Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Każdy wybór ma swoją cenę…
Lilka – niepoprawna romantyczka, pełna pogody ducha i zawsze chętna do przygód – staje u progu dorosłości. Przeżywa pierwsze zauroczenia i prawdziwą wielką miłość, ale musi też pokonać przeszkody, jakie spotyka na swojej drodze.
Kto decyduje o losie człowieka? Przeznaczenie? A może każdy sam kieruje swoim życiem, kiedy stojąc na rozdrożu, podejmuje decyzję, w którą stronę się udać? Lilka wciąż zadaje sobie to pytanie i stale walczy z przeznaczeniem, które zawsze stawia na swoim. Być może właśnie dzięki temu jej historia jest burzliwa i pełna emocji. Przeplatają się w niej smutek i radość, chwile szczęścia oraz te tragiczne.
Czy dziewczyna wybierze właściwą drogę? Czy zaufa przeznaczeniu i sprosta przeciwnościom? Przekonacie się, sięgając po pierwszy tom „Sagi o życiu Lilki” – opowieści opartej na prawdziwych wydarzeniach, w której poznacie historię nie tylko Lilki, ale również jej rodziny i przyjaciół.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 404
Saga o życiu Lilki Tom I Dzieciństwo i młodość
© Lidia Socha
© for the Polish edition by Wydawnictwo Hm…
All rights reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody twórców.
Pod redakcją: D. B. Foryś
Redakcja: Beata Sagan-Szendzielorz
Korekta: Anna Kucharska
Projekt okładki: Angelika Karaś
Skład: Marcin Halski
Elementy graficzne: pixabay.com, pexels.com, unsplash.com, freepik.com
ISBN: 978-83-68695-51-9
ISBN E-BOOK: 978-83-68695-52-6
Wydanie drugie
Wojkowice 2026
Wydawnictwo Nie powiem
E-mail: [email protected]
Telefon: 518833244
Adres: ul. Sobieskiego 225/9, 42-580 Wojkowice
www.niepowiem.com.pl
Od autora
Sagę o życiu Lilki dedykuję przede wszystkim moim dzieciom i wnukom: Marcinowi, Joasi, Markowi, Kindze, Julitce i Nikosiowi. To dla nich (i dla siebie również) spełniam marzenia o pisaniu i to dzięki nim moje życie pomimo upływu lat wciąż nabiera tempa.
Do tego, abym w ogóle sięgnęła po pióro i napisała tę książkę, przyczyniło się kilka osób, o których wspomniałam w poprzednim wydaniu. Jednak do zrobienia kolejnego kroku i do wydania tej historii – w takiej formie jak obecnie – namówiły mnie zupełnie inne osoby. Są to między innymi trzy wspaniałe pisarki, rzeszowianki i moje przyjaciółki: Ania Ziobro, Małgosia Matwij i Jadzia Buczak, którym jestem ogromnie wdzięczna za wsparcie, pomoc i przede wszystkim za to, że we mnie uwierzyły. Dziękuję również Marcinowi Halskiemu i Wydawnictwu Nie powiem za zaufanie i za możliwość wznowienia tej sagi, co było dla mnie niezwykle istotne.
Podziękowania należą się również Beacie Sagan-Szendzielorz za ogromną pomoc w zredagowaniu – za spojrzenie chłodnym okiem na to, co dla mnie czasami było trudnym wyborem. To dzięki jej „diecie odchudzającej” ta książka wygląda dużo ciekawiej.
A także dziękuję Ani Kucharskiej za korektę. Ania również wykonała wspaniałą robotę, szlifując moją stylistykę do perfekcji i dając kilka cennych uwag.
I na koniec chcę jeszcze podziękować moim serdecznym przyjaciółkom Eli R. i Danusi W. za codzienne wsparcie i motywację do dalszego pisania. Za to, że w chwilach zwątpienia zawsze są blisko mnie i nie pozwalają rezygnować z marzeń.
Życie jest piękne, gdy wokół tyle dobrych ludzi, ale nawet kiedy bywa smutno, pamiętajmy, że żadna burza nie trwa wiecznie, a po niej zaświeci słońce, tak jak świeci ono teraz dla mnie.
Wstęp
Tomasz spojrzał na mnie z czułością. Zobaczyłam te ciepłe iskierki w jego oczach i zrozumiałam, że on wie, kim jestem, skąd mnie zna, że pamięta. Wziął moją dłoń, ucałował ją, przytulił do swojej piersi i się uśmiechnął.
– Teraz już nie pozwolę ci zniknąć z mojego życia. Wtedy pojawiłaś się w nim na krótką chwilę. Byłem pewien, że jesteś mi przeznaczona, ale ty wybrałaś inną drogę. Żałowałem później, że o ciebie nie zawalczyłem. Myślałem, że tak widocznie musiało być, że się pomyliłem, a los po prostu spłatał mi przykrego figla, najpierw dając nadzieję, a potem ją zabierając.
Jego słowa potwierdziły tylko moje domysły. Może i faktycznie byliśmy sobie przeznaczeni, tylko ja popełniłam błąd, dokonując wyboru, który zaważył na całym naszym życiu.
– Ja też miałam wrażenie, że przez moją decyzję twoje życie nie ułożyło się, tak zresztą, jak i moje. Kiedy już dowiedziałam się, jak potoczyły się twoje losy, prosiłam Boga, bym mogła cię za to przeprosić, bo być może zadecydowałam wtedy błędnie, myśląc, że tak właśnie powinno być. I wychodzi na to, że Bóg mnie wysłuchał, dając nam drugą szansę, bym mogła naprawić swój błąd. Choć wiem, że na wiele rzeczy jest już za późno…
– Na miłość nigdy nie jest za późno – powiedział, przytulając mnie do siebie.
Znów patrzyliśmy sobie w oczy jak wiele, wiele lat temu, a potem nasze usta odnalazły się w czułym pocałunku, by zakończyć historię, która powinna mieć zupełnie inny przebieg. A może nie? Może tak właśnie miało być? Tego nikt z nas nie wie, a czasu już nie cofniemy. Najważniejsze, że się znów odnaleźliśmy i odtąd, tak długo, ile jeszcze los nam pozwoli, możemy wspólnie iść przed siebie.
Ten fragment jest po to, by Was, drodzy czytelnicy, zachęcić do wysłuchania historii mojego życia. Życia, w którym działo się bardzo wiele. Mogłabym tymi wszystkimi wydarzeniami obdarzyć kilka osób. Smutek, łzy, radość, niesamowite zwroty akcji, chwile szczęścia i chwile tragiczne; i co najważniejsze: jeżeli ktoś myśli, że sam może decydować o swoim życiu, kierować nim i panować nad sytuacją, to moim zdaniem bardzo się myli. Na podstawie własnych doświadczeń uważam, że los i przeznaczenie lubią wtrącać swoje trzy grosze i to one najczęściej wyrokują o wyborach, które niby są nasze. To znaczy do pewnego stopnia faktycznie sami układamy własne życie, dostajemy do ręki jakieś talenty i albo je realizujemy, albo zaprzepaszczamy, a los tylko przygląda się temu i w odpowiednim momencie interweniuje, by było tak, jak on zaplanował. Zapewne też każdy z nas musi stanąć na jakimś rozdrożu, lecz nieważne, jakiego dokonamy wyboru, docelowo zawsze jest to zgodne z tym, co przeznaczył dla nas los – bez względu na to, jak bardzo chcielibyśmy dojść zupełnie gdzie indziej.
Takie właśnie było całe moje życie. Walczyłam z losem i przeznaczeniem i chyba nietrudno domyślić się, kto miał najwięcej do powiedzenia, kto wygrywał wszystkie potyczki. Tak, właśnie tak. To los i przeznaczenie, ale może dzięki temu moje życie było tak ciekawe, burzliwe i warte opowiedzenia. Zwłaszcza ku przestrodze, choć i nauki jakieś wyciągnąć z tego można. A co mnie do tego skłoniło? Któregoś dnia pewna znajoma, słuchając, jak opowiadam o tym wszystkim, co mnie w życiu spotkało, stwierdziła, że powinnam napisać książkę. Długo się nad tym zastanawiałam. W końcu poprosiłam autorkę owej książki, którą właśnie trzymacie w ręku, by spisała moje dzieje. Tak oto powstała Saga o życiu Lilki, czyli o mnie. Kim jestem? Nazywam się Liliana… No dobra, na razie podam panieńskie nazwisko, by zbyt wcześnie nie zdradzić Wam wszystkiego. Tak więc jeszcze raz: nazywam się Liliana Bieńczyk i nie jestem żadną celebrytką ani nikim znanym, ot po prostu zwykłą kobietą. Nie mam za sobą żadnych studiów, doktoratów i tym podobnych, ani nawet matury. Czy zatem brak tych wszystkich papierków stawia mnie w gorszej sytuacji? Zaniża moją inteligencję i odbiera szansę na osiągnięcie jakichś sukcesów? Otóż nie. To, że naukę zakończyłam na szkole zawodowej, wynikało z wielu różnych przyczyn – na pewno nie z braku inteligencji. A czy życie takich osób może być bogatsze w wydarzenia, ciekawsze? Myślę, że to też nie ma znaczenia. Czytając historię mojego życia, przekonacie się, jak wiele z Lilki może być w Was i na odwrót.
Życie składa się z wielu drobiazgów, rzeczy małych i dużych, nie da się wszystkiego opisać dokładnie. Skupię się więc na sobie i swoich przeżyciach, na radościach i smutkach, na upadkach i podnoszeniu się z nich, na walce z przeciwnościami losu i o szczęście swoich najbliższych. Na chwilach, które były dla mnie ważne, czasami trudne, innym razem piękne, ale niezaprzeczalnie zostawiły ślad w moim sercu. Historia, którą oddaję w Wasze ręce, może wywołać wiele refleksji, zadumy, kpiącego uśmiechu, ale też i możecie w niej odnaleźć samych siebie.
Wiem też, że nie wszystkim spodoba się moja historia, decyzje, które podjęłam, moje spojrzenie na świat i wiarę. Aczkolwiek takie właśnie było moje życie, tak to widziałam i tak czułam. Wy jedynie możecie to tylko zaakceptować lub nie. Nie mam zamiaru nikogo oceniać ani rozliczać. Opowiem jedynie to, co się wydarzyło i jaki wpływ miały te wydarzenia na mnie samą.
To co? Jesteście gotowi na wysłuchanie mojej historii? Jeżeli tak, to usiądźcie wygodnie i posłuchajcie, będzie to bowiem naprawdę bardzo długa opowieść…
Rozdział pierwszy
Wczesne lata dzieciństwa
Długo zastanawiałam się, od czego tu zacząć. To, co najistotniejsze, zaczęło się bowiem, kiedy ukończyłam szkołę podstawową. Przecież jednak nie urodziłam się wtedy, tylko piętnaście lat wcześniej, i o moim dzieciństwie też by pasowało trochę wspomnieć. Myślę, że i nieco o rodzince również, w końcu nie wyskoczyłam krowie spod ogona, tylko jakichś tam przodków miałam. Nie będę więc oryginalna i zacznę standardowo, czyli od początku.
Urodziłam się szesnastego września roku Pańskiego 1963, pięć minut przed północą, głośnym krzykiem oznajmiając światu swoje przybycie. Niewiele zatem brakło, by nieco inna data widniała w moim życiorysie. Mama opowiadała mi, że noc była spokojna, ale kilka godzin później rozszalała się burza z piorunami i porywistym wiatrem i trwała prawie do południa. Dopiero wieczorem słoneczko zaświeciło i reszta pierwszego dnia mojego życia była już całkiem przyjemna. Długo nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale jakby porównać moje życie do ówczesnej pogody, to ono tak właśnie wyglądało.
Po kilku dniach ze szpitala odebrała nas babcia wraz z moim cztery i pół roku starszym bratem. „Tatuś” nawet nie wiedział, że już zameldowałam się na tym ziemskim padole, choć oczywiście spodziewał się tego. Był zajęty innymi sprawami, a tak właściwie to już prawie z nami nie mieszkał. Zawróciła mu w głowie pewna piękna Zosia, dla której opuścił żonę i rodzinę. Jego konkubina również oczekiwała dziecka, stąd zainteresowanie moją osobą było tak znikome. Dodam więcej. Najwyraźniej byłam dziełem przypadku, ponieważ ojczulek – gdy dowiedział się, że mama jest w ciąży – stwierdził, że nie jestem jego, dedukując, że skoro on mógł skakać jak motyl po kwiatach, to pewnie i matula mogła. Tylko na jego nieszczęście urodę odziedziczyłam właśnie po jego rodzinie i chciał czy nie chciał, uznać mnie musiał.
Historia moich rodziców właściwie była krótka. Z opowiadań mamy wiem, że ojciec był kiedyś mocno zakochany w pewnej pannie, lecz bez wzajemności – chyba, gdyż szybko go spławiła i za innego poszła. Czesiu był ambitnym chłopakiem, więc postanowił pokazać niewiernej pannie, która mu serce złamała, że nic sobie z tego nie robi, a za żonę weźmie najpiękniejszą dziewczynę w okolicy, by tamtą zazdrość wzięła. Czy ją wzięła – nie wiem, za to Czesiu upatrzył sobie piękną Jasię i zagiął na nią parol. Jasia, a właściwie Joanna, faktycznie urodą przewyższała wszystkie panny w okolicy, a może i dalej. Kręciły się chłopaki koło niej jak pszczoły w ulu, ale żaden nie potrafił zdobyć jej względów. Sama Jasia też noskiem swoim ślicznym kręciła, a bo to za niski albo za wysoki, a bo to za gruby albo za chudy, piegowaty czy też rudy – i tak przebierała jak dziad w ulęgałkach, żadnemu jednak serca swego oddać nie potrafiła. Był tam ponoć pewien Leszek, który nieco dłużej przy niej się ostał, ale i on w końcu podzielił los innych konkurentów. Latka więc leciały, a w tamtych czasach dwudziestodwuletnia dziewczyna już za starą pannę uchodziła i konieczne było kogoś wybrać. Na ten moment napatoczył się Czesiu. Chłopak wprawdzie niezbyt wysoki, ale bardzo przystojny, z bajerem jak u najlepszego aktora, więc dziewczyna nieco się zauroczyła. Babcia Józia dobrze znała jego rodzinę, a zwłaszcza ojca – Jana, gospodarza i dobrego męża dla swojej żony i ojca dla licznej dziatwy.
– Jasiu, dziecko kochane, jak on będzie taki sam jak jego ojciec, tak samo zaradny, to ci z nim w życiu dobrze będzie – przekonywała córkę zawzięcie.
Matula, choć już dorosła, wciąż jeszcze słuchała matki i za jej radą zgodziła się wyjść za mojego ojczulka. Czy to był dobry wybór? Nie wiem. A może przeznaczenie? Trudno to ocenić, ale coś musiało być na rzeczy, bo inaczej mnie i mojego brata na tym świecie by nie było. Niestety życie pokazało, że mama nie była szczęśliwa w tym małżeństwie. Ot, choćby taki przykład. Już dwa tygodnie po ślubie sąsiadka mamy przyłapała Czesia na amorach z pewną sklepową, a jak przyszłość pokazała – nie był to pojedynczy wybryk. O rozwodzie, przynajmniej wtedy, mowy nie było. Trzeba było przełknąć tę gorzką pigułkę i żyć dalej.
Złośliwy los miał w zanadrzu jeszcze kilka bardzo trudnych chwil dla mojej matuli. Dwa lata po ślubie urodził się mój pierwszy braciszek, lecz o dwa miesiące za wcześnie i przeżywszy zaledwie dwa tygodnie, zmarł na zapalenie płuc. Po kolejnych dwóch latach ten sam los podzieliła moja siostrzyczka, urodzona tym razem w ósmym miesiącu, by po kilku godzinach zamienić się w aniołka. Potem było odrobinę radości, gdyż rok później, w marcu 1959 roku urodził się Janusz i tym razem wszystko odbyło się tak, jak powinno. Jasia miała więc dla kogo żyć. Skupiła całą swoją miłość na dziecku, bo między nią a Czesiem układało się coraz gorzej. Wprawdzie Januszek był jego ukochanym synkiem, oczkiem w głowie, ale nawet to nie powstrzymało go od szukania przygód.
Zatem Czesiu jak motylek po kwiatkach fruwał, by w końcu wpaść w sidła pięknej Zosi i na dłużej przy niej zostać. Tak naprawdę ojciec jeszcze przed moim urodzeniem wyprowadził się do kochanki i tylko od czasu do czasu zaglądał, by zobaczyć się z synkiem i pokłócić z żoną, przy czym mniej było zabawy z dzieckiem, a więcej sporów i kłótni.
Można więc stwierdzić, że od początku byłam dzieckiem jednego rodzica i tak pozostało aż do dziś.
