Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 290 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 24 min Lektor: Anna Apostolakis

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 24 min Lektor: Anna Apostolakis

Opis ebooka O ziołach i zwierzętach - Simona Kossak

Wystarczy wyjść z domu, żeby nie móc przestać się dziwić. Nie trzeba mieszkać w Puszczy Białowieskiej – wystarczy rozejrzeć się przed blokiem, w parku, nad strumykiem. Rosną tam rośliny pozornie banalne – lebiodka, babka, macierzanka. Mieszkają zwierzęta, na które na co dzień nie zwraca się uwagi – mrówki, winniczki, trzmiele. Simona Kossak jak nikt potrafi o nich opowiadać: poznajemy ich historię, ciekawostki, a czasem to, że gdyby nie one, to kto wie, co by z nami było...

Ale opowiada nie tylko o nich, bo i o żurawiach, sarnach, wilkach, rusałkach czy ropuchach.

Opowiadania O ziołach i zwierzętach to księga dziwów, w której Simona Kossak daje wyraz wrażliwości ujawniającej się w szczególnym widzeniu świata. Fascynacja przyrodą sprawiła, że „córka, wnuczka i prawnuczka” Kossaków sięga po pióro, by ukazać rośliny i zwierzęta w ich naturalnym otoczeniu. Aparat naukowy, jakim dysponuje – jest przyrodnikiem, zajmuje się psychologią zwierząt – nie odgrodził jej od obserwowania rzeczywistych przejawów życia w przyrodzie. Laboratorium naukowym Simony Kossak była bowiem ukryta w głębi Puszczy Białowieskiej leśniczówka pustelnia. Tam koegzystuje na równych prawach z kunami i popielicami, wyznając zasadę, iż należy żyć zgodnie z naturą swojego gatunku

 

Simona Kossak (1943–2007) – biolog, leśnik, profesor, popularyzator nauki. Znana z bezkompromisowych poglądów i działań na rzecz ochrony przyrody, zwłaszcza Puszczy Białowieskiej, gdzie w starej leśniczówce Dziedzinka mieszkała ponad 30 lat. Urodziła się w artystycznej rodzinie Kossaków, była prawnuczką Juliusza Kossaka i wnuczką Wojciecha Kossaka. Skończyła studia biologiczne na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 2000 otrzymała tytuł profesora nauk leśnych. Pracowała w Zakładzie Badania Ssaków Polskiej Akademii Nauk w Białowieży oraz w Instytucie Badawczym Leśnictwa w Zakładzie Lasów Naturalnych, gdzie od stycznia 2003 pełniła stanowisko kierownika. Była pomysłodawcą unikatowego na skalę światową urządzenia ostrzegającego dzikie zwierzęta przed przejazdem pociągów. Jej dorobek twórczy obejmuje ogółem kilkaset opracowań naukowych, niepublikowanych dokumentacji naukowych, artykułów popularnonaukowych i filmów przyrodniczych oraz trzy książki: Opowiadania O ziołach i zwierzętach, Wilk – zabójca zwierząt gospodarskich? i Saga Puszczy Białowieskiej. Od 2001 prowadziła codzienne audycje (Dlaczego w trawie piszczy) w Radiu Białystok i innych regionalnych oddziałach Polskiego Radia. Radio Gdańsk za popularyzowanie wiedzy przyrodniczej na antenie radiowej przyznało jej nagrodę „Osobowość Radiowa Roku 2003”. W uznaniu zasług na polu nauki i popularyzowania ochrony przyrody w 2000 została uhonorowana Złotym Krzyżem Zasługi.

 

Opinie o ebooku O ziołach i zwierzętach - Simona Kossak

Fragment ebooka O ziołach i zwierzętach - Simona Kossak

Redaktor ‌prowadzący ‌ADAM PLUSZKA
Korekta AGNIESZKA RADTKE, ‌JAN ‌JAROSZUK
Projekt okładki, opracowanie ‌graficzne i typograficzne ANNA POL
Łamanie ‌| manufaktu-ar.com
Zdjęcie ‌autorki na ‌s. 6 © ‌Lech WilczekZdjęcia ‌na ‌stronach 22, 24, 86, ‌90, 139, 172, ‌243, ‌292, 294, ‌352, 384, 394i 397pochodzą ‌ze zbiorów ‌Biblioteki Narodowej ‌(Polona)
Copyright © ‌by Ida Matysek ‌& Dagmara Wiśniewska-SkałkaCopyright © ‌by Wydawnictwo ‌Marginesy, ‌Warszawa 2017
Warszawa 2017Wydanie drugie
ISBN ‌978-83-65780-81-2
Wydawnictwo Marginesyul. Forteczna 1a01-540 ‌Warszawatel. 48 22 839 91 27e-mail: ‌redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja: ‌eLitera s.c.

Simona Kossak była ‌biologiem ‌z wykształcenia i leśnikiem z zamiłowania, krakuską ‌z urodzenia i białowieżanką z wyboru. Ukończyła ‌studia na ‌Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi ‌Uniwersytetu Jagiellońskiego ze specjalnością ‌psychologia zwierząt, a kolejne ‌stopnie naukowe ‌od ‌doktora ‌po profesora zwyczajnego ‌otrzymała w dziedzinie ‌nauk leśnych. Urodziła ‌się i wychowała w Krakowie ‌w Kossakówce, ‌skąd ‌po ‌otrzymaniu dyplomu ‌magistra przeniosła się ‌do ‌Białowieży. Ponad trzydzieści ‌lat mieszkała w głębi Puszczy ‌Białowieskiej, w starej leśniczówce ‌o pięknej nazwie Dziedzinka. ‌W życiu prywatnym ‌była towarzyszką ‌życia znanego fotografika przyrody ‌Lecha Wilczka. Pracowała w Zakładzie ‌Lasów Naturalnych Instytutu ‌Badawczego ‌Leśnictwa, zajmując ‌się zachowaniami ‌dziko żyjących ‌ssaków leśnych ‌oraz ich ekologicznymi ‌relacjami ‌ze środowiskiem. Oprócz tego inwentaryzowała liczebność oraz skład populacji ssaków łownych i chronionych, przez co aktywnie pomagała leśnikom w racjonalnym zarządzaniu zwierzostanem i ochronie gatunków rzadkich. Była także jednym z pomysłodawców unikatowego na skalę światową urządzenia ostrzegającego dzikie zwierzęta – m.in. krzykiem sójki, ujadaniem psów, rżeniem konia – przed przejazdem pociągu.

Simona Kossak była córką Jerzego, wnuczką Wojciecha i prawnuczką Juliusza – trzech malarzy batalistów rozmiłowanych w koniach, ojczystym krajobrazie i w polskiej historii. Była bratanicą poetki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej oraz pisarki Magdaleny Samozwaniec. Jej stryjeczną babką była Zofia Kossak-Szczucka, autorka powieści historycznych.

„Obciążenie genetyczne”, odebrane wychowanie oraz przesiąknięcie wszechobecną w tej rodzinie miłością do zwierząt spowodowały, że zajmowanie się badaniem przyrody i publikowanie suchych prac naukowych nie wystarczały jej do szczęścia. Pełnię satysfakcji dała dopiero działalność popularyzatorska na rzecz ochrony przyrody. Była autorką kilkuset artykułów, których intencją było „łagodzenie obyczajów”. Opowiadania o ziołach i zwierzętach ukazały się po raz pierwszy w 1995 roku. Simona Kossak ma na swoim koncie też dziesiątki audycji radiowych i telewizyjnych oraz konkretnych działań na rzecz przyrody. Jak sama mówiła – jedyne malarstwo, z jakim sobie świetnie radziła, to pokrywanie jednym kolorem gładkiej ściany mieszkania. Dlatego w pewnym momencie wzięła do ręki kamerę – za swoje amatorskie filmy przyrodnicze otrzymała krajowe i międzynarodowe nagrody.

Babka wąskolistna

Zwana też lancetowatą, koniczynową, języczkami polnymi lub gęsimi, w najstarszych polskich podręcznikach zielarskich figurowała pod wdzięczną nazwą – kopiczka. Jest rośliną trwałą, czyli byliną. Ma krótkie, mięsiste kłącze z licznymi nitkowatymi korzonkami i wystającą tuż nad ziemię rozetę liści. Liście są długie i wąskie, górą zaostrzone, dołem zwężające się w ogonek, ciemnozielone i gładkie, z wyraźnie zaznaczonymi nerwami. Kwitnie od maja do września. Ze środka rozety wyrasta długi, bezlistny pęd zakończony kulistym lub jajowatym kwiatostanem. Kwiaty są małe i niepozorne z dobrze widocznymi białymi pylnikami i pręcikami. Torebki nasienne zawierają po dwa nasiona przypominające czółenka. Jedna roślina wydaje rocznie do tysiąca nasion zdolnych do kiełkowania w ciągu wielu lat. Babka może też rozmnażać się wegetatywnie z kawałków kłącza i z odrośli.

Dzięki swej sile rozrodczej babka wąskolistna rośnie w dużych skupiskach od nizin po wysokie góry, od Islandii po Himalaje. Lubi gleby gliniaste i piaszczyste, w miarę suche i bogate w składniki pokarmowe – głównie azot. Dobre warunki do życia znalazła, jak wiele innych ziół, w pobliżu człowieka. Zamieszkuje więc pastwiska, łąki, trawniki, ogrody warzywne i uprawy rolne – zwłaszcza koniczyny. Zwartych lasów unika, jednak można ją spotkać nawet w Puszczy Białowieskiej na torfowiskach niskich, nad rzekami i na łąkach u jej stóp.

Jak na niewielkie, pospolite ziółko ma babka wyjątkowo dużo ciał biologicznie czynnych. Znaleziono w niej glikozyd – aukubinę, śluzy, saponiny, kwasy organiczne, garbniki, polisacharydy, pektyny, sole mineralne – głównie sód, potas, magnez, a także cynk, witaminy K i C oraz krzemionkę. Nie dziwi więc, że kopiczka należy do najwartościowszych ziół leczniczych o wszechstronnym zastosowaniu. Nawet współczesna medycyna, nierozpieszczająca ziół, sięga po nią ochoczo, szczególnie w przypadkach chorób przewlekłych. Jest lekiem wykrztuśnym przy astmie i innych schorzeniach układu oddechowego. Napar z suszonych liści jako środek osłaniający łagodzi przewlekłe nieżyty jelit i stany zapalne błon śluzowych przewodu pokarmowego, pomaga w leczeniu owrzodzenia żołądka i jelit. Okłady z naparu z liści przyśpieszają gojenie się zakażonych ran i wrzodów, leczą stany zapalne spojówek i powiek. Ksiądz Klimuszko liście babki wąskolistnej dodawał do swych mieszanek ziołowych, którymi niósł ulgę chorym na gościec ścięgnowo-mięśniowy, a nawet gruźlicę i anemię złośliwą.

Lecznicze talenty babki znały ludy Azji i Europy na wiele wieków wcześniej, nim nauczyły się utrwalać swą wiedzę na piśmie. Wiek XX, wiek niedowiarstwa, rozłożył nieszczęsną roślinę na poszczególne składniki, nazwał je uczenie, zaklął we wzory chemiczne i pozostało mu już tylko pochylić czoła przed mądrością analfabetów. Przeszło trzy tysiące lat temu Chińczycy zbierali liście i nasiona babki; roślina była lekiem wykrztuśnym, moczopędnym, usuwającym bezpłodność i choroby oczu. W dawnych czasach – rzecz dziwna – władcy bywali mędrcami. Mityczny cesarz Shennong prawie trzy tysiące lat przed naszą erą opracował najstarszy chiński zielnik. Do naszych czasów zachowała się wersja pochodząca z I wieku n.e., omawiająca trzysta leków podzielonych na cztery grupy. W pierwszej, wśród dwudziestu roślin książęcych, na równych prawach z dostojnym korzeniem żeń-szenia, znalazła się babka wąskolistna.

W starożytnej Grecji i w Rzymie uznana była za panaceum. Pliniusz Starszy wymienia dwadzieścia cztery choroby ustępujące pod jej działaniem, a wśród nich najgroźniejsze – czerwonkę i skutki ukąszenia przez jadowite węże i skorpiony. Lekarze perscy i arabscy zaczęli stosować ją około X wieku. W średniowiecznej Europie rozszerzono jej zastosowanie – liśćmi wykładano buty, uważając, że usuwa zmęczenie i bezsenność. Naparem przepędzano miłość wywołaną złym urokiem, jak też skutki pogryzienia przez wściekłego zwierza. Medycyna ubiegłego wieku i lecznictwo ludowe świeżym sokiem ze zgniecionych liści goiły rany i wrzody, usuwały skutki ukąszeń przez owady i żmije. Świeżym korzeniem usuwano ból zębów – „zastrugany w kształcie ostrokręgu i umocowany na nici wkłada się ile można dalej do ucha; jak tylko przybierze barwę czarniawo-brunatną należy go świeżym zamienić”. A w przypadku febry „liście utłuczone parzą się wodą, przydaje się kilka kropel spirytusu siarczanego i ten sok zażywa się przed przypadnieniem zimna, dniem pierwej zażywszy lekarstwa na laxacyję”.

I pomyśleć: w nagrodę za tak wierną służbę doczekała się babka wąskolistna miana chwastu i chemicznego tępienia. I znów, jak trzy tysiące lat temu, znalazła się w dostojnym towarzystwie – dziś do chwastów zaliczono większość najcudowniejszych ziół.

Bez czarny

Bez aptekarski, biały, psi, holunder, hyczka, kyćka, bzina, bzowina, czyli – dziki bez czarny – lubi towarzystwo człowieka, szczególnie zaś Słowianina. I nawzajem: nasi dziadowie chętnie widzieli go w pobliżu swych domostw jako wierną roślinę użytkową i magiczną. Skupiska bzów spotykane w lasach środkowych Niemiec dziś jeszcze wskazują miejsca osiedli Słowian Połabskich – osiedli nieistniejących od wielu stuleci.

Krzew bzu dzikiego sięga wysokości ośmiu metrów, z wiekiem szeroko się rozrasta, przybierając bardzo malownicze formy. Młode gałęzie, szarozielone z licznymi brodawkowatymi przetchlinkami, wypełnione są białym, lekkim i sprężystym rdzeniem. Stare gałęzie i pień okrywa szarobrunatna kora spękana w głębokie bruzdy, rdzeń zaś stopniowo zanika i w dwudziestoletnich krzewach drewno staje się lite, żółtawe, nieco podobne do bukszpanu. Ciemnozielone liście o osobliwie niemiłym zapachu są wydłużone, brzegiem piłkowane i po 5–7 osadzone na długim ogonku.

Bez kwitnie w czerwcu i lipcu. Małe, promieniste i kremowe kwiatki zebrane są w duże płaskie baldachy wydzielające mocny zapach. Krzew rokrocznie obficie owocuje. Kuliste jagody dojrzewają nierównomiernie; niektóre z nich już w sierpniu zwisają błyszczącymi prawie czarnymi parasolami, ciężkimi od słodkomdłego soku, gdy inne jeszcze we wrześniu zielenieją wzniesione na długich szypułkach.

Zasięg geograficzny czarnego bzu obejmuje całą Europę, Afrykę Północną i Azję Zachodnią. U nas jest pospolity na całym niżu, a w górach zatrzymuje się na reglu dolnym. Lubi rosnąć w pobliżu domostw, w parkach i ogrodach, nie gardzi śmietnikami i ruinami. We wszystkich tych miejscach znajduje bowiem doskonałe warunki do życia: żyzne, próchnicze gleby bogate w wilgoć, związki azotowe i wapń, otwarte, nasłonecznione przestrzenie i osłonę przed mroźnymi wiatrami, jaką dają ściany domów, mury i płoty. Jeśli nasionko przeniesione przez ptaki upadnie z dala od siedzib człowieka, dziki bez wyrośnie na dziko – na brzegu lasu, w zaroślach, w poszyciu lasu liściastego lub boru mieszanego. Choć pozbawiony towarzystwa ludzi, szczególnie piękne kształty przyjmuje w olsach jesionowych i w łęgach nadrzecznych.

Twarde i łupliwe drewno starych bzów miało dawniej wysoką cenę u stolarzy i tokarzy, a na wsiach było podstawowym materiałem do wyrobu cepów. Miękki, niebywale lekki rdzeń wykorzystywano w zegarmistrzostwie i „robiono kulki do doświadczeń z elektrycznością” – jak, nie podając szczegółów, informuje dziewiętnastowieczny Zielnik ekonomiczno-techniczny. W bezdennych szufladach krakowskich komód można znaleźć wiedeńskie cacko sprzed stu lat – okrągłe srebrne pudełeczko nakryte cienką szybką. Na jego dnie leżą rozrzucone filigranowe figurki ludzi. Babcia pociera szybkę flanelą i naraz ludziki ożywają, wstają i zaczynają tańczyć. To też pewnego rodzaju „doświadczenie z elektrycznością”.

Rzymianie czasów Pliniusza byli ludźmi poważnymi, nie pocierali pudełeczek – czarnym sokiem owoców bzu farbowali włosy, a kwiaty i liście dodawali do upiększających mieszanek. Płowowłosi Słowianie zapiekali kwiaty w cieście, a w czasie wielkich głodów wraz z innymi darami lasu jedli i bzowe owoce. Prócz tego do dziś „krzew ten użyteczny jest do mieszania między inne krzewy na żywe płoty, ile że smrodkiem swoim odraża zwierzęta od objadania gałązek i liści. Ze świadectwem Bullata, gospodarza angielskiego, wodą, w której liście bzowe gotowane były, można wygubić gąsienice na kapustach i meszki na różnych roślinach”.

Bez bzowi nierówny, ponieważ: „Kwiat, liście i jagody na gruncie suchszym, nasłonecznionym wyrosłe skuteczniejsze są od tych innych, zresztą mocniejszy skutek mają z krzewów, których kwiat na czerwonych szypułkach, niźli te, których szypułki są zielone”.

W minionych wiekach był niezastąpionym lekiem. Ówczesne autorytety zielarskie wiedziały, że: „Korzeń bzu ma własności pędzące urynę, w znacznych zaś ilościach spożyty sprawia womity. Pączki liści gotowane na zieleninę silnie rozdzielają zatkania i zaflegmienia niższego żołądka. Liście świeże utarte i przyłożone na miejsca sparzone pokrzywą, na ukłucie pszczoły i osy, na lekkie sparzenia ogniem wielce są skuteczne. Też liście uparzone w mleku i przyłożone na zaognione bolące węzły i guzy hemoroidalne rychłą ulgę przynoszą. Herbata z kwiatu suszonego to środek sprawujący poty i wiatry pędzący. Para herbaty bzowej nieco zaprawionej octem wciągana przez nos i usta bardzo jest skuteczna w uporczywych kaszlach i zaflegmieniach piersi. Huba kustrzebka uszkowa w kształcie ucha ludzkiego rosnąca na starych pniach bzowych od strony północnej moczona w wodzie różanej aż do rozmięknięcia na galaretkę przykłada się z pomyślnym skutkiem na zapalone, bolące oczy”.

Nie mylił się ksiądz Krzysztof Kluk w ocenie bzu aptekarskiego. Współczesne analizy chemiczne wykryły w nim obecność olejku lotnego z terpenami, są w nim też rozliczne flawonoidy, rutynozyd i astragalina, śluz, sole mineralne i bliżej nieokreślona substancja zwiększająca wydzielanie potu. W dojrzałych owocach zgromadzone są kwasy organiczne, garbniki, cukry, barwniki antocyjanowe, witaminy A, C i B oraz pektyny. Krzew zawiera też nieco „dziegciu w beczce miodu” – są to: glikozyd cyjanowy, trująca sambunigryna i alkaloid sambucyna. One to sprawiają, że bez lekarski jest z lekka trujący. Objedzenie się jego owocami wywołuje u ludzi i zwierząt domowych wymioty i biegunkę, a w przypadku kur – nawet sprowadza śmierć. Szczególnie szkodzą – o czym nawet autorzy książek kucharskich nie piszą – nalewki i wina sporządzone z owoców czarnego bzu. Przypadki zatruć pokarmowych kładzie się wówczas na karb zakąski i nieumiarkowania w piciu.

Współczesna medycyna nie zrezygnowała z usług dzikiego bzu. Badania potwierdziły bowiem wszystkie moce krzewu: działa przeciwskurczowo, lekko moczopędnie, przeczyszczająco, obniża gorączkę i zmniejsza bóle. Wprawdzie preparaty z jego udziałem znieczulają sto sześćdziesiąt razy słabiej niż morfina, lecz nie wywołują uzależnienia. Ostatnio wykryto w jego liściach obecność całkiem nowego związku chemicznego, zwiększającego odporność organizmu człowieka na choroby zakaźne. Sprawdziła się też jedna ze starych recept: należy dojrzałe jagody dokładnie rozgotować, przetrzeć przez sito, usuwając pestki i łupiny, otrzymaną miazgę odparować, dodając pod koniec cukru. Powidła bzowe, zażywane trzy razy dziennie po łyżce stołowej, potrafią uleczyć nawet silnie owrzodzone kiszki.

Przypomnieć też warto magiczne moce czarnego bzu, które Słowiańszczyzna ceniła tak wysoko, jak Germanie podobne moce jemioły. Swoją drogą, posiadanie w obejściu rośliny zwalczającej uroki było wręcz koniecznością w czasach, w których sporo osób potrafiło i lubiło rzucać je na bliźnich i ich dobytek. A przecież znowu wzrasta zainteresowanie magią, nie zawsze całkiem białą.

Również w ciężkiej chorobie, gdy już leki nie pomagały, pomagał bez dziki: poskręcany od reumatyzmu, cierpiący na podagrę Słowianin, mieszkaniec Lasu Czeskiego, w ciągu trzech kolejnych wschodów słońca kuśtykał do krzewu, ujmował gałąź i grzecznie prosił:

Bzie, ja mam gościec, a ty go nie masz,

Odbierz mi, abym go nie miał!

I przeżegnawszy się, odchodził. Jego krewniak – Słowianin mieszkający na Morawach, cierpiący na febrę, czyli zimnicę, owijał wokół szyi wiecheć słomy owsianej, biegł do bzu, potrząsał nim trzy razy i po trzykroć wykrzykiwał:

Bzie! Bzie! Bzie! Zima na mnie leży.

A niech ze mnie zlezie i na ciebie wlezie!

Potem, skacząc na jednej nodze, tyłem wracał do domu. I zimnica złaziła.

Czasami uciekano się do przekupstwa. Petent kładł u stóp bzu ofiarę z chleba i soli, kłaniał się z uszanowaniem i przedkładał sprawę: „Przynoszę Wam chleba i soli, przyjmijcie chorobę, ból, kłopot – nie chcę ich!”.

Dziś Słowianin znad Wisły też mógłby to i owo przekazać bzom, zakrzykując: „Nie chcę ich!”.

Borówka czarna

Bory białowieskie – ciemne, pachnące igliwiem, a na ich dnie niepozorna krzewinka tworząca rozległe łany. Ma nagie, kanciaste gałązki, z nich wyrastają cienkie listki, jajowate w zarysie, na brzegach drobno piłkowane, zielone od góry, jaśniejsze od spodu. Z kątów liści, osadzone na krótkich szypułkach, wyglądają owoce – to borówka czarna, zwana też jagodą. Jej soczysty, wonny miąższ kryje w swym purpurowym wnętrzu wiele wydłużonych nasion, które rozsiane przez zwierzęta dadzą początek nowym roślinom.

Borówka czarna jest jednym z tych dobroczynnych tworów natury, którymi darzy ona tak szczodrze zwierzęta i ludzi. Uczeni opisali wzorami chemicznymi to, co lud znał od niepamiętnych czasów. Dziś wiemy, że zawiera w swym składzie witaminy, kwasy organiczne, garbniki, pektyny, cukry, barwniki antocyjanowe, karotenoidy, fitoncydy. Medycyna ludowa nic nie wiedziała o istnieniu fitoncydów i ich zabójczym działaniu na bakterie, a mimo to stosowała borówkę do leczenia zaburzeń w trawieniu, w nieżycie żołądka i jelit, przewlekłych biegunkach. Pewien chłop syberyjski – zielarz ludowy o nazwisku Rasputin, swą mroczną karierę rozpoczął od wyleczenia carewicza Aleksego, syna cara Mikołaja II, z czerwonki, z którą nie mogli sobie poradzić dworscy lekarze. Sytuację komplikowało i to, że jak głoszą niektóre przekazy, Aleksy chorował na hemofilię. Rasputin podał carewiczowi odwar z owoców borówki czarnej zmieszanych z pięciornikiem.

Prócz działania antybakteryjnego czarne borówki pomocne są w leczeniu zapalenia dróg moczowych i pęcherza, obniżają gorączkę, pomagają w leczeniu cukrzycy, a w większych ilościach skutecznie zwalczają robaki jelitowe. Co najdziwniejsze – dowiedziono, że pewne substancje w nich zawarte o nazwie antocyjany poprawiają ostrość widzenia w nocy. Borówki mają jeszcze jedną cudowną moc. Kto spędził lipcowy dzień na zbiorze jagód, łagodnieje, a sen po takim dniu jest mocny i krzepiący.

Dzikie zwierzęta też doceniają walory borówek. W diecie żubrów, jeleni, łosi i sarn są one stałym składnikiem w ciągu całego roku. Na początku kwietnia, gdy w puszczy znika śnieg i borówki wychodzą z ukrycia, zwierzęta wprost rzucają się na nie. Równie atrakcyjne są w czasie, gdy zaczynają dojrzewać jagody. Ich walory odżywcze pomagają też delikatnym sarnom przetrzymać ubogą zimę. Korzystają z zimowych odwilży odsłaniających runo, a przy niezbyt głębokim śniegu raciczkami wygrzebują zmarznięte, smakowite gałązki czarnych borówek. Wiedzą o tym leśnicy i w dobrze zagospodarowanych lasach specjalnym pługiem odgrzebują borówczyska spod śniegu, aby umożliwić zwierzynie dostęp do jej ulubionego pokarmu.

Borsuki

Późną jesienią zakończone są już wszystkie najważniejsze prace przygotowujące kolonię borsuków na zimowy spoczynek. Pod piaszczystym pagórkiem kryje się rozległy, rozbudowywany w ciągu wielu lat, podziemny system korytarzy, mający nieraz kilkadziesiąt metrów długości i kilka metrów głębokości. Korytarze prowadzą do starannie wysprzątanych komór mieszkalnych. W słoneczne jesienne dni borsuki pracowicie zbierały suche trawy, mech i liście – materiał do wyścielania komór. Czas wolny od prac domowych przeznaczały na jedzenie. Owoce leśne, kłącza, bulwy, grzyby i nasiona uzupełnione białkiem zwierzęcym uzyskanym z upolowanych myszy i żab, z wygrzebanych ze ściółki leśnej dżdżownic, ślimaków, owadów i ich larw posłużyły do zgromadzenia pod skórą zwierząt istnych zwałów sadła. Musi go starczyć na zimowe miesiące, które borsuki przesypiają w norach. W tym czasie będą pościć i zgromadzone w organizmie materiały zapasowe będą jedynym źródłem energii podtrzymującej procesy życiowe zwierząt.

Gdy rozszaleją się pierwsze śnieżyce, otwory wyjściowe z nor zostaną zatkane pękami trawy, wiatr nawieje liście i śnieg – wielorodzinna kolonia zaszyje się jak borsuk w jamie i zapadnie w sen. Może się zdarzyć, że w którymś z bocznych korytarzy zamieszka lis i zimą jego tropy będą jedyną oznaką życia kryjącego się w ośnieżonym pagórku. W cieplejsze dni w drugiej połowie zimy któryś z borsuków zbudzi się z drzemki, wyjdzie na przechadzkę, a nawet odwiedzi sąsiednią kolonię i pozostanie w niej kilka dni. Na topniejącym śniegu zostawi linię śladów z wyraźnie odciśniętymi długimi pazurami.

Na przedwiośniu w głębi nor, na miękkiej i ciepłej wyściółce komór lęgowych urodzą się ślepe, nagie i całkiem bezradne borsuczęta. Dopiero po trzech tygodniach przejrzą na oczy, lecz jeszcze długo nie opuszczą nor. Troskliwie karmione mlekiem matki porosną białym, sztywnym włosem z dwoma czarnymi pręgami biegnącymi po bokach pyska. A gdy nadejdzie pełnia wiosny, po raz pierwszy wyjdą z gniazda, by w otworze nory grzać się i bawić w cieple promieni słońca. Na dalsze spacery udawać się będą tylko pod opieką matki, najczęściej dopiero po zmroku.

Od kolonii odchodzi wiele dróg wydeptanych przez kolejne pokolenia borsuków. Wiodą one do pobliskiego zagłębienia z wodą lub do przepływającej opodal puszczańskiej rzeczki, do miejsc obfitujących w pokarm, a jedna ze ścieżek prowadzi w ustronne miejsce, dzięki któremu kolonia jest zawsze czysta i pozbawiona charakterystycznego zapachu odchodów zwierzęcych. Borsuki przywiązane są do swych tras, niechętnie i tylko z konieczności je zmieniają, gdyż czują się na nich bezpieczne – dokładnie znają otoczenie i najkrótszą drogę ucieczki do nory. Całymi nocami szwendają się po lesie. W poszukiwaniu pokarmu wygrzebują w ziemi niewielkie lejki; na ich dnie czasem trafi się miot ślepych mysząt lub przysmak borsuczy – gniazdo os. Wspinają się na zadnie nogi i odrywają długimi pazurami korę powalonych drzew w poszukiwaniu larw owadów. Na swych krótkich nogach pokonują spore odległości, przed świtem jednak bezbłędnie trafiają do domu.

Mimo niewielkich rozmiarów ciała, rzadko przekraczających pół metra długości i piętnaście kilogramów ciężaru, dość kiepskiego wzroku i hałaśliwego zachowania, borsuki nie są łatwą zdobyczą dla puszczańskich drapieżników – wilków i rysi. Już samo ubarwienie ciała silnie kontrastujące czernią i bielą ostrzega amatora mięsnego dania przed zbyt pochopnym atakiem. Borsuk ma do obrony nadzwyczaj duże i silne zęby, co połączone z bojowością, szybkim refleksem i znaczną odpornością na ból i rany czyni z niego groźnego przeciwnika. Każdy rozsądny drapieżnik wysoko ceni swe zdrowie; najmniejsze zranienie wyniesione z walki z ofiarą, która ofiarą być nie chce, obniża jego sprawność łowiecką. A przecież okulawiony ryś, to już nie łowca, tylko głodne zwierzę, zdane na myszy i resztki po zdrowych drapieżcach.

Do swych pobratymców borsuki nastawione są przyjaźnie. Z jednym wyjątkiem: gdy nadchodzi czas rui, samce walczą o samice. Wiosną lub jesienią słychać nocą wrzaski gryzących się zwierząt. Również gdy na terytorium kolonii zapuści się obcy, dorosły samiec, nie spotyka się z miłym przyjęciem. Prześladowany przez miejscowe borsuki albo wyemigruje w spokojniejsze rejony, albo – jeśli jest odpowiednio silny – wywalczy prawo stałego pobytu, zdobędzie samicę, założy z nią nową kolonię. Z biegiem lat, głównie poprzez związki małżeńskie dorastających młodych, nowa rodzina zostanie zaakceptowana przez miejscową społeczność.

Brzoza

W młodości szybko rośnie – już w wieku sześćdziesięciu lat osiąga trzydzieści metrów wysokości. Dożywa w dobrym zdrowiu stu lat. Ma wówczas grubą, spękaną korę, u dołu pnia prawie czarną, w górze kredowobiałą, łuszczącą się okrężnie. Zwieszające się długie i cienkie gałęzie okrywa gęstwa drobnych, ostro zakończonych liści. Wczesną wiosną zieloną mgiełką osnuwają ciemne gałęzie drzew, jesienią grają wszystkimi odcieniami złota.

Swym zasięgiem brzoza obejmuje prawie całą Europę, część zachodnią Azji i Azję Mniejszą. U nas rośnie na całym niżu, w górach ma zasięg do tysiąca siedmiuset metrów nad poziomem morza. Jest mało wymagająca, wytrzymała na susze, wiatry, mrozy i zanieczyszczenia powietrza. Jej lekkie nasiona przenoszone przez wiatr przyjmują się na najgorszych siedliskach – piaskach, nieużytkach, odłogach i zrębach. Często rośnie wraz z sosnami i jałowcami, może też tworzyć lite drzewostany.

W czasach gdy człowiek korzystał wyłącznie z surowców naturalnych, brzoza „ze względu na swą wieloraką użyteczność między najszacowniejsze policzyć się mogła”. Korę dzielono na wierzchnią – białą i głębiej położoną – brunatną. Biała dostarczała oleju brzozowego i dziegciu. Olej – zawiesisty, brązowoczarny o specyficznym, drażniącym zapachu, stosowano w leczeniu chorób pęcherza moczowego, zewnętrznie zaś – w schorzeniach reumatycznych i egzemach. Dziegieć do XVIII wieku był uznanym środkiem zwalczającym robaczyce: „Używa się po kilka kropli z wodą przeciw glistom. Gdy się trochę poruszą i chcą wychodzić przez gardło, smaruje się trochę dziegciem pod nosem chorego: to glisty wstrzymuje i uśmierza”. Używali go również skórnicy – nasączali nim juchtowe skóry, słynne w ówczesnym świecie „jufty” moskiewskie – miękkie i trwałe. Ponieważ ostra woń specyfiku odstraszała gryzonie, smarowano nim również rzemienie i inne wyroby ze skór. Dzięki substancji o nazwie betulina biała kora nie ulega gniciu i nie chwyta wilgoci. Umieszczona pod gontami czy dranicą i pod belkami kładzionymi wprost na ziemi przedłużała trwanie drewnianych domów. Na północy Europy Lapończycy i Finowie z białej kory wyplatali kosze, powrozy, maty, obuwie, a nawet niektóre części ubrania. Z niej też sporządzali pochodnie i pojemniki na żywność. Rozdzieloną na cieniutkie płatki przykładali na niegojące się rany, w czasie głodu zaś zmieloną dodawali do mąki. W odwarze z kory brunatnej zanurzali swe sieci rybackie, co znacznie zwiększało ich trwałość.

Dziś już mało który stolarz wie, że brzoza brzozie nierówna: im dalej na północ wyrosła, tym jej drewno jest twardsze, pochodzące z nizin – zwięzłe i giętkie, z ziem zaś żyznych, wyżej położonych – kruche i łupliwe. Użyte jako materiał budowlany jest nietrwałe, szybko butwieje i toczą je owady, doskonale natomiast nadaje się do wyrobu narzędzi rolniczych, części do wozów, koryt, łyżek i chodaków. Wysoko ceniono drewno z rakowych narośli występujących na starych brzozach. Dawniej meble z czeczotki „zdobiły salony możnych i skromną szlachecką komnatę”. I współcześnie brzoza jest ważnym surowcem w przemyśle meblowym, papierniczym i chemicznym. Jej drewno, nawet mokre, łatwo się pali, dając znaczne ilości ciepła, a pozostały popiół znajduje zastosowanie w produkcji szkła.

Młode, jeszcze lepkie listki i pączki brzozy, zalane spirytusem i wystawione na słońce dają balsam na przeziębienia, lecz ponad wszystko ceniony jest sok płynący ze skaleczonego pnia, tak zwana oskoła. Dawniej twierdzono, że „nie tylko ostrość humorów łagodzi, lecz uparte świerzby i wyrzuty skórne leczy, a nawet wstąpione wewnątrz skutecznie na powierzchnię ciała wyprowadza”. Był też uznanym środkiem w leczeniu kamicy nerkowej. Należało co dzień pić na czczo cztery szklanki świeżego soku, co czterdzieści pięć minut jedną, przy czym chory musiał cały czas pozostawać w ruchu. Zdaniem medyków kuracja ta „uśmierza srogie boleści tej choroby i dalsze formowanie się kamieni wstrzymuje”.

Dziś medycyna korzysta z dojrzałych liści jako środka moczopędnego, łagodnie napotnego i żółciopędnego. Nowe badania prowadzone w Rosji potwierdziły też wysoce lecznicze własności grzyba włóknouszka ukośnego – w postaci czarnej, gruzowatej narośli atakującego drzewa. Długotrwałe podawanie wodnego wyciągu z grzyba wstrzymuje wzrost tkanek nowotworowych oraz zmniejsza niebezpieczeństwo przerzutów. W tamtejszych aptekach jest już w sprzedaży preparat pod nazwą czaga.

Na koniec warto wspomnieć o jeszcze jednym zastosowaniu brzozy. Z jej gałązek wiązać można miotły do zamiatania i miotełki używane w łaźniach. I nie tylko, bowiem:

Rózeczką dziateczki bić dobry Bóg radzi,

rózeczka dziateczkom nigdy nie zawadzi.

Jeden z autorytetów botanicznych XIX wieku, zwolennik metod wychowawczych rodem z pana Jachowicza, polecał rózgi brzozowe, jako że: „te gałązki dają najmniej szkodliwe zdrowiu narzędzie do powściągania swawoli”. Współczesna medycyna w tej kwestii milczy.

Bukwica

W starożytności uznana za „stróża ludzkich ciał i dusz” jest byliną o palowym korzeniu gęsto porośniętym cienkimi korzonkami i czterograniastej, szorstko owłosionej łodydze wysokości 20–80 centymetrów. Liście odziomkowe mają długie ogonki, wyrastające z łodygi zaś są krótkoogonkowe lub siedzące. Liście długości 6–8 centymetrów są podłużnie jajowate, najszersze u sercowatej podstawy, na brzegach karbowane. Obie strony liścia – górna, ciemniejsza, i dolna, jaśniejsza, są delikatnie owłosione. Bukwica kwitnie od czerwca do września. Na szczycie łodygi rozwija się kwiatostan w górnej części zwarty, niżej nieco luźniejszy, składający się z wielu wargowych kwiatów barwy purpurowej lub ciemnoróżowej.

Bukwica lubi gleby gliniaste, niezbyt suche, o zmiennej wilgotności. Rośnie w widnych lasach liściastych i dąbrowach, na śródleśnych łąkach, na skraju lasów i przy drogach na całym niżu i niewysoko w górach. Swym zasięgiem obejmuje Europę, zachodnią Syberię, Azję Mniejszą i północno-wschodnią część Afryki.

Ziele bukwicy ma balsamiczny zapach i gorzki smak. Zawiera olejek eteryczny, alkaloidy, związki żywicowe, śluzy, gorycze, kwasy organiczne i sole mineralne. Stosowana jest w leczeniu nieżytów jelit, dychawicy oskrzelowej, żółtaczki, zwichnięć kończyn i przy gojeniu ran. Ksiądz Klimuszko używał jej w leczeniu migreny i cukrzycy.

Wśród setek ziół znanych starożytnym bukwica zajmowała poczesne miejsce. Chwalono ją w Egipcie, a pod imieniem Betonica królowała w dziełach Hipokratesa, Pliniusza i Dioskurydesa. Antoniusz Musa – wyzwolony niewolnik i lekarz, za usługi oddane cesarzowi Augustowi korzystający z przywilejów senatorskich, poświęcił jej całą książkę, we wszystkich krajach śródziemnomorskich zaś krążyło powiedzenie: „Sprzedaj tunikę i kup betonikę”. Jeśli chciano kogoś szczególnie pochwalić, mówiono: „Cnót masz więcej niż bukwica”. Była panaceum – lekiem na wszystkie choroby. Wysoko cenili ją święta Hildegarda, Paracelsus i Lonicerus. Konrad von Megenberg widział w niej nie tylko zioło leczące, lecz i magiczne – o czym nie omieszkał wspomnieć w rozprawie De herba betonica. W średniowieczu hodowana była w ogrodach ziołowych i ogródkach przydomowych. Stanisław Kazimierz Hercius – szesnastowieczny prekursor towarzystwa żywnościowego – dodatkowo ujrzał w niej cenną roślinę przyprawową.

A oto niektóre tylko z zastosowań bukwicy. Korzeń o przykrym zapachu, wywołujący wymioty, był środkiem „czyszczącym ciało ze szkodliwych soków”. Cierpiącym od bólu zęba radzono: „Weź korzenia paproci, wężownika, szałwii, bukwicy, suszonej róży, każdego po garści, warz w wodzie na poły z winem, aż trzecia część wywrze. Przecedziwszy, trzymaj w uściech ciepło”. Zdaniem mistrza Mattiolego bukwica „kamień w nerkach rozdrabnia, żeńską niemoc przywodzi, skurczonym i naderwanym pomaga, a nade wszystko ukąszonym od bydląt i węży swym przyłożeniem ratunek daje, truciznę od serca odgania. Dobra jest przeciw kwaśnemu odbijaniu się z żołądka, przeciw łamaniu w kościach biodrowych, oszalałym i zbytym rozumu pomaga. Okłady z korzenia bukwicy i bylicy ból oczu usuwają. Dowolnie zażyta żółtaczkę leczy, a powidełka z niej uczynione dobre są na owrzodzenia płuc. Ktoby spadł z drzewa lub z wysoka i coś sobie uszkodził lub coś na niego spadło i go przygniotło, temu napar z bukwicy, krwawnika i babki z piwem pity pożyteczny jest. Puchlinę wodną leczy, kaszel usuwa, febry wygania, pita z brzeczką miodową rychły poród czyni i ból macicy od zaziębienia uśmierza. Kto by ją pierwej używał, broni opilstwu”.

Nie ma drugiego ziela tak skutecznie leczącego rany głowy. „A robi się tak: weź kobiecego mleka, jodłowej terpentyny, żywicy sosnowej i tłuszczu, każdego łutów dwanaście, rozpuść pospołu nad ogniem, potem zdejm, dodaj proszku z bukwicy też łutów dwanaście i dokładnie mieszaj. Potem narób niewielkich kawałków i te mocz w mleku kobiecym i wyrabiaj w dłoni dni kilka, w każdy dzień trzykroć lub czterokrotnie. Na koniec wyciśnij i schowaj do puszki drewnianej na potrzebę. Skoro tej maści będziesz chciał użyć, najpierw do rany nalej nieco terpentyny, potem maścią ranę wypełń, a na to wszystko połóż chustę maścią nasmarowaną. To ranę rychło goi, a także kości strzaskane wyciąga. Dlatego wszyscy dawni lekarze kładli ją do swych maści i plastrów. Jest bukwica nadzwyczajnym lekarstwem przeze mnie doświadczonym” – kończy swój wywód Mattioli. I możemy mu wierzyć – w jego czasach wymachiwanie mieczem i toporem było w modzie, a więc i głów do doświadczeń medycznych nie brakło.

Wprawdzie dziś łby rozłupane żelastwem należą do rzadkości, lecz niejeden głowę sobie łamie, skąd wziąć grosz na zakup leków i pobyt w szpitalu. A może by tak tereny przeznaczone pod budowę fabryk leków obsiać bukwicą – ile pigułek i zastrzyków mogłoby zastąpić jedno małe ziele.