Saga o życiu Lilki. Zanim nadejdzie czas. Miłosne dylematy i trudne wybory - Lidia Socha - ebook

Saga o życiu Lilki. Zanim nadejdzie czas. Miłosne dylematy i trudne wybory ebook

Lidia Socha

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Czy namiętność wystarczy, by zagłuszyć wątpliwości?

Miłość potrafi zarówno uskrzydlać, jak i zadawać ból. Doskonale przekonuje się o tym Lilka, której uczucie do Franka przypomina rollercoaster – chwile uniesienia i upadki, po których coraz trudniej odnaleźć siłę do dalszej walki o wspólne szczęście.

Ich związek jest burzliwy i pełen namiętności, lecz czy to wystarczy do stworzenia czegoś trwałego? Czy jednak różnice dzielące tych dwoje są nie do pokonania? Życie to jednak nie tylko miłosne rozterki, ale też zwykła codzienność – rodzina oraz przyjaźń.

Choć Lilka z nadzieją patrzy w przyszłość, to los wciąż stawia przed nią kolejne przeszkody. O tym, czy dziewczyna je pokona i z jakimi dylematami przyjdzie jej się zmierzyć, przekonacie się, sięgając po drugi tom „Sagi o życiu Lilki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 351

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Saga o życiu Lilki Tom II Miłosne dylematy i trudne wybory

© Lidia Socha

© for the Polish edition by Wydawnictwo Hm…

All rights reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody twórców.

Pod redakcją: D. B. Foryś

Redakcja: Beata Sagan-Szendzielorz

Korekta: Anna Kucharska

Projekt okładki: Angelika Karaś

Skład: Marcin Halski

Elementy graficzne: pixabay.com, pexels.com, unsplash.com, freepik.com

ISBN: 978-83-68695-53-3

ISBN E-BOOK: 978-83-68695-54-0

Wydanie drugie

Wojkowice 2026

Wydawnictwo Nie powiem

E-mail: [email protected]

Telefon: 518833244

Adres: ul. Sobieskiego 225/9, 42-580 Wojkowice

www.niepowiem.com.pl

Od autora

Sagę o życiu Lilki dedykuję przede wszystkim moim dzieciom i wnukom: Marcinowi, Joasi, Markowi, Kindze, Julitce i Nikosiowi. To dla nich (i dla siebie również) spełniam marzenia o pisaniu i to dzięki nim moje życie pomimo upływu lat wciąż nabiera tempa.

Do tego, abym w ogóle sięgnęła po pióro i napisała tę książkę, przyczyniło się kilka osób, o których wspomniałam w poprzednim wydaniu. Jednak do zrobienia kolejnego kroku i do wydania tej historii – w takiej formie jak obecnie – namówiły mnie zupełnie inne osoby. Są to między innymi trzy wspaniałe pisarki, rzeszowianki i moje przyjaciółki: Ania Ziobro, Małgosia Matwij i Jadzia Buczak, którym jestem ogromnie wdzięczna za wsparcie, pomoc i przede wszystkim za to, że we mnie uwierzyły. Dziękuję również Marcinowi Halskiemu i Wydawnictwu Nie powiem za zaufanie i za możliwość wznowienia tej sagi, co było dla mnie niezwykle istotne.

Podziękowania należą się również Beacie Sagan-Szendzielorz za ogromną pomoc w zredagowaniu – za spojrzenie chłodnym okiem na to, co dla mnie czasami było trudnym wyborem. To dzięki jej „diecie odchudzającej” ta książka wygląda dużo ciekawiej. A także dziękuję Ani Kucharskiej za korektę. Ania również wykonała wspaniałą robotę, szlifując moją stylistykę do perfekcji i dając kilka cennych uwag.

I na koniec chcę jeszcze podziękować moim serdecznym przyjaciółkom Eli R. i Danusi W. za codzienne wsparcie i motywację do dalszego pisania. Za to, że w chwilach zwątpienia zawsze są blisko mnie i nie pozwalają rezygnować z marzeń.

Życie jest piękne, gdy wokół tyle dobrych ludzi, ale nawet kiedy bywa smutno, pamiętajmy, że żadna burza nie trwa wiecznie, a po niej zaświeci słońce, tak jak świeci ono teraz dla mnie.

Najważniejsze osoby występujące w pierwszym tomie

Rodzina Lilki:

Joanna (Batorska) Bieńczyk – mama Lilki.

Justyna Józefa Batorska (babcia Józia) – babcia Lilki.

Czesław Bieńczyk – ojciec Lilki. Po rozwodzie z Joanną Bieńczyk związał się kolejno z dwiema kobietami, z którymi miał jeszcze kilkoro dzieci.

Janusz Bieńczyk – rodzony brat Lilki.

Maria (Batorska) Jagodzińska (ciocia Władzia) – najstarsza córka Józi i Władka Batorskich.

Józef Jagodziński – mąż cioci Władzi.

Bartek Jagodziński – kuzyn Lilki, syn Władzi i Józka Jagodzińskich.

Stanisława (Batorska) Ciszewska (ciocia Stasia) – najmłodsza córka Józi i Władka Batorskich. Wraz z rodziną mieszkała na Załężu.

Kazimierz Ciszewski – mąż cioci Stasi, kuzyn Cześka Bieńczyka.

Krystyna (Ciszewska) Zacharska – kuzynka Lilki. Starsza córka Stasi i Kazia Ciszewskich.

Tobiasz Zacharski – mąż Krystyny Zacharskiej. Pochodził z Sędziszowa i tam mieszkał wspólnie z rodziną.

Agata (Ciszewska) Wójcik – kuzynka Lilki, młodsza córka Stasi i Kazia Ciszewskich.

Zbigniew Wójcik – mąż Agaty Wójcik.

Marzena Dorczak – narzeczona, a później żona Janusza Bieńczyka.

Emilia Dąbek (ciocia Mila) – siostra Cześka Bieńczyka, matka chrzestna Lilki.

Józef Dąbek – mąż cioci Mili. Pracował w Zelmerze.

Bronisława Sawicka (ciocia Bronia) – starsza siostra Cześka Bieńczyka.

Jerzy Sawicki (wujek Jurek) – mąż Bronisławy Sawickiej, ojciec chrzestny Lilki.

Przyjaciele i znajomi z Załęża:

Danusia Urbanik – najlepsza, długoletnia przyjaciółka Lilki. Razem chodziły do klasy w szkole zelmerowskiej. To ona zapoznała Lilkę z paczką przyjaciół z Załęża.

Andrzej Franciszak (Franek) – chłopak Lilki i jej największa miłość.

Jagoda Franciszak – siostra Franka oraz przyjaciółka Lilki.

Marek Borek – najbliższy przyjaciel Franka.

Beata Zembowska – sąsiadka Franciszaków i Krupczaków.

Marek Zembowski (Dżejson) – brat Beaty Zembowskiej.

Marek Połczyński (Student) – chłopak Beaty Zembowskiej.

Michalina Urbanik – mama Danusi Urbanik.

Ewa Idzielak – przyjaciółka Lilki w ostatnim roku nauki w szkole zelmerowskiej. Pochodziła z Załęża.

Małgosia Stadler – kuzynka Danusi Urbanik pochodząca ze Szczecina.

Zosia Stadler – starsza siostra Małgosi Stadler, też mieszkająca w Szczecinie.

Adam Klich – sąsiad Danusi Urbanik, pierwszy chłopak Gosi Stadler. Mieszkał na Załężu.

Andrzej Kuśmiderski (Osioł) – pierwszy chłopak Danusi Urbanik, przyjaciel Andrzeja Franciszaka.

Mirek Krupczak – sąsiad Beaty i Marka Zembowskich, kuzyn Jagody i Franka Franciszaków, adorator Lilki.

Robert Krupczak – starszy brat Mirka, kuzyn Jagody i Franka Franciszaków.

Maciek Frączek – sąsiad Danusi Urbanik, kilkuletni, wierny adorator Lilki.

Darek Franciszak – najmłodszy brat Franka.

Józefa Franciszak – matka Franka.

Janusz Liszak – adorator Małgosi Stadler.

Andrzej Liszak (Jędrek) – brat Janusza Liszaka, adorator Lilki.

Janeczka – przyjaciółka Małgosi Stadler. Mieszkała w Szczecinie.

Sławek Bojdecki – drugi chłopak Danusi Urbanik.

Leszek Tomalak (Bukiet) – przyjaciel Osła.

Inni:

Jasia Urbanowska (Jaśka Malarka) – przyjaciółka mamy Lilki, żona Ryśka Urbanowskiego, który pracował jako malarz pokojowy, stąd to przezwisko.

Helena Przyboś – koleżanka z pracy mamy Lilki.

Jurek Przyboś – syn pani Heleny Przyboś.

Agnieszka Korczyk – koleżanka z pracy mamy Lilki.

Wiesiek Korczyk – syn Agnieszki Korczyk, pierwszy chłopak Lilki.

Wacek – żołnierz, którego Lilka poznała w pociągu w drodze do Szczecina.

Bogdan Korycki – drugi chłopak Lilki, prawie narzeczony, kolega z pokoju Julka Jakubowskiego.

Rozdział pierwszy

Jesienne burze

Kłótnie kochanków często są wpisane w scenariusz wspólnego życia. Kiedy na dodatek dwoje ludzi różni się od siebie tak bardzo, jak my z Frankiem, to są one wręcz nieuniknione. Ja miałam dwadzieścia lat, on niespełna szesnaście. Ja raczej spokojna i ugodowa, on uparty, samowolny i często nieprzewidywalny. Nasz związek można by porównać do niewielkiego paleniska, do którego co jakiś czas ktoś dolewa oliwy. Buchają wtedy płomienie, strzelają iskry, robi się wręcz niebezpiecznie. Potem płomień się uspokaja i daje przyjemne ciepło, dopóki znów ktoś tej oliwy nie doleje.

Z Frankiem ciągle się kłóciliśmy. On często nie dotrzymywał słowa i zachowywał się bardzo niedojrzale. Nie mogliśmy jednak bez siebie żyć. Nasza ostatnia kłótnia była burzliwa i omal nie zakończyła się rozstaniem, ponieważ jak zwykle wszystko inne było ważniejsze ode mnie. Wystarczyło, żeby ktoś kiwnął palcem i już Franek zapominał o obietnicach czy o umówionym ze mną spotkaniu. Nie przychodził po mnie pod Zelmer, a nawet potrafił przez kilka dni nie dawać znaku życia. Wreszcie czara się przelała, a ja postawiłam sprawę na ostrzu noża, choć tak bardzo tego rozstania nie chciałam.

Z reguły wystarczyło jedno jego spojrzenie, jeden ten typowy dla niego uśmiech, żebym mu wszystko przebaczyła, ale nie tym razem. Gdy Franek zrozumiał, że może mnie naprawdę stracić, przejrzał na oczy. Zawalczył o mnie i obiecał zmianę w swoim postępowaniu. Byłam tak zaślepiona miłością do niego, że uwierzyłabym we wszystko, co mówił. W końcu skapitulowałam i mu wybaczyłam – który to już raz, nie zliczę. Ale myślicie, że Franek faktycznie dotrzymał obietnicy i zmienił swoje zachowanie? Czy ta mała nauczka, którą mu dałam, pomogła? O tym musicie się sami przekonać.

Na drugi dzień po dyskotece w klubie na Wilkowyi, czyli po tym, jak się pogodziliśmy, pojechałam rano prosto do kościoła przy Dąbrowskiego i dopiero po mszy wróciłam do domu. Franek obiecał, że postara się do mnie przyjechać, lecz nie był pewien, czy uda mu się wyrwać od obowiązków w gospodarstwie, zwłaszcza że jego mama wyjechała na weekend do rodziny, a Jagoda miała mecz wyjazdowy i wszystko zostało na jego głowie. Czekałam z niecierpliwością, ale moje nadzieje były płonne, bowiem deszcz znowu rozpadał się na dobre. Wątpiłam, czy w taką pogodę będzie się chciało Frankowi przyjeżdżać. Jednak zrobił mi miłą niespodziankę, a przy tym chciał mi chyba udowodnić, że przemyślał to, co się wydarzyło i zmoknięty jak kura stawił się u moich drzwi. Wysuszyłam mu suszarką włosy i nigdzie oczywiście nie poszliśmy, bo w taką ulewę nie było sensu włóczyć się gdziekolwiek, a na kawiarnie nie chciałam go naciągać.

W kolejnym tygodniu, kiedy miałam drugą zmianę, tylko raz zjawił się pod Zelmerem. Nie wymagałam tego od niego. To był gorący czas w polu i wiedziałam, jak ciężko musi pracować, a wieczorem na pewno był zmęczony, więc jak mogłabym wymagać od chłopaka, aby o dwudziestej trzeciej jechał do miasta tylko po to, żeby się ze mną widzieć przez maksimum czterdzieści minut. Zobaczyliśmy się w kolejną sobotę, gdy przyjechałam do Danusi. Na niedzielę planowaliśmy wypad do Krakowa, niestety nic z tego nie wyszło. Frankowi przeszła ochota, z kolei ja już w sobotę tak przeraźliwie kaszlałam, że nie było mowy o żadnym wyjeździe. Kazał mi się położyć i wyleżeć to przeziębienie. Byłam wzruszona jego troską i wniebowzięta, kiedy w niedzielę znowu do mnie zawitał. Mama miała drugą zmianę, a brat poszedł około szesnastej do Marzeny i zostaliśmy sami. Oczywiście, nie zważając na to, że może się zarazić, wpakował mi się do łóżka, żeby na wszystkie możliwe sposoby mnie rozgrzać i wygonić ze mnie chorobę. Był czuły i cudowny, a ja znowu mogłam liczyć gwiazdy na autostradzie drogi mlecznej i co najważniejsze – nie mogłam się ich doliczyć. Przy takim lekarzu i dzięki takiej kuracji trudno było nie wyzdrowieć.

Niespełna tydzień później, czyli w sobotę ósmego października, miało odbyć się wesele Marysi, córki pani Heleny Przybosiowej – koleżanki mamy z pracy, u której dokładnie rok wcześniej byłyśmy z mamą na śliwkach. Wtedy to poznałam Marysię i jej brata, Jurka. Pani Helena bardzo się z mamą zaprzyjaźniła i zaprosiła ją oraz mnie i mojego brata na to wesele. Marzena miała jakieś plany, więc nie mogła brać udziału w imprezie, a Janusz bez swojej drugiej połowy iść nie chciał. Mamie głupio było wybrać się samej, więc musiałam jej towarzyszyć. Zwłaszcza że zostałam zaproszona jako druhna. Zapytałam Franka, czy nie będzie miał nic przeciwko temu i wyjaśniłam mu, jak sprawa wygląda. Po minie chłopaka poznałam, że ta sytuacja nie jest po jego myśli, wyraźnie był niezadowolony, ale ostatecznie zrozumiał rozterki mojej mamy i pozwolił mi iść. Zaznaczył jedynie, że mam być mu wierna i domagał się jakiejś szyszki weselnej. Chyba obawiał się, że swat, którego mi przydzielą jako druhnie, może zawrócić mi w głowie. Obiecałam więc solennie dotrzymać słowa i w jednym, i w drugim.

W tygodniu widzieliśmy się jeszcze ze dwa razy i za każdym razem Franek zachowywał się wzorowo. To był spokojny i dobry okres w naszym związku i faktycznie wydawało się, że coś do niego dotarło. Jego mama też mniej na mój temat gadała, a nawet wyglądało na to, że chyba pogodziła się z tym, iż jesteśmy razem. W piątek przed weselem udało mi się kupić śliczną atłasową bluzeczkę z długim rękawem i czarną welurową spódnicę, prawie do samej ziemi. Wyglądałam w tym obłędnie, zwłaszcza kiedy jeszcze zrobiłam sobie hennę i porządnie uczesałam świeżo umyte włosy. Bardzo żałowałam, że Franek nie mógł mnie w tym stroju zobaczyć.

W sobotę o jedenastej przyszłyśmy z mamą na basen, żeby wraz z panem Tadkiem – kierowcą wynajętego na wesele autobusu – pojechać do Dąbrowy. Oprócz Jurka, panny młodej, pani Heleny i mojej mamy praktycznie nie znałam nikogo. Pani Przybosiowa nie zaprosiła już żadnej innej koleżanki z pracy. Można zatem powiedzieć, że zostałyśmy wyróżnione. Ale ja, jak to ja, zawsze łatwo nawiązywałam znajomości i oswajałam się z zastaną sytuacją.

Swatem, któremu zostałam przydzielona jako druhna, był Grześ – chłopak kilka miesięcy ode mnie młodszy i nieco wyższy, szczupły, przystojny, o jasnej, kręconej czuprynie. Jurek za druhnę miał Bożenę z Trzciany, która dobrze znała moją koleżankę z taśmy – Halinkę Książek. Zgadałyśmy się najpierw o niej, a potem poszło już z górki. Fajne było z nas towarzystwo i właściwie stanowiliśmy we czwórkę sensację wesela. Chyba nawet skradliśmy show pannie młodej, na szczęście nikt nie miał z tego powodu do nas pretensji, a wręcz przeciwnie.

Po zaślubinach, obiedzie i ceremoniach powitalnych, gdy orkiestra zaczęła na dobre grać, mogliśmy wreszcie ruszyć na parkiet. Z początku po Grzesiu nie było widać, iż jest mną jakoś szczególnie zainteresowany, częściej zwracał się do Bożeny, którą już znał. Może dlatego najpierw poprosił do tańca właśnie ją, zaś Jurek mnie. Czułam się nawet z tego powodu zadowolona, bo miałam już z nim do czynienia i swobodniej się przy nim czułam. Nie przypuszczałam tylko, że tak świetnie potrafi się bawić. Miał bardzo dobre poczucie rytmu, widać to było w każdym jego ruchu, a styl tańca też niesamowicie mi się spodobał. Tańczył inaczej niż my na dyskotekach, choć już tu i ówdzie zdarzało mi się widzieć tak poruszające się pary. Ja nie umiałam tak tańczyć, zwłaszcza z obrotami, i dopiero musiałam się nauczyć. Trafiłam jednak na niezłego nauczyciela. Stawiał drobne kroki, wprawiając w ruch biodra, podobnie jak tancerze z filmu Dirty Dancing, i rewelacyjnie przy tym prowadził swoją partnerkę. Na początku bałam się, że nie dam rady tak zatańczyć, że się pomylę i będą się ze mnie śmiać, przez co zbyt często stawałam mu na palce, myląc kroki, ale już po chwili złapałam rytm i wirowaliśmy

w tańcu, jakbyśmy się w nim urodzili. Byłam zachwycona. Dryg do tańca i poczucie rytmu odziedziczyłam po mamie, cioci i babci, więc oboje z Jurkiem stanowiliśmy niczego sobie duet. Grześ z Bożeną też nie próżnowali i od razu zwróciliśmy uwagę wszystkich gości. Gdy Grzegorz zauważył, że świetnie sobie radzę, postanowił wreszcie zatańczyć i ze swoją druhną. Od tamtej pory prawie nie wypuszczał mnie z ramion. Nawet kiedy siedzieliśmy przy stole, to mnie obejmował, a niekiedy i przytulał. Nie protestowałam, Jurek z Bożeną robili to samo, choć też nie byli parą, po prostu dobrze wszyscy się bawiliśmy i nie chciałam psuć świetnej atmosfery. Pilnowałam tylko, żeby za dużo nie pił, gdyż nie wiedziałam, jak będzie się zachowywał pod wpływem alkoholu, a chciałam bawić się do samego końca. Gdyby mu się nogi zbytnio plątały, nie byłoby to możliwe. Jeżeli Grześ próbowałby czegoś więcej, dostałby kosza, na szczęście – przynajmniej w ten pierwszy dzień wesela – nie posunął się dalej niż tylko do obejmowania mnie. Obaj z Jurkiem okazali się świetnymi partnerami w tańcu, jakich do tej pory nie miałam, nawet Franek przy nich wypadał blado, pomimo że tak bardzo lubiłam z nim tańczyć. Frankowi wyraźnie brakowało ich umiejętności, ale postanowiłam, że musimy koniecznie to nadrobić. Na tym weselu od Jurka i Grześka nauczyłam się więcej niż przez rok chodzenia na dyskoteki i podpatrywania innych. Nogi mnie bolały, ale wiedząc, że tak wspaniałych tancerzy prędko nie będę miała w swoim zasięgu, pragnęłam wykorzystać czas do maksimum.

Nocowałyśmy z mamą w domu u pani Heleny. Poszłam spać o dziewiątej, obudziłam się o trzynastej, gotowa do dalszej zabawy. Po czternastej zjawiłam się na sali, a tam już czekał na mnie Grześ.

Za chwilę dołączył Jurek, potem przyjechała Bożena. Z początku źle się bawiłam, bo nikt nie chciał tańczyć, lecz w końcu udało mi się wyciągnąć Grzesia na parkiet i powoli towarzystwo znowu się rozruszało. Tego dnia było mniej gości, czyli więcej miejsca do tańcowania. Przygrywał nam magnetofon lub pan Staszek na akordeonie, który pełnił również funkcję fotografa. Mama planowała powrót do domu ostatnim autobusem, ale Grześ uprosił ją, żebyśmy zostały do rana następnego dnia. Około pierwszej Bożena musiała już jechać i mnie zostało do obtańcowania dwóch partnerów. Nasz styl tańca spodobał się wielu osobom. Aż trzech panów chciało, żebym ich uczyła tańczyć. Niestety, tylko dwóm mogłam udzielić lekcji. Jednym z nich był starszy brat Jurka – Romek, chłopak żonaty, dzieciaty, ale równie przystojny, jak Jurek. Jeżeli z Jurka był tancerz pierwsza klasa, to Romek chyba się gdzieś w kącie schował, gdy talent do tańca Bozia rozdawała. Ciężki miałam orzech do zgryzienia, żeby go choć podstawowych kroków nauczyć, za to był bardzo sympatyczny, więc brak jego umiejętności obracaliśmy w żart. Nieźle chyba wpadłam mu w oko, bo śmiejąc się, powiedział:

– Och, gdybym był kawalerem do żeniaczki, to bym się z tobą ożenił.

A ja, również śmiejąc się, odpowiedziałam:

– Nie wiadomo, czy bym cię chciała.

Pana Staszka – fotografa – było trochę łatwiej nauczyć, tylko że on był przyzwyczajony do ludowych tańców i jemu te wszystkie obroty sprawiały nieco kłopotu.

Około drugiej w nocy poszliśmy we trójkę na mały spacer. Kiedy Jurek wstąpił na chwilę do swojego domu, zostaliśmy z Grześkiem sami, a Grześ znowu mnie objął i zapytał:– Piękna tancereczko, nie umówiłabyś się ze mną do kina albo do kawiarni?

– Mój miły tancerzu, myślę, że mój chłopak nie byłby zadowolony z takiego obrotu sprawy.

– Chłopak nie musi wiedzieć.

– A czy ty byś chciał, żeby twoja dziewczyna cię okłamywała i zdradzała?

– No nie, ale ten jeden raz, tak zupełnie po przyjacielsku…

– Tak zupełnie po przyjacielsku, to możecie z Jurkiem do nas na Wilkowyję na dyskotekę przyjechać. Zapoznam was z moimi przyjaciółmi. Myślę też, że szybko znaleźlibyście wspólny język. Choć co do jednej osoby, to mam wątpliwości, czy by was polubiła.

– Taka mało towarzyska?

– Nie, mam na myśli mojego chłopaka. Gdyby zobaczył, jak ze mną na parkiecie wywijasz, nie miałby najszczęśliwszej miny.

– Co, nie umie tańczyć?

– Umie, świetnie nam się razem tańczy, ale do twoich i Jurka umiejętności to mu daleko.

– Wiesz, zazdroszczę mu takiej dziewczyny.

– Ach, następny – westchnęłam bardziej do siebie, ale usłyszał i się roześmiał.

– To aż tylu masz adoratorów?

– Teraz to może nie, choć jeszcze niedawno trochę ich było. Na szczęście, odkąd jestem z Frankiem, trochę się to uspokoiło. To co, można liczyć, że zjawicie się u nas na dyskotece?

– Masz to jak w banku.

Tej nocy zasnęłam dopiero o czwartej nad ranem, a wstałam już o ósmej, bo musiałyśmy z mamą jak najszybciej dostać się do domu. Otrzymałyśmy sporą szyszkę na drogę w postaci placków i wódki (aż trzy butelki). Jedną z nich przekazałam Danusi na Załęże dla chłopaków, tak jak im obiecałam, oraz trochę placków dla dziewczyn.

Najwyraźniej Franio bardzo się za mną stęsknił, bo choć w poniedziałek się go nie spodziewałam, to czekał na mnie pod Zelmerem. Na wtorek to on wyznaczył mi godzinę spotkania, jeszcze na chwilę przed pracą, a i po pracy znowu na mnie czekał. Był tak cudowny i wspaniały, aż zaczynałam się bać, że jak mnie tak rozpieści, po czym znowu zacznie się coś między nami psuć, to moje cierpienie będzie nie do wytrzymania. Tego, że to dobre kiedyś będzie musiało się skończyć, byłam prawie pewna. Za dobrze go znałam. Na razie jednak cieszyłam się, że się stara.

