o radach matki. Ale po takim pocałunku trudno było o skruchę!

Bryn wypiła nieco wina i uśmiechnęła się do siedzącego po jej prawej stronie pana Selby’ego, doskonale zdając sobie sprawę, że zapuszcza on oko w jej dekolt, jednocześnie rozprawiając o najciekawszych miejscach na wyspie. Zapewne doszedł do wniosku, że nietaktem byłoby gawędzić z młodą kobietą o bankowości, a Bryn pomyślała, że jej blond adonis nie dzieliłby tematów na kobiece i męskie. Z dużą dozą prawdopodobieństwa uznała, że pociągający nieznajomy rozmawiał o tym, o czym chciał, z tym, z kim chciał. Poza tym nie posyłałby ukradkowych spojrzeń w stronę jej piersi, tylko przyglądałby się im otwarcie i – miała nadzieję – z podziwem.

– Co pani o tym sądzi, panno Rutherford? – spytał pan Selby akurat w chwili, gdy Bryn przebywała myślami gdzie indziej.

– Przepraszam, o czym? – zapytała, usiłując z marnym powodzeniem zrobić skruszoną minkę.

Uśmiechnął się wyrozumiale. Jako dżentelmen, nie mógł brać jej za złe chwili nieuwagi.

– O pikniku. Przyszło mi do głowy, że moglibyśmy urządzić piknik i przy okazji wybrać się na wycieczkę po okolicy.

Tchórz, uznała w duchu Bryn. Przystojny nieznajomy nie wybaczyłby jej tak łatwo braku uwagi. Myśl o tym, jak mógłby ją za to ukarać, sprawiła, że miły dreszczyk przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. Z drugiej strony, zapewne przy nim bardziej by uważała.

– Doskonały pomysł, chociaż może na później. Dopiero co przyjechaliśmy i mamy w tej chwili dużo do zrobienia, chociażby rozpakować kufry. – Uśmiechnęła się, dając znak, że chciałaby zakończyć rozmowę, i odwróciła się do sąsiada z drugiej strony, pana Orville’a.

Postępowała tak przez cały czas spędzony przy stole: obracała się to do sąsiada po swojej lewej stronie, to do tego siedzącego po prawej, słuchała mało uważnie i co jakiś czas starała się coś powiedzieć. Kiedy wreszcie na stole pojawiły się sery zwiastujące koniec kolacji, doszła do rozczarowującego wniosku, że posiłki na wyspie niewiele różniły się od tych londyńskich. A żywiła nadzieję, jak się okazało, płonną, że będzie choć trochę inaczej. Liczyła też na to, że spotka tu innych mężczyzn.

Na jej ustach pojawił się lekki uśmiech. Przynajmniej jeśli o to idzie, nie do końca się zawiodła. Zaczęła się zastanawiać, czy jeszcze kiedyś ujrzy nieznajomego i jak mogłaby sprowokować spotkanie. Może prowadzi on w mieście interesy? Może udałoby się go odwiedzić? Bryn omal nie roześmiała się z własnej głupoty. Nieznajomy z pewnością nie jest biznesmenem. Najwyraźniej przestaję myśleć logicznie, skarciła się w duchu. Przecież jeszcze niedawno wydawało jej się, że jest przestępcą. Nie bez kozery nie podał jej swego nazwiska – tego rodzaju mężczyźni nie chcą, by ich szukano.

Uważaj, dokąd prowadzą cię te rozważania, ostrzegło ją sumienie. Ojciec zaczyna nowy etap w życiu i potrzebuje twojego wsparcia. Nie możesz sprowokować skandalu, misja jest dla niego zbyt ważna. Poza tym obiecywałaś… Cóż, ja także tu zaczynam, powiedziała sobie w duchu. Mogła zostać z rodziną w Londynie i wieść bezpieczne, przewidywalne życie, ale szalenie nudne. Miała dość takiej egzystencji. Być może tutaj uda jej się przeżyć przygodę, o ile będzie ostrożna i dyskretna. Od tak dawna starała się postępować poprawnie, zgodnie z tym, czego od niej oczekiwano, że z pewnością należała jej się za to nagroda.

Eleanor Crenshaw, pani domu, wstała od stołu, tym samym dając znać paniom, że powinny udać się wraz z nią do salonu, pozostawiając panów. Bryn zebrała spódnicę i zerknęła na ojca, który kiwał głową i odpowiadał na pytania. Miała nadzieję, że dobrze mu idzie. Wciąż nie wiedziała, jak to się stało, że władze powierzyły mu misję utworzenia banku na Karaibach. Podejrzewała, że pomogli mu wpływowi krewni. Starszy brat ojca był hrabią Creighton i miał koneksje zarówno w świecie polityki, jak i finansjery.

Nie znaczyło to, że wątpiła w umiejętności ojca. Był młodszym synem, ale miał swoje ambicje. Dotyczyły one krajowego rynku i nie wiedziała, czy ze swoimi lokalnymi doświadczeniami poradzi sobie na rynku światowym. Bryn uwielbiała ojca i nie chciała stać się świadkiem jego porażki, choć domyślała się, że nikt z Rutherfordów nie brał takiej ewentualności pod uwagę, kiedy ich statek odpłynął od brzegów Anglii. Wszyscy widzieli jedynie dobre strony tego przedsięwzięcia.

Sukces jej ojca pozwoliłby całej rodzinie uczestniczyć w zyskach brytyjskiej Korony, uzyskiwanych w ramach monopolu bankowego na terenie całych Karaibów. W ten sposób jeszcze bardziej wzrosłaby potęga rodu Rutherfordów. Bryn miała nadzieję, że wyjazd pozwoli ojcu dojść do siebie po stanowczo przedwczesnej śmierci żony, a jej matki. Przez ponad rok pozostawał bezczynny i wciąż rozpamiętywał odejście ukochanej małżonki. W końcu przyszedł czas na działanie. Ojciec miał w sobie za dużo energii i był zbyt inteligentny, by na dobre zrezygnować z życia. Wciąż mógł wiele uczynić dla rodziny, przyjaciół i Anglii.

W saloniku panie dyskretnie zaczęły wypytywać Bryn. Były ciekawe, co jej ojciec może zrobić dla ich rodzin oraz jakimi uprawnieniami dysponuje i czy zdecyduje się na własne inwestycje. Bryn wolałaby, żeby zaczął niespiesznie, z rozwagą, wolno, koncentrując się na najważniejszych obowiązkach, tak by zakończyć misję sukcesem. Byłoby lepiej, by trzymał się początkowych planów. Wiedziała jednak, że brat zachęcał go do zajęcia się także prywatnymi interesami.

Zamierzała zwekslować rozmowę na inne tory i zapytać o puste krzesło przy stole, kiedy pojawił się lokaj. Powiedział coś cicho do pani domu, która uśmiechnęła się promiennie i oznajmiła głośno:

– Jak najbardziej, Bradley. Natychmiast go przyprowadź. – Z miną zwyciężczyni powiodła wzrokiem po zgromadzonych w salonie paniach. – Właśnie przyszedł nasz ulubiony kapitan – oznajmiła.

Panie się uśmiechnęły, a niektóre zachichotały, zasłaniając twarze wachlarzami. Cóż, ten kapitan najwyraźniej działał na kobiety, pomyślała Bryn, nawet mężatki, które powinny wiedzieć, jak się zachować. Siedząca po jej lewej stronie córka jednej z pań zarumieniła się i wbiła spojrzenie w złożone na kolanach dłonie, udając brak zainteresowania. Ten gest wydał się Bryn znaczący i zaczęła się zastanawiać, czy coś mogło łączyć pannę Caroline Bryant z owym kapitanem. W Londynie takie gesty były nie do pomyślenia.

– Kapitan Christopher Sherard – zaanonsował lokaj, który ponownie pojawił się w saloniku.

Bryn popatrzyła z zaciekawieniem w stronę drzwi. Przypomniała sobie, że kapitan Sherard znajdował się na liście potencjalnych kandydatów na udziałowców banku, ale do tej pory nie udało im się z nim spotkać. Polecił go Ren Dryden, hrabia Dartmoor.

Od razu zauważyła, że stojący w drzwiach mężczyzna jest niezwykle przystojny. Po chwili zrozumiała, że ma przed sobą pociągającego nieznajomego z balkonu. Serce zaczęło jej bić przyśpieszonym rytmem. Nie wiedziała tylko, czy boi się ewentualnego skandalu, czy jest podekscytowana, że ponownie go spotkała. Uznała, że powinna przestać to rozważać i przygotować się na moment, gdy staną twarzą w twarz.

Zauważyła, że sczesał długie blond włosy do tyłu i związał je czarną wstążką, włożył czystą, nieskazitelnie białą koszulę, a także fular ze spinką z brylantem, co wskazywało nie tylko na zamożność, ale też dobry smak. Spodnie i surdut były na tyle dobrze skrojone, że mógłby się pokazać w najlepszym londyńskim towarzystwie. Zaprezentował znajomość dobrych manier i Bryn doznała lekkiego rozczarowania. A może to jednak inny człowiek, tyle że bardzo podobny do tamtego? A poza tym, czy poważny inwestor wspina się na cudze balkony i całuje nieznane kobiety? Nie był to ktoś, komu mógł zaufać jej ojciec, a tym bardziej ona. Niezdecydowana, dyskretnie przyjrzała się rysom jego twarzy: wyraźnie zarysowanej szczęce, prostemu nosowi, oczom… One go zdradziły. Jednak to on! Znowu poczuła przyśpieszone bicie serca. To mężczyzna, który wspiął się na jej balkon i pocałował ją tak, że do tej pory nie zdołała o tym zapomnieć.

Spojrzenie lśniących błękitnych oczu przeskakiwało od jednej pani do drugiej, aż w końcu spoczęło na Bryn. W tym momencie pojawił się w nich błysk rozpoznania i mężczyzna nieznacznie się uśmiechnął.

Czy zechce wydać ją i jej sekret? Bryn nie miała wątpliwości, że awanturnik, którego obecność przez przypadek odkryła na balkonie, mógłby pochwalić się swoim podbojem, ale elegancki dżentelmen przypuszczalnie jest człowiekiem interesu i zapewne, podobnie jak jej ojciec, starał się stronić od skandali. Cała ta sytuacja zaczynała ją przerastać. Bryn nie miała pojęcia, jak się zachować, i, co do niej niepodobne, poczuła się bezbronna.

Nie chciała jednak skandalu, gdyż doskonale wiedziała, że odbije się to na działalności ojca. Rutherfordom od dziecka wpajano dbałość o dobro i pomyślność rodziny. Biznesmeni niechętnie robią interesy z ojcami, którzy nie potrafią zapanować nad córkami. Poza tym złożyła solenną obietnicę matce, a przecież nigdy nie złamała danego słowa.

