Rzeź bezkręgowców - Joanna Chmielewska - ebook
lub
Opis

Nowa powieść niekwestionowanej pierwszej damy polskiego kryminału. Kolejna zagadka do rozwikłania. Tym razem to Joanna jest podejrzewana (bo czyż nie Wszyscy jesteśmy podejrzani?) o dokonanie mordu na swoim "ulubionym znajomym". Dialogi skrzące się humorem, wartka akcja, znane i lubiane postacie. Czegóż chcieć więcej. Fragment: - Ostrowski z tej strony, pani Joanno, z zamordowaniem Wejchenmanna nie ma pani chyba nic wspólnego...? Może zbyt szczerze się pani wypowiadała, bo jakoś wszystkim się pani na myśl nasuwa... Tadzio: - Pani Joanno, co jest? Słyszała pani o tym? Agnieszka mnie podpuszcza, żeby panią zapytać, to chyba nie pani rąbnęła tego Wejchenmanna...? Nic nie wiemy, ale sensacja wszędzie! Paweł: - Joanna? Cześć! Zdaje się, ze twoja ulubiona postać z tego świata zeszła? Gdyby ci było potrzebne jakieś alibi, to my chętnie...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 382

Popularność


JOANNA CHMIELEWSKA
RZEŹ BEZKRĘGOWCÓW
© Copyright by Wydawnictwo Klin, Warszawa 2011
ISBN 978-83-62136-29-2
Wydawnictwo Klin Warszawa, ul. Bruzdowa 117H tel. +48 501 686 786, fax +48-22-885-19-53 e-mail: [email protected]
Szczegółowe informacje dotyczące wydawnictwa i następnych książek Joanny Chmielewskiej na stronie www.joannachmielewska.pl
Konwersja: eLitera s.c.

– ...Chodziłam z nią do szkoły. No, nie razem, to znaczy razem, ale oddzielnie, o rany, co ja wygaduję, wcale nie oddzielnie, tylko równocześnie, z tym że do różnych klas. Ona jest ode mnie o przeszło dychę młodsza, w ogóle bym jej nie zauważyła, gdybym się na nią nie natknęła, a już byłam w ostatniej klasie... Chuda gówniara siedziała w wychodku i ryczała tak, że woda się sama spuszczała, nie wiem po co, bo jej łzy cały kolektor mogły spłukać. No to litość mnie wzięła i spytałam, o co chodzi. Już jej się te upusty otworzyły, więc całą spowiedź odpracowała, Klotylda jej dali na imię, dzieci się z niej od urodzenia nabijają, Klocia i Klocia, nazwisko też głupie, Wystrzyk, Klocia strzyka, wołają, i Klocia strzyka. A tymczasem na drugie imię ma Ewa i chce używać tej Ewy, ale przy zapisywaniu do szkoły znów Klotylda wylazła. Tylko w domu mówią na nią Ewa, a i to nie zawsze. Tej Kloci strzyka ma już dosyć i teraz się idzie utopić.

Słuchałam z wielkim zainteresowaniem. Lalka złapała oddech i napiła się wina.