* * *

Jakieś dwa tygodnie przed tym weselem na taśmie, przy której pracowałam, pracę rozpoczęła dziewczyna o imieniu Mariola, ale wołaliśmy na nią Majka. Pochodziła z Tyczyna i bardzo szybko się polubiłyśmy. Czułam, że nadajemy na tych samych falach, więc postanowiłam niezwłocznie zapoznać ją z Danusią. W tym okresie, oprócz Majki, bardzo też polubiłam Halinę Książek i Marysię Klisz. Jako jedna z nielicznych dobrze dogadywałam się z Hanią Ośko, kobietką trochę starszą ode mnie, zagorzałą singielką o specyficznej urodzie i charakterze, niezbyt lubianą przez niektóre dziewczyny. Wybitnie próbowały jej dokuczać czy się z niej śmiać, natomiast ja potrafiłam znaleźć sposób na jej charakterek i doceniałam jej niezależność. Kiedy traktowało się ją z szacunkiem, potrafiła się odwdzięczyć. Mieszkała z matką w rodzinnym domu, gdzie w późniejszym czasie nieraz bywałam i z jej mamą również się zaprzyjaźniłam.

Muszę napomknąć też, że pod koniec września Bartek został przeniesiony do jednostki w Rzeszowie i stacjonował na Jagiellońskiej, czyli obecnie na Langiewicza, ku oczywiście wielkiej uldze i radości jego mamy oraz dziewczyny, a także mojej. Zbliżały się bowiem czasy, kiedy losy moje, Bartka, Majki i całej naszej paczki mocno się zbiegły.

Wspomniałam już, że Franio nie potrafił zbyt długo być grzeczny i wiedziałam, że prędzej czy później znowu z czymś wyskoczy. Natury ludzkiej nie da się bowiem tak szybko zmienić i pewne przyzwyczajenia prędko dają o sobie znać. Okres szczęścia i spokoju, choć krótki, musiał w końcu minąć. W środę i czwartek Franka nie było, ale nie miałam o to pretensji. Za to w piątek przyszedł razem z Markiem. Szczerze mówiąc, gdy ich razem zobaczyłam, już mi ciśnienie podskoczyło. Lubiłam Marka, lecz w towarzystwie Franka wprost przechodził samego siebie w głupich docinkach i zachowaniu, a Franek razem z nim, przez co ja bardzo się wkurzałam. Widząc ich dwóch, już przewidywałam kłopoty. A te moje prognozy, choćbym nawet nie chciała, oczywiście musiały się spełnić. Tak niewiele widywałam swojego chłopaka i kiedy już przyszedł, chciałam ten czas spędzić z nim, nacieszyć oczy, porozmawiać, zaś przy Marku to nie było możliwe. Wiedziałam od Danki, że wcześniej planowali obaj iść do kina, ale sądziłam, że Franek przyjdzie później do mnie sam. Z grzeczności zapytałam:

– Na jakim byliście filmie?

– Na westernie – odpowiedział Marek, dziwnie się uśmiechając, na co nie zwróciłam uwagi, a powinnam. Znałam go przecież tak dobrze i ten jego błysk w oku, gdy planował wykręcić komuś jakiś kawał również. Ale tym razem mi to umknęło.

– Na westernie? Nie słyszałam, żeby jakiś leciał w kinach, jaki tytuł?

– Wyścig klaczy dookoła sraczy – palnął Marek i się roześmiał, a Franek mu zawtórował.

To było takie szczeniackie. Lubiłam żartować, jednak tego typu dowcipy zupełnie mi nie odpowiadały. Myślę, że Franek od razu zauważył, iż nie jestem zachwycona obecnością Marka, ale po tym głupim dowcipie wyrwałam swoją dłoń z jego uścisku i rzuciłam:

– Marek, chciałabym porozmawiać z Frankiem, mógłbyś nas na chwilę zostawić samych?

Franek od razu stracił humor, zarówno po tym, jak się zachowałam, jak i po tym, co powiedziałam.

– Jeżeli masz mi coś do powiedzenia, możesz to zrobić przy Marku.

– Właśnie akurat to, co mam ci do powiedzenia, nie jest dla jego uszu.

– Ale ja przyszedłem tu z Markiem i z Markiem odejdę, on nigdzie nie będzie stąd odchodził sam.

– Franek – westchnęłam – naprawdę mam ci coś ważnego do powiedzenia.

– To powiesz mi kiedy indziej.

– Widzę, że twojej obietnicy, że się zmienisz, starczyło ci tylko na dwa tygodnie. Z tobą naprawdę nie da się żyć.

Odeszłam szybszym krokiem, mając nadzieję, że mnie zatrzyma i zmieni zdanie. Ale oni szli dalej powoli, a nawet przeszli na drugą stronę ulicy. Nie wiem, co Franek sobie myślał. Może, że za nim pobiegnę albo go zawołam. Wtedy jeszcze tego nie zrobiłam. Stojąc na przystanku, widziałam, jak w prywatnej piekarni obok teatru kupują chleb i następnie kierują się na przystanek obok WRN-u. Łzy stanęły mi w oczach. Czyli znowu się zaczęło. Nie chciałam się jeszcze tak łatwo poddawać. Powiedziałam sobie „robię to ostatni raz” i ruszyłam za nimi. Gdy ich złapałam, stanowczo poprosiłam Marka, żeby nas zostawił samych. Chyba zauważył, że to poważna sprawa, i tym razem odszedł, nie zważając na to, że Franek chciał go zatrzymać.

– I o co ci tym razem chodzi? – Od razu mnie zaatakował.

Lecz ja też byłam zła i nie bawiłam się w dyplomację.

– Słuchaj, lubię Marka, ale nie wtedy, gdy ty jesteś w pobliżu. Dostajesz wówczas takiego samego małpiego rozumu, jak i on. Nie życzę sobie, żebyś przychodził pod Zelmer z Markiem. Dotarło to do ciebie?

– Ja mogę już w ogóle nie przychodzić, skoro ci Marek nie pasuje. To mój przyjaciel i…

– Wiem, że Marek to twój przyjaciel – weszłam mu w słowo; takie ostre wymiany zdań chyba zaczynały mi wchodzić w krew – ale ja jestem twoją dziewczyną. Poza tym, czy uważasz, że odpowiedź, jakiej mi udzieliliście na temat kina, jest w porządku?

– Kurczę, na żartach się nie znasz?

– Znam i wiesz dobrze, że też potrafię nieźle pożartować. Trzeba jednak wiedzieć, kiedy i na jaki rodzaj żartu można sobie pozwolić. A to akurat nie był ani odpowiedni żart, ani odpowiedni moment, ani odpowiednie towarzystwo.

– A ty jak zwykle przesadzasz! Już ci powiedziałem, że to mój przyjaciel, w czym ci on przeszkadza?

– Po prostu, jak idziesz na spotkanie ze mną, to go ze sobą nie bierz. Niepotrzebna jest nam przyzwoitka. Kiedy jesteśmy w większym gronie, to co innego, ale jak mamy być tylko my we dwoje, to on nam nie jest potrzebny. Tak rzadko się teraz widujemy. Chcę być z tobą, a nie z nim, rozumiesz to?

– Nie, nie rozumiem. Mówisz, że go lubisz, a nie chcesz, żeby czasem ze mną przyszedł po ciebie. Poza tym dziś akurat mieliśmy jeszcze razem coś do załatwienia. Ty sama już nie wiesz, czego chcesz.

– Franek, chcę po prostu trochę pobyć z tobą, a jego niewybredny humor psuje mi nastrój.

– Za dużo ode mnie wymagasz. Z Osłem mam się nie spotykać, nie wolno mi nic wypić, Marek też ci nie pasuje, nie chcesz także, żebym chodził na zabawy! To co, mam ubrać habit i tylko klęczeć w kościele i się modlić?

–Teraz to ty przesadzasz. Od kiedy to bywałeś mi tak posłuszny? Zawsze robiłeś, co chciałeś.

– I dalej mam zamiar to robić. Idę, bo zaraz będę miał autobus.

– Czyli nie odprowadzisz mnie na mój przystanek?

– Nie będę z tym chlebem latał tam i z powrotem, poza tym Marek na mnie czeka.

Spojrzałam na niego przygnębiona. Znów ten mój dobry Franek gdzieś zrejterował, choć minęło dopiero kilka dni od ostatniego spotkania. a ten zły zmaterializował się jak widmo.

– No tak, jak zwykle po staremu, inni są ważniejsi ode mnie. Widzę, Franek, że z tego nic nie będzie. To po prostu nie ma sensu. Żegnaj…

Odwróciłam się i poszłam w swoją stronę. Znowu miałam nadzieję, że mnie zatrzyma, że zawoła, albo chociaż zrobi ten swój gest na pojednanie, że to słowo „żegnaj” da mu coś do myślenia. Lecz on pozwolił mi odejść. Płacz dławił mnie w gardle. Kolejna gorycz. Po co on tak walczył o to, abym z nim nie zrywała, skoro teraz sam zachowywał się tak, jakby chciał to wszystko zakończyć? Zmusiłam się, aby się za nim nie obejrzeć, nie chciałam mu dać tej satysfakcji, nawet gdyby on tego nie zobaczył. Zaraz też wsiadłam do autobusu, który akurat nadjechał, i pojechałam do domu. Postanowiłam, że tym razem nie będę już go o nic prosić. Znał do mnie drogę. Tylko musiałam być silna. Bo tęsknota i rozpacz kolejny raz rozrywały mi serce na kawałki.

W sobotę nie przyszedł ani przez Danusię nie dał znać, czy pojawi się w niedzielę. Postanowiłam więc, że nie będę na niego czekać i skorzystam z zaproszenia Majki, która prosiła, żebym ją odwiedziła. Majka mieszkała w domu rodzinnym w Tyczynie, miała własny duży pokój i bardzo przystojnego brata, ale nawet zbytnio nie zwróciłam na niego uwagi. Czas spędziłam bardzo fajnie i wiedziałam, że jeszcze nie raz odwiedzę Majkę. Opowiedziałam jej o sobie, o swoich problemach z Frankiem i o moich przyjaciołach z Załęża. Ona też nieco opowiedziała mi o sobie. Z charakteru była podobna do Danusi, dlatego od razu ją polubiłam. Mile spędzony czas pozwolił mi choć na chwilę zapomnieć o Franku i jego zachowaniu, tylko że ponury nastrój w głębi duszy wcale mnie nie opuścił, a po powrocie do domu jeszcze się pogorszył.

Mama właśnie przyjechała od ciotki Staszki, do której dotarły te wszystkie plotki rozsiewane przez matkę Franka i przekazała je mojej mamie.

– Słyszałam, że wyprawialiście niestworzone rzeczy, ludzie o was mówią na Załężu. Mówią i o tobie, i o Gośce, i Dance, i tej jakiejś Janeczce, o twoim Franku też gadają. To, co usłyszałam, jest po prostu nie do powtórzenia. Było mi strasznie wstyd, jak słuchałam, co Staszka opowiadała.

– Mamo, połowa z tego to wyssane z palca plotki, rozsiewane przez matkę Franka, bo była na nas zła, zwłaszcza na mnie. Ale ja nie robiłam nic złego.

– Mówią, żeście pili, włóczyli się po nocach i wyczyniali jakieś bezeceństwa.

– To nieprawda. Owszem, chodziliśmy na dyskoteki i zabawy, robiliśmy czasem ogniska, spotykaliśmy się koło remizy lub na którymś z podwórek, a jak padał deszcz, to siedzieliśmy w domach lub w namiotach…

– No właśnie, a co się w tych namiotach działo?

– A co się miało dziać?

– No, mówią wprost, że żeście się tam gzili i cuda wianki wyprawiali.

– Już ci mówiłam, że to nieprawda. To wszystko wina matki Franka. Była zła, że Franek jej nie pomaga, że z nami jeździ tu i tam i obwinia mnie o to, że go rozpijam, a ja przecież walczę, żeby on nie pił, to Osioł namawia go do picia, nie ja.

– Jaki znowu osioł?

– A tam, taki Andrzej Kuśmiderski, tylko go przezywają Osioł. Kiedyś był chłopakiem Danki i po tym, jak z nim zerwała, chyba nie chce się z tym pogodzić, bo ciągle miesza w naszym towarzystwie i namawia Franka do picia, chcąc w ten sposób zemścić się na Dance. Wiesz, Danka jest moją przyjaciółką, a że mnie nie lubi, zresztą ja go też, to próbuje przeze mnie i Franka w nią uderzyć. Tylko że ona ze Sławkiem mają te jego machlojki gdzieś, a mój Franek niestety mu ulega. Jego mama myśli, że to ja Franka do wszystkiego namawiam i odciągam od pomocy w gospodarstwie, a to wszystko wina Osła.

– Nie wiem, nie wierzę ci, żądam kategorycznie, żebyś z tym chłopakiem skończyła. Zabraniam ci tam jeździć.

– Mamo, jestem już dorosła i sama będę decydować, czy mam z nim zerwać, czy nie. Mam dość kłopotów i z nim, i z głupimi plotkami, po prostu daj mi już święty spokój!

Po tych pełnych żalu i emocji słowach wybuchłam tak rzewnym płaczem, że aż mama trochę się wystraszyła. Chyba zrozumiała, że mam jakieś problemy. Gdy trochę się uspokoiłam, spróbowałam jeszcze raz jej opowiedzieć, co się działo i co robiliśmy i że chyba faktycznie będę musiała rozstać się z Frankiem, a tak bardzo go kocham i tak bardzo z tego powodu cierpię. Mama wreszcie dała się przekonać. A nawet spróbowała mnie jakoś pocieszyć, niemniej już nic mnie pocieszyć nie mogło. Po prostu nie chciało mi się żyć. Zastanawiałam się, kiedy to wszystko wreszcie się skończy. Najłatwiej by było, gdybym się odkochała, jak to było w przypadku Bogdana czy Wieśka, ale nie potrafiłam. On mnie ranił, a ja go wciąż bezgranicznie kochałam. Wiedziałam, że powinnam od niego odejść, być stanowcza, zakończyć ten koszmar, lecz NIE POTRAFIŁAM. Sama skazywałam się na chwile smutku, żalu, bólu, rozterek, tylko po to, by wyłapywać te nieliczne momenty szczęścia, które dawały mi ukojenie i nadzieję. Bardzo płonną nadzieję. Nie miałam sił, żeby wygrzebać się spod tej „lawiny chorych uczuć”. Tkwiłam tam, bo kochałam za bardzo. Słowa piosenki Miłość ci wszystko wybaczy Hanki Ordonównej, które tak wszyscy dobrze znamy, pasowały wówczas do mnie; jakby mówiły dokładnie o życiu moim i Franka:

Miłość ci wszystko wybaczy

Smutek zamieni ci w śmiech

Miłość tak pięknie tłumaczy

Zdradę i kłamstwo, i grzech

Choćbyś ją przeklął w rozpaczy

Że jest okrutna i zła

Miłość ci wszystko wybaczy

Bo miłość, mój miły, to ja

* * *

W poniedziałek, po niedzieli spędzonej u Majki, byłam u mamy na hali ROSiR-u i spotkałam Jurka. Powiedziałam mu, że w środę będzie dyskoteka, i zapytałam, czy przyjadą na nią z Grześkiem. W końcu Grześ obiecywał, że kiedyś się pojawi. Opowiadałam Danusi o tym, jakimi są świetnymi tancerzami i bardzo chciała ich poznać.

Jurek nic mi nie mógł obiecać, nie wiedział, co na to powie Grześ. Oświadczył tylko, że da mi znać przez mamę, czy przyjadą. Pomyślałam sobie, że byłaby to świetna okazja, żeby trochę zagrać na nosie Frankowi. Zdawałam sobie sprawę, że gdyby mnie zobaczył wywijającą na parkiecie w objęciach tych dwóch chłopaków, chyba nie byłby taki zadowolony. Kiedy mówiłam mu o weselu i o tym, jak świetnie mi się z nimi tańczyło, Frankowi mina zrzedła, ale udawał, że wszystko jest w porządku. Wpadło mi też do głowy, że ten piątek, gdy przyszedł pod Zelmer z Markiem, był konsekwencją jego zazdrości i że specjalnie chciał mi zrobić na złość.

Ani w poniedziałek, ani we wtorek Franek nie dał znaku życia. Mój smutek i złość na niego sięgały zenitu. Układałam sobie w głowie, co mu powiem, kiedy wreszcie się zobaczymy, i kolejny raz przekonywałam samą siebie, że muszę od niego odejść. Wściekłość, która we mnie buzowała, przytłumiła trochę ból serca. Ale tak było tylko dlatego, że go nie widziałam. Obawiałam się swojej reakcji, gdy go zobaczę. Czy będę umiała być tak stanowcza, jak sobie to powtarzałam, czy też znowu mu ulegnę?

Jurek przekazał przez mamę, że przyjadą na dyskotekę w środę. Prosili, żebym na nich czekała pod WRN-em o siedemnastej i bym była cierpliwa, bo mogą się spóźnić. O powodzie ewentualnego spóźnienia mieli mi powiedzieć, jak się już spotkamy.

W środę prosto po pracy pojechałam do domu, wzięłam kąpiel, zrobiłam się na bóstwo i punktualnie o siedemnastej byłam w umówionym miejscu. Faktycznie, chłopcy wystawili mnie na niezłą próbę, bo dopiero około siedemnastej trzydzieści zjawił się Jurek, i to sam.

– Przepraszam cię, Liluś, słowo daję, nie mogliśmy wcześniej przyjść. Grześ utknął w pewnym miejscu, o którym teraz mówić nie będę, ale jest mały problem. Jedź na tę dyskotekę, a my tam przyjedziemy na motorze, tylko nam dokładnie wytłumacz, gdzie to jest.

– Droga jest prosta. Wiesz, gdzie jest cmentarz Wilkowyja? – Jurek kiwnął głową. – Jak z głównej drogi skręca się w lewo na cmentarz, to w prawo jest węższa droga wiodąca pod ukosem. Tam trzeba skręcić. Przejedziecie około kilometra i po prawej stronie będzie kapliczka. Zaraz za nią skręcicie w wąską drogę i zobaczycie duży budynek; tam jest klub i straż pożarna. Tam właśnie odbywają się te dyskoteki.

– Dobra, łatwo trafić. Mam nadzieję, że Grzesiek wyrobi się z tym swoim problemem i przyjedziemy. Gdyby jednak było inaczej, to bardzo cię przepraszamy. Najwyżej przyjedziemy kiedy indziej.

– Ja już powiadomiłam swoich, że będziecie i Sławek powiedział, że ta dyskoteka jest na waszą cześć.

– A co, to my jakieś gwiazdy rocka jesteśmy, czy co?

– Nie, ale dużo o was opowiadałam i przynajmniej niektórzy chcą zobaczyć, jak tańczycie i może czegoś się nauczyć. – Roześmiałam się.

– W takim razie na pewno postaramy się przyjechać.

Tym razem nie umawialiśmy się z naszymi chłopakami. Poprosiłam tylko Danusię, żeby zaczekała na mnie i naszych gości. Była trochę zawiedziona, że przyjechałam sama.

Idąc do Danki, nie widziałam Franka, jak również wtedy, gdy wyszłyśmy na przystanek i po drodze wstąpiłyśmy po Beatę. Pomimo tego byłam pewna, że przyjdzie na dyskotekę. Kiedy dochodziłyśmy do klubu, zobaczyłam, że stoi wśród kolegów. Udałam, że go nie zauważyłam i szybko weszłam do budynku. Moje serce momentalnie zaczęło przyśpieszać, zwłaszcza że on musiał mnie widzieć, ale też nie zareagował. Danusia od razu dostrzegła we mnie zmianę.

– Trzymaj się, Liluś, nie pozwól mu się tak traktować.

– Wiem, Danuś, ja to wszystko wiem, lecz to takie trudne i bolesne.

– Dasz radę, musisz. Możesz z nim porozmawiać, tylko pamiętaj, to on musi do ciebie podejść, ty go o rozmowę nie proś.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, gdy moje potłuczone i połamane serce znowu się do niego wyrywało, pragnąc, by je skleił i ukoił.

Doprawdy nie wiem, co ja bym bez tej mojej kochanej Danusi zrobiła. Była moją najlepszą przyjaciółką, najwspanialszą ze wszystkich, które w tamtym czasie przewinęły się przez moje życie. Zresztą jest nią do dziś, pomimo że tak często już się nie spotykamy.

Gdy tylko weszłyśmy z Danką i Beatą na salę, puściłyśmy się w wir tańca. Franek dużo przebywał w korytarzu, na salę nie wchodził, ale mógł obserwować, co się dzieje, bo drzwi były szeroko otwarte. Udawałam, że bawię się świetnie i że nie zwracam na niego uwagi, chociaż wcale tak nie było. Cały czas czekałam, aż podejdzie do mnie i poprosi do tańca, zrobi pierwszy gest do pojednania. Kiedy zagrali Jolka, Jolka, musiałam wykazać się ogromną siłą woli, żeby nie przerwać tańca z chłopakiem, z którym akurat się bawiłam.

Wciąż też czekałam, że przyjadą Jurek z Grześkiem. No i się doczekałam. Do tego czasu bawiłam się z różnymi chłopakami, ale jak tylko Grześ i Jurek zjawili się na sali i zapoznałam ich z Danką, Beatą i Sławkiem, to Grzegorz już mnie ze swoich ramion nie wypuścił. Danka, za pozwoleniem Sławka, który i tak zajmował się puszczaniem piosenek, tańczyła z Jurkiem. Szybko i ona pojęła styl tańca i zaczęliśmy znowu robić furorę. Podczas jednej z wolniejszych piosenek Grześ zapytał:

– A gdzie jest ten twój chłopak?

– Pokłóciliśmy się, ale jest tutaj, tylko siedzi na korytarzu i pewnie zgrzyta zębami, widząc, jak świetnie bawię się z tobą.

– O, to widzę, że mam być lekarstwem na kłótnię kochanków?

– Hm, na pewno przyda mu się trochę ta niepewność, bo czasami już tak mnie wkurza, że nie wiem, co mam zrobić.

– To umów się ze mną.

– Ooo, Grzesiu, jestem jeszcze jego dziewczyną, więc to nie wchodzi w rachubę. Ale dzięki, że jesteś, bo może zrozumie, że nie tylko on jest na tym świecie i że jeżeli dalej będzie się tak zachowywał, to w końcu może mnie stracić.

– Jak cię już straci, to daj znać, chętnie cię pocieszę.

Uśmiechnęłam się wdzięcznie, licząc na to, że Franek bacznie mnie obserwuje. Miałam jakąś dziką satysfakcję, że może z tego powodu cierpi, tak jak ja tyle razy przez niego cierpiałam. Oczywiście wychodziliśmy czasem na papierosa czy do sklepiku na piętro, lecz Franek uparcie trzymał się ode mnie z daleka, a ja do niego nie podchodziłam. Bawiłam się wybornie, choć serce mi krwawiło. Czułam, że tym razem to chyba wreszcie będzie koniec. Boże, ile razy jeszcze tak myślałam. Z jednej strony chciałam tego, bo już nie potrafiłam dłużej znosić tej męczarni i huśtawki emocji, z drugiej rozpacz mnie ogarniała na myśl, że on już nigdy mnie nie przytuli, nie pocałuje, nie będzie blisko. Jeszcze przed tym fatalnym piątkiem rozmawialiśmy dość poważnie i obiecaliśmy sobie, że nawet gdyby doszło do rozstania, to zrobimy to w zgodzie i zostaniemy przyjaciółmi. Nie chciałam niszczyć tego, co nas łączyło. Wolałam zachować dobre wspomnienia. On się wtedy ze mną zgodził, powiedział też, że nie myśli o rozstaniu i że tego nie chce. A tu minęło kilka dni od tej rozmowy i zachowywał się tak, jakby zmienił zdanie. Sama już nie wiedziałam, co mam myśleć.

Bawiłam się z Grześkiem, uśmiechałam się, lecz w głowie wciąż układałam sobie, co powiem Frankowi, gdy dojdzie do tej rozmowy. Bałam się, że kiedy już do niej dojdzie, to i tak zapomnę, co chciałam mu powiedzieć, bo będę zbyt zdenerwowana. Trzymałam się jakoś, ale tylko do momentu, gdy Jurek z Grześkiem oznajmili, że muszą już jechać. Nie dali się namówić, żeby zostać do końca. I tak byłam im wdzięczna – zwłaszcza Grześkowi – że przyjechali. Ich obecność bardzo mi pomogła.

Stojąc przed budynkiem klubu i patrząc, jak odjeżdżają, wyciągnęłam papierosa. Chciałam zapalić i dać sobie czas na powrót na salę. Chyba podświadomie czułam, że zbliża się moment, na który czekałam i potrzebowałam nabrać odwagi. W chwili, gdy odpalałam zapalniczkę, Franek pojawił się w drzwiach. Na moment się zatrzymał, ale zaraz skierował się w moją stronę. Co za postęp, pomyślałam. Chyba jednak na coś się ten Grzesiek przydał. Franek zatrzymał się jakieś dwa metry ode mnie i też wyciągnął papierosa. Nic się nie odzywał, tylko szukał czegoś po kieszeniach. Wreszcie zapytał:

– Możesz mi użyczyć ognia?

Podałam mu zapalniczkę, z ironią myśląc o jego zachowaniu. Bo to był taki tani chwyt – nie wie, jak zagadać, to wymyślił sobie zapalniczkę i pewnie będzie udawał, że nic się nie stało.

W gardle znowu zaczęło mnie dławić, czułam ogromny żal do niego za jego tchórzostwo, za to, że zwyczajnie nie umie mnie przeprosić. Staliśmy obok siebie i dalej milczeliśmy. Czas nam uciekał i czułam, że za chwilę stracę szansę, żeby z nim porozmawiać. I choć tak bardzo nie chciałam pierwsza rozpoczynać rozmowy, tak bardzo chciałam dotrzymać słowa sobie i Danusi, że poczekam, aż on poprosi o tę rozmowę, to strach, iż stracę tę szansę, wziął górę. W końcu i tak już zrobił ten mały kroczek, skoro do mnie wyszedł.

– Jak tam Marek? – powiedziałam, a raczej zapytałam zupełnie nie o to, o co chciałam, tylko po to, aby wreszcie rozpocząć rozmowę.

– O co ci chodzi?

– O Marka, twojego przyjaciela, w końcu o niego bardziej się martwisz niż o mnie. – Nawet nie wiedziałam, że potrafię być tak cyniczna.

– A ty znowu swoje.

– I co, tylko tyle masz mi do powiedzenia?

– Czego ty znowu ode mnie chcesz?

– Widzisz, już ci tyle razy mówiłam, czego od ciebie oczekuję. Przyznajesz mi rację, obiecujesz, że się zmienisz, tydzień czy dwa jest dobrze i z powrotem robisz to samo, znowu mnie ranisz. Powiedz, jak długo można to znosić?

– Co, pewnie powiesz, że znowu chcesz ode mnie odejść? – W jego głosie usłyszałam złość.

– Tak, Franek, chcę od ciebie odejść, bo jak słowo daję, nie mam już sił.

– To idź sobie, może tamten będzie lepszy.

Zamknęłam oczy, nie chciałam, żeby zobaczył w nich iskierki satysfakcji z faktu, że jednak go zabolało to moje tańcowanie z Grześkiem.

– Franek – westchnęłam – nie ma żadnego „tamtego” i nigdy nie będzie. Kocham tylko ciebie, ale to twoja wina, że chcę odejść.

Zobaczyłam, że jest zły, nie wiedziałam tylko na kogo – czy na mnie, czy na siebie, czy na Marka, czy na wszystkich razem. Stał i milczał, wiercąc czubkiem buta dziurę w ziemi.

– Nic nie mówisz?

– Co mam powiedzieć? – Wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Może „przepraszam”? A może „tak, masz rację, to moja wina”? Czy pamiętasz naszą niedawną rozmowę? O tym, że gdy będziemy się rozstawać, zrobimy to w zgodzie i zostaniemy przyjaciółmi?

– I po co mi to przypominasz?

– Bo właśnie tak chcę się z tobą rozstać. Tylko po to, żeby to rozstanie łatwiej znieść. Bo ludzie odchodzą od siebie wtedy, kiedy już się nie kochają, kiedy nic już ich nie łączy, a ja wciąż bardzo cię kocham i nie chciałabym tego robić, lecz wiele czynników wpłynęło na moją decyzję. Widzisz, jeżeli dwoje ludzi się kocha, to nie powinni się nawzajem ranić, powinni zrobić wszystko, żeby ta druga osoba była szczęśliwa. A ty tyle razy mnie zraniłeś, tyle razy ci wybaczyłam, tyle razy mi obiecywałeś, że się zmienisz i tyleż razy łamałeś obietnicę! A przecież ciągle mówiłeś, że mnie kochasz. To co to jest za miłość?

Franek dalej stał i milczał. Nie zrobił też żadnego gestu w moją stronę. Czułam, że przegrywam tę walkę o niego. Postanowiłam więc dać mu troszkę czasu na zastanowienie.

– Jeżeli naprawdę ci na mnie zależy, jeżeli wciąż coś do mnie czujesz i nie chcesz, żebym odchodziła od ciebie, to musisz się zmienić. Zostawić w diabły Osła, przestać pić, dotrzymywać słowa i nie okłamywać mnie. Po prostu musisz się zmienić tak na dobre, nie na dwa dni czy dwa tygodnie. Nie chcę już przeżywać tych huśtawek emocjonalnych, chcę być z tobą szczęśliwa, czy ty to rozumiesz? Czy coś do ciebie dotarło?

– To co mam zrobić?

– To, co ci właśnie powiedziałam. Mówiłam to tyle razy i teraz mówię już ostatni raz. Daję ci czas do końca dyskoteki na podjęcie decyzji, czy chcesz, żebym odeszła, czy nie. Pamiętaj tylko, że abym mogła z tobą zostać, to ty musisz się zmienić. Jeżeli nie chcesz się zmieniać, to pozwól mi odejść. Przemyśl to. A jak będziemy wracać, dasz mi odpowiedź.

Nie czekając na jego reakcję, weszłam do budynku. Dziękowałam Bogu, że tym razem nie próbował swoich sztuczek, że mogłam spokojnie powiedzieć mu to, co chciałam, ale byłam też przeraźliwie smutna i nieszczęśliwa. Gdy odnalazłam Dankę, opowiedziałam jej o naszej rozmowie i przytuliłam się do niej. Bardzo potrzebowałam pocieszenia.

– Liluś, jestem pewna, że on nie pozwoli ci odejść.

– Nawet nie wiesz, Danusiu, jak bardzo bym chciała, żeby tak było.

– Wiem, ja też nie wyobrażam sobie życia bez Sławka.

– Tylko że Sławek jest inny, on cię tak nie rani i w ogóle zachowuje się dojrzalej, a Franek jest jak małe rozbrykane dziecko, które kocha, ale uwielbia robić na przekór. Jakby próbował sprawdzić granice mojej wytrzymałości.

– Nie martw się. Chodź, jeszcze trochę potańczymy, żebyś tak o tym nie myślała.

Sławek był o dwa lata młodszy od Danki, czyli zaledwie o rok starszy od Franka i faktycznie wydawało się, że jest dojrzalszy niż on, a już na pewno nie robił Danusi takich numerów, jak Franek mnie. Kiedy za jakiś czas okazało się, że Danusia jest w ciąży, nie zrejterował, nie zostawił jej samej, tylko wziął odpowiedzialność za swoje czyny i jako zaledwie osiemnastoletni chłopak stanął na ślubnym kobiercu ze swoją ukochaną, a rodzina, którą wtedy założyli, przetrwała do dziś, choć różnie bywało. Nie wiem, jak by to było, gdyby to nam z Frankiem przydarzyła się taka wpadka. Na szczęście los sprawił, że ominęło nas to doświadczenie, choć czasami żałowałam, że tak się nie stało.

Gdy dyskoteka się zakończyła, Danka została ze Sławkiem, miał ją potem jeszcze odprowadzić, zaś my wszyscy ruszyliśmy w stronę głównej drogi. Czekałam na odpowiedź Franka, więc oboje zwolniliśmy nieco, żeby spokojnie porozmawiać. Trzęsło mną, jakbym zmarzła, lecz to były tylko emocje.

– I jaka jest twoja odpowiedź? – zapytałam.

– A jak myślisz?

– No nie wiem.

Uśmiechnął się, ale nie chciał jasno sprecyzować, na co się zdecydował. Zaczął się nawet ze mną droczyć. Trochę mnie to zdenerwowało, bo chciałam już naprawdę wiedzieć, co z nami będzie.

– No odpowiedz mi! – ponaglałam.

– Powiem ci, jak będziesz wsiadała do autobusu.

Od razu przypomniała mi się sytuacja, kiedy chciałam powiadomić Bogdana, że z nim zrywam. A to skojarzenie bardziej mnie wystraszyło, niż ucieszyło. Dopiero jak zobaczyliśmy nadjeżdżający autobus, Franek powiedział:

– A to jest moja odpowiedź. – Mówiąc to, przyciągnął mnie do siebie i pocałował. – Czyli co? – zapytałam, gdy na chwilę przestał. – To miał być pocałunek na pożegnanie?

– Nie, to miał być pocałunek na pogodzenie, nie ma mowy o żadnym zrywaniu i odchodzeniu.

– Czyli że się zmienisz? – spytałam z ogromną nadzieją w głosie.

– Postaram się to dla ciebie zrobić. – Znowu mnie pocałował. Tym razem już krótko, bo autobus właśnie zatrzymał się na przystanku.

Wsiadając, krzyknęłam:

– Musimy jeszcze o tym porozmawiać, i to jak najszybciej!

– Będę w piątek. – Usłyszałam na sam koniec, ponieważ kierowca zamknął nam drzwi, jak gdyby chciał nas ostatecznie rozdzielić.

Uśmiechałam się pod nosem, choć wciąż miałam obawy. Przecież tyle razy mi to obiecywał, a po krótszym lub dłuższym czasie wszystko wracało do normy, czyli dalej robił źle i mnie ranił. Czy teraz też tak będzie? Jak długo? Czy wreszcie coś do niego dotarło?

* * *

W piątek, kiedy wychodziłam z pracy, nie zobaczyłam go i smutek wrócił ogromną falą. Pomyślałam wtedy, że to by było na tyle, jeżeli chodzi o jego „obietnice”. A po chwili cichutka nadzieja podpowiedziała mi, że może miał zamiar przyjść do mnie do domu. Gdy do siedemnastej się nie zjawił, pościeliłam sobie łóżko, przebrałam w piżamę i wskoczyłam w pielesze. Chciało mi się znowu płakać. Żeby o nim nie myśleć, wzięłam książkę i zaczęłam czytać. Nagle około osiemnastej trzydzieści ktoś zapukał do drzwi. Myślałam, że to mama zapomniała kluczy. Gdy otworzyłam, za progiem zobaczyłam Franka i Beatę. Aż mi się głupio zrobiło, że jestem już w piżamie, lecz moja radość była ogromna. Powiedzieli mi, że chcą, abym w sobotę przyjechała na Załęże i załatwiła z mamą pozwolenie na nocowanie, ponieważ Student robi imieniny i mnie zaprasza. Wiedziałam, że to nie będzie łatwe po ostatniej awanturze z mamą, kiedy chciała, żebym zerwała z Frankiem i całym tym towarzystwem. Poinformowałam ich, że będzie trudno, i powiedziałam też, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby sprawę pozytywnie załatwić.

– Jeżeli przyjedziesz, będziemy mogli spokojnie porozmawiać – szepnął mi Franek do ucha, gdy się już ze mną żegnał.

Tym razem nie poszłam odprowadzić ich na przystanek – nie chciało mi się przebierać z piżamy – lecz oni nie mieli mi tego za złe. Kiedy mama wróciła do domu, powiedziałam jej o zaproszeniu i zapytałam, czy pozwoli mi jechać na te imieniny z noclegiem. Oczywiście zapewniłam, że będę spać u Danusi, choć wiedziałam, że to nieprawda, ale nie mogłam być do końca szczera, bo nie pozwoliłaby mi pojechać. Na szczęście mama była w dobrym humorze i się zgodziła.

W sobotę zjadłam obiad nieco wcześniej, odpowiednio się przygotowałam, wzięłam wszystko, czego potrzebowałam, i pojechałam na Załęże. Mamy Franka nie było, więc zanim poszliśmy do Studenta, mieliśmy czas na spokojną rozmowę. Nawiązałam do tego, o czym mówiłam na dyskotece. Wymogłam na nim przyrzeczenie, że będzie pił tylko wtedy, kiedy ja mu na to pozwolę, i że będzie mnie we wszystkim słuchał. I wiecie co? Pierwszy raz odkąd byliśmy razem, nie buntował się z tego powodu. A wiem, jak było to dla niego trudne. Przecież on – buntownik z natury – nie cierpiał, jak ktoś mu rozkazywał czy za niego decydował. Lecz ja chciałam dobrze się bawić i pokazać mu, że bez alkoholu, czy też tylko po jego niewielkiej ilości, można to zrobić.

U Studenta nie pojawiło się dużo gości, tylko Mirek, Beata, Janusz Liszak, jeszcze dwoje, których nie znałam, no i rzecz jasna my z Frankiem. Wcale mi to jednak nie przeszkadzało. Nie było Marka, Dżejsona ani Osła. Niestety, Danusi, Sławka, Jagody i Adama również. Sławek nie mógł wpaść, więc Danka bez niego przyjść nie chciała. Jagoda w ostatniej chwili musiała z jakiegoś powodu zrezygnować, a Adam wyjechał już do Wojskowej Akademii Morskiej szkolić się na marynarza, oczywiście w ramach służby wojskowej.

Piłam tylko wino, chłopcy mieli wódkę, nie było jej dużo i kiedy się skończyła, też przerzucili się na wino. I tylko dlatego, że między jednym a drugim kieliszkiem następowały duże odstępy, a po każdym kieliszku posłusznie wcinał jakąś zagrychę – pozwoliłam Frankowi wypić wszystkie toasty. Okazało się, że przez całą imprezę można było pić i nie być pijanym. Przetańczyliśmy razem wszystkie piosenki, uczyłam go tańczyć z obrotami, żartowaliśmy i śmialiśmy się, ale nie było żadnych wygłupów. Był czuły, uważny, delikatny, dowcipny i opiekuńczy. Pokazał mi, że potrafi myśleć i zachowywać się dojrzalej. Czułam się tak szczęśliwa, że nie próbowałam nawet stawiać sobie pytania: jak długo taki będzie? Po prostu nie chciałam sobie psuć humoru.

Pierwszy poszedł Mirek, potem tamta dwójka, na końcu i Liszak się gdzieś ulotnił – mieszkał obok, więc pewnie zniknął w domu. Zostaliśmy tylko we czworo. Student już wtedy kręcił z Beatą, a z tego kręcenia niedługo później „wykręcili” małżeństwo i sześcioro dzieci. Choć Beata wcześnie wyszła za mąż, byli udanym małżeństwem.

Rodziców Studenta nie było w domu, więc przygotował dla nas pokój na piętrze, a oni sami zostali na dole w salonie.

I co mam wam powiedzieć? Byliśmy wreszcie sami, w wygodnych, wprost komfortowych warunkach, w cudownych nastrojach i spragnieni siebie jak nigdy. Czy można się zatem dziwić, że to wykorzystaliśmy? Że szaleństwo, które nas ogarnęło, nie pozwoliło nam zasnąć prawie przez całą noc? Że byliśmy głodni własnej bliskości i tych wspaniałych przeżyć? Że chcieliśmy obdarować siebie nawzajem miłością większą niż cała kula ziemska?

Nic więcej nie powiem, zostawiam to waszej wyobraźni, aczkolwiek po takiej nocy wywiało mi z głowy wszystkie myśli o zerwaniu. Franek obiecał, że tym razem naprawdę postara się zmienić i dostosować do moich wymogów. I szczerze mówiąc, może nie było idealnie, ale zmiany na lepsze wyraźnie nastąpiły. Nie było już przychodzenia na randki w towarzystwie Marka. Osła też starał się unikać – choć może nie do końca, bo coś ze dwa razy się wyłamał, pijąc z nim. Prawie zawsze, gdy się ze mną gdzieś umawiał, przychodził i dotrzymywał słowa, a jak coś mu wypadło i czekałam na niego nadaremno, zaraz na drugi dzień naprawiał, co zepsuł. Oczywiście, to nie była sama idylla, kłótnie też czasem się nam zdarzały, bo w końcu jego trudny charakterek dochodził do głosu, upór i wciąż niekiedy dziecinne zachowania dawały o sobie znać, więc zaiskrzyć momentami między nami musiało. Szybko jednak zażegnywaliśmy te nieporozumienia i nawet jak któraś z kłótni była ostrzejsza, o rozstaniu nie było mowy.

Danusia też zauważyła te zmiany i cieszyła się moim szczęściem. Należy pamiętać, że Franek miał tylko szesnaście lat, a ja naprawdę bardzo dużo od niego wymagałam. Trudno się zatem dziwić, że czasami nie udało mu się sprostać tym wymaganiom. Chciałam, żeby myślał i zachowywał się jak dojrzały facet, którym przecież jeszcze nie był. Pragnęłam, żeby wziął na siebie odpowiedzialność za nasz związek, ale on był wciąż na to za młody. Powoli dojrzewałam już do tego, żeby założyć rodzinę, jemu do takiej decyzji było jeszcze daleko. Musiało upłynąć trochę czasu, żebym zrozumiała, że te różnice są za duże, że za mało jest między nami wspólnych pasji i zainteresowań, że na wiele spraw patrzymy z zupełnie innej perspektywy. Łączyło nas tylko silne uczucie i pożądanie, a to za mało, żeby układać sobie wspólne życie. Gdybyśmy spotkali się parę lat później, to być może by się nam udało – tak zawsze sobie powtarzałam, ale tak naprawdę to było tylko tłumaczenie mojego zaślepienia. Ten związek, tak czy siak, nie miał szans na przetrwanie, choć wtedy tego jeszcze po prostu nie wiedziałam.

Ten w miarę dobry czas trwał około trzech miesięcy, potem powoli znowu zaczęło się psuć. Wówczas cieszyłam się z wyraźnej zmiany w jego zachowaniu, byłam szczęśliwa, że mu na mnie zależy, że próbuje, że się stara. To było dla mnie bardzo ważne.