Niezawodna intuicja lady Avaline - Bronwyn Scott - ebook + książka

Niezawodna intuicja lady Avaline ebook

Bronwyn Scott

3,6

Opis

Fortis Tresham zaginął podczas wojny krymskiej. Rodzina i przyjaciele nie wierzą, że nie żyje. Poszukiwania kończą się niepowodzeniem, ale po roku Fortis sam zgłasza się do sztabu armii. Niestety na skutek odniesionych ran cierpi na zanik pamięci. Bliscy witają go z otwartymi ramionami, poza Avaline. Była żoną Fortisa zaledwie trzy tygodnie, potem mąż wstąpił do wojska i na wiele lat zniknął z jej życia. Wtedy uciekł przed małżeńskimi problemami, a żonę traktował jak zło konieczne, teraz jest czuły i walczy o jej miłość. Avaline coraz częściej się zastanawia, jaką tajemnicę skrywa Fortis i dlaczego tak bardzo się zmienił. Intuicja podpowiada jej, że ten mężczyzna nie jest tym, za kogo się podaje…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 287

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (10 ocen)
1
4
5
0
0

Popularność




Bronwyn Scott

Niezawodna intuicja lady Avaline

Tłumaczenie: Anna Pietraszewska

HarperCollins Polska sp. z o.o. Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Captivated by Her Convenient Husband

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Ltd., an imprint of HarperCollinsPublishers, 2019

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Grażyna Ordęga

© 2019 by Nikki Poppen

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6729-8

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

Książkę dedykuję Rowanowi, który uwielbia musical „Powrót Martina Guerre’a”

Świat lubi nam dyktować, kim jesteśmy, ale najlepiej zwyczajnie być sobą.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Indigo Hall w hrabstwie Sussex, listopad 1855 roku

– Pora wziąć się w garść – westchnęła z niechęcią Avaline Panshawe-Tresham. Nie mogła odwlekać tego w nieskończoność. Prędzej czy później będzie musiała wejść do środka i dotrwać do końca wieczora. Przez następne godziny jak zwykle przyjdzie jej robić dobrą minę do złej gry. Będzie pląsać po parkiecie z mężczyznami, uśmiechać się do kobiet i gawędzić niezobowiązująco z teściami, którzy w dobrej wierze wymienią z nią kilka zdawkowych uprzejmości. To oczywiście błahostka w porównaniu z odpieraniem niechcianych umizgów gospodarza balu, Tobina Haywortha, który od jakiegoś czasu uparcie smalił do niej cholewki, mimo braku jakiejkolwiek zachęty z jej strony. Cóż, udawanie to dla niej nie pierwszyzna. Dawno temu przywykła do ciągłego odgrywania roli głuchej i ślepej. Negowanie smutnej rzeczywistości stało się jej drugą naturą. W końcu od siedmiu długich lat, trzech tygodni i prawie całego dnia przysparzała rodzinie męża samych rozczarowań. Treshamowie naturalnie nigdy nie wytknęli jej tego na głos, byli stanowczo zbyt uprzejmi, aby popełnić taki nietakt. Mimo to Ava żyła na co dzień obarczona ciężarem porażki i poczucia winy.

Odetchnęła głęboko i wygładziła bladoniebieską spódnicę. Potem na wszelki wypadek sprawdziła wysadzane perłami kolczyki, wisiorek oraz grzebienie we włosach. Zupełnie niepotrzebnie – wszystkie tkwiły na swoim miejscu, dokładnie jak przed wyjazdem z domu, który to wyjazd odkładała w nieskończoność. Przez ponad pół godziny tkwiła przed lustrem, debatując sama z sobą, czy powinna wystąpić w błękitnym czy może w różowym jedwabiu. Teraz także grała na zwłokę. Niestety skończyły jej się preteksty, żeby zamarudzić na ulicy nieco dłużej. Była nieprzyzwoicie spóźniona, bezsilna i wściekła.

Hayworth nieprzypadkowo zorganizował przyjęcie właśnie dziś. Doskonale wiedział, jak ważna i symboliczna jest to dla niej data. Dokładnie tego dnia, to jest dwudziestego szóstego października, jej mąż, Fortis Tresham przepadł bez wieści po bitwie pod Bałakławą. Mówiono, że poległ na polu chwały, lecz jego doczesne szczątki nigdy nie zostały odnalezione. Zwyczajnie zniknął, jakby nigdy nie istniał lub rozpłynął się w powietrzu niczym poranna mgła. Od tamtej pory upłynął rok, a ona wciąż się łudziła, że Fortis żyje. Iskierka nadziei była coraz słabsza, ale jeszcze się tliła. Nie widziała go od ponad siedmiu lat. Czasem wydawało jej się, że nie pamięta jego twarzy i zastanawiała się, czy rozpoznałaby go, gdyby minął ją na ulicy.

Siedem lat nieobecności… To szmat czasu. Niemal cała dekada. I właśnie z tym musiała mierzyć się co rano – ze swoją największą jak dotąd życiową porażką. Nie potrafiła utrzymać męża przy sobie, więc nie sprawdziła się jako żona. A przecież tylko tego oczekiwali od niej teściowie i rodzice, kiedy aranżowali to korzystne dla obu stron małżeństwo. Ich rodziny mieszkały po sąsiedzku i znały się od niepamiętnych czasów. Treshamowie szczycili się tytułem i opływali w dostatki, ojciec Avy borykał się wprawdzie z trudnościami finansowymi, ale był baronem i dysponował rozległym majątkiem ziemskim. Miał też jedynaczkę na wydaniu, dla której pragnął znaleźć jak najlepszą partię. Pomysł połączenia dwóch szanowanych rodów właściwie nasuwał się sam. Avie powierzono jedno, z pozoru łatwe zadanie, któremu niestety nie sprostała. Fortis był synem księcia, co prawda najmłodszym, lecz jego pochodzenie oraz wysoka pozycja społeczna do czegoś zobowiązywały. Ożenek zwykle narzucał arystokratom określony sposób życia. Młody Tresham po ślubie powinien zająć się doglądaniem włości i płodzeniem potomstwa. W teorii plan wydawał się prosty, niestety gorzej poszło z jego realizacją. Pobrali się, kiedy Fortis wrócił do domu na przepustkę. Kilka tygodni później ich małżeństwo praktycznie przestało istnieć, a raczej istniało wyłącznie na papierze. Miesiąc miodowy nie zakończył się upragnioną przez wszystkich ciążą. Fortis pojawił się w jej sypialni zaledwie na chwilę, tylko po to, żeby skonsumować związek i nadać mu moc prawną. Spełnił w pośpiechu swoją powinność i tyle go widziała. Niestety jej wdzięki okazały się niewystarczająco kuszące, by zatrzymać go w łóżku na dłużej. Zamiast figlować z żoną w pościeli, wolał spędzać czas z przyjaciółmi. Polował, łowił ryby, jeździł konno po okolicy i Bóg raczy wiedzieć, co jeszcze. Innymi słowy ślub z całą pewnością nie poskromił jego temperamentu ani nie uczynił z niego domatora. Wręcz przeciwnie, Fortis stał się jeszcze bardziej nieposkromiony i nieprzewidywalny.

