Saga rodu Forsyte`ów.Tom 3. Przebudzenie. Do wynajęcia - John Galsworthy - ebook
Opis

Powieść wszech czasów w nowym, pięknym wydaniu!

Londyn, 1886 rok. Spotkanie na zaręczynowym przyjęciu staje się początkiem dramatycznych zdarzeń, które na zawsze dzielą zamożną mieszczańską rodzinę Forsyte'ów, a ich losy przez następne kilkadziesiąt lat śledzimy w trzech tomach tej mistrzowskiej powieści.

Żaden z utworów Johna Galsworthy'ego, laureata literackiej Nagrody Nobla, nie cieszył się taką poczytnością jak "Saga rodu Forsyte'ów". Co decyduje o tym, że ta książka intryguje czytelników do dziś? Krytycy pisali o epickim rozmachu i kronikarskim obiektywizmie, starannie wyważonej narracji, bezstronności i chłodnym dystansie w kreowaniu bohaterów. Zgoda, ale jest jeszcze jeden walor - psychologia. Mistrzowskie operowanie introspekcją, opisy wahań moralnych i uczuciowych, finezyjne wyrażanie stanów wewnętrznych, szczególnie w sytuacjach krańcowych - oto wartości, które decydują o tym, że "Saga rodu Forsyte'ów" brzmi ciągle świeżo i współcześnie.

To one sprawiły, że książka była wielokrotnie ekranizowana, a ostatnia wersja serialu na jej podstawie zainspirowała m.in. twórców "Downton Abbey".

…za jego wybitną sztukę opowiadania, której najwyższą formą jest "Saga rodu Forsyte’'ów".

Uzasadnienie przyznania Johnowi Galsworthy’emu w 1932 r. Literackiej Nagrody Nobla

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 431

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

Tytuł oryginału:

THE FORSYTE SAGA

AWAKENING TO LET

Projekt okładki

Maciej Konopka

Redaktor prowadzący

Milena Rachid Chehab

Re­dak­cja

Irma Iwaszko

Ko­rek­ta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8169-751-4

Warszawa 2019

Wy­daw­ca

 

Interludium

Przebudzenie

 

Była godzina piąta po południu. Lipcowe słońce, oświetlając hall w Robin Hill poprzez grube okno w suficie, rzucało plamę blasku akurat na zakręcie szerokiej klatki schodowej. Pośrodku tej smugi świetlnej stał mały Jon Forsyte w błękitnym płóciennym ubranku. Włoski gorzały mu w tym oświetleniu; gorzały i oczy pod zmarszczonymi brewkami, bo oto malec – jak to już czynił niezliczone razy w oczekiwaniu na przyjazd ojca i matki – zastanawiał się, w jaki sposób po raz ostatni zejść schodami na dół. Czy przebyć cztery schody jednym skokiem, a pięć dalszych… na siedzeniu? To już przestarzałe! Po poręczy? Ale jak? Na buzi, nogami w przód? To już bardzo przestarzałe! Na brzuszku, boczkiem? Do niczego! Na plecach z rozkrzyżowanymi w dwie strony ramionami? Nie wolno! A może na buzi, głową w przód, w sposób nieznany dotąd nikomu poza nim samym?… Taki był powód zmarszczki na rozjaśnionej słońcem twarzyczce małego Jona…

W owym czasie – to jest w lecie 1909 roku – różne prostoduszne istoty noszące się właśnie z myślą uproszczenia mowy angielskiej nie wiedziały nic, rzecz prosta, o małym Jonie, w przeciwnym bowiem razie przyznałyby się doń jako do swego ucznia. Jednakże na tym świecie można wszystko aż nadto uprościć – bo oto prawdziwe imię chłopca brzmiało Jolyon, a jego żyjący ojciec i zmarły brat przyrodni z dawna już zagarnęli dla siebie dwa inne skróty: Jo i Jolly. Trzeba nadmienić, że mały Jon uczynił, co w jego mocy, by zgodnie z powszechną wymową nadać swemu imieniu najpierw formę Jhon, później zaś John; formę Jon przyswoił sobie dopiero wówczas, gdy ojciec wytłumaczył mu, że jest to konieczne.

Ojciec posiadał dotąd tylko część jego serca – część niezajętą przez stajennego Boba, co grywał na harmonii, i przez niańkę zwaną „Da”, która w niedziele i święta przyodziewała fioletową sukienkę, a w życiu prywatnym, jakie dorywczo prowadzą i słudzy domowi, nosiła nazwisko Spraggins. Matka ukazywała się chłopcu jedynie na podobieństwo zjawy sennej – cudownie pachnąca, gładziła mu główkę przed samym zaśnięciem i czasami przycinała jego złotobrązowe włoski. Gdy rozbił sobie czoło o piec w dziecinnym pokoju, przyszła zatamować krew, a gdy dręczyły go złe sny, siadała na łóżku i tuliła główkę chłopca do swej szyi. Była mu droga, ale daleka, ponieważ „Da” była tak bliska, a w sercu mężczyzny trudno naraz pomieścić więcej niż jedną kobietę. Z ojcem, naturalnie, łączyły go też więzy szczególnej wspólnoty – mianowicie mały Jon roił sobie, że gdy dorośnie, zostanie również malarzem, z tą tylko maleńką różnicą, że nie będzie malował obrazów jak ojciec, ale ściany i sufity, stojąc na desce pomiędzy dwiema drabinami, przepasany zapaćkanym fartuchem i owiany miłym zapachem świeżego wapna… Poza tym ojciec brał go z sobą do Richmond Park, gdzie chłopak mógł jeździć na kucyku zwanym dla swej maści Myszką.

Mały Jon urodził się ze srebrną łyżką w buzi1 – może trochę za wielką i zbyt wygiętą. Nie zdarzyło mu się słyszeć, by ojciec lub matka zwracali się gniewnie czy to do siebie, czy do niego, czy do kogokolwiek innego; stajenny Bob, kucharz, Jane, Bella i reszta służby, a nawet „Da” – jedyna osoba nakładająca mu pewne hamulce – zwracając się do niego, mieli szczególny ton głosu. Jon był przeto święcie przekonany, że świat jest siedliskiem doskonałej a nieustającej uprzejmości i swobody.

Świadomość Jona – dziecka 1901 roku – zaczęła się kształtować właśnie wtedy, gdy jego ojczyzna po owym przykrym ataku szkarlatyny, jakim była wojna z Burami, przygotowywała się do liberalnego odrodzenia przypadającego na rok 1906. Surowość nie była w modzie, a rodzice mieli wzniosłe pojęcia na punkcie niczym nieskrępowanej swobody swego potomstwa. Połamali przeto rózgi, pobłażali dzieciom i już z góry entuzjastycznie przewidywali wspaniałe rezultaty tej metody. Poza tym mały Jon postąpił dobrze i rozsądnie, wybierając sobie na ojca miłego mężczyznę lat pięćdziesięciu dwóch, który poprzednio stracił jedynego syna, a na matkę kobietę lat trzydziestu ośmiu, której był synem pierworodnym i jedynym. Jeżeli nie został czymś pośrednim między pokojowym pieskiem a małym mądralą, zawdzięczał to uwielbieniu, jakie ojciec okazywał matce, gdyż nawet mały Jon mógł zauważyć, że nie była ona tylko – jego matką i że przy niej on sam grał dopiero drugie skrzypce w sercu ojca. Jakie zajmował miejsce w sercu matki, tego jeszcze nie wiedział. Co się tyczy „cioci” June (przyrodniej siostry, w tym jednakże wieku, iż wyrosła z tego stosunku pokrewieństwa), ta, trzeba jej to przyznać, kochała go, ale traktowała zbyt obcesowo. Także i oddana mu „Da” miała gusta spartańskie: kąpiel przygotowywano mu chłodną, kolanka miał odsłonięte i nigdy go nie zachęcano, by roztkliwiał się nad sobą. Gdy szło o utrapioną kwestię wychowania, mały Jon podzielał zdanie tych, którzy uważali, że dzieci nie należy do niczego przymuszać. Czuł sympatię do mademoi­selle, która codziennie rano przez dwie godziny uczyła go języka francuskiego, historii, geografii i czterech działań. Nie były mu niemiłe i lekcje gry na fortepianie udzielane przez matkę, ta bowiem umiała zachęcać go do uczenia się coraz nowych melodyjek, nigdy nie każąc ćwiczyć takiej, której nie lubił – tak że chłopak wciąż palił się do zdobywania coraz to większej zwinności niezgrabnych dotąd paluszków. Pod okiem ojca uczył się rysować zabawne świnki i inne zwierzątka. Nie był wspaniale edukowanym chłopaczkiem. Jednakże – ogółem rzecz biorąc – srebrna łyżka nadal tkwiła w jego buzi, nie przynosząc mu szkody, chociaż „Da” niekiedy twierdziła, że towarzystwo innych dzieci „dobrze by mu zrobiło”.

Jakież to było rozczarowanie, gdy pewnego razu – a było to w siódmym roku życia – uparł się przy czymś, na co ona się nie zgodziła i położyła go na obie łopatki! Ten pierwszy hamulec nałożony nieskrępowanej indywidualności Forsyte’a doprowadził chłopca niemal do szału. W tym beznadziejnie rozpaczliwym położeniu oraz w niepewności, czym się to wszystko skończy, było coś przerażającego. A gdyby tak ona nigdy już nie dała mu powstać! Przez pięćdziesiąt sekund krzyczał wniebogłosy, cierpiąc okrutne męczarnie. Najgorsze jednak – to przekonanie, że „Da” dopiero po upływie tego czasu uświadomiła sobie udrękę strachu, jaki przeżywał… I w ten oto straszliwy sposób unaocznił mu się brak wyobraźni istoty ludzkiej! Gdy pozwoliła mu wstać, był nadal przekonany, że „Da” popełniła rzecz straszną. Chociaż nie pragnął skarżyć się na nią, obawa, że coś podobnego może się jeszcze powtórzyć, kazała mu odszukać matkę i powiedzieć:

– Mamusiu, nie pozwól, żeby „Da” jeszcze mnie kiedy tak przytrzymała na ziemi!

Matka, wznosząc nad głową ręce, w których trzymała dwa sploty włosów – couleur de feuille morte2, jak mały Jon nie nauczył się jeszcze ich nazywać – spojrzała na niego oczyma podobnymi do skraweczków jego brunatnej aksamitnej kurteczki i odrzekła:

– Dobrze, syneczku, nie pozwolę.

Mały Jon był zadowolony z tego jej wystąpienia w charakterze bóstwa opiekuńczego, zwłaszcza gdy spod stołu, gdzie w czasie śniadania oczekiwał ulubionego grzybka, usłyszał, jak mówiła do ojca:

– A więc czy ty powiesz „Da”, mój drogi, czy też ja mam to uczynić? Ona jest tak do niego przywiązana…

Na to ojciec odpowiedział:

– Tak, ale nie powinna okazywać tego w taki sposób. Wiem doskonale, jakie to uczucie, gdy jest się położonym na łopatki. Żaden z Forsyte’ów nie zniesie tego ani przez minutę.

Zdając sobie sprawę, że rodzice nie wiedzą o jego bytności pod stołem, mały Jon wpadł w zupełnie nowy dla niego stan zakłopotania i nie ruszył się z miejsca, mimo iż na grzybka miał ogromną ochotę.

Takie było pierwsze jego zanurzenie się w czarnych otchłaniach istnienia. Od tego czasu nie przeżywał już żadnych objawień – aż do dnia, gdy poszedłszy do obory, by napić się mleka wprost od krowy, udojonego właśnie przez Garratta, ujrzał cielątko Koniczynki… nieżywe! Nie dał się pocieszyć i w towarzystwie zaniepokojonego Garratta udał się na poszukiwanie „Da”; nagle jednak zrozumiał, że nie jest ona tym kimś, kogo mu potrzeba, pomknął co tchu szukać ojca i wpadł w rozwarte ramiona matki.

– Cielątko Koniczynki zdechło! Och! Och! Takie jest flakowate!

Uścisk matki i jej słowa: „Ależ, dziecko, uspokój się, uspokój”, utuliły go w płaczu. Lecz jeżeli cielątko Koniczynki mogło zdechnąć… mogło się to samo przydarzyć każdemu stworzeniu… nie tylko pszczołom, muchom, chrząszczom i kurczątkom… i każde mogło stać się równie flakowate! Jakież to było straszne… i jak rychło poszło w niepamięć!

Następną przygodą, i to bardzo bolesną – którą matka pojęła znacznie lepiej niż „Da” – było „przysiedzenie” wielkiego trzmiela. Potem już przez cały rok nie zdarzyło się nic o istotnym znaczeniu aż do czasu, gdy po dniu fatalnego samopoczucia chłopak zakosztował choroby, na którą złożyły się: wysypka, łóżko, łyżka z miodem i mnóstwo mandarynek. Wtedy to cały świat rozkwitł nagle przed jego oczyma. Stało się to za sprawą „cioci” June; albowiem ledwo Jon stał się „kulawym kaczęciem”, June w te pędy przybyła z Londynu, przywożąc książki, które wykarmiły jej wikingowską duszę urodzoną w pamiętnym roku 1869. Książki te, sędziwe i wielobarwne, roiły się od przeokropnych zdarzeń. Ciotka czytała je małemu Jonowi aż do chwili, kiedy pozwolono mu je czytać samemu; wtedy zwiała do Londynu, pozostawiając chłopcu cały stos tej lektury. Ta strawa wywoływała ferment w jego wyobraźni, aż w końcu nie myślał już i nie śnił o niczym innym, jak tylko o miczmanach, okrętach arabskich handlarzy niewolników, piratach, tratwach, kupcach drzewa sandałowego, maszynach parowych, rekinach, bitwach, Tatarach, Indianach, balonach, biegunach północnych i innych szaleńczych rozkoszach. Gdy pozwolono mu wstać, natychmiast olinował i omasztował swoje łóżko – od kasztelu przedniego aż po rufę – po czym odbił od okrętu i płynął w wąskiej wanience po zielonych wodach dywanu, aż dotarł do skały, na którą wdarł się za pomocą mahoniowych gałek otwierających jej szuflady, aby przytknąwszy do oka wysoką szklankę, rozejrzeć się po widnokręgu w poszukiwaniu zbawczych żagli. Później sporządził – niestety, na jeden tylko dzień – tratwę z wieszaka na ręczniki, tacki od herbaty oraz poduszek. Gdy przyniesiono mu kompot z renklod, nie wypił soku, ale zlał go do próżnej butelki od lekarstwa i zaopatrzył tratwę w otrzymany tak rum; postarał się też i o pemikan sporządzony z niedojedzonych kawałków kurczęcia utłuczonych i wysuszonych nad ogniem oraz o sok cytrynowy przeciwko szkorbutowi, wyciśnięty ze skórek pomarańczowych z dodatkiem odrobiny zaoszczędzonego soku. Innego dnia zrobił biegun północny z całej swej pościeli z wyjątkiem materacyka i dotarł do niego na łódce z kory brzozowej (w codziennym życiu była to krata sprzed kominka) po krwawym starciu z białym niedźwiedziem zrobionym z materacyka i czterech kręgli przybranych w nocną koszulę „Da”. Wkrótce ojciec, pragnąc ustatkować wyobraźnię chłopca, przyniósł mu Ivanhoe, Bevisa, książkę o królu Arturze i Szkolne lata Toma Browna. Jon wziął się do pierwszej z nich, po czym przez trzy dni budował zamek Front de Boeufa, bronił go i zdobywał, grając w tym widowisku kolejno każdą rolę z wyjątkiem Rebeki i Roweny; nie brakło przy tym i przeraźliwych okrzyków: En avant, de Bracy!3 – i innych podobnych wezwań. Przeczytawszy książkę o królu Arturze, stał się niemal wyłącznie sir Lamorakiem de Galles, bo choć w książce było o nim niewiele, jednakże imię jego bardziej się chłopcu podobało od imion wszystkich innych rycerzy; uzbrojony w długą tykę bambusową rycerz na śmierć zajeździł swego starego konia na biegunach. Bevis wydał mu się mazgajowaty; zresztą potrzebne tam były lasy i zwierzyna, tej zaś w pokoju dziecinnym brakło, pominąwszy dwa koty, Fitza i Pucka Forsy­t­e’ów, które nie pozwalały na poufalenie się. Na Toma Browna był jeszcze za młody. Toteż dom odetchnął z ulgą, gdy po czterech tygodniach pozwolono mu wychodzić na dwór.

W owym miesiącu – a był to marzec – drzewa szczególnie przypominały maszty okrętowe. Wiosna ta, czarowna dla małego Jona, stanowiła okres ciężkiej próby dla jego kolan, ubranek, nade wszystko zaś dla cierpliwości „Da” zmuszonej prać, cerować i łatać jego odzienie. Codziennie, ledwo skończyło się śniadanie, rodzice, których okna wychodziły na tę stronę, mogli widzieć rezolutną twarzyczkę i jasne włoski synka wybiegającego z pokoju lekcyjnego, przebiegającego taras i wdrapującego się na pień starego dębu. W ten sposób rozpoczynał on dzień, ponieważ przed lekcjami nie było czasu na dalsze wyprawy. Urozmaicony powab starego dębu nigdy chłopcu nie powszedniał; miał on maszt główny, maszt przedni i przymasztek i zawsze można było z niego schodzić po pionowych linach – czyli po sznurach huśtawki. Po lekcjach kończących się o jedenastej udawał się do kuchni po cienki plasterek sera, biszkopt i dwie renklody (zapas żywności dostateczny co najmniej na zaopatrzenie łodzi ratunkowej) i zjadał to w jakiś wymyślny sposób, po czym, uzbrojony po zęby w strzelbę, pałasz i pistolety, wyruszał na prawdziwą wyprawę poranną, spotykając po drodze nieprzeliczone mnóstwo handlarzy niewolników, Indian, korsarzy, lampartów i niedźwiedzi. O tej porze dnia rzadko widywano go inaczej jak z kordelasem w zębach (wyglądał niczym Dick Needham), wśród hucznej palby cynkowych kapiszonów. Niejednego ogrodnika ustrzelił ziarnkiem fasoli ze swej rusznicy. Wiódł życie czynne, pełne mocnych wrażeń.

– Jon staje się okropny – mówił pod dębem ojciec do matki. – Boję się, iż gotów się wykierować na marynarza lub innego ladaco. Czyś zauważyła u niego choćby ślad kultu dla piękna?

– Ani śladu…

– No, niebu niech będą dzięki, że go jeszcze nie ciągnie do kół i maszyn! Wszystko znieść mogę, tylko nie to. Pragnąłbym, żeby trochę więcej interesował się przyrodą.

– Ma wiele wyobraźni, Jolyonie.

– Tak… Krwiożerczej wyobraźni. Czy kocha teraz kogokolwiek?

– Nie, nikogo specjalnie… tylko wszystkich w ogóle. Nie narodziło się jeszcze dziecko tak kochające i kochane jak Jon.

– Bo to twój syn, Ireno.

W tejże chwili mały Jon, leżąc na gałęzi wysoko ponad głowami rodziców, ustrzelił ich oboje dwoma ziarnkami fasoli, jednakże ten urywek dosłyszanej rozmowy utknął niby trudny do strawienia kąsek w jego ptasim żołądeczku. Kochający, kochany, wyobraźnia, krwiożercza wyobraźnia!… Tymczasem liście zaczęły już tworzyć gąszcz – i oto nadchodził dzień urodzin Jona, przypadający corocznie dwunastego maja, a pamiętny zawsze obiadem złożonym z najulubieńszych frykasów, mleczka cielęcego, grzybków, makaroników i polewki imbirowej.

Wszakże pomiędzy owym dniem ósmych urodzin a godziną popołudniową, kiedy to Jon w smudze lipcowego słońca stał na zakręcie klatki schodowej, zaszło kilka ważnych wydarzeń.

„Da”, snadź strudzona ustawicznym szorowaniem kolan chłopca, a może posłuszna owemu tajemniczemu instynktowi, który nawet niańki zmusza do rozstania się z wychowankami, zaraz nazajutrz po urodzinach Jona pożegnała się z nim wśród strumieni łez, by „wyjść” – całkowicie i zupełnie – „za jednego kawalera”. Mały Jon, przed którym do tej pory rzecz tę tajono, był niepocieszony przez całe pół dnia… Nie powinni byli trzymać tego przed nim w tajemnicy!… Dwa wielkie pudełka żołnierzy wraz z baterią armatek tudzież Młodzi trębacze, którzy znaleźli się pomiędzy prezentami urodzinowymi – wszystko to, wespół ze świeżym strapieniem, przyczyniło się do pewnego przewrotu, jaki dokonał się w chłopcu: zamiast osobiście szukać przygód i narażać własne życie, zaczął urządzać pomysłowe zabawy, w których wystawiał na szwank życie nieprzeliczonych zastępów żołnierzy cynowych, kamyków, kulek szklanych i ziarnek bobu. Z tych różnych postaci „żeru armatniego” czynił całe kolekcje i posługując się na przemian to jednymi, to drugimi, prowadził to wojnę siedmioletnią, to hiszpańską, to trzydziestoletnią, to jeszcze inne, o których czytywał w wielkiej Historii Europy stanowiącej niegdyś własność dziadka. Wojny te – których przebieg, uzależniony od inwencji chłopca, mijał się niekiedy z prawdą dziejową – rozgrywały się na podłodze dziecinnego pokoju, do którego nikt nie mógł wchodzić z obawy, by nie pomieszać szyków królowi szwedzkiemu Gustawowi Adolfowi lub nie rozdeptać jakiejś armii austriackiej. Do Austriaków – ze względu na dźwięczność ich nazwy – był namiętnie przywiązany, toteż widząc, że tak mało mieli bitew zwycięskich, wymyślał przynajmniej w zabawie coraz to nowe dla nich triumfy. Ulubionymi jego generałami byli: Eugeniusz Sabaudzki, arcyksiążę Karol i Wallenstein; Tilly’ego i Macka, choć byli Austriakami, oczywiście trudno darzyć sympatią (Jon słyszał pewnego razu z ust ojca, że były to „operetkowe postacie”, jednakże nie bardzo rozumiał, co by to mogło znaczyć). Przepadał i za Tureniuszem, również ze względów eufonicznych.

