Miłosne zlecenie - Bronwyn Scott - ebook

Miłosne zlecenie ebook

Bronwyn Scott

4,0

Opis

Channing Deverill jest jednym z najpopularniejszych kawalerów w towarzystwie. Przystojny i szarmancki, uchodzi za najlepszą partię w Londynie, mimo że co wieczór spotyka się z inną kobietą. W rzeczywistości Channing jest kawalerem do wynajęcia. Oferuje swoje usługi samotnym damom, zarówno podczas wieczorów towarzyskich, jak i nocą, gwarantując rozkosz i dyskrecję. Po latach Deverill zamierza porzucić intratne zajęcie, ale o jego usługi prosi Alina Marliss, hrabina Charentes, kobieta, która niegdyś złamała mu serce. Channing przyjmuje zlecenie, licząc, że tym razem zachowa zawodowy dystans i odpłaci się za dawny zawód…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 264

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (15 ocen)
7
4
2
1
1

Popularność




Bronwyn Scott

Miłosne zlecenie

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Channing Deveril poruszył się ostrożnie, aby nie zbudzić wtulonej w niego brunetki, i westchnął cicho. Odnosił wrażenie, że seks go wykańcza. Po siedmiu nocach spędzonych w cudzych łóżkach, rozpaczliwie zatęsknił za swoim własnym, wielkim i wygodnym, w którym mógłby się swobodnie wyciągnąć.

Pragnienie to zdumiałoby niewątpliwie pewną grupę londyńczyków, uważających Channinga Deverila za największego szczęściarza na tym świecie. Prowadził bowiem życie jak w bajce – mając seksu i pieniędzy, ile dusza zapragnie.

Niestety, w tym akurat momencie nie najlepiej radził sobie z tą bajką. Ci sami ludzie zdumieliby się na wieść o tym, że pierwszym, co mu przyszło do głowy gdy otworzył oczy, oczywiście po refleksji, że seks go wykańcza, była kalkulacja, czy zdąży wyplątać się z pachnących lawendą prześcieradeł lady Bixley i zniknąć za drzwiami, zanim się ona obudzi. Marianne Bixley okazała się w łóżku istną tygrysicą. Nic nie było w stanie pohamować jej temperamentu – ani więzy, ani opaska na oczy, ani nawet dodatkowy kieliszek brandy.

Nagle ten „największy szczęściarz w Londynie” zapragnął po prostu wrócić do domu. Był zmęczony, w ustach czuł kwaśny posmak alkoholu i marzył o kilku godzinach snu we własnym łóżku, zanim wszystko zacznie się od nowa. Wstrzymując oddech, zaryzykował ostrożny ruch. Marianne Bixley mruknęła coś przez sen, ale się nie obudziła. Dzięki temu miał wolne ramię i musiał już tylko odczekać kilka chwil, by móc się spokojnie od niej odwrócić.

Jak zdołam przetrwać najbliższe miesiące, skoro już w tej chwili jestem taki zmęczony? – zastanowił się. A przecież sezon jeszcze się nie zaczął. Minione dwa tygodnie były zaledwie przygrywką. Tymczasem jego agencja, ciesząca się wielkim powodzeniem Liga Dyskretnych Dżentelmenów, już teraz ledwie mogła sprostać zamówieniom.

Liga Dyskretnych Dżentelmenów okazała się tak ogromnym sukcesem, że Channing miał trudności z ustaleniem harmonogramu dla swoich panów w taki sposób, by dyskrecja nie była jedynie chwytliwym elementem nazwy. Problemy zaczęły się już poprzedniego roku, kiedy to Nicholas D’Arcy, jeden z jego najlepszych kawalerów, omal nie został przyłapany in flagranti z żoną pewnego lorda w jego miejskiej rezydencji. Ów drobny epizod przysporzył Lidze popularności, zaszkodził jednakże jej dyskrecji.

Mimo to Channing wolał myśleć, że przeważająca część londyńskiej śmietanki nie wie, czy istnienie Ligi to prawda czy fikcja. W obecnych czasach coraz trudniej było zachować aurę tajemniczości. Nawet wokół tego, co nieznane. Zresztą, wszystko stawało się coraz trudniejsze. Uniósł prześcieradła, wygramolił się z łóżka i zaczął się szybko ubierać. Sięgnął po buty. Zamierzał założyć je w holu, żeby nie robić hałasu. Problem nie tkwił w tym, że nie stanąłby na wysokości zadania. Lady Marianne była wystarczającym dowodem na to, że potrafi zadowolić nawet najbardziej żarłoczny apetyt seksualny. Zgarnął resztę francuskich listów z nocnego stolika i wepchnął je do kieszeni płaszcza. Pozostawienie ich mogłoby nasunąć lady Marianne myśl, że liczy on na powtórne spotkanie.

Ruszył na palcach do wyjścia i był już jedną nogą za progiem, gdy jej zaspany głos sprawił, że zamarł z ręką na klamce.

– Wychodzisz? Już? Tak szybko? Wracaj do łóżka!

Channing odwrócił się z przepraszającym uśmiechem.

– Niestety, nie mogę. Mam spotkanie w interesach i muszę się przygotować. – Amery DeHart, jeden z jego obiecujących nowych pracowników, poprosił o spotkanie, choć dopiero później.

Lady Marianne wydęła kapryśnie usta. Podejrzewała, że w grę wchodzi inna kobieta.

– Założę się, że jestem bardziej atrakcyjna – prychnęła, puszczając prześcieradło, by odsłonić wzgórki pełnych piersi. Oczy jej powędrowały w dół, ku jego spodniom, pod którymi wyraźnie rysowała się poranna erekcja. – Nawet twój fallus tak uważa.

– Nie wątpię, że jesteś bardziej atrakcyjna, ale sama wiesz, jak to jest w interesach. – Channing skłonił się lekko i szybko wyszedł, podczas gdy ona próbowała dociec, co miał na myśli.

Trzy godziny później Channing przeczesał palcami włosy, starając się skoncentrować na tym, co mówi Amery DeHart. Myślami wciąż powracał do pytania, które go nękało od świtu: od kiedy to seks przestał zaspokajać jego potrzeby? Może brak satysfakcji z aktu to znak, że powinien się wycofać i zwinąć interes albo przekazać go komuś innemu, kto pali się, by go poprowadzić.

– Przykro mi, ale muszę zrezygnować…

Channing nie dosłyszał reszty. Słowa Amery’ego brutalnie przykuły jego uwagę. Na moment ogarnął go lęk, że to on sam wypowiedział na głos swoje myśli.

– Przepraszam? Co mówiłeś?

Amery spojrzał na niego z dezaprobatą.

– Powiedziałem, że czas, bym wrócił na wieś i zobaczył się z rodziną – powtórzył cierpliwie.

– Ale nie masz chyba zamiaru odejść, prawda? – w głosie Channinga zadźwięczał niepokój. Kiedy ostatnim razem posłał na wieś swojego człowieka, Nicka D’Arcy’ego, ten dureń się ożenił! Co pocznie teraz bez Amery’ego? Po odejściu trzech weteranów w branży, przez ostatni rok przywykł polegać na tym młodym człowieku. Był on bowiem nie tylko świetnym instruktorem nowo przyjętych dżentelmenów, ale i ulubieńcem pań.

– Nie na zawsze – sprostował Amery. – Dostałem list z domu. Nie będzie mnie przez jakieś trzy tygodnie, do miesiąca. Moja siostra wychodzi za mąż, muszę też dopilnować rodzinnych interesów.

Channing wiedział, że Amery lubi swoją pracę, ale kocha rodzinę. Więc jeżeli wybiera się do domu na ślub, to z pewnością przywiezie siostrze najpiękniejszą suknię ślubną, jaką tylko można dostać w Londynie. Prowadząc finanse Ligi, Channing wiedział też, ile pieniędzy wysyła swojej matce.

Amery westchnął z niekłamanym żalem.

– Przykro mi przekazywać komuś innemu swoje zadanie, ale ja i moja klientka mieliśmy się udać na kilkudniowe przyjęcie poza miastem w przerwie wielkanocnej.

Channing zerknął w kalendarz na biurku. Do ostatniej chwili, kiedy można uciec na wieś, zanim sezon zacznie się na dobre, zostały już tylko trzy dni.

– Muszę zrezygnować, w żaden sposób nie dam rady – mówił dalej Amery. – A przecież nie wypada zostawić jej w pół drogi… Szczerze mówiąc, pasowałaby lepiej do ciebie – dorzucił. – To kobieta raczej dojrzała.

– Mam dopiero trzydzieści lat, Amery. – Channing mimowolnie poczuł się dotknięty. Myśl o wycofaniu się z interesów i poranna ucieczka z objęć pożądliwej kobiety nie znaczą wcale, że jest stary.

– Nie chodzi o wiek, lecz dojrzałość jej umysłu i maniery. Trudno to wytłumaczyć… – Amery szukał właściwych słów. To ciekawe, bo dotąd nigdy mu ich nie brakowało. A potem nagle wybuchnął: – Niech to diabli, Channing! To nie dla mnie. Ona jest zbyt wyrafinowana. To Europejka w każdym calu.

– Kogo ci przydzielono? – Channing przebiegł w myślach ostatnie zlecenia, ale bez rezultatu. Wiedział, że Amery zabiera w środę panny Bakers do opery, ponieważ ich brat nie mógł w tym momencie przyjechać do miasta, natomiast w czwartek miał towarzyszyć żonie pewnego dyplomaty na raucie w ambasadzie belgijskiej. Jednoczesne zamówienia okazały się świetnym sposobem na utrzymywanie ludzi w niepewności co do istnienia Ligi, jednak żadna z kobiet na liście Amery’ego nie pasowała do przedstawionego opisu.

– Nie znasz jej. To jedna z klientek, którą przyjąłem, kiedy wybrałeś się na urodziny bratanka. Nazywa się Elizabeth Morgan.

No tak, wszystko stało się jasne, pomyślał Channing.

– Nie sądzę, aby nadawał się któryś z naszych nowicjuszy – tłumaczył dalej Amery. – Może Nick albo Jocelyn, gdyby byli pod ręką, ale… – Urwał, wzruszając ramionami, bo Nick i Jocelyn już się dobrze pożenili.

– Amery, nie masz czasami takiego uczucia, jakbyś był ostatnim kawalerem do wzięcia w Londynie? – Channing zaśmiał się cicho, choć nie było mu wcale do śmiechu. W minionym roku nastąpił istny wysyp ślubów. Ożenili się Nick i Jocelyn, a także Graham – trzej najbardziej doświadczeni kawalerowie z jego Ligi. Także obie jego siostry wyszły za mąż w sierpniu, podczas podwójnej ceremonii w ich rodzinnym majątku.

Amery uśmiechnął się.

– Jestem kawalerem i jestem z tego dumny. Owszem, małżeństwo może być dla niektórych dobre, ale mężczyźni tacy jak ty i ja potrzebują dreszczyku emocji, jaki daje stan bezżenny. – Wychylił się w jego stronę.- Zrobisz to, Channing? Byłbym ci dozgonnie wdzięczny.

Czy mógł postąpić inaczej? Miał przecież dług wdzięczności wobec Amery’ego za to, że go zastąpił w lutym. Pokiwał głową tak, jak nakazywała przyzwoitość.

– Dobrze. A teraz idź się pakować.

ROZDZIAŁ DRUGI

Niestety, wszystko wskazywało na to, że będzie to beznadziejne przyjęcie. Wielkanocny azyl lady Lionel okazał się miejscem, do jakiego światowa hrabina Charentes, nigdy nie wybrałaby się z własnej woli. Podejrzewała, że czeka ją kilka długich, nudnych dni, a bardzo przeciętny przekrój gości potwierdzał tylko tę hipotezę. Hrabina przybyła tu jednak z pewną konkretną misją: szukała mężczyzn – a dokładnie mówiąc, dwóch.

Omiotła salon lady Lionel wzrokiem tak chłodnym, że nikt z patrzących nie zgadłby, że pod tą wyniosłą maską wręcz kipi namiętność.

Wzrok jej spoczął na moment na Rolandzie Seymourze – to na niego polowała – i od razu podskoczyło jej tętno. Stał o kilka metrów od niej i nie mogła nic zrobić… przynajmniej na razie… Ale, przysięgła sobie, że kiedy przyjdzie czas, rozprawi się z tym łajdakiem. Ten złodziej podstępnie ukradł pieniądze jej rodzicom, po czym próbował wymóc na nich zgodę na ślub z jej młodszą siostrą, obiecując zwrot zabranej kwoty. Wtedy popełnił taktyczny błąd. Rodzice nie wyrazili zgody, uznając, że w rodzinie wystarczy jedno nieudane małżeństwo. Wówczas zaplanowała zemstę, lecz w tym celu potrzebny był jej drugi mężczyzna, którego nieobecność dawała się zauważyć.

Raz jeszcze zlustrowała wzrokiem salon, aby się upewnić, że nie ma w nim DeHarta. Liczyła na to, że się pojawi – i to jak najszybciej. W najgorszym wypadku ożywiłby trochę sztywną atmosferę, a w najlepszym będzie mogła zacząć wprowadzać w życie swój plan. Potrzebowała kogoś, kto by ją poznał z Seymourem, a bez Amery’ego było to niemożliwe.

Abstrahując od jego spóźnienia, polubiła tego młodego kawalera, jego maniery oraz cięty dowcip. Dlatego nie zamierzała mścić się na nim tak okrutnie jak na Seymourze, ale też nie planowała pójść z nim do łóżka. Z doświadczenia wiedziała, że młodym mężczyznom w łóżku brak zazwyczaj wyczucia, a ona wolała nieco więcej finezji, gdy w grę wchodziła ars amandi. Nie szukała romansu, bo nie miała czasu na takie głupstwa. Celem jej była zemsta i tu właśnie towarzyskie zalety DeHarta mogły się okazać bardzo przydatne.

Liczyła na to, że Amery zaprzyjaźni się z Seymourem, po czym jej go przedstawi. Dzięki temu będzie mogła, nie budząc podejrzeń, wkraść się w kręgi Seymoura i wziąć sprawy w swoje ręce.

Nagle jakieś poruszenie przy drzwiach przykuło jej uwagę. Pewnie zjawił się w końcu Amery DeHart, gdyż to jego obecność wywoływała zazwyczaj tego rodzaju emocje. Uśmiechnęła się z ulgą, ale uśmiech zamarł jej na ustach, gdy całkiem inny mężczyzna stanął w progu. Channing Deveril! Największy arogant, jaki chodził po tej ziemi, musiał ze wszystkich przyjęć wybrać akurat to!

No cóż, w tej sytuacji będę musiała porachować się z trójką mężczyzn, pomyślała.

Chciałaby nie mieć racji, ale nawet z daleka nie sposób było pomylić z kimś innym tego urodziwego blondyna o ruchach pełnych wdzięku, ubranego, jak zwykle, z nienaganną elegancją. Tego dnia miał na sobie niebieską marynarkę z najlepszej wełny, obcisłe spodnie podkreślające jego idealną budowę i lśniące wysokie buty. Emanowała z niego dziwna zmysłowość. Nawet najprostszy powitalny gest, gdy skłonił się nad ręką lady Lionel, miał w jego wydaniu jakiś intymny podtekst.

Nie widziała go od ponad roku, odkąd rozstali się w niezgodzie na gwiazdkowym przyjęciu, na które go wynajęła jako pana do towarzystwa. Dobrze wiedziała, jak niebezpieczna potrafi być jego zmysłowość. Za tą przystojną twarzą o roześmianych błękitnych oczach ukrywał się mistrz łóżkowych strategii. Starła się z nim dwukrotnie w miłosnej potyczce na jego pościeli. Za pierwszym razem w Paryżu, gdzie przeżyli krótki, lecz burzliwy romans w trakcie jej nigdy nieskonsumowanego, choć równie burzliwego małżeństwa. Natomiast za drugim razem zdarzyło się to tutaj, w Anglii, kilka lat później. Zatrudniła go, aby jej pomógł wejść w wyższe sfery po latach spędzonych za granicą. Sądziła, że to zwykła umowa między dwiema dorosłymi osobami, znającymi zasady. Nie wiedziała, jak ogromne miał pretensje o Paryż i jak bardzo potrafi być przekonujący.

Channing skinął głową w jej stronę z ironicznym uśmiechem. W jego oczach mignęło zdumienie. Odwzajemniła ukłon, posyłając mu wyniosły uśmiech.

No cóż, mogła przynajmniej pocieszać się myślą, że obecność Channinga oznacza, że Amery zjawi się w ślad nim. Przypuszczała, że jako przyjaciele przyjechali tu razem, jednym powozem. Niewykluczone też, że Channing został wynajęty przez którąś z pań obecnych na tym przyjęciu. Spojrzała w głąb holu, ale nie dostrzegła Amery’ego.

Minęło jeszcze kilka minut, lecz wciąż się nie pojawiał. Channing tymczasem nadal tkwił przy drzwiach pogrążony w rozmowie z panią domu. Coś wyraźnie musiało być nie tak, skoro lady Lionel zmarszczyła w konsternacji brwi, a on skłonił się i wszedłszy do salonu, skierował się w stronę hrabiny.

W chwilę później stał już przed nią, pochylając się nad jej ręką.

– Hrabino Charentes, tak miło mi panią tu widzieć…

W jego błękitnych oczach dostrzegła iskierki rozbawienia. Najwyraźniej śmiał się z niej w duchu. To właśnie ta cecha w przeszłości tak bardzo ją ujęła.

– Mam pewien problem – mówił dalej – i pomyślałem sobie, że może mogłaby mi pani pomóc. Szukam pewnej damy, ale lady Lionel jej nie zna. Przyznam, że mnie to dziwi, bo to w końcu jej przyjęcie i to ona układała listę gości.

– I dlatego postanowił pan zapytać mnie? – dokończyła zimnym tonem.

– Owszem, ponieważ sądzę, że zna się pani na tych sprawach.

No tak, teraz zrozumiała, skąd ta drwina w jego oczach. Miał rację, bo rzeczywiście wszystkich znała. Od powrotu z Europy przed ponad rokiem postawiła sobie za cel poznanie jak największej liczby ludzi z towarzystwa. Zbyt długo jej nie było i w międzyczasie wiele znajomości się rozpadło. A choć dołożyła wszelkich starań, aby odnowić dawne przyjaźnie, nie wszędzie jej inicjatywa została mile przyjęta. Ale to jeszcze nie wszystko. Mówiąc „te sprawy”, Channing dawał wyraz swoim podejrzeniom co do tożsamości Elizabeth Morgan. Musiała mu przyznać, że miał bystry umysł.

– Chętnie pomogę, jeśli tylko potrafię. – Alina uśmiechnęła się uprzejmie, mimo że rósł jej niepokój. Gdzie się podziewa Amery? Jego nieobecność oznaczała niezbyt udany początek zaplanowanej przez nią intrygi. – Musi pan jednak wiedzieć, że czekam na kogoś, kto powinien tu być lada chwila – dodała całkiem niepotrzebnie, bo jeśli Channing przyjechał z Amerym, to na pewno o wszystkim wiedział.

Podała fałszywe nazwisko, gdy po raz drugi zwracała się do Ligi, bo nie chciała, aby przydzielono jej Channinga.

– Kogo pan szuka? – zapytała. W końcu, im szybciej mu pomoże, tym prędzej zostawi ją w spokoju.

– Szukam niejakiej Elizabeth Morgan. Może ją pani zna? Amery DeHart miał się z nią spotkać.

No tak, pomyślała, nie bez powodu się niepokoiłam, ale nie pokażę tego po sobie. Poczuła skurcz żołądka, kiedy sobie uświadomiła, co oznacza obecność Channinga. Skoro szukał Elizabeth Morgan, to znaczy, że Amery nie przyjedzie. W tej sytuacji miała dwa wyjścia: albo się przyznać – albo wyprzeć wszystkiego i odesłać Channinga do domu. Jednak wtedy musiałaby sobie sama radzić z Seymourem.

Wybrała pierwszą opcję.

– Amery DeHart miał się spotkać ze mną. To ja jestem Elizabeth Morgan – rzuciła wyzywająco.

Channingowi stężała twarz. Najwyraźniej zorientował się już w sytuacji. Bystrość jego umysłu czyniła z niego groźnego przeciwnika. Będzie musiała raz jeszcze zrewidować wszystko, na co liczyła. Amery wykonywałby jej polecenia bez szemrania, ale z Channingiem nie obejdzie się bez pytań.

– Kłamczucha – wyszeptał bezgłośnie.

– Doskonale. – Z zimną krwią przyjęła tę obelgę. – Widzę, że chce mi pan koniecznie popsuć kolejne przyjęcie.

Ach, to tak… Nie wybaczyła mi tamtych świąt, pomyślał.

– Piękna i rozgniewana, taką cię zapamiętałem – odparł ze spokojem, świadomy, że najbardziej zirytuje ją, nie dając się sprowokować.

W jasnoniebieskich oczach zalśniły lodowate płomienie. Piękna to raczej niedopowiedzenie w odniesieniu do Aliny Marliss, hrabiny Charentes, Angielki, która została francuską arystokratką, by stać się teraz na powrót Angielką. Była jak najczystszy diament, z platynowymi włosami i nieskazitelną cerą. Skrzyła się niby drogocenny klejnot, z którejkolwiek strony na nią popatrzeć. Nie tylko pod względem fizycznym, gdyż umysł także miała błyskotliwy.

– Okłamałaś Amery’ego, podając mu fałszywe nazwisko. Przejdźmy się po ogrodzie, to mi o tym opowiesz. To ciekawe, że potrzebne ci jeszcze jedno nazwisko, skoro naprawdę masz z czego wybierać. Elizabeth Morgan, Alina Marliss, hrabina Charentes…

– Nie nazywaj mnie tak – syknęła, ruszając w ślad za nim, lecz nie przyjęła jego ramienia.

– Myślałem, że wdowa musi zachować tytuł po mężu, gdyż jest to dla niej kwestia honoru. Czyżbym się mylił? – zapytał przyciszonym tonem, wiedząc, jak bardzo nienawidziła tego tytułu.

– Nie mylisz się, jednak gdyby to ode mnie zależało, wolałabym nie nosić etykietki mojego zmarłego męża. – Jej ton nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do ciemnych stron ich małżeństwa. Nic dziwnego, że nie znosiła tego tytułu i uważała go za próbę podkreślenia prawa własności do jej osoby jeszcze zza grobu. A przecież Alina Marliss nie należała do nikogo i właśnie to czyniło ją tak intrygującym i rozkosznym wyzwaniem. Niestety, pomimo jej starań, aby być po prostu lady Marliss, nie pozwalano jej zapomnieć, że posiada prawo do hrabiowskiego tytułu.

Na dworze świeciło słońce i goście wyszli na spacer. Ogrody wypełniły się gwarem przyciszonych rozmów. Channing poprowadził Alinę na mniej uczęszczaną alejkę, po czym zmienił taktykę.

– Może zechciałabyś mnie oświecić w kwestii twojej umowy z panem DeHartem? – W głębi duszy żywił nadzieję, że w grę wchodzi jakieś czysto formalne zlecenie. Nie chciał wcale wiedzieć, czy Amery z nią sypiał. Nie powinno to przecież mieć dla niego znaczenia. W końcu, to tylko praca, a w tego rodzaju zleceniach bezstronność jest równie ważna jak dyskrecja.

– Dlaczego on nie przyjedzie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

– Ponieważ jego siostra wychodzi za mąż. Możesz mi teraz powiedzieć coś więcej o tym zleceniu? – nalegał.

Alina posłała mu zaczepny uśmiech, jakby czytała w jego myślach.

– Czyżbym wyczuła nutkę zazdrości w tym na pozór obojętnym pytaniu?

– To nie zazdrość, tylko troska o własne bezpieczeństwo – odparł Channing. – Muszę wiedzieć, z czym przyjdzie mi się zmierzyć. Kiedy ostatnio byliśmy razem, oberwałem wazonem w głowę.

Prychnęła lekceważąco i machnęła ręką.

– Zasłużyłeś sobie na to. Ośmieszyłeś mnie publicznie.

– Bardzo mi przykro. Mogę cię tylko przeprosić za te święta – rzucił sucho Channing. Jej pretensje nie były pozbawione podstaw. Ów nieszczęsny incydent wydarzył się półtora roku wcześniej. Był to jej towarzyski debiut po powrocie do kraju, a on, za znaczną sumę, miał jej ułatwić powrót w wyższe sfery – co też uczynił. Patrząc obiektywnie, wywiązał się doskonale ze swoich obowiązków. Niestety, pojawiły się również „interpersonalne komplikacje” – o ile można to tak określić. Swoją drogą, jak doszło do tego, że jest teraz przesłuchiwany, skoro to on zamierzał ją wypytać? – Przyjechałem tu i pragnę należycie wywiązać się z obowiązków określonych twoją umową z DeHartem – jakiekolwiek by one były.

– Och, naprawdę? – zapytała przeciągle, stukając w podbródek idealnie pomalowanym paznokciem. W Channingu obudziły się nagle zaborcze instynkty. Czy spała z Amerym? Co powinien poczuć na myśl o tym, że miałby zająć miejsce Amery’ego? Albo, w tym przypadku, że Amery zajął w jej łóżku jego miejsce? Jeżeli już o tym mowa, członkowie Ligi nigdy nie dzielili się swoimi klientkami.

Zaśmiała się gardłowo.

– Zawarliśmy z DeHartem czysto towarzyski układ. On przedstawi mnie ludziom, których pragnę poznać, a ja, mając regularnie u boku tego samego dżentelmena, będę mniej narażona na niepożądane atencje, jakie może wzbudzać kobieta mojego położenia.

Miała na myśli swój status zamożnej wdowy, czyniący ją obiektem wszelkiego rodzaju umizgów. Co gorsza, mąż jej był Francuzem, a jak wiadomo, na kontynencie panuje znacznie większa swoboda obyczajowa niż w Anglii. Niektórzy nawet uważali, że miejsce angielskiej damy jest w kraju i dla własnego dobra nie powinna pozostawać w tak zdeprawowanych kręgach.

Historyjkę tę wymyślił Channing i podczas tamtych świąt poświęcił sporo czasu na wprowadzenie w życie swego scenariusza. W późniejszych miesiącach historia ta bardzo zyskała na wiarygodności, nawet jeśli ich związek na tym stracił – wręcz katastrofalnie!

– Do czego jestem ci potrzebny? Mam cię przedstawiać czy chronić? – Dzięki jego staraniom panna Alina Marliss została z powrotem zaakceptowana przez socjetę. Oboje wiedzieli jednak, że była to bardzo niepewna akceptacja. Jeden fałszywy krok z jej strony, a bez wahania wygnają ją ze swoich kręgów.

– Jedno i drugie. – Alina rozpostarła wachlarz: istne cacko z białej koronki, malowane w różowe kwiatki. Akcesorium z gatunku tych, jakie powinna nosić porządna angielska dama, i zarazem dowód na to, jak pieczołowicie kreowała swój wizerunek. – Muszę poznać pana Rolanda Seymoura.

– Obawiam się, że go nie znam – odparł Channing.

– Ale poznasz go, prawda? Po to urządza się przecież te przyjęcia. Żeby obracać się wśród ludzi i z korzyścią poszerzać kręgi towarzyskie – powiedziała i zaczęła się wachlować omdlewającym gestem, kierując dyskretnie uwagę Channinga na bezmiar swego biustu w zwodniczo skromnej popołudniowej sukni z różowego muślinu.

Channing uśmiechnął się cierpko, starając się utrzymać wzrok powyżej jej szyi, było to jednak piekielnie trudne, o czym ona doskonale wiedziała.

– Mam się z nim zaprzyjaźnić, a potem wprowadzić cię w jego towarzystwo, tak?

– Z grubsza. Pograj trochę w bilard, postrzelajcie, i co tam jeszcze zwykli robić dżentelmeni… – zasugerowała, uśmiechając się do niego ponad wachlarzem.

Widać było, że usilnie stara się go rozproszyć… To bardzo podejrzane, zwłaszcza w wydaniu kobiety, która zaledwie kilka minut wcześniej traktowała go z lodowatą rezerwą.

– W jakim celu? – Nawet wiedząc, że to gra, nie był w stanie powstrzymać się od tego, by z nią nie poflirtować. Przysunął się i zaczął wdychać delikatny różany zapach jej mydła.

– Mam z panem Seymourem rachunek do wyrównania.

Słysząc to, uniósł brwi.

– Zdradzisz mi, o co chodzi?

– Nie – odparła ze śmiechem, cofając się o krok. – A teraz idź już, bo masz zadanie do wykonania. Tymczasem ja muszę przypochlebiać się pewnym paniom, więc cię na razie przeproszę.

Amery nie mylił się mówiąc, że to Europejka w każdym calu. Zdobywała szlify na paryskich salonach, gdzie Channing spotkał ją po raz pierwszy. Była wtedy mężatką, co wcale nie czyniło flirtu z nią mniej ekscytującym. Ten sam dreszczyk wyczuwał i tego dnia, mimo wszystkich złych przeczuć.

Stanowiła ucieleśnienie męskich marzeń. Może to właśnie było jej największą zaletą. Potrafiła być wszystkim, dla wszystkich mężczyzn. Channing nie znał jak dotąd żadnego, który nie uległby jej urokom. Złościło go to i zarazem intrygowało. Złościło, ponieważ szczycił się tym, że w kwestii polityki płci jest mniej wrażliwy od innych, tymczasem w jej przypadku nie różnił się od reszty. A intrygowało dlatego, że zastanawiał się, kim ona naprawdę jest, kiedy nikt na nią nie patrzy.

Czy jest ktoś, komu ukazała swoje prawdziwe oblicze? Był taki czas, kiedy całymi godzinami zastanawiał się, jaka może być naprawdę i jak nakłonić ją, żeby się przed nim odsłoniła. Było to tylko jedno z jego niezliczonych marzeń na jej temat.

W swoich odczuciach nie był bynajmniej odosobniony. Widział, jak oczy innych mężczyzn w ogrodzie suną w ślad za nią w stronę szklanych drzwi prowadzących do domu. Nietrudno było odczytać ich myśli. Lord Barrett, żonaty z trójką dzieci, zastanawiał się, jak nawiązać z nią romans po powrocie do Londynu. Lord Durham dumał, jak dostać się do jej pokoju, najlepiej jeszcze tej samej nocy. Syn lorda Parkhursta, niemrawy blondyn, próbował policzyć, czy pensja od rodziców pozwoli mu urządzić ją jako swoją metresę.

Alina słusznie rozumowała, że obecność Amery’ego będzie stanowić swego rodzaju ochronę.

Postanowił zająć się teraz obserwacją jej celu. Stał w głębi ogrodu, pogrążony w rozmowie z Elliottem Mansfieldem, którego Channing na szczęście znał. On i Elliott byli członkami tego samego klubu i postanowił wykorzystać tę znajomość. Jedno pytanie nie dawało mu jednak spokoju: jeżeli był tu, aby chronić Alinę przed niechcianymi zalotnikami, to kto miał bronić Seymoura przed Aliną? Interesy z nią to gwarantowane kłopoty. On sam był tego żywym dowodem. Wszystkie jego problemy brały swój początek od hrabiny Charentes. Zaczynał nawet podejrzewać, że to przez nią odechciało mu się kontaktów z innymi kobietami.

ROZDZIAŁ TRZECI

Wieczorem całe towarzystwo zebrało się w oczekiwaniu na kolację. Alina odegrała oczywiście swoje wielkie wejście: wkroczyła do salonu sama, pięć minut po siódmej. W zielonej atłasowej sukni, spowita zmysłową aurą, z miejsca stała się obiektem uwagi wszystkich panów – oraz zawiści wszystkich pań.

Channing nie wątpił, że była to z jej strony chłodna kalkulacja. Tą odważną strategią dawała do zrozumienia, że niczego się nie wstydzi i gotowa jest stawić czoło plotkom krążącym już od podwieczorku na temat jej męża, zmarłego nagłą śmiercią bez wyraźnej przyczyny.

Niektórzy bardziej znamienici goście jak Durham czy Barrett spotkali ją już w Londynie, reszta nie obracała się w tak wysokich sferach albo nie zwykła oddalać się zbytnio od swoich wiejskich posiadłości. Ludzie ci wyrabiali sobie na ogół opinię na temat osób nowo poznanych głównie w oparciu o plotki. Alina przyjechała na to przyjęcie, choć wiedziała, co ją czeka, i z pewnością miała wiele milszych zaproszeń.

Stała teraz pośrodku salonu pełnego obcych ludzi, przykuwając spojrzenia wszystkich.

Zarzucała jak największą sieć, aby złowić wszystkie ryby w nadziei, że znajdzie się wśród nich ta najważniejsza – czyli Roland Seymour. Podstęp udał się, gdyż, podobnie jak reszta mężczyzn, już wodził za nią łakomym wzrokiem.

Channing nie był nim szczególnie zachwycony i trudno mu było zrozumieć, co Alina w nim widzi. Nie pojmował też, dlaczego przybyła na to przyjęcie. Nie wypatrzył tu nikogo z najwyższych kręgów towarzystwa, z którymi tak wytrwale usiłowała podtrzymać znajomość.

Rozległ się dzwonek na kolację, Channing w duchu przyznał, że podziwia jej wyczucie czasu. Zeszła na dół na tyle wcześnie, żeby wzbudzić zainteresowanie, a zarazem na tyle późno, aby nie dać się wciągnąć w błahe rozmowy lub, co gorsza, obejrzeć plecy zawistnych matron.

Lady Lionel tymczasem nie potrafiła zdecydować, kto kogo powinien poprowadzić do jadalni. Channing uznał to za kolejny znak, że nie są to sfery, w jakich przywykli obracać się z Aliną. W jego kręgach wszyscy znali swoje miejsce w szeregu i nie trzeba ich było zaganiać. Mówiąc szczerze, nie znosił takich ceremoniałów, podczas których rozdzielano pary i nastawiano przeciwko sobie gości o różnym statusie społecznym.

Tłumiąc uśmiech, patrzył, jak lady Lionel miota się, zastanawiając, z kim ustawić Alinę, która jako hrabina zajmowała obok niej, najwyższą pozycję w całym towarzystwie. Jednak hrabina francuska, balansująca na granicy skandalu, to nie to samo, co angielska hrabina o nieskazitelnej reputacji. Koniec końców, lady Lionel uznała, że ostrożność nie zawadzi, i przydzieliła Alinie swego męża.

Gdy odchodzili, Alina rzuciła Channingowi przez ramię triumfalne spojrzenie, a on potraktował to jak rzuconą rękawicę. Jednym słowem, zaczynała się gra. Ciekawe, czy z Amerym też planowała takie gierki, czy może był to znak, że znów wkraczają na wojenną ścieżkę. Seks to potężny oręż, o czym oboje doskonale wiedzieli. Dlatego nie miało to żadnego znaczenia, że przydzielono mu do pary córkę baroneta ani to, że został posadzony po przeciwnej stronie stołu, czyli nieco niżej. Był przecież mistrzem we flircie na odległość. Uprzejmym uśmiechem odpowiedział córce baroneta na jej słowa i podał ramię. Kolacja zapowiadała się bardzo interesująco.

Nieomal od pierwszej chwili zaczęli wymieniać sygnały o dosyć dwuznacznej wymowie. Channing ujął w dłoń czaszę kielicha, zaś Alina zaczęła wolno gładzić nóżkę swojego, nie patrząc na nikogo konkretnie. Cała sztuka polegała na tym, żeby nie dać się przyłapać. Gdy Channing wziął kęs kaczki, jakby to było najkruchsze mięso, Alina rozgryzła jagodę i szybkim ruchem języka zlizała z warg kropelkę soku.

Był to krok ryzykowny, nazbyt czytelny. Gesty powinny być na tyle niejasne, aby ktoś, kto je odbierze, nie miał pewności, czy są skierowane do niego. Roland Seymour, sądząc po jego przebiegłym uśmieszku, dał się złapać na numer z językiem.

Gdy podano lody wiśniowe, Channing zastanawiał się, co jeszcze, oprócz ssania łyżeczki, można robić przy orzeźwiającym deserze. Był też ciekaw, czy Seymour myśli o tym samym, i żałował, że panie przejdą niebawem do salonu. Krążenie wokół stołu ze szklaneczką porto nie będzie nawet w połowie tak zabawne, da mu jednak szansę na popchnięcie do przodu tajnego planu Aliny wobec Rolanda Seymoura. Postanowił być tego wieczoru bardzo miły. Znał dwóch lub trzech dżentelmenów obecnych na przyjęciu, a sir Lionel dodatkowo ułatwił mu to zadanie.

– Durham mówił mi, że jesteś inwestorem, Seymour. – Lionel napełnił szklaneczkę i odsunął karafkę. – W co inwestujesz?

Seymour odpowiedział sztucznym uśmiechem. Pewnie ćwiczył go wcześniej przed lustrem, chcąc nadać mu odpowiednio cierpką wymowę. Jeśli tak, to zdaniem Channinga przydałoby mu się więcej praktyki, bo wyglądał niezbyt wiarygodnie.

– W ziemię, to jedyne, co po nas zostanie. Moim zdaniem, tylko w to warto tu zainwestować… Ziemia nigdy nie straci na wartości.

Kilku starszych panów przy stole wymieniło zmieszane spojrzenia. Pewnie się zastanawiali, czy inwestowanie można uznać za pracę? Jeżeli tak, to rzecz nie do przyjęcia. Wiadomo przecież, że prawdziwy dżentelmen nie pracuje.

Paru młodszych mężczyzn zainteresowało się jednak bliżej tą rozmową.

– A co pan robi, kiedy już kupi taką ziemię? – zapytał syn Parkhursta.

Channing spojrzał na Seymoura. Pytanie było podchwytliwe. Czy Seymour był na tyle dobrze wychowany, aby o tym wiedzieć? Inwestowanie w ziemię zdecydowanie zaliczało się do kategorii prac, natomiast posiadanie majątku ziemskiego można było jeszcze wybaczyć. On sam miał przecież kilka nieruchomości w Londynie. Kupno było w porządku, ponieważ świadczyło o zamożności.

Seymour upił łyk porto.

– Czekam po prostu, aż przyjdzie dobry czas na sprzedaż – odparł wymijająco. Channing poczuł, że z każdą chwilą rośnie jego niechęć do Seymoura. Gdy rozmowa zeszła na inne tematy, postanowił lepiej mu się przyjrzeć.

Ciemnowłosy, średniego wzrostu – w oczach kobiet był pewnie atrakcyjny. Wyczuwał w nim jednak jakiś fałsz, a także spryt, znamionujący dorobkiewicza. Z pewnością nie był to ktoś, z kim Alina chciałaby robić interesy lub się bawić. A chociaż z uporem twierdziła, że w tym przypadku to tylko interes, Channing nie mógł się nadziwić, dlaczego akurat Seymour. Przecież mógł jej polecić lepszego agenta o lepszych referencjach, jeżeli zamierzała zainwestować w nieruchomości.

Ale to w końcu nie mój interes, z kim Alina chce robić interesy, skarcił się w duchu. Nie wolno mu zapominać, że zatrudniła Amery’ego, a nie jego. Nie przyjechał tu jako jej przyjaciel – te dni już dawno minęły. Kiedyś zaoferował jej swoją przyjaźń, a nawet więcej, ale go odtrąciła. Teraz ma uchronić ją przed niechcianymi zalotnikami i uciszać oszczercze plotki, a nie dawać złote rady.

Gdy panowie dołączyli do pań na herbatę, Channing rozejrzał się szybko po salonie, lecz Aliny w nim nie było. Czy coś wydarzyło się w międzyczasie? – zastanowił się. To możliwe, zważywszy na jej wątpliwą reputację. Pytanie lady Lionel w ogóle nie wchodziło w rachubę, gdyż mogłoby to zostać odebrane jako wyraz jego zainteresowania Aliną, a tego wolałby uniknąć. Nagle coś białego zajaśniało w ciemnościach za szklanymi drzwiami do ogrodu, przykuwając jego uwagę.

A więc jest na dworze! Skierował się dyskretnie w tę stronę i wyszedł na taras, mówiąc sobie, że dobrze mu zrobi łyk świeżego powietrza.

Alina stała oparta o balustradę tyłem do drzwi.

– Wiedziałam, że przyjdziesz. – Wyprostowała się, lecz wyraźnie nie zamierzała się odwrócić. Pomyślała, że skoro Channing miał kilka godzin, by zorientować się w sytuacji, zaraz zacznie ją wypytywać.

– To niesamowite! Jak ty to robisz? Przecież tym razem starałem się zachowywać wyjątkowo cicho. – Channing, niezrażony jej chłodem, zbliżył się i stanął przy balustradzie. – Co mnie tym razem zdradziło? Tylko mi nie mów, że moja woda kolońska, bo nie jest na tyle mocna…

– Zdradził cię powiew cieplejszego powietrza i drobna zmiana światła, kiedy otworzyły się drzwi – rzuciła sucho Alina, dając mu do zrozumienia, że nie jest mile widziany. Wyszła na dwór, aby pobyć sama. – A tak w ogóle, skąd wiedziałeś, że to akurat ja?

– To przez twoje włosy – odparł z uśmiechem. – Platynowe jak gwiazdy na niebie. Mimo to byłabyś zachwycającym szpiegiem. Nie przyszło ci na myśl, żeby zwrócić się z propozycją współpracy do ministerstwa ? – zażartował.

– Będę na wszelki wypadek udawać, że to komplement. Po co tu przyszedłeś tak naprawdę? – rzuciła, zmuszając go, by przeszedł do sedna.

– Po świeże powietrze i kilka odpowiedzi. – Jego cichy głos zabrzmiał ostro w ciemnościach, bo on także przestał się silić na grzeczność. Kontynuował:

– Poznałem Seymoura. Nie wygląda na człowieka twojego pokroju. Możesz mi powiedzieć, w jakim celu mam was sobie przedstawić?

Nie zamierzała mu niczego ułatwiać.

– Płacę, więc wymagam. – Niech sobie dobrze zapamięta, że to ona wydaje rozkazy.

– Mogę w każdej chwili zerwać umowę, jeżeli uznam, że nie odpowiadają mi jej warunki – przypomniał jej Channing. – Skąd mogę wiedzieć, czy nie zechcesz wplątać mnie w jakieś ohydne afery jako mimowolnego wspólnika?

– Ty i skandal? Też coś! – prychnęła Alina bardzo nieelegancko. Jego sugestie były śmieszne, biorąc pod uwagę całą resztę. – Stoisz tu i odgrywasz dziewicę, której reputacji trzeba bronić. Nie ze mną te sztuczki, Channing. Sypiasz co noc w innym łóżku z inną kobietą i boisz się skandali? Sam jesteś jednym wielkim skandalem.

– Nie przedstawię was sobie ot, tak bez zastanowienia, bo nie zamierzam się wikłać w żadne skandale – powtórzył ze spokojem.

Odpowiedziała milczeniem, stwarzając mu tym samym idealną okazję na powrót do salonu. Niestety, nie skorzystał z tej szansy.

– Skoro nie chcesz rozmawiać o Seymourze, może opowiedziałabyś mi o kolacji – powiedział cierpkim tonem. – Przypominam ci, że Seymour zauważył naszą zabawę przy stole. Z jego reakcji trudno wyczuć, czy zrozumiał, że ten mały spektakl nie był przeznaczony dla jego oczu. Zresztą nie wiem, do czego jestem ci jeszcze potrzebny. Przecież udało ci się przykuć jego uwagę…

Alina wybuchnęła gardłowym śmiechem.

– Powinieneś wiedzieć, że dama nigdy nie przedstawia się sama obcemu dżentelmenowi.

– Racja, a skoro już o tym mowa, muszę cię poinformować, że dama nie dotyka nóżki kieliszka w taki sposób, jakby to był fallus.

Spiorunowała go wzrokiem.

– Panie Deveril, ma pan gorszące myśli! Żeby wyciągać takie wnioski ze sposobu, w jaki trzymałam kieliszek! Też coś! Idąc tym samym tropem, można by pomyśleć, że obejmowałeś czaszę twojego kieliszka, jakby to była damska pierś.

– Może tak właśnie było. – Coś zaiskrzyło między nimi. W którymś momencie rozmowy odwrócili się do siebie, nie patrząc na ogród. Odległość między nimi nie miała znaczenia.

Alina pomyślała, że jeżeli weźmie zbyt głęboki oddech, jej piersi musną przód jego fraka. Będzie musiała uważać, bo granica była tak blisko i tak łatwo można ją przekroczyć. Czy to jeszcze praca, czy może już coś więcej? Nie, pomyślała. Dla niego zawsze była to praca. Powinna o tym pamiętać.

Spojrzała przez ramię, w głąb salonu.

– Może wejdziemy do środka?

Channing także odwrócił głowę i zajrzał przez drzwi.

– Ach, czy już czas do łóżka?

– Co za niezręczne wyrażenie. Zazwyczaj jesteś bardziej… – Machnęła ręką, żeby pokazać, że szuka słów.

– Kulturalny? Elegancki? – podsunął Channing.

– Subtelny – powiedziała, czując, że trafia się jej okazja, aby mu odpłacić pięknym za nadobne. Wyszedł za nią do ogrodu, bo chciał się dowiedzieć, na czym stoi. – Ponieważ nie bawimy się w tym momencie w żadne grzeczności, pozwolę sobie przypomnieć, że płacę ci za ochronę, a nie za seks. – Spojrzała na niego znacząco, po czym zlustrowała go wzrokiem od stóp do głów. – To dostałam od ciebie już wcześniej, i to za darmo.

– A ja pozwolę sobie przypomnieć ci, że nie ma nic za darmo. Bonne nuit, hrabino. – Channing skłonił się dwornie nad jej ręką, po czym zniknął.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Czy naumyślnie doprowadziła do tego, że ich rozmowa o interesach przerodziła się w wymianę żarcików z szarej strefy pomiędzy ostrzeżeniem a flirtem? Channing zastanawiał się nad tym, rozbierając się przed snem.

Wiedział lepiej niż inni, że zwykła rozpatrywać wszystko pod kątem strategicznego uwodzenia. Świadom tego, tym bardziej musiał mieć się na baczności. Tylko głupiec uwierzyłby, że hrabina kogokolwiek potrzebuje. Nie był już tym młodzieńcem o miękkim sercu, którego spotkała w Paryżu. Gdyby go chciała teraz zdekoncentrować, musi się naprawdę wysilić. Nie wystarczy samo machanie wachlarzem i głaskanie kieliszka.

Channing wyciągnął się na łóżku, rozkoszując się zapomnianym przez niego poczuciem, że nareszcie jest sam. Może jednak warto było przyjechać na to przyjęcie, choćby tylko po to, żeby mieć łóżko wyłącznie dla siebie. No… prawie warto… bo Alina potrafiła wszystko skomplikować.

Będę musiał być bardzo ostrożny, pomyślał. Owszem, pojawił się tu, aby wywiązać się z umowy podpisanej przez Amery’ego, oddając tym samym całą władzę w ręce Aliny, przynajmniej teoretycznie. Ale… nie… Nie będzie ślepo wykonywać jej rozkazów w sytuacji, gdy jest zmuszony zakwestionować jej motywy.

Już na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało podejrzanie. Całe to przyjęcie i goście tak dalecy od kręgów, w jakich starała się obracać od powrotu z Francji. Seymour także nie pasował do jej towarzystwa. Po wysłuchaniu jego wynurzeń nad kieliszkiem porto Channing poczuł pogardę do tego oślizgłego typa. Interesy z kimś takim nie wróżyły nic dobrego. Wziąwszy to wszystko pod uwagę, kłopoty wydały mu się pewne.

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, upomniał się, ale czuł chorobliwą chęć, aby dowiedzieć się, jakie interesy ma Alina z Seymourem. Podczas ich przelotnego romansu w Paryżu przekonał się, że potrafi ona wykorzystać mężczyznę, odkrył też, jak ochoczo mężczyzna daje się jej wykorzystywać. Dlatego nie pozwoli sobie teraz na to, by ciekawość uczyniła go znów tak bezbronnym wobec niej. Mówił sobie, że chce tylko poznać okoliczności całej sprawy, i miał nadzieję, że tak było istotnie. Nic dziwnego, że Amery poczuł, że temu wszystkiemu nie sprosta.

Alina przeciągnęła się w słońcu zalewającym jej olbrzymie łóżko. Poprzedniego wieczoru poszło jej naprawdę świetnie i wciąż nie mogła się nacieszyć swoim małym zwycięstwem. Obrana przez nią strategia okazała się niebywale skuteczna. Odrobina flirtu przy kolacji i potem, na werandzie, odwiodła skutecznie Channinga od chęci zadawania dalszych pytań na temat jej interesów z Seymourem.

Oczywiście, była to swego rodzaju praca, co wcale jednak nie znaczy, że nudna. Flirt z Channingiem okazał się podniecający, ponieważ niósł ze sobą pewne ryzyko. Nie wątpiła, że Channing bez wahania odpowie ciosem na cios, traktując to jako wyzwanie.

Alina przetoczyła się na bok i szarpnęła za sznur od dzwonka przy łóżku. Tego dnia czeka ją więcej podobnych zajęć. To był dopiero początek. Mężczyzna, którego łatwo zdobyć, tracił w jej oczach cały urok. Może właśnie dlatego pożegnalna uwaga Channinga, że nie ma nic za darmo, wciąż dźwięczała jej w uszach. Nie była nawet pewna, co chciał przez to powiedzieć, ale nie dawało jej to spokoju. Wciąż wracała myślami do czasów, które chciałaby równie desperacko zapamiętać, jak zapomnieć.

Mogła jednak wykorzystać rzuconą przez Channinga uwagę jako świetny punkt wyjścia do kolejnego etapu prowadzonej przez nią gry. Chciała, by pochłonięty nią przestał przyglądać się jej sprawom z Seymourem. Tak sobie przynajmniej mówiła. Jego rozbrajająco błękitne oczy, usta skore do uśmiechu, idealnie wyrzeźbione kości policzkowe i arystokratyczne maniery nie miały żadnego wpływu na obraną przez nią strategię.

Pokojówka, Celeste, pojawiła się niezwłocznie, przynosząc poranną filiżankę czekolady. Celeste towarzyszyła jej od czasów okropnego małżeństwa z francuskim hrabią.

– Bonjour, madame – zawołała ze śpiewnym akcentem, stawiając tacę na stoliku pod oknem. – Na dzisiejsze przedpołudnie zaplanowano konną przejażdżkę – dodała. – Mają być dwie grupy, jedna dla amatorów i druga bardziej zaawansowana.

– Przygotuj zatem niebieski kostium z tym fantazyjnym kapelusikiem. Włosy upniesz mi w węzeł; robisz to tak dobrze, Celeste. – Alina wstała z łóżka i przeszła do stolika z tacą, a jej myśli już krążyły wokół tego, w co się ubrać, co powiedzieć, dokąd pojechać i jak w subtelny sposób zainteresować sobą Seymoura.

Celeste spojrzała na nią ze znaczącym uśmiechem.

– O tak, ten młody jasnowłosy lord będzie zachwycony. Lubi patrzeć na pani szyję.

– Nie robię tego dla niego. – Alina upiła łyk czekolady. – Tylko dla Seymoura.

Celeste wyjęła z szafy kostium jeździecki.

– Ja tam wolę tego blondyna – stwierdziła, wydymając usta.

– Chodzi o interesy, Celeste – rzuciła surowo Alina. Poprzedniej nocy, po powrocie z ogrodu, uznała, że nie może już dłużej czekać, aż Channing przedstawi jej Seymoura. Nie wątpiła, że potrafiłby to załatwić, jeszcze przed wieczorem, jednak za cenę kolejnych pytań. Chciałby na pewno wiedzieć, po co jej ta znajomość, ale mu tego nie powie, z obawy by nie zaczął się wtrącać. – Z którą grupą pojedzie pan Seymour?

– Z zaawansowaną, madame. Pan Deveril też się z nimi wybiera.

– Przekaż wiadomość, że będę potrzebowała odpowiedniego konia do tej samej grupy – poinstruowała ją Alina, dopijając czekoladę. Chętnie posiedziałaby jeszcze trochę w słonecznym wykuszu, miała jednak przed sobą zadanie, a elegancja, z jakiej słynęła, nie brała się przecież znikąd. Podeszła do toaletki, na której wyłożono słoiczki i pędzle. – Pora na twoje czary, Celeste.

Kiedy zeszła na dół, na podjeździe przed domem tłoczyli się ludzie i konie. Młoda klacz gniadej maści czekała już na nią, przebierając niecierpliwie nogami. Alina przyjrzała jej się z niepokojem. Była wprawdzie dosyć doświadczoną amazonką, wolałaby jednak pojechać z grupą mniej zaawansowaną, gdyż miałaby wtedy więcej czasu na rozmowy. Natomiast ta narowista klaczka będzie od pierwszej chwili absorbować jej uwagę. Już teraz wyłonił się problem, jak jej dosiąść.

– Podsadzić cię? – Channing wyrósł nagle u jej boku i poklepał klacz po grzbiecie. Poranne słońce podkreślało jego złocistą urodę. Alina rozejrzała się, ale wszystkie podstawki do wsiadania były zajęte. Prawdę powiedziawszy, wolała odmówić, ponieważ dotykał kobiety w taki sposób, że czuła się dla niego kimś wyjątkowym, nawet w sytuacji tak przyziemnej jak ta. Może to tylko wyobraźnia, ale odniosła wrażenie, że kiedy sprawdzał popręg, jego ręka błądziła po jej nodze dłużej, niż to było konieczne.

– Jedziesz z naszą grupą? – zapytał, marszcząc brwi.

– Tak – odparła, chwytając wodze. – Czy cię to niepokoi? – Nie chciała, żeby się o nią martwił.

– Na pewno poradzisz sobie z tą klaczą? Jest dobrze wyszkolona, ale i narowista – mówił dalej.

Alina uśmiechnęła się z wyższością.

– Dam sobie radę. Ujeżdżałam znacznie większe konie – dodała, mając na myśli ogiera, na którym jeździła we Francji.

– Rozmiar to nie wszystko – rzucił z szelmowskim uśmiechem.

Roześmiała się i skierowała klacz w stronę, gdzie już ustawiali się jeźdźcy. Chciała znaleźć się na przedzie, bliżej Seymoura.

– Wsiadaj, jeżeli chcesz z nami jechać – zwróciła się do Channinga, ale on cofnął się i powiedział:

– Dogonię was za chwilę. Muszę jeszcze poszukać służącego i zlecić mu pewne zadanie. Dopiero wtedy wyruszę.

Alina nie potrafiła dotrzymać tempa reszcie. Zorientowała się już po pierwszych dwóch milach. Dobrze jej się jechało po płaskim terenie, gdzie mogła zdać się na intuicję klaczy, nie odważyła się jednak przeskakiwać przez kłody lub żywopłoty w pełnym galopie. Chcąc je pokonać, musiała za każdym razem zwolnić. Z tego też powodu szybko traciła to, co udawało jej się nadrobić na równym terenie, i co rusz lądowała na końcu kawalkady, podczas gdy Seymour wciąż jechał na przedzie.

Alina ściągnęła wodze, dając klaczy szansę na zaczerpnięcie tchu, a sobie na zebranie myśli. Jadąc z taką prędkością, nigdy nie dogoni Seymoura. Będzie musiała znaleźć jakiś skrót czy objazd, który pozwoli jej zrównać się z czołówką. Nagle dostrzegła ścieżkę przecinającą las, wzdłuż którego jechali.

Och, co za szczęście! Skręciła i wjechała do lasu, a tam już było lepiej. Żadnych kłód czy żywopłotów, tylko gdzieniegdzie wystające korzenie, które trzeba ominąć. Teraz szybko nadrobi stracony czas. Tak się jej wydawało, dopóki krzyk jastrzębia nie rozdarł leśnej ciszy. Klacz w mgnieniu oka przeszła w galop, jakby usłyszała sygnał do ataku.

Alina nie miała czasu, by zareagować. To, jak długo udało jej się utrzymać w siodle, dobrze świadczyło o jej umiejętnościach jeździeckich. Pokonywanie lasu w pełnym galopie przypominało tor przeszkód. Poważnym zagrożeniem były nisko zwisające gałęzie oraz wystające korzenie. Jedno potknięcie konia wystarczyłoby, aby wyrzucić jeźdźca z siodła.

Nie próbowała okiełznać zwierzęcia, które miało przecież swój rozum. Alina wyczuła, że klacz pędzi nie dlatego, że się spłoszyła, tylko dlatego że tak jej się podoba, i nikt lub nic jej nie powstrzyma – a już na pewno nie ona. Jedynym wyjściem było trzymać się mocno i poczekać, aż koń się zmęczy. Pomysł okazał się nie najgorszy, dopóki nie natrafiły na zwalone drzewo, leżące w poprzek ścieżki.

Niepewna, co znajdą po drugiej stronie, Alina ściągnęła wodze. Niestety, popełniła błąd, bo klacz wprawdzie zwolniła, nie na tyle jednak, by zrezygnować ze skoku. Pokonała przeszkodę niepewnie, z mniejszym impetem, i zaryła się w miękkim błocie, a Alina wylądowała w płytkim strumieniu. Był to żałosny koniec eleganckiej przejażdżki.

Klacz tymczasem otrząsnęła się, przekroczyła strumień i zatrzymała się na drugim brzegu, rżąc radośnie, jakby to był najlepszy dowcip. Alina walnęła pięścią w wodę.

– Nie śmiej się ze mnie, ty głupia kobyło! – krzyknęła ze złością. Czuła, że jadąc tym tempem, nie dotrze do Seymoura przed Channingiem. Poza tym miała przemoczony kostium. – Wszystko popsułaś! – beształa konia. – Teraz już nie pojadę na piknik. Muszę wrócić do domu, żeby się przebrać. Co ty najlepszego zrobiłaś! – Znów pacnęła w wodę na podkreślenie swoich słów.

– Ejże, przestań się znęcać nad tym biednym strumykiem! – rozległ się męski głos. Alina zamarła, a zaraz potem Channing wyłonił się zza powalonego drzewa, prowadząc swego konia na wodzy.

W pierwszym odruchu chciała wstać i wyjść na brzeg – ale po co? Już i tak trudno o większe upokorzenie. Dlaczego to akurat Channing Deveril musiał natknąć się na nią w tej żałosnej sytuacji?

– Bardzo ucierpiałaś? – zapytał Channing, przywiązując oba konie do krzaka.

– Ja nie, ale moja duma tak. – Spróbowała się podnieść, lecz przemoczone spódnice krępowały jej ruchy i ze wstydem stwierdziła, że sobie nie poradzi.

– Poczekaj, pomogę ci, bo się znów przewrócisz. – Wyciągnął rękę, grzęznąc butami w błocie.

Ujęła jego dłoń, opierając się pokusie, by go wciągnąć do wody. Skoro jednak poświęcił dla niej swoje piękne buty, postanowiła nie być małostkowa.

– Skąd wiedziałeś, że tu jestem?

– Jechałem daleko za wami, ale zobaczyłem, jak skręcasz do lasu, i chciałem się upewnić, czy wszystko w porządku. – Oparł się o drzewo, a ona usiadła na pniaku i zaczęła wykręcać spódnice. Widząc to, Channing zaproponował jej swoją pelerynę.

Z początku nie chciała jej wziąć, ale dobrze było się rozgrzać po kąpieli w lodowatym strumieniu. Poza tym peleryna przesycona była korzennym zapachem z nutką wanilii – oraz jego zapachem. Otulała ją jak jego ramiona, dając poczucie bezpieczeństwa – złudne, o czym wiedziała z doświadczenia. Channing to niebywale atrakcyjny mężczyzna, ale, niestety, nie był jej pisany. Synowie hrabiów nie żenią się przecież z kobietami, których wdowieństwo spowija aura podejrzeń. Poza tym nie zamierzała po raz drugi zdecydować się na ślub.

– Co ci strzeliło do głowy, żeby się zapuszczać na nieznane szlaki, i co gorsza, na nieznanym koniu? – odezwał się Channing, tym razem z powagą, głaszcząc chrapy jej klaczy.

– To nie moja wina – prychnęła. – Tylko jej – dodała, wskazując głową na klacz, która potulnie przyjmowała jego pieszczoty. – Jechało nam się świetnie, dopóki nie usłyszała jastrzębia. Wtedy popędziła jak szalona. – Strzepnęła fałdy. Udało jej się wycisnąć większość wody, ale spódnica była strasznie pomięta i utytłana w błocie. – Muszę wrócić do domu – stwierdziła z żalem.

Channing wzruszył ramionami.

– Może… może znajdziemy jakieś inne wyjście. Przede wszystkim, powiedz mi, dlaczego pojechałaś tą drogą. Czy ma to coś wspólnego z Seymourem?

– Potrafisz czytać w myślach – przyznała mu, chcąc nie chcąc. – Owszem, chciałam się znaleźć w kręgu jego zainteresowania. – Pomyślała, że tyle może powiedzieć, bo i tak pewnie słyszał, co krzyczała do klaczy.

Channing oderwał się od drzewa i podszedł do niej.

– Cóż, to trąci kłamstwem. Przyznam, że nie do końca ci wierzę. Po co miałabyś to robić? Przecież twój wieczorny flirt przy stole w zupełności wystarczył, żeby Seymour cię zauważył. Nie mówiłem ci tego na tarasie? Poza tym zamierzam się z nim zaprzyjaźnić na pikniku – na twoje życzenie, śmiem dodać. Do wieczora zostaniecie sobie przedstawieni, zgodnie z twoim planem, więc nie ma powodu niczego przyspieszać.

Po tych słowach zaczął się przed nią przechadzać tam i z powrotem, a ona mogła w całej okazałości podziwiać jego długie nogi i jędrne pośladki w obcisłych bryczesach, będących najbardziej przez nią ulubionym elementem męskiego stroju. Zaczęła nawet żałować, że mimo wszystko nie wciągnęła go do wody. Gdyby przemoczył spodnie, miałaby widok jeszcze bardziej spektakularny.

– O co chodzi? – Channing przerwał wnikliwą analizę jej motywów, zdecydowanie zbyt trafną, jak na jej gust.

Pokonała dzielący ich dystans i zarzuciwszy mu ręce na szyję, powiedziała cichym, zmysłowym głosem:

– Pomyślałam sobie, że upłynęło sporo czasu, odkąd widziałam cię nago.

– Owszem – przytaknął.

Poczuła, jak gryzie ją delikatnie w szyję, i przebiegł ją rozkoszny dreszcz. Zwarli się w długim, zachłannym pocałunku, a gdy w końcu zabrakło im tchu, przywarła udami do jego ud.

– Mylisz się, twierdząc, że rozmiar nie ma znaczenia – wyszeptała.

Mruknął coś z ustami wtulonymi w jej szyję, ale kiedy jej dłoń zaczęła sunąć po jego bryczesach, z wiadomym zamiarem, cofnął się nagle.

– Nie jestem taki łatwy, hrabino. Jeżeli odniosłaś takie wrażenie, przepraszam.

– Czyżby? Poczułam coś innego – rzuciła, maskując gniewem rozczarowanie. Przez chwilę było tak miło, dopóki Channing wszystkiego nie popsuł, włącznie z jej planem, by go zdekoncentrować.

– Może powinienem wyrazić się jaśniej. Mówiąc, że nie jestem „łatwy”, miałem na myśli to, że nie tak łatwo odciągnąć moją uwagę od sedna sprawy. – Channing znów oparł się o drzewo z założonymi rękami. Na jego ustach, stworzonych do pocałunku, igrał lekki uśmieszek.

– Czy dziewczyna nie może zadowolić mężczyzny w lesie? – rzuciła Alina bez ogródek. Wyraziłaby się może oględniej, gdyby uważała, że odniesie to skutek.

Channing roześmiał się.

– Nigdy się nie zmienisz. Naprawdę myślisz, że nie rozumiem, o co ci chodzi?

– Tego nie wiem. Powiedz mi, co takiego robię, twoim zdaniem, a ja ci powiem, czy masz rację.

– Mam lepszy pomysł. Przejdę od razu do rzeczy. – Wbił w nią wzrok. Intensywne spojrzenie jego błękitnych oczu ożywiłoby nieboszczyka. Alina potrafiła jednak przeciwstawić się każdemu, nawet przystojnym Anglikom, przekonanym, że działają w jej najlepszym interesie.