Gdy wrócił do swojego pułku, jak przystało na przykładną żonę, pisywała do niego regularnie co miesiąc. Miała nadzieję, że dzięki temu mąż zatęskni za domem. Jej wysiłki poszły na marne. Nie odpisał na żaden z jej listów. I być może już nigdy nie odpisze. Była przygotowana na to, że więcej go nie zobaczy. Teściowie słyszeli niedawno, że ich syna widziano rzekomo na Krymie. Uczepili się tej myśli jak tonący brzytwy. Wysłali nawet na miejsce majora Camdena Lithgowa. Jako najbliższy przyjaciel Fortisa Lithgow mógł bowiem potwierdzić jego tożsamość, a w razie potrzeby oficjalnie zaświadczyć, że człowiek, który wyszedł z lasu i podaje się za najmłodszego Treshama, to istotnie Fortis Tresham.

Ava nie do końca wierzyła owym doniesieniom. Być może dlatego, że nie była pewna swoich uczuć. Powrót męża rozwiązałby wprawdzie jej bieżące problemy, ale bez wątpienia przysporzyłby jej także mnóstwa kłopotów. Ich małżeństwo było czystą fikcją. Na takich podwalinach raczej nie da się zbudować wspólnego życia. Z drugiej strony oczywiście nie życzyła Fortisowi śmierci. Nawet jeśli do końca życia miała mu pozostać równie obojętna, jak na początku. Nie odczuwała do niego niechęci, bo właściwie zupełnie go nie znała.

Rodzice wyczekiwali z utęsknieniem jego powrotu, tymczasem ona nie potrafiła sobie nawet przypomnieć jego twarzy. Owszem, wiedziała, że Fortis miał ciemne włosy i niebieskie oczy, ale to tyle. Był też postawny i dość przystojny. A może tylko jej się zdawało? Może wmówiła sobie, że jest wysoki i barczysty, bo takim wolała go zapamiętać? Tak czy inaczej, z pewnością nie zaliczał się do szczególnie troskliwych mężów. Chociaż niewykluczone, że to po części jej wina… Może gdyby była inna, gdyby wykazała nieco więcej zainteresowania jego sprawami, ułożyłoby się między nimi zupełnie inaczej? Zresztą jakie to ma teraz znaczenie? Nie widzieli się od siedmiu lat, a wojna zmienia człowieka. Możliwe, że Fortis wróci do niej zupełnie odmieniony. Zaginął przecież na cały rok. Kto wie, w jakim stanie odnalazł się na Krymie?

To nieistotne, pomyślała. Najważniejsze, żeby rzeczywiście się odnalazł. Tylko to mogło uchronić ją przed pazernością Haywortha. Próbowała zasłaniać się przed natrętem nazwiskiem męża, ale wiedziała, że tylko Fortis byłby w stanie przegnać Tobina na dobre.

Podskoczyła bezwiednie, gdy tuż obok rozległo się natarczywe łomotanie w szybę. Nie więcej niż po sekundzie otworzyły się drzwi. Ktoś zwyczajnie wdarł się do środka, nie czekając na pozwolenie. Hayworth, pomyślała z odrazą. Nikt inny nie pozwalał sobie na takie impertynencje.

– Stało się coś, moja droga? – zapytał z udawaną troską. – Czemu tak długo zwlekasz? Zaziębisz się, jeśli zaraz nie wysiądziesz. – W nieskazitelnym, idealnie skrojonym ubraniu wyglądał jak zwykle olśniewająco, lecz jego szare oczy pozostały zimne jak stal. Był uosobieniem opanowania i chłodu. Na sam jego widok przeszywał ją dreszcz niechęci. – Pospiesz się, z łaski swojej– dodał, wyciągając władczo dłoń. – Nie mogę pozwolić, żeby matka sama podejmowała gości. Sądziłem, że przyjedziesz z Treshamami. Zaniepokoiłem się, gdy cię z nimi nie było.

– Potrzebowałam chwili samotności – odparła szorstko. Owszem, musiała podać mu rękę i udawać, że wszystko jest w porządku, ale nie miał prawa nią rozporządzać. Nie zaszkodzi, jeśli od czasu do czasu mu o tym przypomni. – Mam za sobą ciężki dzień i nie jestem w nastroju do zabawy. Szczerze mówiąc, miałam ochotę się wymówić i zostać w domu. – Dokładnie tak by zrobiła, gdyby się nie obawiała, że Tobin osobiście się po nią pofatyguje. Wolała nie przebywać z nim sam na sam. – Uprzedzam, że nie zabawię długo. Przypominam panu, że dokładnie rok temu zaginął mój mąż. To oczywiste, że dziś nie mam czego świętować. – W jej głosie wyraźnie było słychać przyganę.

Popatrzył na nią z dezaprobatą. Już dawano dał wyraz temu, co o sądzi o jej nadziejach na to, że Fortis odnajdzie się żywy.

– Kobiece rojenia i durne fantazje – skwitował z przekąsem, kiedy oznajmiła, że wciąż liczy na powrót męża. – Czyżby pojawiły się jakieś nowe wieści? – zainteresował się raptem. – A może potwierdzono już oficjalnie zgon? – Jego ton nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Liczył na śmierć Treshama, bo gdyby została wdową, mógłby bez przeszkód zrealizować swoje plany.

– Nie – odparła z satysfakcją. – Nie dotarły do nas żadne nowe informacje. – Wiedziała, że będzie niepocieszony. Dopóki Fortisowi przysługiwał status zaginionego, Hayworth miał związane ręce. Na szczęście nie mógł zmusić do małżeństwa kobiety, która w świetle prawa pozostawała zamężna.

– Lojalność godna najwyższego podziwu – podsumował protekcjonalnie, poklepując ją po ramieniu. – Choć przyznasz, że w twoim przypadku taka postawa jest bardzo niepraktyczna. Ktoś musi wreszcie przejąć pieczę nad twoim majątkiem. I uratować, co się da. Zdajesz sobie sprawę, że stoisz na progu ruiny? Na twoim miejscu nie liczyłbym na wielkoduszność teściów. Cowden nie zechce utrzymywać cię do końca życia. Nie jest aż tak wspaniałomyślny. Udawanie, że twój szanowny małżonek żyje i kiedyś się odnajdzie, jest niezbyt mądre. Nie widziałaś go siedem lat. Przez ten czas nie odezwał się do ciebie ani słowem. Nie napisał choćby jednego listu. Jak sądzisz, o czym to świadczy? Każdy sąd uzna, że cię porzucił. Nie musimy dłużej czekać. Możemy uwolnić cię od niego już teraz i rozpocząć razem nowe życie.

My. Nowe życie razem. Skrzywiła się z niesmakiem. Jeśli mu się zdaje, że podziela jego entuzjazm, to jest w wielkim błędzie. Tylko realne widmo głodu mogłoby ją skłonić do rozważenia jego „szlachetnej” propozycji. Z sobie tylko znanego powodu postanowił nagle zmienić taktykę. Zwykle zaczynał ją nagabywać dopiero pod koniec wieczoru, tym razem przypuścił atak na samym początku. Jego buta nie miała sobie równych. Wyglądało na to, że nie zamierzał robić z tego dłużej tajemnicy. Tylko patrzeć, jak oficjalnie się oświadczy. I bez jej zgody da na zapowiedzi. Miała przecież nóż na gardle, więc nie mogła odmówić. Wiedziała, że dawno temu zagiął parol na nią i jej włości, nie przejmował się, że wciąż miała męża.