Ojciec pochodził z bardzo licznej rodziny, która mieszkała w niedużym, choć pięknym – jak na tamte czasy – drewnianym domu w Załężu koło Rzeszowa. Niedługo po wojnie teren, na którym stał ów dom, został odłączony od wioski i przyłączony do miasta. Budynek ten wciąż stoi na rozdrożu, zaraz za torami, gdzie ulica Księżycowa łączy się z Załęską, choć dziś już mocno podupadły i skromny w obliczu murowanych sąsiadów. Ulicą Załęską można dojechać do Zakładu Karnego, wybudowanego po wojnie, i tam też była granica miasta. Ulica Księżycowa zaś to może około trzystumetrowa uliczka, która na zakręcie również stanowiła granicę miasta. W centrum wsi znajdowała się szkoła i remiza strażacka. Przed szkołą, zaraz za zakrętem, była kapliczka, przy której w każdą niedzielę ksiądz z rzeszowskiej fary odprawiał mszę. W maju oczywiście odbywały się też majówki ku czci Matki Bożej, ponieważ kościoła w tamtych czasach w wiosce nie było. Nie bez kozery tak dokładnie opisuję wam ten teren, gdyż w dalszej części mojej opowieści będzie on często występował i dlatego już teraz chciałam go nieco przybliżyć.
Mama z kolei urodziła się w Rzeszowie i od dziecka mieszkała z rodzicami i dwiema siostrami przy ulicy Lwowskiej, potem zmieniono jej nazwę na Lenina i wreszcie na Aleję Piłsudskiego. Babcia pochodziła z Białej, również niewielkiej wioski, która dzisiaj jest już kolejną dzielnicą Rzeszowa, zresztą tak jak i Załęże. O ile do Białej miałam sentyment z powodu babci i jej rodziny, to więcej łączyło mnie z Załężem. Szczególnie że pod koniec lat sześćdziesiątych swój dom rodzinny wybudowała tam wraz z mężem młodsza siostra mamy, ciocia Stasia. I to do nich w latach dzieciństwa najczęściej jeździliśmy. Potem moje losy z Załężem związały się mocno już z zupełnie innych powodów.
Stasia i Kaziu Ciszewscy doczekali się dwóch córek. Krysia była o sześć lat starsza ode mnie. Młodsza, Agatka, była w wieku mojego brata. Wobec tego jako dziewczynka za wiele wspólnego z nimi nie miałam. Byłam dla nich gówniarą, choć czasami wykorzystywały mnie do zabawy w dom, gdzie oczywiście grałam rolę dziecka. Zaczęłyśmy się dogadywać dopiero, gdy już stałam się panienką i lepiej rozumiałam świat dorosłych.
Starszą siostrą mojej mamy była ciocia Władzia. Właściwie miała na imię Maria, ale moja babcia miała tendencję do zamieniania imion prawie wszystkim bliskim osobom, nie wyłączając siebie, choć nie ze wszystkimi to jej się udało. Cioci Stasi akurat jakoś imienia nie zmieniła, ale to tylko potwierdza tezę o wyjątku.
Babcia ochrzczona była Justyna Józefa. Dawniej na wsi to na Justynkę wołali Justka. Babunia, będąc małym brzdącem i mając problemy z wymówieniem tego skrótu, wołała na siebie Józka. A że na drugie imię właśnie tak miała, to ją Józką zostawili i nawet na Józefy obchodziła imieniny, o Justynie całkiem zapominając. Dopiero kiedy musiała wyrobić dokumenty, wyszło na jaw, jak było naprawdę.
Moją mamę ochrzczono Joanna Katarzyna. Tym razem nie zadziałało prawo drugiego imienia, gdyż po prostu do mamy przylgnęło zdrobnienie. Babcia często wołała na nią Jasia, bo Asia wydawało się jej za twarde. I takim sposobem wszyscy myśleli, że mama jest Janina. Co więcej, nawet i ona imieniny obchodziła na zmyślone imię. Dowiedziałam się, że jest inaczej, kiedy przyszło mi odebrać dowód osobisty. Jakimś cudem babcia ominęła moje kuzynki, Krysię i Agatkę, bo jak je ochrzczono, tak je wołano, aczkolwiek próbowała zrobić to z imieniem mojego brata, gdy z Janusza chciała zrobić Jaśka. To na szczęście jej się nie udało. Za to udało się z moim imieniem. W księgach kościelnych i państwowych zapisali mnie jako Lidia Ludwika. Babunia, rozczulając się nad sierotką (no dobra – półsierotką), wołała na mnie Lilunia, Lileńka, Liluchna, co wszystkim kojarzyło się z imieniem Liliana i tak zostało. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do tego, że zapytana o nazwisko, o innym imieniu niż Lilka nawet się nie zająknęłam.
Powróćmy jednak jeszcze na chwilę do moich koneksji rodzinnych, a zwłaszcza do cioci Władzi. Cioteczka wyszła za mąż za Józefa Jagodzińskiego, pochodzącego aż spod Poznania. Poznali się, gdy wujek w Rzeszowie w wojsku służył, i tak go oczarowały ciemnobrązowe oczy Władzi, że został tu na zawsze. Ślub wzięli wcześniej niż moi rodzice, jednakże – jak cioteczce cyganka na rynku wywróżyła – aż dziewięć lat na jedynego potomka czekać musieli. Bartek urodził się w tym samym roku co ja, tylko dziewięć miesięcy wcześniej. Z tego powodu od samego początku byliśmy ze sobą najbardziej zżyci. Razem bawiliśmy się, kłóciliśmy i rywalizowaliśmy, jedno za drugim też wskoczyłoby w ogień. To nie mój brat, nie moje kuzynki, ale to on stał się moim przyjacielem. Kochałam go bardziej niż własnego brata, z którym zresztą, odkąd pamiętam, darliśmy koty, aż pierze leciało.
Jagodzińscy mieszkali przy ulicy Poniatowskiego na rogu z Mochnackiego. Okna od kuchni wychodziły na wprost sztabu i na fabrykę sprzętu gospodarstwa domowego Predom-Zelmer. Dzisiaj niestety niewiele już z Zelmeru zostało.
Na koniec wspomnę jeszcze nieco o dziadku, czyli ojcu mojej mamy. Dziadek Władek pochodził z Białki koło Błażowej – niewielkiego miasteczka za Tyczynem. Obie te miejscowości leżą mniej więcej na południowy wschód od Rzeszowa. W jaki sposób zawędrował do Białej pod Rzeszowem i jak poznał się z moją babcią – nie mam pojęcia. Jednak mogę go zrozumieć, że zauroczony pięknymi oczami Józi i jej przebojowym charakterkiem został w tych rejonach do końca życia, choć niezupełnie z babcią.
* * *
Skoro już trochę o najbliższej rodzinie opowiedziałam, czas zacząć o mnie. Gdzie mieszkały siostry mojej mamy i babcia, o tym już wspomniałam, pasowałoby więc jeszcze powiedzieć, gdzie my mieszkaliśmy. W tamtych latach większe zakłady pracy – takie jak Zelmer czy WSK Rzeszów – miały swój udział w budowie osiedli mieszkaniowych, dzięki czemu mogły przydzielać lokale swoim pracownikom. W latach pięćdziesiątych mój ojciec i jego najstarszy brat Stanisław pracowali właśnie w WSK. Wujaszek był tam kierownikiem któregoś wydziału i to dzięki jego pomocy tata otrzymał zakładowe mieszkanie, znajdujące się przy ulicy Żwirki i Wigury. Dwupokojowa kwatera mieściła się w bloku numer osiem, w którym cały parter zajmowały różne sklepy: mięsny, spożywczy i mleczarnia; był tu również szewc oraz krawiec. Potocznie zwano go trzydziestką, zapożyczając ową nazwę od mleczarni – sklepu Społem numer trzydzieści właśnie. Wraz z dwoma budynkami, w których znajdowały się hotele pracownicze należące do WSK: Dedal i Ikar, tworzyły coś w rodzaju litery U, gdzie otwarta przestrzeń była skierowana w stronę torów i stacji kolejowej Rzeszów Osiedle. Między tymi trzema blokami znajdował się mały skwerek z alejkami na krzyż i ławkami pośrodku placu, a także spory pas zieleni.
Mieszkanko moich rodziców było bardzo ładne: z balkonem i na drugim piętrze. Jednak w tamtym czasie dwa pokoje dla bezdzietnego małżeństwa to był już luksus, więc bez względu na to, czy sobie tego życzyli, czy nie, z urzędu przydzielono im współlokatora. To przyczyniło się do tego, że po jakimś czasie musieli to mieszkanie opuścić. Nawet brat ojca nic już w tej sprawie nie mógł pomóc. Tylko dlatego, że nie mogli ich wyrzucić na ulicę, przydzielono im inny lokal. Dostał się im w sąsiednim bloku pokój z kuchnią, tuż nad kotłownią, czyli w hotelu pracowniczym Dedal. Co prawda pomieszczenie posiadało osobne wejście, a także łazienkę, ale już bez ubikacji. Do toalety trzeba było schodzić do kotłowni i dzielić ją z palaczami. Warunki zatem były dużo gorsze niż wcześniej, ale przynajmniej nie musieli dzielić mieszkania z innym współlokatorem. To tam urodziła się moja siostrzyczka, która zmarła, mój brat i ja. To i nieszczęśliwe okoliczności związane ze śmiercią ich pierwszego dziecka przyczyniły się do tego, że po jakimś czasie musieli to mieszkanie opuścić.
Mój chrzest odbył się w kościele pod wezwaniem Matki Bożej Saletyńskiej w Rzeszowie. Wówczas była to bardziej duża kaplica w budynku, w którym przed wojną mieściła się ochronka dla chłopców. Dopiero na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wybudowano nowy, piękny kościół, którego parafianką byłam przez trzydzieści lat. To właśnie tam przystąpiłam do pierwszej komunii świętej i do bierzmowania, brałam ślub i… jeszcze parę ważnych rzeczy się wydarzyło, ale na razie nie będę ich zdradzać.
Mój ojczulek uparł się, żeby moimi rodzicami chrzestnymi byli członkowie jego rodziny, pomimo że przecież i tak już prawie z nami nie mieszkał. Dlaczego mu tak na tym zależało – trudno odgadnąć. Jakby jednak nie było, do chrztu trzymali mnie Emilia Dąbek, młodsza siostra mojego taty, czyli ciocia Mila, i Jerzy Sawicki, mąż starszej siostry ojca – Bronisławy. Nalegał i naciskał, swego dopiął, ale na chrzcie w kościele nie pokazał się, za to ze swoją kochanicą wprosił się do pustego mieszkania na ucztę. Co chcieli, to zjedli i nim wszyscy wrócili z kościoła, już ich nie było. Babcia Ludwika, jego matka, oburzyła się bardzo na takie zachowanie, jego rodzeństwo również i murem stanęli po stronie mojej mamy. Aczkolwiek zawsze bliższa koszula ciału, więc szybko mu przebaczyli i wrócił do ich łask. Mamie został jedynie niesmak, zwłaszcza jak w kościele musiała stać sama, bez męża i tylko z chrzestnymi, ale jakoś to przebolała i życie potoczyło się dalej.
Mama właściwie nie ukończyła żadnej szkoły ponadpodstawowej, pomimo że w młodości uczęszczała do zawodowej szkoły krawieckiej. Będąc u swojej ciotki w Białej, podczas żniw niefortunnie skaleczyła się sierpem. Prawie odcięła sobie kciuk u lewej ręki, a że była leworęczna, miało to istotne znaczenie. Rana goiła się długo, przez co nie udało się jej skończyć tej szkoły krawieckiej. Co się jednak nauczyła, to było jej. W pierwszych latach małżeństwa nigdzie nie pracowała. Zajmowała się domem i szyła dla znajomych. Może nie była z niej wykwalifikowana krawcowa, ale sporo potrafiła – na pewno więcej niż inni – co jej się niezwykle przydało. W domu zawsze stała maszyna do szycia, a mama korzystała z niej bardzo często. Potrafiła stworzyć proste spódnice czy bluzki, nie mówiąc już o skracaniu nogawek czy wymianie zamka w spodniach. Dlatego znajomi często przychodzili do niej, żeby coś im zreperowała lub uszyła.
Kiedy ojciec wyniósł się do kochanki i założył inną rodzinę, do naszego domu wprowadziła się babcia, by mama mogła iść do jakiejś konkretnej pracy i zarobić na nasze utrzymanie. Tatuś bowiem jakoś nie poczuwał się do tego, skupiając na pozostałych dzieciach, które pojawiały się prawie co rok. Babcia oficjalnie wciąż mieszkała na Lenina (obecnie Piłsudskiego) razem z młodymi Ciszewskimi, którzy w tamtym czasie budowali dom. Ile mogła, to im pomagała, często też zaglądała do swojej najstarszej córki, ale najczęściej i najwięcej czasu spędzała u nas. Zatem w 1965 roku, kiedy miałam niespełna dwa latka, mama podjęła pracę w WOSiR Rzeszów, które w późniejszych latach zmieniło nazwę na ROSiR, popularnie zwane basenem, choć znajdowało się tam całe zaplecze infrastruktury sportowej, czyli: basen kryty i otwarty, korty tenisowe, klubokawiarnia i hotel, a także dwie hale sportowe.
Pomimo że babcia z nami zamieszkała, mama – nie chcąc jej za bardzo obciążać opieką nad dwójką małych dzieci – oddała mnie do żłobka, a brata do przedszkola. Żłobek znajdował się obok kościoła Saletynów, na rogu ulicy Dąbrowskiego i Krzywoustego, a pracowały w nim dwie dla mnie ważne osoby. Jedną z nich była moja chrzestna matka, drugą – przyjaciółka mamy, Janina Urbanowska, zwana przez nas Jasią Malarką. Przydomek ten wziął się stąd, że jej mąż był malarzem pokojowym, a tych Janin było wtedy dużo, więc trzeba było je jakoś odróżnić.
Oczywiście, jak większość ludzi, niewiele pamiętam z wczesnego dzieciństwa, ale jedno wydarzenie szczególnie zapadło mi w pamięć.
Moje kontakty z ojcem były sporadyczne, nigdy się mną nie interesował, był dla mnie prawie jak obcy człowiek. Pewnego razu przyszedł do nas po jakieś książki. Między nim a mamą jak zwykle wywiązała się ostra dyskusja. Podejrzewam, że chodziło o pieniądze, a dokładnie o alimenty. Bawiłam się w swoim kąciku, wystraszona słuchając ich kłótni, gdy w pewnym momencie zobaczyłam, że ojciec doskoczył do mamy i chciał jej wykręcić rękę. Zerwałam się z miejsca, dopadłam do jego nóg i piąstkami zaczęłam go po tych nogach bić, krzycząc:
– Ziośtaw moją mamę, słisiysz? Ziośtaw mamę! Nie bij jej!
Ojciec puścił przedramię mamy i przytrzymał mnie za rączki, mówiąc:
– Lidziu, ty swojego tatusia bijesz?
Och, jak mocno te słowa wryły mi się w pamięć! Tatusia? Jakiego tatusia? Ja żadnego tatusia nie miałam, nigdy nie czułam się jego córeczką, nawet wtedy, gdy byłam jeszcze taka mała. No i nie byłam Lidzią…
– Jeśtem Lilunia, a ty idź siobie śtąd. – Łzy jak groch leciały mi z oczu, ale był w nich bunt, chyba większy od strachu – wielka wola, by uchronić swą ukochaną mamę. To ich widocznie trochę otrzeźwiło, bo kłótnia się skończyła. Ojciec zabrał to, co chciał, i poszedł do swojej kochanki.
* * *
Moje dzieciństwo, pomimo że wychowywałam się bez jednego z rodziców, było spokojne i dobre. Nie byliśmy bogaci, ale byliśmy szczęśliwi. Nie zaznaliśmy awantur, pijaństwa czy patologii. Raczej zwykłe dni, przeplatane różnymi lepszymi i gorszymi wydarzeniami, ot jak w większości innych domów. Dzień od dnia nie różnił się prawie niczym. Rano brat szedł do szkoły, a mnie zaprowadzała do przedszkola mama albo babcia i potem jedna z nich mnie odbierała. Zdarzało się, że w przedszkolu meldowałam się jako jedna z pierwszych, a i jako ostatnia je opuszczałam.
Raz mama miała drugą zmianę, a babcia zasiedziała się u cioci Stasi i nikt na czas nie odebrał mnie z przedszkola. Przedszkolanka zabrała mnie ze sobą do domu. Na szczęście mieszkała na tym samym osiedlu. Babcia dowiedziała się od stróża, gdzie jestem, a ja najadłam się strachu, myśląc, że już na zawsze będę musiała zostać u pani Karoliny.
Weekendy spędzałam z mamą na basenie albo z babcią na Załężu. Brat radził sobie sam. I nie stanowiło to problemu, wręcz było powszechne. Dziewięciolatki albo biegały z kluczem na szyi, albo siedziały same w domu. Na pole wypuszczało się nawet młodsze dzieci bez opieki dorosłych. Pilnowały ich starszaki i nikomu jakoś krzywda się nie działa. Podwórka tętniły życiem, a dzieciarnia wprost prześcigała się w wymyślaniu różnych zabaw i nikt się nie nudził. Nie to, co dziś, gdzie oprócz wyznaczonych placów zabaw na pustych podwórkach hula tylko wiatr.
Pewnie jesteście ciekawi, co działo się wtedy z dziadkiem i czy nie miał pretensji do babci, że ciągle u którejś córki przesiaduje? A więc wam odpowiem. Nie, nie miał. Jak i mojego tatusia, tak i jego pognało do innej kobitki i co więcej – doczekał się z nią syna, który był ode mnie rok młodszy. Żeby było ciekawiej, to mieszkali w blokach za kościołem Saletynów i zdarzało mi się spotykać z nim i Jaśkiem, jego synem, na mszach w kościele, gdy tam bywałam z babcią. Dzięki temu miałam okazję choć tyle go poznać.
Z czasów przedszkolnych zapamiętałam zabawę w Czterech pancernych, w której oczywiście wiodłam prym wraz z kilkoma chłopakami. Z racji podobnego imienia zawsze byłam Lidką, a Marusie to już zmieniały się w zależności od okoliczności. W naszej zabawie to nie Marusia była dziewczyną Janka, tylko ja, czyli Lidka, taki bowiem scenariusz najbardziej nam odpowiadał. Jankiem najczęściej był śliczny blondynek o imieniu Krzysiu. Niestety nie była to moja przedszkolna miłość, choć bardzo go lubiłam. Tak naprawdę przez całe przedszkole żaden chłopiec nie zdobył mojego serduszka, ale wielu z nich darzyłam sympatią. Moja żywiołowość powodowała, że wszędzie było mnie pełno, a już wszelkie zabawy w ściganego, łapanki, gry z piłką czy w chowanego – to był mój ukochany świat, w którym czułam się jak ryba w wodzie, gdyż mając tak wielkie pole do popisu, wykorzystywałam swoje umiejętności i animusz, by zwrócić na siebie uwagę. Po prostu bardzo chciałam być podziwiana i akceptowana. Jako dziecko wychowujące się bez ojca, w sytuacji, gdy większość dzieci pochodziła z pełnych rodzin, czułam się trochę inna, odrzucona, mniej kochana. Może dlatego właśnie za wszelką cenę chciałam pokazać reszcie, że nie jestem od nich gorsza.
Z tamtego okresu dobrze jeszcze zapamiętałam częste wizyty z babcią u jej siostry Marii Świerad. Mieszkała ona wraz z córką Janiną Jędraszek, zięciem i wnukami na tym samym osiedlu co my, przy ulicy Dąbrowskiego, w pobliżu Domu Kultury WSK. Wujek pracował na WSK i powodziło im się całkiem nieźle. Już pod koniec lat sześćdziesiątych mieli bowiem telewizor, co w tamtych czasach było rzadkością. My dopiero w 1973 roku kupiliśmy pierwszy czarno-biały odbiornik. Często więc obie z babcią odwiedzałyśmy jej siostrę, by między innymi skorzystać z możliwości obejrzenia filmów, a na Czterech Pancernych chodziłyśmy regularnie i obowiązkowo.
Ukończywszy siedem lat, poszłam do pierwszej klasy. Do szkoły miałam około osiem minut. Biegałam na skróty między blokami i garażami, mijając łąkę, gdzie dziś ciągnie się Aleja Batalionów Chłopskich, zwana popularnie „obwodnicą”. Byłam szczupła, zwinna i żądna przygód. Być może z tego powodu prawie na każdych wakacjach musiało mi się coś przykrego przytrafić. A to rozbiłam łokciem szybkę w okienku do piwnicy
u cioci na Załężu, mocno przy tym kalecząc rękę tuż nad łokciem. A to zaliczyłam guza pod okiem i wstrząs mózgu po zderzeniu się z młodszym bratem mojej koleżanki. Albo też dostałam od brata w nos pantoflem z drewnianym obcasem, kiedy nie chciałam przestać śpiewać piosenki z filmu Czterej pancerni i pies. Nos spuchł, lała się krew, na szczęście nie było złamania, lecz wiele godzin latania po lekarzach i straconych nerwów, jak i bólu oraz nauczka na przyszłość. Zaliczyłam również pobyt w szpitalu z powodu operacji przepukliny. Udało mi się także drugi raz skaleczyć rękę o szybę tuż nad łokciem, czyli w tym samym miejscu, co kilka lat wcześniej, ale w innych okolicznościach. Pozwólcie, że opowiem o tym nieco więcej.
Wydarzyło się to w naszym mieszkaniu. W drzwiach do pokoju była szyba, a w niej dziura ulokowana na wysokości klamki, wielkości około piętnastu centymetrów – wystarczająco duża, żeby moja mała rączka się w nią zmieściła. Tego dnia babcia gotowała w kuchni obiad, mama była w pracy, brat gdzieś na polu, a ja bawiłam się w pokoju. Właściwie nie wiem, skąd mi taki pomysł wpadł do głowy. Co prawda w wymyślaniu różnego rodzaju zabaw byłam niestrudzona, ale tym razem szczególnie zaintrygowała mnie ta dziura. Wyszłam zatem do przedpokoju, zamknęłam drzwi i przez lukę w szybie wkładałam rękę i sięgałam do łucznika, żeby zamykać i otwierać zamek.
Tak więc zabawa z zamykaniem i otwieraniem, a przy tym wkładaniem i wyciąganiem ręki trwała w najlepsze dopóty, dopóki nie przejechałam łokciem po brzegu szyby i nie polała się krew. Wystraszyłam się ogromnie, jednak nie pisnęłam słowa, tylko schowałam się za szafę, gdzie miałam swoje lalkowe królestwo z mnóstwem szmatek i gałganków, którymi próbowałam coś temu zaradzić. Wiedziałam dobrze, że to, co wyprawiałam, na pewno by się babci nie spodobało i obawiałam się bury. Niestety wszystkie szmatki mi się skończyły, a krew dalej się lała i chcąc nie chcąc, poszłam do kuchni, żeby pokazać, co się stało. Babcia faktycznie zadowolona nie była, bo też i powodów ku temu nie miała, lecz najważniejsze, że jakoś sobie z raną poradziła, choć ta goiła się o wiele dłużej niż poprzednia. Biedne tylko moje lalki, ponieważ pozbawiłam ich wszelkiej garderoby, a te szmatki nadawały się już tylko do wyrzucenia.
Najpoważniejszym wypadkiem, który mi się przydarzył, był ten na karuzeli, kiedy miałam już około dwunastu lat. Zanim wybudowano obwodnicę Rzeszowa, między torami a szkołą oraz blokami były łąki i małe stawy. Dorośli często w lecie chodzili się tam opalać, a dzieci łapać żaby. Ta nieszczęsna karuzela stała na skraju łąki, tuż przy bloku, który mijaliśmy, idąc do szkoły. Przy ziemi posiadała coś na kształt stojaka w postaci krzyża i nieco wyżej osiem „skrzydeł”. Każde skrzydło składało się z dwóch rur, na których końcu było siodełko. Chłopcy, żeby uatrakcyjnić zabawę, pod dwie odnogi krzyża podkładali cegły i wtedy karuzela nie tylko kręciła się w koło, ale też poruszała w górę i w dół, z jednej strony ryjąc prawie po ziemi. Frajda była ogromna, trzeba było tylko pilnować, gdy zjeżdżało się w dół, i prostować nogi. Aby zapobiec częstym wypadkom na tej karuzeli, dorośli likwidowali cegły, ale nic to nie pomagało, ponieważ młodzież i tak z powrotem je podkładała.
Któregoś wiosennego dnia, kiedy wracałam ze szkoły, zatrzymałam się na karuzeli, gdzie bawiły się już inne dzieciaki. Całe moje szczęście, że nie siedziałam na siodełku, tylko na rurze obok niego, bo nie wiem, jak by to się skończyło. Chłopcy rozpędzali karuzelę, ile się tylko dało, przez cały czas śmiejąc się i opowiadając różne historie. Ktoś nawet wtedy powiedział, że pewien jego kolega niedawno złamał sobie tutaj nogę. Kręciliśmy się już dość długo, a ja cały czas pamiętałam, żeby prostować nogi, gdy zbliżałam się do ziemi. W którymś momencie byłam tak zasłuchana, że zagapiłam się i z całą prędkością, mając podwinięte nogi pod rurę, zaryłam w ziemię. Oczywiście spadłam z karuzeli, podarłam i zakrwawiłam spodnie, ale – co najgorsze – nie byłam w stanie stanąć na nogę. Z bólu mało nie zemdlałam. Ferajna, widząc, co się stało, rozbiegła się do domów ze strachu. Na szczęście znalazły się dwie osoby, które pomogły mi dostać się do mojego mieszkania.
Kiedy babcia zobaczyła mnie umorusaną, zapłakaną, słaniającą się na nogach i podtrzymywaną przez dwie starsze koleżanki, aż ręce załamała. Mama była w pracy, a tu sprawa była poważna i trzeba było koniecznie jechać do lekarza. Miałam nie tylko mocno zgniecioną łydkę, ale i sporą dziurę na lewym udzie. Babcia, chcąc nie chcąc, pobiegła po pomoc do pani Pawlickiej, znajomej mojej mamy, z której synem chodziłam do klasy. Gdy zobaczyłam to rozcięcie na udzie, uprosiłam babcię, żeby lekarzowi tego nie pokazywać. Jak zwykle bałam się szycia. Pani Pawlicka obmyła mi ranę i zakleiła plastrem, a na dodatek, żeby lekarz nie zauważył, pozwoliłam sobie ubrać reformy z dłuższymi nogawkami, choć takich majtek nie cierpiałam.
Szczęśliwie noga nie była złamana, nastąpił za to wylew krwi w łydce i musiałam przez jakiś czas leżeć, aby krążenie wróciło do normy. Nie wiem, czy to pani Pawlicka coś źle zrozumiała, czy też lekarz nie do końca dobrze ocenił sytuację, ale zakazał mi stawania na tej nodze przez co najmniej trzy tygodnie. Przez pierwsze dni jakoś wytrzymywałam, czując się jak księżniczka, koło której wszyscy skaczą i spełniają jej zachcianki. Po kilku dniach miałam tego już po dziurki w nosie i zaczynało mnie nosić. Do ubikacji chodziłam częściej, niż było potrzeba, tylko po to, żeby mieć pretekst do spaceru. Rzecz jasna, kiedy ani mama, ani babcia nie widziały, to na nogę stawałam. I to moje nieposłuszeństwo chyba pierwszy raz wyszło mi na dobre. Po trzech tygodniach mama poszła ze mną do kontroli. Był inny lekarz i okazało się, że owszem, z początku powinnam oszczędzać tę nogę, ale później należało zacząć ją trochę ćwiczyć. Powiedział mamie, że gdybym tak cały czas posłusznie leżała, to mogłabym stracić nogę. Nie wiem, ile w tym prawdy, może mama chciała mnie tylko nastraszyć, bym więcej takich głupot nie wyczyniała i była bardziej rozważna. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, noga wróciła do sprawności, rana na udzie się zagoiła, zostawiając kolejną szramę na moim ciele, a karuzelę po moim wypadku zlikwidowano.
Takich „przygód” różnego rodzaju, już mniej tragicznych, było jeszcze sporo, ale nie będę ich wszystkich wymieniać. Opisałam tylko te najistotniejsze, mające w pewnym sensie wpływ na moje dalsze życie.
* * *
Z okna naszej kuchni widać było starą stację kolejową Rzeszów Osiedle. Między stacją a blokami był plac, gdzie we wtorki i piątki
chłopi z okolicznych wsi urządzali sobie targ. Czego tam nie było…! Żywe kury i koguty, kaczki, gęsi, króliki w klatkach, warzywa, owoce, mleko, sery, jajka i oczywiście wozy z końmi. Ruch, gwar i mnóstwo atrakcji, zwłaszcza dla małego dziecka. Mając kilka lat, uwielbiałam siadać na szerokim parapecie kuchennego okna i obserwować, co się na targu i na stacji dzieje. Perony znajdowały się na takiej górce, która zimą służyła dzieciakom do zjeżdżania na sankach lub jako ślizgawka.
Przy stacji pani Zosia miała budkę z piwem beczkowym i różnymi smakołykami. Zbierało się tam towarzystwo z całego osiedla. Poczekalnia była więc w opłakanym stanie. Z tego powodu w naszym korytarzu zatrzymywały się czasem kobiety, które mogły w spokoju i cieple poczekać na pociąg i nie musiały znosić zaczepek wielbicieli chmielowego napoju.
Wśród osób, które w korytarzyku czekały na pociąg, była pani Gienia z Czudca. Pracowała w hotelu robotniczym WSK Dedal, mieszczącym się w tym samym budynku co nasze mieszkanie. Bardzo zaprzyjaźniła się z moją mamą. Do tego stopnia, że jako mały smyk mówiłam do niej „ciociu”. Gdy byłam w pierwszej klasie, zaproponowała mamie, że zabierze mnie do siebie na ferie. Wtedy to pierwszy raz w życiu byłam gdzieś poza domem bez mamy i babci. Gienia mieszkała na obrzeżach Czudca i od autobusu trzeba było podejść kilka kilometrów pod górkę. Jako nieliczni w tamtym czasie mieli już dom murowany, ale w 1971 roku wiele domów było jeszcze drewnianych, wśród których zdarzały się i takie, co zamiast podłogi miały klepisko. W jednym z takich domów byłam, gdy odwiedziłyśmy jakąś krewną cioci Gieni. Oczy to miałam jak dwa talarki ze zdziwienia, widząc taką nietypową podłogę. I choć słyszałam o czymś takim już wcześniej, nie miałam nigdy okazji zobaczyć tego na własne oczy. Dlatego pewnie to wydarzenie tak bardzo zapadło mi w pamięć. Ogólnie pobyt u cioci Gieni był bardzo udany, a ona i jej trójka dzieci zapewniły mi sporo atrakcji, o których jeszcze przez wiele tygodni opowiadałam mamie czy babci.
Kiedy tam wyjeżdżałam, w domu stała jeszcze choinka – oczywiście żywa, bo wtedy tylko takie miewaliśmy. Ubłagałam mamę, żeby jej nie rozbierała, dopóki nie wrócę. Dotrzymała słowa i gdy po dwóch tygodniach wróciłam, w pokoju stała – biedna, mocno obsypująca się z igieł, z obwisłymi, smętnymi gałęziami, ale wciąż wystrojona choinka. Dobrze zapamiętałam ten widok i było mi zarazem smutno, że tak żałośnie wygląda, jak też czułam szczęście, że mama zaczekała na mnie z jej rozebraniem. To było takie istotne, ponieważ w czasach, gdzie powszechnie uważano, iż dzieci i ryby głosu nie mają, to wcale nie musiało być takie oczywiste, że mama nie zawiodła mojego zaufania, pomimo że byłam właśnie małym dzieckiem.
W tym okresie mojego życia również babcia była dla mnie niezwykle ważną osobą. To jej zwierzałam się z dziecięcych problemów, to ona opowiadała mi różne historie ze swoich młodzieńczych lat, czytała bajki nie tylko do snu, ocierała łzy, gdy pokłóciłam się z bratem czy przeżywałam jakieś inne swoje zmartwienia. To ona też była moim pierwszym przewodnikiem po wierze. Uczyła mnie pacierza, prowadziła na religię, chodziła ze mną do kościoła, mówiła, co jest grzechem, a co dobrym uczynkiem, z czego Matka Boża będzie zadowolona, a jaki mój występek doprowadzi Ją do łez. Miała ogromny wpływ na moją dziecięcą wrażliwość i zasiała w moim serduszku miłość do Boga, a zwłaszcza do Maryi. Przez wiele lat, nawet gdy już byłam młodą dziewczyną i posiadałam nieraz odmienny punkt widzenia na wiele spraw, liczyłam się z jej zdaniem i opinią.
Bardzo kochałam mamę i odkąd pamiętam z braku miejsca, to z nią spałam na tapczanie, często przytulałam się do niej, całowałam ją i potrzebowałam jej obecności. Jednak to babcia w wielu rzeczach ukierunkowała moją psychikę i mój charakter. Jako osoba, która sporo przeszła, była takim moim ideałem do naśladowania. Stąd w późniejszym życiu tak wiele decyzji, które podjęłam, były spowodowane właśnie jej wpływem na moją osobowość.
* * *
Będąc dzieckiem, uwielbiałam spędzać czas na polu – bo jak wiadomo, my, rzeszowiacy, nie wychodzimy na podwórko, tylko na pole. Często, zwłaszcza w okresie letnim, jak mnie rano słonko wyganiało, tak księżyc przyganiał, a przybiegałam do domu tylko po to, by coś zjeść i napić się wody, najczęściej prosto z kranu. Na trzepaku fikałam koziołki, z chłopakami bawiłam się w „strzelanego”, chowanego czy ściganego, a jak już trochę podrosłam, to także grywaliśmy w piłkę nożną. Najczęściej w tak zwane beczki – do tej gry wykorzystywaliśmy dwa trzepaki stojące naprzeciw siebie, które służyły nam za bramki.
Ogólnie byłam grzecznym dzieckiem i mama nie miała za wiele powodów, żeby mnie karać, ale nawet tak posłusznej dziewczynce zdarzały się różne wyskoki. Pewnego razu, jesienią, kiedy słońce już dość szybko zachodziło, ale dzień był jeszcze wyjątkowo ciepły, bawiłam się jak zwykle z osiedlową dzieciarnią, gdy jeden z kolegów zobaczył chłopa z furmanką, leniwie podążającego w stronę torów. Ktoś rzucił hasło, by przejechać się tym nietypowym transportem, dla nas stanowiącym niemałą atrakcję, a reszta chętnie na to przystała. Koń człapał noga za nogą, więc nie było żadnego problemu, byśmy dopadli chłopa i uprosili, by zabrał nas na wóz. Śmiejąc się i przekomarzając, dojechaliśmy tym wozem aż na Staroniwę, w okolicę szkoły. To nie było Bóg wie jak daleko – z mamą i babcią zdarzało mi się tam chodzić na spacery – ale dla siedmioletniej dziewczynki był to już spory kawałek do przebycia, tym bardziej że zrobiło się ciemno. Wystraszyłam się, że mama będzie mnie szukać i mogę dostać niezłą burę za takie oddalenie się od domu. Na moje nieszczęście żaden z kolegów nie chciał jeszcze wracać, postanowiłam więc zsiąść z wozu i wrócić sama. Wtedy nie istniała ani Aleja Batalionów Chłopskich, ani Aleja Witosa, ale już sam ten odcinek od szkoły do owego skrzyżowania był spory, jak dla takiego dziecka. Jeszcze przy ulicy Staroniwskiej stały jakieś domy, więc się tak nie bałam, a samochodów jechało niewiele, aczkolwiek od momentu, kiedy skręciłam w ulicę Hanasiewicza, gdzie były już tylko same zakłady pracy i żadnych ludzi, mój strach mocno się nasilił. Cały czas też myślałam o mamie, że mnie pewnie szuka i martwi się, a na pewno też jest bardzo zdenerwowana. Szłam najszybciej, jak mogłam, cały czas oglądając się na wszystkie strony, czy czasem na mnie ktoś nie czyha. Wyobraźniapodpowiadała mi różne zasłyszane historie, co potęgowało moją trwogę, a zarazem obmyślałam, co tu powiedzieć mamie, by wyłgać się od kary, bo że prawdy jej zdradzić nie mogłam, to było oczywiste. Tuż za torami, za domem dróżnika skręciłam w prawo w stronę domu i peronów starej stacji Osiedle. Kiedy znalazłam się na peronie, zza składnicy z narzędziami rolniczymi widziałam rozświetlone okna naszej kuchni i nagle strach tak silnie mnie sparaliżował, że musiałam zatrzymać się, bo nie wiedziałam, co mam robić. Naprawdę bardziej bałam się, że dostanę w skórę, niż tej ciemności i pustki wokoło. I wtedy zobaczyłam mojego brata, który akurat mnie spostrzegł i szybko podbiegł. Na jego twarzy widziałam ulgę, ale i złość.
– Gdzieś ty była? Mama cię szuka i jest wściekła. Wysłała mnie, żebym cię znalazł. Obleciałem całe osiedle, skąd ty wracasz?
– Pojechaliśmy furmanką na Staroniwę.
– Pojechaliście? Furmanką? Jaką znowu furmanką? Z kim pojechałaś? I po co was tam poniosło?
– No… Bogdan, Romek i jeszcze kilku innych – mówiłam, prawie płacząc. – Chcieliśmy się przejechać na wozie. Ja nie chciałam zostać tu sama, więc wsiadłam razem z nimi. Widziałam, że jest już ciemno, i chciałam wracać, ale oni nie, dlatego zsiadłam i wróciłam sama.
– Jak daleko żeście dojechali?
– Do szkoły. Oni pojechali dalej, ale ja się bałam i wolałam wracać.
– Sama stamtąd szłaś? Nie bałaś się?
– No sama i bardzo się bałam. – Tu już nie wytrzymałam i zaczęłam cichutko chlipać.
– Nie becz, to ci nic nie pomoże. Nawywijałaś tak, że pewnie czeka cię lanie, bo mama jest strasznie zła. – Usłyszałam w jego tonie jakąś satysfakcję, jakby cieszył się, że nie tylko on dostaje burę od matki za swoje uczynki, za to ja po tych słowach rozpłakałam się na dobre, lecz po chwili poprosiłam brata:
– Janusz, proszę cię, powiedz mamie, że byłam u koleżanki, nie mów jej, że pojechaliśmy wozem na Staroniwę, proszę cię…
Przez chwilę patrzył na mnie, jak gdyby zastanawiał się, czy spełnić moją prośbę. Żal mu się chyba mnie zrobiło, bo obiecał, że tak powie i doda, że mnie spotkał już pod domem. Szłam do tego domu jak na skazanie i najchętniej schowałabym się w mysiej dziurze. Niestety, trzeba było przekroczyć próg i stanąć przed rodzicielką.
– Gdzie byłaś? – Usłyszałam to samo pytanie, mama była bardzo zdenerwowana i zaniepokojona.
– U koleżanki, mamo. Proszę, nie gniewaj się, nie wiedziałam, że jest już tak późno, mamo, proszę!
– U jakiej koleżanki? Pytałam wszędzie i nigdzie cię nie było!
– Poznałam ją dzisiaj, ma na imię Gośka i mieszka w bloku Ireny. – Irena była moją koleżanką z klasy, którą mama znała, a Gośka to już zupełny wymysł mojej dziecięcej, ogarniętej strachem wyobraźni, bo przecież musiałam wymyślić kogoś, kogo nie znała. – Mamo, proszę, nie gniewaj się, to było ostatni raz, więcej tak nie zrobię. – Płakałam, mając nadzieję, że łzy zmiękczą maminy gniew i obejdzie się bez lania, na które czułam, że zasłużyłam jak nic, ale mama wymyśliła dla mnie inną karę: kazała mi uklęknąć w kącie z uniesionymi rękami i przemyśleć swoje zachowanie. Oj, zapamiętałam tę lekcję dobrze i więcej takich numerów już nie wykręcałam, oczywiście dopóki nie zaczęły we mnie buzować hormony.
* * *
Kiedy jeszcze nie mieliśmy telewizora, ten bowiem babcia zafundowała nam dopiero w 1973 roku, wolny czas spędzałam nie tylko na czytaniu książek czy zabawie. Często też wieczorami lubiłam wtulić się w kołdrę i słuchać babcinych opowieści z jej młodości i dzieciństwa. Historie te powtarzane były wielokrotnie, czasami aż do znudzenia, ale ich wartość doceniłam dopiero potem, gdy zrozumiałam, jak cenne są to informacje o mojej rodzinie i przodkach. W tych opowiastkach było także trochę niesamowitych historii, którymi na koloniach dzieliłam się z koleżankami, ciesząc się, że mogę opowiedzieć o czymś niesamowitym, o czym wiedziałam z pierwszej ręki. To były prawdziwe podania, a ja nie miałam podstaw, by nie wierzyć babci, gdyż udało mi się skonsultować to w późniejszych latach z babci siostrą, która wszystko potwierdziła.
Babcia Józia miała sześć sióstr – trzy starsze i trzy młodsze. Mieszkali wszyscy w drewnianej chałupie w centrum wioski. Ojciec był pomocnikiem kowala, a matka zajmowała się domem i obejściem. Mieli jedną krowę, kilka kur i parę morgów ziemi, na której uprawiali tyle, by rodzinę i zwierzaki wykarmić, ale nieraz na przednówku głód zaglądał im w oczy. Nie należeli do ludzi zamożnych, aczkolwiek posługując u co bogatszych chłopów, a także wspierając się nawzajem z dość liczną rodziną, żyli sobie wprawdzie pracowicie, acz spokojnie. Do kościoła chodzili do Zalesia, wioski leżącej za drogą wiodącą z Rzeszowa do Tyczyna. W Zalesiu nieopodal cmentarza mieszkała ciotka, czyli siostra matki Józi. Tej powodziło się nieco lepiej i często dziewczyny ową ciotkę odwiedzały, czasem, by jej coś tam pomóc w zamian za jedzenie czy inne dobra, a czasem po prostu dlatego, że była też chrzestną Józi.
Józia urodziła się w marcu 1899 roku, więc były to czasy jeszcze sprzed pierwszej wojny światowej. Choć w Zalesiu stała cerkiew, odprawiano tam również msze dla katolików, do których należała rodzina Józi. W jej rodzinnym domu, w paradnej izbie – jak to nazywali duży pokój – na ścianie w centralnym miejscu wisiały dwa piękne obrazy. Jeden Maryi trzymającej lilijkę w dłoni, a drugi Pana Jezusa z promienistym sercem. Takie same potem w czasach mojego dzieciństwa wisiały i w moim domu. Przed tymi obrazami wieczorem zbierali się wszyscy na modlitwę; w ogóle wiara w tej rodzinie była mocno zakorzeniona.
Pewnego razu, gdy Józia miała około jedenastu lat, wracała z młodszą siostrą Rózią od ciotki z Zalesia. Jak tylko wyszły z jej domu, zobaczyły na horyzoncie ciemne, ołowiane chmury. Józia miała nadzieję, że zdążą dojść do domu, zanim rozpada się na dobre, bo burzy bała się jak ognia, dlatego postanowiła pójść skrótami. Niestety, kiedy były w połowie drogi, zerwał się silny wiatr i pierwsze duże krople deszczu uderzyły o ziemię. Zdążyły już przejść przez wał i kładkę nad rzeczką Matysówką, ale deszcz padał coraz mocniej, a do domu był jeszcze spory kawałek drogi. Po grząskim błocie szło się bardzo mozolnie, pioruny biły jeden za drugim i szybko te ich cienkie ubranka by zamokły. Na skraju pola stała stara, samotna wierzba. Dzieci postanowiły się tam schronić i przeczekać burzę.
– Chodź, Różyczko, schowamy się pod tamto drzewo – powiedziała Józia i pociągła siostrę w kierunku wierzby.
Dzieciaki kucnęły i przytuliły się do siebie. Obie drżały nie tylko z zimna i przemoczenia, ale i ze strachu, bo potężne grzmoty i błyskawice raz po raz rozdzierały niebo. Jeden z piorunów uderzył wyjątkowo blisko, aż dziewczynki zamknęły oczy i jeszcze mocniej przytuliły się do siebie. Nagle usłyszały głos:
– Moje drogie dzieci, nie stójcie w czas burzy pod drzewem. To jest bardzo niebezpieczne. W takie samotne drzewa lubi uderzyć piorun i mogłybyście zginąć. – Obok nich stała starsza kobieta, ubrana w ciemny płaszcz z niebieską chustką na głowie. Uśmiechała się łagodnie, a jej oczy błyszczały niesamowitym blaskiem.
– Ale bardzo pada i grzmi i my się boimy – odpowiedziała Józia.
– To nie deszczu się bójcie, a grzmotu. To piorun jest niebezpieczny, może was nawet zabić. Idźcie jak najszybciej do domu, nic się wam nie stanie, ale tu nie stójcie.
Dziewczynki spojrzały na siebie niepewnie, a Józia odezwała się do siostry cichutko:
– Róziu, chodź, musimy stąd iść, ta pani tak kazała, a trzeba słuchać się starszych. Chodź, nie bój się, ona jest z nami.
Jednak gdy podniosła oczy, nikogo obok nich nie było. Wystraszona jeszcze bardziej, pociągnęła siostrę za sobą i ruszyły w ulewę, kuląc się co chwila, kiedy błyskawice rozjaśniały niebo. Nie uszły daleko, może ze sto metrów, gdy nagle usłyszały głośny, suchy trzask i bardzo silny grzmot. Upadły na ziemię. Obejrzawszy się, zobaczyły, że w wierzbę, pod którą dopiero co się chroniły, uderzył piorun, a drzewo stanęło w płomieniach. Obie rozpłakały się i już nie zważając na nic, pobiegły do domu. Gdy całe przemoczone, umorusane błotem i wystraszone opowiedziały, co się stało, ich mama padła przed świętym obrazem na kolana, dziękując Bogu i Matce Bożej, że pozwoliła ocalić jej dzieci i powiedziała, że to musiała być Maryja albo ich anioł stróż. Dodała, że chyba jeszcze mają coś dobrego do zrobienia na tej ziemi, skoro ich Bozia ustrzegła przed śmiercią.
Słuchałam tego wszystkiego z otwartą buzią i ciężko mi było pojąć, jak to mogło się wydarzyć.
– Babciu, to ta pani tak całkiem zniknęła? Tak całkiem, całkiem? A w ogóle to skąd ona się tam pojawiła? Z nieba?
– Dziecko kochane, chyba z nieba, bo wokół było puste pole i nikogo nigdzie nie było widać.
– A może za drzewo się schowała?
– Po co miałaby chować się za drzewo, skoro tam było niebezpiecznie? To po prostu musiał być jakiś anioł z nieba zesłany w ludzkiej postaci, byśmy się go nie wystraszyły i posłuchały. Mama, gdy byłam małą dziewczynką, nauczyła mnie modlitwy do anioła stróża, i ty również, jak będziesz ją odmawiać, to cię zawsze twój anioł stróż będzie chronił i strzegł przed złem. No ale teraz zmów paciorek i idź już spać, bo rano musisz wstać do szkoły.
– Oj babciu, jeszcze nie chcę spać, lepiej opowiedz mi jakąś inną historię, ty tak fajnie opowiadasz. Proszę, babuniu. – Uśmiechnęłam się czarująco, przymilając do babci. A tej nie trzeba było długo prosić.
– No dobrze, opowiem ci jeszcze jedną historię, ale potem już idziesz spać. Dobrze?
– Dobrze, babuniu, tylko niech to znów będzie o czymś niesamowitym i strasznym.
– To na pewno nie będzie wesoła opowieść, raczej smutna, ale i straszna trochę.
Druga historia wydarzyła się kilka lat później, kiedy Józia miała dwadzieścia lat. Mama Józi od dłuższego już czasu chorowała. Pierwsza wojna światowa tyle co się skończyła i wszędzie panowała straszna bieda. Właśnie ta bieda nie pozwalała na wzywanie lekarza, każdy musiał sobie radzić po swojemu. I tak powolutku matula babuni gasła w oczach. Aż pewnego marcowego dnia, kiedy na świecie wiosna dopiero co nieśmiało zaglądała do okien, Józia wraz z najmłodszą dwunastoletnią siostrą Stefcią wracały znowu z Zalesia. Było już lekko szarawo, ale postanowiły iść na skróty przez wał wzdłuż rzeczki Matysówki. W połowie wału mieściła się mała kładka, a potem polami obok spalonej pamiętnej wierzby wychodziło się na wprost rodzinnego podwórka. Dziewczyny szły szybko, martwiąc się o swoją mamę. Nagle, gdy zbliżyły się do kładki, ukazało im się dziwne zwierzę – ni to pies, ni cielę. Ogromne, białe, łyse, bez sierści, z wyłupiastymi oczyma. Stało po drugiej stronie i na nie patrzyło. Józia i Stefcia zatrzymały się jak wryte, włoski na skórze dosłownie stanęły im dęba, nie mogły się poruszyć ani nawet wydobyć z siebie głosu. Po chwili Józia delikatnie zaczęła się rozglądać, czy przypadkiem kogoś nie widać. Miała nadzieję, że jak będzie szedł ktoś starszy, to przegoni to straszydło. Niestety wokół nie było żywego ducha. Mocno ścisnęła rękę siostry i z trudem cicho zapytała:
– Stefciu, czy ty widzisz to, co ja?
Ta kiwnęła główką i jeszcze bardziej przytuliła się do siostry, drżąc na całym ciele ze strachu, a oczy miała wielkie jak spodki. Obie nigdy w życiu niczego takiego nie widziały. Józia jeszcze raz obejrzała się za siebie z nadzieją, że może kogoś wypatrzy, a gdy spojrzała za kładkę, stwora już nie było. Zniknął tak nagle, jak nagle się pojawił. Po prostu rozpłynął się jak mgła. Dłuższą chwilę jeszcze stały w miejscu, nie mając odwagi się ruszyć. W końcu Józia zebrała się w sobie. Musiały przecież jakoś dojść do domu, a wracać się i iść naokoło było stanowczo za daleko. Dziewczynki powolutku, rozglądając się dookoła i trzymając mocno za ręce, przeszły na drugą stronę, a potem popędziły do domu, jakby je sam diabeł gonił. Gdy zbliżały się już do ogrodzenia, usłyszały płacz i lament. Na ich powitanie wyszła Kasia, ich starsza siostra, i powiedziała, że mama właśnie umarła. Oczywiście Józia opowiedziała wszystkim, co się im przydarzyło, bo od razu pomyślała, że mogło to mieć związek z tą śmiercią. Każdy też zastanawiał się, co to mogło oznaczać. W okolicy nikt nie miał takiego psa, nie był to też żaden cielak, bo krów jeszcze na pastwiska nie wypędzano. Jedni mówili, że to mogła być śmierć pod postacią zwierzaka, a inni, że to jakieś ostrzeżenie. Co by to nie było, zagadka nie została rozwiązana. Dziś pewnie znaleziono by na to odpowiedź, niedowiarki by się podśmiewały, że może pijana była albo coś się jej przywidziało, bądź zmyśla. Józia była prostą dziewczyną, twardo stąpającą po ziemi i nie w głowie jej były głupie fantazje czy inne wymysły, a zresztą przecież nie ona sama to widziała. Przysięgała, że to wydarzyło się naprawdę i ja nie widzę powodu, żeby jej nie wierzyć, zwłaszcza że nigdy mnie nie okłamała w żadnej innej sprawie. Poza tym jej siostra Stefcia, wiele, wiele lat później, gdy o to zapytałam, potwierdziła, opowiadając swoją wersję, która niewiele różniła się od babcinej. Dziwne to, prawda? Ale ponoć nie takie rzeczy się zdarzały. Babcia w swoim repertuarze miała jeszcze kilka takich opowieści, o których może opowiem przy okazji i w późniejszym czasie.
