Saga rodu Forsyte`ów. Tom 1. Posiadacz - John Galsworthy - ebook
Opis

Powieść wszech czasów w nowym, pięknym wydaniu!

Londyn, 1886 rok. Spotkanie na zaręczynowym przyjęciu staje się początkiem dramatycznych zdarzeń, które na zawsze dzielą zamożną mieszczańską rodzinę Forsyte'ów, a ich losy przez następne kilkadziesiąt lat śledzimy w trzech tomach tej mistrzowskiej powieści.

Żaden z utworów Johna Galsworthy'ego, laureata literackiej Nagrody Nobla, nie cieszył się taką poczytnością jak "Saga rodu Forsyte'ów". Co decyduje o tym, że ta książka intryguje czytelników do dziś? Krytycy pisali o epickim rozmachu i kronikarskim obiektywizmie, starannie wyważonej narracji, bezstronności i chłodnym dystansie w kreowaniu bohaterów. Zgoda, ale jest jeszcze jeden walor - psychologia. Mistrzowskie operowanie introspekcją, opisy wahań moralnych i uczuciowych, finezyjne wyrażanie stanów wewnętrznych, szczególnie w sytuacjach krańcowych - oto wartości, które decydują o tym, że "Saga rodu Forsyte'ów" brzmi ciągle świeżo i współcześnie.
To one sprawiły, że książka była wielokrotnie ekranizowana, a ostatnia wersja serialu na jej podstawie zainspirowała m.in. twórców "Downton Abbey".

…za jego wybitną sztukę opowiadania, której najwyższą formą jest "Saga rodu Forsyte’'ów".
Uzasadnienie przyznania Johnowi Galsworthy’emu w 1932 r. Literackiej Nagrody Nobla

Dwa kolejne tomy "Sagi…" ukażą się w czerwcu i w lipcu 2019 r.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 470

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Tytuł oryginału:

THE FORSYTE SAGA

THE MAN OF PROPERTY

 

Projekt okładki

Maciej Konopka

 

Redaktor prowadzący

Milena Rachid Chehab

 

Re­dak­cja

Irma Iwaszko

 

Ko­rek­ta

Małgorzata Denys

 

ISBN 978-83-8169-679-1

 

Warszawa 2019

 

Wy­daw­ca

Pró­szyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Żonie mojej poświęcam

całość Sagi rodu Forsyte’ów,

uważając to

ze wszystkich dzieł moich

za najmniej niegodne,

gdyby bowiem nie żony mojej

zrozumienie, zachęta i krytyka,

nie byłbym nigdy został

takim nawet pisarzem,

jakim jestem.

 

Przedmowa

Tytuł ogólny Saga rodu Forsyte’ów przeznaczony był pierwotnie dla części noszącej obecnie tytuł Posiadacz; decyzję nazwania tym mianem zbiorowej kroniki rodu Forsyte’ów wywołał forsyte’owski upór tkwiący w każdym z nas. Przeciw nazwie „saga” mogłoby przemawiać łączenie z tym pojęciem pierwiastka bohaterskiego, gdyż na kartkach niniejszych niewiele znaleźć można bohaterstwa. Wyraz ten wszakże użyty jest z rozmyślną ironią; poza tym w długiej tej opowieści, mimo że mamy w niej do czynienia z osobistościami w tużurkach i sukniach z falbanami oraz z okresem złoceń, nie brak prawdziwego żaru konfliktów. Niezależnie od gigantyczności postaci i krwiożerczości dawnych czasów, które takimi właśnie przekazały nam czarodziejskie baśnie i legendy, bohaterowie dawnych sag byli z pewnością Forsyte’ami w swoim instynkcie posiadania, i to równie mało odpornymi na wrogie działanie piękna i miłości jak Swithin, Soames, a nawet młody Jolyon. Jeżeli też heroiczne postacie w legendarnych czasach zdają się wyrastać ponad ramy swojego otoczenia w sposób, jaki nie przystoi Forsyte’owi z ery wiktoriańskiej, przyjąć możemy za pewnik, że instynkt rodowy był nawet wówczas czynnikiem dominującym i że „rodzina”, poczucie ogniska domowego i własności tak samo wówczas, jak dziś odgrywały doniosłą rolę pomimo czynionych ostatnio wysiłków „wyperswadowania” tych uczuć.

Tyle osób pisało i dowodziło, jakoby ich rodziny były pierwowzorami Forsyte’ów, że można by nieomal uwierzyć w typowość tego gatunku ludzi. Obyczaje zmieniają się, przemijają mody i „dom Tymoteusza przy Bayswater Road” staje się gniazdem nieprawdopodobieństw we wszystkim z wyjątkiem jego cech zasadniczych; nie spotkamy się już z podobnym domem, może również z nikim takim jak James czy stary Jolyon. A jednak liczby podawane przez Towarzystwo Ubezpieczeń, a także wyroki sędziów przekonują nas codziennie, że nasz raj ziemski, do którego wkradają się dzicy najeźdźcy: Piękno i Miłość, grabiący nas w naszych oczach z poczucia bezpieczeństwa, kryje w sobie jeszcze bogate skarby. Jak pies niezawodnie odpowie szczekaniem na brzęk łańcucha, tak samo opornie przeciwstawi się istota Soamesa, tkwiąca w naszej naturze ludzkiej, sile rozkładowej czyhającej dokoła granic jej posiadania.

„Niech umarła przeszłość grzebie swych umarłych” – byłoby trafniejszym powiedzeniem, gdyby przeszłość mogła kiedykolwiek umierać. Nieprzemijające trwanie przeszłości jest jednym z owych tragikomicznych błogosławieństw, którym przeczy każde nowe stulecie występujące z zuchwałą pewnością siebie na widownię dziejów, aby dać wyraz swemu żądaniu czegoś zupełnie nowego.

Żaden jednak wiek nie jest całkowicie nowy. Natura ludzka pod postacią zmiennych uproszczeń i strojów ma i zawsze będzie miała w sobie bardzo wiele z Forsyte’a; mogłaby jednak ostatecznie być dużo gorszym tworem.

Patrząc wstecz na stulecie wiktoriańskie, którego rozkwit, zmierzch i upadek odzwierciedlony jest w pewnej mierze w Sadze rodu Forsyte’ów, widzimy, że wpadliśmy tylko z deszczu pod rynnę. Trudno byłoby uzasadnić twierdzenie, jakoby stan rzeczy w Anglii miał być lepszy w roku 1913 aniżeli w 1886, gdy wszyscy Forsyte’owie zebrali się u starego Jolyona na uroczystości zaręczyn June z Filipem Bosinneyem. A w roku 1920, kiedy rodzina zgromadziła się ponownie, aby pobłogosławić zaślubinom Fleur z Michałem Montem, Anglia jest na pewno tak samo nad miarę spróchniała i zbankrutowana, jak była nadmiernie zeskorupiała i dająca zbyt niskie odsetki w osiemdziesiątych latach ubiegłego stulecia. Gdyby kronika niniejsza miała charakter naukowego studium historii postępu, należałoby zapewne położyć nacisk na takie czynniki, jak wynalezienie roweru, samochodu i samolotu, powstanie taniej prasy codziennej, zanik życia wiejskiego i rozrost miast czy narodziny kinematografu. Ludzie są w istocie zupełnie niezdolni do panowania nad włas­nymi wynalazkami; w najlepszym razie wyrabiają w sobie zdolność przystosowywania się do nowych, wytworzonych przez te wynalazki warunków.

Długa ta opowieść nie jest jednak naukowym studium pewnej epoki; cel jej – to raczej unaocznienie zamętu, jaki w życiu ludzi sieje Piękno.

Postać Ireny, ukazywana zawsze – jak to zapewne zdołał czytelnik dostrzec – poprzez doznania innych postaci, jest wcieleniem zaborczego Piękna wnoszącego niepokój w świat posiadaczy.

Zauważono, że czytelnicy brnący przez słone wody Sagi stają się coraz bardziej skłonni litować się nad Soamesem, przy czym wyobrażają sobie, że czyniąc tak, buntują się przeciw wrażeniu, jakie chciał wywołać autor. Nic podobnego! On również lituje się nad Soamesem, którego tragedia życiowa jest najzwyklejszą, niezależną od jego woli tragedią człowieka niezdolnego wzbudzić miłość, zarazem jednak nie dość gruboskórnego, aby miał nie zdawać sobie dokładnie sprawy z tego faktu. Nawet Fleur nie kocha Soamesa tak, jak czuje on, że powinien być kochany. Litując się jednak nad Soamesem, czytelnicy są może skłonni ustosunkować się wrogo do Ireny. Uważają oni, że Soames nie jest ostatecznie złym człowiekiem, że niczemu nie zawinił, że Irena powinna była mu wybaczyć, i tak dalej. Zajmując takie stanowisko, tracą z oczu prostą, leżącą u podstawy całej powieści prawdę, że tam, gdzie jedno z dwojga partnerów jest najzupełniej pozbawione siły przyciągania płciowego, żadna litość, żaden głos rozsądku, żadne poczucie obowiązku nie zdoła przezwyciężyć wstrętu płynącego z samej natury. Czy tak być powinno, nie wchodzi tutaj wcale w rachubę, ponieważ w rzeczywistości nigdy nie wchodzi. I tam, gdzie Irena wydaje się twarda i okrutna – jak w Lasku Bulońskim czy w Galerii Goupenor – jest ona tylko rozumnie trzeźwa, gdyż wie dobrze, że najdrobniejsze z jej strony ustępstwo będzie ową szczeliną, przez którą wtargnie nieznośny w swej ohydzie strumień.

Krytykując ostatnią fazę Sagi, można by mieć żal o to, że Jolyon i Irena, buntujący się przeciw wszelkiemu posiadaniu, domagają się jednak duchowych praw własności do syna swojego, Jona. Byłoby to jednak już naprawdę przesadne krytykowanie opowiedzianej historii. Żaden ojciec i żadna matka nie mogliby pozwolić chłopcu poślubić Fleur bez zapoznania go z faktami, i fakty też, a nie perswazje rodziców, wpływają na decyzję Jona. Co więcej, Jolyon perswaduje nie przez wzgląd na siebie, ale na Irenę, która swoją znów perswazję streszcza w powtórzonym parokrotnie zdaniu: „Nie myśl o mnie, myśl o sobie”. To, że Jon, znając fakty, uwzględnia uczucia matki, nie może uchodzić za uzasadniony dowód, jakoby, koniec końców, miała ona być Forsytką.

Jakkolwiek oddziaływanie Piękna i żądzy swobody na świat posiadaczy jest głównym tematem Sagi rodu Forsyte’ów, nie może to jej zwolnić od ciążącego na niej zadania: trwałego zabalsamowania wyższych sfer stanu średniego. Tak jak starożytni Egipcjanie kładli obok mumii przedmioty potrzebne w przyszłym życiu, usiłowałem i ja umieścić obok postaci ciotki Anny, Juli i Estery, Tymoteusza, Swithina, starego Jolyona, Jamesa i ich synów to, co im zapewnić może odrobinę życia na przyszłość: odrobinę balsamu, który dopomoże im trwale utrzymać się w gorączkowo zapędzonym królestwie czynnika rozkładowego – „Postępu”.

Jeśli warstwa zamożnego mieszczaństwa wraz z innymi klasami społecznymi skazana jest na rozpad, macie ją przechowaną jak pod szkłem na tych stronicach, aby mogli oglądać ją wszyscy wałęsający się po rozległym bezdrożu muzeum Literatury. Spoczywa ona tutaj, zakonserwowana we własnym osoczu: poczuciu własności.

1922

John Galsworthy

 

Księga I

Posiadacz

Wy odpowiecie:

„toż ci niewolnicy są przecie naszą własnością…"

W. Shakespeare, Kupiec wenecki, t. IV,

przeł. Józef Paszkowski

 

Część pierwsza

 

PRZYJĘCIE U STAREGO JOLYONA

Uprzywilejowani, którzy dostąpili zaszczytu uczestniczenia w rodzinnej uroczystości Forsyte’ów, mieli okazję oglądać czarujący i pouczający widok rodziny należącej do zamożnego mieszczaństwa w pełni upierzenia. Ktokolwiek jednak z tych uprzywilejowanych posiadał dar analizy psychologicznej (talent pozbawiony wartości pieniężnej, tym samym obcy Forsyte’om), był świadkiem widowiska nie tylko cudownego samo przez się, ale też rzucającego światło na jeden z zawiłych problemów natury ludzkiej. Mówiąc po prostu, to zgromadzenie rodziny, której ani jedna gałąź nie lubiła innej, wśród której nie było trzech członków złączonych uczuciem godnym miana sympatii, mogło służyć za dowód owej niepojętej, istotnej spoistości czyniącej rodzinę tak potężną jednostką społeczną, tak wyraźnym odtworzeniem społeczeństwa w miniaturze. Przed świadkiem tym odsłaniała się wizja mrocznych dróg rozwoju form społecznych umożliwiająca mu zrozumienie życia patriarchalnego, wędrówek dzikich hord, powstawania i upadku narodów. Znajdował się on w sytuacji człowieka, który mając sposobność obserwowania rozwoju drzewa od momentu zasadzenia (wymownego przykładu krzepkiego wrastania, utrwalenia się i pomyślnego bytowania wpośród śmierci setek innych roślin, nie tak trwale zakorzenionych, mniej chłonnych i odpornych) – mógłby zarazem oglądać je okryte gęstym, pięknym ulistnieniem w jego nieomal odrażającej bujności, u szczytów rozkwitu.

Piętnastego czerwca 1886 roku, około czwartej po południu, osoba, która by miała szczęście znaleźć się w siedzibie starego Jolyona Forsyte’a na Stanhope Gate, zyskałaby możność obserwowania rodu Forsyte’ów w największym rozkwicie.

Przyjęcie było wydane dla uczczenia zaręczyn panny June Forsyte, wnuczki starego Jolyona, z panem Filipem Bosinne­yem. W olśniewającej świetności jasnych rękawiczek, barwnych kamizelek męskich, piór i sukien damskich zgromadziła się cała rodzina – zjawiła się nawet ciotka Anna, rzadko już teraz opuszczająca zaciszny kącik w zielonym salonie brata jej, Tymoteusza, gdzie pod osłoną pióropusza zeschłych traw w jasnobłękitnym wazonie siadywała całymi dniami z książką albo ręczną robótką, w otoczeniu wizerunków trzech pokoleń Forsyte’ów. Tak, pojawiła się nawet ciotka Anna. Jej sztywno wyprostowana postać i wyraz godności na zastygłej w spokoju starczej twarzy wyrażały bezwzględne podporządkowanie się idei rodziny.

Ilekroć się zaręczał, wstępował w związki małżeńskie albo rodził się ktokolwiek z Forsyte’ów – stawiali się zawsze wszyscy Forsy­te’owie. Ilekroć umierał ktoś z Forsyte’ów… ale dotychczas nie umarł jeszcze żaden z Forsyte’ów. Forsyte’owie nie umierali; śmierć była niezgodna z ich zasadami, bronili się też przed nią, przedsiębiorąc instynktownie środki ostrożności, naturalne u ludzi mających wielką siłę żywotną i nieznoszących zamachu na swoją własność.

Forsyte’owie, zmieszani tego dnia z tłumem innych gości, wyróżniali się sztywniejszą jeszcze niż zazwyczaj wyniosłością, czujną, badawczą pewnością siebie i uroczystym dostojeństwem, jak gdyby zwarli się w szyku obronnym. Grymas nieufności cechujący twarz Soamesa Forsyte’a znalazł dzisiaj odbicie na obliczach wszystkich Forsyte’ów. Wszyscy mieli się na baczności.

Podświadoma wzgardliwość ich zachowania uczyniła z przyjęcia u starego Jolyona moment psychologiczny historii rodu, stała się zaczątkiem jej dramatu.

Forsyte’owie byli czymś dotknięci; nie każdy z nich poszczególnie, ale jako rodzina. Uraza ta uzewnętrzniała się w doskonalszym jeszcze niż zwykle nieposzlakowaniu stroju, spotęgowanej wylewności uczuć rodzinnych, wyolbrzymieniu znaczenia rodu i… podejrzliwym grymasie. Forsyte’owie wietrzyli to, co nieuchronnie wydobywa na jaw zasadnicze rysy każdej społeczności, grupy czy osobnika – wietrzyli niebezpieczeństwo. Przeczucie zaś niebezpieczeństwa przydawało blasku ich zbroi. Po raz pierwszy jako rodzina zdawali się mieć świadomość zetknięcia się z czymś obcym i groźnym.

Oparty o fortepian mężczyzna okazałej postawy opancerzył potężną pierś dwiema kamizelkami z wetkniętą w nie rubinową szpilką zamiast, jak przy pospolitych okazjach, jedną, atłasową, z szpilą diamentową. Wyłaniająca się sponad tych jedwabistych przepychów gładko wygolona kwadratowa starcza twarz o żółtawym zabarwieniu skóry i bladych oczach miała szczególnie uroczysty wyraz. Był to Swithin Forsyte. Tuż przy oknie, gdzie było najwięcej świeżego powietrza, bliźniak jego James (stary Jolyon nazywał braci: gruby i chudy), mierzący, jak okazały Swithin, z górą sześć stóp wzrostu, ale bardzo szczupły, jak gdyby od urodzenia już przeznaczyła go natura do zrównoważenia szali i utrzymania przeciętnej, siedział w swojej zwykłej pozie, trochę pochylony. Jego szare oczy miały wyraz skupienia, jakby pochłaniała go jakaś tajna troska, i z rzadka tylko ogarniały nagłym, badawczym błyskiem całe otoczenie. Dwie równoległe podłużne bruzdy żłobiły jego policzki, czyniąc je jeszcze chudszymi; długą, starannie ogoloną górną wargę okalały bokobrody. W palcach obracał na wszystkie strony porcelanową filiżankę. W pobliżu, słuchając, co mówi ubrana na brązowo dama, siedział jego jedyny syn Soames, blady, ciemnowłosy, trochę już łysiejący i równie starannie ogolony jak ojciec; podciągał on brodę i marszczył nos w owym wspomnianym już grymasie pogardliwej nieufności, jak gdyby ujemnie oceniając jajko, o którym z góry wiedział, że nie będzie go mógł spożyć. Siedzący za nim jego stryjeczny brat, wysoki Jerzy, syn piątego Forsyte’a, Rogera, miał złośliwy wyraz na mięsistej twarzy, jak gdyby obmyślał jeden ze swych zwykłych sardonicznych dowcipów.

Wszystkich ogarnął niezwykły nastrój związany z wydarzeniem dnia.

Rządkiem, jedna tuż przy drugiej, zasiadły trzy panie: ciotki Anna, Estera – obie stare panny – i Jula (zdrobnienie od Julii), która we wczesnej młodości zapomniała się do tego stopnia, że poślubiła Septymusa Smalla, człowieka nader wątłej konstytucji. Przeżyła go też o wiele lat. Wraz z młodszą i starszą siostrą mieszkała teraz na Bayswater Road, w domu szóstego i najmłodszego ich brata, Tymoteusza. Każda z tych pań trzymała wachlarz w ręce i każda barwnym jakimś szczegółem stroju, odświętnym piórem czy broszą podkreślała uroczysty charakter zebrania.

W środku pokoju, pod świecznikiem, jak przystoi gospodarzowi domu, stał sam stary Jolyon, głowa rodu Forsyte’ów. Osiemdziesięcioletni starzec dzięki pięknej, siwej głowie, wypukłemu, sklepionemu czołu, małym ciemnoszarym oczom i ogromnym, siwym, rozłożyście opadającym poniżej silnie zarysowanej szczęki wąsom miał wygląd patriarchalny. Pomimo wychudłej twarzy i zapadłych skroni zdawał się zachowywać wciąż jeszcze niespożyte siły młodości. Trzymał się nadzwyczaj prosto, a jego bystre i stanowcze oczy nie utraciły nic z dawnego blasku. Tym wytłumaczyć się dawała niechęć i nieufność w stosunku do niego ludzi niższych, których przygniatał swą wyższością. Rządząc się w ciągu nieskończonego szeregu lat własną wolą, zdobył sobie do niej usankcjonowane przez czas prawo. Nigdy też nie przyszłoby staremu Jolyonowi na myśl, że należy przybrać nieufny czy wyzywający wyraz twarzy.

Pomiędzy nim a czterema obecnymi dziś jego braćmi: Jamesem, Swithinem, Mikołajem i Rogerem, było wiele podobieństw i wiele też różnic. Każdy z braci znacznie różnił się od pozostałych, a jednak wszyscy wzajem byli do siebie podobni.

Tym pięciu twarzom mimo odmiennych rysów i odrębności wyrazu wspólna była cecha stanowczości ujawniona w energicznym zarysie brody; niezależnie od powierzchownych różnic stanowiła ona wspólny podkład i nadawała charakterystyczne piętno rasowe, sięgające zbyt zamierzchłej przeszłości, aby można było prześledzić jego powstanie, zbyt odległe i utrwalone, by podlegać mogło dyskusji – istny stempel urzędowy, a zarazem najpewniejsza gwarancja pomyślności rodu.

To samo piętno, może nieco mniej wyraziste, ale niezaprzeczalne, znak czegoś niedającego się wykorzenić z duszy rodu, cechowało młodsze pokolenie, zarówno w osobie bladego i ruchliwego Archibalda, wysokiego, o byczym karku Jerzego, jak i młodego Mikołaja z jego łagodnym, próbującym swych sił uporem, i wreszcie pełnego powagi i zarozumiałego ograniczenia Eustachego.

W ciągu opisywanego popołudnia wszystkie te twarze, tak różne i zarazem tak podobne, niejednokrotnie przybierały wyraz nieufności kierującej się niewątpliwie ku osobnikowi, którego poznanie było właściwym celem ich zgromadzenia się tutaj.

Wiadomo było, że Filip Bosinney jest młodym człowiekiem bez majątku, ale dziewczęta z rodu Forsyte’ów zaręczały się już dawniej z niezamożnymi chłopcami i wychodziły za nich za mąż. A więc nie ten fakt wzbudzał wątpliwości w umysłach członków rodziny. Bodajże sami nie umieliby wyjaśnić powodu nieufności kryjącej się we mgle ploteczek rodzinnych. Jeden tylko szczegół nie ulegał wątpliwości: fakt, iż młodzieniec złożył ceremonialną wizytę ciotkom: Annie, Juli i Esterze, w miękkim szarym kapeluszu – w miękkim szarym kapeluszu, nienowym w dodatku – w zakurzonym nakryciu głowy ze zmiętym rondem.

„Jakie to dziwne, moja droga, jakie niezwykłe!”

Ciotka Estera, przechodząc przez mały, ciemny przedpokój (miała nieco krótki wzrok), chciała spędzić z krzesła nieszczęśliwy kapelusz, wołając „a psik!” – wzięła go bowiem za obcego, podejrzanego prowadzenia kota, a Tommy miewał takich nieprzynoszących mu zaszczytu przyjaciół. Zaniepokoiła się, widząc, że mniemany kot nie rusza się z miejsca.

Jak artysta doszukuje się zwykle znamiennego drobnego szczegółu będącego niejako symbolem zasadniczego charakteru danej sceny, miejsca czy osoby, tak samo ci bezwiedni artyści – Forsyte’owie – intuicyjnie uczepili się owego kapelusza. Był on dla nich znamiennym drobiazgiem, szczegółem streszczającym w sobie istotę całej sprawy; każdy z nich bowiem zadawał sam sobie pytanie: „Czy ja złożyłbym tego rodzaju wizytę w takim kapeluszu?”. I każdy odpowiadał na to pytanie przecząco, a niektórzy, obdarzeni bujniejszą wyobraźnią, dodawali: „Nie, nigdy nic podobnego nie przyszłoby mi do głowy”.

Jerzy, usłyszawszy tę historię, wyszczerzył zęby w uśmiechu. Kapelusz najwidoczniej włożony był umyślnie, dla żartu. On sam znał się najlepiej na podobnych kawałach.

– Co za impertynencja! – orzekł. – Dziki pirat!

I to słówko „pirat” przechodzić zaczęło z ust do ust, aż stało się ulubionym sposobem określania Bosinneya.

Ciotki robiły June wyrzuty z powodu kapelusza.

– Nie powinnaś mu była pozwolić, moja droga! – zadecydowały.

June odpowiedziała po swojemu ostro i hardo – była istnym wcieleniem samowoli.

– O, a cóż to szkodzi? Fil nie wie nigdy, co ma na sobie.

Tak zuchwałej odpowiedzi nikt nie mógł dać wiary. Człowiek, który nie wie, co ma na sobie! Nie, nie, to niemożliwe.

Kim właściwie jest ten młodzieniec, któremu tak świetnie udało się zaręczyć z June, uznaną dziedziczką starego Jolyona? Wiedziano, że jest z zawodu architektem; nie stanowi to jednak samo przez się wystarczającej racji do noszenia podobnego kapelusza. Wśród Forsyte’ów nie było wprawdzie ani jednego architekta, lecz jeden z nich znał osobiście dwóch architektów, którzy nigdy nie poważyliby się złożyć w takim kapeluszu oficjalnej wizyty podczas londyńskiego sezonu. Jest w tym coś niebezpiecznego, tak, niebezpiecznego!

June oczywiście tego nie uznawała, ale June, pomimo nieukończonych jeszcze dziewiętnastu lat, była taka pewna siebie. Czyż nie oświadczyła w rozmowie z panią Soamesową, zawsze tak pięknie się ubierającą, że pióra są pospolite? I pani Soamesowa przestała nosić pióra. Tak, kochana June jest okropnie stanowcza w wyrażaniu swoich opinii!

Cała ta podejrzliwość, krytycyzm i nawet zdecydowana nieufność nie przeszkodziły jednak Forsyte’om zgromadzić się w domu starego Jolyona na jego zaproszenie. Przyjęcie na Stanhope Gate to wielka rzadkość; w istocie nie urządzano tu zebrań towarzyskich już od dwunastu lat, od dnia śmierci starej pani Jolyonowej.

Nigdy jeszcze nie stawiła się rodzina tak w komplecie jak tym razem, zespoleni bowiem tajemniczymi węzłami jedności pomimo wszystkich dzielących ich różnic uzbroili się przeciw zagrażającemu im wszystkim niebezpieczeństwu. Jak stado bydła zbijające się na widok psa, łeb przy łbie i bok przy boku, w jedną zwartą gromadę, stanęli murem, gotowi runąć na intruza i zatratować go na śmierć. Zjawili się też niewątpliwie, aby wymiarkować, jaki dać im wypadnie prezent ślubny. Jakkolwiek kwestia podarunków ślubnych ustalana bywała zazwyczaj w ten sposób, że jeden pytał drugiego: „Co właściwie ty dajesz? Mikołaj daje łyżki…” – sprawa ta jednak w dużym stopniu zależała od osoby narzeczonego; jeżeli był wytworny, elegancki i wyglądał na zamożnego, bardziej było wskazane ofiarowywanie ładnych rzeczy, gdyż liczył na takie. W końcu każdy dawał podarek najwłaściwszy i najodpowiedniejszy dzięki szczegółowemu uzgodnieniu tej sprawy w taki sam sposób, jak uzgadniane bywają ceny na giełdzie: na specjalnym posiedzeniu rodzinnym w wygodnym, należącym do Tymoteusza domu z czerwonych cegieł w Bayswater, wychodzącym na Park1 i zamieszkanym przez ciotki: Annę, Julę i Esterę.

Niepokój rodziny Forsyte’ów usprawiedliwiała sama już wzmianka o kapeluszu. Niemożliwe i niesłuszne byłoby, aby jakakolwiek rodzina licząca się z zewnętrznymi formami – a to cechować wszak winno każdą rodzinę należącą do zamożnego mieszczaństwa – nie czuła się w tym wypadku zaniepokojona.

Sprawca tego zaniepokojenia stał w drzwiach sąsiedniego pokoju, rozmawiając z June. Jego kędzierzawa czupryna była zwichrzona, jak gdyby świadczyła, że to, co się dzieje dokoła, uważa on za niezwykłe. Sprawiał też wrażenie człowieka podkpiwającego w duszy z wszystkich i z wszystkiego.

Jerzy zwrócił się półgłosem do brata swego, Eustachego:

– Wygląda, jak gdyby chciał nas połknąć, bezczelny Pirat!

„Ten bardzo dziwnie wyglądający człowiek”, jak wyraziła się o nim później pani Small, był średniego wzrostu i krzepkiej budowy, miał smagłą cerę, płowy wąs, mocno wystające kości policzkowe i wpadnięte policzki. Czoło, ścięte ku tyłowi i kopulasto uwypuklone ponad oczyma, przypominało nieco czoła oglądane w lwiej klatce w ogrodzie zoologicznym. Oczy miał złotawe, barwy kseresu, chwilami krępująco roztargnione. Stangret starego Jolyona, który odwoził June i Bosinneya do teatru, podzielił się swoim wrażeniem z lokajem:

– Licho go tam wie, co za jeden. Coś jak na wpół oswojony lampart.

Coraz to inny z Forsyte’ów zbliżał się, aby rzucić na niego okiem.

June stanęła przed nim, osłaniając go przed tą natrętną ciekawością. Maleńka, drobna figurka, „cała złożona z włosów i ducha”, jak się ktoś kiedyś o niej wyraził, miała błękitne, śmiałe oczy, mocno zarysowaną brodę i kwitnącą cerę. Twarz jej i cała postać wydawały się zbyt drobne, by dźwigać wieńczącą je koronę miedzianozłotych włosów.

Przed młodą parą, przyglądając się jej z nieco chmurnym uśmiechem, stała wysoka, pięknie zbudowana kobieta, którą jeden z członków rodziny porównał niegdyś do pogańskiej bogini.

Dłonie jej, obciągnięte perłowym zamszem rękawiczek, skrzyżowane były jedna na drugiej; poważną, uroczą twarz skłoniła nieco na bok, przykuwając spojrzenia wszystkich mężczyzn. Postać kołysała się delikatnie, jak gdyby poruszały nią najlżejsze prądy powietrza. Cera, choć bladawa, miała jednak ciepły ton; wielkie, ciemne oczy spoglądały z wyrazem pełnym słodyczy. Przede wszystkim jednak spojrzenia męskie lgnęły do jej warg – zadających pytania czy odpowiadających na nie z tym samym chmurnym uśmiechem. Były to wargi zmysłowe i zarazem słodkie, zdające się tchnąć ciepłem i aromatem jak wonny kwiat.

Obserwowana przez nią para narzeczonych nie wiedziała, że jest przedmiotem zaciekawienia bogini. Bosinney zauważył ją pierwszy i zapytał o jej nazwisko.

June podprowadziła narzeczonego ku pięknie zbudowanej kobiecie.

– Irena jest moją najserdeczniejszą przyjaciółką – powiedziała. – Chcę, żebyście zaprzyjaźnili się z sobą.

To wyrażone tonem rozkazu życzenie małej osóbki wywołało uśmiech na twarzy wszystkich trojga. Soames Forsyte, zbliżywszy się bezszelestnie, stanął za kobietą o pięknych kształtach, która była jego żoną, i poprosił:

– Przedstaw i mnie także.

Na takich publicznych zebraniach Soames zawsze trzymał się blisko żony, a ilekroć nawet obowiązki towarzyskie go odwoływały, śledził ją z dala oczyma, w których tkwił dziwny wyraz czujności i tęsknoty.

James, ojciec Soamesa, siedząc przy oknie, wciąż jeszcze badał markę porcelanowej filiżanki.

– Dziwię się, że Jolyon pozwolił na te zaręczyny – zwrócił się do ciotki Anny. – Nie ma, jak słyszałem, widoków, aby się mogli pobrać w ciągu wielu jeszcze lat. Ten młody Bosinney (wymawiał „o” przeciągle w przeciwieństwie do zwykłego, krótkiego brzmienia tej głoski) jest podobno zupełnie goły. Jak wydawałem Winifredę za Dartiego, kazałem mu wyliczyć się z każdego posiadanego pensa i umieścić wszystko na pewnej lokacie. Dobrze się stało, do dzisiaj nie mieliby na pewno ani pensa!

Ciotka Anna, siedząca w aksamitnym fotelu, podniosła oczy na Jamesa. Czoło jej okalały siwe loki, identyczne od dziesiątków lat, co sprawiało, że członkowie rodziny zatracili poczucie czasu. Nie odpowiedziała; w rzadkich tylko okazjach odzywała się, oszczędzając swój starczy głos. Niemającemu wszakże czystego sumienia Jamesowi spojrzenie jej starczyło za odpowiedź.

– No tak – przyznał – nie mogłem nic poradzić na to, że Irena nie miała posagu. Soamesowi tak pilno było do ślubu, że aż wychudł przez czas starania się o nią.

Odstawiając ostrożnie filiżankę na wieko fortepianu, rzucił okiem na grupę przy drzwiach.

– Moim jednak zdaniem – dodał niespodziewanie – dobrze się stało, że jest tak, jak jest.

Ciotka Anna nie prosiła o bliższe wyjaśnienie tego dziwnego zdania. Wiedziała, co James przez to rozumie. Irena, nie mając pieniędzy, nie będzie tak szalona, by popełnić coś niewłaściwego; przebąkiwano bowiem – tak, szeptano sobie na ucho – że Irena zażądała jakoby oddzielnego pokoju. Oczywiście jednak Soames nie…

James przerwał jej rozważania:

– Gdzie podziewa się Tymoteusz? – zapytał. – Czy nie przyjechał z wami?

Zaciśnięte wargi ciotki Anny rozchylił tkliwy uśmiech.

– Nie, uważał za nierozsądne narażać się przy tej epidemii dyfterytu. Taki jest skłonny do chwytania zarazków.

– O tak, ten to umie dbać o swoje zdrowie – odparł James. – Ja nie mógłbym pozwolić sobie na takie chuchanie na siebie.

Trudno orzec, jaka nuta przeważała w tej uwadze – podziw, zazdrość czy pogarda.

Tymoteusz w istocie z rzadka tylko się udzielał. Najmłodszy z rodzeństwa, wydawca z zawodu, już przed kilku laty, kiedy interesy wydawnicze były na pozór w pełni rozkwitu, przewidując stagnację, która wprawdzie nie nastąpiła jeszcze, ale zdaniem wszystkich musiała nastąpić, sprzedał swój udział w firmie produkującej głównie książki treści religijnej i ulokował wcale pokaźny osiągnięty kapitał w dających trzy procent konsolach2. Czynem tym wyodrębnił się od razu spośród całej rodziny, żaden bowiem z Forsyte’ów nie zadowalał się nigdy procentem niższym niż cztery od sta. Wyodrębnienie to z wolna, ale nieuchronnie odbiło się na jego charakterze, bardziej niż u innych skłonnym do nadmiernej ostrożności. Stał się postacią nieledwie mityczną – rodzajem wcielonego pojęcia bezpieczeństwa, stanowiącego najgłębsze i najtrwalsze podłoże światopoglądu Forsyte’ów. Nie popełnił też nigdy nieprzezorności ożenku i wzięcia na barki ciężaru posiadania dzieci.

James zakończył swoje uwagi, opukując filiżankę:

– To nie jest prawdziwy stary worcester… Jolyon musiał powiedzieć ci coś o tym młodym człowieku. O ile mi wiadomo, nie ma on żadnego stałego zajęcia, żadnych stałych dochodów ani żadnych mających jakieś znaczenie stosunków, ale zresztą nie wiem nic – nikt mi nigdy o niczym nie mówi.

Ciotka Anna potrząsnęła głową. Starcza jej twarz drapieżnego ptaka, o zarysowanych ostro liniach czworokanciastej brody, drgnęła niespokojnie; pająkowato zakrzywione palce mocno się splotły i zacisnęły, jak gdyby dyskretnie dopomagając jej w ten sposób do skupienia całej siły woli.

Starsza o parę lat od wszystkich innych Forsyte’ów zajmowała wśród rodziny szczególne stanowisko. Umiejący korzystać z okazji samolubni, każdy z osobna i wszyscy razem – zresztą nie w większym stopniu niż ogół ich sąsiadów – tracili śmiałość wobec nieugiętej ciotki Anny. Cóż więc w poważniejszych okazjach pozostawało im innego, jak po prostu jej unikać?

Zakładając jedna na drugą długie cienkie nogi, James mówił w dalszym ciągu:

– Jolyon postąpi oczywiście tak, jak zechce. Nie ma dzieci… – Urwał nagle, przypominając sobie o istnieniu syna starego Jolyona, młodego Jolyona, ojca June, który ongiś tyle narobił wrzawy i złamał swoją karierę, opuszczając żonę i dziecko, aby uciec z cudzoziemską guwernantką. – Zresztą – dokończył śpiesznie – jeżeli mu się tak podoba, to zapewne może sobie na to pozwolić. Stać go na to. Ciekawe, ile jej przeznaczy. Przypuszczam, że tysiąc funtów rocznie; komuż innemu miałby pozostawić swoje pieniądze?

Wyciągnął rękę, aby uścisnąć dłoń fertycznego, gładko wygolonego jegomościa o prawie łysej czaszce, długim przełamanym nosie, pełnych wargach i zimnych szarych oczach pod osłoną prostokątnych brwi.

– A, Nik, jak się masz? – mruknął.

Mikołaj Forsyte, przypominający wyglądem przedwcześnie przemądrzałego uczniaka, szybkim, trzepotliwym, ptasim niejako ruchem dotknął zimnej dłoni Jamesa końcami swych jeszcze zimniejszych palców i szybko je cofnął. Całkowicie legalną drogą zdobył znaczny majątek, prowadząc jako dyrektor jakieś przedsiębiorstwo handlowe.

– Mam się źle – mruknął, odymając wargi. – Czułem się źle przez cały ostatni tydzień; nie sypiam po nocach. Doktor nie umie powiedzieć dlaczego. Mądry z niego chłop, gdyby nie to, nie wzywałbym go; niewiele mam jednak z tego prócz rachunków za wizyty.

– Doktorzy! – wtrącił James, skwapliwie podejmując poruszony temat. – Wypróbowałem już ich wszystkich, ilu ich jest w Londynie, dla siebie i dla mojej rodziny. Żadnego z nich pożytku, niepodobna niczego się od nich dowiedzieć. Weź chociażby Swithina. Dużo mu pomogli! Przyjrzyj się tylko – grubszy niż kiedykolwiek, potwornie gruby. I nie mogą zmniejszyć jego wagi. Przyjrzyj mu się!

Swithin, wysoki, barczysty, rozrosły, z wypiętą piersią, niby odęty gołąb w upierzeniu jaskrawych kamizelek, nadchodził ku nim majestatycznym krokiem.

– Hm… Jak się macie? – zapytał tonem obytego z formami salonowca. – Jak się miewacie?

Każdy z trzech braci, patrząc na obu pozostałych, przybierał pogrzebowo ponurą minę, wiedząc z doświadczenia, że będą go obaj usiłowali zaćmić opisem własnych dolegliwości.

– Mówiliśmy właśnie – rzekł James – że nie tracisz na wadze.

Swithin wybałuszył blade okrągłe oczy, jak gdyby usiłował dosłyszeć, o czym mowa.

– Nie tracę na wadze? Jestem w doskonałej formie – odparł, pochylając się nieco naprzód. – Nie taki chudzielec jak ty!

W obawie jednak, aby jego wypukła pierś nie wydała się wątlejsza, cofnął się, zastygając w nieruchomej pozie, o nic bowiem nie dbał bardziej niż o zachowanie dystyngowanego wyglądu.

Ciotka Anna wodziła starczymi oczyma od jednego do drugiego. Spojrzenie jej było zarazem wyrozumiałe i surowe. Z kolei wszyscy trzej bracia ogarnęli wzrokiem Annę. Zaczynała już podupadać na siłach. Nadzwyczajna kobieta! Osiemdziesiąt sześć lat, jak obszył. Może pożyć jeszcze dziesięć lat, choć nigdy nie była szczególnie silnej konstytucji. Bliźniacy, Swithin i James, mieli dopiero po siedemdziesiąt pięć lat, a Mikołaj to jeszcze zupełne dziecko, ma nie więcej niż około siedemdziesięciu. Wszyscy byli silni, to wniosek nader pocieszający. Z wszelkich bowiem form własności najbardziej oczywiście obchodziło ich wzajemnie własne zdrowie.

– Organizm mam w zupełnym porządku – zaczął James. – Nerwy mi tylko nie dopisują. Najmniejszy drobiazg piekielnie mnie drażni. Będę musiał pojechać do Bath.

– Bath! – mruknął Mikołaj. – Próbowałem Harrogate. Nic niewarte. Potrzebne mi powietrze morskie. Nie ma nic lepszego od Yarmouth. Dopiero tam sypiam…

– Fatalnie dokucza mi wątroba – przerwał Swithin, cedząc wyrazy. – Przeraźliwe bóle w tej okolicy. – Dotknął ręką prawego boku.

– Brak ruchu! – mruknął James, nie odrywając oczu od filiżanki. I szybko dodał: – I ja miewam bóle w tym miejscu.

Starcza twarz Swithina spąsowiała, napuszył się jak indyk.

– Ruchu! – oburzył się. – Używam go aż nadto. Nie korzystam nigdy z windy w klubie.

– Nie wiedziałem. – James pośpieszył się usprawiedliwić. – Nie wiem nigdy nic o innych, nikt mi nic nie mówi.

Swithin utkwił w nim badawczy wzrok i zapytał:

– Co robisz na te bóle?

James rozpromienił się.

– Ja? – zaczął – biorę lekarstwo, w którego skład wchodzi…

– Jak się stryj miewa?

Stanęła przed nim June, podnosząc rezolutną twarzyczkę i spoglądając z nizin swojej drobnej figurki ku wyżynom długiej postaci stryja, do którego wyciągnęła rękę.

Wyraz rozpromienienia zgasł na twarzy Jamesa.

– A jak ty się masz? – odwzajemnił się, pochylając ku niej głowę. – Słyszę, że jedziesz jutro do Walii, do ciotek twego narzeczonego? Będziesz tam miała ciągle deszcz. To nie jest prawdziwy stary worcester – dodał, opukując filiżankę. – Za to serwis, który dałem jako prezent ślubny twojej matce, był jak najautentyczniejszy.

June przywitała się, uścisnąwszy kolejno dłoń wszystkim trzem stryjom, po czym zwróciła się do ciotki Anny. Wyraz niezmiernej słodyczy rozpromienił twarz staruszki, która dygocąc z tkliwego wzruszenia, ucałowała policzki dziewczyny.

– Wyjeżdżasz więc na cały miesiąc, kochanie! – powiedziała.

June poszła dalej, a ciotka Anna śledziła wzrokiem jej szczupłą, drobną figurkę. Okrągłe stalowoszare oczy starej kobiety, zaczynające zachodzić już bielmem jak oczy ptaka, wypatrywały chciwie postaci młodej dziewczyny wpośród stłoczonego dokoła niej i żegnającego się już tłumu. Końce palców staruszki zaciskały się, zaciskały coraz mocniej w wysiłku odzyskania dawnej potęgi woli przed ostatecznym, nieuniknionym już jej zanikiem.

Tak – rozmyślała – wszyscy są tacy dobrzy. Tylu ludzi przyszło jej powinszować i złożyć życzenia. Powinna czuć się bardzo szczęśliwa.

Pośród skupionego przy wyjściu strojnego tłumu, złożonego z przedstawicieli rodzin lekarzy, adwokatów, bankowców, giełdziarzy i innych niezliczonych zawodów, jakim oddaje się zamożne mieszczaństwo, znajdowało się co najwyżej dwadzieścia procent Forsyte’ów; ale ciotce Annie wydawało się, że wszyscy oni są Forsyte’ami – niewiele się w istocie od nich różnili – nic też dziwnego, że widziała w nich krew ze swojej krwi i kość ze swojej kości. Rodzina stanowiła cały jej świat i nie chciała znać innego; nigdy też, być może, innego nie znała. Wszystkie ich małe tajemnice, choroby, zaręczyny, śluby, powodzenie każdego z nich, sposób zarobkowania – wszystko to było jej własnością, jej rozkoszą, jej życiem. Poza tym wszystko zlewało się dla niej w mglistą, mętną mieszaninę faktów i osób pozbawionych rzeczywistego znaczenia. Z tym swoim światem będzie musiała się rozstać, kiedy na nią przyjdzie kolej umierać; właśnie stosunek do niego nadawał prawdziwą doniosłość jej osobie, utrwalił w niej owo utajone poczucie własnego znaczenia, bez którego nikt z nas nie potrafi żyć. Z dniem też każdym coraz żądniej lgnęła do tego wszystkiego i chociaż życie uciekało od niej, poczucie to zdecydowana była utrzymać aż do końca.

Przyszedł jej na myśl ojciec June, młody Jolyon, który uciekł z ową dziewczyną cudzoziemką. Cóż za bolesny cios dla jego ojca i dla nich wszystkich! Taki obiecujący młody człowiek! Bolesny cios, mimo że obyło się, na szczęście, bez publicznego skandalu dzięki temu, iż żona młodego Jo nie domagała się rozwodu. Dawne dzieje! A kiedy przed sześciu laty umarła matka June, Jo ożenił się z tą kobietą, i jak mówią, ma z nią już dwoje dzieci. Bądź co bądź utracił prawo do udziału w dzisiejszej uroczystości, pozbawiając tym samym ciotkę możności pełnego nasycenia dumy rodowej oraz należnej jej rozkoszy widzenia i uściskania bratanka, z którego tak była dumna i w którym pokładała tak wielkie nadzieje. Myśl ta jątrzyła w niej, napełniając goryczą dawno zadanej krzywdy stare, wierne serce. Oczy zaszkliły się łzami. Otarła je ukradkiem chusteczką z najcieńszej weby.

– No i cóż, ciociu Anno? – zagadnął jakiś głos spoza jej pleców.

Soames Forsyte, o wąskich ramionach, gładko wygolonej wąskiej twarzy i płaskiej piersi, mimo tej wąskości i płaskości miał w całej swojej postaci coś okrągłego i skrytego. Patrzył na ciotkę Annę z góry i trochę bokiem, jak gdyby chcąc dostrzec coś poprzez skrzydło własnego nosa.

– A co ciocia myśli o tych zaręczynach? – zapytał.

Oczy ciotki Anny spoczęły na nim z dumą. Soames, najstarszy z bratanków od czasu, kiedy młody Jolyon opuścił gniazdo rodzinne, był jej ulubieńcem, widziała w nim budzącego największą ufność dziedzica tradycji rodu, który tak niedługo wyjść musi spod jej opieki.

– Bardzo to szczęśliwe dla tego młodego człowieka – powiedziała. – Przystojny chłopak, nie zdaje mi się jednak, aby był zupełnie odpowiednim narzeczonym dla naszej kochanej June.

Soames dotknął brzegu złoconego świecznika.

– Oswoi go – odparł, wilżąc ukradkiem palec i pocierając wypukłe ozdoby. – To prawdziwa stara pozłota, nie dostanie teraz takiej. Ubiegano by się o tę sztukę w sklepie u Jobsona… – Mówił z wolna, z namaszczeniem, jak gdyby czuł, że raduje starą ciotkę. Rzadko bardzo rozmawiał w sposób tak poufny. – Chętnie sam bym to nabył – dodał. – Stara pozłota zawsze zachowuje wartość.

– Jak też ty się znasz na tym wszystkim! – podziwiała ciotka Anna. – A jak się ma nasza kochana Irenka?

Uśmiech zgasł na twarzy Soamesa.

– Nieźle – odparł. – Uskarża się tylko na bezsenność, choć sypia daleko lepiej niż ja – uzupełnił, spoglądając w stronę drzwi, gdzie żona jego rozmawiała z Bosinneyem.

Ciotka Anna westchnęła.

– Dobrze może będzie dla niej, jak przestanie widywać się tak często z June. Ta nasza kochana June ma tak stanowczy charakter!

Soames zaczerwienił się; rumieńce szybko pojawiały się i równie szybko znikały z wąskich jego policzków, spływając pomiędzy oczy, gdzie już pozostawały jako zewnętrzna oznaka niepokojących go myśli.

– Nie pojmuję, co ona widzi w tej postrzelonej smarkatej! – wybuchnął; spostrzegłszy jednak, że nie są już sami, przerwał rozmowę i znów zaczął przypatrywać się świecznikowi.

– Podobno Jolyon kupił jeszcze jeden dom – rozległ się tuż obok głos Jamesa. – Musi mieć mnóstwo pieniędzy, tyle że nie wie, co z nimi robić. Podobno na Montpellier Square, w sąsiedztwie Soamesa! Nigdy mi nikt o tym nie mówił. Irena nigdy mi nic nie opowiada.

– Świetnie położony, o dwie minuty ode mnie – zabrzmiał głos Swithina – a ja od siebie jadę do klubu osiem minut.

Kwestia położenia ich domów miała dla Forsyte’ów szczególną wagę, co zresztą było rzeczą naturalną wobec tego, że stanowiło to jakby symbol ich życiowego sukcesu.

Ojciec ich, pochodzący z rodziny farmerskiej, przybył z Dorsetshire w początku stulecia.

„Superior Dosset”3, jak nazywali go bliscy przyjaciele, był z zawodu murarzem i doszedł do stanowiska majstra budowlanego. Niedługo przed końcem życia przeniósł się do Londynu, gdzie prowadził roboty budowlane aż do śmierci; pochowany został w Highgate. Dziesięciorgu dzieciom zostawił do podziału około trzydziestu tysięcy funtów. Stary Jolyon mówił o nim – o ile w ogóle o nim wspominał – jako o „twardym, gruboskórnym człowieku, pozbawionym zupełnie ogłady”. Następne pokolenie Forsyte’ów uważało, że przodek ten nie przynosi im wielkiego zaszczytu. Jedynym arystokratycznym rysem charakteru, jaki mogli w nim znaleźć, było przyzwyczajenie do picia madery.

Ciotka Estera, autorytet w sprawach historii rodu, opisywała go w sposób następujący:

– Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek coś robił, przynajmniej nie za moich czasów. Był… hm… był, widzisz, właścicielem domów… Włosy miał tego samego mniej więcej koloru co stryj Swithin; dość szeroki w barach. Czy był wysoki? N… nie… nie bardzo wysoki. (Miał pięć stóp i pięć cali, a twarz piegowatą). Cerę miał świeżą. Pamiętam, że zwykł pić maderę. Ale najlepiej zapytaj o niego ciotkę Annę. Kim był jego ojciec? Miał… hm… coś do czynienia z rolą w Dorsetshire, nad morzem.

James wybrał się tam kiedyś osobiście, żeby stwierdzić na miejscu, skąd właściwie pochodzi ich ród. Znalazł dwie stare farmy i drogę z odciśniętymi w różowawym gruncie koleinami prowadzącą do młyna nad zatoką, nadto mały szary kościółek o zewnętrznych przyporach i jeszcze mniejszą, jeszcze bardziej szarą kapliczkę. Rzeczułka obracająca koło młyńskie wpadała do zatoki tuzinem spienionych strumyczków, a po tym ujściu uganiały się prosiaki. Mgła spowijała cały pejzaż. W tej właśnie dolince, tonąc stopami w błotnistym gruncie i zwracając twarze ku morzu, przodkowie Forsyte’ów, zadowoleni ze swego losu, tydzień po tygodniu, w ciągu setek lat, wydeptywali tutejsze drogi.

Czy James żywił nadzieję znalezienia tu dziedzictwa, czy raczej jakichś szacownych pamiątek – trudno orzec. Faktem jest, że powrócił do miasta w niezbyt różowym humorze i w zaiste wzruszający sposób usiłował robić dobrą minę do złej gry.

– Bardzo niewiele zdołałem się dowiedzieć – oznajmił. – Wioska jak tysiące innych, odwieczna jak okoliczne wzgórza.

Ta odwieczność była pewną pociechą. Stary Jolyon, w którym niekiedy wzbierała desperacka uczciwość, wspominając o swych przodkach mawiał: „Drobni farmerzy, najpewniej mizerne szaraki”. Powtarzał jednak wyraz „farmerzy”, jak gdyby znajdował w tym określeniu pewną pociechę.

Wszystkim Forsyte’om powiodło się tak świetnie, że wszyscy, jak to się mówi, byli ludźmi na stanowiskach. Mieli udziały w rozmaitych przedsiębiorstwach i jak dotychczas – z wyjątkiem Tymoteusza – nie lokowali kapitałów w konsolach, gdyż niczego w życiu nie obawiali się bardziej aniżeli wyciągania tylko trzech procent z posiadanych pieniędzy. Kolekcjonowali też obrazy i podtrzymywali takie instytucje dobroczynne, które mogły służyć pomocą ich służbie na wypadek choroby. Po ojcu, majstrze budowlanym, odziedziczyli skłonność do cegły i wapna. Początkowo najprawdopodobniej członkowie jednej z pierwotnych sekt, stali się teraz, naturalnym biegiem rzeczy, członkami Kościoła anglikańskiego i wymagali od żon i dzieci możliwie regularnego uczęszczania do wytworniejszych świątyń stolicy. Gdyby ktoś ośmielił się podać w wątpliwość ich chrystianizm, zadziwiłby ich i dotknął boleśnie. Niektórzy opłacali własne ławki w kościele, dając w ten najpraktyczniejszy sposób wyraz swojemu sympatyzowaniu z nauką Chrystusa.

Ich rezydencje, umieszczone w określonych odległościach dookoła Parku, stanowiły jak gdyby wartownie, z których czujnie wypatrywali, czy aby nie wymyka im się ze szponów owo serce Londynu, do którego parły ich najtajniejsze żądze, i czy nie obniża się tym samym ich wartość we własnym pojęciu.

I tak: stary Jolyon mieszkał na Stanhope Place, Jamesowie na Park Lane, Swithin, który pozostał starym kawalerem – o, jemu nigdy by nie przyszło na myśl się ożenić! – w samotnym przepychu pomarańczowo-błękitnych pokoi w Hyde Park Mansions; Soamesowie w cichym gniazdku na Knightsbridge; Rogerowie w Prince’s Gardens. (Roger był owym niezwykłym Forsyte’em, który postanowił – i zamiar ten przeprowadził – dać swoim czterem synom nowy zawód. „Dbać przez całe życie tylko o zaokrąg­lanie własności nieruchomej? Nie, nic z tego. Ja sam nigdy nie robiłem nic innego!” – mawiał przy tym).

Haymanowie z kolei – pani Hayman była jedyną zamężną siostrą Forsyte’ów – mieszkali w domu położonym na Campden Hill. Dom ten, który przypominał kształtem żyrafę, był tak wysoki, że przyglądającemu mu się drętwiał kark. Mikołaj z rodziną rezydował w Ladbroke Grove, rozległej siedzibie, okazyjnie nabytej. Wreszcie ostatni, lecz bynajmniej nie najgorszy, Tymoteusz – przy Bayswater Road, gdzie mieszkały też pod jego opieką Anna, Julia i Estera.

James długo rozmyślał i wreszcie zapytał gospodarza, a zarazem brata, ile dał za kamienicę na Montpellier Square. On sam od dwóch lat miał na oku dom w tamtej okolicy, ale stawiano tak słoną cenę!

Stary Jolyon wyszczególnił warunki kupna.

– Dwudziestodwuletnia dzierżawa? – upewnił się James. – To właśnie o ten dom mi chodziło, dałeś za dużo.

Stary Jolyon zmarszczył się.

– Nie mówię tak dlatego, że sam go chciałem nabyć – rzekł pośpiesznie James. – Nie odpowiadałby mi za tę cenę. Soames zna dobrze ten dom, będzie mógł ci powiedzieć, że to za drogo. Warto zawsze wysłuchać zdania Soamesa.

– Nie dbam ani trochę o jego zdanie – uciął stary Jolyon.

– Dobrze – mruknął James. – Zrobisz, jak ci się będzie podobało, to najlepsza rada. Do widzenia. Jedziemy do Hurlingham. June wybiera się, jak słyszę, do Walii. Będziesz jutro sam. Co masz zamiar robić? Może byś zjadł z nami obiad?

Jolyon odmówił. Odprowadził gości aż do drzwi wejściowych, dopomógł im wsiąść do powozu, skinął na pożegnanie i zapomniał o spleenie. Żona Jamesa siedziała na tylnym siedzeniu, zwrócona twarzą do koni, wysoka i majestatyczna w koronie jasnokasztanowatych włosów, po lewej jej ręce Irena. Obydwaj mężowie, ojciec i syn, siedzieli naprzeciw żon, nieco pochyleni naprzód, jak gdyby czegoś oczekiwali. Stary Jolyon, milcząc, patrzył na odjeżdżających i w pełnym świetle słonecznym widział, jak podrygują i podskakują na sprężynowych poduszkach powozu, jak kołyszą się za każdym jego poruszeniem.

Pani Jamesowa pierwsza przerwała panujące w pojeździe milczenie.

– Widzieliście kiedy podobną kolekcję dziwadeł?

Soames, patrząc na nią spod opuszczonych powiek, kiwnął potakująco głową, zauważył jednak, że Irena rzuciła na niego ukradkiem jedno ze swoich nieodgadnionych spojrzeń. Nader prawdopodobne, iż każda z poszczególnych gałęzi rodowego pnia Forsyte’ów zrobiła tę samą uwagę, wracając do domu z przyjęcia u starego Jolyona.

Pomiędzy ostatnimi opuszczającymi jego dom gośćmi byli czwarty i piąty brat, Mikołaj i Roger; wyszli oni razem, kierując się przez Hyde Park ku stacji metra przy Pread Street. Podobnie jak wszyscy inni Forsyte’owie w poważniejszym wieku, posiadali i oni własne powozy i nigdy nie brali dorożek, jeśli tylko mogli tego uniknąć.

Dzień był słoneczny, drzewa w Parku w pełni rozkwitu, okryte piękną czerwcową zielenią; bracia zdawali się nie spostrzegać piękna otaczającej natury, przyczyniało się ono jednak do ożywienia przechadzki i rozmowy.

– Tak – zauważył Roger – ładna kobieta ta żona Soamesa. Słyszałem, że nieszczególnie z sobą żyją.

Ten brat miał wysokie czoło i najświeższą cerę z wszystkich Forsyte’ów. Jego jasnoszare oczy mierzyły fasady domów, od czasu do czasu podnosił parasol, aby jak się wyrażał, „brać miarę” ich wysokości.

– Nie miała posagu – odparł Mikołaj.

On sam poślubił dobrze nabitą sakiewkę, że zaś było to jeszcze w złotym okresie poprzedzającym wydanie prawa własności kobiety zamężnej, miał szczęsną możność dowolnego użytkowania posagu, który wniosła mu żona.

– Kim był jej ojciec?

– Nazywał się Heron, był podobno profesorem.

Roger potrząsnął głową.

– To nie przynosi dochodu – rzekł.

– Ojciec jej matki był, jak słyszałem, cemenciarzem.

Twarz Rogera rozjaśniła się.

– Ale zbankrutował – dodał Mikołaj.

– O! – zawołał Roger. – Soames będzie miał z nią wiele kłopotu, zapamiętaj moje słowa, wiele kłopotu. Wygląda pomiędzy nami zupełnie obco.

Mikołaj oblizał wargi.

– Ładna kobieta – rzekł, odsuwając gestem ręki przechodzącego tuż obok zamiatacza ulic.

– Skąd ją wytrzasnął? – zapytał Roger. – Wyobrażam sobie, co go muszą kosztować jej fatałaszki!

– Mówiła mi Anna, że latał za nią jak oszalały. Pięć razy go odrzucała. Jeżeli mnie oczy nie mylą, Jamesa to mocno irytuje.

– O! – podjął Roger. – Żal mi biednego Jamesa, miał już dość kłopotu z Dartiem.

Jego zawsze różowe policzki pod wpływem ruchu przybrały jeszcze żywszy kolor, częściej też niż zazwyczaj podnosił parasol do poziomu oka. Twarz Mikołaja również wyrażała zadowolenie.

– Za blada na mój gust – orzekł – ale zbudowana kapitalnie!

Roger milczał.

– Uważam, że wygląda bardzo dystyngowanie – powiedział wreszcie. Była to najwyższa pochwała w słowniku Forsyte’ów. – Ten młody Bosinney nie dochrapie się nigdy niczego – dodał. – Mówili mi u Purkitta, że to jeden z tych cyganów artystycznych. Podobno ma zamiar udoskonalić angielską architekturę. To mu nie da pieniędzy! Ciekaw byłbym usłyszeć, co Tymoteusz o tym sądzi.

Weszli na stację kolei podziemnej.

– Którą jedziesz klasą? Ja zawsze drugą.

– Boję się drugiej – odparł Mikołaj. – Nie wie się nigdy, co tam można złapać.

Kupił bilet pierwszej klasy do Notting Hill Gate, a Roger bilet drugiej do South Kensington. Nie upłynęła minuta, kiedy przybył pociąg; bracia rozstali się i wsiedli każdy do odpowiedniego przedziału. I jeden, i drugi czuł się dotknięty, że brat nie zmienił przyzwyczajeń dla dotrzymania mu jeszcze przez chwilę towarzystwa. Każdy jednak wyraził to w sobie właściwy sposób.

Ten Nik zawsze był niemożliwy – pomyślał Roger.

Z Rogera zawsze był taki nieznośny uparciuch – powiedział sobie Mikołaj.

Forsyte’owie nie byli nigdy zbyt uczuciowi. Czy mieli zresztą czas na sentymenty w tym wielkim Londynie, który zdobyli i który ich wchłonął?

1 Mowa o Hyde Parku, stale nazywanym przez Galsworthy’ego „Parkiem” (przyp. tłum.).

2 Konsole – w oryg. consols (skrócone: Consolidated Annuitied) – angielskie państwowe papiery wartościowe (przyp. tłum.).

3 „Superior Dosset”, czyli „lepszy od Dorsetczyka”. Przezwisko to uzyskał dzięki swemu upartemu twierdzeniu, że miejsce jego pochodzenia leży w Devonshire, a nie w Dorsetshire.

STARY JOLYON IDZIE NA OPERĘ

O piątej po południu następnego dnia stary Jolyon siedział sam, z cygarem w ustach, mając na stoliku przed sobą filiżankę herbaty. Był zmęczony i zasnął, nie zdążywszy nawet wypalić do końca cygara. Mucha usiadła mu na włosach, wśród usypiającej ciszy oddychał chrapliwie, a górna warga odymała się i opadała pod siwym wąsem. Spomiędzy palców żylastej, pomarszczonej ręki wypadło cygaro i dopaliło się samo na pustym palenisku kominka.

Ponury mały gabinet z kolorowymi szybami okiennymi wstawionymi celem odgrodzenia się od widoku ulicy zapełniony był masywnymi, rzeźbionymi mahoniowymi meblami, pokrytymi ciemnozielonym pluszowym obiciem. O garniturze tym stary Jolyon zazwyczaj mawiał: „Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby mi grubo kiedyś za niego zapłacono”. Miło mu było pomyśleć, że w przyszłości może zarobić na rzeczach, które ongiś nabył znacznie taniej.

W mrocznej, soczyście brunatnej atmosferze, właściwej tylnym pokojom siedzib Forsyte’ów, rembrandtowski efekt wielkiej głowy Jolyona uwieńczonej grzywą siwych włosów i odcinającej się od oparcia wysokiego poręczowego fotela psuł wąs, nadający jego twarzy poniekąd marsowy wygląd. Stary zegar, który wisiał tu jeszcze przed jego ślubem, a więc od czterdziestu przeszło lat, znaczył swoim cykaniem zazdrosne przemijanie sekund ulatujących na zawsze od jego starego właściciela.

Jolyon nie dbał nigdy o ten pokój, do którego wchodził bardzo rzadko, chyba po to tylko, aby wyjąć cygaro z japońskiej szafeczki w rogu. Teraz z kolei pokój mścił się na nim.

Wypukłość skroni, wysuniętych niby okap nad zaklęsłymi jamami po obu stronach czoła, kości policzkowe i broda rysowały się ostrzej podczas snu, ujawniając starczość twarzy.

Obudził się. June wyjechała! James przepowiedział mu, że będzie się czuł osamotniony. James był zawsze specjalistą od dokuczliwego krakania. Jolyon przypomniał sobie z uczuciem zadowolenia, że sprzątnął mu dom sprzed nosa. Dobrze mu tak, niech się nie upiera przy cenie. O niczym innym nie potrafi myśleć, jak tylko o pieniądzach. A może naprawdę ten dom jest przepłacony? Wymaga ogromnych wkładów… Mógłby się założyć, że cała ta sprawa z June będzie kosztowała sporo grosza. Nie powinien był pozwolić na jej zaręczyny. Poznała się z Bosinneyem w domu Baynesów. Baynes i Bildeboy – spółka architektów. Baynes, którego Jolyon dobrze znał – takie sobie ciepłe kluski – jest, zdaje się, wujem Bosinneya ze strony matki. Od chwili zawarcia znajomości dziewczyna nie przestała zaprzątać sobie głowy tym młokosem, a jak raz sobie coś wbije w mózgownicę, nie ma sposobu, by jej to wyperswadować. Zawsze i wiecznie musi opiekować się jakimiś „kulawymi kaczętami”, to już jej słabość. Chłopak goły jak święty turecki, i właśnie z nim musiała się zaręczyć – postrzeleniec, niepraktyczny, licho wie, ile jeszcze będzie z nim kłopotu!

June przyszła pewnego dnia do dziadka, oznajmiła mu tę nowinę w swój zwykły, nagły, szorstki sposób i jak gdyby na pociechę dodała:

– On jest taki nadzwyczajny! Czasem przez cały tydzień żył jedynie o filiżance kakao!

– Chciałby może, żebyś i ty żyła tylko filiżanką kakao?

– O nie! Wypływa już teraz pełną parą!

Stary Jolyon wyjął cygaro spod białych wąsów powalanych na brzegach kawą i spojrzał na drobną postać dziewczątka, które tak głęboko wrosło mu w serce. Znał się trochę lepiej niż wnuczka na takim „wypływaniu pełną parą”. Ale June, objąwszy rękoma jego kolana, ocierała się o niego brodą, pomrukując jak głaskany kot. Jolyon, strząsnąwszy popiół z cygara, wybuchnął w nerwowym podnieceniu:

– Wszystkieście jednakowe. Musicie mieć to, na co wam przyszła chętka. Inaczej się nie uspokoicie! Ha, jeżeli chcesz koniecznie się unieszczęśliwić, rób, co ci się podoba. Ja umywam ręce od wszystkiego!

Umył zatem ręce od wszystkiego, stawiając tylko warunek, że nie pobiorą się, dopóki Bosinney nie będzie zarabiał co najmniej czterysta funtów rocznie.

– Nie będę mógł dać ci zbyt wiele – zapowiedział, ale June nie po raz pierwszy słyszała z jego ust te słowa. – Może ten twój… – jakże mu tam na imię? – pomyśli o zaopatrzeniu was w kakao.

Prawie nie widywał June od czasu, kiedy rozpoczęła się ta historia. Fatalna sprawa! Ani mu się śni dawać małej dużo pieniędzy, żeby umożliwić próżniacze życie chłopcu, o którym nie wie nic bliższego. Widywał już takie rzeczy, nie prowadzą nigdy do niczego dobrego. Co najgorsze, nie ma nadziei zachwiania jej decyzji; dziewczyna uparta jak kozioł, zawsze taka była, od dzieciństwa. Nie ma pojęcia, na czym to się skończy. Ale cóż, będą musieli żyć zgodnie z przysłowiem: tak krawiec kraje, jak materii staje. On jednak nie ustąpi, dopóki nie przekona się, że młody Bosinney zarabia sam na życie. Jasne jak słońce, że June będzie miała do syta kłopotów z tym narwańcem; chłopak tak się zna na zarabianiu pieniędzy jak koza na gwiazdach. A co się tyczy jego starych ciotek w Walii, do których dziewczynie tak było śpieszno, można sobie wyobrazić, jakie to muszą być straszydła na wróble!

Stary Jolyon siedział bez ruchu wpatrzony w ścianę; gdyby nie otwarte oczy, można by przypuścić, że śpi… Co za myśl, żeby ten szczeniak Soames miał dawać mu rady! Zawsze był szczeniakiem, z tym swoim zadartym do góry nosem! Ale niedługo będzie już posiadaczem na wielką skalę, osiądzie w siedzibie wiejskiej! Posiadacz! Hm! hm!… Fakt, że potrafi wywęszyć wszędzie dobre kupno jak jego ojciec. Zimny, wyrachowany pętak!

Jolyon wstał, zbliżył się do szafki i zaczął systematycznie napełniać papierośnicę cygarami ze świeżo nabytej paczki. Nie są nawet złe na tę cenę, niepodobna jednak dostać teraz prawdziwie dobrych cygar. Obecne nie umywają się nawet do dawnych superfinosów Hansona i Bridgera. To dopiero były cygara!

Myśl ta, jak nieuchwytny zapach perfum, ożywiła w jego pamięci cudowne noce w Richmond, gdzie po obiedzie, z cygarem w ustach, siadywał na tarasie Berła i Korony w towarzystwie Mikołaja Treffry’ego, Traquaire’a, Jacka Herringa i Antoniego Thornworthy’ego. Jak przednio smakowały wówczas cygara! Biedny stary Nik nie żyje i Jack Herring także, i Traquaire zginął przez tę swoją żonę. Thornworthy do niczego już, trzęsący się dziad (nic dziwnego przy jego apetycie)…

Z całej ówczesnej kompanii pozostał tylko on, no i oczywiście Swithin. Ale co robić z taką baryłą?

Trudno uwierzyć, że to tak dawno; on sam czuje się jeszcze młody! Ze wszystkich myśli, jakie przechodziły mu przez głowę, kiedy tak stał, licząc cygara, ta była najprzykrzejsza, najbardziej gorzka. Pomimo siwych włosów i osamotnienia czuł się wciąż młody, serce miał pełne świeżych uczuć… A te popołudnia niedzielne, kiedy on i mały Jo włóczyli się po Hampstead Heath, wzdłuż Spaniard’s Road, zapuszczając się aż do Highgate i Child’s Hill, a potem powracali znów do Heath na obiad do hotelu Jacka Straw. Jak doskonałe były wówczas cygara! A jaka wspaniała pogoda! Nie bywa teraz takiej pogody.

Kiedy June była pięcioletnim bąkiem i co drugą niedzielę prowadził ją do ogrodu zoologicznego, odciągając małą od towarzystwa obu zacnych kobiet: babki i matki, i kiedy stawali nad niedźwiedzią jamą, przynęcając nasadzonymi na koniec parasola ciastkami najulubieńsze niedźwiadki dziecka – jak przedziwny smak miały wówczas cygara!

Cygara! Nie udało mu się nawet przeżyć własnego podniebienia – słynnego podniebienia, na które w piątym i szóstym dziesiątku stulecia przysięgano jak na brodę proroka i o którym mówiono: „Forsyte – najlepsze podniebienie w całym Londynie!”. Podniebienie to stało się w pewnej mierze źródłem jego majątku, jego kariery jako znanego powszechnie właściciela hurtowni herbaty. Firma Forsyte i Treffry, której herbata słynęła romantycznym aromatem i czarem wyjątkowej oryginalności. Firmę tę owiewała w City szczególna atmosfera tajemniczości i niesłychanej przedsiębiorczości, umiejętności zawierania specjalnych umów z najlepszymi towarzystwami przewozowymi, wybierania wyjątkowych portów, nawiązywania stosunków z niektórymi tylko przedstawicielami Wschodu.

Napracował się w tej branży! W owych czasach ludzie umieli pracować! Dzisiejsza młodzież nie rozumie wcale znaczenia tego wyrazu. On sam osobiście wglądał w najdrobniejsze szczegóły, wiedział o wszystkim, co się dzieje, przesiadywał czasem całe noce przy pracy. Osobiście też wybierał zawsze swoich agentów i chlubił się tym. Mawiał, że umiejętność dobierania ludzi stanowi tajemnicę jego powodzenia. Wykorzystywanie tego mistrzowskiego daru było właściwie jedyną stroną jego fachu, którą prawdziwie lubił. Dla człowieka obdarzonego takimi jak on zdolnościami nie była to odpowiednia kariera. Teraz nawet, kiedy firma, przeistoczona w towarzystwo akcyjne, chyli się ku upadkowi (wycofał od dawna swój udział), doznawał ostrego uczucia żalu, ilekroć myślał o tych czasach. Mógł dokonać czegoś o wiele lepszego! Mógłby być świetnym adwokatem! Myślał nawet o kandydowaniu do parlamentu. Jak często Mikołaj Treffry mawiał do niego: „Mógłbyś zrobić, co byś tylko chciał, Jo, gdybyś nie był tak przeklęcie ostrożny i taki dbały o siebie!”. Kochany stary Nik! Zacny chłop, ale postrzeleniec i hulaka! Znali go wszędzie jak zły szeląg. Ten za to nigdy nie dbał o siebie. No i dlatego umarł. Stary Jolyon liczył spokojnie cygara i nagle zaczął się zastanawiać, czy on sam nie zanadto dbał o siebie.

Umieścił wreszcie papierośnicę w bocznej kieszeni tużurka, zapiął ją i utykając na obie nogi, opierając się o poręcze długiego szeregu schodów, powrócił na górę do sypialni. Dom był zbyt obszerny. Jak June wyjdzie za mąż – jeżeli naprawdę poślubi tego chłopca, a zapewne to zrobi – Jolyon wynajmie dom i zamieszka w pensjonacie. Cóż za sens trzymać pół tuzina służby biorącej się wciąż za łby!

Na dzwonek zjawił się lokaj – okazały mężczyzna z brodą, stąpający miękkim, cichym krokiem i niezwykle milczący. Jolyon kazał mu przygotować wieczorowe ubranie: chce iść na obiad do klubu.

– O której wrócił powóz po odwiezieniu panny June na stację? O drugiej? Niech zajedzie o wpół do siódmej.

Klub, do którego z uderzeniem siódmej godziny wszedł stary Jolyon, był jedną z owych politycznych instytucji dla zamożnego mieszczaństwa, pamiętających w przeszłości lepsze dni. Pomimo że dużo mówiono o jego likwidacji – kto wie, czy właśnie nie dlatego – Disunion (tak brzmiała nazwa klubu) zdradzał zbijającą z tropu żywotność. Ludziom sprzykrzyło się powtarzać, że Disunion jest w przededniu końca. Stary Jolyon powtarzał to również, zachowywał się jednak wobec tego faktu z obojętnością drażniącą tych członków, których cechowało silne poczucie więzi klubowej.

– Dlaczego nie wypisujesz się z listy członków? – irytował się nieraz Swithin. – Dlaczego nie wstępujesz do Polyglot? Nigdzie w całym Londynie nie dostaniesz takiego wina, jak nasz Heidsieck po dwadzieścia szylingów za butelkę – i zniżając głos, dodawał: – Zostało go już tylko pięć tysięcy tuzinów. Pijam je regularnie co wieczór.

– Pomyślę o tym – odpowiadał Jolyon; ilekroć jednak przychodziło mu na myśl wykonać zamiar, przypominał sobie o pięćdziesięciu gwineach wpisowego, które zwróciłyby mu się dopiero po czterech czy pięciu latach. Poprzestawał więc w dalszym ciągu tylko na „myśleniu o tym”.

Za stary już jest, żeby się bawić w liberała. Od dawna przestał wyznawać polityczne doktryny swojego klubu, pozwalał sobie nawet, mówiąc o nich, nazywać je „wierutnym nonsensem”; sprawiało mu jednak przyjemność pozostawać w charakterze członka w paszczy instytucji głoszącej zasady tak sprzeczne z jego własnymi. Zawsze zresztą czuł pogardę dla tego klubu, do którego wstąpił przed wielu laty, gdy nie przyjęto go do Hotch Potch na tej zasadzie, że „zajmuje się handlem”. Jak gdyby nie był tyleż wart, co każdy z nich! Pogardzał, rzecz prosta, klubem, do którego został przyjęty. Członkowie jego to sama hołota, wielu z nich – ludzie z City – agenci giełdowi, obrońcy sądowi, urzędnicy licytacyjni, licho wie, kto jeszcze! Jak większość ludzi silnego charakteru, niezdobywających się jednak na oryginalność, stary Jolyon mało cenił sferę, do której należał. Stosował się wiernie do jej obyczajów towarzyskich i innych, w duchu jednak uważał wszystkich jej członków za „ludzi bardzo pospolitych”.

Lata i filozofia życiowa, którą zdobył z biegiem czasu, przyćmiły pamięć porażki doznanej w Hotch Potch i teraz w myślach jego klub ten wzniósł się do godności „króla klubów”. Byłby jego członkiem już od wielu lat, ale wprowadzający Jolyona Jack Herring tak ślamazarnie zabrał się do rzeczy, że zarząd klubu nie zdawał sobie wcale sprawy, jakie robi głupstwo, odrzucając jego kandydaturę. Przecież syna Jolyona, młodego Jo, przyjęto od razu! Bodaj że nawet chłopiec jest w dalszym ciągu członkiem Hotch Potch, przed ośmiu laty ojciec otrzymał od niego datowany stamtąd list.

Nie był w Disunion już od miesięcy. Przez ten czas odnowiono lokal, pstrząc go dwubarwną dekoracją ścian, jak zwykło się czynić ze starymi domami i starymi okrętami, aby łatwiej je sprzedać.

Wstrętny kolor tapety w palarni! – pomyślał. Ale jadalnia wcale niezła.

Mrocznoczekoladowy odcień ożywiony jasnozielonymi szlakami odpowiadał jego gustom.

Zamówił dla siebie obiad i usiadł w tym samym kącie, a może przy tym samym stole (niewiele się zmieniało w Disunion – klubie o radykalnych nieomal zasadach), przy którym on i młody Jolyon zwykli siadywać przed dwudziestu pięciu laty, ilekroć zabierał syna do teatru Drury Lane podczas wakacji.

Chłopiec wielbił teatr i stary Jolyon przypomniał sobie, jak syn siadywał naprzeciw niego i usiłował ukryć podniecenie pod pozorem starannie udawanej, lecz przejrzystej obojętności.

Zamówił teraz taki sam obiad, jaki wybierał zawsze jego chłopak – rosół, smażone śledziki, kotlet i kawałek tortu. O, gdyby tak mieć teraz syna naprzeciw siebie!

Nie widzieli się już od czternastu lat. Nie po raz pierwszy od tego czasu zadawał sobie stary Jolyon dręczące pytanie, czy w owej sprawie z synem nie zawinił trochę i on sam. Nieszczęśliwa miłość do niegodziwej flirciarki Danae Thornworthy, obecnie Danae Pellew, córki Antoniego Thornworthy’ego, rzuciła młodzieńca w ramiona matki June. Może nie należało dopuścić do ich małżeństwa, oboje byli zbyt młodzi; przekonawszy się jednak o nadmiernej wrażliwości chłopca, pragnął widzieć go jak najprędzej żonatym. Po czterech latach nastąpiła katastrofa. Niepodobieństwem było oczywiście stanąć wówczas po stronie syna; rozsądek i tradycja – to połączenie potężnych czynników zastępujących mu zasady – nie pozwalały bronić syna, serce jednak cierpiało nad tym. Ponura bezwzględność całej sprawy wykluczała wszelkie liczenie się z uczuciem. Istniała przecież June, maleńka kruszyna o płomiennych włosach; oplotła się ona, owinęła dokoła starego Jolyona, wrosła mu w serce stworzone na zabawkę i umiłowane schronienie drobnych, nieporadnych istotek. Z właściwą sobie trzeźwością pojmował, że musi zdecydować się na rozstanie z wnuczką lub z synem. W podobnej sytuacji półśrodki na nic się nie zdadzą. Na tym polegała cała tragedia. I drobna, bezbronna istotka odniosła zwycięstwo. Nie można równocześnie dwóch srok łapać za ogon. Rozstał się więc z synem.

Rozstanie to trwało dotychczas.

Swojego czasu zaproponował młodemu Jolyonowi, że będzie mu wypłacał zmniejszoną, ale stałą pensję, propozycja ta została jednak odrzucona. Bodajże odmowa ta dotknęła ojca bardziej niż wszystko inne, pozbawiając ostatniej możności wyładowywania hamowanej miłości do syna; stanowiło to tak namacalny, nieodwołalny dowód zerwania, jakim może być tylko zrzeczenie się wszelkiej wspólnoty własności.

Obiad nie smakował Jolyonowi. Szampan wydał mu się kwaśny i cierpki, nie taki jak Veuve Cliquot z dawnych dni.

Przy czarnej kawie przyszło mu na myśl pojechać na operę. Kazał sobie podać „Timesa” – nie ufał innym dziennikom – i przejrzał kolumnę widowisk na ten wieczór. Dawano Fidelia.

Chwała Bogu, że nie żadną z nowomodnych niemieckich pantomim tego zwariowanego Wagnera.

Włożył dawny szapoklak operowy, który dzięki spłaszczonemu przez użycie rondu i potężnym rozmiarom wyglądał na symbol wspanialszej przeszłości; wciągnął na ręce parę cienkich, lawendowego koloru rękawiczek z koźlęcej skórki wydających mocny zapach rosyjskiego juchtu wskutek stałego przebywania w kieszeni w sąsiedztwie skórzanej papierośnicy, i wsiadł do dorożki.

Powozik potoczył się wesoło ulicami, których niezwykłe ożywienie uderzyło starca.

Hotele muszą robić kolosalne obroty, pomyślał. Przed kilku laty nie było tutaj jeszcze ani jednego z tych wielkich gmachów. Przypomniał sobie z zadowoleniem o placu, jaki posiadał w tej dzielnicy. Wartość jego niewątpliwie ogromnie podskoczyła! Świetny interes!

Myśl ta naprowadziła wszakże Jolyona na splot owych oderwanych, tak rzadkich u członków rodu Forsyte’ów refleksji, w których snuciu tkwiła po części tajemnica jego przewagi nad nimi. Jakimiż drobinami są ludzie! Ile tych drobin! Co się z nimi wszystkimi stanie?

Potknął się, wysiadając z dorożki, zapłacił woźnicy dokładnie tyle, ile się należało, bez napiwku, poszedł do kasy, aby kupić bilet, i stał z portmonetką w ręce – zawsze nosił pieniądze w portmonetce, nie uznawał zwyczaju młodych ludzi obecnego pokolenia, lubiących nosić pieniądze luzem po kieszeniach. Kasjer wychylił się z okienka niby stary pies z budy.

– O! – zawołał ze zdumieniem. – To pan Jolyon Forsyte! Nie mylę się! Nie widziałem już łaskawego pana od lat! Mój Boże! Inne były dawniej czasy! Tak, tak, pan szanowny i pański brat, i pan Traquaire, ten licytator, i pan Mikołaj Treffry – abonowaliście zawsze po sześć, siedem krzeseł u nas co sezon. Jakże zdrowie pańskie? Nie młodniejemy, nie, nie!…

Oczy starego Jolyona pociemniały; zapłacił swoją gwineę. A więc go nie zapomniano! Wszedł do sali teatralnej wraz z pierwszymi taktami uwertury, jak stary koń bojowy na sygnał do ataku.

Spłaszczywszy szapoklak, usiadł, ściągnął i starannie złożył, jak to ongiś czynił, swoje lawendowe rękawiczki, po czym przybliżył do oczu lornetkę, żeby rozejrzeć się po sali. Opuścił ją później na złożony szapoklak i utkwił wzrok w kurtynę. Dotkliwiej niż kiedykolwiek czuł, że skończyło się już dla niego wszystko. Gdzie się podziały wszystkie kobiety, wszystkie owe ładne kobiety, których tak tu było zawsze pełno? Co się stało z owym dawnym biciem serca w oczekiwaniu na któregoś z wielkich śpiewaków? Co z uczuciem upojenia życiem i zdolnością radowania się jego rozkoszami?

Najżarliwszy bywalec operowy swego czasu! Jakie tam teraz opery! Ten zwariowany Wagner zmarnował wszystko; nie ma melodii, nie ma pieśni, nie ma głosów, aby je śpiewać. O, cudowni dawni śpiewacy! Nie zostało już po nich śladu! Siedział, słuchając dobrze znanych scen, i tępy ból ściskał mu serce.

Od srebrnego półkola zaczesanych za uszy włosów aż do ułożenia stóp obutych w czarne kamasze nie było nic starczo zniekształconego i osłabłego w całej postaci starego Jolyona. Siedział tak samo – a przynajmniej prawie tak samo – wyprostowany jak za dawnych czasów, kiedy przychodził tutaj co wieczór; i wzrok miał nadal równie dobry, a przynajmniej prawie równie dobry. Ale jakie uczucie znużenia i rozczarowania!

Przywykł przez całe życie cieszyć się każdą rzeczą, nawet daleką od doskonałości – tyle jest na świecie rzeczy niedoskonałych! – używał ich jednak powściągliwie, aby jak najdłużej zachować młodość. Lecz teraz utracił już tę umiejętność radowania się życiem, utracił zdolność filozoficznego zapatrywania się na nie; pozostało tylko straszne uczucie, że wszystko się dla niego skończyło. Ani nawet chór więźniów, ani pieśń Florestana nie były w stanie rozproszyć jego ponurych, zrodzonych z samotności myśli.

Gdyby chociaż Jo był przy nim! Musi już mieć teraz czterdziestkę. Stracił czternaście lat z życia swego jedynego syna. A przecież Jo przestał być pariasem społecznym. Jest żonaty. Stary Jolyon nie zdołał oprzeć się chęci zaznaczenia aprobaty dla tego kroku i posłał synowi czek na pięćset funtów. Czek został zwrócony w liście datowanym z Hotch Potch i sformułowanym w następujący sposób:

Najdroższy Ojcze!

Hojny dar Twój był mi miły jako oznaka, że nie sądzisz o mnie najgorzej. Zwracam Ci go, gdybyś jednak uważał za właściwe ulokować sumę tę na rzecz malca (nazywamy go Jolly), który nosi nasze wspólne imię i ma zaszczyt nosić nasze nazwisko, bardzo będę rad.

Mam nadzieję, że zdrowie Twoje jest równie dobre jak zawsze, czego Ci z całego serca życzę.

Twój kochający syn

Jo

List był kubek w kubek jak chłopak. Zawsze serdeczny i miły w obejściu. Stary Jolyon odpowiedział:

Drogi mój Jo!

Suma (500 funtów) wciągnięta jest do moich ksiąg na rzecz Twojego chłopca pod nazwiskiem Jolyona Forsyte’a, i została oprocentowana prawie na pięć od sta. Mam nadzieję, że dobrze Ci się powodzi. Zdrowie moje dotychczas jeszcze dobre.

Z wyrazami miłości kochający Cię ojciec

Jolyon Forsyte

Co roku 1 stycznia dodawał do tego kapitału sto funtów oraz procenty. Suma rosła; w najbliższy Nowy Rok wyniesie tysiąc pięćset i kilka funtów. Trudno powiedzieć, ile satysfakcji sprawiała mu ta coroczna transakcja. Korespondencja z synem urwała się jednak.

Pomimo miłości do syna, pomimo instynktu (po części wrodzonego, po części zaś, jak u tysięcy osób należących do tej samej klasy społecznej, będącego wynikiem ciągłego obracania się w sferze interesów), który skłaniał go do osądzania ludzi raczej na podstawie ich osiągnięć aniżeli zasad, w głębi serca Jolyona tkwiło jakieś uczucie niepokoju. W danych okolicznościach syn jego powinien był właściwie zupełnie zejść na psy; taką zasadę głosiły wszystkie powieści, kazania i sztuki teatralne, jakie kiedykolwiek zdarzyło mu się czytać, słyszeć lub oglądać na scenie.

Po otrzymaniu z powrotem czeku stary Jolyon był zupełnie zbity z tropu. Coś wydawało mu się nie w porządku. Dlaczego syn jego nie zszedł na psy? A zresztą, skąd można to wiedzieć?

Słyszał oczywiście – a raczej postarał się dowiedzieć – że Jo mieszka w St John’s Wood, że posiada mały domek z ogrodem na Wistaria Avenue, że żona bywa z nim w towarzystwie – rozumie się, w dość szczególnym towarzystwie – że mają dwoje dzieci, chłopaczka nazywają Jolly4 (w danych warunkach imię to brzmiało nieomal cynicznie, a stary Jolyon nie lubił i zarazem bał się cynizmu), a dziewczynkę, urodzoną już w małżeństwie, Holly. Gdzie można by się poinformować, jakie są naprawdę warunki materialne syna? Wiedział tyle tylko, że spieniężył on rentę otrzymaną jako schedę po ojcu matki i pracował jako agent ubezpieczeniowy w biurach Lloyda; nadto malował akwarele. Stary Jolyon dowiedział się o tym i kupował je w sekrecie od czasu do czasu, spostrzegłszy przypadkiem podpis syna pod pejzażem przedstawiającym Tamizę i wystawionym w oknie handlarza obrazów. Uważał je za marne i nie zawieszał na ścianie przez wzgląd na podpis; trzymał je zamknięte w szufladzie.

W wielkiej sali operowej ogarnęła go niezmożona tęsknota za synem. Odtwarzał w pamięci wizje dalekiej przeszłości, kiedy malec w brązowym płóciennym ubranku lubił prześlizgiwać się pod łukiem rozstawionych ojcowych nóg, potem czasy, kiedy Jolyon biegł obok kucyka chłopca, ucząc go konnej jazdy; wreszcie dzień, w którym po raz pierwszy zaprowadził syna do szkoły. Chłopczyna taki był kochający i kochany! W kolegium w Eton zyskał, w zbyt wielkim może stopniu, owe pożądane maniery, które – jak wiedział stary Jolyon – nabyć można tylko w tego rodzaju szkole, i to bardzo znacznym kosztem; zawsze jednak pozostał miły i przyjacielski. Zawsze też był mu przyjacielem, nawet po Cambridge, jakkolwiek uniwersytet oddalił go nieco od rodziny – może wskutek zyskanych tam wszelkiego rodzaju plusów. Stosunek starego Jolyona do krajowych szkół publicznych5 i „uniwerków” nie zmienił się; zachował on wzruszające uwielbienie niewolne jednak od pewnego rodzaju nieufności wobec systemu kształcenia stosowanego przez wyższe warstwy społeczne, a z którego jemu samemu nie było dane korzystać…

Teraz, kiedy June odjechała i opuściła dziadka, a raczej prawie opuściła, pociechą byłoby dla niego zobaczyć syna. Czując, że myślą tą popełnia zdradę wobec swego rodu, swoich zasad i swojej warstwy, stary Jolyon utkwił oczy w śpiewaku. Marny aktorzyna! Marny, nieudolny partacz! A Florestan to istny kij!

Skończyło się. Jak łatwo zadowolić dzisiejszą publiczność!