Indigo Hall, czyli londyńska posiadłość Haywortha, opływała w luksusy. Ostentacyjny przepych wystroju w pełni spełniał swoje zadanie, to jest nieustannie przypominał gościom o bogactwie właściciela. Tobin dorobił się fortuny w Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Miał głowę do interesów i niebywałą smykałkę do pomnażania majątku. Nie można mu było odmówić przedsiębiorczości. Wprawdzie nie doczekał się jeszcze tytułu, ale pozostawało to jedynie kwestią czasu. Spodziewał się, że królowa wkrótce doceni jego zasługi na rzecz państwa i przyzna mu szlachectwo. Ożenek z córką barona z pewnością przyspieszyłby cały proces. Właśnie dlatego upatrzył sobie Avaline. Była łatwym łupem, bo jej finanse istotnie znalazły się na skraju przepaści. Dzięki jego pieniądzom Blanford odzyskałoby dawną świetność, a ona nie musiałaby się martwić o finanse.

– Spójrz tylko, moja droga – odezwał się, gdy zmierzali ku sali balowej. – Możesz zostać panią tego wspaniałego domu. – Omiótł dumnym wzrokiem lśniące marmurowe posadzki, kryształowe kandelabry i ogromne wazony pełne szklarnianych kwiatów. – Niczego by ci nie brakowało – szepnął jej wprost do ucha. – Mogłabyś mieć to wszystko na skinienie palca i spełniać każdą swoją zachciankę. Pokazuję ci, na co mnie stać, bo chcę, żebyś podjęła świadomą decyzję. – Jak zwykle zachwalał swoją zasobność bez cienia żenady. Obyczaje panujące na salonach były mu bowiem zupełnie obce. Nigdy nie bawił się w subtelności. Nie pojmował aluzji ani niuansów etykiety. Nic nie mogło tego zmienić. Ani dobrze skrojony garnitur, ani kufry pełne złota nie uczynią z niego prawdziwego dżentelmena. Dla londyńskiej śmietanki Tobin Hayworth na zawsze pozostanie nieokrzesanym nuworyszem.

– To nie jest kwestia decyzji, panie Hayworth – odparła bez ogródek Avaline. – Jeśli to panu umknęło, przypominam, że jestem zamężna.

Zaśmiał się, jakby usłyszał przedni dowcip.

– Doprawdy? Szczerze mówiąc, wątpię. Tobie też radziłbym wreszcie zwątpić. Pora spojrzeć prawdzie w oczy i pogodzić się z faktami. Wszystko wskazuje na to, że od roku jesteś wdową. Byłoby z pożytkiem dla nas wszystkich, gdybyś zaczęła żałobę od razu. Tuż po zaginięciu Treshama. Miałabyś z głowy konwenanse i mogłabyś już teraz rozpocząć przygotowania do kolejnego ślubu.

Przeszył ją nieprzyjemny dreszcz niepokoju. Z każdym kolejnym spotkaniem coraz bardziej dawały o sobie znać jego prostactwo i nikczemność.

– Zagalopował się pan, panie Hayworth.

– Nie rób takiej zgorszonej miny, moja droga – syknął przez zęby. – Nie ma powodu się obruszać. W przeciwieństwie do ciebie, lubię nazywać rzeczy po imieniu. – Uśmiechnął się szeroko, spostrzegłszy na schodach księżną Cowden. – Wasza Wysokość – przywitał się uniżenie. – Miło mi panią gościć.

– Dobry wieczór, panie Hayworth – odparła uprzejmie lady Tresham. – Winszuję, bardzo udany, kameralny wieczór – stwierdziła z uśmiechem, po czym zwróciła się do synowej: – Wszędzie cię szukam, Avaline. Chodź, jest kilka osób, z którymi wypada porozmawiać. – Ujęła synową pod ramię i odciągnęła na bok. Hayworth prawdopodobnie nawet się nie zorientował, że świadomie go obraziła. Określiła jego wielki bal mianem „kameralnego przyjęcia”. Sala balowa w jej własnym domu mogła pomieścić czterysta osób i przy każdej okazji wypełniała się gośćmi po brzegi.

– Cóż za wyjątkowo odpychający typ… – wzdrygnęła się księżna.

Trafne spostrzeżenie, pomyślała Ava. Sęk w tym, że Hayworth był nie tylko odpychający, lecz także niebezpieczny. Nie zbił majątku, rzucając na prawo i lewo czcze groźby. Odniósł sukces, ponieważ był człowiekiem czynu. Skoro twierdził, że jest w stanie doprowadzić do unieważnienia jej małżeństwa i zmusić ją do ślubu, to zapewne rzeczywiście mógł tego dokonać.

– Cieszę się, że postanowiliście jednak przyjść – uśmiechnęła się do teściowej. – To dla mnie wiele znaczy. – Przypuszczała, że będą woleli czekać w domu na wieści od Cama Lithgowa.

– Major Lithgow wie, gdzie nas szukać – odparła lady Tresham. – Zresztą nie wiadomo, kiedy wróci. Zamiast siedzieć jak na szpilkach, wpatrując się w drzwi, postanowiliśmy wesprzeć cię w trudnej chwili. To ciężki dzień dla nas wszystkich. Hayworth umyślnie zaplanował bal na dziś, co nie najlepiej o nim świadczy.

Avaline była im naprawdę wdzięczna. Jej rodzie zmarli jedno po drugim w ciągu zaledwie roku, zostawiając ją z pokaźnymi długami. Teściowie przygarnęli ją wtedy i przez te wszystkie lata traktowali jak rodzoną córkę. Czy nadal będą dla niej tacy łaskawi, jeśli się okaże, że ich syna nie ma już wśród żywych? Nie miała pojęcia. Tak czy owak właśnie ważyły się jej losy. Jednego była pewna - niebawem skończy się dla niej okres względnej wolności. Albo pozostanie żoną Fortisa, albo oficjalnie owdowieje i będzie zmuszona ponownie wyjść za mąż. Bez męża nie przetrwa, bo odbiorą jej dach nad głową. Niestety taki los spotykał większość kobiet.

– Zatańcz kilka razy i postaraj się zapomnieć na chwilę o zgryzocie – odezwała się księżna, jakby czytała jej w myślach. – Do powrotu Lithgowa niewiele możemy zrobić. Znalazłam ci na początek odpowiedniego partnera. O wilku mowa, właśnie nadchodzi sir Edmund. Zostawiam cię w dobrych rękach.

Lady Tresham spisała się znakomicie. Wypełniła jej karnecik wyłącznie znajomymi rodziny, który doskonale orientowali się w sytuacji. Wiedzieli, że to dla niej wyjątkowo trudny czas i nie próbowali wciągać jej w czcze pogawędki. W końcu musiała jednak zatańczyć także z Hayworthem. Jako gospodarzowi balu nie mogła mu odmówić. Naturalnie z rozmysłem poprosił ją do ostatniego walca przed kolacją. Zgodnie z tradycją oznaczało to, że zasiądzie obok niego przy stole. Wiedziała, że się od niego nie uwolni, ale z czystej przekory postanowiła zaprotestować. Lepiej wyraźnie dać mu do zrozumienia, że jego towarzystwo nie sprawia jej przyjemności. W przeciwnym razie gotów pomyśleć, że zabiega o jego względy.

– Wybaczy pan, ale nie jestem głodna. Nie zamierzam niczego jeść.

– W takim razie przejdźmy się po ogrodzie.

Pojęła swój błąd za późno, dopiero kiedy pociągnął ją bez ceremonii na taras i zamknął za sobą drzwi. Próbował ukarać ją w ten sposób za wcześniejszy nietakt. Doskonale wiedział, że nie miała najmniejszej ochoty zostać z nim sam na sam, w dodatku w odosobnionym miejscu.

– Nareszcie możemy pobyć chwilę sami – oznajmił z satysfakcją. – Zechcesz mi w końcu wyjaśnić, czemu tak zawzięcie się opierasz? Czyżbyś oczekiwała lepszej propozycji niż moja? A może potrzebujesz nieco innej zachęty? – Przysunął się do niej z niebezpiecznym błyskiem w oku. Uwięziwszy ją między sobą i balustradą, popatrzył na nią jak drapieżnik, któremu po długich łowach udało się dopaść zwierzynę.

– Rozumiem, że w pańskim mniemaniu właśnie tak wygląda skuteczna zachęta? Należy zaciągnąć bezbronną kobietę w ciemny kąt i napastować ją bez świadków? – Próbowała go nie dotykać, ale gdy się odsunęła, metalowa barierka wbiła jej się w plecy. Znalazła się w potrzasku.

Zadygotała z odrazą, gdy poczuła na policzku jego rękę. Bóg raczy wiedzieć, do czego się posunie. Dorastała w przekonaniu, że mężczyźni, zwłaszcza dżentelmeni, zwykle potrafią zachować granice przyzwoitości. Tyle że Hayworth nie był dżentelmenem, a dookoła nie było żywej duszy.

– Jesteś piękną kobietą, Avaline. Stanowczo za długo żyjesz w samotności. Zapomniałaś o pewnych… przyjemnościach i potrzebujesz mężczyzny, który ci o nich przypomni.

– Dziękuję, mam już mężczyznę – odparowała bliska paniki. – Męża, któremu przysięgałam przed Bogiem.

Zaśmiał się szyderczo.

– Jedyne, co ci po nim zostało, to mgliste wspomnienie. – Pochylił się zdecydowanie, próbując ją zaskoczyć. Na szczęście w porę odczytała jego zamiar i gdy spróbował ją pocałować, odepchnęła go z całych sił. Gdyby się zawahała, zapewne odczytałby jej zachowanie jako zachętę. O dziwo zaskoczyła go na tyle, że zdołała się wymknąć i podbiec do drzwi.

Przez chwilę szamotała się z klamką, ale w końcu wślizgnęła się z powrotem do środka. Nie uciekła daleko. Hayworth w mgnieniu oka pojawił się za nią i chwycił ją boleśnie za nadgarstek.

– Nie bądź głupia, Avaline. Nie wymkniesz mi się. Prędzej czy później i tak będziesz moja. Ja nigdy się nie poddaję i zawsze stawiam na swoim. – Złapał ją za ramiona i przycisnął do ściany. Demonstracja siły miała zapewne potwierdzić jego słowa. – Pytałem, czemu tak uparcie się opierasz? – syknął, napierając na nią całym ciałem. – Nie odpowiedziałaś mi.

Ze strachu zaparło jej dech, a potem… ktoś nagle szarpnął go od tyłu i wymierzył mu potężny cios w szczękę. Ava na moment zastygła w miejscu, przyglądając się całej scenie szeroko otwartymi oczami. A było czemu się przyglądać.

Hayworth wpadł z impetem na pobliskie krzesło. Na jego nieszczęście kosztowny Ludwik XV nie wytrzymał rozpędzonego ciężaru i roztrzaskał się z hukiem na kawałki. Tobin wylądował na ziemi. Tymczasem mężczyzna, który tak sprawnie go obezwładnił, wskoczył nań i zaczął go okładać pięściami. Wygląda jak anioł zemsty, pomyślała Ava, wpatrując się w czarne włosy i szerokie barki opięte niebieskim mundurem.

Odgłos kolejnego uderzenia pięści wyrwał ją z odrętwienia. Hayworth bez wątpienia zasłużył na kilka razów, ale nie mogła pozwolić, żeby jej wybawiciel zanadto go poturbował albo wysłał niechcący na tamten świat. Nie pochwalała przemocy.

Podbiegła do nieznajomego i chwyciła go za ramię.

– Wystarczy! Proszę przestać!

Poczuła pod palcami, jak tężeją mu mięśnie. Chwilę później odwrócił się, żeby na nią spojrzeć. Miał zaciśnięte usta, a w jego niebieskich oczach czaił się mord.

– Jesteś pewna, że pragniesz go oszczędzić, najdroższa Avaline? Daruję mu, dopiero kiedy uznasz, że ma dość. – Nie czekając na jej reakcję, puścił niechętnie Haywortha i podniósł się na nogi. – Zdaje się, że lady Tresham nie zdążyła odpowiedzieć na twoje pytanie – zwrócił się szyderczo do Tobina, który rozmasowywał obolały policzek. – Pozwól, że ją wyręczę. Nie mieści ci się w głowie, że mogła ci się oprzeć? Cóż, Hayworth, przypuszczam, że postanowiła odrzucić twoje „subtelne” zaloty, bo nie chce zostać bigamistką. – Ostatnie słowa wycedził przez zęby z takim zawzięciem, że zabrzmiały jak jawna groźba. Ava usłyszała w jego głosie zaborczość i poczuła na plecach dreszczyk podniecenia. – Zdaje się, że wróciłem w samą porę – dodał, otrzepując ręce.

Avaline zamarła. Nie wiedzieć czemu dopiero teraz uprzytomniła sobie, kto przed nią stoi. Nie pamiętała jego przyjemnie niskiego głosu ani sposobu, w jaki wymawiał jej imię. Doprawdy, jak mogła zapomnieć tak krystalicznie melodyjne dźwięki? Zapamiętała za to jego imponującą sylwetkę, błękitne oczy i mundur. Jej oszołomiony umysł zarejestrował szczegóły i zaczął wreszcie nadążać za rozwojem wypadków. Rozumiała już, jak czuje się człowiek, który właśnie zobaczył ducha. Z nadmiaru wrażeń zakręciło jej się w głowie i odruchowo wyciągnęła rękę do męża.

– O mój Boże, Fortis… To naprawdę ty…

ROZDZIAŁ DRUGI

Blandford Hall sobota po południu, 27 listopada 1855 r.

Fortis tkwił nieruchomo na mięciutkiej kanapie obitej różowym jedwabiem. Za plecami miał ścianę, a na linii wzroku podwójne drzwi bawialni. Kątem oka widział też rozpościerający się za oknem staranie wypielęgnowany ogród. Otaczały go luksus oraz najbliższa rodzina – ludzie, którym był bliski, którzy go kochali i z nadzieją wypatrywali jego powrotu. Avaline zajęła wprawdzie miejsce obok niego, ale na wszelki wypadek usiadła w stosownej odległości. Zapewne nieprzypadkowo postanowiła zachować dystans. Pojawił się dość niespodziewanie po wyjątkowo długiej nieobecności. Nic dziwnego, że nie była pewna jego intencji.

Matka nadal ściskała za rękę ojca. Radosny uśmiech dosłownie nie schodził jej z twarzy. Nie otrząsnęła się jeszcze po wczorajszych wydarzeniach i nie potrafiła ukryć szczęścia.

Nie zabrakło także jego starszych braci: Fredericka i Ferrisa. Żonę najstarszego z całej trójki, Helenę, poznał jakiś czas sprzed własnym ślubem. Średni brat ożenił się niedawno, więc drugą bratową, Annę, spotkał dziś po raz pierwszy. Powrócił na łono rodziny. Powinien czuć się zadowolony i bezpieczny. Choć rozum mówił mu, że nie ma powodu do niepokoju, wciąż był skołowany. Targały nim irracjonalna niepewność i nieuzasadniony lęk. Nie wiedzieć czemu wydawało mu się, że żyje nie swoim życiem. Jakby nie dowierzał, że to, co mu się przytrafiło, stało się naprawdę. A przecież doskonale rozpoznawał znajome miejsca i znajomych ludzi. Blandford Hall to jego dom. Jego oraz jego żony Avaline. To w nim spędzili pierwsze trzy tygodnie małżeństwa. Jego rodzina była jedyna w swoim rodzaju. Tylko serdeczni i kochający Treshamowie mogli zgotować mu takie powitanie. Kiedy trzymając w ramionach Avę, pojawił się wczoraj w jadalni Haywortha, przypadli do niego jak jeden mąż i wyściskali go po kolei. Nie wstydzili się publicznie okazać uczuć i zrobić z siebie widowiska. Po prawdzie najpierw to on narobił sporego zamieszania swoim dramatycznym wejściem. Avaline była tak wstrząśnięta, że na jego widok zemdlała. Na szczęście zdążył ją złapać, nim runęła na podłogę. Potem myślał już wyłącznie o tym, żeby dyskretnie odszukać w tłumie resztę bliskich i spokojnie wrócić do domu. Skończyło się nieco inaczej. W każdym razie o dyskrecji nie mogło być mowy. Nazajutrz zaczęły krążyć o nim niestworzone opowieści. Anna i Ferris donieśli mu o tym zaraz po przyjeździe. Ponoć został okrzyknięty bohaterem, a cała londyńska śmietanka opowiadała o jego rzekomych wyczynach.

Nie tak wyobrażał sobie ponowne spotkanie z najbliższymi, kiedy w towarzystwie Cama Lithgowa wyruszał z Sewastopola. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo nauczył się polegać na przyjacielu. Zwyczajnie przywykł do jego ciągłej obecności. Poprzedniego wieczora Camden przyjął na siebie rolę rozjemcy i okazał się w niej niezastąpiony. To on przepędził ciekawskich gości Haywortha, a potem stanął pomiędzy nim a rozentuzjazmowanymi Treshamami, którzy z radości gotowi byli go zadusić. Na koniec odprowadził ich wszystkich do powozów. Na szczęście rozjechali się każdy w swoją stronę, on i Avaline udali się do Blandford, a rodzice do rezydencji Cowdenów w Bramble. Dziś jednak Fortis musiał radzić sobie z rodziną w pojedynkę. Nie mógł dłużej zasłaniać się Camem jak tarczą. Lithgow miał przecież własne życie.

W związku z tym siedział teraz z filiżanką herbaty w ręce i zastanawiał się, jak przerwać niezręczną ciszę. Liczył na to, że wyręczy go któryś z braci, ale się do tego nie kwapił. Pewnie czekali, aż odezwie się pierwszy, ale co niby miał im powiedzieć po tylu latach rozłąki? Co nowego? Jak się macie? Nie, to zbyt wyświechtane. Nawet gdyby zadał któreś z tych banalnych pytań, nie sposób było na nie zwięźle odpowiedzieć. Frederick potrzebowałby co najmniej godziny, żeby opowiedzieć mu o swoich synach – miał ich teraz aż pięciu. Ferris równie długo rozprawiałby o tym, jak poznał Annę i jak się w niej zakochał.

Tak wiele się wydarzyło podczas jego nieobecności. Fortis przyswajał to wszystko z niejakim trudem. Jeszcze trudniej mu było pogodzić się z tym, że tak wiele go ominęło: śluby, narodziny, śmierć kilku osób. Rodzice Avaline już nie żyli. Oczywiście wiedział o tym z jej listów, ale nie pamiętał nawet ich twarzy. Nie miał żadnych wspomnień związanych z teściami. Nie mógł sobie przypomnieć, jacy byli, jak wyglądali. Czy to nie straszne? Uświadomił sobie, że suche fakty to za mało. Wiedzieć to nie to samo, co czuć. W życiu liczą się przede wszystkim ludzie i emocje.

Popatrzył z niepokojem na członków rodziny. Dla nich ta sytuacja była z pewnością równie krępująca, jak dla niego. Może wydawał im się odrobinę obcy? Tak jak oni wydawali się trochę obcy jemu? A może poczuli się wręcz rozczarowani? Niewykluczone, że ich wyobrażenia o tej radosnej chwili wyglądały zupełnie inaczej, a rzeczywistość nie sprostała wygórowanym oczekiwaniom. W każdym razie oni też nie mieli pojęcia, co powiedzieć. Może wystarczy, że pozwoli im zadawać pytania?

Nabrał powietrza i odchrząknął, żeby dodać sobie animuszu.

– Przypuszczam, że oczekujecie ode mnie wyjaśnień – zaczął niepewnie. Zdawał sobie sprawę, jak bardzo ich zaskoczył. Nie było czasu, żeby uprzedzić rodziców o powrocie. Mógł wysłać list, ale uznał, że to bez sensu. Korespondencja dotarłaby do nich dopiero po jego przyjeździe. Jednak wczorajsza euforia mogła się już nieco wypalić, a w jej miejsce pojawiły się wątpliwości. Oby tylko udało mu się je skutecznie rozwiać… Nie doszedł jeszcze do pełni sił. Czasem miał wrażenie, że jego umysł spowija gęsta mgła, która nie pozwala mu swobodnie myśleć ani kojarzyć faktów. Między innymi dlatego obawiał się pytań, które za chwilę padną. Widać miał to wypisane na twarzy, bo Ferris natychmiast zauważył jego zakłopotanie. Cóż, nie na próżno był lekarzem. Niemal od dziecka studiował wytrwale tajniki medycyny, by poświęcić życie ubogim pacjentom.

– Nie, Fort, nie musisz nam niczego wyjaśniać – zapewnił solennie. – Ani teraz, ani nigdy. Cam zdał nam szczegółowy raport. Usłyszeliśmy już wszystko, co powinniśmy wiedzieć i… rozumiemy. Nie weźmiemy ci za złe, jeśli nie zechcesz do tego wracać.

„Rozumiemy” mogło oznaczać tylko jedno. Jego rodzina wiedziała, że gdy się odnalazł i wrócił do cywilizacji, był, oględnie mówiąc, w nie najlepszym stanie. Zdezorientowany i kompletnie zagubiony, przez jakiś czas nie miał pojęcia, kim jest i co mu się przytrafiło. Zidentyfikowano go między innymi dzięki miniaturze z wizerunkiem Avaline oraz jej listom, które nosił w kieszeni płaszcza. Ostatni z nich był datowany na przeddzień bitwy pod Bałakławą. Na szczęście na strzępach munduru zachowały się także epolety potwierdzające jego dystynkcje. Reszty formalności dopełnił Camden. Przyjaciel rozpoznał go po oczach i kilku innych drobnych szczegółach. Nie przeszkodziły mu w tym nawet silny zarost i długie włosy. Mimo nalegań Cama, Fortis do tej pory nie pozwolił ich obciąć. Nosił je związane w kitkę na karku, niczym arystokraci z minionej epoki.

– Nie potrzebuję waszego współczucia – odparł zdecydowanie, spoglądając z wyrzutem na brata. – Nie chciał, żeby się nad nim litowali ani traktowali go protekcjonalnie. Uważają, że jest wrakiem człowieka? Że bez nich sobie nie poradzi, bo raptem stał się bezbronny i nieporadny? Avaline poruszyła się na kanapie, zaniepokojona jego ostrym tonem. Czyżby podzielała ich zdanie? Czy jego śliczna żona, która zemdlała wczoraj na jego widok, sądzi, że on jest niespełna rozumu i być może już nigdy nie wróci do zdrowia? Nie musiałby się teraz martwić, gdyby nie ów przeklęty raport Cama. Co najmniej raz padło w nim słowo „zdezorientowany”. Nic dziwnego, że mają go za wariata. Nie powinien złościć się na Lithgowa. Przecież przyjaciel wcale nie skłamał. Fortis istotnie czuł się skołowany. Nawet teraz nie do końca pojmował, co się wokół niego dzieje. Siedział w ciepłym, wygodnym salonie, w otoczeniu kochającej rodziny, a nie całkiem potrafił odnaleźć się w sytuacji. Jego ciało i umysł nie umiały się zgrać. Jakby stał gdzieś z boku i nie brał udziału we własnym życiu, a jedynie mu się przyglądał jak postronny obserwator. Wolałby przeżywać ten – oby przejściowy – stan bez świadków. Zwykle zmagał się z rozterkami w samotności. Nie przywykł do tego, by polegać na innych.

– Nie w tym rzecz, Fort – odezwał się ugodowo Frederick. – Wiemy, że nie potrzebujesz współczucia. Chcemy tylko, żebyś wiedział, że nie musisz rozgrzebywać niezagojonych ran. Wystarczy nam, że wróciłeś do domu. Znów z nami jesteś i tylko to się liczy. Na całą resztę przyjdzie czas później. Upłynęło sporo czasu, wiele się zmieniło. Nie tylko dla ciebie, dla nas także. Nikt nie oczekuje, że będzie jak dawniej, że jak gdyby nigdy nic wrócimy do czasów sprzed twojego wyjazdu. W każdym razie jestem pewien, że przy odrobinie wysiłku i cierpliwości zdołamy odbudować więzi.

Fortis przyjął gałązkę oliwną i uśmiechnął się do brata. W duchu odetchnął z ulgą i uznał, że pora skierować rozmowę na inne tory.

– Opowiedz mi coś o synach, Heleno – zwrócił się do bratowej. – Piątka małych urwisów musi mocno dawać się we znaki.

Idealnie wybrał temat. Tak jak przypuszczał, jego słowa wzbudziły ogólną wesołość. Podobnie jak większość dumnych mam, Helena uwielbiała rozprawiać o dzieciach. Odprężył się nieco, kiedy zaczęła ich raczyć anegdotami o wybrykach najmłodszych Treshamów. Nie musiał wytężać umysłu, żeby coś sobie o nich przypomnieć. Nie zdążył poznać nawet najstarszego z bratanków. Helena była w pierwszej ciąży, kiedy żenił się z Avaline. Wkrótce potem wyjechał.

Śmiał się razem z nimi i udawał, że dobrze się bawi. Sęk w tym, że choć przebywał we własnym domu, wśród swoich, wcale się tak nie czuł. Nie potrafił się zrelaksować. Był rozdrażniony i niespokojny. Uwierało go nawet ubranie, jakby było za ciasne albo pożyczone od młodszego brata.

– Przejdziesz się ze mną, Fort? – zaproponował po jakimś czasie Ferris.

– Uznałeś, że mam dość i potrzebuję wytchnienia? – zapytał Fortis, gdy znaleźli się w ogrodzie.

– Nie wyglądasz jak człowiek, którego trzeba ratować z opresji. Chodziło raczej o mnie. Chciałem mieć cię przez chwilę tylko dla siebie.

– No tak, oczywiście… A będziesz rozmawiał ze mną jako brat czy jako lekarz?

– Jedno i drugie, mam nadzieję. Wojna bardzo zmienia ludzi. Na tobie też odcisnęła piętno. Nietrudno to zauważyć.

Fort spojrzał na niego sceptycznie.

– Doprawdy? – skwitował z powątpiewaniem. – Nie widzieliśmy się od niemal dekady. Każdy z nas trochę się zmienił, wygląda i zachowuje się nieco inaczej. To całkiem naturalna kolej rzeczy. Nie rozdmuchiwałbym tego ponad miarę. Jeśli postanowiłeś uczynić ze mnie przedmiot swoich najnowszych studiów, obawiam się, że nic z tego nie będzie. Raczej marny ze mnie temat rozprawy naukowej.

Ferris przyjrzał mu się z namysłem, jakby analizował jego słowa.

– Istotnie… Nie da się ukryć, że wyglądasz inaczej… Masz zdecydowanie dłuższe włosy i o wiele więcej mięśni. Nie jesteś już chłopcem, jakiego zapamiętałem z dawnych czasów. Wydoroślałeś, stałeś się dojrzałym mężczyzną. Będę musiał do tego przywyknąć… Ale miałem na myśli coś więcej niż zmiany fizyczne. Dramatyczne przeżycia pozostawiają ślady także w psychice.

Fortis natychmiast się zjeżył. Na jego miejscu każdy zareagowałby tak samo. Żaden normalny mężczyzna nie lubi, gdy podaje się w wątpliwość jego zdrowie psychiczne, nie ma również w zwyczaju roztrząsać i analizować swoich najskrytszych uczuć.

– Sugerujesz, że szwankuję na umyśle? – zapytał bez ogródek. W końcu najlepszą obroną jest atak.

– Daj spokój, Fort. Nie ma powodu się zżymać. Nic takiego nie powiedziałem. Pracuję z wieloma weteranami, którzy wrócili z Indii, z Krymu czy innych miejsc, w których nasz kraj prowadzi wojny. Wszyscy byli świadkami przemocy albo sami doświadczyli niewyobrażalnych okrucieństw. Takie przejścia odbijają się na nas, zatruwają duszę, nazwij to, jak chcesz. Uwierz mi, twój przypadek niestety nie jest odosobniony. To dość częsta przypadłość, choć współczesna medycyna dopiero od niedawna ją opisuje. Niewiele o niej wiemy, ale mam nadzieję, że z czasem nasza wiedza znacznie się pogłębi.

– Przypadłość, powiadasz? – skrzywił się Fortis. – Czyli co? Może zechcesz przejść do konkretów?

– Oczywiście, skoro nalegasz. Kiedy wszedłeś do bawialni, celowo zająłeś miejsce plecami do ściany, prawda? Usiadłeś tak, żeby widzieć dokładnie cały pokój i w razie potrzeby obrać najskuteczniejszą drogę ucieczki. Nawet nie próbuj zaprzeczać. Dokładnie tak samo postępują ludzie, którzy od dłuższego czasu żyją na krawędzi i muszą stale stawiać czoła zagrożeniu. Nieustanne napięcie sprawia, że o każdej porze dnia i nocy, w każdych okolicznościach są gotowi do walki, bez względu na te okoliczności.

Faktycznie nie sposób było temu zaprzeczyć. Spostrzeżenia brata okazały się zaskakująco trafne. Z pola walki Fortis zapamiętał jedynie smród i dym, kanonadę dział oraz wszechobecne wrzaski. Kto by pomyślał, że Ferris jest obdarzony tak wielką przenikliwością? Co gorsza wcale nie skończył. Zdaje się, że miał do powiedzenia znacznie więcej.

– Wiemy też, że niektórzy żołnierze mają kłopoty z pamięcią, jakby wymazano im z głowy niektóre wspomnienia. Często nie potrafią opowiedzieć bliskim o tym, co przeżyli. Bywają nieprzystępni i zamknięci w sobie. Trudno im wrócić do zwykłego, codziennego życia, zżyć się na nowo z najbliższymi. Rozpoznajemy wiele innych objawów. Jeśli pozwolisz mi zadać sobie kilka pytań…

– Wybacz, ale wolałbym uniknąć kolejnego przesłuchania. Nie jestem królikiem doświadczalnym, nie mam ochoty być przedmiotem twoich badań. – I bez tego czuł się kompletnie bezbronny.

– Jesteś moim bratem, Fort. Nie zamierzam przeprowadzać na tobie eksperymentów. Chciałbym ci tylko pomóc. O ile mi na to pozwolisz, rzecz jasna. Cam wspominał w raporcie…

– Do diabła z Camem i jego przeklętym raportem! – zirytował się Fortis. – Przez ten nieszczęsny dokument w pięć minut uznaliście mnie za inwalidę i obłąkańca. Tylko patrzeć, jak odeślecie mnie do Bedlam. Przyznaj, że tak właśnie o mnie myślicie. – Zerknął oskarżycielsko w stronę balkonu i pozostałych członów rodziny. – Wszyscy bez wyjątku. To dlatego boicie się ze mną rozmawiać i o cokolwiek mnie wypytywać. Lepiej nie zadawać pytań, niż usłyszeć w odpowiedzi coś niedorzecznego, prawda? Tym sposobem łatwiej udawać, że nic mi nie jest… – Umilkł gwałtownie, gdy raptem zmroziła go myśl, że tak naprawdę to on udaje…Wmawia sobie, że wszystko jest w porządku, choć wie, że to nieprawda. Innymi słowy oszukuje samego siebie, bo tak mu wygodniej. Wolałby zatrzymać te rozterki dla siebie, ale jego dociekliwy brat wyczuł, że coś jest na rzeczy, jakby był w stanie przejrzeć go na wylot. Czy inni też dostrzegli jego niepewność? Słabość, którą rozpaczliwie starał się ukryć? Czy jego żona też miała go za szaleńca?

– Właśnie próbuję zadać ci kilka pytań – zauważył rzeczowo Ferris, krzyżując ramiona. – Interesuje mnie na przykład, czy miewasz złe sny. Koszmary, które budzą cię w nocy albo nie pozwalają ci zasnąć? Chciałbym też wiedzieć, czy zdarza ci się tracić poczucie czasu i czy odpływasz daleko myślami. A może czasem trudno ci odróżnić teraźniejszość od wspomnień? Albo umyślnie wracasz do bolesnych wydarzeń i przeżywasz je na nowo?

– Owszem, miewam złe sny – odparł niechętnie Fortis. – Jak każdy. – Widział, że brat ma ochotę drążyć temat, ale nie zamierzał ulegać presji. Nie powie mu nic więcej. Na pewno nie dziś. Może kiedyś będzie w stanie opowiadać bez emocji o tym, jak zrywa się w nocy zlany potem, zdezorientowany, wystraszony i targany złymi przeczuciami. Na szczęście nie pamiętał większości owych koszmarów. Może jego własny umysł wypierał je ze świadomości.

Ferris najwyraźniej postanowił chwilowo odpuścić.

– Cóż – odezwał się, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Jeśli masz którykolwiek z tych objawów, postaraj się nimi nie przejmować. Są zupełnie normalne u ludzi o podobnych doświadczeniach. I pamiętaj, że nie musisz niczego przede mną ukrywać. Nie masz czego się wstydzić. Jeśli będziesz miał ochotę komuś się zwierzyć, po prostu do mnie przyjdź. Wysłucham cię i spróbuję ci pomóc… – zwiesił głos, jakby szukał właściwych słów. – Są rzeczy, o których lepiej powiedzieć bratu niż żonie.

– Jesteś żonaty zaledwie od roku, a już masz przed żonką sekrety? – zadrwił Fortis. Lepsze to niż pozwolić, by Ferris zajrzał mu w głąb duszy.

– Skądże. Anna wie o mnie wszystko. Widziała mnie w najgorszych chwilach zwątpienia, kiedy traciłem młodych pacjentów. Tylko dlatego, że los im nie sprzyjał. – W jego głosie zabrzmiała gorycz. – Nie masz pojęcia, z jakich powodów umierają u nas ludzie. Zabijają ich ubóstwo i koszmarne warunki, w których żyją. A nasze społeczeństwo nic z tym nie robi.

– Zdaje się, że obaj jesteśmy żołnierzami – pocieszył go ponuro Fortis. – Tyle że walczymy na różnych frontach. Dziękuję, że się tym ze mną podzieliłeś.

– Od tego ma się przecież braci, prawda? Chyba powinniśmy wracać. Helena zapewne chce wracać do chłopców. Nie potrafi długo bez nich wytrzymać.

Wkrótce w salonie zapanował lekki chaos. Panowie zaczęli zbierać się do wyjścia, wzywali powozy i pomagali żonom włożyć okrycia.

W pewnej chwili książę Cowden rozejrzał się po pokoju i odszukał wzrokiem najmłodszego syna. Popatrzył na niego z taką powagą, że raptem ucichły wszystkie rozmowy i cała uwaga zebranych skupiła się wyłącznie na nich dwóch.

– Podejdźcie tu do mnie, chłopcy – odezwał się, przywołując gestem synów. – Stańcie razem przy kominku. Niechże nacieszę wami oczy.

„Chłopcy” podeszli posłusznie i stanęli przed nim. Nieważne, że byli dorośli. Frederick dobijał czterdziestki i sam był ojcem pięciorga dzieci, o trzy lata od niego młodszy Ferris wykonywał poważany zawód lekarza, a Fortis miał trzydzieści dwa lata i na dobrą sprawę wrócił do rodziny zza grobu. Zdaje się, że nigdy nie będą za starzy, żeby słuchać papy.

Ojciec… Fort od dawna tak o nim nie myślał. Nieoczekiwanie poczuł w piersiach przyjemne ciepło, jakby lodowa powłoka, która zmroziła mu serce, zaczynała powoli topnieć. Zamrugał gwałtownie, bo raptem zapiekły go oczy. Książę przypatrywał mu się z przejęciem. Być może wypatrywał zmian, które wcześniej zauważył Ferris. Mimo wyraźnego rodzinnego podobieństwa na pewno dostrzegał różnice pomiędzy braćmi. Ferris i Fred mieli kasztanowe włosy. Jego były raczej w kolorze jasnego brązu. Fortis był też nieco bardziej umięśniony. Na wojnie, jak to na wojnie, wysiłek fizyczny jest na porządku dziennym. Czy ojciec widział także to, co kryło się pod cielesną powłoką? Czy dojrzał spustoszenie i zamęt w jego duszy? Złamanego wojną ducha? Wyprostował się bezwiednie, jakby pół cala więcej mogło zatrzeć złe wrażenie i odwrócić uwagę od niedostatków.

Książę był bliski łez.

