Wydawca: Videograf Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2009

Saga Rodu Forsyte’ów. Koniec rozdziału 3. Za rzeką ebook

John Galsworthy

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 434 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Saga Rodu Forsyte’ów. Koniec rozdziału 3. Za rzeką - John Galsworthy

Kontynuacja "Sagi rodu Forsyte’ów", pasjonującego cyklu powieściowego, który przyniósł Johnowi Galsworthy’emu literacką Nagrodę Nobla. Wielka epicka opowieść o angielskich wyższych sferach przełomu XIX i XX wieku. "Koniec rozdziału" to ostatnia trylogia powieściowa poświęcona rodzinie Forsyte’ów. Składają się na nią: "Dziewczyna czeka" (1930), "Kwiat na pustyni" (1932) i "Za rzeką" (1933). Zamyka ona wielki cykl poświęcony kilku pokoleniom zamożnej mieszczańskiej rodziny. Pierwszy tom trylogii przedstawia losy skoligaconej z Forsyte’ami Dinny Cherwell i jej rodzeństwa – siostry Diany i brata Hubrta. Mąż Diany od lat przebywa w zakładzie dla umysłowo chorych. Kiedy pewnego dnia niespodziewanie pojawia się w domu, rodzina i przyjaciele, mając w pamięci jego brutalną naturę, wpadają w popłoch. Siostry usiłują wydobyć z więzienia swego brata Huberta, oskarżonego o zabicie Metysa. Ten obyczajowy skandal wprowadza w życie londyńskiej śmietanki atmosferę sesacji i przygody.

Opinie o ebooku Saga Rodu Forsyte’ów. Koniec rozdziału 3. Za rzeką - John Galsworthy

Fragment ebooka Saga Rodu Forsyte’ów. Koniec rozdziału 3. Za rzeką - John Galsworthy

Tytuł oryginału

End of the Chapter

*

Over the River

Projekt okładki

Marek J. Piwko

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Laura Ryndak

Wydanie IX, Chorzów 2014

Edycja I

Niniejsze wydanie oparte jest na edycji Państwowego Instytutu Wydawniczego z 1962 r.

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

©Copyright byWydawnictwaVideograf SA, Chorzów 2014

ISBN 978-83-7835-258-7

I

Klara, która przed siedemnastu miesiącami poślubiła sir Geralda Corvena, urzędnika w państwowej służbie kolonialnej, stała na pokładzie statku przybywającego ze Wschodu; ów statek wchodził właśnie do doków na Tamizie. Mimo ciepłego październikowego dnia i godziny dziesiątej rano Klara włożyła gruby wełniany płaszcz, gdyż podczas całej podróży panował upał. Cerę miała bladą, nawet trochę żółtawą, ale jasnobrązowe oczy patrzyły chciwie na ląd, a z lekka podkarminowane usta były rozwarte, tak że jej twarz zachowała zwykły wyraz żywości. Stała sama, gdy nagle posłyszała głos:

— A! jesteś tutaj! — Zza łodzi wysunął się młody człowiek i stanął obok Klary.

— Nieprawdopodobnie piękny dzień! — odezwała się nie odwracając głowy. — Na wsi powinno być ślicznie.

— Myślałem, że przynajmniej ten jeden wieczór zostaniesz w Londynie. Moglibyśmy zjeść razem obiad i pójść do teatru. Czy nie dałoby się tego zrobić?

— Zastanów się, chłopcze! Wyjdą przecież na moje spotkanie.

— Jakie to okropne, że wszystko się kończy!

— Czasem jest gorzej, kiedy coś się zaczyna.

Popatrzył na nią przeciągle i raptem rzekł:

— Klaro, chyba zdajesz sobie sprawę, że cię kocham.

Skinęła głową:

— Owszem.

— Ale ty mnie nie kochasz?

— Nie jestem do ciebie uprzedzona.

— Pragnąłbym, żebyś choć na chwilę mnie pokochała.

— Jestem szanującą się mężatką, mój Tony.

— Która wraca do Anglii, ponieważ…

— Ponieważ nie służy jej klimat Cejlonu.

Młody człowiek kopnął barierę.

— I to właśnie teraz, kiedy wszystko rozwijało się tak cudownie. Nic nie mówiłem, ale wiem, że twój… że Corven…

Klara podniosła brwi i Tony zamilkł, po czym oboje wpatrzyli się w coraz wyraźniejsze wybrzeże.

Dwoje młodych ludzi, którzy spędzili na statku blisko trzy tygodnie, nie zna się ani w połowie tak dobrze, jak im się zdaje. W tym pozbawionym treści życiu, w którym wszystko nieruchomieje prócz maszyn, wody sunącej wzdłuż boków okrętu i słońca zakreślającego łuk na niebie, codzienne spoufalenie, spowodowane bliskością sąsiadujących leżaków, nabiera dziwnego znaczenia i jakby sennego ciepła. Młodzi wiedzą, że się o nich mówi, ale nic sobie z tego nie robią. Nie mogą przecież opuścić statku i nie mają nic innego do roboty. Tańczą, i najlżejsze kołysanie się okrętu sprzyja zbliżeniu ich ciał. Po upływie mniej więcej dziesięciu dni układają sobie wspólne życie, przebywają ze sobą częściej niż małżonkowie, z tą tylko różnicą, że noce spędzają jeszcze osobno. A potem, zupełnie nagle, statek zatrzymuje się, przychodzi kres ich wspólnego życia i uświadamiają sobie — jeśli nie oboje, to przynajmniej jedno z nich — że zbyt długo odkładali podsumowanie swych uczuć; teraz jest już za późno. Ogarnia ich nagłe, niespokojne podniecenie, dość jednak przyjemne, gdyż skończyło się leniwe, monotonne życie na statku, i jak zwierzęta lądowe, które przebywały na morzu, starają się odzyskać równowagę.

Klara przerwała milczenie:

— Nie powiedziałeś mi nigdy, dlaczego cię nazywają Tony, kiedy ci na imię Jakub.

— Właśnie dlatego. Bądź poważna, Klaro! Niewiele mamy czasu, ten przeklęty statek zaraz zawinie do doków. Nie mogę po prostu znieść myśli, że nie będę cię widywał co dzień.

Klara spojrzała na niego przelotnie i znowu zwróciła wzrok ku wybrzeżu. „Jaki on czysty” — pomyślała. Młody człowiek istotnie miał czystą, owalną, brązową twarz, na której malował się wyraz zdecydowania nie pozbawiony jednak wesołości; myśląc o czymś mrużył ciemnoszare oczy; włosy miał ciemne, postać szczupłą i ruchliwą.

Ujął w rękę guzik od jej płaszcza:

— Nie powiedziałaś mi ani słowa o sobie, ale wiem, że nie jesteś szczęśliwa.

— Nie lubię ludzi, którzy mówią o swym prywatnym życiu.

— Posłuchaj — wcisnął jej bilet do ręki. — W tym klubie zawsze wiedzą, gdzie mnie można znaleźć.

Przeczytała:

Jakub Bernard Croom

„CoffeeHouse” klub

St. James’s Street

— Klub „CoffeeHouse” wyszedł chyba z mody.

— Może być, ale zawsze to „klasa”. Ojciec zapisał mnie na członka zaraz po moim urodzeniu.

— Mąż mojej ciotki należy do tego klubu, nazywa się sir LawrenceMont; jest wysoki, giętki i szczupły; poznasz go po monoklu w szylkretowej oprawie.

— Będę się za nim rozglądał.

— Co masz zamiar robić w Anglii?

— Polować na posadę. Podobno jest to zadanie nad ludzkie siły.

— Jakiej posady szukasz?

— Wszystko mi jedno; nie chciałbym tylko być nauczycielem albo zajmować się komisową sprzedażą.

— Czy można teraz dostać inne zajęcie?

— Chyba nie. Smutna to perspektywa. Pragnąłbym zarządzać jakimś majątkiem albo mieć do czynienia z końmi.

— Majątki i konie są na wymarciu.

— Znam dość dobrze paru właścicieli stajen wyścigowych. Ale skończy się pewnie na tym, że zostanę szoferem. Gdzie zamieszkasz?

— U moich rodziców; w każdym razie z początku. Gdybyś po upływie tygodnia miał jeszcze ochotę mnie widzieć, znajdziesz mnie w CondafordGrange, hrabstwo Oxford.

— Dlaczego ja musiałem ciebie spotkać! — wykrzyknął młody człowiek i zasępił się nagle.

— Dziękuję!

— O! wiesz dobrze, o co mi chodzi. Mój Boże! już rzucają kotwicę! Otóż i motorówka. Klaro!

— Mój panie?

— Czy to wszystko nic dla ciebie nie znaczyło?

Klara popatrzyła na niego badawczo, a potem rzekła:

— Znaczyło. Ale nie wiem, czy będzie znaczyć coś więcej. Jeśli nie, to dziękuję ci, że dopomogłeś mi przetrwać ciężkie trzy tygodnie.

Młody człowiek milczał; tak milczą ci, których uczucia gwałtownie domagają się ujścia.

Początek i koniec wszystkich ludzkich poczynań odznacza się zwykle bezładem, czy chodzi obudowę domu, napisanie powieści, czy też o rozbiórkę mostu, ale nade wszystko bezładne jest zakończenie podróży. Klara wysiadła z motorówki wśród zwykłego zgiełku i tłoku i mając wciąż przy boku młodego Crooma, znalazła się w objęciach siostry.

— Dinny, jakaś ty dobra! Nie odstraszył cię ten rozgardiasz. Moja siostra Dinny Cherrell, TonyCroom. Teraz już mi się nic nie stanie, Tony. Idź zająć się własnymi sprawami.

— Mam samochódFleur — powiedziałaDinny. — Gdzie twoje kufry?

— Wysłałam je wprost do Condaford.

— W takim razie możemy jechać.

Młody człowiek odprowadził siostry do samochodu i pożegnał je z wesołą miną, która nikogo nie zwiodła. Samochód wyśliznął się z doku.

Klara i Dinny przyglądały się sobie serdecznym i badawczym wzrokiem, a splecione ich ręce spoczywały na pledzie.

— Ach, najmilsza — rzekła wreszcie Dinny — jaka to rozkosz widzieć cię znowu! Czy to będzie pomyłka z mojej strony, jeśli odczytam między wierszami?

— Nie. Nie wrócę już do niego, Dinny.

— Nigdy?

— Nigdy!

— O Boże! Moje biedactwo!

— Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale to się stało nie do zniesienia. — Klara zamilkła, a potem dodała nagle, odrzucając w tył głowę:

— Absolutnie nie do zniesienia!

— Czy wyjechałaś z jego zgodą?

Klara potrząsnęła przecząco głową.

— Uciekłam. Jego nie było. Zadepeszowałam i napisałam z Suezu.

Znowu zapanowało milczenie. Dinny uścisnęła rękę Klary i powiedziała:

— Zawsze się tego obawiałam.

— A najgorsze, że nie mam ani pensa. Czy myślisz, że mogłabym zdobyć trochę pieniędzy robiąc kapelusze?

— „Czysto brytyjskie” kapelusze, bo ja wiem.

— A może założyć hodowlę bulterierów. Jak uważasz?

— Na razie nic nie uważam. Trzeba się będzie rozpytać.

— Co słychać w Condaford?

— Trzymamy się. Jean pojechała do Huberta, ale dziecko zostało, skończyło właśnie rok. Cuthbert Conway Cherrell. Prawdopodobnie będziemy go nazywali „Cuffs”. Rozkoszny bobas.

— Dzięki Bogu, że ja uniknęłam takiej komplikacji! Niektóre rzeczy mają swoje dobre strony. — Twarz, Klary nabrała ostrości wizerunku na monecie.

— Czy otrzymałaś od niego jakąś wiadomość?

— Nie, ale na pewno odezwie się, kiedy sobie uświadomi, że się nie cofnę.

— Czy chodzi o jakąś kobietę?

Klara wzruszyła ramionami.

Ręka Dinny spoczęła znowu na jej ręce.

— Nie mam ochoty wytaczać swoich żalów, Dinny.

— Czy przypuszczasz, że z tego powodu przyjedzie do kraju?

— Nie wiem. Jeśli przyjedzie, nie chcę go widzieć.

— Kochanie, cóż to za okropna rzecz żyć w takim zawieszeniu.

— Ach, nie zawracajmy sobie tym głowy. A co się z tobą działo? — obrzuciła siostrę krytycznym wzrokiem. — Wyglądasz jeszcze bardziej po botticellowsku.

— Zrobiłam się sknerą, a poza tym hoduję pszczoły.

— Czy to się opłaca?

— Jeszcze nie. Ale na tonie miodu można zarobić około siedemdziesięciu funtów.

— Ile miodu mieliście w tym roku?

— Około dwu cetnarów.

— Czy są jeszcze konie w Condaford?

— Jak dotąd udało się nam uratować konie. Obmyśliłam plan założenia piekarni w Condaford. Koszta produkcji pszenicy dwukrotnie przekraczają cenę sprzedaży. Mam zamiar mleć ziarno na miejscu, wypiekać chleb i dostarczać pieczywo na całą okolicę. Za kilka funtów można by uruchomić stary młyn, a budynek na piekarnię mamy. Trzeba by w to włożyć ze trzysta funtów. Już prawie zdecydowaliśmy się wyciąć tyle lasu, ile na to potrzeba.

— Miejscowi kupcy będą się wściekali.

— Na pewno.

— Czy to się naprawdę opłaci?

— Możemy uprawiać pod pszenicę trzydzieści akrów, licząc na zebranie tony pszenicy z akra — vide „Whitaker” — dodamy do tego drugie tyle kanadyjskiej pszenicy, aby otrzymać dobre i lekkie pieczywo, i to nam da powyżej ośmiuset pięćdziesięciu funtów dochodu minus, powiedzmy, pięćset funtów na koszta przemiału i wypieku. Musielibyśmy wypiec dziennie sto sześćdziesiąt dwufuntowych bochenków i sprzedać rocznie pięćdziesiąt sześć tysięcy bochenków. Musielibyśmy zapewnić sobie dostawę chleba do osiemdziesięciu domów, ale mniej więcej tyle domów jest we wsi. Pieklibyśmy najlepszy i najbielszy chleb.

— Trzysta pięćdziesiąt funtów rocznego dochodu — rzekła Klara. — Jakoś nie wydaje mi się to prawdopodobne.

— Ani mnie — zgodziła się Dinny. — Nie opieram się na doświadczeniu, bo go nie mam, ale podejrzewam, że każde obliczenie dotyczące dochodów należy zmniejszyć o połowę. Lecz nawet połowa przechyliłaby szalę na naszą stronę, a moglibyśmy stopniowo rozszerzyć przedsiębiorstwo. Z czasem zaoralibyśmy sporo łąk.

— Dobry pomysł — powiedziała Klara. —Tylko czy go wieś poprze?

— Zdaje mi się, że tak, przynajmniej tak mówią.

— Trzeba by kogoś wziąć do prowadzenia przedsiębiorstwa.

— Hm, tak. Musiałby to być ktoś, kto by się nie uląkł żadnej pracy. Miałby oczywiście widoki na przyszłość, o ile piekarnia by się rozwinęła.

— Kto wie — rzekła Klara marszcząc brwi.

— Kim jest ten młody człowiek? — spytała nagle Dinny.

— TonyCroom? Ach, pracował na plantacji herbaty, ale ją zamknęli. — Spojrzała prosto w twarz siostry.

— Miły?

— Owszem, daje się lubić. Nawiasem mówiąc, szuka posady.

— Dzieli ten los z trzema milionami innych ludzi.

— Nie wyłączając mnie.

— Powróciłaś do niezbyt wesołej Anglii, kochanie.

— Zdaje mi się, że gdy byłam na Morzu Czerwonym zrezygnowaliśmy z parytetu złota czy coś w tym rodzaju. Ale co to jest właściwie ten parytet złota?

— To coś, co chciałoby się mieć, gdy się tego nie ma, a pragnie się z tego zrezygnować, gdy się to ma.

— Już rozumiem.

— Cała bieda tkwi podobno w tym, że nasz eksport, zyski handlowe i procenty od kapitałów umieszczonych za granicą nie pokrywają kosztów naszego importu, żyjemy więc nad stan. Michał utrzymuje, że łatwo to było przewidzieć, ale my mówiliśmy: jakoś to będzie! Tymczasem jest źle. Wynika stąd potrzeba rządu narodowego i wyborów.

— Ale czy oni będą mogli coś zaradzić, o ile pozostaną przy władzy?

— Michał twierdzi, że tak, lecz on jest znanym optymistą. Wuj Lawrence powiada, iż mogą powstrzymać panikę, zahamować odpływ pieniędzy z kraju, utrzymać kurs funta i położyć koniec paskarstwu, ale że na to potrzeba szeroko pomyślanej i gruntownej reformy zakrojonej najmniej na dwadzieścia lat, a przez ten czas wszyscy jeszcze bardziej zbiedniejemy. Niestety żaden rząd, podług wuja, nie może wpłynąć na to, abyśmy woleli pracować i zbierać pieniądze na opłacenie tych okropnych podatków niż bawić się, a także, abyśmy przekładali przyszłość nad teraźniejszość. Mówi też, że mocno mylimy się przypuszczając, iż ludzie będą tak samo pracowali dla uratowania kraju, jak pracowali podczas wojny; nie jesteśmy już jednym narodem walczącym przeciwko zewnętrznemu nieprzyjacielowi, jesteśmy dwoma narodami walczącymi z wrogiem wewnętrznym, a te dwa narody mają wprost przeciwne zapatrywania na to, skąd powinien przyjść ratunek.

— Czy wuj przypuszcza, że socjaliści mają na to jakieś lekarstwo?

— Nie, wuj utrzymuje, że socjaliści zapominają, iż nikt nie da im żywności, jeśli nie potrafią jej wyprodukować ani za nią zapłacić. Według wuja komunizm czy socjalizm dopuszczający wolny handel mają szanse rozwoju jedynie w kraju, który może sam siebie wyżywić. Widzisz, jak to wszystko wykułam! Wszyscy używają też często słowa nemezis.

— No, no! Dokąd my jedziemy, Dinny?

— Myślałam, że będzie ci przyjemnie zjeść drugie śniadanie u Fleur. Do Condaford możemy pojechać o trzeciej pięćdziesiąt.

Zapadło milczenie; każda z sióstr myślała z troską o drugiej, ażadna nie była szczęśliwa. Klara odczuwała u starszej siostry subtelną zmianę, rzekłbyś, pękła w niej jakaś sprężyna i została tylko pobieżnie naprawiona. Dinny zaś myślała:

„Biedne dziecko! Teraz już obie dostałyśmy cięgi. Co ona zrobi? W czym mogłabym jej pomóc?”.

II

Coza znakomite śniadanie! — rzekła Klara wyjadając cukier z dna filiżanki od czarnej kawy. — Pierwszy posiłek na lądzie jest rozkoszny! Gdy się wsiądzie na statek i przeczyta menu, człowiek myśli: „Miły Boże! jakie cudowne potrawy!” A przy końcu podróży każdy posiłek składa się z zimnej szynki. Rozczarowanie przychodzi stopniowo; znasz to uczucie?

— Czy je znam! — odparłaFleur. — Ale dawali dobre potrawy z curry.

— Nie smakowały mi w drodze powrotnej. Dość mam curry na całe życie. Jak tam idzie narada przy okrągłym stole?

— Pomaleńku. Czy Cejlon interesuje się Indiami?

— Nie bardzo. A czy Michał interesuje się Indiami?

— Oboje się interesujemy.

Brwi Klary podniosły się z uroczą szybkością:

— Przecież nie możesz mieć o tym żadnego pojęcia.

— Byłam w Indiach, poza tym przez pewien czas widywałam wielu hinduskich studentów.

— Otóż to, studentów! W tym cała bieda: studenci bardzo poszli naprzód, a lud jest ogromnie zacofany.

— Jeśli Klara ma zobaczyć Kita i Kasię przed naszym wyjazdem, musimy iść na górę, Fleur.

Po wizycie w dziecinnych pokojach siostry wsiadły do samochodu.

— Fleur zawsze robi na mnie wrażenie — odezwała się Klara — że dokładnie wie, czego chce.

— I zwykle otrzymuje to, czego chce. Ale zdarzały się i wyjątki. Wątpię, czy naprawdę pragnęła zdobyć Michała.

— Myślisz o jakimś niepowodzeniu miłosnym?

Dinny skinęła głową. Klara wyjrzała przez okno:

— Ona nie jest wyjątkiem.

Dinny milczała.

Gdy wsiadły do pustego przedziału trzeciej klasy, Dinny rzekła:

— W pociągach jest teraz zawsze dużo miejsca.

— Boję się trochę spotkania z mamą i tatusiem po takiej straszliwej pomyłce. Muszę sobie doprawdy znaleźć jakieś zajęcie.

— Tak, dłuższy pobyt w Condaford nie będzie dla ciebie przyjemny.

— Nie o to mi chodzi. Chcę tylko dowieść, że nie jestem kompletną idiotką. Ciekawa jestem, czy potrafiłabym zarządzać hotelem. Angielskie hotele są wciąż jeszcze dość staroświeckie.

— Dobra myśl, to męcząca praca, a przy tym widywałabyś masę ludzi.

— Czy to ma być ironia?

— Nie, kochanie, po prostu zdrowy rozsądek. Nigdy nie lubiłaś zagrzebywać się w samotności.

— Co zrobić, żeby znaleźć coś w tym rodzaju?

— Od tego masz mnie. Teraz jest chwila najbardziej odpowiednia; nikt nie będzie mógł pozwolić sobie na zagraniczne podróże. Tylko, zdaje się, że do zarządzania hotelem potrzeba pewnych technicznych wiadomości, których musiałabyś się nauczyć, ale twój tytuł mógłby się przydać.

— Nie używałabym jego nazwiska, nazywałabym się po prostu panią Klarą.

— Ach tak! Czy naprawdę nie chcesz mi nic więcej powiedzieć o swoich sprawach?

Klara milczała przez chwilę, a potem odezwała się nagle:

— On jest sadystą.

Dinny spojrzała na twarz siostry, którą oblał rumieniec, i zauważyła:

— Nie rozumiem nigdy dokładnie, co to znaczy.

— Poszukiwanie wrażeń i potęgowanie ich przez sprawianie bólu osobie, która tych wrażeń dostarcza. Żona jest bardzo wygodna w tym wypadku.

— Moje biedactwo!

— Dużo już zniosłam przedtem; moja szpicruta dopełniła tylko miary.

— Nie chcesz przecież powiedzieć!… — wykrzyknęła Dinny z przerażeniem.

— Owszem!

Dinny zbliżyła się do siostry i objęła ją.

— Klaro, musisz się od niego uwolnić!

— Jakim sposobem? On zaprzeczy. A poza tym, któż chciałby wyciągać bestialstwo na widok publiczny? Jesteś jedyną osobą, z którą mogę o tym mówić.

Dinny wstała i opuściła okno. Twarz jej pokrył rumieniec równie gorący jak rumieniec na twarzy Klary. Posłyszała martwy głos siostry:

— Skorzystałam z pierwszej sposobności, aby wyjechać. To wszystko nie nadaje się do druku. Widzisz, zwykła namiętność nuży po pewnym czasie, a na Cejlonie klimat jest gorący.

— O Boże! — rzekła Dinny siadając znów naprzeciwko Klary.

— Moja wina. Zawsze wiedziałam, że wstępuję na cienki lód, i wpadłam do wody, to wszystko.

— Ale, kochanie, nie możesz przecież być mężatką bez męża w dwudziestym czwartym roku życia.

— Nie widzę dlaczego; mariage manqué1 doskonale wpływa na uspokojenie krwi. Martwię się tylko, czy dostanę jakąś posadę. Nie chcę być ciężarem dla tatusia. Czy tatuś jakoś sobie radzi, Dinny?

— Niezupełnie. Już prawie wydostawaliśmy się na brzeg, ale te ostatnie podatki pogrążą nas znowu. Cała rzecz w tym, jak istnieć dalej bez zmniejszenia służby. Każdemu teraz ciężko. Zawsze mam uczucie, że wieś i my to jedno. Musimy razem płynąć lub razem utonąć, ale jakoś się utrzymamy na powierzchni; stąd powstał mój projekt piekarni.

— Jeśli nie znajdę nic innego, mogłabym może zająć się dostawą. Przypuszczam, że mamy jeszcze stary samochód.

— Kochanie, mogłabyś pomagać, w czym. tylko zechcesz. Ale piekarnię trzeba puścić w ruch, a to się nie da zrobić przed Bożym Narodzeniem. W międzyczasie odbędą się wybory.

— Kto jest naszym kandydatem?

— Dornford, nowy człowiek, zupełnie przyzwoity.

— Czy będzie potrzebował agitatorów?

— Jeszcze i jak!

— Doskonale! To dla mnie robota na początek. Czy ten rząd narodowy jest coś wart?

— Mówią o „dokończeniu rozpoczętej pracy”, ale nie mówią, jak się do tego zabiorą.

— Przypuszczam, że pokłócą się między sobą, z chwilą kiedy staną przed konstruktywnym planem. Nie rozumiem tego wszystkiego. Ale mogę jeździć po okolicy i mówić: „Głosujcie na Dornforda!” Jak się miewa ciocia Emilia?

— Przyjeżdża do nas jutro. Napisała niespodziewanie, że nie widziała jeszcze małego. Twierdzi, że jest w romantycznym usposobieniu i pragnie zamieszkać w pokoju księdza. Mam dopilnować, żeby „nikt się nie trudził zapinaniem jej sukni ztyłu”. Nic się nie zmieniła.

— Często o niej myślałam — powiedziała Klara. — Ciocia działa niezwykle kojąco.

Zapanowała długa cisza. Dinny myślała o Klarze, a Klara myślała o sobie. Sprzykrzyło się jej to po chwili i spojrzała na siedzącą naprzeciwko siostrę. Czy Dinny naprawdę już przebolała tę historię z Wilfrydem Desertem, o której Hubert pisał najpierw z taką troską, a potem z taką ulgą? Prosiła, aby nikt nigdy nie poruszał tej sprawy — tak pisał Hubert — ale od tego czasu upłynął już rok. Czy należało się odważyć i czy Dinny nie zwinie się w kłębek i nie nastawi kolców jak jeż? „Biedna Dinny! — myślała Klara. — Ja mam dwadzieścia cztery lata, więc ona ma dwadzieścia siedem”. Klara siedziała cicho i patrzyła na profil siostry. Był to profil uroczy, a jego wdzięk potęgował jeszcze nieco zadarty nosek, który nadawał twarzy lekko zawadiacki wyraz. Oczy Dinny były niezmiennie piękne — chabrowy kolor jest trwały — a brwi i rzęsy miała niezwykle ciemne w stosunku do kasztanowatych włosów. Jednakże twarz Dinny ściągnęła się, nie była już taka „apetyczna”, jak mawiał wuj Lawrence. „Gdybym była mężczyzną, zakochałabym się w niej — myślała Klara. — Jest dobra. Ale to smutna twarz, rozjaśnia się tylko, kiedy Dinny mówi”. Klara podpatrywała siostrę przez spuszczone rzęsy. Nie, nie może o nic pytać! Na twarzy, którą szpiegowała, gościł wyraz jakby z trudem zdobytego spokoju; nie należało go zakłócać.

— Czy chcesz zamieszkać w swoim dawnym pokoju, kochanie? — spytała Dinny. — Zdaje się, że gołębie bardzo się rozmnożyły, gruchają zawzięcie właśnie pod twoim oknem.

— Nic mi to nie szkodzi.

— A jak ze śniadaniem? Czy chcesz, żeby ci je przysyłać do pokoju?

— Moja droga, nie rób sobie ze mną żadnego kłopotu. Byłoby mi bardzo przykro, gdybym sprawiła wam kłopot. Co za cudowny dzień na mój powrót do Anglii! Trawa to doprawdy prześliczna rzecz, i wiązy, i spójrz na ten błękit.

— Jeszcze jedno, Klaro. Czy chcesz, abym powiedziała coś mamie i tatusiowi, czy wolisz, żeby nic nie mówić?

Klara zacisnęła usta:

— Będą musieli się dowiedzieć, że już nie wrócę do męża.

— Dobrze, ale trzeba podać jakiś powód.

— Więc może ogólnikowo: niezgodność charakterów.

Dinny skinęła głową.

— Nie chciałabym, aby myśleli, że to ty zawiniłaś. Obcym zaś podamy jako powód twoje zdrowie.

— A cioci Emilii?

— Biorę ją na siebie. Na razie całą jej uwagę pochłonie dziecko. Dojeżdżamy.

Widać już było wieś CondafordGrange i niewielką grupkę domów — przeważnie krytych strzechą — które tworzyły jądro tej rozproszonej parafii. Wyłoniły się folwarczne budynki, ale nie dwór zbudowany w kotlince, podług gustu przodków, i ukryły wśród drzew.

Klara rozpłaszczyła nos o szybę i rzekła:

— Wzrusza mnie widok domu rodzinnego. Czy jesteś zawsze jednakowo przywiązana do Condaford, Dinny?

— Może jeszcze bardziej.

— Zabawna rzecz! Ja kocham nasz dom, ale nie mogę w nim żyć.

— Bardzo angielska cecha, stąd powstała Ameryka i dominia. Bierz neseser, ja wezmę walizkę.

Jazda bocznymi drogami, gdzie stały wiązy nakrapiane złotymi cętkami pożółkłych liści, wydawała się krótka i kojąca przy zachodzącym słońcu. Zakończyła się, jak zwykle, skakaniem psów wybiegających z ciemnego hallu.

— To jakiś nowy pies — powiedziała Klara, gdy czarny spaniel zaczął obwąchiwać jej pończochy.

— Tak, nazywa sięFoch. Podpisali ze Scaramouchem pakt Kellogga, no i oczywiście nie zachowują go. Ja jestem czymś w rodzaju Mandżurii.

Dinny otworzyła szeroko drzwi do salonu:

— Otóż i Klara, mamo.

Podchodząc do matki, która stała uśmiechnięta, blada i wzruszona, Klara po raz pierwszy poczuła skurcz w gardle. Że też musiała wracać w takich okolicznościach i zakłócić im spokój.

— Kochana mamo — powiedziała — oto twoja parszywa owieczka! Nic się nie zmieniłaś, dzięki Bogu!

Lady Charwell wydostała się z serdecznego uścisku, spojrzała nieśmiało na córkę i powiedziała:

— Tatuś jest w gabinecie.

— Pójdę po niego — oznajmiła Dinny.

W gabinecie urządzonym po wojskowemu generał walczył z przyrządem, wymyślonym przez siebie dla oszczędzenia czasu przy wkładaniu butów i spodni do konnej jazdy.

— No i cóż? — spytał.

— Klara jest zdrowa, tatusiu, ale to zerwanie i mam wrażenie, że ostateczne.

— To źle! — powiedział generał marszcząc się.

Dinny ujęła wyłogi marynarki ojca.

— To nie jej wina. Ale lepiej nie zadawać pytań, tatusiu. Wyobraźmy sobie, że przyjechała po prostu nas odwiedzić, i starajmy się jak najbardziej uprzyjemnić jej pobyt.

— Cóż ten pan zrobił?

— Ach! taki już ma charakter. Wiedziałam, że w nim tkwi pewne okrucieństwo.

— Co to ma znaczyć „wiedziałam”, Dinny?

— Jego uśmiech… jego usta.

Generał wydał pomruk silnego niepokoju.

— Chodźmy! — powiedział. — Opowiesz mi o tym później.

Generał zachowywał się z wymuszoną swobodą w stosunku do Klary. Nie zadawał jej żadnych pytań, poza pytaniami dotyczącymi Morza Czerwonego i cejlońskiego krajobrazu. Generał znał Cejlon tylko z zapachu korzeni, dolatującego na wybrzeże, i z krótkiego spaceru po Cynamonowym Ogrodzie w Kolombo. Klara, wciąż jeszcze poruszona spotkaniem z matką, wdzięczna była ojcu za jego powściągliwość. Schroniła się wkrótce do swego pokoju, gdzie już rozpakowywano jej rzeczy.

Stanęła przy mansardowym oknie słuchając gruchania gołębi, gwałtownego machania i szumu ich skrzydeł, gdy się zrywały do lotu nad żywopłotem z cisów. Zachodzące słońce przeświecało przez gałęzie wiązu. Nie było wiatru, a nerwy Klary wchłaniały spokój płynący z tej nawiedzanej przez gołębie ciszy, której zapach różnił się tak bardzo od zapachu Cejlonu. Było to powietrze rodzime, rozkosznie zdrowe i świeże, z lekką domieszką dobrze znanego posmaku spalonych liści. Zobaczyła niebieski dym, snujący się z ogniska rozpalonego w sadzie przez ogrodników, i prawie natychmiast zapaliła papierosa. Cała Klara ujawniła się w tej prostej czynności. Nigdy nie umiała odpoczywać w zupełnym bezruchu; dążyła zawsze do pełniejszych wrażeń, które dla takich natur są zawsze niedostateczne. Gołąb, siedzący na rynnie stromego dachu krytego dachówką, patrzył na nią łagodnym, czarnym, małym okiem, muskając z lekka piórka. Był śnieżnobiały i pysznił się swym ciałkiem. Dumne było z siebie również morwowe drzewko okolone pierścieniem opadłych liści, które leżały odwrócone, zdobiąc trawę. Ostatnie promienie słońca igrały wśród pozostałego jeszcze na drzewie zielonożółtego listowia nadając mu czarodziejski wygląd. Siedemnaście miesięcy upłynęło od czasu, kiedy Klara stała przy tym samym oknie spoglądając w dół ponad morwowym drzewkiem na pola i rozwijającą się roślinność! Siedemnaście miesięcy pełnych obcego nieba i drzew, obcych zapachów, dźwięków i wód. To wszystko było nowe, podniecające, a nie dawało zadowolenia. Nigdzie spokoju! Nie było go z pewnością w białym domu o obszernej werandzie, który zajmowała w Kandy. Z początku cieszyło ją wszystko, potem zaczęła się zastanawiać, czy ją to cieszy, następnie zdała sobie sprawę, że jej nic nie cieszy, wreszcie ogarnęło ją obrzydzenie. Teraz wszystko minęło — wróciła do kraju! Klara strząsnęła popiół z papierosa i przeciągnęła się; gołąb odfrunął trzepocząc skrzydłami.

III

Dinny„wzięła na siebie” ciotkę Emilię. Nie było to łatwe zadanie. Zwykli ludzie zadają pytania, otrzymują odpowiedzi, i na tym koniec. Lecz u ladyMontsłowa nie następowały logicznie jedno po drugim.

Ciotka Emilia stała trzymając w ręku saszetkę z werbeny, podczas kiedy Dinny rozpakowywała jej rzeczy.

— Cóż to za rozkosz, Dinny! Klara ma żółtą cerę. Czy to czasem nie dziecko?

— Nie, droga ciociu.

— Szkoda! Wszyscy mieli niemowlęta, kiedy byliśmy na Cejlonie. Słonie niemowlęta to urocze stworzenia! W tym pokoju bawiliśmy się zawsze w katolickiego księdza, któremu z dachu spuszczają żywność w koszu. Twój ojciec siedział na dachu, a ja byłam księdzem, ale nigdy nie znalazłam w koszu nic dobrego do jedzenia. Ciotkę Wilmet umieszczaliśmy na drzewie. Miała krzyczeć „Kui!” w razie najścia protestantów.

— Okrzyk „Kui” wydaje mi się nieco przedwczesny, ciociu, przecież za czasów królowej Elżbiety Australia nie była jeszcze odkryta.

— Pewnie. Lawrence utrzymuje, że za tamtych czasów protestanci byli wcielonymi diabłami; zresztą katolicy i mahometanie także.

Dinny drgnęła i zasłoniła twarz gorsetem.

— Gdzie mam położyć bieliznę?

— Wszystko jedno, tylko muszę wiedzieć gdzie. Nie schylaj się tak ciągle! Wszyscy byli wówczas diabłami, znęcali się nad zwierzętami, Czy Klara przyjemnie spędziła czas na Cejlonie?

Dinny wyprostowała się trzymając stos bielizny:

— Nie bardzo.

— Dlaczego? Może wątroba?

— Niech ciocia nie zdradzi nikomu tego, co powiem, prócz wuja Lawrence’a i Michała. Oni się rozeszli.

LadyMont zagłębiła nos w woreczek z werbeną.

— O! — rzekła. — Widziałam to w twarzy jego matki. Dinny, czy ty wierzysz w powiedzenie: „Jaka matka taki syn”?

— Nie bardzo.

— Zawsze uważałam, że siedemnaście lat to za duża różnica wieku. Lawrence twierdzi, że ludzie mówią: „A! JerryCorven!”, a potem milkną. O co im poszło?

Dinny pochyliła się nad szufladą, układając rzeczy:

— Nie mogę wchodzić w szczegóły, ale zdaje się, że to straszny łajdak.

LadyMont wrzuciła woreczek z werbeną do szuflady, szepcąc:

— Biedna, kochana Klara!

— Niech ciocia pamięta: Klara wróciła do kraju przez wzgląd na swoje zdrowie, tak będziemy mówili.

LadyMont ukryła nos w wazonie pełnym kwiatów.

— Boswell-i-Johnson nazywają je „bożyczkami”. Nie pachną. Jakaż by to mogła być choroba? Może nerwy?

— Po prostu klimat jej nie służył.

— Tylu Anglików wraca wciąż do Indii.

— Wiem, to tylko tymczasem. Ta sprawa musi się jakoś rozstrzygnąć. Więc proszę nie mówić nikomu, nawet Fleur.

— Fleur będzie wiedziała, czy jej powiem, czy nie. Ona już taka jest. Może Klara ma jakiegoś admiratora?

— Ależ nie! — Dinny podniosła szary szlafrok i przypomniała sobie wyraz twarzy młodego człowieka przy pożegnaniu.

— Może na statku — szepnęła ciotka niepewnie. Dinny zmieniła temat.

— Czy wuj Lawrence bardzo się teraz zajmuje polityką?

— Tak. Straszne nudziarstwo! Wszystkie rzeczy są nudne, kiedy się o nich mówi. Czy wybór waszego kandydata na posła jest równie pewny jak wybór Michała?

— To nowy człowiek, ale zostanie wybrany.

— Żonaty?

— Nie.

LadyMont przechyliła lekko głowę na bok i spod na wpół przymkniętych oczu przyjrzała się bacznie siostrzenicy.

Dinny wyjęła z kufra ostatnią rzecz: był to flakon z lekarstwem.

— To nie jest wyrób angielski, ciociu.

— Na płuca. Delia wkłada mi to do kufra. Mam to lekarstwo od lat. Czy poznałaś gdzie w towarzystwie waszego kandydata?

— Owszem.

— Ile ma lat?

— Jakieś trzydzieści kilka.

— Czy się czymś zajmuje poza tym?

— Jest prawnikiem.

— Jak się nazywa?

— Dornford.

— Byli jacyś Dornfordowie za moich panieńskich czasów. Gdzie to mogło być? Aha! Algeciras! Jakiś pułkownik w Gibraltarze.

— To pewnie jego ojciec.

— W takim razie nie ma pieniędzy.

— Ma tylko tyle, ile zarobi jako adwokat.

— Oni nic nie zarabiają poniżej czterdziestki.

— On zarabia, zdaje mi się.

— Energiczny?

— Bardzo.

— Blondyn?

— Nie, ma raczej ciemne włosy. Zdobył w tym roku wielkie powodzenie jako adwokat. A teraz, kochana ciociu, czy zaraz zapalić na kominku, czy też dopiero jak ciocia będzie się przebierała?

— Później. Chcę zobaczyć małego.

— Doskonale. Wyjęli go już pewno z wózka; w tej chwili wrócili ze spaceru. Łazienka cioci jest na dole obok schodów. Będę na ciocię czekała w dziecinnym pokoju.

Był to ten sam dziecinny pokój o niskim suficie i gotyckich oknach, w którym i Dinny, i ciotka Emilia po raz pierwszy zetknęły się z łamigłówką zwaną życiem; a teraz synek Huberta uczył się stawiać tu pierwsze niepewne kroki. Nie można było jeszcze rozstrzygnąć, czy wda się w Cherrellów, czy też w Tasburghów, gdy dorośnie. Niania, ciotka i cioteczna babka tworzyły zachwyconą trójkę, a malec kolejno wpadał w ich wyciągnięte ramiona.

— Wcale nie gaworzy — rzekła Dinny.

— Owszem, panienko, z rana.

— Upadł! — wykrzyknęła lady Mont.

— Nie płacz, kochanie!

— On nigdy nie płacze, panienko.

— Odziedziczył to po Jean. Klara i ja płakałyśmy często aż do siedmiu lat.

— Ja płakałam do piętnastu lat — powiedziała ladyMont — i znów zaczęłam płakać w czterdziestym piątym roku życia. Czy niania płakała?

— Miałam zbyt wiele rodzeństwa, milady, nie było gdzie płakać.

— Niania miała śliczną matkę i pięć wzorowo grzecznych sióstr.

Świeże policzki niani pokryły się rumieńcem, pochyliła głowę i uśmiechnęła się zawstydzona jak mała dziewczynka.

— Ostrożnie, nianiu, żeby mu się nóżki nie skrzywiły! Dość tego spaceru.

Niania wzięła baraszkujące dziecko i umieściła je w łóżeczku, gdzie usiadło patrząc z powagą na Dinny.

— Mama przepada za nim. Uważa, że będzie z niego wykapany Hubert.

LadyMont wydała odgłos, który w przekonaniu dorosłych sprawia dzieciom przyjemność.

— Kiedy Jean wraca do kraju?

— Nie wcześniej, aż Hubert otrzyma długi urlop.

Wzrok lady Mont spoczął na siostrzenicy.

— Pastor mówi, że Alan musi jeszcze wytrwać rok na swym posterunku w Chinach.

Dinny, która zabawiała dziecko machając paciorkami nad jego główką, nie zwróciła uwagi na te słowa. Od owego letniego wieczoru, kiedy wróciła do domu po ucieczce Wilfryda, nie robiła nigdy ani nie pozwoliła robić aluzji do swoich uczuć. Nikt, nie wyłączając jej samej, nie wiedział, czy rana w jej sercu się zabliźniła. Dinny była jakby pozbawiona serca. Tak długo, tak usilnie opanowywała jego ból, że serce, rzekłbyś, cofnęło się gdzieś w głąb; zaledwie wyczuwała jego bicie.

— Na co ciocia ma teraz ochotę? Mały musi iść spać.

— Oprowadź mnie po ogrodzie.

Zeszły na taras.

— O! — wykrzyknęła Dinny z przerażeniem. — Glover otrząsnął wszystkie liście z morwy. Takie były śliczne! Drżały na drzewie, a opadając tworzyły jakby pierścień na trawie. Naprawdę, ogrodnicy nie mają żadnego poczucia piękna.

— Nie lubią grabić. Gdzie jest cedr, który zasadziłam mając pięć lat?

Cedr stał za węgłem starego muru. Był to młodzieniec blisko sześćdziesięcioletni, w pełni rozwoju, o płaskich gałęziach wyzłoconych słońcem.

— Dinny, chciałabym, żeby mnie pod nim pochowano. Tylko nikt się prawdopodobnie na to nie zgodzi. Przygniotą mnie czymś.

— Ja chcę, żeby mnie spalono i rozsiano mój popiół na wietrze. Niech ciocia spojrzy na tych oraczy w polu. Szalenie lubię, gdy konie poruszają się wolno na tle drzew zamykających widnokrąg.

— „Ryczący ród” — zacytowała zupełnie nieoczekiwanie ladyMont.

Słabe brzęczenie dochodziło ze wschodniej strony, od owczarni.

— Niech ciocia posłucha.

LadyMont wzięła Dinny pod ramię.

— Często sobie myślę, że chciałabym być kozą.

— Chyba nie w Anglii, gdzie kozy uwiązują do palika; biedactwa muszą się paść chodząc wciąż wkoło.

— Nie tu, ale w górach, z dzwonkiem na szyi. Zdaje mi się, że wolałabym być kozłem; nie doiliby mnie.

— Pokażę cioci świeżo założony klomb kwiatów do cięcia. Teraz nie ma tam, oczywiście, nic szczególnego, są tylko dalie, godecje, chryzantemy, astry i trochę floksów.

— Dinny — odezwała się ladyMont stojąc wśród dalii — chcę jeszcze pomówić o Klarze. Powiadają, że rozwody są teraz bardzo ułatwione.

— Pewnie dopóki się człowiek nie chce rozwodzić.

— Przecież wystarczy opuszczenie i tak dalej.

— Na to trzeba być opuszczoną przez męża.

— Mówiłaś, że on ją do tego doprowadził.

— Ale to niezupełnie to samo, kochana ciociu.

— Prawnicy są strasznie drobnostkowi, gdy chodzi o prawo. Pamiętasz sędziego z długim nosem, który miał zdecydować o ekstradycji Huberta?

— Okazał się w końcu bardzo ludzki.

— Jak to?

— Zapewnił ministra, że Hubert mówi prawdę.

— Straszna historia! — szepnęła lady Mont. — Ale przyjemnie o tym wspomnieć.

— Dobrze się skończyła — wtrąciła szybko Dinny.

LadyMont spojrzała na nią ze smutkiem.

Dinny wlepiła oczy w kwiaty i powiedziała nagle:

— I sprawa Klary musi się jakoś dobrze skończyć, ciociu.

IV

Obyczaj zwany agitacją przedwyborczą — bardziej jeszcze dziwaczny od swej nazwy — był w pełni przestrzegany w okolicy Condaford. Każdemu mieszkańcowi wsi zwrócono uwagę, że postąpiłby właściwie oddając głos na Dornforda i że równie właściwie uczyniłby głosując na Stringera. Panie w samochodach i panie bez samochodów zaklinały wyborców w miejscach publicznych, a w zaciszu domowym prześladowały ich nawoływania głośników. Dzienniki i ulotki przypominały im, że w ich rękach spoczywa ratunek kraju. Proszono ich, aby nie zwlekali z głosowaniem, nieledwie proszono, aby głosowali raz po raz. Wyborcy stanęli przed zdumiewającym dylematem, że niezależnie od tego, na kogo oddadzą głos, kraj w każdym razie będzie uratowany. Przemawiali do nich ludzie, którzy, jak się zdawało, wiedzieli wszystko prócz tego, jakim sposobem uratuje się kraj. Ani kandydaci na posłów, ani agitujące damy, ani tajemnicze, bezcielesne głosy, ani bardziej jeszcze bezcielesne druki nie robiły najmniejszych starań, aby to wyborcom wyjaśnić. Tak było zapewne lepiej, bo po pierwsze, nikt tego nie wiedział, a po drugie, po co wchodzić w szczegóły, kiedy wystarczą ogólniki? Po co zwracać czyjąś uwagę, że ogólniki składają się ze szczegółów lub też przypominać polityczny pewnik, że obietnica nigdy nie jest równoznaczna z jej wykonaniem? Znacznie lepiej dawać szerokie, luźne zapewnienia, wymyślać stronie przeciwnej i nazywać wyborców najzdrowszym, najrozsądniejszym zbiorowiskiem ludzi na świecie.

Dinny nie zajmowała się agitacją. Twierdziła, że jest pod tym względem „do niczego”, a może w głębi duszy dostrzegała, jak dalece ów obyczaj jest szczególny. Klara zbyt gorąco pragnęła jakiegoś zajęcia, aby się powstrzymać od agitacji, nawet jeśli widziała w tym pewną dozę śmieszności. Sposób, w jaki ludzie odnosili się do agitacji, ułatwiał jej ogromnie zadanie. Zawsze starano się ich przekonać i zawsze tak będzie. Stanowiło to dla ich uszu pewnego rodzaju niewinne urozmaicenie, jakby brzęk komarów, które nie kąsają. Przy samym głosowaniu kierowali się zupełnie innymi motywami: albo głosowali jak ich ojcowie, albo powodował nimi wzgląd na ich zajęcie, albo brali pod uwagę stanowisko swych gospodarzy, Kościoła czy związków zawodowych, albo pragnęli zmiany, choć niewiele się po niej spodziewali; niemała też liczba wyborców szła za głosem zdrowego rozsądku.

Klara obawiała się pytań i możliwie najkrócej załatwiała się z propagandą, przechodząc szybko na temat dzieci czy zdrowia obywateli. Kończyła zwykle pytaniem, o której godzinie wyborcy chcieliby pojechać do okręgu. Zapisywała godzinę w notesie i wychodziła niewiele mądrzejsza. Ponieważ należała do rodziny Charwellów — a więc nie była „obca” — traktowano ją jako coś, co się rozumie samo przez się, i choć nie wszyscy znali ją osobiście, jak znali Dinny, była zrośnięta z tradycją, bowiem nikt nie umiał sobie wyobrazić Condaford bez Charwellów.

W ostatnią sobotę przed wyborami, około godziny czwartej po południu, wracała z tej obowiązkowej rozrywki do Condaford, kiedy usłyszała swoje imię wymówione w doganiającym ją samochodzie i zobaczyła Tony’ego Crooma.

— Na Boga! Co ty tu robisz, Tony?

— Nie mogłem już dłużej wytrzymać nie widując ciebie!

— Ależ, drogi chłopcze, twój przyjazd tutaj wygląda bardzo kompromitująco.

— Wiem, ale cię widzę.

— Nie miałeś chyba zamiaru złożyć nam wizyty?

— Owszem, o ile by mi się nie udało zobaczyć ciebie w inny sposób. Wyglądasz prześlicznie, Klaro.

— Nawet jeśli to prawda, nie miałeś prawa psuć mi szyków w domu.

— Nie chcę tego za nic. Ale muszę cię od czasu do czasu widywać, inaczej dostanę bzika.

Twarz młodego Crooma miała wyraz takiej powagi, a głos był taki wzruszony, że Klara po raz pierwszy poczuła żywszy odruch w spowszedniałej okolicy serca.

— To niedobrze — powiedziała — bo ja przede wszystkim muszę stanąć na nogi i nie mogę sobie pozwolić na żadne komplikacje.

— Pozwól się choć raz pocałować. Odjadę szczęśliwy.

Klara, jeszcze silniej poruszona, nadstawiła policzek.

— Tylko prędko! — powiedziała.

Tony wpił się ustami w jej policzek, lecz gdy chciał dosięgnąć jej ust, cofnęła się.

— Nie. Musisz wracać, Tony. Jeśli chcesz mnie widywać, musimy się spotykać w Londynie. Ale co ci z tego przyjdzie? Unieszczęśliwisz tylko nas oboje.

— Dziękuję ci za to „nas”.

Brązowe oczy Klary uśmiechnęły się, kolor ich przypominał barwę kieliszka malagi podniesionego do światła.

— Czy znalazłeś jaką posadę?

— Nie ma żadnych posad.

— Po wyborach będzie łatwiej. Ja mam zamiar wejść w spółkę z modniarką,

— Ty?

— Muszę się czymś zająć. Moi rodzice są w równie ciężkich warunkach jak wszyscy. A teraz, Tony, obiecałeś, że odjedziesz.

— Przyrzeknij, że mnie zawiadomisz, jak tylko będziesz w Londynie.

Klara skinęła głową i wprawiła w ruch motor. Gdy samochód sunął powoli naprzód, odwróciła głowę i jeszcze raz się uśmiechnęła.

Tony stał z rękami przy głowie, póki samochód nie znikł za zakrętem.

Wprowadzając maszynę na podwórze Klara myślała: „Biedny chłopiec!”, lecz było jej przyjemnie.

Młoda i ładna kobieta, bez względu na swe położenie wobec prawa czy moralności, oddycha lżej wchłaniając kadzidło uwielbienia. Może wyznawać surowe zasady, ale wie, co się jej należy, i nie ma ochoty się marnować. Toteż Klara przez cały wieczór wyglądała ładniej i była weselsza niż zwykle. Lecz noc była księżycowa, a pełna niemal tarcza księżyca wisiała wysoko naprzeciw okna Klary spędzając sen z powiek. Klara wstała i rozsunęła firanki. Otulona futrem stanęła przy oknie. Musiał być mróz, a przyziemna mgła słała się po polach na kształt runa. Wyniosłe wiązy o poszarpanych zarysach zdawały się żeglować z wolna po białym oparze. Ta ziemia była Klarze równie obca, jakby spadła z tego oto księżyca. Dreszcz przeszedł młodą kobietę. Może to i piękne, ale zimne i niesamowite — zamarzła wspaniałość. Wspomniała noce na Morzu Czerwonym, kiedy leżała odkryta na łóżku i nawet księżyc zdawał się gorący. Na statku ludzie „gadali” o niej i o Tonym, to było widoczne, ale nic jej to nie obchodziło. I po co miała się przejmować? Przez cały ten czas ani razu jej nie pocałował. Nawet tego wieczora, kiedy zaszedł do jej kabiny, a ona pokazywała mu fotografie i rozmawiali. Miły chłopiec, wcale nie zarozumiały, prawdziwy dżentelmen! Nie było w tym jej winy, jeśli się w niej zakochał, nie kokietowała go. A co z tego wyniknie? Życie „podstawia nogę” każdemu, niezależnie od tego, jak się postępuje. Trzeba pozostawić rzeczy ich własnemu biegowi. Na nic się nie zdadzą wszelkie postanowienia, plany, wytyczanie sobie jakiejś „linii postępowania”! Wypróbowała to już z Jerrym! Przeszedł ją dreszcz, potem roześmiała się, a potem zesztywniała z pewnego rodzaju wściekłością. Nie! Tony myli się, jeśli przypuszcza, że mu się rzuci w ramiona. Miłość zmysłowa! Zna ją na wylot. Nie, dziękuję! Jest teraz równie zimna jak światło księżyca! Nie podobna o tym mówić nawet z matką, choć nie wiadomo, co rodzice o niej myślą.

Dinny musiała im coś powiedzieć, gdyż zachowali się niesłychanie przyzwoicie. Ale nawet Dinny nie wiedziała. — Nikt się nigdy nie dowie! To wszystko byłoby bez znaczenia, gdyby tylko miała pieniądze. „Złamane życie” i temu podobne wyobrażenia to staroświeckie bzdury. Życie zawsze może być zabawne, trzeba nim tylko odpowiednio pokierować. Klara nie miała zamiaru ukrywać się ani nudzić. Wręcz przeciwnie! Lecz musi jakimś sposobem zdobyć pieniądze. Znów przeszedł ją dreszcz, choć miała na sobie futro. Światło księżyca zdawało się przenikać do kości. Dom taki stary, a nie ma środków na zaprowadzenie centralnego ogrzewania! Z chwilą gdy skończą się wybory, pojedzie do Londynu, aby szukać zajęcia. Może Fleur będzie o czymś wiedziała. Jeśli modniarstwo nie ma przyszłości, można zdobyć posadę sekretarki jakiegoś polityka. Umie pisać na maszynie, zna dobrze francuski, ma czytelne pismo. Potrafi kierować samochodem, a także ujeżdżać konie. Zna życie w wiejskiej rezydencji, sposób zachowania się i protokół towarzyski. Są na pewno posłowie do parlamentu, którym przyda się ktoś, kto potrafi udzielić wskazówek, jak należy się ubrać, jak odmówić komuś uprzejmie tego lub owego i w ogóle, jak usuwać trudności z drogi. Zna się wcale nieźle na psach i trochę na kwiatach, umie bardzo ładnie układać bukiety w wazonach; a jeśli trzeba wiedzieć coś niecoś o polityce, połapie się w tym szybko. W zimnym, złudnym świetle księżyca Klara nie mogła sobie wyobrazić, że nie będzie posłom potrzebna. Gdy do swych dwustu funtów rocznego dochodu dołączy pensję, da sobie radę doskonale! Księżyc, schowany teraz za wiązem, przestał być tak rozpaczliwie chłodny, fascynował światłem, mrugając porozumiewawczym okiem przez gęste jeszcze liście. Klara otuliła się starannie, zrobiła parę tanecznych kroków dla rozgrzania nóg i wsunęła się do łóżka…

Młody Croom powrócił do Londynu swym wypożyczonym dwuosobowym samochodem, jadąc z „rozsądną” szybkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Pierwszy pocałunek złożony na chłodnym, lecz rumianym policzku Klary przyprawił go o lekki szał. Zrobił ogromny krok naprzód. Tony nie był zepsuty i fakt, że Klara ma męża, nie wydawał mu się sprzyjającą okolicznością. Nie zastanawiał się nad tym, czy jego uczucia względem Klary miałyby ten sam charakter, gdyby nie była mężatką. Subtelna różnica w uroku kobiety świadomej miłości fizycznej i podnieta wynikająca stąd dla zmysłów mężczyzny stanowi raczej pole dociekań dla psychologa niż dla uczciwego młodzieńca, zakochanego prawdziwie po raz pierwszy w życiu. Młody Croom pragnął pojąć Klarę za żonę, o ile to będzie możliwe, o ile zaś okaże się niemożliwe, pragnął posiąść ją w jakikolwiek inny sposób. Spędził trzy lata na Cejlonie, ciężko pracował i widywał mało białych kobiet, a wśród nich nie spotkał żadnej, która by mu się podobała. Dotychczas jedyną jego namiętnością była gra w polo. Poznał Klarę w chwili, gdy stracił posadę i możność gry w polo; miłość do niej wypełniła ogromną lukę w jego sercu. Materialnie był w gorszym położeniu od Klary.

Miał około dwustu funtów oszczędności, gdy je wyda — „choć siadaj i płacz”, o ile nie znajdzie posady. Po odstawieniu samochodu do garażu przyjaciela zaczął się zastanawiać, gdzie najtaniej zapłaci za obiad, i zdecydował się na swój klub. Spędzał tam prawie cały czas. Wynajął wprawdzie pokój umeblowany na Ryder Street, lecz sypiał tam tylko i zjadał pierwsze śniadanie składające się z herbaty i gotowanych jaj. Był to skromny pokój na parterze, stało w nim łóżko i szafa na ubranie, a okna wychodziły na tyły wysokiego budynku. W podobnym pokoju ojciec Tony’ego sypiał i jadał pierwsze śniadanie, gdy przyjeżdżał do Londynu w latach dziewięćdziesiątych — kosztowało to wówczas pół ceny obecnej.

W sobotnie wieczory klub „CoffeeHouse” świecił pustkami; przebywała tam tylko pewna grupa „starych pryków”, którzy przywykli spędzać weekend na St. James’s Street. Młody Croom zamówił obiad z trzech dań, zjadł go do ostatniego kęsa, wypił porter Bassa i zszedł do palarni na fajkę. W chwili gdy miał rzucić się na fotel, zauważył stojącego przed kominkiem szczupłego, wysokiego mężczyznę o krzaczastych brwiach i siwym, przystrzyżonym wąsie, który przyglądał mu się przez monokl w szylkretowej oprawie. Idąc za odruchem kochającego serca, tęskniącego za jakąkolwiek łącznością z ukochaną, Tony odezwał się:

— Przepraszam bardzo, czy czasem nie sir LawrenceMont?

— Całe życie miałem o sobie to przekonanie.

Młody Croom uśmiechnął się:

— Poznałem siostrzenicę pana, ladyCorven, w powrotnej drodze z Cejlonu. Wspominała mi, że pan jest członkiem tego klubu. Nazywam się Croom.

— A! — rzekł sir Lawrence wyrzucając monokl z oka. — Prawdopodobnie znałem, pańskiego ojca, bywał tu zawsze przed wojną.

— Tak, zapisał mnie zaraz po urodzeniu. Jestem chyba najmłodszym z członków.

Sir Lawrence pokiwał głową:

— Więc pan poznał Klarę. Jakżeż ona się miewa?

— Dobrze, o ile mogłem sądzić.

— Usiądźmy i pomówmy o Cejlonie. Pozwoli pan cygaro?

— Dziękuję, mam fajkę.

— W takim razie napijemy się kawy. Proszę o dwie kawy. Moja żona pojechała do Condaford, do rodziców Klary. LadyCorven to urocza, młoda kobieta.

Gdy Croom zobaczył wlepione w siebie ciemne oczy, podobne do oczu bekasa, pożałował swego odruchu. Zaczerwienił się, lecz powiedział śmiało:

— Tak, uważam, że jest czarująca.

— Czy pan zna Corvena?

— Nie — odparł Tony krótko.

— Mądra głowa. Czy polubił pan Cejlon?

— O tak, ale Cejlon wyrzekł się mnie.

— Nie wraca pan?

— Niestety nie.

— Dużo wody upłynęło od czasu mego pobytu na Cejlonie. Indie przygłuszyły nieco moje wspomnienia. Był pan w Indiach?

— Nie.

— Trudno osądzić, czy naprawdę lud w Indiach pragnie się od nas zupełnie uniezależnić. Siedemdziesiąt procent chłopów! Chłopi chcą spokoju i ustabilizowanych warunków bytu. Pamiętam, że przed wojną rozwijano w Egipcie silną agitację nacjonalistyczną, lecz wszyscy fellachowie opowiadali się za Kitchenerem i ustabilizowanymi rządami brytyjskimi. A my zabraliśmy Kitchenera i daliśmy im podczas wojny niepewne warunki bytu, obrali więc inny kierunek. Co pan robił na Cejlonie?

— Zarządzałem plantacją herbaty. Ale zaprowadzili oszczędności, połączyli trzy plantacje i przestałem im być potrzebny. Czy pan myśli, że kryzys się skończy? Nie rozumiem polityki gospodarczej.

— Nikt jej nie rozumie. Całe tuziny przyczyn składają się na obecny stan rzeczy, a ludzie usiłują wciąż wyprowadzić go z jednej przyczyny. Weźmy Anglię. Mamy knock-out rosyjskiego handlu, względną niezależność europejskich państw, wielkie uszczuplenie hinduskich i chińskich rynków handlowych, wzrost stopy życiowej w powojennej Brytanii, znaczny wzrost wydatków państwowych — przed wojną prawie dwieście milionów, obecnie blisko osiemset milionów — a więc około sześćset milionów mniej na stworzenie warsztatów pracy. Gdy się mówi onadprodukcji jako o przyczynie kryzysu, nie odnosi się to stanowczo do Anglii. Od wielu lat wytwórczość nasza nie była tak mała. Poza tym istnieje dumping i wybitnie zła organizacja, i niepomyślne warunki handlowe dla naszej niewielkiej produkcji artykułów spożywczych. Dodajmy do tego nasze zwyczajowe „jakoś to będzie” i ogólnie przyjętą postawę zepsutego dziecka. Otóż te wszystkie powody kryzysu są specyficznie angielskie, prócz zbyt wysokiej stopy życiowej i postawy zepsutego dziecka, które cechują również Amerykę.

— A jakie są inne przyczyny kryzysu w Ameryce?

— Amerykanie niewątpliwie produkowali zbyt dużo i zanadto oddawali się spekulacjom; żyją na tak wysokiej stopie, że musieli obciążyć hipotekę przyszłości — system rat i tak dalej. Poza tym siedzą na złocie, a złoto się nie rozmnaża. A nade wszystko Amerykanie nie mogą dotychczas zrozumieć, że pieniądze, które pożyczyli Europie podczas wojny, były w rzeczywistości pieniędzmi zarobionymi przez nich na wojnie. Gdy zgodzą się na generalne skreślenie długów, będzie to wyrażeniem zgody na ogólną sanację, nie wyłączając ich własnej.

— Ale czy się kiedy na to zgodzą?

— Nigdy nie wiadomo, co Amerykanie zrobią, są o wiele bardziej giętcy niż my, mieszkańcy starego świata. Zdolni są do rzeczy wielkich nawet we własnym interesie. Czy pan stracił posadę?

— Jak najbardziej!

— Jakie pan ma kwalifikacje?

— Skończyłem szkołę w Wellington i przez dwa lata byłem w Cambridge. Potem trafiła mi się posada na plantacji herbaty i pochwyciłem ją w lot.

— Ile pan ma lat?

— Dwadzieścia sześć.

— Czy pan ma jakieś wyrobione zdanie o tym, co by pan chciał robić?

Croom pochylił się naprzód.

— Doprawdy, że wziąłbym, co się trafi. Ale