Kapitan Sherard przestał się w nią wpatrywać i podszedł do Eleanor Crenshaw, która nagle znalazła się w kręgu zainteresowania wszystkich zebranych w salonie. Kapitan lekko uścisnął dłoń gospodyni i powiedział:

– Przepraszam za spóźnienie. Mam nadzieję, że uzyskam wybaczenie.

Bryn z trudem powstrzymywała się od wpatrywania się w nowo przybyłego. To na niego czekało krzesło przy stole. Dlaczego wspiął się na jej balkon, skoro miał być tu na kolacji? Tak nie zachowywał się poważny finansista.

Pani Crenshaw bąknęła, że oczywiście mu wybacza, byle tu był i bawił zebranych.

– Może zagra pan dla nas z panną Caroline – zaproponowała. – Duety fortepianowe tak doskonale państwu wychodzą.

W dodatku on gra na fortepianie? – zdziwiła się Bryn.

Kapitan skinął głową i poprowadził spłonioną pannę Caroline do fortepianu, który miał otwartą klapę, jakby oczekiwano, że Christopher Sherard zasiądzie do instrumentu. Wyglądało na to, że jest on w tym domu dość częstym gościem. Bryn pomyślała, że nie powinna się przejmować rumieńcem panny Caroline. Za mało znała Sherarda, aby być o niego zazdrosna. Skradziony pocałunek to nie powód, żeby myśleć o związku czy zobowiązaniach. Powinna raczej współczuć pannie Caroline, która najwyraźniej uważała kapitana za godnego szacunku dżentelmena. W przeciwieństwie do nieśmiałej panny, Bryn dopisało szczęście, bo mogła się przekonać, jaki naprawdę jest Christopher Sherard.

Zanim w salonie pojawiła się herbata i dołączyli do nich panowie, Bryn straciła dużą część sympatii dla panny Caroline.

– Kiedy mówiła pani o innym razie, nie sądziłem, że to będzie tak szybko.

Nagle tuż za plecami Bryn rozległy się słowa wypowiedziane głębokim barytonem i zaskoczona, omal nie drgnęła. Na szczęście udało jej się opanować i nie rozlać herbaty.

– Nie sądziłam, że będzie pan na przyjęciu. Nie bardzo jest się tu gdzie wspinać – odparła gładko, wciąż patrząc na zgromadzonych w salonie, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę z bliskości Sherarda. Poczuła od niego lekki, ale wyraźny zapach drzewa sandałowego. Zapewne wziął kąpiel przed przybyciem tutaj i ten obraz sprawił, że przebiegł ją dreszcz podniecenia. – Trudno mi sobie wyobrazić, co może pan robić w takim towarzystwie.

– Szkoda. Wydawało mi się, że ma pani dosyć dużą wyobraźnię – odparł wyraźnie rozbawiony kapitan, jakby domyślił się, co Bryn chodzi po głowie. – Tutaj też jest gdzie się wspinać, tyle że nie chodzi o balkony – dodał dwuznacznie.

Ta aluzja powinna ją do niego zniechęcić, ale tak się nie stało. Wręcz walczyła, żeby się nie uśmiechnąć, w obawie że ktoś to zauważy.

– Zostawmy pani wyobraźnię, wydaje mi się, że na balkonie byłem w gorszej sytuacji.

– Nie sądzę, panie Sherard, by kiedykolwiek był pan w gorszej sytuacji, jeśli idzie o kobiety…

Przesunął się nieco na bok i zobaczyła jego uśmiech.

– Jeśli idzie o panią, niewątpliwie jestem w dalszym ciągu. Czy może mi pani zdradzić swoje nazwisko? Pani moje już zna.

Wiedziała, że i tak by je szybko poznał. Tutejsza społeczność była niewielka.

– Nazywam się Bryn Rutherford – odparła.

Zauważyła, że na dźwięk jej nazwiska kapitan nieco zesztywniał, co świadczyło o tym, że już o niej słyszał. Jednak szybko się rozluźnił i w dalszym ciągu zachowywał naturalnie. Zresztą, czy mogła się temu dziwić? Bridgetown było małą miejscowością, a wieści rozchodziły się szybko. Zapewne wszyscy ludzie interesu już wiedzieli o przyjeździe jej ojca. Znali też cel jego wizyty, którym najwyraźniej byli mocno zainteresowani. Dziwiło ją tylko, że kapitan Sherard podziela to zainteresowanie, gdyż wcześniej wyznaczyła mu zupełnie inną rolę. Tylko czy teraz ma udawać, że nie zauważyła jego zaskoczenia, czy nawiązać do tego w rozmowie? Zdecydowała, że spróbuje obu tych strategii naraz.

– Czy hrabia wie, czym zajmuje się pan w wolnym czasie?

W dalszym ciągu trudno jej było pogodzić awanturnika, który wdarł się na jej balkon, z eleganckim dżentelmenem, z którym właśnie rozmawiała. Przypuszczała, że Ren Dryden, hrabia Dartmoor, jest mu coś winien, skoro tak zdecydowanie go rekomendował. Z drugiej strony, w tym stroju i otoczeniu można by wziąć kapitana za lorda.

Tymczasem mężczyzna, o którym rozmyślała, otaksował ją wzrokiem, po czym wyciągnął w jej stronę ramię.

– Panno Rutherford, czy zechce pani wyjść ze mną na werandę, żeby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza? – spytał.

Od razu domyśliła się, że chce z nią porozmawiać, i to o czymś na tyle istotnym, by nie czynić tego w saloniku, gdzie ktoś mógłby ich podsłuchać.

Uznała, że powinna się zgodzić. Była przecież spragniona przygód. Jeśli ten mężczyzna całował tak wspaniale, i to zaraz po tym, jak się spotkali po raz pierwszy, to czegóż mogła się spodziewać teraz, na werandzie? Co prawda, była damą, ale nie potrafiła oprzeć się pokusie. Ale tylko dzisiaj, dodała w duchu, żeby uspokoić wyrzuty sumienia. Postanowiła rzucić mu wyzwanie.

– Proszę mnie oświecić. Czy chce pan, żeby znienawidziła mnie śliczna Caroline Bryant, czy może zamierza pan się wkraść w łaski mojego ojca? Trzeba czegoś więcej niż pocałunek na balkonie, żeby zdobyć moje poparcie, panie kapitanie.

Zgromadzone panie przez cały wieczór starały się zwrócić jej uwagę na swoich ojców albo mężów. Chociaż miała ochotę na sam na sam z Sherardem, nie była na tyle naiwna, by sądzić, że chodzi mu tylko o nią. W swoim czasie rodzina uprzedzała ją, że zetknie się z mężczyznami, którzy będą chcieli wzbogacić się jej kosztem. W Londynie musiała się opędzać od łowców posagów. Uniosła do ust filiżankę z herbatą, upiła łyk i spojrzała prosto w oczy kapitana.

– Nigdy nie łączę interesów z przyjemnością, dlatego może będzie lepiej, jeśli się pożegnamy, zanim dojdziemy do pochopnych wniosków.

W oczach Sherarda pojawiły się wesołe iskierki, a Bryn odniosła wrażenie, że choć może nie wszystko poszło po jego myśli, to i tak jest górą. Ukłonił się jej lekko, tak jak wtedy na balkonie. Była w tym elegancja, ale też pewna przesada, która zakrawała na kpinę.

– Jutro planuję się spotkać z pani ojcem, a potem chętnie przejdę się z panią po ogrodzie. Do tego czasu może pani zdecydować, czy chodzi o interesy, czy o przyjemność.

Spotkanie z ojcem? Doskonale wiedziała, jak to sobie wyobrażał: panowie zasiądą w jakimś odosobnionym pokoju, a w tym czasie panie zajmą się czym innym. Czy powinna go wyprowadzić z błędu? Uśmiechnęła się lekko, z nadzieją że to jej nie zdradzi, i skinęła głową.

– Zatem do jutra, panie kapitanie.

Ten pewny siebie, arogancki mężczyzna mógł uznać, że ma nad nią przewagę, ale wkrótce czeka go parę niespodzianek.

ROZDZIAŁ TRZECI

Piekło i szatani, jak to się mogło stać?! Dlaczego ze wszystkich balkonów w Bridgetown wybrał właśnie należący do Bryn Rutherford, córki człowieka, który przywiózł sporo pieniędzy należących do Korony, aby je zainwestować na Karaibach? Kitt bardzo liczył na to, że weźmie udział w tym zakrojonym na dużą skalę przedsięwzięciu. Pełen obaw, nie potrafił zdecydować, czy w tej sytuacji niecodzienne spotkanie z Bryn było szczęśliwym, czy nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności.

Coś podpowiadało mu, że jednak dopisało mu szczęście. Bryn Rutherford była istnym wulkanem namiętności. Wciąż pamiętał, że z pasją oddała mu pocałunek, przywierając do niego całym ciałem. Poza tym niewątpliwie była bardzo inteligentna i potrafiła nad sobą zapanować – przecież od razu zrozumiała, co oznaczałoby wspólne wyjście na werandę.

Ta odmowa wskazywała na to, że ma w sobie odrobinę cynizmu. Mimo wewnętrznego ognia, który się w niej palił, potrafiła dostrzec konsekwencje swoich działań i zapanować nad namiętnością. A może oznaczało to, że jest prawdziwą damą i wie, jak powinna się zachować? Znajdowali się w jednym z najodleglejszych zakątków brytyjskiego imperium, gdzie rzadko docierały jakiekolwiek damy, chyba że istniały ku temu powody. Czyżby więc Bryn Rutherford miała coś do ukrycia?

Ta myśl zaintrygowała Kitta na tyle, że zapomniał o spotkaniu z jej ojcem i zaczął sobie wyobrażać spacer po ogrodzie i zastanawiał się, jak pokierować rozmową, aby dowiedzieć się czegoś na temat jej przeszłości. Zrozumieć, jak to się dzieje, że dobrze wychowana panna potrafi w ten sposób całować.

Nie, poprawił się w myślach, jednak nie panna. Bryn była młoda, ale wyglądała na pewną siebie i swoich atutów kobietę. Nie było w niej niewinności debiutantki. Wskazywała na to też jej suknia z zielonego jedwabiu, ujawniająca ponętne krągłości ciała, te same, które zdążył już wcześniej poczuć i uznać za bardzo pociągające. Te myśli nie pozwoliły mu się wyspać.

Nie tylko z tego powodu źle spał. Rozważał, kto i dlaczego chciał go zabić. Czyżby za napaścią stał jego dawny partner, który poczuł się oszukany? A może sprawa była bardziej skomplikowana i ktoś specjalnie przemierzył Atlantyk, by zemścić się na nim za dawne domniemane krzywdy? Zawsze starał się być ostrożny, gdy chodziło o powiązania z Anglią i tamtejszym środowiskiem, bo nie jedynie on mógłby być zagrożony, ale i rodzina. Zrezygnował nie tylko z dawnego nazwiska, ale też ze wszystkiego, co posiadał, by poczuć się bezpiecznie. Zatem druga możliwość, choć prawdopodobna, wydawała się mało realna. Wciąż żył, ponieważ zachowywał daleko posuniętą ostrożność i starał się pamiętać o tych, których kochał i którzy jego kochali.

Tej nocy rozmyślał o wielu sprawach, również o interesach. Zastanawiał się, czy Bryn Rutherford nie zechce wykorzystać przeciwko niemu incydentu na balkonie. A jeśli tak, jak to wpłynie na możliwości, które mógł zaoferować mający powstać na Barbados bank? Te pytania nie dawały mu spokoju nawet wtedy, kiedy zapukał do drzwi domu, w którym zatrzymali się Rutherfordowie.

Szybko otworzył je dostojny kamerdyner, który zapewne przypłynął tu wraz z nimi, i zaprowadził go długim korytarzem do gabinetu mieszczącego się na tyłach domu. Kamerdyner wydawał się doskonale pasować do tych wnętrz, a Rutherfordowie, choć przybyli tu niedawno, już odcisnęli na otoczeniu swoje piętno. Przywieźli drogie dywany, cenne ozdoby i obrazy, z których część zapewne przedstawiała członków tego rodu.

Z zasady Kitt dokładnie oglądał i analizował miejsca, w których się znajdował. Dawało mu to ogólne pojęcie o charakterze i upodobaniach gospodarzy. Doskonale rozumiał, że dom jest wynajęty, ale to wszystko, co Rutherfordowie zabrali z Anglii, wskazywało na ich potęgę i prestiż, a on właśnie na to liczył. Z takimi ludźmi chciał robić interesy. Pozostało mu ocenić, czy przekaz, który niosło ze sobą to wnętrze, nie jest jednak fałszywy.

Po chwili kamerdyner otworzył kolejne drzwi i go zaanonsował. Kitt wszedł do środka i spostrzegł, że wnętrze też pełne było drogich, wręcz luksusowych przedmiotów. Ze zdziwieniem stwierdził, że Rutherford nie jest sam. Obok niego stał James Selby, który zaczynał kupiecką karierę. Chytry lis, pomyślał Kitt, musiał przyjść wcześniej. Cóż, Rutherford prędzej czy później przekona się, że Selby jest ograniczony. Kitt zbliżył się do mężczyzn i zauważył, że w przylegającej do gabinetu otwartej bibliotece znajdował się ktoś jeszcze. Przy otwartych przeszklonych drzwiach, które wychodziły na ogród, siedziała Bryn Rutherford. Na jego widok uśmiechnęła się lekko, co wskazywało na to, że poczuła się zwyciężczynią. Zapewne dostrzegła wyraz niedowierzania w jego oczach, co dało jej dodatkową satysfakcję.

Podstępna wiedźma! Doskonale wiedziała, że będzie na tym spotkaniu. Powiedziała „Zatem do jutra”, a na jej ustach pojawił się uśmiech, tyle że on wtedy nie wiedział, co oznacza. Teraz zrozumiał. Nabijała się z niego, starała się odegrać za to, do czego między nimi doszło na balkonie.

– Wygląda na to, że już się państwo tu zadomowili – zagaił Kitt, ściskając dłoń gospodarza.

Postanowił mu się przyjrzeć bliżej, by móc go właściwie ocenić, bo poprzedniego dnia nie miał na to za dużo czasu. Bailey Rutherford przekroczył pięćdziesiątkę, jego kasztanowe włosy zaczęły rzednąć i siwieć, choć kiedyś musiały być tak piękne jak włosy córki. Twarz miał zmęczoną, a oczy z jakiegoś powodu smutne. Nie było w nim tej pewności siebie, jaką prezentowała Bryn. Kitt dostrzegł na jednym z palców Rutherforda wielki sygnet, który stanowił kolejną oznakę bogactwa i potęgi.

– To nie moja zasługa. Nawet nie wiedziałbym, od czego zacząć rozpakowywanie. Zawsze zajmowała się tego rodzaju sprawami żona, a teraz robi to córka. – Spojrzał czule na Bryn. – Czy poznał ją pan wczoraj, kapitanie? Ależ tak, oczywiście, był pan w salonie…

Kittowi dało sporo do myślenia to, co przed chwilą usłyszał. Pożałował, że spóźnił się do Crenshawów, gdyż miałby wówczas okazję lepiej poznać Baileya Rutherforda. Po tym, jak zeskoczył z balkonu Bryn, wybrał okrężną drogę do domu, na wypadek gdyby nadal ktoś na niego czyhał, a potem musiał się jeszcze wykąpać i odświeżyć.

– Pan zapewne zna pana Selby’ego? – zagadnął Rutherford, wskazując im wolne krzesła. Obaj ukłonili się jego córce i usiedli. – Rozmawialiśmy właśnie o geografii okolicznych wysp.

We trzech podjęli ten temat, w którym Kitt czuł się wyjątkowo pewnie. Nie szarżował jednak i tylko co jakiś czas dawał gospodarzowi dobrą radę, kiedy Selby ze swadą opowiadał o swoim najnowszym hobby: katalogowaniu tutejszych motyli, tak by móc napisać o nich książkę. Kitt pomyślał, że będzie to trudne zadanie, gdyż Barbados nie słynął z rozmaitości motylich gatunków. Po chwili dostrzegł, że Bryn przewróciła oczami, co bardzo go ucieszyło, bo najwyraźniej też uznała ten temat za nudny. Starał się trzymać kwestii praktycznych, dotyczących handlu i nawigacji.

Dzięki temu, że Selby mówił z coraz większą swadą, Kitt miał czas na obserwację. Kiedy obejrzał sobie dokładnie gospodarza, skierował wzrok na jego córkę. Bryn miała na sobie suknię z niebieskiego muślinu, obrębioną białą koronką. Upięła włosy, przez co wyglądała bardziej dostojnie niż poprzedniego dnia, a przy okazji odsłoniła długą i piękną szyję.

Sama jej obecność na takim spotkaniu stanowiła wyzwanie. Bryn z pewnością od początku planowała wziąć w nim udział, ale Kitt nie wiedział jeszcze, w jakim charakterze. Domyślał się jednak, że nie będzie tu jedynie ozdobą czy też opiekunką ojca i że może mieć wpływ na jego ostateczną decyzję. Wzięła do ręki tamborek i zajęła się haftowaniem. Większość mężczyzn uznałaby, że nie pełni żadnej poważnej roli, ale on bez trudu odgadł, że jest to jedynie kamuflaż.

Jeden pocałunek powiedział mu więcej, niż mógłby się spodziewać. Miał do czynienia z kobietą świadomą swoich pragnień i celów. Taką, która potrafi nad sobą panować, ale też zapamiętać się w tym, co robi. Właśnie to było jej prawdziwe przeznaczenie: pasja, namiętność, oddanie się bez reszty… Kitt poruszył się na krześle, czując, że ta myśl podziałała na niego podniecająco. Tak, upewnił się w duchu, namiętność stanowiła prawdziwą naturę Bryn Rutherford.

Jej ojciec w końcu zwekslował rozmowę na kwestie finansowe i Kitt stwierdził, że musi na chwilę zapomnieć o pięknej Bryn.

– Od przyjazdu spotykam się tu z różnymi osobami. Do przyszłego roku powinniśmy otworzyć bank na Barbados, a potem jego oddziały na kolejnych wyspach. – Rutherford uśmiechnął się do siebie. Miał szare oczy, tak jak córka, ale brakowało w nich życia. – Tak to już w życiu jest, czeka się latami, a potem nagle wszystko dzieje się bardzo szybko. Nawet się człowiek nie obejrzy, kiedy coś się stanie.

Najwyraźniej chodziło mu o coś innego, ale Kitt pochylił się w jego stronę, pragnąc skoncentrować się na rozmowie o banku. Zostało im mało czasu, a jak do tej pory zajmowali się głównie motylami.

– To będzie bardzo pożądana nowość – zauważył. – Obecność i funkcjonowanie banku zmieni niemal wszystko w tutejszych interesach.

Miał nadzieję, że te słowa pozwolą Rutherfordowi na rozwinięcie tematu. Sam był bardzo ciekaw kompetencji banku i tego, jak wpłynie on na handel. Obecnie główną walutą były rum i cukier, a także holenderskie i hiszpańskie pieniądze, ponieważ brytyjska Korona nie pozwalała na eksport funtów do zamorskich kolonii. W rezultacie na wyspach w ogóle brakowało pieniędzy i większa część handlu musiała toczyć się wymiennie. Dzięki funtom handel stanie się bardziej opłacalny i bezpieczniejszy, w dodatku nie trzeba będzie wszędzie wozić ciężkich beczek z rumem, a jedynie tam, gdzie będą one naprawdę potrzebne.

Kiedy Rutherford skinął głową, Kitt podjął temat:

– Obecność angielskiego banku będzie oznaczała, że na Barbadosie w końcu będzie można używać funtów. Dzięki temu będziemy mogli płacić pieniędzmi za różne towary. Łatwiej nam będzie regulować rachunki, a jeśli bank zdecyduje się na wydawanie akredytyw, handel stanie się bezpieczniejszy. Zarobią na tym też ci, którzy będą sprawować kontrolę nad tym rynkiem. – Kitt nie był na tyle naiwny, by sądzić, że rząd Anglii robi to wszystko z dobrego serca. Ktoś musiał to wcześniej dobrze przemyśleć i uznać, że wyniesie z tego korzyści. A on chciał mieć udział przynajmniej w części tych korzyści.

– Tak, oczywiście – przytaknął Rutherford, spoglądając na ozdobny przycisk do papieru.

Kittowi wydawało się, że zadanie pana Rutherforda polega na założeniu banku i dopuszczeniu do udziału w nim odpowiednich przedsiębiorców. To on miał ich wybrać, choć w tej chwili nie wydawał się zdolny do podjęcia tego rodzaju decyzji. Być może przyczyniły się do tego niedogodności podróży. W końcu nie był taki młody. W ogóle ciekawe, dlaczego właśnie jego wybrano do tej misji. Niezależnie od wszystkiego, Kitt doszedł do wniosku, że spotkanie nie przebiegało po jego myśli.

Po chwili przyszło mu do głowy, że być może brak zainteresowania ze strony Rutherforda ma jakieś przyczyny osobiste. Niewykluczone, że już zdecydował, iż nie włączy kapitana Sherarda do grona pierwszych udziałowców banku, bo córka opowiedziała mu o tym, co wydarzyło się na balkonie.

Kitt postanowił, że nie będzie krył swoich opinii o banku. Za długo czekał na to spotkanie i wiązał z nim zbyt wielkie nadzieje, by się teraz poddać. Wiedział, że znalazł się na liście inwestorów tylko dzięki rekomendacjom Rena Drydena, hrabiego Dartmoor, swojego bliskiego przyjaciela. To właśnie on poinformował go o całej sprawie, a Kitt chciał wiedzieć, jaki to będzie rodzaj banku. Przecież zdarzały się różne, zwłaszcza po reformie bankowej, która została przeprowadzona parę lat wcześniej.

– Ale jaki to będzie bank? Akcyjny?

W tym momencie Rutherford wykazał zainteresowanie.

– Akcyjny, właśnie! Przecież mamy już udziałowców w Londynie, którzy czekają na działania tutejszych inwestorów. Będzie tak jak w Banku Prowincjonalnym w Anglii, w którego skład zarządu wchodziłem.

Kitt skinął głową. Nie jest tak źle, skoro Rutherford ma jednak pewne doświadczenie. Będzie mu ono potrzebne, ponieważ tego rodzaju przedsięwzięcia wiązały się z ryzykiem. Bank akcyjny zakładał, że inwestorzy będą mieli udział zarówno w jego zyskach, jak i stratach. Ważne więc będą inwestycje banku i związane z nimi ryzyko. Im mniejsze, tym lepiej, ale zwykle wiązało się z mniejszymi zyskami. Poza tym akcjonariusze mogli grać swoimi udziałami na giełdzie. Nie miał to więc być zwykły bank oszczędnościowy, ale z połączonymi kapitałami.

– Czy będziemy udzielać pożyczek plantatorom? – spytał Kitt, myśląc o tym, jak bardzo zmieniłoby to istniejący rynek pożyczkowy.

Obecnie miejscowi kupcy udzielali plantatorom pożyczek krótkoterminowych, a następnie odbierali je w produktach; rumie lub cukrze trzcinowym. Właśnie ten sposób wskazał Renowi, tyle że sytuację przyjaciela i jego naówczas wspólniczki, a obecnie żony, znacznie utrudniło kilku zawistnych, a nawet zbrodniczych sąsiadów. Bank ograniczy przychody kupców i będzie stanowił dla nich konkurencję. Nic dziwnego, że tyle osób jest zainteresowanych jego utworzeniem.

Kątem oka zauważył, że Bryn sięgnęła po coś pod tamborkiem. Nie, nie sięgnęła… Miała pod nim notes, w którym cały czas coś zapisywała! Selby tak się pogrążył w rozmowie, że nawet tego nie zauważył. Kitt pojął, że jej udział w negocjacjach jest znacznie poważniejszy, niż początkowo mogłoby mu się wydawać.

– To będzie zależało od ich zabezpieczeń – wyjaśnił Rutherford. – Nie możemy za nie uznać ich nieruchomości.

Rutherford zna się jednak na finansach, pomyślał uspokojony Kitt. To stanowiło dobry prognostyk na przyszłość.

– Co potraktujemy jak nieruchomości? – Ten termin miał bardzo szerokie znaczenie.

– Przede wszystkim to, co jest oczywiste: domy i farmy – odparł Rutherford. – Chociaż nie mogą stanowić właściwego zabezpieczenia, to…

– …można za nie uznać różnego rodzaju towary, prawda? – dopowiedziała Bryn. – Na przykład cukier albo rum…

Kitt wyczuł, że nie jest to pytanie, ale podpowiedź i uśmiechnął się do niej szeroko.

– Oczywiście nie będzie to pełne zabezpieczenie. Musimy inwestować, z nadzieją że przyniesie to zyski. Jeśli nie, będzie to znaczyło, że nie mamy szczęścia.

Niewątpliwie trudno było o dodatkowe zabezpieczenia i należało to powiedzieć głośno.

– Tak, z pewnością inwestując w plantacje, możemy się domagać jedynie udziału w ich zyskach – przyznał Rutherford, powoli odzyskując pewność siebie. – Może się to wiązać z określonymi korzyściami.

Kitt uniósł brwi i spojrzał na niego ciekawie, oczekując dalszych informacji na temat tego, skąd miałyby się brać te określone korzyści. Mogło chodzić o rum, a czasami też o cukier i tytoń. Poza tym można było te towary sprzedać lepiej w określonych regionach, wymagało to tylko organizacji, na którą stać było bank. Dodatkowo zaczął się boom związany z wyzwoleniem niewolników, którzy jako pełnoprawni obywatele stali się też pełnoprawnymi konsumentami. Oczywiście nie mógł on trwać wiecznie, ale można było go wykorzystać.

– Są jeszcze ziemie… – rzekł Rutherford z pewną siebie miną.

– To prawda – przyznał sceptycznie Kitt. Tak mógł myśleć tylko ktoś, kto stąd nie pochodził. – Z tym że większość ziem na Barbadosie to pola uprawne.

Kitt był tu od sześciu lat i wiedział, że w okolicy pozostało bardzo mało niewykorzystanych gruntów. Jeśli ktoś chciał zacząć uprawy, to musiał od kogoś kupić pola. Wielu byłych niewolników chciało zostać farmerami, ale nie mieli szans na zdobycie ziemi. Przyjezdni musieli nauczyć się prędzej czy później, że dostęp do miejscowych ziem uprawnych jest mocno ograniczony.

W bibliotece pojawił się kamerdyner, który oznajmił, że czekają następni zaproszeni goście. Rutherford skinął głową i zwrócił się do Kitta:

– W ciągu najbliższych tygodni będę kompletował skład rady nadzorczej banku i mam nadzieję, że uda nam się jeszcze porozmawiać. Słyszałem, że odnosi pan sukcesy. Ma pan najlepsze referencje, a pańska wiedza na temat tych terenów może mi się bardzo przydać przy ustalaniu inwestycji.

– Mam taką nadzieję – odparł Kitt, a następnie wstał i uścisnął jego dłoń. Zawoalowane zaproszenie wydawało się wystarczającym sukcesem. Oznaczało, że nie wypadł z gry i wciąż może próbować coś osiągnąć. Ucieszył się, że nie musiał składać deklaracji. Ważne, że usłyszał, iż bank powstanie, ale chciał się przyjrzeć jego udziałowcom, by móc ocenić, czy planowane przedsięwzięcie ma szansę powodzenia.

Selby również wstał.

– Miałem nadzieję, że zdołam jeszcze przed wyjściem zamienić z panem słowo na osobności – powiedział i zerknął koso na Sherarda.

Kitt wiedział, że Selby go nie lubi. Młodemu człowiekowi o bardziej konserwatywnym nastawieniu, jakim był Selby, musiał się wydawać zbyt beztroski. Prawdę mówiąc, mógł się poczuć dotknięty jego słowami, ale postanowił je wykorzystać do swoich celów.

– A pani może pokaże mi ogród, dobrze? – zwrócił się do Bryn. – Wspomniała pani o nim wczoraj i jestem go bardzo ciekaw. – Odwrócił się w stronę Rutherforda. – Oczywiście jeśli pan pozwoli.

Rutherford skinął głową i uśmiechnął się przyzwalająco.

– Bryn, moja droga, pokaż naszemu gościowi ogród. Nie wiedziałem, że interesuje pana przyroda, panie kapitanie.

Kitt skinął głową i oznajmił:

– Mam różne zainteresowania.

Podał ramię Bryn, czując olbrzymią satysfakcję na widok grymasu niechęci na twarzy Selby’ego. Dobrze mu tak, skoro przyszedł wcześniej, a potem jeszcze poprosił o rozmowę na osobności.

– Możemy iść, panno Rutherford? Interesuje mnie szczególnie ta krata, o której tyle pani opowiadała. Czy naprawdę może służyć do wspinaczki?

ROZDZIAŁ CZWARTY

– Jest pan niepoprawny, nie powinien pan był o tym wspominać w obecności mojego ojca.

Bryn zaczęła łajać kapitana, choć nie lękała się, że Sherard ją wyda. Pozbyła się tych obaw już wczoraj, stwierdziwszy, że niczego by w ten sposób nie zyskał.

Kitt uśmiechnął się i odparł:

– To niewinna zabawa. Przecież nikt poza nami nie wiedział, o czym mówiłem. Tymczasem pani miała świadomość, że będzie na dzisiejszym spotkaniu. Czuję się oszukany… – Zrobił zbolałą minę, a potem mrugnął do Bryn. – Nie mogę pozwolić, by tylko pani mnie zaskakiwała.

Uśmiechnęła się porozumiewawczo, pragnąc dać znak, że pojmuje, na czym polega jego gra. On też lubił mieć przewagę. Panowanie nad sytuacją dawało poczucie bezpieczeństwa i chroniło przed tym, co nieprzewidywalne.

– To był odwet? – rzuciła zaczepnie.

Nie potrafiła się z nim nie drażnić. Zbyt łatwo zapominała, że w tym wszystkim chodziło o coś więcej niż zwykłą zabawę, a mianowicie o to, by jak najtrafniej ocenić drugą stronę. Zważyć, co jest prawdą, a co blagą.

Z ukosa zerknęła na Kitta, idąc obok niego alejką. Zastanawiała się, czy jeśli zada mu ważne pytanie, to uzyska prawdziwą odpowiedź. Chciała się dowiedzieć, co sprowadziło go na jej balkon. Wtedy był dla niej kimś obcym, zakładała, że włamywaczem, a później, u Crenshawów okazał się mile witanym przez nich elegancko ubranym gościem, a dziś inwestorem w przedsięwzięciu jej ojca. Gdzieś między jednym a drugim wizerunkiem kryła się tajemnica, nad którą warto się było zastanowić.

– Dziwię się, że ma pan do mnie pretensję o taki drobiazg. Przecież to pan wdrapał się bez pozwolenia na mój balkon. Jeśli już mamy liczyć nasze niespodzianki, to ta przebija wszystko, co uczyniłam.

Kitt zatrzymał się, odwrócił do Bryn i położył wolną dłoń na jej ręce, kiedy dotknęła jego rękawa. Był to prosty gest, coś, co przydarzało jej się wiele razy, ale teraz odebrała go inaczej pod wpływem spojrzenia kapitana skupionego na jej twarzy.

– Niespodzianki czy sekrety? – spytał poważnym tonem. – Czasami różnica między nimi jest naprawdę niewielka – dodał.

To nie było czyste zagranie. To przecież ona miała go przesłuchiwać, a nie odwrotnie. W dodatku pozwalał sobie na zupełnie niedopuszczalny w takiej sytuacji flirt.

– Sekrety? – powtórzyła.

– Proszę nie udawać, że nie wie pani, o co chodzi. Wolę, kiedy mówi pani prosto z mostu.

Popatrzył na nią znacząco, a ona poczuła ekscytujący dreszczyk, przebiegający jej ciało. O tak, Sherard z pewnością był mistrzem uwodzenia.

– Na przykład co robiła pani przy oknie? – rzucił z wieloznacznym uśmiechem.