– Nie przypuszczałem, że jeszcze kiedykolwiek zobaczę wszystkich moich synów razem, pod jednym dachem. Nawet się nie domyślacie, jak bardzo jestem teraz szczęśliwy. – Odwrócił się w stronę pań. – Dziewczęta, dołączcie do mężów. Chcę zobaczyć całą rodzinę w komplecie. – Uśmiechnął się do najstarszej synowej. – Szkoda, że nie ma z nami chłopców.

– Gdyby tu byli – zaśmiała się Helena – nie daliby nam ani chwili spokoju.

Fortis natychmiast zauważył, że choć Ava podeszła do niego na prośbę ojca, zatrzymała się w pewnej odległości. Nadal odczuwała potrzebę, aby zachować dystans. Nie trzymała go też za rękę, tak jak Helena i Anna trzymały swoich mężów.

Wczoraj wieczorem wniósł ją oczywiście do domu, ale poza tym się do niej nie zbliżył. Wyczuł jej powściągliwość i nie był nią zaskoczony. Należało się tego spodziewać, przecież ledwie się znali. Nic dziwnego, że Avaline nie zachowuje się swobodnie przy mężu, którego nie widziała od siedmiu lat. Rozumiał to, lecz nie wiedzieć czemu nagle zapragnął, żeby wplotła palce w jego dłoń i spojrzała na niego z uczuciem. Cóż, będzie musiał uzbroić się w cierpliwość. Nie chciał jej do niczego zmuszać. Jak słusznie zauważył Fred, wszyscy się zmienili…

Gdy przeszli do holu, Frederick objął go na pożegnanie.

– Spotkamy się za jakiś czas, żeby omówić sprawy Blandford. Ale najpierw powinieneś się porządnie zadomowić.

– Zgoda – odparł bez namysłu Fortis. – Myślę, że wkrótce będę gotowy.

Kiedy Treshamowie w końcu wyszli, Avaline zamknęła za nimi drzwi i odwróciła się, żeby na niego spojrzeć.

Pomyślał, że jej uśmiech jest zbyt promienny, by można go było uznać za szczery. Oboje tkwili nieporadnie w ogromnym przedsionku i nie bardzo wiedzieli, co ze sobą począć. Jak dwoje obcych, którym przyszło dzielić dom. Cisza przeciągała się i powoli stawała się nie do zniesienia. Dopiero teraz po raz pierwszy od jego powrotu znaleźli się naprawdę sam na sam.

Ubiegłego wieczora zamienili ledwie kilka słów. Było późno, więc mieli doskonały pretekst, żeby rozejść się do własnych sypialni. Prawdopodobnie oboje liczyli na to, że do rana szok minie i przestaną czuć się niezręcznie. Sęk w tym, że ranek już dawno minął. Odjechała też rodzina, przy której obojgu było znacznie raźniej. Przysięgali przed Bogiem, że zostaną razem do końca życia, a nie mieli pojęcia, jak ze sobą rozmawiać. Dzieliła ich otchłań kilku lat rozłąki.

– Poszło jak z płatka – odezwała się w końcu Ava.

– Pod koniec zrobiło się nieco dziwnie. I poruszająco.

Tym razem uśmiechnęła się szczerze i wydała mu się jeszcze ładniejsza niż zwykle.

– Kiedy dotarły do nas wieści, że prawdopodobnie nie żyjesz, twoi rodzice bardzo to przeżyli. Zwłaszcza ojciec. To był dla niego ogromny cios. Postarzał się w oczach o kilka lat. W pewnym wieku człowiek jest już gotowy na odejście z tego świata, ale nigdy nie jest się wystarczająco gotowym na śmierć własnego dziecka. – Zarumieniła się i odwróciła wzrok. – Czemu tak dziwnie się we mnie wpatrujesz?

Tak, gapił się na nią jak urzeczony. Właśnie doszedł do wniosku, że jego żona jest najpiękniejszą kobietą na świecie.

– Przyglądam ci się, bo ślicznie wyglądasz. Miniatura, którą noszę, nawet w połowie nie oddaje blasku twojej urody. – Wyjął z kieszeni medalion i otworzył wieko.

– Cały czas miałeś go przy sobie? – zapytała, nie kryjąc zdumienia.

– Zawsze mam go przy sobie – przyznał. – Nigdy się z nim nie rozstaję… To znaczy… wyjmuję go, tylko kiedy chcę na ciebie popatrzeć… – Urwał zmieszany i schował pośpiesznie portrecik. – Głupi nawyk… Teraz będę mógł patrzeć codziennie, w dodatku na prawdziwą ciebie…

– Kiedyś nie patrzyłeś – stwierdziła niepewnie. Jego spojrzenie przyprawiało ją o rumieniec.

– Nadrabiam stracony czas – odparł z szerokim uśmiechem.

– Tego też wcześniej nie robiłeś. Nie uśmiechałeś się do mnie.

Zatrzymał wzrok na jej ustach, które aż prosiły się o pocałunki. Przez ostatnich kilka godzin studiował je niemal nieustannie. Tak dogłębnie, że poznał ich kontur na pamięć. Chciałby też poznać, albo raczej przypomnieć sobie, ich smak, ale nie był pewien, jak by to przyjęła. Wczoraj cieszyła się z jego obecności, zapewne dlatego, że znalazł ją w dość dramatycznych okolicznościach. Dziś, w świetle dnia, wyraźnie się od niego odsunęła. Z jakiegoś powodu postanowiła się wycofać.

– Jest pewnie mnóstwo rzeczy, których do tej pory nie robiłem, a które powinienem był robić. Zamierzam to naprawić. Dostałem od życia drugą szansę i chcę ją wykorzystać. Wiem, że jeśli się przyłożę, mogę stać się lepszym człowiekiem i lepszym mężem. – Niewiele pamiętał z przeszłości, ale jednego był pewien. Bez wątpienia miał ogromne szczęście. To, że wyszedł z lasu cały i zdrowy – w każdym razie na ciele – zakrawało na cud. Nie bał się przyznać tego na głos, zauważył jednak, że Avaline przyjęła jego słowa ze zdumieniem. Czyżby zmienił się tak diametralnie, że nie wiedziała, co o tym sądzić?

Cóż, na pewno nie rozwiążą tej kwestii, stojąc na korytarzu w otoczeniu służby, która może usłyszeć każde słowo.

– Przejdziesz się ze mną? – spytał, podając jej ramię. – Oprowadzisz mnie po włościach i pokażesz mi, jak dobrze radziłaś sobie z zarządzaniem Blandford. – Uśmiechnął się zachęcająco. Próbował zachować spokój, ale serce biło mu tak mocno, że czuł je w gardle. Perspektywa spaceru ramię w ramie z żoną wprawiała go w radosne podekscytowanie. Za chwilę miał poczuć dotyk jej dłoni, usłyszeć tuż obok szelest jej spódnic.

Zawahała się, nim podeszła bliżej, co go zabolało.

–Jestem twoim mężem, Avaline. Nie bój się mnie dotknąć. Nie rozpadnę się na kawałki ani nie zniknę jak poranna mgła.

Jej dłoń spoczęła w końcu na jego rękawie. Nieśmiało i odrobinę niepewnie, ale jednak. Zawsze to jakiś początek, pomyślał.

ROZDZIAŁ TRZECI

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

OKŁADKA
KARTA TYTUŁOWA
KARTA REDAKCYJNA
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ ÓSMY
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ROZDZIAŁ JEDENASTY
ROZDZIAŁ DWUNASTY
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
ROZDZIAŁ SZESNASTY
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY