Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 585 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Saga Puszczy Białowieskiej - Simona Kossak

„Puszcza Białowieska umiera. Bezwzględny las – zadbany, czysty, produkujący drewno i użytki uboczne – nienawidzi puszczy, pożera więc miejsce po miejscu dziką i wolną przyrodę. Z każdym zgrzytem piły usuwającej nieprzydatne dla lasu drzewo, z każdym konarem spalonym, by nie zakłócał porządku w lesie, z każdym rzędem równo posadzonych sosenek, z każdym wypielęgnowanym młodnikiem – puszcza słabnie”.

Saga Puszczy Białowieskiej to fascynująca historia regionu od czasów prehistorycznych po wydarzenia najnowsze. Łowcy mamutów, Jaćwingowie, plemiona prasłowiańskie, sokolnicy, królewskie polowania, powstania narodowe, intensywna gospodarka leśna, batalia o powstrzymanie zakusów eksploatatorów. Ludzie schodzą w tej opowieści na dalszy plan. Tu króluje przyroda – piękna, fascynująca i niestety zagrożona. To nie tylko zapis wspaniałości natury, lecz także piętnowanie ludzkiej głupoty i pazerności, które ten wyjątkowy obszar zamieniają krok po kroku w plantację drzew. To wołanie o opamiętanie, póki jeszcze nie wszystko stracone.

Mimo że w minionym tysiącleciu niejeden raz groziło jej unicestwienie, w cudowny nieomal sposób przeżyła do naszych czasów, a wraz z nią tysiące gatunków roślin i zwierząt, z królewskim żubrem na czele. Czy przetrwa również XXI wiek?

Są książki, o których mawia się, że należy je przeczytać. O Sadze Puszczy Białowieskiej bez wahania powiem, że wstyd jej nie czytać. To opowieść ważna nie tylko dla miłośników Puszczy, fascynatów przyrody czy działaczy ekologicznych. To także książka, która powinna wejść w skład polskiego kanonu kulturowego, połączenie refleksji humanistycznej w jej najlepszym wydaniu z troską o dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe. Jednym słowem lektura absolutnie obowiązkowa.

Remigiusz Okraska

 

Simona Kossak (1943–2007) – biolog, leśnik, profesor, popularyzator nauki. Znana z bezkompromisowych poglądów i działań na rzecz ochrony przyrody, zwłaszcza Puszczy Białowieskiej, gdzie w starej leśniczówce Dziedzinka mieszkała ponad 30 lat. Urodziła się w artystycznej rodzinie Kossaków, była prawnuczką Juliusza Kossaka i wnuczką Wojciecha Kossaka. Skończyła studia biologiczne na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 2000 otrzymała tytuł profesora nauk leśnych. Pracowała w Zakładzie Badania Ssaków Polskiej Akademii Nauk w Białowieży oraz w Instytucie Badawczym Leśnictwa w Zakładzie Lasów Naturalnych, gdzie od stycznia 2003 pełniła stanowisko kierownika. Była pomysłodawcą unikatowego na skalę światową urządzenia ostrzegającego dzikie zwierzęta przed przejazdem pociągów. Jej dorobek twórczy obejmuje ogółem kilkaset opracowań naukowych, niepublikowanych dokumentacji naukowych, artykułów popularnonaukowych i filmów przyrodniczych oraz trzy książki: Opowiadania o ziołach i zwierzętach, Wilk – zabójca zwierząt gospodarskich? i Saga Puszczy Białowieskiej. Od 2001 prowadziła codzienne audycje (Dlaczego w trawie piszczy) w Radiu Białystok i innych regionalnych oddziałach Polskiego Radia. Radio Gdańsk za popularyzowanie wiedzy przyrodniczej na antenie radiowej przyznało jej nagrodę „Osobowość Radiowa Roku 2003”. W uznaniu zasług na polu nauki i popularyzowania ochrony przyrody w 2000 została uhonorowana Złotym Krzyżem Zasługi

 

Opinie o ebooku Saga Puszczy Białowieskiej - Simona Kossak

Fragment ebooka Saga Puszczy Białowieskiej - Simona Kossak

Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Korekta AGNIESZKA RADTKE, JAN JAROSZUK
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA POL
Łamanie | manufaktu-ar.com
Zdjęcie na okładce © Lech Wilczek
Copyright © by Ida Matysek & Dagmara Wiśniewska-Skałka Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016
Warszawa 2016 Wydanie pierwsze w tej edycji
ISBN 978-83-65282-71-2
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Simona Kossak była biologiem z wykształcenia i leśnikiem z zamiłowania, krakuską z urodzenia i białowieżanką z wyboru. Ukończyła studia na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Jagiellońskiego ze specjalnością psychologa zwierząt, a kolejne stopnie naukowe od doktora po profesora zwyczajnego otrzymała w dziedzinie nauk leśnych. Urodziła się i wychowała w Krakowie w Kossakówce, skąd po otrzymaniu dyplomu magistra przeniosła się do Białowieży. Ponad trzydzieści lat mieszkała w głębi Puszczy Białowieskiej, w starej leśniczówce o pięknej nazwie Dziedzinka. W życiu prywatnym była towarzyszką życia znanego fotografika przyrody Lecha Wilczka. Pracowała w Zakładzie Lasów Naturalnych Instytutu Badawczego Leśnictwa, gdzie badała zachowania dziko żyjących ssaków leśnych oraz ich ekologiczne relacje ze środowiskiem. Oprócz tego inwentaryzowała liczebność oraz skład populacji ssaków łownych i chronionych, przez co aktywnie pomagała leśnikom w racjonalnym zarządzaniu zwierzostanem i ochronie gatunków rzadkich.

Simona Kossak była córką Jerzego, wnuczką Wojciecha i prawnuczką Juliusza – trzech malarzy batalistów rozmiłowanych w koniach, ojczystym krajobrazie i w polskiej historii. Była bratanicą poetki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej oraz pisarki Magdaleny Samozwaniec. Jej stryjeczną babką była Zofia Kossak-Szczucka, autorka powieści historycznych.

„Obciążenie genetyczne”, odebrane wychowanie oraz przesiąknięcie wszechobecną w tej rodzinie miłością do zwierząt spowodowały, że zajmowanie się badaniem przyrody i publikowanie suchych prac naukowych nie wystarczały jej do szczęścia. Pełnię satysfakcji dała dopiero działalność popularyzatorska na rzecz ochrony przyrody. Była autorką kilkuset artykułów, których intencją było „łagodzenie obyczajów”. W 1995 roku ukazała się jej książka Opowiadania o roślinach i zwierzętach. AutorkaSagi ma na swoim koncie też dziesiątki audycji radiowych i telewizyjnych oraz konkretnych działań na rzecz przyrody. Jak sama mówiła – jedyne malarstwo, z jakim sobie świetnie radziła, to pokrywanie jednym kolorem gładkiej ściany mieszkania. Dlatego w pewnym momencie wzięła do ręki kamerę – za swoje amatorskie filmy przyrodnicze otrzymała krajowe i międzynarodowe nagrody.

Saga Puszczy Białowieskiej powstała w intencji spłacenia długu: jest nim trzydzieści szczęśliwych lat przeżytych przez autorkę u Pana Boga za piecem – w zielonym raju, w Puszczy Białowieskiej.

Simona Kossak z rysiem w Puszczy

Nad wszystko, co w dzikiej przyrodzie,

co żyje, oddycha i śpiewa,

nad wszystko, co kocha i tęskni,

miłuję leśne drzewa...

A gdy już usnę na wieki,

niech sen mi się przyśni królewski...

Niech mnie kołysze do marzeń

szum Puszczy Białowieskiej.

Julian Ejsmond

Puszcza, A. Grottger

Wstęp

Puszcza Białowieska umiera. Wśród drzew przemyka okryta mgłą postać dzierżąca kosę, lecz u jej stóp nie czai się już ryś skośnooki, nie wyciągają ramion pokrzywione kolosy lip i wiekowe dęby.

Nad konającą pochyla się z troską konsylium leśników i uczonych. Znają chorobę: na imię jej las. Gorzka to wiedza, że śmiertelnym zagrożeniem dla puszczy jest chluba człowieka – las zagospodarowany.

Im więcej wysiłku wkładają w swą pracę leśnicy, tym szybciej puszcza umiera. Bezwzględny las – zadbany, czysty, produkujący drewno i użytki uboczne – nienawidzi puszczy, pożera więc miejsce po miejscu dziką i wolną przyrodę. Z każdym zgrzytem piły usuwającej nieprzydatne dla lasu drzewo, z każdym konarem spalonym, by nie zakłócał porządku w lesie, z każdym rzędem równo posadzonych sosenek, z każdym wypielęgnowanym młodnikiem – puszcza słabnie. Jej dusza wygnana z próchniejącego pnia płacze w ostatnich ostojach.

Jesteś wśród drzew, lecz brak tu Perkuna, nie ukorzysz się przed świętym dębem przodków, nie usłyszysz rozmowy dzikich pszczół z dziuplastą lipą, nie pochylisz głowy przed majestatem miejsca, z którego pochodzisz: przed puszczą słowiańską. Ona umiera.

Śmierci jest tysiąc: giną ciche, nieważne, pozbawione domu żyjątka i kolejne pokolenia drzew – nie ze starości, lecz z wyroku lasu. Serce ci pęka, a puszcza umiera.

Uczeni znają chorobę, potrafią ją leczyć, chcą puszczę zachować. Recept jest kilka, lecz każda uderza w las. Konsylium dzieli się i sprzecza, padają zarzuty, obelgi. Czas płynie, puszcza umiera. Ambicje, urazy, sprzeciwy. A puszcza umiera. Uczeni, praktycy, eksperci. A puszcza umiera. Programy, koncepcje, wytyczne. A puszcza umiera. Narady, decyzje, dokumenty. A puszcza umiera. Polityka, wpływy, interesy, pieniądze, pieniądze, pieniądze.

Puszcza umiera!

Przed laty przy wjeździe do Białowieży uczeni ustawili na cokole głaz narzutowy ze stosownym napisem ku czci Puszczy Białowieskiej. To kamień nagrobny.

Wstrząśnięta szybkością i rozmiarem wycinania białowieskich starodrzewów, na łamach „Gazety Wyborczej” w czerwcu 1992 roku opublikowałam esej Śmierć Puszczy. Gdziekolwiek bowiem spojrzeć, powiększały się otwarte przestrzenie upraw mających w dalekiej przyszłości wyrosnąć w zwyczajny las gospodarczy, ze starodrzewów wybierane były masowo dorodne, zdrowe dęby i świerki, sosny i jesiony, a ciężki sprzęt dewastował dno lasu.

Wywożenie tysięcy pni z lasu naturalnego i sadzenie w rządkach sztucznie wyhodowanych sadzonek, by je po upływie określonego czasu wywieźć w postaci drewna – to nieuchronna śmierć puszczy. Żyje ona bowiem dopóty, dopóki wyrasta z prochów poprzednich pokoleń, a cykle narodzin i naturalnej śmierci trwają nieprzerwanie tysiące lat. Dziś w Europie jest tylko jedno takie miejsce: osłabione, oszpecone, ale z wciąż jeszcze zachowaną siłą do samoodradzania się po zniszczeniach – Puszcza Białowieska.

Las wyhodowany przez człowieka tak się ma do puszczy, jak krowa do żubra, jak kundel wiejski do wilka, jak Puszcza Notecka, Kampinoska i Niepołomicka do Puszczy Białowieskiej. Jak tombak do złota. Ona – ogromna, dzika i wolna – nie potrzebuje nas, by trwać przez dalsze tysiąclecia, nie potrzebuje naszych pił i rachitycznych sadzonek...

Rzesze uczonych i miłośników przyrody od lat apelują do władz o objęcie konserwatorską ochroną całej polskiej części Puszczy. Za wzór do naśladowania stawiają dawnych władców, którzy, już od czasów Jagiełły, otaczali Puszczę opieką, dzięki czemu jej przyrodnicze skarby prawie nienaruszone przetrwały do naszych czasów.

Zapraszam więc na daleką wędrówkę. Nie w przestrzeni, a w czasie. Podczas lektury zostaniemy bowiem w Puszczy Białowieskiej, a przed naszymi oczami przesuwać się będą tysiąclecia, setki i dziesiątki lat. Obrazy, które ujrzymy po drodze, zaprzeczą piewcom legendy o dobrych dawnych czasach, polskich królach rozmiłowanych w Puszczy Białowieskiej i ich szlachetnych poddanych. Prawda ukryta na kartach kronik, pamiętników i w dokumentach historycznych jest mniej budująca: miejscowa ludność zawsze miała za nic majestatyczne piękno Puszczy i tylko patrzyła okazji, by z niej czerpać pełnymi garściami. Każda zawierucha dziejowa – wojna, zmiana przynależności państwowej, jak też upodobania kolejnych panujących, hołdowanie modom, szukanie sposobów zapełnienia skarbca czy zyskania przychylności możnych tego świata, od zarania polskiej historii aż do dziś – uderzała w Puszczę Białowieską.

To, że jeszcze nie podzieliła losu innych puszcz, po których zostały tylko nazwy, wynika z jej – zda się niewyczerpalnych – sił życiowych, ze straszliwego haraczu płaconego łowcom zwierzyny i położenia geograficznego – z dala od skupisk rolniczej ludności i wielkich miast, leżąca na pograniczu krajów i narodów, ukryta wśród bagien – przetrwała. Ciężko okaleczona, ograbiona z drzew i ze zwierząt, ale we współczesnej Europie jedyna przypominająca jeszcze prapuszczę, która sześć tysięcy lat temu otulała Niż Europejski od Karpat po Bałtyk.

Na oczach naszego pokolenia rozgrywa się ostatni akt jej dziejów.

Lokalizacja miejsc wymienionych w opowieści

Łowcy mamutów i reniferów

Nadeszła wiosna. Zimniejsza niż wszystkie ubiegłe, choć i tamte od dawna już nie dawały ciepła podtrzymującego życie drzew. Lodowate podmuchy smagały umierający las. Tu i ówdzie sterczały kikuty rozłożystych dębów i lip, leżały obalone sosny, ale w poszyciu brak było młodego pokolenia. Tylko w wierzbach, brzozach i świerkach tliło się jeszcze życie. Stopniowe, od tysięcy lat postępujące oziębienie klimatu nabrało pędu. Coraz szybciej i szybciej nowe połacie Europy znikały pod lodem – tym nadchodzącym z północy i tym sunącym jęzorami z gór południowych.

Przez cmentarzysko drzew i niskiej roślinności szedł, kulejąc, samotny mamut; droga wędrówki stada dziewięciu olbrzymów, uchodzących spod Gwiazdy Polarnej w cieplejsze okolice, stała się szlakiem donikąd – jak kamienie milowe znaczyły ją zwłoki zwierząt ciemniejące wśród mszarów i wpółzamarzniętych błot.

Mamut skrył się w wierzbowym zagajniku. W gąszczu gałęzi prześwituje czterometrowej wysokości cielsko okryte długim, ciemnobrunatnym, miejscami rudym włosem z wełnistym, zwartym podbiciem chroniącym przed mrozem. A jednak zwierzę drży; śnieg z deszczem, bezlitośnie padający od wielu dni, dawno przemoczył sierść pozbawioną ochronnej warstewki tłuszczu i spływa teraz po skórze. Wilgoć już nie paruje po zetknięciu z przechłodzonym ciałem, a rozmiękłe w błocie i popękane płytki rogowe nie chronią obolałych stóp stworzonych do chodzenia po twardym i suchym podłożu. Brak wału z tłuszczu na szczycie łba stromo opadającego ku karkowi i ostro sterczące kości mówią o wycieńczeniu olbrzyma. Tylko sto czterdzieści kilogramów wspaniałych, kremowobiałych ciosów, dumnymi kołami skierowanych ku niebu, świadczy o minionej potędze gatunku.

Mamut ospale żeruje. O tej porze roku jego organizm tęskni do zielonych traw i leśnych ziół, lecz tych już nie napotka. Jest też zbyt słaby, by napierając swymi ogromnymi zębami siecznymi, obalić wyższe od siebie drzewo i dosięgnąć pączków listowia. Poprzestaje więc na gałązkach niewielkich świerków, wierzb i na mchu porastającym kępy wśród błot. Czubkiem trąby odrywa pęd po pędzie, podaje do pyska i powoli żuje.

Na sporym wyniesieniu królującym wśród błot na moment zamajaczyło kilka odzianych w skóry dwunogich istot – wygłodzona horda spostrzegła mamuta. Wygnana lodowcem schodzącym z gór południowych, opuściła swe jaskinie, by na szlaku Wielkiej Ucieczki łowić drobną zwierzynę. Lecz w krainie ginącej w uścisku lodowca zabrakło żywej zdobyczy. Zniknęły wilki i lisy wskazujące drogę do ostatniego źródła pokarmu – mamutów padłych w umierającym lesie.

Za osłoną pagórka horda czeka na powrót zwiadowcy. Wrócił, przysiadł na piętach, gestykuluje, pokrzykując w wielkim podnieceniu: mamut jest sam, jest chory, nie może uciekać zbyt szybko. Lecz wielki jak góra jest groźny jak śmierć. Wódz krzywi oblicze. Patrzy na towarzyszy. Dzierżą potężne maczugi, a za rzemieniami podtrzymującymi odzienie tkwią noże, jednym celnym uderzeniem odłupane od rdzenia krzemiennej buły. Ciężkie kamienne topory o ostrych krawędziach leżą tuż obok, a jednak oczy mężczyzn umykają spojrzeniu wodza; horda jest słaba. Nie wyzwie kolosa do walki wręcz. Lecz głód żąda mięsa... Wódz zdecydował: nagonić zwierza na rozpadlinę!

Czternastu mężczyzn i osiem kobiet rozbiega się chyłkiem po lesie, by w pobliżu mamuta wyskoczyć z ukrycia, miotaniem toporów i krzykiem zmusić go do biegu. Olbrzym uniósł trąbę i ruszył ciężkim galopem. Pod naporem potężnego ciała padają brzozy i świerki, spod nóg tryska błoto. Przeskoczył kłodę, jedną, drugą. Przez chwilę był sam. Zwolnił biegu, gdyż krwawa zasłona zmęczenia zmąciła mu wzrok. Znów nienawistne stworzenia były tuż obok. Świsnęło powietrze – w nasadzie trąby głęboko utkwił klin topora. Rozległ się ryk bólu. Ziemia umknęła spod nóg i mamut ciężko zwalił się w rozpadlinę. Próbował wstać. I wtedy obsiadła go horda; dźgany, cięty, uderzany – umierał. W ostatnim odruchu przewalił się na bok. Wódz krzyknął i znikł przygnieciony olbrzymim cielskiem.

W pobliżu ogniska piętrzą się zwały mięsa, okrwawione żebra i potężny łeb wsparty na bielejących obręczach ciosów. W miejscu trąby zieje krwawa jama. Wschodzące słońce ukazuje mężczyzn w uprzęży z mamuciej skóry powoli wlokących wielką, kamienną płytę. Na szczycie pagórka ciemnieje prostokątny wykop o ścianach umocnionych równo ułożonymi głazami. Na jego dnie spoczywa człowiek. Leży na boku, ma podkurczone ręce i nogi, przy twarzy czernieje krzemienny topór. Do grobu podchodzi kobieta, z zawiniątka uwiązanego przy pasie dobywa garściami czerwoną, sproszkowaną glinę i posypuje nią twarz i tors zmarłego. Ma ciemne oczy, głęboko osadzone pod mocno zarysowanymi łukami brwiowymi, niskie czoło uciekające ku krągłej potylicy i krótką szyję wbitą w ramiona. Po jej policzkach spływają łzy.

Upływały dziesiątki tysiącleci. Śmierć kilometrową warstwą pokryła ziemię. Tylko hulający wiatr rzeźbił lodowe fale na powierzchni całunu, tylko tarcza księżyca i blade słońce spoglądały na białą pustynię. Lądolód cofał się i atakował. W swych wędrówkach przenosił odłamy skał wyrwane z dalekich gór. Żłobił i wchłaniał w swe cielsko napotkane podłoże. W odwrocie tryskał rzekami i przy wtórze łoskotu mielił i wyrzucał z swych trzewi obłe głazy-wałuny, szarozielone i ugrowe gliny, czerwonawe żelaziste piaski i iły, aż dwudziestometrową warstwą pokrył ślad ludzkiej mogiły. W końcu postarzał się biały morderca. W ostatnim ataku sięgnął już tylko północnej krawędzi wielkiego Niżu Europejskiego.

Na przedpolu lodowca króluje stepotundra, a na niej wre życie. Najdalej na północ zapuszczają się stada wołów piżmowych, nosorożce włochate i renifery. Na niezmierzonych przestrzeniach pasą się stada koni i garbonosych suhaków, w gęstwinie żerują prażubry i jelenie o olbrzymim porożu. Nocami słychać ryk niedźwiedzia jaskiniowego, wycie wilków, poszczekiwania pieśców i lisów.

Wskroś tundry wędruje samotny łowca reniferów. Jest wysokim, zgrabnie uformowanym chłopcem. Nad ledwie zarysowanymi łukami brwiowymi wznosi się niewysokie, proste czoło myślącego człowieka. Przez ramię przewieszony ma łuk i uczepiony na rzemieniu pęk strzał o kamiennych grotach. U podstawy mocno osadzonej szyi lśni naszyjnik z dwudziestu lisich i wilczych zębów. Przy pasie zwisa ucięty z dwóch stron róg tura kryjący narzędzia wykonane w czasie samotnych wieczorów: ostre dłuto wyczarowane z goleni renifera, z rączką wyrzeźbioną na kształt głowy sowiej, i drugie z kości jelenia o ostrzu szerokim na palec, szydło z łbem końskim o rozwianej grzywie i szydło z okrągłej kości ptaka, płaski ośmioząbkowy rylec z goleni kozła – znakomity do rzeźbienia w glinie, duża, łukowata igła z otworem do przewlekania rzemyka wykonana z żeberka suhaka. Ten skarb, przydatny w wielodniowej wędrówce, będzie darem dla dziewczyny, która żegnała chłopca, a czeka na powrót mężczyzny – łowcy, samodzielnie zdobywającego zwierzynę.

W promieniach rannego słońca stado reniferów skubie zioła porastające tundrę. Chłopiec, dzierżąc pęk strzał, przesuwa łuk z ramienia na plecy, przywiera do ziemi i niby wąż pełznie wśród niskich krzewów wierzbowych. Omija grupę samic z młodymi. Ostre, pokręcone gałęzie boleśnie smagają ramiona. Młody myśliwy powoli zbliża się do żerującego na uboczu dorodnego byka. Wtem o coś zaczepił. Szarpnął się lekko, uwolnił i przerażony głośnym szelestem uniósł głowę – renifer, odwrócony, niczego nie zauważył. Łowca nie przerywa podchodu, jest już tak blisko, że czuje woń zwierzęcia. Powoli unosi się i klęcząc na jednym kolanie, napina łuk. Świsnęło i strzała utkwiła w sercu ofiary.

Łowca jest gotów do drogi powrotnej. Na ziemi leży zwinięta skóra renifera, a w niej najlepsze kawały mięsa. Teraz należy zaszyć brzegi pakunku i przytroczyć sterczące licznymi odnogami poroże. Ręka młodzieńca sięga do pasa – zamiast pojemnika z narzędziami dłoń napotyka zerwany rzemień...

Renifery

Fauna epoki lodowcowej

Ostatni milion lat historii Ziemi, zwany czwartorzędem, dzieli się na plejstocen i holocen. W plejstocenie lądolód czterokrotnie atakował Europę. W przerwach między zlodowaceniami na terenach dzisiejszej Puszczy Białowieskiej panował klimat umiarkowanie ciepły. Największe zlodowacenie (tak zwany Mindel) objęło cztery i pół miliona kilometrów kwadratowych Europy. W Polsce płaszcz lodu oparł się o Sudety i Karpaty, gdzie spotkał lodowce schodzące z gór. Na terenie przez niego objętym wyginęły wszystkie rośliny i zwierzęta.

Ostatni lądolód (Würm) zagarnął dzisiejsze pojezierza: Mazurskie i Suwalskie. Na jego przedpolu uformowała się stepotundra. Ustąpił około dwunastu tysięcy lat temu, pozostawiając po sobie Bałtyk. Z tą chwilą rozpoczął się holocen – w którym żyjemy.

W Europie mamuty wymarły w późnym plejstocenie.

Człowiek neandertalski pojawił się w Europie ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy lat temu, wyginął z niewiadomych przyczyn przed czterdziestoma tysiącami lat. Okres ten zwany jest paleolitem – epoką kamienia łupanego.

Z paleolitu środkowego (100–40 tysięcy lat p.n.e.) zachowały się ślady kultury mustierskiej, charakteryzującej się umiejętnością niecenia ognia, różnorodnością kamiennych narzędzi i pochówkiem zmarłych. Pierwotny człowiek miał pod dostatkiem leżących na powierzchni ziemi potężnych buł krzemiennych. Był to znakomity materiał na najprostsze narzędzia codziennego użytku (tłuki, topory, siekiery, skrobacze, noże – w postaci długich, ostrych wiórów) produkowane metodą odłupywania zbędnych części od nukleusów – rdzeni krzemiennych brył.

Neandertalczyk zamieszkiwał jaskinie skalne i jaskinie wykopane przez siebie w ziemi – najczęściej w zboczach nad rzekami. Nie znał ani uprawy roli, ani hodowli bydła. Prowadził życie wędrownego łowcy. Polował na rozległych, podmokłych tundrach, na suchych, gorących stepach i w mrocznych puszczach. Na początku ubiegłego stulecia w północnej Ukrainie odnaleziono wyłożony głazami grób człowieka z paleolitu.

Około trzydzieści pięć tysięcy lat temu (koniec neolitu) Europę zasiedlał człowiek rasy kromaniońskiej (nazwa od znalezisk w jaskiniach koło Cro-Magnon we Francji, gdzie odkryto szkielety ludzi z kultury oryniackiej) – nasz przodek. Dawniej sądzono, że zamieszkiwał wyłącznie jaskinie. Nowsze odkrycia archeologiczne wykazały, iż wykorzystując między innymi kości mamutów, budował długie, wielorodzinne domy kryte wspólnym dachem.

Z neolitu pochodzą najstarsze z dotychczas odnalezionych ślady obecności człowieka w Puszczy Białowieskiej. Są to narzędzia krzemienne i fragmenty naczyń ukryte w piaszczystych wydmach nadrzecznych oraz wyorywane pługiem kamienne toporki i groty. W 1923 roku archeolodzy odkryli ślady dwóch osad; w pierwszej, leżącej na prawym brzegu Narwi, niedaleko wsi Rudnia, znaleziono skorupy naczyń, krzemienne skrobacze i nożyki. W drugiej, położonej na południe od bagien Dzikiego Nikoru, zachowały się narzędzia kamienne oraz krzemienne groty strzał i sześć nożyków. Osady te datowano na młodszą epokę kamienną.

Koniki polskie

Jednym z najważniejszych sposobów zdobywania pożywienia przez ludzi neolitycznych, prócz zbierania roślin, było łowiectwo. Zabijanie zwierząt dostarczających mięsa, skór oraz ścięgien i kości nie było proste. Najczęściej więc polowano gromadnie z naganką. Zdarzały się jednak też samotne łowy – o czym opowiadają skalne malowidła pochodzące z tamtej epoki. Człowiek w tym czasie jeszcze nie udomowił psa – najwierniejszego pomocnika myśliwego. Udoskonalił jednak sprzęt myśliwski i wynalazł luk – prostą broń skutecznie rażącą z dużego dystansu. Sądzi się, że tego rewolucyjnego wynalazku dokonano w Afryce Północnej, skąd drogą wiodącą przez Półwysep Pirenejski jakieś dwanaście tysięcy lat temu przedostał się do Europy.

Kromaniończyk zostawił po sobie bogactwo broni oraz narzędzi wykonanych z gładzonych, wierconych i polerowanych kamieni, kości rogu (często łączonych ze sobą). Jako surowca używał kamieni, które łatwo się łupią i poddają obróbce: obsydianu, kwarcytu, diorytu, a przede wszystkim – krzemienia. Nie korzystał już jednak z brył leżących na powierzchni ziemi, zwietrzałych od słońca i wiatru. Sięgał w głąb do złoży mających w sobie „wilgoć” i dających się łatwo obrabiać.

Lepił z gliny i zdobił naczynia. Ubierał się w skóry zwierząt, pozbawione sierści za pomocą ostrych skrobaczek, wyprawione, odpowiednio przykrojone i zszyte skręconymi jelitami. Lubił też ozdoby – nosił naszyjniki z przewierconych zębów zwierząt, rzeźbionych płytek kostnych, muszli i barwnych kamyczków.

Na początku XX stulecia archeolog Józef Choynowski odnalazł na terenach południowo-zachodniej Rosji szereg narzędzi i ozdób, a wśród nich róg tura zawierający komplet podręcznych przyrządów codziennego użytku.

Kromaniończyk stworzył podwaliny religii (kult Matki-Bogini) i kultu zmarłych. Wynalazł sztuki piękne. Niedościgła oszczędność środków wyrazu, realizm, umiejętność uchwycenia ruchu, dojrzałość artystyczna rzeźb i rytów wykonanych w kości i rogu oraz rysunków i wielobarwnych malowideł naskalnych budzą podziw i zazdrość współczesnych artystów. Głównym tematem twórców-łowców były zwierzęta. Wśród ponad trzystu gatunków zidentyfikowanych przez zoologów ssaków, ptaków i ryb są: mamuty, renifery, tury, prażubry, niedźwiedzie, tarpany, jelenie, antylopy, strusie, foki, węgorze, lisy, rysie i wilki. Zwierzęta biegają, pasą się i zalecają do siebie. Wśród nich pojawiają się też sylwetki myśliwych zaopatrzonych w łuki i dzidy.

Dzięki tym swoistym „atlasom zoologicznym” dowiadujemy się, jak wyglądały gatunki, które nie dotrwały do naszych czasów. Zastanawiano się na przykład, dlaczego na wszystkich wizerunkach konie przedstawiane były z dużą, nieforemną głową. W zarozumialstwie uznano, że jest to wynik niezręczności rysownika. Wreszcie odnaleziono szkielety koni paleolitycznych; i cóż się okazało? „Prymitywni jaskiniowcy” po prostu wiernie oddali naturę.

Ryś w puszczańskim mateczniku

Puszcza

Pięć tysięcy lat minęło od czasu, gdy lądolód wycofał się w swe pierwotne leże – szczyty gór na północy. Uchodząc przed promieniami słońca, stopniał na całej powierzchni, bluzgał i spływał strugami, przesiąkał ziemię. W odwrocie napełniał wodami wielką kotlinę u stóp Skandynawii tak długo, aż stworzył słodkie morze, szerokim ujściem wlewające się do oceanu. Na uwolnionej ziemi wszechwładnie zapanowała woda. Tworząc szeroko rozlane rzeki, pracowicie rzeźbiła dziewiczą ziemię, jeziorami wypełniała niecki i zagłębienia, tworzyła moczary i bagna. Na bezkresnych równinach Europy Wschodniej, niby wyspy na oceanie, ciemniały wyniosłości dające ostatnie schronienie zwierzętom i ludziom w ich ucieczce przed potopem.

Wreszcie wód zaczęło ubywać. Korytami rzek bystro spływały do mórz i jezior, przesiąkając grunt, zasilały podziemne strumienie wysysane korzeniami roślin, uchodziły w powietrze. Po każdym lecie nowe połacie ziemi coraz szerszym pierścieniem otaczały wzniesienia. Na płaskowzgórza powrócił las; zazieleniły się modrzewie i sosny, zarośla olszyny okryły brzegi rzek. Klimat się ocieplał – dziesięć stuleci starczyło, by zaszumiały dąbrowy, zapachniał kwiat lipy, a kolumnada jesionów znalazła odbicie w nieruchomych wodach zastoin.

Narodziła się prapuszcza. Wsparta o nagie zbocza Karpat, sięgająca Bałtyku, pulsująca rzekami i strumieniami, oczami jezior spogląda w gwiazdy. W północno-wschodniej części Europy, na rozległej równinie wyniesionej sto siedemdziesiąt metrów nad poziom morza, zamknięte w objęciach dwóch rzek bije jej serce, jeszcze bezimienne. Miną wieki, zanim usłyszy swe imię – Puszcza Białowieska.

W głębi ziemi, pod jej korzeniami leży gruba, promieniejąca magiczną, dobrą energią warstwa skał kredowych – pozostałość istniejącego tu niegdyś pramorza. Na niej spoczywają różnej miąższości gliny, płaskowzgórza i kopuły z piasków, żwirów i kamieni. W dolinach rzek i strumieni, pod zbitym dywanem torfów, kredowe bogactwo margli zalega tak płytko, że ludzie, którzy tu się osiedlą, sięgać będą do nich, by bielić wnętrza swych chat. Na powierzchni gliniasto-piaszczystego podłoża spoczywa gleba – zależnie od miejsca – bielica, gleba brunatna, płowoziem, mady rzeczne lub czarne ziemie leśne, a na niej lekka, urodzajna próchnica. Przez tysiąclecia powstawała z resztek obumarłych roślin i zwierząt, karmiła nowe życie, rodząc i grzebiąc kolejne generacje ziół, krzewów i olbrzymich drzew.

Podłoże lasu przerośnięte gąszczem korzeni, korzonków i kłączy rytmicznie pulsuje wilgocią. Na przedwiośniu każdego roku przybierają wody w splątanej sieci puszczańskich rzek, rzeczek i strumieni. Zasilone topniejącym śniegiem, szeroko, rozlewnie zagarniają połacie lasu, nasączają ziemię, wypłukując sole mineralne ze ściółki leśnej, wzbogacają podziemne magazyny, podnoszą poziom wód gruntowych. Po letnich suszach lustro wód podziemnych stopniowo opada, aby po kolejnych roztopach znów gwałtownie wznieść się ku powierzchni.

Pod stopami suchych, pachnących igliwiem borów sosnowo-świerkowych i borów mieszanych wody gruntowe ukryte są na głębokości nawet czterech metrów, a ich roczne wahania obejmują niewiele ponad pół metra. Pod lasem dębowo-grabowym woda zalega płytko – tylko metrowa warstwa gleby dzieli ją od zielonego runa, za to intensywnie pulsuje: rokrocznie nawet o dwa metry wznosi się i opada. W olsach, łęgach przystrumykowych i w borach bagiennych jej nieruchome lustro przez większą część roku prześwituje wśród splątanych korzeni drzew i kęp roślinności skrywających pod sobą grząskie, zdradliwe topiele.

Każdej zimy już w listopadzie lub w grudniu bezlitosny mróz zaciska swe kleszcze, zamieniając ziemię w kamienną opokę; im głębiej ukryta jest woda, im cieńsza warstwa mchów, ściółki i śniegu, im mniej odwilży – tym głębiej sięga zmarzlina. W corocznych zmaganiach wiosny ze słabnąca zimą pierwszy ustępuje śnieg, po nim puszczają szkliste okowy w borach i grądach. Najdłużej – nieraz aż do maja – nie poddaje się zmarzlina torfowisk i lasów łęgowych.

Przygodnemu wędrowcy Puszcza ukazuje bajecznie stare oblicze. W którą stronę spojrzy, wszędzie napotka kolumnadę potężnych gonnych pni wysoko u góry zwieńczonych zielonymi koronami. Z każdego załomka głęboko spękanej kory dębu, z każdej dziupli, z każdego osnutego mgłami bagniska tchnie pamięć dawno minionych lat. Baczne oko, wśród armii matuzalemów, wnet jednak wypatrzy, a to kępę lipowej młodzieży niesfornie stłoczonej na pełnej światła polanie, a to młodnik sosnowy żywą zielenią przysłaniający resztki pożarzyska, a to wiotkie siewki graba wyrosłe wprost z pokrytego mchem murszywego szczątka dawno zmarłego pradziadka.

Puszcza nigdy nie była i nigdy nie będzie stara. Ona, nieporuszona w swym ponadczasowym majestacie, trwa w opływających ją tysiącleciach wciąż tak samo żywotna. W sobie właściwym rytmie rodzą się, dojrzewają, starzeją się i zamieniają w proch kolejne generacje drzew i jednoroczne zioła. Jesienne wichury, letnie burze, zimowe okiście w mgnieniu oka zamieniają całe jej połacie w spiętrzone rumowiska połamanych pni i konarów. Z upływem czasu rany zabliźniają się i pokrywają zielenią nowo narodzonego życia.

Na każdym rodzaju gleby, zależnie od wodnych zasobów, wyrasta nieco inny las – zawsze jednak jest to różnorodność wielu gatunków drzew, krzewów i krzewinek, traw, turzyc i ziół, mchów, porostów, grzybów...

Oto najszlachetniejszy z lasów – puszczański grąd. Wyrasta na podłożu gliniastym, najczęściej na żyznych glebach brunatnych oraz płowoziemiach. Wprawdzie wody gruntowe zalegają ukryte głęboko, lecz trudno przesiąkliwe gliny sprzyjają ich okresowemu magazynowaniu w zasięgu korzeni. Przestrzeń między dnem grądu a błękitem nieba wypełnia zielone bogactwo. Nad wszystkim górują, jak wieżyce i baszty, czuby najstarszych świerków, dębów, jesionów i lip. Pod nimi rozpościera się dach lasu zbudowany z koron klonów, grabów, wiązów, brzóz, a niekiedy i olsz. Krok w dół i oto królestwo leszczyny, trzmieliny i pnącego się ku światłu młodego pokolenia drzew. Tłoczno jest również na samym dnie grądu; tu królują byliny: kępy bujnych traw i paproci, łany podagrycznika, pokrzyw i czosnku niedźwiedziego, jaskier kosmaty, kokorycz. Niżej rosną zastępy gwiazdnicy wielkokwiatowej, gajowca żółtego, groszku wiosennego, turzycy orzęsionej i skrzypu. Miejscem przy samej ziemi zadowalają się kopytnik, miodunka ćma, przylaszczka, majownik dwulistny, szczawik zajęczy, fiołek leśny.

Płaski dotychczas teren nieco się wypiętrza i wygląd lasu się zmienia – wokół szumi bór mieszany wyrosły na glebach skrytobielicowych. W wielkiej zgodzie rosną tu pospołu grupy wiekowych sosen i świerków, dęby, osiki, brzozy i graby. Pod ich koronami chronią się leszczyny i młodzież cienioznośnych drzew. W runie, obok roślin grądowych, zieleni się perłówka zwisła, turzyca palczasta, zawilec gajowy, gwiazdnica wielkokwiatowa, borówka brusznica i czernica, gruszyczki, siódmaczek leśny, paproć orlica, jastrzębce, nawłoć zwyczajna, konwalia majowa, a tuż przy ziemi ciemnieją zwarte płaty mchów.

Borsuki w borze mieszanym

Teren opada, przechodząc w zatorfioną nieckę ze stagnującą wodą – to białowieski ols. Gospodarzem jest tu olsza. Na niewielkich utworzonych przez nią kępach, kurczowo trzymając się twardszego gruntu, rosną pojedyncze świerki i brzozy omszone. Szarzeją pnie gonnych jesionów. Podszyt tworzy kruszyna, jarzębina, wierzba, łoza i młode świerki. W kotlinkach, wiosną i latem wypełnionych wodą, znalazły schronienie rośliny błotne: psianka słodkogórz, karbieniec, liczne turzyce, kosaciec żółty, wodolubne gatunki paproci. Na kępach, u nasady pni tulą się: szczawik zajęczy, majownik dwulistny, borówki, widłaki i mchy.

Leniwie tocząc nurt, kryjąc brzegi w gąszczu szuwarów, płynie puszczańska rzeka. Jej dolina, rokrocznie nawożona namułami wylewów, utworzyła żyzne łęgi, bujnie porosłe wierzbami. Tu i ówdzie krzewi się leszczyna, szakłak, trzmielina zwyczajna, jeżyna. Gałęzie oplótł chmiel, biało kwitnący kielisznik zaroślowy, rośliny runa spowija pasożytnicze pnącze – kanianka. Dostępu do rzeki bronią zwarte łany pokrzyw.

Wysoko w górze krąży orzeł. Spogląda w dół na błękitne pasmo wijącej się wody, na zwarty, nieprzenikliwy dla oczu kobierzec Puszczy utkany wszystkimi odcieniami zieleni.

Pod okapem liści i konarów wre życie.

Dzikie pszczoły szumiącym rojem obsiadły wiedzącego gdzie szukać miodu „miedwieda”. Ten, nie zważając na żądła, pcha kosmatą łapę w głąb barci. Pod ciężarem zwierza trzeszczy zmurszała lipa. Runęła, chmurą próchna sypnęła w oczy rabusia. Prychnął, przetarł ślepia, zakrzywionymi pazurami grzebie w rumowisku drewna, wyłuskuje plastry, mlaszcząc, pożera miód, pyłek, larwy wraz z woskiem i oblizawszy łapy – odchodzi. Jeszcze wśród drzew majaczy przewalające się z boku na bok cielsko, jeszcze wściekle brzęczą ostatnie wojownice.

Na rozsłonecznionej polanie samica tura pochyliła rogaty łeb i szorstkim ozorem myje cielaka. Miarkuje swe siły, a jednak turzątko przy każdym liźnięciu chwieje się na swych grubych, węźlastych nogach, w końcu umyka pod czarny brzuch matki i, tak ukryte, sięga wymienia. Krowa uniosła głowę i słucha – niedźwiedź, poczuwszy woń tura, łukiem omija polanę.

W bezwietrznej ciszy słychać łoskot padającego drzewa. Dwa grubasy o lśniących futrach, wsparte na płaskich, nagich ogonach ogryzają pędy z czubka osiki obalonej tak celnie, że koroną sięgnęła lustra wody. Na szczycie tamy rozdzielającej leniwie płynącą rzeczkę od szerokiego rozlewiska, wśród mocno splecionych gałęzi i korzeni, baraszkują bobrzęta. Spychają się i wdrapują na tamę, próbują w zapasach. Jedno ze zwierząt pracujących na brzegu stanęło słupka, opadło na łapy i nieśpiesznie poczłapało do wody. Za nim podążył drugi bóbr. Głośno, ostrzegawczo klasnął o wodę ogon i małe zniknęły z tamy. Z krzewów porastających brzeg rzeki wyłonił się niedźwiedź. Obwąchał bielejący ostrosłup ściętego pnia, ślady łap i ogonów odbitych w błocie, napił się, otrzepał, z futra na pysku zgarnął łapą kilka pszczół, zawrócił i odszedł.

Przed kilku laty pożar rozniecony piorunem strawił połać starego boru. Dziś w tym miejscu, korzystając z obfitości światła, rosną zastępy małych sosenek i traw. Tylko resztki zwęglonych pni prześwitujące przez zieleń przypominają tragedię. Na środku pożarzyska pasie się tabun tarpanów. Klacze ze źrebakami spokojnie żerują pod czujną opieką ogiera, który z wysoko uniesioną głową, dumnie osadzoną na karku, tkwi nieruchomo na małym pagórku. Lekki wiatr rozwiewa mu ogon, czesze sztywno sterczącą, ciemną grzywę, gładzi krótką, myszatą sierść, znaczoną czarną pręgą wzdłuż grzbietu. Powiew przyniósł z oddali słaby zapach. Ogier rozdął chrapy, łowi wrażą woń. Zarżał, uderza kopytami przednich nóg o ziemię – ostrzegł swój harem i cały tabun rzucił się do ucieczki. Niedźwiedź, zajęty wygrzebywaniem gniazda pełnego nornic, usłyszał donośny tętent, uniósł łeb, powęszył i powrócił do przerwanego posiłku.

Wskroś pobliskich moczarów, od kępy do kępy, ostrożnie stawiając szerokie łapy porośnięte twardym, błyszczącym włosem, posuwa się kosmate zwierzę. Ma puszysty ogon, długie futro czernią okrywające grzbiet, brzuch i nogi, z dwoma jasnymi pasmami na bokach ciała, i szary czepek sięgający oczu. Pod trzydziestopięciokilogramowym ciężarem ciała zwierzęcia ugina się zbita warstwa mchu porastającego skraj bagna. W śladach łap, o ostrych, długich pazurach, gromadzi się woda. Zwierz zbacza na twardszy grunt – choć żyje wśród moczarów, nie lubi błotnej kąpieli. Trafił na ścieżkę zwierzyny. Teraz biegnie galopem. Pozornie niezgrabny, utyka, skacze nierównymi susami. Przystanął, węszy i nasłuchuje. Na pobliskim borówczysku głuszyca wodzi pisklęta. Zerka na boki i w górę, gdzie między koronami drzew prześwituje błękit i białe puchate obłoki. Wokół spokojnie, więc przysiada i lekko opuszcza skrzydła. Małe, zwołane matczynym wabieniem, nikną w jej puchu. Zza osłony krzewów, przypłaszczony do ziemi, wysuwa się drapieżca...

Wśród bagien, we wnętrzu obalonego drzewa, trójka młodych czeka na powrót matki. Dojrzały do opuszczenia gniazda, więc to jedno, to drugie lękliwie wysuwa z otworu płaski łebek o pysku porośniętym krótkimi sztywnymi włosami. Reszta ciała, okryta czarnym futrem z szarymi pasami na bokach, niewyraźnie majaczy w ciemnej głębi pnia.

Do mszaru powraca drapieżca. Osobliwie utykając i podskakując, to niesie, to wlecze trzymaną za szyję głuszycę. Tak jest zajęty zdobyczą, że nie zauważa wielkiego mrowiska na drodze. Rano, gdy pierwsze promienie słońca padły na kopułę, troskliwe opiekunki przeniosły bliżej ciepła dorodne poczwarki i larwy, lecz nie było im dane dożyć wieczora. Niedźwiedź, powracający znad rzeki, kilkoma ruchami łap rozgrzebał wierzch kopca z igliwia i czyści ozorem komory pełne białego przysmaku. Usłyszał szelest za plecami. Odwraca się z groźnym pomrukiem...

Na wprost kudłacza zamarł w bezruchu brunatnoszary drapieżnik. Już nie zdąży uciec na drzewo. Upuścił więc ptaka, lekko faluje zjeżona sierść, ponurą determinacją lśnią ślepia, a ostre, silne zęby grożą zza uniesionych warg. Jeśli niedźwiedź zaatakuje, jego przeciwnik drogo sprzeda swe życie; przewrócony na plecy, pazurami wczepi się w brzuch wroga i straszliwymi kłami będzie wyszarpywać kawały mięsa.

Przez chwilę nic się nie dzieje. Zwierzęta patrzą na siebie. Wtem fala odrażającej woni uderza w nozdrza niedźwiedzia. Odwrócił łeb z obrzydzeniem, zakołysał cielskiem, przestępując z łapy na łapę – nie jest w nastroju bojowym. Rosomak stoi w bezruchu, tylko gardziel drga w głuchym warczeniu. Wreszcie ujmuje szyję głuszycy, łukiem omija mrowisko i znika wśród bagien.

Topnienie ostatniego lodowca (około 12–10 tysięcy lat temu) wywołało zalanie całego terenu dzisiejszej Litwy, Rosji i Polski. Tylko najwyższe wzniesienia wystawały ponad wodę, dając schronienie ludziom i zwierzętom. Klimat szybko się ocieplał, wody parowały i odpływały nowo utworzonymi korytami rzek do mórz i większych jezior.

W początkach holocenu, w tak zwanym okresie preborealnym (od około dziewięciu tysięcy lat temu), na obsychające tereny wykroczył las sosnowo-brzozowy. Postępujące ocieplenie i obfitsze opady sprzyjały pojawieniu się (około siedmiu tysięcy lat temu – okres borealny) ciepłolubnych drzew liściastych (lipa, wiąz, dąb, jesion, grab) i krzewów (leszczyna). Po kolejnym tysiącu lat w Europie zapanowała prapuszcza, której dzisiejszą pozostałością jest jej znikoma resztka – Puszcza Białowieska.

Z tak zwanego okresu jeziorowego populacja ludzi żyjących na północno-wschodnim krańcu Europy wyszła zdziesiątkowana. Większość mieszkańców powędrowała na płaskowzgórza Karpat. Wiele wieków musiało upłynąć nim ludzie zeszli na obsychającą równinę, powiększyli się liczebnie, podzielili się na plemiona i wyruszyli na północ, w kierunku Bałtyku. Początkowo schronienie dawały pieczary i ziemianki drążone w spłachetkach suchej ziemi. Ich mieszkańcy trzymali się jezior i brzegów rzek oferujących obfitość łatwo dostępnego pożywienia i wiedli tak zwany byt rybołowów. Dowodzą tego znaleziska archeologiczne: skorupy słodkowodnych mięczaków i ości zwałami zalegające pobliże miejsc zamieszkania ludzi. W chronologii archeologicznej okres ten zwie się mezolitem.

Mieszkańcy puszczańskich obrzeży nie rzucali wyzwania wielkim zwierzętom żyjącym w dzikich ostępach. Na to byli jeszcze zbyt słabi. Również nie potrzebowali drewna. Nie znali też uprawy roli – roślinami użytkowymi były tylko kotewka, szczaw i lebioda, nie wydzierali więc Puszczy jej ziemi. Dlatego jest to jedyny okres w dziejach, gdy przyroda północno-wschodniej Europy rządziła się własnymi prawami, zwierzowi wyzwanie rzucał tylko inny zwierz, a liczba gatunków zależała od ich plenności, siły przeżycia i warunków klimatycznych. Już nigdy później Puszcza nie tętniła tak bogatym życiem roślinnym i zwierzęcym. Wycinany i wypalany raj z każdym stuleciem kurczył się, a z jego mateczników odchodziły na zawsze kolejne gatunki ptaków i ssaków.

Jak wykazały badania paleozoologiczne, w Europie żyły dwie odmiany turów – dzikich protoplastów bydła domowego: tur duży (Bos primigenius Boj.) – opisany w początkach XVIII wieku na podstawie zachowanych szczątków kostnych przez wileńskiego profesora Bojanusa, oraz – wyróżniony na podstawie kilku czaszek odnalezionych w zbiorach muzealnych – drobniejszy tur, któremu lwowski uczony Karol Malsburg nadał nazwę Bos urus interglacialis minutus.

W czasach historycznych na Mazowszu i Litwie żyły tury duże. Ich waga dochodziła do ośmiuset kilogramów, wzrostem sięgały prawie dwóch metrów, a długością – trzech. Jak potężne wrażenie musiał wywierać na ludziach ten zwierz, świadczy wciąż żywe powiedzenie: „chłop jak tur!”. Wygląd tura znamy dzięki starożytnym i średniowiecznym rycinom i opisom. Charakterystyczną cechą zwierza były mniej lub bardziej potężne, białożółte, skierowane ku przodowi rogi z ostrymi, podgiętymi ku górze czarnymi końcami. Samce o muskularnym, „byczym”, karku, wydatnym, obwisłym podgardlu, masywnym przodzie ciała i prostym grzbiecie były znacznie większe od samic. Sierść miały dość krótką, gładką i lśniącą. Umaszczenie starych byków było nieomal czarne, młodszych – brunatnoczarniawe z jaśniejszą pręgą wzdłuż grzbietu, cieląt – jasnobrunatne lub czerwonawe. Latem sierść była krótka i lśniąca, zimą – gęsta, znacznie dłuższa niż bydła. Wokół pyska jaśniała otoczka tworząca tak zwany sarni pysk.

Na czole, u nasady rogów miały tury wyraźnie wyodrębnioną kępkę kędzierzawych, rudawych włosów. Po staropolsku nazywano ją „turzywicher” i umieszczano na wszystkich wizerunkach zwierza – nawet na miniaturowych główkach zdobiących monety w XIII i XIV wieku. Panowało przekonanie, że grzywka ta, zdarta wraz ze skórą z żywego tura, ma moc talizmanu. W postaci pasa nosiły go monarchinie, wierząc, że ułatwia poród. Poseł cesarza niemieckiego Zygmunt Herberstein otrzymał w darze od królowej Bony dwa takie magiczne pasy. Jeden przekazał natychmiast do Wiednia. Cesarzowa „łaskawie go przyjęła”. O losach drugiego historia milczy

Tury były zwierzętami niebywale silnymi i – w odróżnieniu od żubrów – bardzo pobudliwymi i agresywnymi. Krowy z młodymi pędziły żywot stadny, byki – odludki, tylko w czasie rui, we wrześniu, na krótko dołączały do samic. Zażarte walki staczane przez samce często kończyły się śmiercią. Cielęta rodziły się wiosną – w kwietniu lub w maju.

Współcześnie żyjące bobry tworzą rodzinę wyjątkowo nieliczną, mającą tylko dwóch przedstawicieli: bobra europejsko-syberyjskiego i kanadyjskiego. Ten największy z gryzoni, dochodzący do czterdziestu pięciu kilogramów wagi (podobno spotykano osobniki ważące sto kilogramów!), jest zwierzęciem ziemno-wodnym. Pływanie ułatwia mu błona spinająca palce tylnych nóg, a mocne pazury przednich łap służą przytrzymywaniu pokarmu i grzebaniu w ziemi. Osobliwością, niespotykaną u żadnego innego ssaka, jest ogon: u samej nasady okrągły, przechodzi w spłaszczony, tępo zaokrąglony na końcu, ostry na krawędziach, mięsisty, okryty łuskami ster-wiosło. Gdy zwierzę przebywa na lądzie, jego uniwersalny ogon służy mu za podpórkę i siedzisko, a przednie łapy – jak u wszystkich gryzoni – przytrzymują jedzony pokarm. Bóbr jest mocnym, krępym zwierzęciem, ma ostro ścięty pysk, maleńkie oczka, nieduże uszy ukryte w futrze i wielkie, dziesięciocentymetrowe, pomarańczowe siekacze. Są one twarde jak stal i ostre jak brzytwa. Mając takie narzędzia pracy, bobry bez problemu ścinają drzewa dochodzące do siedemdziesięciu centymetrów średnicy. Futro składa się z gęstego, kręconego, jedwabistego podszycia i rzadkich, długich, sztywnych włosów okrywowych, jego barwa obejmuje różne odcienie brązu, aż po czerń. Ogon jest ciemnoszary z niebieskawym nalotem.

Bobry są doskonałymi budowniczymi. Specjalizują się we wznoszeniu chat i przegradzaniu cieków wodnych zaporami. Za materiał służą im pnie, gałęzie, muł i kamienie. Budują głównie samice, samce zaś dostarczają odpowiedni materiał. Chaty, czyli gony (lub żeremia) wprawdzie z daleka przypominają stosy kołków i gałęzi, wewnątrz jednak są nader wygodne; składają się z oddzielnej izby mieszkalnej i magazynu żywności. Czasem zwierzęta poprzestają na norze wygrzebanej w brzegu rzeki, z otworem ukrytym pod wodą i stertą narzuconych patyków.

Bobry żywią się wyłącznie roślinami. Ich ulubionym pokarmem jest kora, liście i pędy wierzb, olch, topól i jesionów oraz części zielone kłącza roślin wodnych. Przed nadchodzącą zimą rodzina bobrza gromadzi w magazynach zapasy, a prócz tego zatapia większe drzewa, dalej albo bliżej miejsca zamieszkania. Gdy lód skuje rzekę, a gruba warstwa śniegu odetnie dopływ światła dziennego, zwierzęta, pozostając w całkowitej ciemności, bezbłędnie trafiają do zgromadzonych jesienią zapasów, za nic sobie mając tę najtrudniejszą z pór roku.

W Europie dożył współczesności tylko jeden gatunek niedźwiedzia – niedźwiedź brunatny.

Rekordowe osobniki osiągają dwa i pół metra długości i ciężar ponad dwieście kilogramów. Jest to zwierzę lubiące samotność. Swoje wyłączne prawa do rewiru znakuje, stając na tylnych nogach i drapiąc pazurami korę drzew; im wyżej, tym lepiej – aby ewentualny intruz zrozumiał, z kim zamierza zadrzeć. Niedźwiedź dnie przesypia w barłogu usłanym w największej gęstwinie, na żer wychodzi o zmroku. W całkiem bezludnych okolicach aktywny jest również w dzień – łazi po swym królestwie, buszuje w gąszczach dzikich malin, łowi ryby w wartkich strumieniach, przewraca zmurszałe pnie i ściółkę leśną w poszukiwaniu mysich i mrówczych gniazd, smakowitych larw i poczwarek, korzonków, bulw, grzybów i nasion, wygrzewa się w cieple promieni słońca. W maju lub w czerwcu romansuje z płcią odmienną.

Pod koniec lata apetyt niedźwiedzia rośnie niepomiernie, a wraz z nim i zapasy tłuszczu gromadzonego w ciele. U progu zimy szuka spokojnego kąta do spania. Mogą to być gęste młodniki, złomowiska powalonych drzew, skalne rozpadliny; w takim suchym, trudno dostępnym miejscu miś ściele gawrę. Jest to coś na kształt budy ułożonej z chrustu, traw i liści. W grudniu układa się w niej na długi, wielomiesięczny sen zimowy.

Co dwa lata, w styczniu lub w lutym, po ciąży trwającej około dwustu dni, drzemiąca w gawrze niedźwiedzica rodzi jedno lub parkę ślepych i bezradnych dzieci. Wielkością bardziej przypominają psie szczenięta niż przyszłe największe drapieżniki Europy. Wtulone w ciepłe futro matki, karmione do syta tłustym, pożywnym mlekiem, ani się domyślają, że poza gniazdem hula sroga zima. Gdy nadchodzi wiosna, kosmate, żwawe i figlarne misie opuszczają gawrę i wraz z rodzicielką wędrują po leśnych ostępach. Kudłacze same z siebie nie zaczepiają człowieka, zagrożone starają się uciec jak najchyżej, jednak takiej samicy lepiej nie stawać na drodze.

Niedźwiadki piją mleko przez cztery miesiące, a pozostają pod czułą opieką matki aż do jesieni następnego roku. Często się zdarza, że i później nie opuszczają rodziny, pomagając niedźwiedzicy w wychowywaniu kolejnych dzieci. Do rozrodu dojrzewają w czwartym lub w piątym roku życia, i wtedy już pędzą żywot samotników. Pełnię swych fizycznych możliwości osiągają w wieku 10–12 lat, pozostawione w spokoju, dożywają nawet pięćdziesięciu lat.

Rosomaka do dziś otacza ponura aura najbardziej krwiożerczego ssaka, jaki bytował w czasach historycznych na naszych ziemiach. Temu znienawidzonemu zwierzęciu polski myśliwy i hodowca zaprzysiągł śmierć. I przysięgi niestety dotrzymał.

W XVI stuleciu tak opisywano wygląd i zachowanie rosomaka: „W Litwie jest zwierzę bardzo żarłoczne, nazwiskiem rosomak. Jest on wielkości psa, ma oczy jak kot, silne pazury, skóra długim brunatnym włosem pokryta, a ogon jak u lisa. Jeżeli nadybie ścierwo, to żre tak długo, póki mu się skóra na brzuchu jak bęben nie napręży, następnie przesuwa się pomiędzy dwa blisko siebie stojące drzewa, aby się co prędzej wypróżnić, co gdy nastąpi, powraca co rychlej do ścierwa, a najadłszy się, znów powtarza to samo, póki wszystkiego ścierwa nie zeżre. Zdaje się, iż więcej niczym się nie zajmuje, tylko żre, pije i... Wszyscy ci, którzy noszą futra rosomakowe, zarażają się niepowściągliwą żądzą jadła i napoju”.

Oddajmy teraz głos myśliwym-naturalistom z pierwszej połowy XX wieku: „Rosomak nie miał sprzymierzeńców, bo wszystko, co zamieszkiwało tereny przez niego nawiedzane, cechował wysoce wrogi do niego stosunek. Już sam jego widok lub zapach doprowadzał potężniejszych reprezentantów naszych puszcz do bezgranicznej wściekłości, wśród drobniejszej i słabszej natomiast zwierzyny wywoływał nieopisaną panikę i przerażenie. Nawet drobne ptaki reagowały na jego widok i najprzeróżniejszymi głosami znaczyły szlak jego ucieczki”.

Czytajmy dalej, co też wyczyniała zwierzyna na widok tego mierzącego w kłębie pięćdziesiąt centymetrów, metrowej długości krewniaka borsuka i łasicy: „Łanie, sarny i lochy zabierały swe małe i kryły się w niedostępnych gąszczach naszych borów. Stary, o potężnych rosochach łoś, który niejedną walkę miał już za sobą, stawał się niespokojny. Rozwarte chrapy, krwią nabiegłe oczy i nastawione uszy świadczyły o jego wściekłości i pogotowiu do odparcia ataku. Król naszych puszcz, żubr, potężnym rykiem (!) wyzywał przeciwnika do walki. Poorane jego rogami połacie ziemi, schlapane obficie pianą z pyska, były wymownym dowodem jego zamiarów. Nawet największy z naszych drapieżników, niedźwiedź, nie umiał zachować spokoju i na widok znienawidzonego zwierza próbował swych pazurów na otaczających drzewach, wydając przy tym z gardła dzikie i groźne pomruki. Jedynie tylko potężny odyniec, ufny w grubość swej skóry i niezawodność swych szabli, niewiele sobie robił z tego przeciwnika, choć głośnym fukaniem ostrzegał swych pobratymców o grożącym im niebezpieczeństwie. Ten drapieżny i okrutny zwierz był mistrzem w obronie i na szlaku jego ucieczki leżały gęsto trupy psów z wyszarpanymi gardłami i rozprutymi wnętrznościami. Bezczelność swoją posuwał nieraz tak daleko, że w osiedlach ludzkich porywał owce, świnie, psy, a nawet i dzieci...”.

Zaiste, straszny to musiał być potwór, jeśli potrafił zmusić do głośnego ryku – z natury rzeczy prawie nieme – żubry. Na szczęście to bajkowe monstrum w Puszczy Białowieskiej zostało dawno wytępione! Pozostała po nim stara polska legenda, głosząca, że po śmierci jego diabelska dusza wciela się w krwawego zbira nękającego ludzi.

Przypuszcza się, że ostatni na Niżu rosomak zginął na Wołyniu w Janowej Dolinie w roku 1882, karpacki zaś – w 1876 roku.

Rosomak, który – choć nieliczny – żyje do dziś w Skandynawii, na Syberii i na Alasce, jest klasycznym wręcz przykładem, jak Homo sapiens myli się w swych opiniach na temat istot żyjących w jego sąsiedztwie.

Do lat pięćdziesiątych XX wieku rosomak był gatunkiem najmniej zbadanym ze wszystkich ssaków europejskich. Pierwszą gruntowną pracę na jego temat zawdzięczamy austriackiemu zoologowi profesorowi Peterowi Krottowi. By poznać życie codzienne tych skrytych zwierząt, przez dziesięć lat mieszkał wraz z żoną na całkowitym odludziu w północnej Szwecji. Mało tego, wziął na wychowanie trzy małe rosomaki, oswoił je, a potem wypuścił na wolność. Plonem wieloletnich obserwacji stała się książka pod znamiennym tytułem: Demon of the Nord.

Wynika z niej, że rosomak jest zwierzęciem czujnym i ostrożnym, dzielnym, zwinnym, szybkim i wytrzymałym. Aktywny jest o różnych porach dnia i nocy. Trzy- lub czterogodzinne okresy snu przeplata podobnymi okresami aktywności. Zim nie przesypia jak jego krewniak – borsuk. Poluje głównie na mniejsze od siebie ofiary: gryzonie, gady, płazy, ślimaki, ryby i ptactwo. W sezonie lęgowym podbiera lęgi ptakom gnieżdżącym się na ziemi. W lecie wyszukuje gniazda os i larwy tych owadów stają się jego głównym pożywieniem. Jesienią zjada leśne owoce. Jedynie zimą poluje na większe zwierzęta i całkowicie przechodzi na dietę mięsną. Często podąża tropem wilczych stad (swych odwiecznych i groźnych wrogów) i pożywia się resztkami z ich polowań. Jest też nadzwyczaj wielkim amatorem padliny.

Okazało się, że rosomaki wcale nie prowadzą koczowniczego trybu życia. Każda rodzina, składająca się najczęściej z samca i dwóch–trzech samic z przychówkiem, ma ogromny, ale dobrze odgraniczony sygnałami zapachowymi obszar życiowy, na którym mieszka, poluje i którego broni przed pobratymcami. Każda z samic ma własny, nieco mniejszy rewir. Ciekawe, że zwierzęta nie toczą z sobą walk – najwyraźniej respektują prawa własności. Co dwa–trzy lata w lutym lub kwietniu samica rodzi 2–4 ślepe i bezradne rosomaczki. Z gniazda wychodzą one po ośmiu tygodniach, w pełni samodzielne stają się po dwóch latach i muszą opuścić terytoria rodziców.

Długość ciała dorosłego rosomaka wynosi około stu dwudziestu centymetrów, przy wzroście do czterdziestu centymetrów i ciężarze do dwudziestu pięciu kilogramów. Samice są o jedną piątą mniejsze. Podobnie jak niektóre inne gatunki z rodziny łasicowatych, zwierzęta te mają specjalne gruczoły wydzielające ciecz o odrażającej woni, którą potrafią tryskać na odległość kilku metrów.

Obserwacje profesora Krotta jednoznacznie wykazały, że rosomaki wcale nie zasłużyły na krzywdzącą opinię krwiożerczych demonów, co potwierdziło mało popularną prawdę, że przyroda w ogóle nie wytworzyła żadnego potwora zabijającego bez potrzeby. Jak każde inne syte zwierzę, rosomak nie zwraca najmniejszej uwagi nawet na najbardziej apetycznie wyglądające „ofiary”. Dba również, by ze zdobytego pożywienia nic się nie zmarnowało. Niedojedzone resztki zagrzebuje w śniegu czy w ziemi lub wciąga na drzewo i ukrywa wśród gałęzi. Schowki takie bezbłędnie odnajduje i wykorzystuje zapasy do ostatka.

Ujmującą cechą rosomaków jest ich zamiłowanie do zabawy. Nawet stare samce potrafią godzinami bawić się jakimś ukradzionym w leśnym szałasie przedmiotem. Zdaniem Krotta zwierzęta te są inteligentniejsze od wilków: są pojętne, szybko się uczą, potrafią zmieniać swe zachowania i nawyki, dostosowując je do okoliczności, mają znakomicie rozwinięty zmysł obserwacji i ciekawość.

Przez miejscowych rosomak uważany jest za szkodnika. Hodowcom reniferów podkrada cielęta, dokucza traperom i myśliwym. Wybiera im z potrzasków złowioną zwierzynę, sam przemyślnie unikając pułapek. Posługując się znakomitym węchem, odnajduje schowki z mięsem i raczy się nim do woli, a co gorsza – obficie znakuje kałem, moczem i wydzieliną z gruczołów zapachowych. Nie jest to złośliwość, tylko zabezpieczanie praw własności do zapasów pokarmu. Dlatego w krajach, w których rosomaki mają wspólne z człowiekiem łowiska, przezorni myśliwi swą zdobycz zawieszają wysoko na gałęzi lub zamykają w szczelnych pomieszczeniach zbudowanych z bali.

Rosomak boi się człowieka, a więc unika go, jak może. Jest mistrzem ucieczki – nie doścignie go nawet najsprawniejszy narciarz. Zdybany w norze, otoczony przez najbardziej cięte lapońskie psy pasterskie broni się bohatersko, długo i często skutecznie. I to jest jego największa zbrodnia.

Wilkołak

Wśród bezdroży i bagien, osłonięta przed oczami obcych puszczą nie do przebycia, jaśnieje polana. Środkiem wije się rzeka. Miejscami bystra, miejscami rozlana szeroko, tworzy zakola i starorzecza. Wszędzie widać ślady człowieka: oczyszczone z olszyny dojścia do wody, dębowe pomosty do cumowania łodzi, spłachetki zagonów z resztką niezebranego plonu, wykarczowany skraj puszczy. U jej stóp ciemnieje kilka chat ledwie wzniesionych nad ziemię. Ludzi jednak nie widać; na łące pasie się stadko jeleni, a jedynym dźwiękiem przerywającym ciszę jesiennego poranka jest rozmowa kruczej pary dochodząca z rozłożystej lipy, na której szarzeje namokła od deszczów skóra wielkiego dzika.

Ród odszedł na zawsze. Ludzie nie dotrwali do zbiorów, znieśli do czółen swój dobytek i poganiani przekleństwem odpłynęli w dół rzeki. Za nimi pozostał grzech, mogiły i zbezczeszczone sanktuarium ukryte w świętym uroczysku.

Nic nie zwiastowało nadchodzącego nieszczęścia. Trzecie pokolenie urodzone w leśnej osadzie bawiło się w cieniu prastarych drzew. W ciepłe wieczory, w blasku ogniska nieconego na brzegu rzeki, starcy wspominali czas wielkiej wędrówki zakończonej na puszczańskiej polanie. Początkowo plemię bytowało na rozległej, żyznej nizinie u brzegów wielkiej rzeki, którą nazwało – Wisła. Podzielone na rody, pracowite i pokojowo nastawione do swych sąsiadów, żyło w małych osadach w domkach z bali drewnianych. Gromowładny Prowe sprzyjał ludziom, więc ziemia rodziła plony, a na okolicznych łąkach pod czujną opieką Welesa pasło się bydło. Plemię zdążyło zapomnieć, kiedy i skąd przywędrowało nad brzegi Wisły, gdy z północy, z nadmorskich ziem, podstępnie jak wąż, nadszedł wróg; uzbrojony w żelazne topory i miecze, obcą mową modlący się do obcych bogów. Plemię musiało uchodzić. Ród za rodem zganiał z łąk bydło, zbierał z pól plony i wędrował na wschód. Wreszcie ludzie znaleźli krainę zamkniętą czarną ścianą odwiecznej puszczy. Leniwie płynącą rzekę nazwali Narwią, a o sobie zaczęli mówić: my, Neury. Płynęły spokojne lata. Rodziły się dzieci i dorastały. Młodzi odchodzili zakładać nowe osady. Jedni napotkali ujście niewielkiej rzeki. Popłynęli nią śmiało w głąb puszczy i osiedlili się na brzegu. Na pamiątkę rzeki-matki nadali jej imię – Narewka.

Darzyło się ludziom u brzegów Narewki. Kobiety rodziły dzielnych synów i piękne córki, śmierć zapomniała o starcach, niedźwiedź i wilk nie napadały na bydło. Zieleniły się łąki, łany prosa i lnu. Las dawał drewno, miód, jagody, grzyby i drobną zwierzynę, rzeka – ryby i ptactwo.

W osadzie rządzili Wielewiedzący Najstarsi. Było ich trzech. Latem siadywali pod lipą, zimą przy ogniu w największej z chat. Raz w roku, u progu lata, Starcy na całą noc znikali w puszczy. Nikt z młodych nie odważył się śledzić ich kroków. O brzasku wracali, a ich twarze były pogodne i pełne nadziei – znak, że Prowe przyjął ofiarę.

Zima, łagodna tego roku, odeszła wraz z powrotem dzikich gęsi, lody tak szybko spłynęły, że rzeka nie zdążyła zalać przybrzeżnych łąk. Pewnego dnia Wiedzący zdecydowali: zanim soki ruszą, zbudować należy nowe czółna – stare już całkiem zmurszały. Koło południa wybrane drzewo było już obalone, pozbawione konarów, wywleczone z lasu i z głośnym pluskiem wrzucone na nieruchomą wodę starorzecza Narewki. Pień obrócił się wokół swej osi, zakolebał, ustalił, kołysze się lekko na boki. Rada Starców zgromadzona na brzegu radziła właśnie, po której stronie pnia wydrążyć otwór dla wioślarza, gdzie będzie dziób, a gdzie rufa, gdy zza zakrętu rzeki wyłoniło się czółno z obcym.

Coś było nie tak: nurt bawił się łódką, to porywał ją bystro do przodu, to okręcał dokoła lub przytrzymywał w szuwarach. Wreszcie czółno spłynęło i zebrani na brzegu ujrzeli wioślarza. Tkwił przechylony w bok, a na jego opuszczonej głowie ciemniał krwawy zawój. Starcy wydali rozkaz: „Przyholować rannego do brzegu!”.

W największej z chat, na posłaniu ze skór spoczywa przybysz. Już czwarty dzień Znający Choroby zmieniają opatrunki, poją rannego naparami z ziół, chłodzą wodą ze świętego źródła, lecz ten nie wraca do świadomości. W gorączce rzuca się po łożu, krzyczy w niezrozumiałej mowie, rękoma szarpie srebrną, plecioną jak sznur, drogocenną obręcz otaczającą mu szyję, w obronie przed majakami poszukuje topora.

Wszystkie rzeczy chorego leżą pieczołowicie ułożone w kącie izby: wyprana przez kobiety i pozszywana odzież, a na niej żelazny topór – istne arcydzieło. Starcy, z podziwem kiwając głowami, długo oglądali jego brzeg ostry jak krawędź liścia trzciny i wygładzone od trzymania w dłoni stylisko wyrzezane z nieznanego im drewna. Wśród kół, zawijasów i sylwetek dzików misternie zdobiących powierzchnię topora ich bystre oczy wypatrzyły też głęboko wyryty znak X. Gromowładny Prowe był widać daleko, gdyż żaden z Wiedzących nie zrozumiał znaczenia złowieszczego symbolu.

Obcy przeżył. Nad podziw szybko odzyskał zdrowie i wnet stało się jasne, że jest najsilniejszym mężem w osadzie. Wyższy niż inni, na potężnych barkach dumnie nosił głowę okrytą krótko ściętą, kędzierzawą czupryną. Czasami siadywał na brzegu rzeki i wbijał oczy w jej zakole, skąd przybył. Strach było patrzeć na niego w tych chwilach: dłoń gniewnie ściskała stylisko topora, a na ponurej twarzy wypisana była nienawiść. Ale nawet najbardziej płochliwa młódka stawała w rumieńcach, gdy z uśmiechem łagodzącym groźne oblicze prosił, by uczyć go mowy plemienia.

Był uczniem pojętnym. Nie minęły dwa księżyce, a już znał dzieje rodu i jego wielkiej wędrówki znad Wisły, poznał obyczaje i wiarę plemienia. O sobie mówił niewiele, pytany – milkł i odwracał wykrzywione gniewem oblicze. Na imię miał Moch.

Zielona ruń ukryła gniazdo kuropatw, gdy na osadę spadło pierwsze nieszczęście. Potężny, śnieżnobiały odyniec, opanowany przez złego ducha wrogiego Neurom, porzucił mateczniki, by co noc pustoszyć pola. Nic nie pomagały palone ognie i straże, co ranka ludzie ze zgrozą patrzyli na coraz większe połacie zrytej ziemi odbierające nadzieję na przeżycie najbliższej zimy. Starcy postanowili: „Śmierć bestii!”.

I wtedy Moch wybuchł gniewem: „Wara od zwierza! Kto tknie odyńca – zginie!”. Obcy jednak był sam, a słowo Starców – rozkazem. Młodzi mężczyźni wykopali więc wielki dół, okryli gałęziami, przysypali ziemią i liśćmi. Pracując, zerkali niepewnie w stronę Mocha. Stał na uboczu w mrocznym zamyśleniu. Wreszcie wziął topór i na kilka dni przepadł w puszczy.

Nadeszła pełnia. Słowik ostatni raz tej wiosny zakląskał w gęstwinie. Skóra z odyńca obeschła i rozciągnięta na polepie największej z chat dawała wypoczynek bosym stopom Starców. Moch czas spędzał na łowach; każdego wieczoru przynosił zarąbaną toporem zwierzynę – jeszcze nigdy osada nie miała tak wielkiej obfitości mięsiwa. W milczeniu jadł wspólny posiłek i odchodził do pustej chały, do której przeniósł swój skromny dobytek przy milczącej zgodzie plemienia.

Owego bezchmurnego wieczoru Wielewiedzący Starcy długo myli swe ciała w Narewce, przywdziali białe szaty i z niewielkimi zawiniątkami w dłoniach odeszli w głąb lasu. Ród zgromadzony na brzegu rzeki w milczeniu spoglądał w płomienie podsycane przez stare kobiety. Nawet najmniejsze dziecko nie zakwiliło tej nocy.

W odległej części puszczy, ukryte wśród bagien, stoi sanktuarium.

Tarcza księżyca wysunęła się zza potrójnego pnia dębu i białym, łagodnym światłem oblała płaski, owalny głaz leżący na skraju kręgu porośniętego krótką trawą. Wokół, wśród dziwacznie poskręcanych gałęzi głogów, prześwitują dziesiątki wielkich głazów, jedne płaskie, zapadłe w ziemię, inne wysoko wypiętrzone, okryte zielonym mchem, razem tworzą tajemniczy porządek: półokrąg otwarty na południe i podwójny szlak wiodący na północ.

Przy owalnym kamieniu, na tle czarnej puszczy jaśnieją śnieżnobiałe szaty trzech mężów. Stojący w środku wzniósł ramiona, zaraz popłynie pieśń ku czci Prowe – lecz zamiast pierwszej nuty, powietrze przeszył świst, i w czole starca ugrzęzło ostrze topora. Ciało miękko opadło na głaz i obejmując go ramionami, zamarło w bezruchu. Szybciej niż myśl, nagi człek doskoczył do trupa, znowu zafurczał topór i utonął w białej szacie na piersi oniemiałego ze zgrozy kapłana. I wtedy czarna przesłona w kształcie brodatego olbrzyma okryła tarczę księżyca. W zapadłej nagle ciemności przetoczył się grom. Gdy blade światło przelało się przez krawędź odchodzącej chmury, ukazała się owalna polana porośnięta krótką trawą i dwa nieruchome ciała. Zalśniło ostrze topora w rękach mordercy. Stał na lekko ugiętych nogach, wzrokiem przebijał ciemność zalegającą wśród drzew, nasłuchiwał szmeru oddechu żyjącej istoty. Puszcza odpowiadała mu bezruchem śmierci i ciszą. Ponuro zawył wilk.

Słońce stało już wysoko na niebie, lecz Wielcy Ofiarnicy nie wrócili do osady nad rzeką Narewką. Przy dawno zagasłym ognisku, ze strachem w sercach, niepewni, co począć, obradowali mężczyźni. Jedni chcieli biec w Puszczę, by mimo zakazu szukać świętego kręgu kamieni, inni woleli czekać, ufając Prowemu. Patrzyli po sobie, ale szacunek dla Starców żadnemu z nich nie pozwalał objąć przywództwa. I wtedy z puszczy wyszedł Moch. Prawą dłoń zaciskał na stylisku topora, z lewej, trzymane za siwe włosy, zwisały dwie ludzkie głowy. Podszedł do dogasającego ogniska i krótko obwieścił nowe prawo: od dziś on jeden rządzi w osadzie, a wszyscy inni stają się jego „slougami”. Kto tego nie uzna – podzieli los Starców

Zamieszkał w największej z chat. Skórę odyńca zawiesił na starej lipie, a głowy – przy odrzwiach. Groza i hańba zamieszkały z ludźmi; nie chwycono za broń, nie odszukano zwłok, by je godnie pochować, nikt z mężczyzn nie spytał: gdzie trzeci z Wiedzących? Chodzili z opuszczonymi głowami, unikając spojrzenia kobiet wybieranych na noc przez obcego; siła stanęła nad prawem.

Księżyc zmalał. Gdy zniknął, osadę nawiedził wilk. Był wielki i straszny. Ze zjeżoną sierścią i świecącymi ślepiami przemykał wśród chat, by – prawie na oczach ludzi – zarżnąć jałówkę lub byczka. Uderzał znienacka, z ciemności, chwyt zębów rwał skórę i mięśnie, a gdy rycząca z bólu ofiara padała oplątana we własne jelita, nieśpiesznie uchodził do Puszczy. Zrozpaczeni ludzie, biegnący bydlęciu na pomoc, każdej nocy słyszeli mściwe wycie wilka dochodzące z bagien. Wiedzącym wzrokiem patrzyli po sobie – lecz nikt nic nie mówił.

W osadzie nie było już bydła. Podrostek wysłany rankiem po wodę – nie wrócił. Znaleźli go u źródła z rozszarpanym gardłem.

Wilk z łoszakiem

Tego dnia Moch długo, starannie ostrzył kamieniem swój topór. Ludzie ukryci w chatach, przez szpary w belkach widzieli, jak ciął skórę jelenia na płaty, zawijał na rękach i nogach, obwiązywał rzemieniami. Noc dobiegała kresu, gdy wolnym krokiem podążył do Puszczy.

W norze wykopanej w piaszczystej niszy osłoniętej tarczą korzeni potężnego wywrotu młoda wilczyca wylizuje szczenięta. Ich ojciec zginął pod lodem, na który wbiegł w pogoni za sarną. Matka – zdana na siebie – nie z każdych łowów wracała ze zdobyczą. Dziś małe śpią najedzone do syta. Tej nocy wilczyca spróbowała szczęścia w innej części łowiska – przebiegła skrajem ogromnego bagna, by tropić sarny pasące się na łąkach nadrzecznych. Z koźlęciem w zębach wróciła przed świtem.

Wśród pni przemyka nisko pochylona sylwetka człowieka. Rozdęte nozdrza łowią zapachy, zwężone oczy poszukują przygiętych źdźbeł, śladu pazurów. Trop wiedzie od źródła prosto w moczary. Tu niknie, zda się na zawsze. Człowiek zawraca, krąży, wypatruje zagubionego śladu. Przystanął i węszy; nad ziemią wisi mdląca woń wilczego moczu, złamana gałązka z kroplą krwi wskazuje kierunek – zwierz przeszedł skrajem bagien i pomknął na zachód. Łowca przyśpieszył kroku. Biegnąc, nie widzi burego cienia w ślad za nim opuszczającego moczary...

Blask wstającego dnia ukazuje tarczę korzeni obalonego świerka i wilczycę leżącą u wejścia do nory. Mleczne ząbki szczeniąt poraniły jej sutki, więc wylizuje obolały brzuch.

Śmierć wbiła się w czaszkę bez ostrzeżenia.

Człowiek, nie wydzierając topora z ciała martwego zwierzęcia, odciągnął je na bok i ukląkł w otworze nory. Owinięte w skóry przedramię wsunął głęboko do środka, wyszarpnął, wstał, by z rozmachem uderzyć szarym, wyrywającym się ciałkiem o pień pobliskiego drzewa. Trzykrotnie przykucał i sięgał. Za czwartym razem palce nie natrafiły na sierść.

Wyprostował grzbiet, przeciągnął ramiona, z ponurym uśmiechem odwrócił się w stronę martwej wilczycy... dwa kroki od niego stał potężny basior. Jarzące ślepia wbił w oczy człowieka i skoczył. Szara smuga śmignęła w powietrzu. Nie pomogła srebrna obręcz na szyi; ciszę poranka rozdarł z nagła urwany wrzask.

Trzy pełne doby musiały upłynąć nim w osadzie nabrano pewności, że obcy nie wróci. Rankiem ludzie otworzyli swe domy, zwinęli dobytek i rozglądając się z trwogą, znieśli do łodzi. Zanim słońce odbyło pół drogi – uciekli. Ostatnie czółno sięgało zakola, gdy do pomostu w opuszczonej osadzie podbiegł wielki, bury wilk. Gdyby się wówczas ktoś z ludzi obejrzał! Na brzegu rzeki, w podartej, niegdyś białej szacie, stał, wpatrzony w odpływających – Starzec.