Opisany okres – przyczyniający dużo zmartwień rodzicom, gdyż chłopak, zamiast biegać po dworze, bawił się w domu – trwał przez cały maj i połowę czerwca, póki nie położył temu kresu ojciec, przynosząc Przygody Tomka Sawyera i Przygody Hucka. Przeczytawszy te książki, malec poczuł, że coś się w nim zmieniło, i wyruszył znów poza bramę domu, by rozpocząć zawzięte poszukiwania jakiejś rzeki. Ponieważ w Robin Hill z przyległościami nie było takowej, przeto zastąpić ją musiał staw, gdzie na szczęście znajdowały się lilie wodne, jętki, komary, sitowie i trzy krzaki łoziny. Po tym stawie – gdy ojciec i Garratt stwierdzili za pomocą sondowania, że dno jest bezpieczne, a woda w najgłębszych miejscach dochodzi do dwóch stóp głębokości – pozwolono chłopcu jeździć w małej wywrotnej łódce; spędzał w niej całe godziny, to wiosłując, to znów leżąc na dnie, niewidoczny dla Indianina Joe i innych nieprzyjaciół. Ponadto na brzegu stawu zbudował sobie ze starych pudełek od biszkoptów wigwam zajmujący powierzchnię bez mała czterech stóp kwadratowych, a kryty gałęźmi. W szałasie tym palił maleńkie ogniska i piekł na nich ptaki, których nie ustrzelił ze swej flinty, polując wśród pól i w zagajniku, albo ryby, których nie ułowił w stawie, ponieważ ich tam w ogóle nie było. To mu zajęło resztę czerwca i ów lipiec, gdy ojciec i matka bawili w Irlandii. Przez te pięć letnich, pogodnych tygodni, zostawiony sam sobie, wiódł samotne życie w świecie wyobraźni, za całe towarzystwo mając strzelbę, wigwam, łódkę i wodę; a chociaż mały, ruchliwy jego umysł uporczywie odsuwał od siebie pojęcie piękna, jednakże chwilami narzucało mu się ono, to przysiadając na skrzydełku jętki, to skrząc się na kwiatach lilii wodnej, to lejąc błękit w jego oczy, kiedy leżał na wznak w zasadzce.

„Ciocia” June, której zlecono opiekę nad nim, miała w domu kogoś „dorosłego”, pokaszliwującego oraz lepiącego z gliny jakąś ludzką twarz, toteż nie kwapiła się nad staw, by zobaczyć, co chłopiec porabia. Pewnego razu przyprowadziła z sobą dwoje innych „dorosłych”. Mały Jon, który właśnie pomalował sobie gołe ciałko w żółte i niebieskie pasy, posługując się farbami wodnymi z ojcowskiego pudełka, a we włosy wetknął parę piór kaczych – dostrzegł przybyszów i zaczaił się w wiklinie. Tak jak przewidywał, podeszli od razu do jego wigwamu i uklękli, by zajrzeć do środka, toteż wydawszy okrzyk ścinający krew w żyłach, zdołał niemal doszczętnie oskalpować „ciocię” June i „dorosłą” panią, zanim te zdążyły go pocałować. Dwie osoby dorosłe zwały się „ciocia” Holly i „wujaszek” Val; „wujaszek” miał twarz ogorzałą, utykał nieco na jedną nogę i okrutnie śmiał się z chłopaka. Jon nabrał sympatii do „cioci” Holly, która, jak się zdaje, również była jego siostrą; jednakże oboje wujostwo wyjechali tego samego dnia po południu i już ich więcej nie widział. Na trzy dni przed spodziewanym przyjazdem ojca i matki wyjechała również – i to z wielkim pośpiechem – „ciocia” June, zabierając pokaszliwującego „dorosłego” wraz z jego bryłą gliny. Mademoi­selle powiedziała:

– Biedny człowiek, był bardzo chory; zabraniam ci, Jonie, wchodzić do jego pokoju.

Jon, któremu rzadko zdarzało się robić coś tylko dlatego, że mu tego zabroniono, powstrzymał się od przekroczenia zakazanej strefy, mimo że był znudzony i osamotniony. Prawdę powiedziawszy, powaby stawu już przeminęły, a chłopak – którego dusza przepełniona była po brzegi niepokojem – pragnął czegoś: nie drzewa ani strzelby, czegoś miłego, miękkiego. Owe dwa ostatnie dni wydały mu się miesiącami pomimo Rozbitków morskich, gdzie czytał o matce Lee i jej strasznym fajerwerku ze szczątków okrętu. Zdążył wtedy chyba ze sto razy wejść po schodach w górę i zejść z powrotem; z dziecinnego pokoju, gdzie obecnie sypiał, niejednokrotnie zakradał się do pokoju matki, przyglądał się wszystkiemu, nic nie ruszając, po czym szedł do ubieralni, a stanąwszy na jednej nodze, jak Slingsby, koło wanny, szeptał tajemniczo, by przynieść szczęście:

– Huś! Huś! Huś! Szukaj kota! Kota!

Potem znów, przekradając się, otwierał szafę z sukniami matki i wdychał głęboko coś, co zdawało się go zbliżać… sam nie wiedział ku czemu.

Uczynił to właśnie bezpośrednio przed ową chwilą, gdy stał pośrodku świetlnej smugi, głowiąc się nad tym, w jaki z kilku znanych sposobów zjechać po poręczy. Wszystkie wydały mu się niedorzeczne i nagle, znużony, jął iść z wolna po schodach, stopień po stopniu. Zdołał sobie w tym czasie całkiem wyraźnie uprzytomnić twarz ojca: krótką siwą bródkę, głębokie przymrużone oczy, pionową bruzdę między brwiami, żartobliwy uśmiech oraz jego smukłą postać, która małemu Jonowi wydawała się tak wysoka; matki natomiast nie mógł sobie przypomnieć. Z jej istnieniem kojarzyła się jedynie jakaś wizja o dwojgu wodzących za nim ciemnych oczach; a także zapach jej szafy.

W hallu była Bella – rozsuwała wielkie portiery i otwierała drzwi frontowe. Jon ozwał się przypochlebnie:

– Bella!

– Słucham panicza.

– Gdy oni przyjadą, podaj nam herbatę pod dębem; wiem, że lubią to najbardziej.

– Panicz chciał powiedzieć, że panicz to lubi najbardziej?…

Jon zamyślił się.

– Nie, oni to lubią, żeby mi zrobić przyjemność.

Bella uśmiechnęła się.

– Dobrze, dobrze, zrobię to, jeżeli panicz będzie tu siedział spokojnie i nic nie spsoci, póki państwo nie przyjadą.

Mały Jon usiadł na najniższym stopniu schodów i kiwnął głową. Bella podeszła bliżej i obejrzała go z góry.

– Niech panicz wstanie! – powiedziała.

Jon wstał. Przyjrzała mu się badawczo z tyłu. Nie pozielenił się trawą, a kolana wydawały się czyste.

– Wszystko w porządku! – zawyrokowała. – Dobre dziecko! A opalił się! Daj mi buzi!

I cmoknęła Jona we włosy.

– Jaki będzie dżem? – zapytał. – Tak jestem zmęczony czekaniem.

– Agrestowy i poziomkowy.

Świetnie! Właśnie jego ulubione!

Po odejściu Belli Jon przez minutę siedział spokojnie. Cisza panowała w wielkim hallu o drzwiach otwartych ku wschodowi, tak że widać było jedno z drzew Jona, mianowicie wielki bryg, żeglujący wolniutko poprzez wewnętrzny dziedziniec. Na tarasie słały się ukośne cienie kolumn. Jon wstał, przeskoczył jeden z tych cieni i obszedł wokoło klomb kosaćców zarastający środek basenu z szarawego marmuru. Kwiaty były bardzo ładne, ale pachniały słabo. Stanął w otwartych drzwiach i wyjrzał przez nie. A jeżeli!… jeżeli nie przyjadą?! Czekał już tak długo, że dalsze czekanie wydało mu się nie do zniesienia – i naraz jego uwaga prześliznęła się z owej fatalnej możliwości na drobne pyłki kurzu wibrujące w napływającej fali modrawego blasku słonecznego. Wyciągnąwszy rękę, starał się kilka z nich pochwycić. Bella powinna była odkurzyć ten skrawek powietrza! Ale może to nie był kurz – tylko to, z czego jest zrobiona światłość słoneczna? I Jon poszedł zobaczyć, czy światłość słoneczna na dworze jest taka sama. Okazało się, że inna…

Chłopak obiecał, że będzie spokojnie siedział w hallu; jednakże okazało się to wprost niewykonalne. Nie mogąc usiedzieć na miejscu, przeszedł wyżwirowany podjazd i położył się opodal na murawie. Zerwawszy sześć stokrotek, ponazywał je starannie: sir Lamorak, sir Tristan, sir Lancelot, sir Palamedes, sir Bors, sir Gawain – i kazał im kolejno staczać pojedynki, aż w końcu sam tylko sir Lamorak, którego wybrał ze względu na szczególnie mocną łodygę, miał jeszcze głowę, choć nawet i on po trzech spotkaniach wyglądał na zdechlaka i obszarpańca. W trawie, która niemal prosiła się o kośbę, gramolił się z wolna jakiś chrząszczyk. Każde źdźbło trawy było małym drzewem, którego pień musiał okrążać. Jon postawił sir Lamoraka nogami w dół i wydostał chrząszczyka spomiędzy traw; nieborak uciekł w dyrdy. Jon śmiał się, potem przestało go to ciekawić i westchnął. W sercu czuł pustkę. Odwrócił się i leżał na wznak. Kwitnące lipy pachniały miodem; niebo cudnie błękitniało, przystrojone kilkoma białymi obłoczkami, które wyglądały – a może i smakowały – jak lody cytrynowe. Słychać było, jak Bob gra na harmonii jakąś murzyńską piosenkę – i chłopiec czuł jednocześnie błogość i smutek. Znów się obrócił i przyłożył ucho do ziemi (Indianie umieją pochwycić uchem odgłosy dolatujące nawet z daleka), jednak nie słyszał nic poza harmonią. Ale niemal w tejże chwili posłyszał słaby turkot podobny do pomruku żaren. Tak!… To samochód… jedzie… jedzie!

Zerwał się na równe nogi. Czy ma czekać na ganku, czy też wbiec na schody, na górę, a w chwili gdy będą wchodzili, zawołać: „Uwaga!”, i zjechać powoli po poręczy, głową do przodu? Czy też?… Samochód skręcił w aleję wjazdową. Już za późno! Nie pozostało mu nic innego, jak tylko czekać i podskakiwać z niecierpliwością. Samochód nadjechał szybko, zawarczał i zatrzymał się. Ojciec wysiadł i zbliżał się; było to tak, jakby nadchodziło życie. Schylił się, w tejże chwili mały Jon podskoczył – i zderzyli się z sobą. Ojciec powiedział znów swoim tonem:

– Wielkie nieba! Aleś ty się opalił, mój chłopcze!

Uczucie wyczekiwania – czegoś upragnionego – wrzało z niesłabnącą siłą w duszy małego Jona… Wtedy rzuciwszy długie, nieśmiałe spojrzenie, dostrzegł matkę, uśmiechniętą, w niebieskiej sukni i z błękitną woalką na kapeluszu i we włosach. Podskoczył, jak tylko mógł najwyżej, nogami oplótł jej kibić i przytulił się z całych sił. Posłyszał jej westchnienie, poczuł, że i ona go obejmuje. Oczy jego, jeszcze wówczas ciemnoniebieskie, wpatrywały się w ciemnobrunatne tęczówki matki, aż na koniec jej wargi dotknęły jego powiek; przytulając się do niej ze wszystkich sił, posłyszał, jak pisnęła cichutko i śmiejąc się, mówiła:

– Aleś ty silny, Jonie!

Wówczas wysunął się z jej objęć i ciągnąc ją za rękę, szurnął w głąb hallu.

Gdy siedział pod dębem, zajadając dżem, uderzały go w matce różne szczegóły, których wpierw nie dostrzegał: tak na przykład policzki jej były śmietankowego koloru, w ciemnozłotych włosach snuły się srebrzyste nitki, na szyi nie miała, jak Bella, żadnego guza, a poruszała się cicho i spokojnie. Zauważył też parę drobnych kreseczek biegnących od kącików oczu, pod nimi zaś jakieś takie miłe cienie. Była piękna jak zawsze, piękniejsza niż „Da” lub mademoiselle, lub „ciocia” June, lub nawet „ciocia” Holly, do której nabrał wielkiej sympatii, ba, piękniejsza nawet niż Bella, która miała czerstwe policzki i czasami była nazbyt gwałtowna w swych wystąpieniach. Ta nowa uroda matki wydała mu się rzeczą wielkiej wagi, toteż chłopak jadł tego dnia mniej, niż miał zamiar.

Po podwieczorku ojciec wyraził ochotę przespacerowania się z nim po ogrodzie. Jon odbył więc długą rozmowę na tematy ogólne, omijając sprawy tak osobiste jak przygody sir Lamoraka i Austriaków oraz pustkę, jaką odczuwał w ciągu trzech ostatnich dni i która oto nagle została zapełniona. Ojciec opowiadał mu o miejscowości zwanej Glensofantrim4, gdzie bawił z matką, i o krasnoludkach, które tam wychodzą z ziemi, gdy na świecie wszystko ucichnie. Mały Jon stanął z rozstawionymi nogami.

– Czy ty naprawdę w to wierzysz, tatusiu?

– Nie, Jonie, ale myślałem, że ty uwierzysz.

– A czemu?

– Bo jesteś młodszy ode mnie… a to są postacie czarnoksięskie.

Mały Jon wysunął do przodu bródkę z dołeczkiem pośrodku.

– Nie wierzę w zjawy czarnoksięskie. Nigdy ich nie widywałem.

– Hm! – mruknął ojciec.

– A mamusia?

Ojciec uśmiechnął się żartobliwie.

– Nie, widuje tylko Pana.

– Cóż to za Pan?

– Taki koźlonogi bożek, co hasa w dzikich i pięknych ustroniach.

– Czy był w Glensofantrim?

– Mamusia mówi, że był.

Mały Jon wspiął się na palce i rozpoczął dalsze indagacje:

– A tyś go widział, tatusiu?

– Nie, widziałem tylko Wenus Anadyomene.

Mały Jon zamyślił się; wszak Wenus była wspomniana w jego książce o Grekach i Trojanach. Zatem Anna było jej imieniem, a Dyomene nazwiskiem. Gdy zapytał, okazało się jednak, że to jedno słowo, oznaczające „wynurzająca się z morskiej piany”.

– Czy ona wynurzała się z piany w Glensofantrim?

– Tak, codziennie.

– Jak ona wygląda, tatusiu?

– Jest podobna do mamusi.

– O! W takim razie musi być… – Lecz w tym miejscu urwał, przyskoczył do muru, wdrapał się na górę i zręcznie zsunął z powrotem na dół.

Czuł, że musi bezwzględnie zachować dla siebie odkrycie, że matka jest piękna. Jednak cygaro ojcowskie zaczęło tak jakoś długo się palić, że chłopak zmuszony był na koniec zagadnąć:

– Chciałbym zobaczyć, co mamusia przywiozła. Dobrze, tatusiu?

Podał ten niski powód, żeby go nie poczytano za niewieściucha, i był nieco stropiony, gdy ojciec spojrzał nań przenikliwie, westchnął znacząco i odrzekł:

– Dobrze, idź ją ukochać, mój chłopcze.

Poszedł zrazu niby to powolnym krokiem, potem jednak pomknął jak strzała. Drzwi między matczyną sypialnią a jego pokojem były otwarte i tędy wszedł. Matka klęczała jeszcze pochylona nad walizą. Stał przez chwilę cichutko tuż przy niej.

Wyprostowała się, klęcząc, i zagadnęła:

– No i cóż, Jonie?

– Chciałem tylko przyjść i popatrzeć.

Uściskał ją znowu i ona go uścisnęła, a wtedy wgramolił się na parapet okna i podkuliwszy nogi pod siebie, przyglądał się rozpakowywaniu walizy. Czynność ta napawała go niedoznawaną nigdy rozkoszą nie tylko dlatego, że matka wydobywała różne przedmioty o podejrzanym wyglądzie, ale i dlatego, że miło mu było przyglądać się jej samej. Poruszała się odmiennie od wszystkich, zwłaszcza od Belli; była niezawodnie najwytworniejszą osobą, jaką zdarzyło mu się spotkać. W końcu uporała się z walizą i uklękła tuż przed nim.

– Smutno ci było bez nas, Jonie?

Mały Jon kiwnął głową i dawszy w ten sposób upust swym uczuciom, kiwał nią jeszcze czas jakiś.

– Przecież miałeś tu ciocię June?

– Och! Ona tu przywiozła jakiegoś pana, co wciąż kaszlał.

Twarz matki zmieniła się i przybrała wyraz niemal gniewny. Widząc to, chłopiec dodał pośpiesznie:

– Był to biedny człowiek, mamusiu… Tak okropnie kaszlał! Ja… ja go lubiłem.

Matka objęła go w pasie rękoma.

– Ty lubisz wszystkich, Jonie.

Mały Jon zamyślił się.

– Do pewnego stopnia… – odpowiedział. – Ciocia June wzięła mnie jednej niedzieli do kościoła.

– Do kościoła? O-o!

– Chciała zobaczyć, jak mnie to nastroi.

– I nastroiło cię?

– Tak. Zacząłem sobie ze wszystkiego żartować, więc ciocia zabrała mnie czym prędzej do domu. Nie chorowałem potem wcale. Położyłem się do łóżka, dostałem grzanego wina z wodą i czytałem Chłopców z Beechwood. Było to pyszne!

Matka zagryzła wargi.

– Kiedy to było?

– O, jakieś… już bardzo dawno… Prosiłem, by mnie wzięła raz jeszcze, ale ona nie chciała. Czy ty i tatuś nigdy nie chodzicie do kościoła?

– Nie, nie chodzimy.

– A czemu?

Matka uśmiechnęła się.

– No, widzisz, mój drogi, chodziliśmy jeszcze, gdyśmy oboje byli mali. Może właśnie za mali.

– Tak, wiem – oświadczył mały Jon. – To niebezpieczne.

– Osądzisz sam to wszystko, gdy podrośniesz.

Mały Jon odpowiedział z zastanowieniem:

– Wcale nie pragnę być dorosłym. Nie chcę chodzić do szkoły. – Nagła, przemożna chęć powiedzenia czegoś więcej, wypowiedzenia tego, co czuł naprawdę, oblała mu twarz rumieńcem. – Ja… ja chcę pozostać z tobą, mamusiu, i być twoim kochankiem.

Po czym, zdając sobie instynktownie sprawę, że należy wykorzystać sytuację, dodał szybko:

– Ale dziś w nocy nie chcę iść do łóżka. Nuży mnie po prostu chodzić do łóżka noc w noc.

– Czy znów miałeś jakieś straszne sny?

– Może raz tylko. Czy dziś w nocy mogę zostawić drzwi do twojego pokoju otwarte?

– Dobrze, ale tylko troszeczkę.

Mały Jon westchnął z zadowoleniem.

– A co widziałaś w Glensofantrim?

– Same piękne rzeczy, mój drogi.

– Co to właściwie jest piękno?

– Co to właściwie… Ach, Jonie, to trudne zagadnienie.

– Czy na przykład mógłbym to zobaczyć?

Matka wstała i usiadła obok niego.

– Możesz, i to nawet co dzień. Piękne jest niebo, gwiazdy, noce księżycowe, dalej ptaki, kwiaty, drzewa… wszystko to jest piękne. Wyjrzyj za okno – a będziesz miał piękno, mój Jonie.

– Ale… to jest widok. Czy to już wszystko?

– Wszystko? Nie! Cudownie piękne jest morze i ruchliwe fale o spienionych grzbietach.

– Czyś ty się z nich wynurzała codziennie, mamusiu?

Matka zaśmiała się.

– A jakże! Przecieżeśmy się kąpali.

Mały Jon nagle wyciągnął ręce i objął ją za szyję.

– Ja wiem – szepnął tajemniczo – to ty jesteś „to” naprawdę, a wszystko inne tylko „na niby”.

Matka westchnęła, zaśmiała się i rzekła:

– Ach, Jonie!

Mały Jon zagadnął ją powątpiewająco:

– Czy sądzisz, że taka na przykład Bella jest piękna? Ja nie jestem pewien.

– Bella jest młoda… i to coś znaczy.

– Ale ty młodziej wyglądasz, mamusiu. Jeżeli wpaść na Bellę, to można się rozbić. Nie wierzę, żeby „Da” była piękna… kiedy zaczynam o tym myśleć. A mademoiselle jest prawie brzydka.

– Mademoiselle ma twarz bardzo miłą.

– O tak, miłą. Lubię te promyczki, mamusiu.

– Promyczki?

Mały Jon przytknął paluszek do jednego z kącików jej oczu.

– Ach, te zmarszczki? Ależ one są oznaką starości.

– One się pokazują, gdy ty się śmiejesz.

– Ale nieładnie mi z tym.

– Owszem, mnie się bardzo podobają. Czy ty mnie kochasz, mamusiu?

– Tak, kocham cię. Kocham, mój drogi.

– I zawsze tak samo?

– Zawsze tak samo.

– Czy bardziej, niż myślałem?

– Bardziej… o wiele bardziej.

– I ja tak samo… wet za wet…

Uświadamiając sobie, że nigdy dotąd w całym swym życiu nie wywnętrzył się tak bardzo jak dzisiaj, odczuł znów nagły zwrot ku męskości sir Lamoraka, Dicka Needhama, Hucka Finna i innych bohaterów.

– Czy mogę ci pokazać parę sztuk? – zapytał i nie czekając odpowiedzi, wyśliznął się z jej ramion i stanął na głowie.

Następnie, zachęcony jej nietajonym podziwem, wszedł na łóżko i rzuciwszy się głową w dół, wywinął koziołka, nie dotykając niczego rękoma. Sztukę tę powtórzył parokrotnie.

Tego wieczoru, obejrzawszy wszystko, co rodzice przywieźli, pozostał aż do obiadu, siedząc między nimi przy okrągłym stoliczku, którego zwykli używać, gdy jadali we dwójkę. Był niezmiernie podniecony. Matka miała na sobie popielatą w ciepłym tonie suknię z kremowym szlaczkiem wyhaftowanym z małych różyczek, a okalającym smaglejszą od niego szyję. Jon wpatrywał się w nią uporczywie, póki figlarny uśmiech ojca nie zwrócił nagle jego uwagi na leżący przed nim plasterek ananasa. Była to pora późniejsza od tej, o której zazwyczaj kładł się do łóżka. Matka poszła wraz z nim na górę, a on rozbierał się powoli, ażeby zatrzymać ją dłużej przy sobie. Gdy nie miał już na sobie nic oprócz piżamki, powiedział:

– Obiecaj mi, że nie odejdziesz, póki nie skończę pacierza.

– Obiecuję.

Klęcząc na łóżku i co chwila nurkując twarzą w pościeli, mały Jon trzepał prędko pod nosem modlitwę i co chwila odmykał jedno oko, aby przyjrzeć się matce stojącej cichuteńko, z uśmiechem na twarzy.

– Ojcze nasz – brzmiały końcowe słowa pacierza – który jesteś w niebie… święć się… mamusiu… przyjdź Królestwo… mamusiu… jako w niebie tak i na ziemi… chleba naszego… mamusiu… daj nam dzisiaj… i odpuść nam nasze winy… jako w niebie tak i na ziemi… naszym winowajcom… i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen!… Baczność!

Skoczył i przez długą chwilę pozostał w jej objęciach. Ułożywszy się już do snu, nie wypuszczał jej ręki z uścisku.

– Nie zamkniesz już bardziej drzwi? Prawda, że nie? Czy chcesz na dłużej odejść, mamusiu?

– Zejdę na dół i będę grała tatusiowi.

– O, to dobrze! Będę się przysłuchiwał.

– Ej, chyba nie! Musisz przecież zasnąć.

– Spać mogę każdej nocy.

– Dziś jest taka sama noc jak każda inna.

– O nie! Jest całkiem nadzwyczajna!

– W takie właśnie noce sypia się najlepiej.

– Ale jeżeli ja zasnę, mamusiu, nie usłyszę, kiedy przyjdziesz.

– No dobrze, więc przyjdę cię pocałować. Jeżeli się obudzisz, będziesz o tym wiedział, a jeżelibyś się nie obudził, to i tak poczujesz, że cię pocałowałam.

Mały Jon westchnął.

– Niech tak będzie! – odrzekł. – Widzę, że muszę się z tym pogodzić. Mamusiu!

– Co, synku?

– Jakie było nazwisko tej, w którą tatuś wierzy? Wenus Anna Diomenes?

– Och, mój aniołku! Anadyomene!

– Tak, ale imię, jakie ja tobie nadałem, o wiele bardziej mi się podoba.

– Jak mnie nazwałeś, Jonie?

Mały Jon odparł nieśmiało:

– Ginewra! To z Okrągłego Stołu… Właśnie teraz mi to przyszło na myśl… Tylko jej włosy, co prawda, były rozpuszczone.

Zwrócone ku niemu oczy matki zdawały się poprzez niego patrzeć gdzieś w dal.

– Nie zapomnisz przyjść, mamusiu?

– Nie zapomnę, o ile położysz się i zaśniesz.

– Aha, więc zawieramy układ! – I mały Jon przymknął powieki.

Poczuł jej wargi na czole i natychmiast potem usłyszał kroki. Otwarł na chwilę oczy, by dostrzec cień matki przemykający przez drzwi, i westchnąwszy, zamknął znowu powieki.

Czas zaczął płynąć.

Przez jakieś dziesięć minut chłopak, wierny przyrzeczeniu, usiłował zasnąć, przerachowując kolejno w myśli wielką liczbę osłów – była to stara recepta „Da” na sprowadzenie snu. Zdawało mu się, że na tym liczeniu zbiegły mu chyba całe godziny; uważał, że już lada chwila matka powinna wrócić. Zrzucił z siebie wszystkie okrycia.

– O, jak mi gorąco! – powiedział, a w ciemności głos jego zabrzmiał jakoś dziwnie, jak gdyby nie jego własny. – Czemu ta mama nie nadchodzi?

Usiadł na łóżku. Musi zobaczyć! Wstał z łóżka, podszedł do okna i odchylił nieco roletę. Na dworze nie było ciemno; Jon nie wiedział, czy to światło dzienne, czy też księżyc, który wydawał się ogromny. Miał on pocieszną, wykrzywioną twarz, jak gdyby się wyśmiewał z chłopca, toteż Jon nie miał ochoty nań patrzeć. Później dopiero, przypomniawszy sobie słowa matki, że noce księżycowe są piękne, jął wpatrywać się we wszystko, co widział. Od drzew słały się grube cienie, gazon wyglądał jak kałuża rozlanego mleka, a oczom otwierały się dalekie, dalekie przestrzenie. Widać było rzeczy – hen – niezmiernie odległe, kędyś, bodaj za krawędzią świata, a wszystko wydawało się jakieś odmienne i rozlewne. Przez odemknięte okno płynęła jakaś miła woń.

Chciałbym mieć gołębicę, jak Noe! – pomyślał.

 

Księżyc się śmieje buzią okrągłą –

Świeci i świeci jasnością ciągłą…

 

Wiersz ten ni stąd, ni zowąd zjawił się w jego głowie, a potem chłopiec posłyszał muzykę… Cichutką… a tak miłą! To grała mamusia! Przypomniał sobie o ciasteczku spoczywającym w szufladzie komody. Wydobywszy je, podszedł z powrotem do okna. Wychylił się, to gryząc ciastko, to znów przestając jeść, żeby lepiej słyszeć muzykę. „Da” nieraz opowiadała, że aniołowie w niebie grają na harfach; jednak pewno nie jest to ani w połowie tak miłe jak przysłuchiwanie się w księżycową noc grze mamusi, połączone z zajadaniem ciastka. Jakiś chrząszcz bzyknął mu koło ucha, jakaś ćma musnęła po twarzy. Muzyka ucichła, przeto mały Jon cofnął główkę z powrotem do pokoju. Mamusia już z pewnością nadchodzi! Nie chciał, by zobaczyła, że nie śpi. Wrócił do łóżka i naciągnął wszystkie koce niemal na głowę. Jednak zapomniał zasunąć roletę i do pokoju wdzierała się smuga światłości księżycowej: widział, że padła na podłogę tuż koło nogi łóżka i posuwała się ku niemu ustawicznie a powoli, jak gdyby żywa. Muzyka zabrzmiała znowu, lecz ledwie słyszalna… senna muzyka… piękna… senna… muzyka… senna… sen… sen…

Czas upływał, muzyka to wzmagała się, to słabła, to cichła zupełnie. Światłość księżycowa przypełzła ku twarzyczce małego Jona. Chłopak przewrócił się przez sen i leżał na wznak, brunatną piąstką ściskając mocno koce. Kąciki oczu drgnęły lekko – zaczął śnić. Śniło mu się, że pił mleko z miseczki, która była księżycem, a z naprzeciwka przyglądało mu się wielkie czarne kocisko, uśmiechając się pociesznie, niby ojciec Jona, i szepcąc z cicha: „Nie pij za wiele!”. Mleko to przeznaczone było dla kota, toteż chłopak wyciągnął rękę przyjaźnie, by pogłaskać zwierzątko – lecz ono w tejże chwili znikło bez śladu. Miska stała się łóżkiem, w którym leżał, a gdy próbował się z niego wydostać, nie mógł odnaleźć krawędzi… Nie mógł znaleźć… nie mógł… nie mógł… nie mógł się wydostać!… To było okropne!… o-krop-ne…

Zaszlochał cicho przez sen… Na dobitkę łóżko naraz poczęło kręcić się w kółko – kręciło się poza nim i w nim samym – wirowało wciąż uparcie i zawzięcie, rozżarzając się do czerwoności, a matka Lee z Rozbitków morskich kręciła nim bez przerwy! Och, jakaż była okropna!… Coraz prędzej i prędzej!… W końcu on sam i łóżko, i matka Lee, i księżyc, i kot – wszystko to razem stało się jednym kołem, kręcącym się bez przerwy, wciąż i wciąż… Okropność!… Okropność!… Okropność!

Krzyknął przeraźliwie…

Przez kręgi koła przebił się czyjś głos:

– Kochanie! Kochanie!

Chłopak zbudził się – stał w łóżku, otwierając szeroko oczy.

Przy nim stała matka z włosami rozpuszczonymi jak Ginewra; objął ją kurczowo i ukrył w nich twarz.

– Och! Och!

– No, no, już wszystko w porządku, mój skarbie. Jużeś się obudził. No cicho, cicho! Nic się nie stało!

Ale mały Jon wciąż powtarzał:

– Och! Och!

Głos matki, taki aksamitny, mówił mu w ucho:

– To tylko księżyc świecił ci prosto w twarzyczkę, dziecino!

Mały Jon chlipnął w fałdy jej szlafroka:

– A mówiłaś, że on jest piękny. Och!

– Ale spać przy nim nie można, Jonie. I kto go tu wpuścił? Czy odsunąłeś roletę?

– Chciałem zobaczyć, która godzina… Wyjrzałem… wyjrzałem na dwór… słysza… słyszałem, jak ty grałaś, mamusiu… i… i zjadłem ciastko…

Jednakże z wolna pocieszał się i uspokajał, a w duszy zbudziła się chęć wytłumaczenia się ze swej trwogi.

– Matka Lee kręciła mnie w kółko i wszystko było rozżarzone do czerwoności – wymamrotał.

– Ej, Jonie, czegóż innego można się spodziewać, gdy ktoś zjada ciastka, położywszy się do łóżka?

– Tylko jedno, mamusiu – i muzyka była przez to o wiele piękniejsza. Czekałem na ciebie bardzo długo… Myślałem, że to już chyba jutro.

– Moje kaczątko! Toż to dopiero jedenasta!

Mały Jon milczał przez chwilę, ocierając się noskiem o jej szyję.

– Mamusiu, czy tatuś jest w twoim pokoju?

– Nie, dziś go nie ma.

– Czy mogę przyjść?

– Jeżeli tylko masz ochotę, mój pieszczochu.

Mały Jon, nie posiadając się z radości, cofnął się nieco.

– Jakoś inaczej teraz wyglądasz, mamusiu… o wiele młodziej.

– To moje włosy, kochanie.

Mały Jon wziął w rękę cały ich pęk, gruby, ciemnozłoty, przetykany gdzieniegdzie srebrnymi nitkami.

– Podobają mi się – rzekł – a ty mi się podobasz najwięcej ze wszystkich osób, jakie znam.

I wziąwszy ją za rękę, pociągnął ku drzwiom. Gdy weszli, zamknął je z westchnieniem ulgi.

– Którą stronę łóżka wolisz, mamusiu?

– Lewą.

– Doskonale.

I nie tracąc czasu, nie zostawiając jej najmniejszej sposobności do zmiany postanowienia, wszedł do łóżka. Wydało mu się znacznie wygodniejsze niż jego własne. Westchnął raz jeszcze, przycisnął głowę do poduszki i leżąc, przyglądał się skłębionej walce rydwanów, dzid i mieczy, jaka zawsze jawiła się na powierzchni koców, ilekroć na ich włoski spojrzał pod światło.

– Więc to nic nie było? Naprawdę nic? – zapytał.

Matka, siedząc przed lustrem, odpowiedziała:

– Nic oprócz księżyca i twojej rozgorączkowanej wyobraźni. Nie powinieneś tak się podniecać, Jonie.

Lecz mały Jon, jeszcze niezupełnie panując nad nerwami, odpowiedział hardo:

– Ja się nie bałem nic a nic! Doprawdy nic a nic!

I leżąc, przyglądał się dalej włóczniom i rydwanom. Czas mu się dłużył.

– Ach, mamusiu, pośpiesz się!

– Ależ, kochanie, muszę zapleść włosy.

– O nie! Nie rób tego dzisiaj! Jutro będziesz miała tylko robotę z ich rozplataniem. Teraz chce mi się już spać; jeśli nie przyjdziesz, to mi się odechce.

Matka – biała i kwiecista – podniosła się i stanęła przed potrójnym lustrem toaletowym. Widział teraz trojakie jej odbicie: odwrócony kark, włosy połyskujące pod światło i jej roześmiane ciemne oczy. Uznał to za niepotrzebne, więc powiedział:

– Chodź, chodź, mamusiu. Ja czekam.

– Dobrze, dobrze, kochanie, zaraz przyjdę!

Mały Jon zamknął oczy. Wszystko ułożyło się wspaniale – żeby tylko ona się pośpieszyła!

Poczuł, że łóżko drgnęło: to ona wchodzi! Mając wciąż oczy zamknięte, zapytał sennie:

– Czy tak nie miło?

Usłyszał głos matki mówiący coś do niego, poczuł na nosku dotyk warg. Matka leżała, czuwając, i pieściła go w myślach całą mocą swego uczucia, a on, przytuliwszy się do niej, zapadł w sen bez widziadeł, sen, w którym zamknęła się cała jego przeszłość.

1 Urodzić się ze srebrną łyżką w buzi – idiomatyczne wyrażenie angielskie odpowiadające polskiemu: „urodzić się w czepku”.

2Feuille morte (fr.) – koloru zeschłych liści.

3En avant, de Bracy! (fr.) – Naprzód, de Bracy!

4 Chodzi o Glens of Antrim, region w Irlandii Północnej.

 

Księga III

Do wynajęcia

Z łon tych dwu wrogów wzięło bowiem życie,

Pod najstraszliwszą z gwiazd, kochanków dwoje…

W. Shakespeare, Romeo i Julia,

przeł. Jan Kasprowicz

 

Część pierwsza

SPOTKANIE

Po południu 12 maja 1920 roku Soames Forsyte wyszedł z hotelu Knightsbridge, gdzie podówczas mieszkał; miał zamiar obejrzeć kolekcję obrazów w galerii na Cork Street i zajść do Galerii Futurystów. Szedł piechotą. Od czasu wojny starał się nigdy nie jeździć dorożkami. Dorożkarze byli w jego mniemaniu niekulturalną hołotą, chociaż teraz, gdy wojna się skończyła i podaż znów zaczęła przewyższać popyt, stali się – zgodnie z naturą ludzką – nieco grzeczniejsi. On w każdym razie im nie przebaczył, uporczywie kojarząc ich z posępnymi wspomnieniami przeszłości, a obecnie – w sposób dość nieokreślony, jak wszyscy ludzie jego klasy – z rewolucją. Chwile wielkiej trwogi, jakie przeszedł podczas wojny, i większa jeszcze trwoga, jakiej doznał następnie w czasie pokoju, pozostawiły w jego odpornej psychice trwałe ślady. Tylekroć już przeżył w wyobraźni ruinę, że w końcu przestał wierzyć w jej materialne prawdopodobieństwo. Płacąc rocznie cztery tysiące podatku dochodowego i podatku od zbytku, trudno odczuć pogorszenie się warunków bytu! Ćwierćmilionowa fortuna, obciążona tylko żoną i córką jedynaczką, a zainwestowana w bardzo różnych przedsiębiorstwach, stanowiła istotną gwarancję nawet mimo owych „drapieżnych zakusów” – daniny majątkowej. Co się tyczy konfiskaty zysków wojennych, uszło mu na sucho, gdyż nie miał ich wcale, więc… „udławcie się tym, i kwita!”. Na dobitkę cena obrazów, jak gdyby nigdy nic, poszła w górę, tak iż od chwili wybuchu wojny miał ze swej kolekcji większy pożytek niż kiedykolwiek dotychczas. Naloty również oddziałały dobroczynnie na ostrożny od urodzenia umysł i wzmogły wrodzony hart ducha. Niebezpieczeństwo całkowitej katastrofy osłabiało wrażliwość na katastrofy drobniejsze i cząstkowe, wynikłe z podatków i taksacji, jednocześnie zaś zwyczaj rzucania gromów na bezczelnych Niemców wiódł Soamesa – jeżeli nie otwarcie, to przynajmniej w skrytości ducha – do pomstowania na podobny bezwstyd Partii Pracy.

Szedł piechotą. Na domiar miał aż nadto czasu, gdyż z Fleur umówił się w galerii o czwartej, a teraz dochodziło dopiero wpół do trzeciej. Przechadzka była mu potrzebna dla zdrowia – gniotła go wątroba, a nerwy miał wyczerpane do ostateczności. Żona, ilekroć bawiła w Londynie, stale znikała z domu, a córka, jak większość młodych kobiet po wojnie, wiecznie latała i plotła trzy po trzy. Powinien się jeszcze cieszyć, że była zbyt młoda, by rozwinąć jakąś działalność podczas samej wojny. Nie znaczy to, ma się rozumieć, by Soames nie popierał wojny od samego początku – i to całą duszą; jednakże co innego ją popierać, co innego zaś angażować w tym osobę żony lub córki. Pomiędzy jednym a drugim leżała przepaść utworzona przez jakieś staroświeckie nawyki budzące odrazę do uczuciowych i niedorzecznych wybryków. Tak więc stanowczo wziął za złe Anetce – tak ponętnej i liczącej w roku 1914 dopiero trzydzieści cztery lata – zamiar wyjazdu do rodzinnej Francji (zwanej teraz przez nią pod wrażeniem wojny ma chére patrie5) dla pielęgnowania jej braves poilus6…Potrzebne jej to było! Doprawdy!… Żeby zrujnować zdrowie i urodę! Jak gdyby ona naprawdę mogła być pielęgniarką! Przeciwstawił się stanowczo tej zachciance. Niechże lepiej szyje dla nich lub robi na drutach tu, w domu! Ostatecznie nie wyjechała – i odtąd nigdy już nie była taka jak dawniej; wzrosła w niej zła skłonność do podrwiwania sobie z męża, wprawdzie nieotwarcie, niemniej jednak ustawicznie, przy różnych drobnych okazjach. Co się tyczy Fleur, wojna rozwiązała kłopotliwy problem, czy należy ją posłać do szkoły, czy też nie. Lepiej było usunąć ją spod wpływów przeżywającej wojenne nastroje matki, uchronić od grozy nalotów i od tej okazji do różnych wybryków; umieścił ją przeto w jakiejś szkole z internatem tak daleko na zachodzie, jak to uznał za licujące z zasadami wytworności – i odtąd brakowało mu jej okrutnie… Fleur!… Nigdy nie pożałował, że zdecydował się tak nagle nadać jej po urodzeniu to nieco cudzoziemskie imię – choć było to wyraźnym ustępstwem na rzecz francuszczyzny. Fleur! Śliczne imię – i śliczne dziecko! Ale jakaż wiercipięta – żeby choć chwilę usiedziała spokojnie! – i jaka uparta! I jak świadoma swej władzy nad ojcem! Soames często rozmyślał, jakim błędem było tak tracić głowę dla własnej córki. Zestarzawszy się, stracić głowę! Sześćdziesiąt pięć lat! Posunął się już w latach… Jednakże nie odczuwał tego, gdyż – może na całe jego szczęście ze względu na młodość Anetki i jej urodę – drugie małżeństwo okazało się ułożonym na chłodno kontraktem. Raz jeden w życiu kochał z całą namiętnością – pierwszą żonę, Irenę. Tak… A ten drab, jego kuzyn Jolyon, który mu ją sprzątnął, wygląda dziś, jak mówią, bardzo marnie… Nic dziwnego, w siedemdziesiątym drugim roku życia, po dwudziestu latach trzeciej żeniaczki!

Soames przystanął na chwilę, by oprzeć się o barierę przy alei Rotten Row. Było to miejsce odpowiednie do snucia wspomnień, gdyż znajdowało się w połowie drogi między kamienicą na Park Lane, która widziała jego urodziny i śmierć rodziców, a małym domkiem na Montpellier Square, gdzie przed trzydziestu pięciu laty cieszył się pierwszą edycją swego małżeństwa. Teraz, po dwudziestu latach drugiej edycji, wydawało mu się, że owa stara tragedia wydarzyła się w jakimś poprzednim wcieleniu – które zakończyło się, gdy na miejsce spodziewanego syna urodziła się Fleur. Od wielu lat przestał żałować – choćby podświadomie – owego nienarodzonego syna; Fleur powetowała mu ten niedobór serca. Koniec końców, nosiła przecież jego nazwisko! O tym, że z czasem je zmieni, nie myślał na razie wcale. A nawet jeżeli myślał o podobnym nieszczęściu, to myśli tej towarzyszyło niejasne poczucie, że może uczynić ją na tyle bogatą, by mogła chociażby nabyć i unicestwić nazwisko człowieka, który ją poślubi. I czemuż by nie miało się tak stać, skoro dziś podobno kobiety zrównały się w prawach z mężczyznami?

I w głębi ducha przekonany, że zrównanie to jest fikcją, Soames przejechał energicznie po twarzy na wpół przymkniętą dłonią, która spoczęła wreszcie wygodnie na brodzie. Dzięki wstrzemięźliwemu trybowi życia nie był i teraz ani nalany, ani tłusty; nos miał cienki i bynajmniej nie czerwony, siwe wąsy krótko przycięte, wzrok jeszcze bystry. Lekkie pochylenie ciała tuszowało i korygowało zmienione proporcje twarzy – siwe włosy przerzedziły się bowiem na skroniach i czoło na skutek tego stało się wyższe. Czas niewiele zmienił w „najobrotniejszym” z młodych Forsyte’ów, jakby się wyraził ostatni ze starych Forsyte’ów, Tymoteusz, liczący sobie obecnie sto jeden lat.

Cień platanów padł na wytwornie miękki filcowy kapelusz. Soames zaniechał noszenia cylindrów – w czasach takich jak obecne lepiej nie zwracać niczyjej uwagi na to, że się jest bogatym! Platany! Myśli Soamesa przeniosły się nagle do Madrytu – przypomniał sobie Wielkanoc przed wojną, kiedy to, mając zdecydować się na kupno owego obrazu Goi, przedsięwziął podróż odkrywczą, chcąc studiować mistrza w jego ojczyźnie. Szelma uczynił na nim wielkie wrażenie – pierwsza klasa, prawdziwy geniusz! Ceniony tak wysoko doczeka się, być może, jeszcze większego uznania, zanim – na koniec – zostanie zapomniany. Druga faza szału dla Goi będzie jeszcze gorętsza od pierwszej; o tak! Przeto Soames zakupił obraz. Podczas owej wyprawy zamówił – czego nie czynił dotąd nigdy – kopię malowidła al fresco, zwanego La Vendimia7, na którym wyobrażona była postać dziewczyny podpartej w bok jedną ręką, a przypominającej mu córkę. Kopię tę miał obecnie w galerii w Mapledurham, lecz była dość kiepska – Goi niepodobna skopiować! W każdym razie przyglądał się jej, ilekroć córki nie było w domu; pociągało go jakieś uderzające podobieństwo w lekkiej, strzelistej równowadze kibici, w rozstępie łukowatych brwi, w namiętnym rozmarzeniu ciemnych oczu. Rzecz osobliwa: Fleur miała oczy ciemne, gdy on miał szare (żaden z Foryste’ów czystej krwi nie miał piwnych oczu), a matka niebieskie! Choć prawda i to, że jej babka, Lamotte, miała oczy ciemne jak melasa!

Począł znów iść w stronę Hyde Park Corner. Nigdzie w całej Anglii tyle się nie zmieniło, co w alei Rotten Row! Urodzony opodal – niemal o trzy kroki – od tego miejsca, pamiętał je od roku 1860. Przyprowadzały go tu damy w krynolinach, aby przyglądał się elegantom noszącym bokobrody i obcisłe spodnie i jeżdżącym konno po kawaleryjsku; patrzył na zdejmowane w ukłonach białe cylindry o zagiętych rondach, na beztroskę tego wszystkiego i na małego krzywonogiego człowieczka w długiej czerwonej kamizelce, który chodził między dystyngowanym gronem, trzymając na smyczy kilka psów i namawiając matkę Soamesa, by kupiła jednego z nich; były tam wyżły króla Karola i charty włoskie, okazujące sympatię dla jej krynoliny – dziś już się takich nie widuje! To prawda, nie widzi się tu dziś nic szykownego; siedzą, ot, jedynie szare szeregi ludzi pracujących, nie mając na co patrzeć poza kilkoma młodymi, podrygującymi i siedzącymi na koniach okrakiem istotami rodzaju żeńskiego w kapelusikach jak garnuszki albo niechlujnymi oficerami kolonialnymi pędzącymi to tu, to tam na okropnych szkapiskach; to znów od czasu do czasu widać małe dziewczynki na kucykach lub starych dziadygów wytrząsających z siebie wątrobę, a wreszcie ordynansów wojskowych usiłujących buńczucznie galopować na kawaleryjskich koniach; nie widać ani ludzi szlachetnego rodu, ani lokajów, ani dygów, ani ukłonów, nie słychać miłych ploteczek – słowem, nie ma nic… Jedynie drzewa pozostały te same – obojętne na pochód pokoleń i na wyrodnienie rodzaju ludzkiego. Demokratyczna Anglia – rozczochrana, zalatana, hałaśliwa i najwidoczniej pozbawiona swych szczytów! W duszy Soamesa – miłośnika wykwintu – aż się coś przewracało. Znikła bezpowrotnie zamknięta domena towarzyskiej dystynkcji i ogłady! Zostało jeszcze bogactwo – o tak, bogactwo! – wszak on sam był znacznie bogatszy niż kiedykolwiek jego ojciec; lecz dobre maniery, nieuchwytny aromat dobrego smaku i wytworności, wszystko to gdzieś zginęło w odmętach wielkiego, szpetnego tłumu, rozpychającego się w tłoku łokciami i zionącego odorem benzyny. Tu i ówdzie kryły się jeszcze skąpe, na wpół pokonane ostatki ducha kastowego i szlachectwa, ale rozproszone i słabe – chétif, jak mawiała Anetka – nigdzie jednak nie można się już było dopatrzyć stałości czy wewnętrznej spójni. I właśnie w ten nowomodny harmider złych obyczajów i rozluźnionej moralności dostała się jego córka – kwiat jego życia!… A gdy jeszcze dojdą do władzy te draby z Partii Pracy – jeśli to w ogóle nastąpi – wtedy trzeba być przygotowanym na najgorsze!

Przeszedł pod arkadą, której – dzięki Bogu – nareszcie już nie szpeciła stalowoszara plama reflektora.

Lepiej by zrobili, kierując reflektor tam, dokąd wszystko to zmierza, i oświetlając całą tę swoją szacowną demokrację, pomyślał.

Szedł dalej, mijając fasady klubów na Piccadilly. Jerzy Forsyte, ma się rozumieć, będzie siedział we wnęce okiennej klubu Iseeum. Chłopak rozrósł się i tkwił tutaj niemal bezustannie, niby jakieś nieruchome, sardonicznie uśmiechnięte oko obserwujące przemijanie ludzi i rzeczy. Soames przyśpieszył kroku, gdyż wzrok kuzyna przyprawiał go zawsze o fizyczny niepokój. Ten Jerzy, jak chodziły słuchy, napisał w czasie wojny list (podpisany „Patriota”), w którym uskarżał się na histerię rządu obcinającego porcje owsa dla koni wyścigowych. Tak, otóż i on, wysoki, imponujący, elegancki, starannie ogolony, o gładkich, ledwie trochę przerzedzonych włosach pachnących niewątpliwie najlepszym gatunkiem brylantyny; w ręku trzyma kawałek różowego papieru. No, ten nic się nie zmienił! I Soames – może po raz pierwszy w życiu – uczuł pod kamizelką coś w rodzaju sympatii dla tego sardonicznego krewniaka. Jego potężna postać, jego idealny rozdziałek we włosach i bycze spojrzenie dawały gwarancję, że będzie jeszcze komu zastąpić starą gwardię.

Soames spostrzegł, iż Jerzy wymachuje różowym papierkiem, jak gdyby zapraszając kuzyna, by zechciał wejść na górę – niewątpliwie pragnie dowiedzieć się czegoś o swym majątku. Majątek ten znajdował się wciąż jeszcze pod kontrolą Soamesa. Wycofawszy się bowiem dwadzieścia lat temu, gdy brał rozwód z Ireną, z czynnego udziału w kancelarii, Soames prawie bezwiednie zachował kontrolę nad wszystkimi czysto forsyte’owskimi sprawami.

Zawahał się tylko przez chwilę, skinął głową i wszedł do klubu. Od czasu gdy w Paryżu zmarł jego szwagier, Montague Dartie (o szczegółach śmierci nikt nie wiedział nic pewnego poza tym jedynie, że z pewnością nie było to samobójstwo), klub Iseeum wydawał się Soamesowi bardziej szanowną instytucją. Nadto Jerzy wyszumiał się już i oddał się niepodzielnie uciechom smakoszostwa, odżywiając się przednio, ale strzegąc się zbytniej otyłości i zadłużając się – jak mówił – „tylko u paru starych sknerów, żeby mieć w życiu jakieś zajęcie”. Soames wiedział o tym, przeto podchodząc ku wnęce, gdzie tkwił przy oknie jego kuzyn, nie miał onieśmielającego poczucia niedyskrecji, jakiego doznawał tu pierwej za każdym pobytem. Jerzy wyciągnął ku niemu starannie utrzymaną dłoń.

– Nie widziałem cię od czasu wojny – zaczął. – Jakże się miewa twoja żona?

– Dziękuję – odrzekł chłodno Soames. – Całkiem dobrze.

Mięsista twarz Jerzego wykrzywiła się na chwilę drwiącym uśmiechem, jakby skrycie szydził; w oku pojawił się również szyderczy błysk.

– Ten Belg Profond – oznajmił – jest obecnie członkiem naszego klubu… To dziwna figura.

– Doprawdy! – mruknął Soames. – W jakiej sprawie chciałeś widzieć się ze mną?

– Idzie mi o starego Tymoteusza… Może lada chwila wyciąg­nąć nogi. Przypuszczam, że już sporządził testament.

– Tak.

– A więc ty lub kto inny powinniście zajrzeć do niego… Przecież to ostatni ze starej gwardii… Jak wiesz, liczy sobie już setkę. Podobno wygląda jak mumia. Gdzie zamierzacie go pochować? Miałby najzupełniejsze prawo spocząć w piramidzie…

Soames potrząsnął głową.

– Na Highgate, w rodzinnym grobie.

– No tak, przypuszczam, że stare pannice stęskniłyby się za nim, gdyby leżał gdzie indziej. Powiadają, że wciąż jeszcze lubi dobrze zjeść. Widzisz, on może jeszcze długo pociągnąć. Cóż my wobec tych starych Forsyte’ów? Było ich dziesięciu… przeciętny wiek osiemdziesiąt osiem lat… sam to obliczyłem. To zasługa równa urodzeniu trojaczków!

– Czy to wszystko? – zapytał Soames. – Muszę iść dalej.

„Ależ z ciebie nietowarzyskie bydlę!” – zdawały się odpowiadać oczy Jerzego.

– Tak, to wszystko. Odwiedź go w jego mauzoleum… Stary może ma ochotę bawić się w proroctwa. – Z pełnej, miękko zarysowanej twarzy znikł szyderczy uśmiech i Jerzy dodał: – Cóż, panowie plenipotenci, jeszczeście nie wynaleźli sposobu na wykręcenie się od tych przeklętych podatków dochodowych? Stałym, dziedzicznym dochodom dają się one we znaki jak sam diabeł. Przywykłem mieć rocznie dwa tysiące pięćset; teraz dostaję dziadowskie tysiąc pięćset… A koszta utrzymania wzrosły w dwójnasób.

– Aha! – mruknął Soames. – Wyścigi zagrożone!

Po twarzy Jerzego przemknął wyraz sardonicznej samoobrony.

– No, no! – powiedział. – Nie zmuszono mnie jeszcze, bym robił cokolwiek; siedzę tu, wyschły i pożółkły, z każdym dniem biedniejszy. Te drapichrusty z Partii Pracy myślą opanować sytuację, zanim kto zdoła się im przeciwstawić. I z czegóż ty będziesz się utrzymywał, gdy do tego dojdzie? Ja będę pracował sześć godzin dziennie, nauczając polityków, jak poznać się na żartach. Przyjmij moją radę, Soamesie: idź do parlamentu, zapewnij sobie czterysta funtów… i daj mi posadę.

I widząc, że Soames już wychodzi, usiadł z powrotem we wnęce pod oknem.

Soames ruszył wzdłuż Piccadilly, głęboko pogrążony w myślach, jakie zrodziły w nim słowa kuzyna. On sam przecież przez całe życie wciąż pracował i oszczędzał, natomiast Jerzy zawsze był trutniem i marnotrawcą, a przecież gdyby kiedyś przyszło do konfiskaty, to ograbiony zostanie właśnie on, człowiek, który pracował i oszczędzał! Stanowiło to zaprzeczenie wszelkiej zasługi, obalenie wszelkich zasad forsyte’owskich! Czyż na innych zasadach może wspierać się i wzrastać cywilizacja? On, Soames, nie sądzi, by to było możliwe… I cóż? Przypuśćmy, że nie zabiorą mu obrazów, bo nie poznają się na ich wartości. Ale cóż będą warte same obrazy, gdy ci maniacy zaczną doić kapitał? Będzie to niepokupne śmiecie.

Nie chodzi mi o siebie, myślał. W moim wieku mogę wyżyć z pięciuset funtów rocznie i nawet nie poczuję różnicy.

Ale Fleur!… Ten majątek, tak mądrze ulokowany, te skarby, tak troskliwie wyszukiwane i gromadzone – wszystko to było przeznaczone dla niej. A jeżeli wypadki tak się potoczą, że nie będzie mógł jej tego podarować lub zostawić w spadku – no to nie ma po co żyć! I cóż komu przyjdzie z tego, że pójdzie teraz popatrzeć na te wariackie futurystyczne bzdury, tę sztukę przyszłości, by zorientować się, czy ma ona w ogóle jakąś przyszłość?

Jednakże dotarłszy do galerii na Cork Street, zapłacił szylinga, wziął katalog i wszedł do sali. Snuło się po niej z jakieś dziesięć osób. Soames zrobił kilka kroków i natknął się na coś, co wydawało mu się słupem latarni pochylonym wskutek zderzenia z omnibusem. To coś było wysunięte na jakieś trzy kroki od ściany, a w katalogu nosiło nazwę Jowisz. Z ciekawością obejrzał to dziwo, jako że ostatnimi czasy poświęcał nieco uwagi rzeźbie.

Jeżeli to ma być Jowisz, pomyślał, ciekaw jestem, jak może wyglądać Junona.

Nagle po stronie przeciwnej dostrzegł i Junonę. Wydała mu się zgoła podobna do pompy o dwóch ramionach, z lekka oprószonej śniegiem. Jeszcze się jej przypatrywał, gdy naraz na lewo od niego stanęło dwoje spośród snujących się tu ludzi.

– Épatant8! – orzekł jeden z nich.

– Już ten żargon! – burknął do siebie Soames.

Drugi młodzieńczy głos odparł:

– Nie masz racji, stary, to zwykłe nabieranie. Kiedy stwarzał tego Jowisza i Junonę, mówił sobie: „Ciekaw jestem, jak ci durnie to przełkną”. No i cóż? Przełknęli i ani się zakrztusili.

– Ej, żółtodziobie! Vospovitch toruje nowe drogi sztuce! Nie widzisz, że wniósł w rzeźbę satyrę? Przyszłość sztuk plastycznych, muzyki, malarstwa, a nawet architektury opiera się głównie na satyrze. Tak być musi. Ludzie są znużeni. Uczucie chwieje się na swym piedestale.

– No, co się mnie tyczy, jestem skłonny po dawnemu mieć jakie takie zainteresowanie dla piękna. A przecież przebyłem wojnę światową. Pan zgubił chusteczkę.

Soames ujrzał przed sobą chusteczkę w wyciągniętej ręce; wziął ją i nie bez zrozumiałej podejrzliwości przybliżył do nosa. Miała właściwy zapach – delikatnej wody kolońskiej – oraz jego inicjały w rożku. Upewniony podniósł oczy ku twarzy młodego człowieka. Ponad przeciętnie odzianą postacią zobaczył nieco sarnie uszy, roześmiane usta, z obu ich stron mały jak połówka szczoteczki do zębów wąsik oraz nieduże, żywe oczy.

– Dziękuję panu – odrzekł, a po chwili, jakby nieco podrażniony, dodał: – Rad jestem słyszeć, że pan kocha piękno; dziś tak rzadko się z tym spotyka.

– Przepadam za nim – oświadczył młodzieniec – jednakże pan i ja należymy do niedobitków starej gwardii.

Soames uśmiechnął się.

– Jeżeli pan naprawdę interesuje się obrazami – rzekł – proszę, oto mój bilet wizytowy. Mógłbym panu pokazać parę naprawdę dobrych, gdyby był pan w dole rzeki i zechciał zajrzeć do mnie której niedzieli.

– Bardzo to uprzejmie z pańskiej strony. Przylecę jak ptak! Nazywam się. Mont… Michał… – I zdjął kapelusz.

Soames, już w duchu żałując swego porywu, odwzajemnił się, lekko uchylając kapelusza; rzucił przy tym wzgardliwym wzrokiem na towarzyszącego młodzieńcowi mężczyznę; miał on purpurowy krawat, okropne, ślimakowate baczki i drwiące spojrzenie, z czym całkowicie zakrawał na poetę!

Był to pierwszy nieprzemyślany czyn, jakiego dopuścił się od dawna – z wrażenia musiał aż usiąść w jakiejś wnęce. Cóż go opętało, by wręczyć bilet wizytowy fircykowi, który pokazuje się ludziom z czymś takim jak to indywiduum! I postać Fleur, która zawsze przebywała w głębi jego myśli, ukazała się naraz przed nim jak filigranowa figurynka z zegara w chwili uderzenia godziny. Na ekranie na wprost wnęki wisiało wielkie płótno usiane mnóstwem kwadratowych plam pomidorowego koloru; poza tym, o ile mógł to dostrzec ze swego miejsca, nie było tam nic więcej. Zajrzał do katalogu i przeczytał: „Nr 32. Miasto przyszłości. Paweł Post”.

Przypuszczam, że i w tym kryje się satyra! – pomyślał. Co za dziwo!

Spojrzawszy jednak po raz drugi, był już oględniejszy. Nie należało potępiać zbyt pochopnie. A owe pasiaste i pręgowate twory Moneta, wokół których podniesiono taką wrzawę? A szkoła pointylistów? A Gauguin? Ba, już nawet po postimpresjonistach było kilku malarzy, z którymi należało się liczyć. W ciągu trzydziestu ośmiu lat swego koneserskiego życia tyle już doprawdy zaobserwował różnych „prądów”, tyle widział przypływów, odpływów, falowań techniki i smaku, że w istocie jedno pozostawało pewne: że na każdej zmianie mody można zarobić. Być może i w tym wypadku należy stłumić w sobie najgłębiej zakorzenione instynkty – albo też stracić rynek…

Wstał i zbliżył się do obrazu, usiłując spojrzeć nań oczyma innych ludzi. Ponad pomidorowymi plamami było coś, co wziął za zachód słońca, póki ktoś przechodzący nie powiedział:

– Czy ci się nie zdaje, że te samoloty są przepyszne?

Poniżej pomidorowych plam znajdował się biały pas przecięty pionowymi czarnymi kreskami, którym w ogóle nie przypisywał żadnego znaczenia, póki nie nadszedł ktoś, mrucząc:

– Jaką ekspresję uzyskał tu na pierwszym planie!

Ekspresja? Czego? Soames powrócił na miejsce, gdzie wpierw siedział. Było to „bogate”, jak zwykł się wyrażać jego ojciec, więc nie mógł tego potępić. Ekspresja! Aha! Przecież obiło mu się o uszy, że na kontynencie wszyscy już są ekspresjonistami. Czyżby to doszło już i tutaj? Przypomniał sobie pierwszą falę influency w roku 1887 czy 1888; mówiono o niej, że wylęgła się w Chinach. Zachodził w głowę, gdzie mógł się wylęgnąć ten… ten ekspresjonizm. Toż to istna choroba!

Spostrzegł jakąś kobietę i chłopca stojących pomiędzy nim a Miastem przyszłości. Byli do niego odwróceni plecami – jednak Soames śpiesznie zasłonił sobie twarz katalogiem i naciągnąwszy kapelusz na czoło, jął im się przyglądać przez utworzoną w ten sposób szparę. Nie mogło być omyłki co do tych pleców, wytwornych jak zawsze, mimo że włosy ponad nimi już posiwiały. Irena! Żona, z którą się rozwiódł – Irena! A to niewątpliwie jej syn – jej i tego draba Jolyona Forsyte’a, ich chłopak, o sześć miesięcy starszy od jego rodzonej córki – Fleur!

I przeżuwając w duszy gorzkie wspomnienia z czasów rozwodu, już zerwał się z miejsca, by zejść im obojgu z oczu, lecz w tejże chwili skwapliwie usiadł z powrotem. Irena zwróciła głowę do chłopca, mówiąc coś do niego… Jej profil był wciąż tak młodzieńczy, że siwe włosy wydawały się przy nim jak upudrowane z okazji maskarady; takiego uśmiechu, jaki ukazał się na jej wargach, nigdy nie zdarzyło się widzieć Soamesowi, niegdyś pierwszemu ich właścicielowi… Z niechęcią przyznawał, że była jeszcze piękna, a sylwetka jej niemal tak młoda, jak pierwej… A jakim uśmiechem odpłacił jej ten chłopak! Wzruszenie ścisnęło Soamesa za serce. Widok ten gwałcił jego poczucie sprawiedliwości… Zazdrościł Irenie uśmiechu chłopca; uśmiech ten przechodził miarę wszystkiego, czym darzyła go Fleur, i był niezasłużony. Ich syn mógłby być jego synem, a Fleur mogła być jej córką, gdyby Irena postępowała, jak należało!

Soames opuścił katalog. Jeżeli go spostrzeże, tym lepiej! Przypomnienie jej czynu – tu, w obecności syna, który prawdopodobnie o niczym nie wiedział – byłoby zbawiennym dotknięciem palca Nemezis, która niewątpliwie prędzej czy później musi ją nawiedzić! Na pół uświadamiając sobie, że podobna myśl w głowie Forsyte’a – i to tak podeszłego wieku – jest niedorzecznością, Soames sięgnął po zegarek. Już po czwartej! Fleur się spóźnia. Poszła do jego siostrzenicy, Imogeny Cardigan, gdzie ją pewnie zatrzymano: pali papierosy, gawędzi, i tak dalej… Doszedł go śmiech chłopca, a potem wypowiedziane żywo słowa:

– Mamusiu, czy to dzieło jednego z „kulawych kacząt” cioci June?

– Paweł Post… Tak mi się wydaje, kochanie.

Na dźwięk tego słowa lekki dreszcz wstrząsnął Soamesem; nigdy nie słyszał go w jej ustach… Naraz ona go dostrzegła. Jego oczy musiały mieć w sobie coś z sardonicznego spojrzenia Jerzego Forsyte’a, gdyż jej dłoń, odziana w rękawiczkę, zacisnęła się na fałdach sukni, brwi uniosły się w górę, a twarz stężała. Ruszyła dalej.

– To ci dopiero dziwadło! – powiedział chłopak, biorąc ją znów pod ramię.

Soames powiódł za nimi oczyma. Chłopak był przystojny, miał forsyte’owski podbródek, oczy ciemnoszare, głęboko osadzone. Poza tym jednak rozlewał się na tej twarzy jakiś ton słoneczny, niby szklanka starego xeresu – może jego uśmiech, może włosy. Nie zasłużyli na to… tych dwoje!

Gdy Irena z synem przeszli do następnej sali, Soames, straciwszy ich z oczu, jął w dalszym ciągu przyglądać się Miastu przyszłości – lecz nie widział go wcale. Blady uśmiech wygiął jego wargi. Pogardzał sobą za te uczucia, po tylu latach wciąż równie gwałtowne. Majaki! A jednak – gdy człowiek się już zestarzał – czyż ostało się cokolwiek, co by nie było majakiem? Prawda, była jeszcze Fleur! Utkwił wzrok w drzwiach wejściowych. Przyjdzie na pewno, ale oczywiście każe mu na siebie czekać!

Naraz ujrzał coś jakby gza w ludzkiej postaci – małą, szczupłą osóbkę, odzianą w koloru wody morskiej dżibbah9 z metalowym paskiem; jej niesforne, czerwonozłote włosy, gęsto przetykane siwizną, przytrzymywała przepaska. Rozmawiała z ludźmi z obsługi galerii. W jej oczach, zarysie brody, włosach i sposobie bycia uderzyło go coś znanego, coś, co mu przypominało chudego teriera szkockiego czekającego chwili obiadu… Tak, to ona, June Forsyte! Jego kuzynka June… i zdąża akurat ku jego schronieniu! Usiadła obok niego głęboko zamyślona, wyjęła notatnik, ołówek i zaczęła coś zapisywać. Soames siedział bez ruchu. Bodaj licho wzięło to kuzynostwo!

– Obrzydliwe! – usłyszał, jak mruknęła. W tejże chwili, jak gdyby wyczuwając obecność obcego człowieka, który słyszał jej słowa, spojrzała w jego stronę. Stało się, co tylko mogło się stać najgorszego. – Soames!

Soames z lekka odwrócił głowę.