– Powiedziałam, że nie musi nigdzie chodzić, we własnych łzach się zaraz utopi, a ja razem z nią. Ale w histerię wpadła wulkaniczną, więc postanowiłam być dobra, taki szlachetny anioł, zadrażnień żadnych w szkole nie miałam, uczyłam się nieźle, mogłam sobie na te wspaniałe czyny pozwalać, ruszyłam ciało pedagogiczne, wtedy jeszcze istnieli nauczyciele, którzy mieli trochę rozumu, aż do matury pilnowałam, żeby się ta Ewa przyjęła. No i udało się, ale czekaj, bo to nie koniec. Ona się ze mną zaprzyjaźniła na zasadzie bóstwo jestem i trzymała kontakt pazurami i zębami, doroślała przecież, nie? Ja też. Ciągle jakieś takie wzdrygi nerwowe miała, coś się w niej zacinało, jakby jej się psychika po zadziorach tarzała, aż wyszło na jaw, że to tatuś kochany. Upodobania miał chyba takie więcej wojskowe, bo od urodzenia komendy jej wydawał, właściwie jedną komendę, marsz! Mamusia mówiła, czas już spać Ewuniu, tatuś na to: Ewa, marsz! Mamusia: pomóż mi dziecko posprzątać ze stołu, a tatuś: Ewa, marsz! Na spacer wychodzą, tatuś drzwi otwiera i: Ewa, marsz! W dodatku był złośliwy, natrząsał się z niej, tę Klocię wytykał, głupie dowcipy lubił robić, zdaje się, że on z tych, co to chcieli mieć syna, a tu córka, nie podobało mu się, no to ugniatać, ugniatać. No i dlatego właśnie, jak zaczęła pisać, wymyśliła sobie ten pseudonim, Ewa Marsz, trochę na przekór, na złość tatusiowi, niech mu się nie wydaje, że ją zdołował. To jak, skombinujesz mi jej książki?

Całe to przemówienie Lalka wygłosiła jednym ciągiem, nie dopuszczając mnie do słowa i teraz ją wreszcie zatchnęło. Siedziałyśmy w potwornie niewygodnym bistro u znajomego patrona w Paryżu, nie poświęciwszy żadnej uwagi nędznej jakości posiłku, popijając za to całkiem niezłe białe wino i wykorzystując każdą sekundę czasu, którego nam straszliwie brakowało. Ona musiała zdążyć na odbiór dekoracji jakiegoś wściekle eleganckiego holu gdzieś tam, była cenioną projektantką wnętrz, ja zaś nazajutrz o poranku odjeżdżałam do kraju, a jeszcze musiałam po drodze zaczepić o Kopenhagę. Nie wiadomo dlaczego od szkolnych czasów spotykałyśmy się w najbardziej idiotyczny sposób, jaki można wymyślić, w dziwacznych miejscach i zawsze w pośpiechu.

– Ale ona przestała pisać – powiedziałam z urazą, nie kryjąc niezadowolenia z tego faktu. – Już od paru lat żadnej jej książki nie było. Siedem sztuk i cześć.

– A ja mam tylko trzy. Dla Kaśki chciałam, czepia się jak rzep!

– Kaśka czyta po polsku?

– No pewnie! Od urodzenia pilnuję!

Ewa Marsz. Pewnie, że znałam książki Ewy Marsz, były świetne. Czatowałam na kolejne, bezskutecznie. Zaraz, Lalka powinna przecież wiedzieć, dlaczego ona przestała pisać...

Pokręciła głową.

– Nie mam pojęcia. Ten kontakt z nią straciłam od wyjazdu, masz pojęcie, ile to lat? Osiemnaście, prawie dziewiętnaście! Jakieś takie mam głupie uczucie, że ją zostawiłam własnemu losowi i teraz mi łyso, chociaż była już przecież dorosła. No, ledwo co, ale jednak. Zdaje się, że za mąż wychodziła, inaczej się chyba teraz nazywa. A w ogóle to była twarda dziewczyna, tatuś jej nie dał rady, to i nikt nie da. To co, skombinujesz mi...?

– No pewnie. Gdzieś znajdę. Albo ją samą złapię...

Zajmowałyśmy stolik na zewnątrz, przy samym wejściu do lokalu, bo tu akurat było najmniej niewygodnie i widok miałyśmy piękny, na całe skrzyżowanie, a przy tym oszklone boczne ścianki tego zewnętrznego kawałka, na dwanaście stolików, tłumiły nieco hałas z ulicy. Stolik po drugiej stronie drzwi zwolnił się, podeszli nowi goście z pieskiem i natychmiast piesek, doskonale wyrośnięty, niewiarygodnie długi jamnik, znalazł miejsce dla siebie. Uwalił się tuż pod małym, wejściowym schodkiem, w poprzek, pyskiem sięgając stolika swoich państwa, a ogonem naszego. Mnóstwo psów tak się kładzie. W dwie sekundy później z bistra wybiegł kelner z tacą, nie spodziewał się jamnika, gwałtownie spróbował zmienić krok, żeby na niego nie wleźć, potknął się i niepowstrzymanym truchcikiem popędził przejściem między stolikami wprost ku jezdni. Trochę mu to wyszło jak tancerkom w „Jeziorze Łabędzim”, na paluszkach. Nie przewrócił się i nie upuścił tacy, ale doleciał aż do jezdni i omal nie wpadł pod samochód, bo trafił na swoje czerwone światło. Wyhamował tuż za krawężnikiem, zawrócił i z przyjemnym uśmiechem na ustach oraz mordem w oczach obsłużył gości.

W ułamku sekundy pomyślałam, że w filmie mogłaby to być przecudowna scena. Migawka, przerywniczek. A jakiś gruboskórny i prymitywny reżyser zrobiłby z tego ordynarne zamieszanie, które pasowałoby do treści filmu jak pięść do nosa i wół do karety, z komedii realistycznej uczyniłoby groteskę i bezapelacyjnie musiałoby spaskudzić cały dalszy ciąg...

I w tym samym momencie mnie olśniło.

– Zaraz. Czekaj. Czy jej przypadkiem telewizja czegoś nie spieprzyła...?

– O! – ucieszyła się Lalka. – Właśnie! Przecież cały czas o tym mówię!

Na zewnątrz nie było już miejsca, nowi goście weszli do wnętrza knajpy, pokonując jamnika razem ze schodkiem wielkim krokiem. Tuż za nimi to samo uczynił wracający kelner.

– Niech oni zgarną sobie tego psa pod nogi, bo w końcu ktoś na niego wlezie – zdenerwowałam się. – Nic podobnego, o żadnej telewizji słowa nie powiedziałaś.

– Nie...? To widocznie nie zdążyłam albo mnie w gardle zadławiło. Też się martwię tym psem... No dobrze, już nie. Przestałam.

Jamnik litościwie zdjął nam troskę z głowy, bo błyskawicznie, wężowym ruchem, przeczołgał się pod stolik państwa, wyraźnie oczekując jakichś łakoci. Dostał żółty serek i pozostał w tym bezpiecznym azylu, dzięki czemu państwo nie mieli gdzie trzymać nóg. Ich nogi jednakże snu nam z powiek nie musiały spędzać.

– No! – popędziłam Lalkę niecierpliwie. – Upewnij mnie. Bo już sobie przypomniałam, że jej spieprzyli.

Oderwała wzrok od psa i kiwnęła głową.

– I to chyba przeraźliwie, mnie w każdym razie zemdliło. No i rozumiesz, rzecz w tym, że Kaśka po różnych językach lata, francuski, to nic dziwnego, w końcu tu ją urodziłam i tu chodziła do szkoły, ale angielski, niemiecki, włoski, teraz się łapie za hiszpański i grecki po niej chodzi...

– Ale mówisz, że i polski...?

Lalka ciężko westchnęła.

– Otóż to. Tak samo go traktuje jak wszystkie inne. A ja bym chciała, żeby lepiej. I czekaj, tu właśnie te kamienie sypnęły mi się pod nogi. Ona czyta, dlaczego nie, ale znasz współczesną literaturę, co bardziej okrzyczane, to większy gniot psychiczny, arcydzieło, po którym absmak zostaje, całkiem jak te potrawy dietetyczne, dla przyjemności nic. A jeśli nawet, to nie nasze, różne obce, więc jej specjalnie chciałam zaserwować Ewę Marsz. Tymczasem przysłali mi kasety, dwa filmy, telewizja Ewę nakręciła i mnie też skręciło, w dwunastnicy. Kaśka obejrzała, rozmiaru bubla nie doceniła, powiedziała, że przeciętna może nie chała, ale chałka i nie widzi powodu, żeby się do tego rwać...

– A te trzy, które masz...?

– No właśnie, te trzy tak, ale sama wiesz, że następne są lepsze. I nawet chciała te następne, bo pierwsze jej się spodobały, ale obejrzała filmy i chęci jej przeszły, ale zaraz potem obejrzała mnie, a możliwe, że jakiegoś ataku dostałam, a jak już rzuciłam w Marcela pilotem i podeptałam okropnie drobne części zamienne do kosiarki wielofunkcyjnej...

Zdziwiłam się.

– Dlaczego akurat kosiarki?

– Myślałam, że to kaseta wideo, kolorystycznie wyglądało podobnie. Teraz nie możemy tych funkcji zastosować, ale nie w tym rzecz. Kaśkę moje efekty specjalne zainteresowały, prawie się ze mną pokłóciła i teraz Ewę Marsz chce koniecznie. Ja zresztą też. Możliwe, że trochę temu brakuje logiki, ale ja ci skrótowo opowiadam...

Pokręciłam głową, bo żadnej logiki mi nie brakowało, i złapałam przebiegającego kelnera.

– Encore une fois, je vous prie – powiedziałam grzecznie, wskazując kieliszki. – Nie, ja wszystko rozumiem. Też bym się uczepiła, gdyby ktoś do mnie wrzeszczał „to sama zobacz, to sama zobacz”, nawet jeśli kretyn...

– Kretyn tym bardziej. Zawsze jakieś studium umysłu i charakteru.

– No owszem, możliwe. Gdzieś znajdę i przyślę ci DHL-em, bo w żadne poczty nie wierzę. A swoją drogą, ja ci nie wymawiam, broń Boże, ale dlaczego nie dorwałaś tego za ostatnim pobytem? Jeździsz przecież do Warszawy?

– Nie jeżdżę – zaprzeczyła Lalka złym głosem i ponuro wpatrzyła się w marsjanina, z wysiłkiem wpychającego na chodnik przed knajpą straszliwie dekoracyjną hondę. Źle mu to jakoś wychodziło. Zawahałam się przed zadaniem następnego pytania, ale odniosłam wrażenie, że ona na nie czeka.

– Bo co...?

– Bo jestem podła.

– Co ty powiesz? – zdziwiłam się znów, tym razem uprzejmie.

Od szkolnych czasów Lalka się prawie nie zmieniła, bez wątpienia starsza była obecnie niż w chwili zdawania matury, trochę zmarszczek ją obsiadło, nie farbowała włosów i w ciemnej fryzurze ozdobnie błyskały srebrne niteczki, ale ani figura, ani charakter nie doznały żadnego uszczerbku. Podła nie była nigdy, awanturnicza owszem, niecierpliwa, żywa, aktywna, odrobinę lekkomyślna, czasem uparta i despotyczna, jednakże nie podła.

Czekałam na ciąg dalszy.

– Przestałam jeździć, bo już nie wytrzymuję narzekań mojej matki – wyznała z irytacją. – Teraz niech ta małpa wysłuchuje jojczenia, ja mam dosyć.

– Jaka małpa?

– Moja siostra. Ustawicznie wszystko było na mnie, uciekłam do Francji, ale nie pomogło, każde wakacje, każde święta, każde ferie, każdy długi weekend, wariactwo, wszystko w Warszawie, ledwo czasem w sobotę i niedzielę udawało nam się wyskoczyć nad morze, bo w góry nie, do gór za daleko, a do morza ledwo dwieście dwadzieścia, ale to nie na urlop przecież! Urlop w Warszawie!

– A z matką gdzieś pojechać...?

– Ona nie chce. Nigdy nie chciała. Nie cierpi lasu, nienawidzi morza, nienawidzi gór. Nie znosi w ogóle podróży, a na zabytki patrzeć nie może. Do samolotu nie wsiądzie za skarby świata, na żaden statek tym bardziej, transatlantyk na Jeziorku Czerniakowskim, to też będzie rzygała, w samochodzie histerii dostaje!

– Choroba lokomocyjna?

– Jaka tam choroba, po mieście może jeździć całą dobę na okrągło. Chociaż ogólnie woli w domu, masz siedzieć z nią w domu i ją zabawiać, a zabawianie polega na tym, że ona narzeka, a ty masz kiwać łbem i pocieszać. Narzeka na wszystko. Na wodę, na światło, na sracze, na deszcz i na słońce, na mróz i na upał, na ustrój, na żarcie, na służbę zdrowia, na drzwi skrzypią, okno szczęka, na telewizor mży, na sąsiedzi grają, drą mordy, warczą...

Sąsiedzi...? Rany boskie!

– Czekaj, moment, ona mieszka tam, gdzie kiedyś mieszkałaś?

– No pewnie. I teraz już sama. O, na sprzątaczkę, na samotność, jeszcze ojciec żył i Miśka mieszkała w domu, a już narzekała na samotność. A ludzi nie trawi, gości sobie nie życzy...

No tak. Czteropokojowy apartament w przedwojennej willi, mury grube, izolacja akustyczna idealna, sąsiedzi tylko z jednej strony, bo z drugiej ogródek, to któż tam obecnie mieszka? Orkiestra strażacka ćwiczy?

– Córeczki są upragnione – ciągnęła rozdrażniona Lalka. – O, na Miśkę też narzeka, tak blisko, a wcale jej nie ma. Fakt, Miśka się zawsze migała z wielkim talentem, ale ja już mam dosyć. Przyleciałam kiedyś, raban straszny, wyrwałam dzień wolny, w nocy odwalałam robotę...

– Masz nienormowany czas pracy – przypomniałam, usiłując ją pocieszyć.

– Wypchaj się. Wiesz, co to było? Do apteki iść, bo doktór recepty zostawił. Czegoś tam na ciśnienie za dwa dni by jej zabrakło, a katar miała, więc nie mogła wyjść z domu. A jutro przychodziła sprzątaczka. To ja, cholera, z Paryża leciałam, żeby pójść do apteki! Więcej się narwać nie dałam i zbuntowałam się wreszcie, przestałam jeździć do ojczystego kraju. Od pięciu lat już nie jeżdżę, najwyżej raz do roku na dwa dni. I te dwa dni na Akacjowej spędzam. Marcel i Kaśka jadą ze mną z litości, ale nie spędzają, pozwalam im się urywać.

Obejrzałam się za kelnerem i uczyniłam właściwy gest. Marsjanin ustawił wreszcie hondę na chodniku, zdjął z siebie częściowo oprzyrządowanie kosmiczne i okazał się młodziutką i wiotką blondyneczką. Hondę natychmiast obsikał z wielkim zapałem prześliczny dalmatyńczyk, czekający na zielone światło ze swoją panią na smyczy. Pomyślałam, że gdyby to nie była pani, tylko pan, biedny pies zostałby pozbawiony możliwości poddania się naturalnym odruchom wyłącznie z uwagi na blondyneczkę.

– No to taka podła możesz być – zezwoliłam. – Ten rodzaj podłości popieram. Bo rozumiem, że mamusia ma z czego żyć?

Lalka wzruszyła ramionami.

– Daj nam Boże wszystkim połowę tego, przecież jeszcze po dziadkach zostało.

– A Miśka co?

– Pyskuje. Niech pyskuje, póki jej dzieci były małe, nic nie mówiłam, ale teraz? A mamusia ma dużą siłę przebicia, da sobie z nią radę. O rany, rozgadałam się, ale wiesz, dobrze mi to zrobiło, pękł we mnie szkodliwy balon. Ty zresztą, o ile wiem, masz w tej kwestii dosyć rewolucyjne poglądy, może dlatego właśnie na ciebie padło. Zaraz, która to...?

Kelner postawił przed nami nowe kieliszki. Lalka spojrzała na zegarek.

– O, zdążę. Metrem jadę, stąd na miejsce potrzeba mi ośmiu minut. My głupie jesteśmy, trzeba było od razu zamówić całą flachę. Zdaje się, że już dawno słyszałam od ciebie coś o tych samotnych, na których nikt nie czeka...?

– Nienawidzę pijawek – wyjaśniłam bardzo spokojnie i grzecznie, tylko pozornie bez związku. – Obrzydliwe są dla mnie, jako rodzaj fauny...

– Fauny...? – wyraziła niepewność Lalka.

– No, nie flory przecież! Co one są, płazy, gady, insekty? Nie skorupiaki, to pewne.

– Insekty fruwają.

– Zależy, w jakiej postaci. Nawet motyle w charakterze gąsienic pełzają.

– A motyl to insekt?

– Cholera, głowy nie dam. Ogólnie biorąc, owad, tak mi się wydaje. Ale komar...?

– Widziałaś kiedy gąsienicę komara...?

– Nie, a ty?

– Też nie. Słuchaj, nie jesteśmy przecież pijane? O czym my mówimy?

– O poglądach na charaktery ludzkie – przypomniałam i zdaje się, że zabrzmiało to jakoś jadowicie. – A trzeźwe jesteśmy jak świnie i zaraz to sobie udowodnimy, rozstrzygając kwestię pijawek. Czego one nie mają na pewno?

Lalka się spłoszyła.

– O rany, jak w szkole. No, na pewno nie mają nóg. I skorupy, sama mówiłaś.

– Co do narządów wewnętrznych, powątpiewam w istnienie serca...

– Serca, gwarantowane! Wysysają bezlitośnie!

– Miałam na myśli organ jako taki, nie uczucia...

– Uczucia wykluczam stanowczo – uparła się Lalka. – I stanowczo wątpię w mózg!

– Ja wątpię także w wątrobę, nerki, śledzionę i płuca – poparłam ją. – Chociaż płuc nie będę się czepiać, bo i skrzela mi nie pasują. Żołądek, o! Przewód pokarmowy! Wnioskując z tego, jak zmieniają swoje gabaryty i, powiedzmy, figurę... w trakcie ssania, pijawki składają się wyłącznie z przewodu pokarmowego!

– Jak wąż z ogona...?

– Dokładnie.

– Jesteś pewna?

– Widziałam to na własne oczy. Mają przewód pokarmowy i na tym koniec ich stanu posiadania.

– No, kręgosłupa moralnego też bym się po nich nie spodziewała – westchnęła Lalka w nagłej zadumie.

Patrzyłam na nią przez całą sekundę.

– No i widzisz, jaka jesteś nie dość, że trzeźwa, ale i mądra? Przypomniałaś mi, już wiem, co one są. Bezkręgowce. I w dodatku jeszcze chodzi mi po głowie, że płazińce, za płazińce zabić się nie dam, ale nazwa jest dostatecznie obrzydliwa, żeby do nich pasowała. Przyjmijmy płazińce, chcesz?

Lalka zgodziła się chętnie.

– Wracajmy do początku, który, sama sobie się dziwię, doskonale pamiętam. Pijawki są dla ciebie obrzydliwe...

– Jako płazińce. Zarówno ze względu na poczucie estetyki, jak i na efekty bezpośredniego kontaktu z nimi. Sposób egzystencji mają ustabilizowany, pasożyty, bez wysysania drugiego żywego organizmu nie mogą istnieć...

– Ale miało być o ludziach...?

– I właśnie zaczyna być. Do diabła z pijawkami, akurat najwstrętniejsze, ale ogólnie miałam na myśli pasożyty. Przytrafiają się śliczne, na przykład jemioła, nie posłużę się przecież czymś pięknym, żeby wyeksponować negatywny stosunek do tego, nie? Pijawki zrozumie każdy, jemiołę rzadko kto.

– Przyjmij, że ja jestem rzadko kto – zaproponowała żywo Lalka.

– Przyjmuję. Otóż generalnie nienawidzę żerowania na niczym... nie tak, na nikim, skoro mówimy o ludziach. Nienawidzę żerujących. Nienawidzę tych wszystkich pustych w środku, którym najłatwiej napełnić się, zapchać cudzym żywym materiałem, znajdującym się pod ręką, łatwo dostępnym. Materiał niech się wysuszy, niech się wyjałowi, niech zdechnie, pasożyt ma to w dupie, jeszcze zgłosi pretensje, że tworzywo zbyt mało zniosło. Natychmiast postara się znaleźć następne. Nienawidzę takich, nie dam tej pijawce nic, niech się zagłodzi, niech sama zdechnie, nie mam w sobie cienia litości, zero, nie mam także litości dla tych współczujących głupów, cepów, kretynów, którzy jej pożywienie podetkną. Szkodliwe elementy, troskliwie hodują pijawkę. Porąbane osły. A ponieważ mowa o ludziach, których biologiczny stan posiadania zdecydowanie pijawkę przewyższa, niech ruszą swoje człowieczeństwo. Niech się przebiją przez swoje śmierdzące lenistwo, upieram się dziko, że pasożytnictwo w dziewięćdziesięciu procentach pochodzi z lenistwa. Niech się powieszą. Ale nawet sznurka im nie dam!

– Zacięta dosyć jesteś – zauważyła Lalka z rosnącym zainteresowaniem. – Skąd ci się to bierze? Znamy się przecież od wieków?

Jednakże wino miało swój wpływ na szczerość.

– Niedostatecznie – westchnęłam. – Otóż, nie zauważyłaś może, ja w sobie miałam pasożytnicze skłonności. Możliwe, że mam nadal. Z tym że mieszczę się w tych dziesięciu procentach, co nie z lenistwa, a chyba przeciwnie, zawsze chciałam za dużo i chętnie bym wyssała zewsząd pomoc do tego „za dużo”. W skłonnościach połapałam się dosyć wcześnie, niewątpliwie przy pomocy otoczenia, które wcale nie chciało być dojone, a ile wysiłku mnie kosztowało, żeby je pohamować, te skłonności, wyobrazić sobie nie potrafisz. Umęczyłam się jak dzika świnia za pługiem na przednówku, przegięłam pałę, sama pozwoliłam się doić, znów musiałam wprowadzać korekty, jak Boga kocham, katorga i galery. Nie darmo na widok francuskiej tablicy informacyjnej na autostradzie „Travaux”, zwykłe roboty drogowe, we mnie samo się lęgnie „Travaux forces”, ciężkie roboty, wyrok dla galernika. No dobrze, ale skoro ja mogłam dać temu radę, każdy może. Zacięta się zrobiłam, jak wszyscy diabli.

Lalka przez chwilę milczała zamyślona, wpatrzona w seksownie przyodzianą panienkę, konwersującą z facetem w samochodzie o trzy metry od nas. Nie uzgodnili sprawy, facet odjechał, panienka została, zdziwiło mnie to, ładna była. Lalka się ocknęła.

– Ciekawe, w dawnych czasach nigdy tego u ciebie nie zauważyłam, o ile pamiętam, to ja sama nawet kiedyś pasożytnęłam na tobie...

– Iii tam, takie pasożytnictwo! Przyjemność mi sprawiło.

– No rzeczywiście, ciemno, wicher, deszcz ze śniegiem... No nic, rozumiem. Z oporem dochodzę do wniosku, że chyba masz rację.

Zaciekawiła mnie.

– Dlaczego z oporem?

– Bo gdybyś miała rację, sprawiłoby mi to zbyt wielką przyjemność. Więc muszę brać pod uwagę, że zgadzam się z tobą nie na rozum, tylko dla przyjemności. Mylące, nie?

Zastanowiłam się, co będzie po kolejnym kieliszku wina. Mnie nic, do hotelu mam parę kroków, ale Lalka...? Metrem, niemożliwe jest nie trafić metrem, robotę odwaliła, ekipę wykonawczą ma stałą i godną zaufania, o szesnastej kontrolowała stan pomieszczenia, teraz powinna już tylko przyjmować zachwyty i gratulacje, a w razie jakichś głupkowatych zastrzeżeń, wino pomoże jej zachować pogodę ducha. Ale gdyby co...? O kurczę, wszystko musi być gotowe na ósmą rano, noc roboty... Dam jej może odtrutkę, mam przy sobie...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki