Lekcje francuskiego - Bronwyn Scott - ebook

Lekcje francuskiego ebook

Bronwyn Scott

4,1

Opis

Sir Jonathan Lashley po bitwie pod Waterloo rozpoczyna karierę w dyplomacji. Wkrótce dostaje propozycję objęcia prestiżowego stanowiska w Wiedniu, jednak warunkiem jest znajomość francuskiego. Choć Jonathan biegle czyta i pisze w tym języku, niestety nie umie prowadzić swobodnej konwersacji. Kiedy już ma się pogodzić z porażką, na kolacji u przyjaciół poznaje lady Claire, poliglotkę, która doskonale zna francuski. Jonathan prosi ją o pomoc…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 263

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (52 oceny)
22
14
14
2
0

Popularność




Bronwyn Scott

Lekcje francuskiego

Tłumaczenie: Alina Patkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Londyn, maj 1821 roku

Wszystko zaczęło się od trzech słów.

– Jestem w ciąży.

Zaabsorbowana własnymi problemami Claire gwałtownie zderzyła się z cudzą rzeczywistością i spojrzała na przyjaciółkę ze zdumieniem. Czy Beatrice naprawdę powiedziała, że jest w ciąży? W ciąży, czyli będzie miała dziecko. Enceinte. Jej umysł samoistnie przeszedł w tryb obronny i zaczęła myśleć po francusku. W chwilach kryzysu po francusku wszystko brzmiało lepiej.

Po chwili nadeszły kolejne fale szoku. O ile nie chodziło o Najświętszą Panienkę, ciąża oznaczała, że wcześniej musiało zajść coś innego. Beatrice była jedną z najlepszych przyjaciółek Claire. Bawiły się razem w dzieciństwie, razem debiutowały w towarzystwie i nie miały przed sobą żadnych sekretów. Tymczasem okazało się, że Beatrice miała kochanka i nic jej o tym nie powiedziała, a jeśli sądzić po twarzach Evie i May, nie powiedziała również im. Blade i oszołomione, wpatrywały się w Beatrice, szukając słów, które byłyby odpowiednie do tej sytuacji. Bea, również blada, siedziała nieruchomo, czekając na to, co zaraz usłyszy.

Dzisiejsze spotkanie na malutkim poddaszu miejskiego domu Evie Milham miało być takie samo jak zawsze. Zamierzały poużalać się nad własnym losem, ponarzekać na brak męskiej uwagi i inteligencji, zjeść ciasto i wrócić do domu, a za tydzień znów się spotkać w tym samym celu. Podtrzymywały ten pokrzepiający rytuał od czasu debiutu w towarzystwie, kiedy jeszcze miały wielkie nadzieje – z pewnością większe niż teraz, po trzech latach spędzonych na rynku matrymonialnym bez żadnych adoratorów.

Któraś w końcu musiała coś powiedzieć. Nawet May, zwykle szybka w słowach, teraz zapomniała języka w gębie. Claire zauważyła, że Beatrice mocno zaciska dłonie na kolanach, czekając na ich werdykt, i naraz zrozumiała, że Bea czeka na wyrok skazujący. Z pewnością zastanawiała się w tej chwili, która z przyjaciółek odsunie się od niej pierwsza. Zapewne przekazała już nowinę rodzinie i wiedziała, czego może się teraz spodziewać: odrzucenia i towarzyskiej banicji. W porównaniu z jej sytuacją problemy Claire bladły. Beatrice musiała zmagać się z czymś o wiele trudniejszym i nie powinna zostać z tym sama.

Claire chciała jej pomóc, ale nie miała pojęcia jak. Potrzeba dowiedzenia się czegoś więcej pomogła jej odzyskać głos.

– Jak? Kiedy? A przede wszystkim z kim? – wybuchnęła lawiną pytań.

Te pytania z pewnością były niedyskretne, ale nie mogła już ich cofnąć. Zwykle cicha i spokojna Evie rzuciła jej karcące spojrzenie i wzięła Beatrice za rękę.

– Bea, nie musisz nam tego mówić.

Bea potrząsnęła ciemną głową.

– Owszem, muszę. Macie prawo wiedzieć, bo będziecie musiały podjąć decyzję. – Popatrzyła na wszystkie twarze po kolei i wzięła głęboki oddech. Claire patrzyła na nią ze ściśniętym sercem. Miała ochotę powiedzieć, że wszystko się jakoś ułoży, ale nie potrafiła się na to zdobyć. Możliwe, że życie Beatrice Penrose już nigdy się nie ułoży.

– W zimie poznałam przyjaciela naszego sąsiada, który przyjechał do niego z dłuższą wizytą – zaczęła opowiadać Beatrice. – Właściwie wynajął dom. Zapewne miał swoje powody, by pozostawać w Susseksie, a nie w Londynie czy w jakimś innym bardziej interesującym miejscu. Zwiodła mnie jego przystojna twarz, dobre maniery i to, że został zaakceptowany przez miejscowe towarzystwo. Nikt nie zadawał mu żadnych pytań, ja też nie. – Palce Beatrice nieobecnym ruchem szarpały fałd spódnicy. – Na wsi zimą jest nudno, a jego obecność była nowa i podniecająca. Jeszcze żaden mężczyzna nie okazywał mi tylu względów co on.

Claire ze zrozumieniem skinęła głową. Czuła się winna przez to, że jej tam nie było. Jej rodzina spędzała zimę w Lake District. Nie było jej i nie mogła ostrzec Beatrice przed niebezpieczeństwem. Nie było również May, która wraz z rodziną przebywała w mieście, ani Evie, która wyjechała w odwiedziny do jednej ze swoich sióstr. Bea została sama.

Claire, podobnie jak pozostałe przyjaciółki, dobrze wiedziała, jak czuje się dziewczyna, na którą dżentelmeni z tego czy innego powodu nie zwracają uwagi. Ona sama miała talent do języków, a większość dżentelmenów z trudem opanowała tylko jeden. Evie do tego stopnia nie lubiła ostentacji, że stawała się zupełnie niewidoczna, a May wiedziała zbyt wiele, miała ostry język i dar do podsłuchiwania. Wiedziała wszystko o wszystkich, dlatego bali się jej mężczyźni, którzy woleli, by ich sekrety pozostawały w cieniu.

– Chodziliśmy na długie spacery i rozmawialiśmy o wszystkim… o roślinach i zwierzętach, o ostatnich odkryciach Królewskiej Akademii Nauk. On naprawdę słuchał tego, co miałam do powiedzenia. – Wzrok Beatrice stał się nieco zamglony. Claire dostrzegła na jej twarzy smutek i nostalgię. Nie potrafiła tego zrozumieć. Bea powinna nienawidzić swojego kochanka. Przecież ten łajdak zrujnował ją, zostawił brzemienną… zniszczył całe jej życie!

– Okazało się, że słuchanie to najlepszy sposób uwodzenia, zwłaszcza że słuchając, patrzył na mnie tymi swoimi oczami, szarymi jak zimowe niebo. Byłam pewna, że ceni mnie i szanuje.

Claire zasłoniła usta dłonią, tłumiąc smutne westchnienie. W zamian za pozory szacunku Beatrice oddała temu mężczyźnie najcenniejsze, co miała – swoją reputację. I gorzko się zawiodła.

Beatrice wbiła wzrok w kolana i na jej ustach pojawił się blady, gorzki uśmiech.

– Najgorsze jest to, że to nie mogło być tylko złudzenie. Z całą pewnością do pewnego stopnia uważał mnie za interesującą. Nawet teraz, w obliczu katastrofy, nie jestem do końca przekonana, czy on rzeczywiście nic do mnie nie czuł. Nie można chyba do tego stopnia udawać uczuć. Ale pewnie już nigdy się tego nie dowiem. – Odruchowo położyła rękę na brzuchu. Ten gest nie uszedł uwagi Claire.

– Który to miesiąc, Bea?

– Osiem tygodni.

Dwa miesiące. Wystarczająco długo, by mieć pewność. A Bea nigdy się nie myliła. W przeciwieństwie do Claire zawsze jasno wiedziała, w jakim kierunku zmierza.

– Gdzie teraz jest ojciec dziecka? – zapytała May, jak zwykle od razu przechodząc do sedna sprawy. Claire i Evie wymieniły zaniepokojone spojrzenia. Obawiały się, że May posunęła się za daleko, ale ta nie dała się zbić z tropu. – Musimy przecież wiedzieć – stwierdziła rezolutnie. – Wyjdziesz za niego?

Bea z wdziękiem wzruszyła ramionami.

– To zupełnie teoretyczne pytanie. Być może bym to zrobiła, gdyby tu był i gdyby nasz romans cokolwiek dla niego znaczył.

W sercu Claire wezbrał podziw dla hartu ducha przyjaciółki. Nawet z dzieckiem w drodze Bea nie zniżyłaby się do małżeństwa z człowiekiem, dla którego była tylko przelotną przygodą. Jej moralny kompas zawsze pewnie wskazywał północ; nie zgadzała się na żadne kompromisy. Była to godna pozazdroszczenia cecha. Claire kiedyś również ją posiadała, potrafiła być sobą nawet w obliczu dezaprobaty towarzystwa, ale w ciągu ostatnich trzech lat zatraciła tę umiejętność – o ironio, być może dlatego, że zanadto próbowała ją chronić. Sama nie wiedziała, kiedy właściwie zaczęła zbaczać z kursu. Może wtedy, gdy odrzuciła oświadczyny Rufusa Sheridena, uznając, że skoro jest wyjątkowa, tak właśnie powinna być traktowana? A może to się zaczęło po sprawie z Cecilią Northam? Tak czy owak, dalej wszystko potoczyło się siłą rozpędu i teraz Claire sama już nie wiedziała, kim właściwie jest i na co ją stać.

Policzki May okryły się rumieńcem.

– Co za skończony łajdak! Żeby zostawić cię samą w ciąży! Powinien zrobić, co należy! – zawołała z oburzeniem.

Beatrice potrząsnęła głową i odrzekła miękko:

– May, on nic nie wie. Wyjechał, zanim… cóż, zanim ja sama się dowiedziałam. Proszę, nie osądzaj go pochopnie. – Powiodła wzrokiem po twarzach przyjaciółek, zapewne odczytując ich myśli. Łatwo było obrzucać błotem nieobecnego. – To był najpiękniejszy tydzień mojego życia. Przynosił mi kwiaty, a ja na widok jego uśmiechu zupełnie traciłam rozsądek. Nie uwiódł mnie, to ja sama weszłam w jego ramiona. Przez całą zimę chodziliśmy na długie spacery, a potem przez tydzień spotykaliśmy się potajemnie w opuszczonych chatach i na ciepłych stryszkach z sianem. Pewnego dnia powiedział, że ma coś do załatwienia w mieście oddalonym o jeden dzień jazdy, i już nie wrócił.

– Mamy jeszcze trochę czasu. To dobrze – stwierdziła Evie pocieszająco, wciąż trzymając Beę za rękę. Evie w każdej sytuacji potrafiła się zdobyć na optymizm. – Dziecko urodzi się około Bożego Narodzenia. Do końca sezonu nic nie będzie po tobie widać. W tym roku nosi się dość obfite suknie. Mogę je zacząć przerabiać już teraz. – Evie rozkwitała, gdy miała w ręku igłę, a przed sobą kupon materiału, ale te słowa oznaczały coś więcej: żadna z nich nie zamierzała porzucić przyjaciółki w potrzebie. Teraz już wszystkie uśmiechały się do Beatrice, okazując wsparcie.

W oczach Beatrice zebrały się łzy. Otarła je bezradnie.

– A niech to! Nie miałam zamiaru płakać. Dość się już napłakałam przez ostatni tydzień. Dziękuję, bardzo wam wszystkim dziękuję. Nie spodziewałam się tego.

– A czego się spodziewałaś? – odrzekła Claire z urazą. – Sądziłaś, że cię porzucimy i zostawimy samą z kłopotami? Po tym wszystkim, przez co przeszłyśmy razem, powinnaś chyba wiedzieć, że jesteśmy twarde.

May również położyła dłoń na dłoni Beatrice.

– Byłaś przy mnie, gdy cała rodzina zapomniała o moich urodzinach. Zrobiłaś mi tort i podwędziłaś butelkę brandy z gabinetu ojca. – Claire przypominała sobie ten dzień. Brat May został nominowany na członka rządu i rodzice pojechali z nim do Londynu, by to uczcić, zostawiając córkę samą w domu. May kończyła wtedy siedemnaście lat. To były ostatnie urodziny jej dzieciństwa.

Beatrice udało się lekko uśmiechnąć.

– Przypominam sobie, że dość mocno się wtedy upiłyśmy.

– Byłaś przy mnie, gdy obie moje siostry brały ślub – dodała Evie cicho. – Miałam tyle roboty z naszywaniem koronek i pereł na ich suknie, że zabrakło mi czasu na przygotowanie własnej. A ty siedziałaś ze mną przez całą noc i pomogłaś mi skończyć moją sukienkę na czas.

– Do tej pory na widok igły przechodzi mnie zimny dreszcz! – zaśmiała się Beatrice.

Claire również dołożyła dłoń do dłoni przyjaciółek.

– Byłaś przy mnie, gdy odrzuciłam oświadczyny Sheridena i w innych chwilach. – Głos nieco jej się załamał. Odchrząknęła. – Byłaś przy nas wszystkich. Byłaś jak klej, który spajał nas w chwili potrzeby. W żadnym razie nie pozwolimy, żebyś teraz została sama.

Nie chodziło tylko o urodziny czy o wykończenie sukni. Były razem wtedy, gdy nie było przy nich nikogo innego. Każda z nich czuła się kiedyś porzucona przez rodzinę, osamotniona, i wiedziała, jak bolesna jest myśl, że może to być przedsmak przyszłości. Żadna nie miała nadziei na olśniewający mariaż. Najbardziej pożądani dżentelmeni w towarzystwie ignorowali je, traktowali jak powietrze i skupiali uwagę na niewinnych debiutantkach o różanej cerze. Cały świat wokół nich pędził do przodu, a one zostawały z tyłu, bo ze względu na nadmierną inteligencję, nieśmiałość albo przebojowość nie spełniały kryteriów przyjętych w towarzystwie.

May cofnęła dłoń i pierwsza przerwała milczenie.

– Musimy uczcić to, że Beatrice będzie miała dziecko. To przecież radosna wiadomość. – Wyciągnęła spod krzesła koszyk piknikowy. – Wiem, czym to uczcimy: cydrem i czekoladowymi ciastkami!

Claire uśmiechnęła się z wdzięcznością. May doskonale wiedziała, na co Beatrice ma ochotę i nie chodziło o czekoladki, lecz o świętowanie. Dziecko może zostało poczęte w nieco nieortodoksyjny sposób, ale było jasne, że Bea będzie je kochać – że już je kocha.

Dzbanek z cydrem i ciasteczka wędrowały dokoła stołu, aż w końcu na talerzu pozostał tylko jeden mały kwadracik. May postukała się palcem w podbródek.

– Komu przypadnie ten ostatni kawałek? Może zagramy w nieszczęścia?

Beatrice roześmiała się i wyciągnęła rękę do talerza.

– To bardzo proste. Ja jestem tu najbardziej nieszczęśliwa. Będę miała dziecko, a jego ojciec zniknął.

May jednak odsunęła talerz poza zasięg jej ręki.

– To nie wystarczy. Twoje dziecko może nie będzie miało ojca, ale będzie miało trzy ciotki, które już się nie mogą doczekać, żeby je rozpieszczać. To ja powinnam dostać ciasteczko. Rodzice straszą, że jeśli sama nie znajdę sobie męża, to za rok wydadzą mnie za tego zezowatego wikarego Ely. – Przycisnęła rękę do czoła i westchnęła przesadnie głośno, Claire jednak dobrze wiedziała, że to nie jest zabawne. Widziała tego wikarego. Miał czterdzieści pięć lat, garbił się i spoglądał ponuro spod przymrużonych powiek, a w niedzielnych kazaniach bezustannie piętnował grzech i nawoływał do opamiętania. Trudno było sobie wyobrazić bardziej nieodpowiedniego towarzysza dla wygadanej May. Trudno było również uwierzyć, że przyjaciółka mogłaby się zgodzić na taki los. Na pewno znajdzie jakieś wyjście. May zawsze potrafiła znaleźć jakieś wyjście.

Teraz do licytacji włączyła się Evie, która najwyraźniej nie miała ochoty rezygnować z ciasteczka albo też nie chciała, by May zaczęła się pogrążać w żalu nad sobą. Claire pomyślała, że pod tym względem wszystkie były podobne. Żadna nie chciała pozwolić, by inne cierpiały.

– May, masz jeszcze rok. Przez rok wszystko może się zdarzyć. Może pojawi się jakiś książę i złapiesz go na męża ot, tak. – Pstryknęła palcami. – Ty masz jeszcze czas, a ja nie. Andrew wrócił do domu i opowiada wszystkim, że chce się jak najszybciej ożenić.

– Przecież to dobra wiadomość – rzekła Claire z łagodnym uśmiechem. – Po dwóch latach wrócił i zamierza się ustatkować.

– Skoro od lat nie zwracał na mnie uwagi, to dlaczego miałby mnie zauważyć teraz? – westchnęła Evie z przygnębieniem. Wszystkie wiedziały, że od dawna bez wzajemności podkochuje się w przyjacielu z dzieciństwa, Andrew Adairze. – Kiedy go nie było, to przynajmniej wiedziałam, że nic nie mogę zrobić, ale jeśli się ożeni, będę musiała porzucić wszelką nadzieję. Chyba tego nie zniosę. – Evie wzdrygnęła się.

Claire doskonale potrafiła sobie wyobrazić, o czym myśli przyjaciółka. Przez całe życie musiałaby spotykać Andrew i jego żonę w Little Westbury i patrzeć, jak dorastają ich dzieci. To były uroki życia w małych społecznościach. Nie dało się stamtąd uciec, chyba że Evie wyszłaby za mąż i przeprowadziła się gdzieś indziej. Zresztą to nie byłoby złe rozwiązanie. Zdaniem Claire, Andrew Adair nie był wart jej uczucia i mógłby jej przynieść tylko rozczarowanie.

– On dopiero zaczyna się rozglądać. Szukanie żony zabiera mężczyznom mnóstwo czasu – stwierdziła May pogodnie. – Pamiętacie wicehrabiego Banninga? Szukał ponad trzy lata, zanim się wreszcie ożenił. Przykro mi, nie dostaniesz ciasteczka. Ty też masz jeszcze czas, podobnie jak ja. – Zerknęła ukradkiem w stronę Claire, która zastygła. Nie. Nie tutaj. Nie dzisiaj. To było jej prywatne piekło i nie była jeszcze gotowa opowiedzieć o wszystkim pozostałym przyjaciółkom. Żałowała, że w ogóle wspomniała o tym May. Próbowała przekazać jej wzrokiem ostrzeżenie, ale May albo tego nie zauważyła, albo postanowiła zignorować. – Powiedz im, kochana. Przynajmniej dostaniesz ciasteczko.

To wystarczyło, by przyciągnąć uwagę Beatrice.

– O co chodzi, Claire?

Claire pomyślała że chyba zabije May.

– Nic takiego. – Spojrzała na May groźnie. – Wszystkie mamy na głowie o wiele większe zmartwienie. Powinnyśmy się skupić na Beatrice.

– Nie, nie powinnyście – odrzekła Beatrice stanowczo. – Macie jeszcze siedem miesięcy na martwienie się o mnie. Poza tym dobrze mi teraz zrobi, jeśli przestanę się skupiać na sobie. Mów, May.

– Chodzi o Lashleya – wyjaśniła May. – Słyszałam z bardzo wiarygodnego źródła w ministerstwie spraw zagranicznych, że ma wyjechać na dyplomatyczną posadę do Wiednia, a Cecilia Northam zamierza pojechać razem z nim jako jego żona.

Claire omal nie jęknęła na głos. „Bardzo wiarygodne źródło” oznaczało, że May usłyszała tę nowinę od swojego brata Prestona, który przyjaźnił się z sir Owenem Danversem, szefem korpusu dyplomatycznego na Europę Środkową. Skoro Preston tak powiedział, to musiała być prawda, choć Claire życzyłaby sobie, żeby było inaczej.

Oprócz nowiny Beatrice to była najgorsza rzecz, jaka mogła się wydarzyć w jej świecie. Jonathon Lashley miał się ożenić lada dzień, nie zostawiając jej żadnej szansy, by mogła go zdobyć. Ale chyba na nic lepszego nie zasłużyła. Nie zrobiła wcześniej nic, by zwrócić na siebie jego uwagę. Inaczej niż Evie, która była nieśmiała z natury, Claire zupełnie świadomie usunęła się w cień po nieudanym pierwszym sezonie i teraz miała za swoje.

– To były tylko takie głupie marzenia. – Lekceważąco wzruszyła ramionami. W porównaniu z niechcianą ciążą jej problem wydawał się zupełnie błahy, ale współczucie na twarzach przyjaciółek jasno świadczyło, że nie dały się nabrać. Wszystkie wiedziały, że Claire już od lat wzdycha do atrakcyjnego Jonathona Lashleya. To była tajemnica poliszynela. Zakochała się w nim jeszcze w dzieciństwie, gdy wszyscy razem spędzali lato w Susseksie. Cztery dziewięcioletnie dziewczynki nieustannie biegały za starszym bratem May i przyjacielem, który go odwiedził. Jonathon zdobył serce Claire tym, że starał się być dla nich miły, i od tamtej pory było już tylko gorzej.

– Nawet na mnie nie spojrzał od czasu mojego debiutu. – Pomyślała, że teraz już nigdy na nią nie spojrzy. Lada dzień można było się spodziewać ogłoszenia jego zaręczyn z Cecilią Northam.

– A może powinien – oświadczyła stanowczo Beatrice. – Nie dałaś sobie żadnej szansy, Claire. Jesteś bardzo ładna. Wszystkie kobiety zazdroszczą ci włosów. Powinnaś kiedyś pozwolić, żebym cię uczesała na wieczór, a Evie mogłaby ci uszyć jakąś suknię.

Claire potrząsnęła głową.

– Tak, mam ładne ciemne włosy, ale niestety teraz w modzie są blondynki z niebieskimi oczami.

Nie chodziło tylko o wygląd. Angielskie towarzystwo miało również swój ideał charakteru i wolało dziewczęta o pustych twarzach od takich, które potrafiły rozmawiać z dżentelmenami w czterech językach. Statystycznie rzecz biorąc, znajomość czterech języków powinna zwiększać szanse Claire, ale w praktyce było inaczej. Miała dotychczas tylko jednego kandydata do ręki, baroneta Rufusa Sheridena, który zupełnie jasno dał jej do zrozumienia, że w ich małżeństwie nie będzie miejsca dla kobiecej inteligencji. Claire szybko wycofała się z tej znajomości i zaczęła wznosić wokół siebie mur obronny. Nie miała zamiaru poświęcać swojej inteligencji dla żadnego mężczyzny. Londyńscy dżentelmeni szybko się od niej odsunęli i zajęli się łatwiejszymi celami.

– Dlaczego Lashley miałby zwrócić na mnie uwagę, skoro ma pod ręką Cecilię Northam? – Przyznanie się do porażki było bolesne, ale Claire musiała stawić czoło faktom. Jaki mężczyzna spojrzy na pojedynczy kwiat więdnący przy ścianie, skoro ma tuż przed sobą cały ogród perfekcji? Cecilia miała jasnozłote loki, błękitne oczy i porcelanową cerę. Miała wszystko, czego angielski dżentelmen mógł pragnąć od swojej żony.

– Bo jesteś o wiele lepsza od niej – pocieszyła ją May, ale te słowa nie mogły zmienić faktów. Rozmowa o Cecilii była jak posypywanie rany solą. Cecilia była ulubienicą towarzystwa. Debiutowała razem z nimi, ale w odróżnieniu od nich natychmiast zyskała popularność. Ona również miała za sobą już trzy sezony, ale jej doświadczenia były skrajnie różne. Zamierzała w tym sezonie wyjść za mąż, one zaś nie miały na to żadnych nadziei.

Claire już od dawna żałowała, że mężczyźni nie potrafią dostrzec, co kryje się pod porcelanową urodą Cecilii. A może to tylko Jonathon tego nie umiał. Piękna Cecilia była intrygantką i udało jej się zgromadzić wokół siebie koterię złożoną z najładniejszych i najbardziej podstępnych młodych kobiet, które, podobnie jak ona sama, lubiły szydzić z najlepszych partii w towarzystwie. Claire nic by to nie obchodziło, gdyby nie to, że Cecilia zagięła parol na Jonathona.

Dawna Claire próbowałaby walczyć, pokazałaby pazur, ale od jakiegoś czasu odwaga ją opuściła. Odwaga nie popłacała, podobnie jak dobre serce. Cecilia, Rufus Sheriden i całe londyńskie towarzystwo uczynili wiele, by ją o tym przekonać. Sama nie wiedziała, kiedy to się stało, ale się stało.

– Nie. – Beatrice podniosła się i Claire zastygła, patrząc na jej wysunięty podbródek. Gdy Beatrice wyznaczyła sobie jakąś misję, nikt i nic nie mogło stanąć jej na przeszkodzie.

– Nie? – zapytała z obawą.

– Nie będziemy tego dłużej znosić. Moje życie jest już zrujnowane, ale nie ma żadnego powodu, żebyście wy też musiały cierpieć los, jakiego sobie nie wybierałyście.

Claire otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale Beatrice nie dała jej na to czasu.

– Nikt nie zwraca na nas uwagi. Popadamy w zapomnienie. To nie tylko nasza wina, ale miałyśmy w tym swój udział. Pozwoliłyśmy, żeby nas traktowano tak, jakbyśmy same uważały, że nie zasługujemy na nic lepszego niż małżeństwo na głębokiej wsi z jakimś zasuszonym wikarym i biednym trzecim synem baroneta.

– Ale tak to już jest. Co możemy z tym zrobić? – zapytała Evie z wahaniem.

– Możemy wykorzystać nasze talenty na własną korzyść, zamiast pozwalać, żeby ciągnęły nas w dół. – Claire drgnęła. Podobały jej się te słowa. Brzmiały jak fragment piosenki śpiewanej przez robotników w Peterloo.

Beatrice zaczęła chodzić po pokoju i Claire poczuła, że udziela jej się zapał przyjaciółki.

– To takie oczywiste. Dlaczego nie dostrzegłyśmy tego wcześniej? Musimy same zdobyć to, czego chcemy. To proste prawo natury. – Stanęła twarzą do nich i wskazała na Evie. – Będziemy potrzebować twoich umiejętności. Uszyjesz nam modne, rzucające się w oczy suknie. Claire, ty nauczysz nas francuskich zwrotów, które będziemy wtrącać do rozmowy. Francuski znowu wraca do mody. May, dowiesz się jak najwięcej o naszych obiektach; gdzie się pojawią i kiedy. Możesz zacząć od Lashleya.

Entuzjazm Claire gwałtownie przygasł. Dlaczego właśnie od Lashleya?

Beatrice tymczasem patrzyła prosto na nią.

– Czas jest kluczowy. Ty będziesz pierwsza.

– Ja? – Claire zakrztusiła się cydrem.

Beatrice uśmiechnęła się ze zrozumieniem, ale nie odpuściła.

– Tak, ty – oświadczyła surowo. – Już najwyższy czas, żebyś zapomniała o tym durniu Sheridenie. Stanowczo za długo przejmowałaś się jego opinią. I powinnaś też wreszcie zapomnieć o tej sukience. Minęły już całe lata, a Lashley chyba w ogóle tego nie zauważył.

Claire jęknęła.

– Skoro nie zauważył mojej kompromitacji, to tylko dowodzi, że mam rację!

– Nie w tym rzecz – odrzekła Beatrice. – Wszystkie musimy zapomnieć. Zbyt długo byłyśmy potulne. Dość tego. Musiałam zajść w ciążę, żeby sobie uświadomić, że nie mam obowiązku żyć tak, jak życzą sobie inni. Nie chcę, żeby moje przyjaciółki musiały przejść przez podobne tragedie, by również to zrozumieć. Każda z nas może żyć tak, jak zechce, o ile tylko będziemy się wzajemnie wspierać.

Mówiąc, nie spuszczała oczu z Claire, która poczuła, że ogarnia ją dziwne ciepło. Budziła się w niej do życia osoba, jaką była naprawdę i jaką chciała znów się stać.

– Zaczniemy od ciebie, Claire. Nie pozwolimy, żeby Cecilia Northam zdobyła Lashleya. Nie oddamy go bez walki. Ona już zbyt długo stawiała na swoim i właściwie zupełnie nie wiadomo dlaczego. – Beatrice wojowniczo uniosła szklankę z cydrem. – Oficjalnie ogłaszam, że właśnie założyłyśmy Klub Pomijanych Dziewcząt. Będziemy dążyć do samodoskonalenia, okazywać odwagę w towarzystwie i chronić siebie nawzajem. Dzięki temu zmienimy nasze życie i zaczniemy żyć według własnych zasad, a nie według tych narzuconych przez towarzystwo. Bo, drogie panie, nic się nie zmieni, jeśli my same tego nie zmienimy.

ROZDZIAŁ DRUGI

To one muszą się zmienić. Po dwóch dniach słowa Beatrice wciąż donośnie rozbrzmiewały w głowie Claire. Muszą przestać ulegać i zacząć walczyć o życie, jakiego pragnęły. W teorii Claire nie miała z tym problemu. Przemowa Beatrice była bardzo motywująca i inspirująca, zupełnie jakby wyjęta z Szekspira. Ale dlaczego to właśnie ona miała pójść na pierwszy ogień? Lepiej byłoby zacząć od czegoś, co dawało jakąś nadzieję na sukces, a ten eksperyment z góry był skazany na porażkę. Claire wiedziała, że nic tak nie osłabia determinacji jak usiłowanie, by osiągnąć to, co niemożliwe.

Jonathon nie zauważał jej od trzech lat, więc dlaczego miałby zwrócić na nią uwagę akurat teraz? Dlaczego ktokolwiek miałby ją zauważyć? Przez całe trzy lata robiła, co mogła, żeby nie rzucać się w oczy, bo nie chciała przypominać ludziom, że to ona jest dziewczyną, która włożyła na największy bal swojego debiutanckiego sezonu suknię identyczną jak Cecilia Northam.

Nerwowo przycisnęła dłonie do brzucha, wygładzając jedwab sukni przerobionej przez Evie, i w ślad za rodzicami weszła na schody miejskiego domu Worthów. Rodzice May zaprosili ich na kolację. Znalazła się w wielkim, wysokim holu z marmurową posadzką, ozdobionym cennymi posągami, i zaczęła się denerwować jeszcze bardziej. Pocieszała ją tylko myśl, że May również tu będzie, ale z drugiej strony zaproszony był również Jonathon Lashley z rodzicami, a także rodzina Cecilii Northam. Miało być też mnóstwo innych ludzi, w większości wyżej postawionych niż Weltonowie. Ojciec Claire był niepozornym człowiekiem, spokojnym wicehrabią ze starym tytułem, gościem, jakich zaprasza się, by wypełniali tło, toteż zapraszano ich wszędzie. Była to sprzyjająca okoliczność i właśnie dlatego znaleźli się tu dzisiaj.

Kamerdyner poprowadził ich do bawialni. Zdenerwowanie Claire nieco ustąpiło, gdy zobaczyła obok siebie May. May pomogła jej znieść złość rodziców, gdy Claire odrzuciła jedynego jak dotychczas kandydata do ręki. Była również przy tej okropnej sytuacji z Cecilią. Gdyby nie May, Claire już dawno zrezygnowałaby z życia towarzyskiego i zakopała się na wsi razem ze swoimi książkami. Pewnie teraz znałaby sześć języków, a nie cztery.

– Pięknie wyglądasz – szepnęła przyjaciółka.

– Tak myślisz? – Claire nerwowo obciągnęła gorset, któremu Evie nadała modny kształt. Teraz gorset mocno odsłaniał ramiona i dekolt, jednocześnie uwydatniając biodra.

May lekko uderzyła ją w dłoń.

– Nie ruszaj tego. Krój jest doskonały. Evie przeszła samą siebie.

Rzeczywiście, sukienka po przeróbkach wyglądała znacznie lepiej. Claire z trudem ją poznała, gdy Evie skończyła swoje zabiegi. To nie był strój wtapiającej się w tło dziewczyny bez żadnych perspektyw. W takiej sukience musiała zostać zauważona. Od razu dostrzegała rzucane w swoją stronę spojrzenia i poczuła niepokój. Nie przywykła do tego, by na nią patrzono, choć oczywiście właśnie na tym polegał ich plan. Koniec z chowaniem się za zasłoną i przyklejaniem do ścian.

Rzeczywiście stała się w tej sukience inną osobą, do tego stopnia, że czuła się nieswojo. Sukienka mogła zmienić jej wygląd, ale nie wnętrze. Obrzuciła pokój wzrokiem i odnalazła Jonathona. Wysoki i ciemnowłosy, stał przy wielkim kominku po przeciwnej stronie salonu i rozmawiał z kimś, uśmiechając się swobodnie. Chyba jeszcze nigdy nie widziała go bez uśmiechu. Emanował pewnością siebie i sprawiał wrażenie człowieka, któremu cały świat ściele się do stóp. Nic dziwnego, że kandydował na ważne dyplomatyczne stanowisko. Był dowcipny, czarujący i zawsze dobrze poinformowany, a do tego posiadał rozliczne talenty: śpiewał na wieczorkach muzycznych, fechtował, boksował, jeździł konno i strzelał. Był człowiekiem renesansu, ideałem Leonarda da Vinci.

W otaczającej go grupce Claire dostrzegła jego ojca, lorda Belvoir, ojca Cecilii, a także samą Cecilię. W pięknej różowej sukni, zaborczo opierała rękę na jego ramieniu, jakby już do niej należał. Jej wzrok napotkał spojrzenie Claire, a potem zatrzymał się na jej sukni. Claire znów przypomniała sobie słowa, które kiedyś tak ją zabolały. „Ja w tym wyglądam lepiej. O wiele lepiej. Powinnaś wiedzieć, że nie należy wybierać mojego ulubionego koloru”. Od tamtego dnia Claire ani razu nie nałożyła różowej sukni.

Ale to inna sukienka, pomyślała teraz. Błękitne dzieło Evie zupełnie nie przypominało różowej kreacji, którą Cecilia miała dzisiaj na sobie. Mimo wszystko pewność siebie Claire stopniała.

– Czuję się tak, jakby rzucono mnie na pożarcie lwom – mruknęła do May.

– To zachowuj się jak Daniel – odszepnęła przyjaciółka. – Głowa do góry i patrz im wszystkim w oczy. Niech zrozumieją, że w tym sezonie zamierzasz przejść do czynów i zaczynasz od dzisiaj.

Claire robiła, co mogła. Krążyły po salonie, od czasu do czasu zatrzymując się przy jakiejś grupce i zamieniając kilka słów z gośćmi. W pewnej chwili May pochyliła się do niej i powiedziała cicho:

– Nie tylko Cecilia cię zauważyła. Lashley też kilka razy na ciebie spojrzał. Oczywiście dyskretnie.

Oczywiście. Jonathon wszystko robił dyskretnie i z klasą. Dotyczyło to jego stroju, manier, a także rozmów. Jego rozmówca zawsze czuł się słuchany, w każdym razie Claire odniosła takie wrażenie przy tych kilku okazjach, gdy w ostatnich latach udało jej się zamienić z nim kilka słów, zwykle przy powitaniu. Inni mężczyźni mówili w takiej sytuacji tylko to, co niezbędne, i szybko oddalali się w stronę kobiet, które naprawdę ich interesowały, natomiast Jonathon zawsze zadawał jej jakieś pytanie i uważnie słuchał odpowiedzi. Claire doskonale rozumiała, dlaczego Beatrice zakochała się w swoim wybranku. Słuchanie było bardzo niedocenianą umiejętnością; sprawiało, że człowiek czuł się wartościowy.

Przechodziły właśnie od jednej grupy do drugiej, gdy Claire poczuła na sobie spojrzenie Jonathona. Podniosła wzrok i ich oczy spotkały się na ułamek sekundy. Uśmiechnął się leciutko, jakby ten uśmiech przeznaczony był tylko dla niej. Puls jej przyśpieszył i szybko odwróciła wzrok, zła na siebie za tę reakcję. Chciałaby spojrzeć na niego śmiało, tak jak Cecilia, oprzeć dłoń na jego ramieniu i patrzeć na tę przystojną twarz, w te ciemnoniebieskie oczy.

May pociągnęła ją za ramię.

– Chodź, porozmawiamy z nimi. Jeszcze się z nimi nie przywitałyśmy. A potem coś ci powiem.

Claire zastygła. Jej stare wcielenie znów brało górę nad nowym. Miałaby teraz rozmawiać z Jonathonem?

– Nie mogę. Co ja miałabym mu powiedzieć? – zapytała z paniką. Jeszcze nie była na to gotowa. Wszak dopiero tu przyszła!

– Na przykład „dobry wieczór”. Przecież uśmiechnął się do ciebie. Skorzystaj z okazji. – Roześmiała się May.

Łatwo jej było się śmiać. Ona nie była w stanie tego zrozumieć. W obecności Jonathona nie plątał jej się język. Prawdę mówiąc, May nie czuła się onieśmielona w niczyjej obecności. Było to jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo. Claire w towarzystwie stawała się niewidzialna, a May zbyt rzucała się w oczy.

– Nie – powtórzyła Claire. – Jeszcze nie teraz. Po kolacji. – Miała nadzieję, że przy stole język trochę jej się rozwiąże, a poza tym może w końcu przywyknie do tej sukni i do swojego nowego wcielenia, ale na widok uśmiechu May ogarnął ją niepokój. May nigdy nie przyznawała się do porażki i Claire obawiała się, że przyjaciółka coś knuje.

Przeczucie jej nie myliło. Ledwie usiadła na swoim miejscu przy stole, usłyszała:

– Panno Welton, jakże miło panią widzieć.

Podniosła głowę i napotkała spojrzenie błękitnych oczu Jonathona. Miały dokładnie taki sam odcień jak jej sukienka.

– Cała przyjemność po mojej stronie – wypaliła bez zastanowienia, bez reszty zaabsorbowana myślą, że Lashley siedzi naprzeciwko niej i będzie mogła patrzeć na niego przez cały czas trwania kolacji.

Odpowiedział jej szerokim uśmiechem i dopiero teraz uświadomiła sobie, że te słowa były zupełnie niestosowne dla damy – o wiele zbyt śmiałe, równie śmiałe jak dekolt jej sukni.

Wszystko przez tę sukienkę!

Patrzyła na jego ostro rzeźbioną twarz, kości policzkowe uwydatniające się w uśmiechu, stanowcze usta z wrażeniem, że widzi go po raz pierwszy w życiu. Odwróciła wzrok, mnąc w palcach serwetkę. Ponad białym obrusem posłała złowieszcze spojrzenie w stronę May i pod stołem trąciła jej stopę swoją, przekazując bez słów: nie ujdzie ci to na sucho. Nie miała żadnych wątpliwości, że to przyjaciółka dopilnowała, by posadzono ich naprzeciwko siebie, a na ile znała May, to jeszcze nie było wszystko. W pierwszej chwili Claire była zła, że przyjaciółka wcześniej nie wtajemniczyła jej w swoje plany, ale po chwili zmieniła zdanie.

Patrzyła zatem na talerz z pierwszym daniem, który przed nią postawiono, ale w oczach wciąż miała niesforny kosmyk włosów, który opadał na czoło Jonathona. Zaabsorbowana myślami, nie zwróciła uwagi, gdy coś do niej powiedział. Zareagowała dopiero przy rybie, gdy w uszach zazgrzytało jej wypowiedziane z okropnym akcentem słowo bonjour. Zareagowała odruchowo.

– Bą-żuuh – poprawiła go. – Francuzi nie wymawiają wyraźnie „r” na końcu tego słowa.

Jonathon zatrzymał na niej spojrzenie i uśmiechnął się swobodnie, jakby ta korekta zupełnie go nie uraziła. Claire miała ochotę schować się pod stół i może by tak zrobiła, gdyby May nie kopnęła jej boleśnie w kostkę. Wzięła się w garść i pomyślała, że nie może już dłużej uciekać. Evie przerobiła jej suknię, Beatrice uczesała włosy, May zadbała, by posadzono ją naprzeciwko Jonathona. Tego wieczoru Claire reprezentowała je wszystkie i musiała zachować godność. Ale jak miała to zrobić, skoro dopiero co poprawiła publicznie wymowę Jonathona Lashleya, przyszłego dyplomaty, a w dodatku zrobiła to przy stole, w obecności osiemnaściorga gości? Z pewnością udało jej się zwrócić na siebie jego uwagę, choć chyba nie był to najlepszy sposób. Boże drogi, teraz już wszyscy na nich patrzyli.

– Bą-żuuh – poprawił się Jonathon posłusznie. – Jestem pani bardzo wdzięczny za tę korektę. – Najlepszy sposób, by odwrócić od siebie niechcianą uwagę, to przekonać wszystkich, że nie dzieje się nic szczególnego. Zastanawiał się jednak, dlaczego to zrobiła i to akurat przy stole.

Skupił wzrok na pannie Welton i dopiero teraz rzeczywiście dostrzegł ją samą, bowiem wcześniej widział głównie suknię. Zauważył tę suknię już w chwili, gdy weszła do salonu. Już to było dziwne, bo panna Welton dotychczas nie przyciągała niczyjej uwagi. Znał ją oczywiście. Była przyjaciółką siostry Prestona i sąsiadką Worthów na wsi. W Londynie spędziła już kilka sezonów i ich ścieżki od czasu do czasu się przecinały, ale Jonathon odnosił wrażenie, że panna Welton nie chce się rzucać w oczy, toteż nie zwracał na nią uwagi – aż do dzisiaj.

Wyglądała jakoś inaczej. Był pewien, że kobiety mają specjalne słowo, by nazwać odcień jej sukni, ale jego zdaniem była po prostu niebieska jak letnie niebo w Anglii i wyglądała na niej doskonale, choć nie był to odcień ani krój, jaki wybrałaby kobieta, która pragnie wtapiać się w tło. Może panna Welton chciała w ten sposób oznajmić, że w tym sezonie zamierza znaleźć męża? A może miała już jakiegoś narzeczonego? Z doświadczenia Jonathona wynikało, że kobiety zwracały szczególną uwagę na strój, gdy chciały wywrzeć wrażenie na jakimś mężczyźnie.

Natomiast zupełnie nie było przyjęte, by kobieta poprawiała mężczyznę przy kolacji. A jednak panna Welton to uczyniła, ściągając na siebie ogólną uwagę. Po części miał ochotę bić jej brawo za śmiałość. Wyraźnie próbowała wyjść ze swojej skorupy. Wolałby jednak, by uczyniła to w jakiś inny sposób, niż poprawiając jego francuski. Tylko skąd miała wiedzieć, że to dla niego drażliwy temat? Francuzi nie wymawiali wszystkich liter, z których składały się ich słowa, Jonathon jednak próbował to robić i okazywało się, że robi źle, a Jonathon Lashley nie przywykł do tego, że robi coś źle.Siedząca obok Cecilia pochyliła się w jego stronę z lodowatym uśmiechem i powiedziała tak głośno, że usłyszeli to wszyscy goście:

– Nie miałam pojęcia, Lashley, że mamy przy stole frankofilkę.

Wszyscy znów na nich spojrzeli i Jonathon zesztywniał. To nie była życzliwa uwaga. Nie chciał ani nie potrzebował, żeby Cecilia stawała w jego obronie, nie widział również potrzeby ataku na pannę Welton. Wszyscy wiedzieli, że słowo „frankofilka” jest obelgą, wiedziała o tym również panna Welton. Jej dłoń, sięgająca po kieliszek z winem, na ułamek sekundy znieruchomiała.

Sąsiedzi przy stole przestali jeść i patrzyli na nich. Wojna z Francją skończyła się już przed siedmiu laty, ale niechęć do wszystkiego, co francuskie, wciąż nie przeminęła.

Jonathon napotkał wzrok panny Welton i próbował spojrzeniem dodać jej siły. Widział, że dziewczyna znów ma ochotę się wycofać. Mocno zaciskała palce na nóżce kieliszka.

Tylko nie próbuj przepraszać, pomyślał. To ja popełniłem błąd, a ty nie zrobiłaś niczego złego. Jeśli ktokolwiek powinien przepraszać, to tylko Cecilia. Jej uwaga była bezczelna, a Jonathon nie życzył sobie, by w jego obecności kogokolwiek obrażano, zwłaszcza w jego imieniu i szczególnie kobietę, która właśnie tego wieczoru postanowiła pokazać się światu.Bardzo się ucieszył, gdy panna Welton podniosła głowę i spojrzała Cecilii prosto w oczy.

– Panno Northam, francuski jest językiem dyplomacji. Nie trzeba być frankofilem, by rozumieć, jak ważna jest dobra znajomość tego języka. – Udało jej się uśmiechnąć z wyższością, jakby chciała powiedzieć, że nie wstydzi się swojej wiedzy i że wykształcenie niczego jej nie ujmuje. Jonathon ponownie miał ochotę bić jej brawo.

– Ma pani szczęście, że tak doskonale zna pani ten język. – Uśmiechnął się, zdając sobie sprawę, że Cecilia obok niego marszczy z niechęcią brwi.

May Worth, siedząca po drugiej jego stronie, wtrąciła:

– Panna Welton mówi płynnie po francusku i jeszcze w trzech innych językach.Jonathon uniósł brwi ze szczerym zainteresowaniem, próbując nie gapić się w te oczy o barwie koniaku ani w odsłonięty dekolt, który, choć nie był mocniej wycięty niż w sukniach innych dam, zdecydowanie bardziej przyciągał jego wzrok.

– Czy to prawda, panno Welton? Nie miałem pojęcia, że jest pani taka wykształcona.

Szczerze jej tego zazdrościł. Goście siedzący przy stole byliby zdumieni, gdyby się dowiedzieli, jak bardzo w tej chwili chciałby zmienić się w spokojną, niepozorną pannę Welton. To by rozwiązało jego problem. Tylko dlatego, że kiepsko mówił po francusku, nie dostał jeszcze posady w Wiedniu, na której z osobistych względów bardzo mu zależało. Jednak ta umiejętność była dla niego niedostępna, odkąd wrócił do domu po bitwie pod Waterloo. Zatrudniał wielu nauczycieli, nauczył się doskonale pisać i czytać w tym języku, ale wciąż nie potrafił mówić.

Lokaj postawił przed nim talerz z wołowiną po burgundzku. No tak, pomyślał Jonathon. Francuska potrawa. Nawet jedzenie zdawało się z niego kpić, a do tego jeszcze będzie musiał poradzić sobie jakoś z Cecilią. Miała stać się dla niego idealną żoną i reprezentować za granicą wszystkie angielskie kobiety. Powszechnie oczekiwano, że oświadczy się jej przed końcem tego sezonu. To małżeństwo również miało ułatwić mu otrzymanie posady w Wiedniu. Był gotów uczynić ten krok, jeśli miało to okazać się konieczne, i podobnie zdeterminowany, by wreszcie nauczyć się mówić po francusku. To tylko dwie ostatnie przeszkody, powtarzał sobie. Przynajmniej tyle mogę zrobić, by uczcić pamięć brata. Chciał wziąć udział w ustanowieniu pokoju na kontynencie, żeby już nikt więcej nie musiał ginąć.

Jeszcze raz spojrzał ponad stołem na pannę Welton. Udało mu się pochwycić jej spojrzenie, zanim obróciła się do sąsiada. Jakie jeszcze języki znała i dlaczego? Czy zamierzała jakoś wykorzystać swoje wykształcenie? Cecilia, zirytowana brakiem jego uwagi, pociągnęła go za rękę, ale zanim się do niej odwrócił, zdążył zauważyć, że panna Welton powiedziała do niego samym ruchem ust: merci. Dziękuję.

Ciekawość Jonathona została rozbudzona jeszcze bardziej.

Tytuł oryginału: Unbuttoning The Innocent Miss

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Ltd, 2016

Redaktor serii: Dominik Osuch

Opracowanie redakcyjne: Dominik Osuch

Korekta: Lilianna Mieszczańska

© 2016 by Nikki Poppen

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2018

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-3722-2

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.