Rzeczy, które spadają z nieba - Selja Ahava - ebook
BESTSELLER

Rzeczy, które spadają z nieba ebook

Selja Ahava

3,6

52 osoby interesują się tą książką

Opis

Mała dziewczynka traci matkę, kiedy z nieba spada bryła lodu. Kobieta dwa razy wygrywa na loterii. Pewien mężczyzna został cztery razy rażony piorunem. Czy jedno zrządzenie losu może zmienić prostą ścieżkę w skomplikowany labirynt?

Rzeczy, które spadają z nieba" to opowieść o trojgu ludziach, których życie na zawsze odmieniają przypadkowe wydarzenia.

Selja Ahava, jedna z najbardziej lubianych fińskich powieściopisarek, łączy ich historie w niezapomnianą opowieść o sile miłości, upływie czasu i bólu związanym ze stratą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 200

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:

Popularność




Selja Ahava

Rzeczy, które spadają z nieba

Przekład: Justyna Polanowska

Original title: Taivaalta tippuvat asiat

© Selja Ahava, 2015

Published originally in Finnish by Gummerus Publishers

Published by agreement with Helsinki Literary Agency (Helsinki, Finland)

© for the Polish translation and edition by Grupa Wydawnicza Relacja, 2021

This work has been published with the financial assistance of FILI – Finnish Literature Exchange

Redakcja: Ewa Pawłowska

Korekta: Kamila Wrzesińska

Okładka: Ewelina Malinowska

Skład: Sylwia Budzyńska

ISBN 978-83-66750-42-5

Wydawnictwo Relacja

ul. Łowicka 25 lok. P-3

02-502 Warszawa

www.relacja.net

ZAMUROWANA PANNA

1

– O czym tak myślisz tam z tyłu? – pyta mnie tata, zerkając w lusterko wsteczne.

Nasze spojrzenia się spotykają.

– O niczym – odpowiadam.

Dojeżdżamy do stacji benzynowej Teboil i skręcamy w prawo. To jest to skrzyżowanie, na którym skręcasz w prawo, jeśli jedziesz do Zbyt Wielkiego Dworu, i w lewo, jeśli chcesz dotrzeć do Trocinowego Domu. Teraz najczęściej skręcamy w prawo.

Dorośli zawsze pytają, o czym myślą dzieci. Ale ja sądzę, że mogliby się zmartwić, gdyby dzieci im powiedziały. Jeśli na przykład masz trzy lata i jest wietrzny dzień, to lepiej nie gapić się na horyzont i mówić: „Zastanawiam się tylko, skąd się bierze wiatr”. Lepiej powiedzieć, że bawisz się w helikopter. A kiedy masz pięć lat, to lepiej nie pytać za dużo o śmierć ani o skamieliny, bo dorośli nie chcą myśleć o śmierci ani o tym, czy postaci z bajek się starzeją, ani o tym, jak Jezus umierał na krzyżu. Kiedy byłam mała, myślałam, że babcia mamy zmieniła się w skamielinę, bo umarła dawno temu. Ale teraz wiem, że skamieliny robią się z paproci, ślimaków albo dinozaurów, ale nie z babć czy ludzi.

Dlatego dorośli myślą sobie, że siedzące na tylnym siedzeniu dziecko liczy jadące z naprzeciwka ciężarówki albo litery na znakach drogowych, albo udaje, że palce to księżniczki, ale tak naprawdę dziecko może myśleć choćby o konturach dorosłego lub czasie.

Dużo myślę o czasie. Mam w mózgu szare komórki, tak jak Herkules Poirot. Używam ich do myślenia o tym, jak czas płynie naprzód i leczy rany. Dorośli mówią, że czas leczy rany, a to oznacza, że gdy czas upływa, wtedy to, co się wydarzyło, staje się wspomnieniem, które potem pamiętasz coraz słabiej. I gdy nie pamiętasz już prawie nic, to oznacza, że czas cię uleczył.

Ale ja nie chcę nie pamiętać mamy. Chcę pamiętać ją dobrze, bez samolotu, bez kawałków lodu i bez dziury w werandzie. Chcę pamiętać mamę taką, jaka była normalnie.

MAMA NORMALNIE. Mama kręci się po domu w futrzanych kapciach i wielkim swetrze taty. Robi z koca gniazdo w rogu kanapy, opatula mnie i dopiero wtedy idzie po drewno do szopy. Potem mama ubiera mnie przed piecem. Najpierw otwiera drzwiczki, ogrzewa ubranie przy ogniu i wytrzepuje z nich zimno, a później rozbiera mnie i ubiera tak szybko, jak tylko się da. Mama odśnieża podwórko w niebieskiej czapce i obejmuje kubek herbaty dłońmi, żeby je rozgrzać.

Taka jest mama normalnie.

Tata mówi, że powiedzenie „Czas leczy rany” to gówno prawda. Według taty tak mówią tylko ci, którzy nic w ogóle nie rozumieją i nigdy przez nic złego nie przeszli. A moje szare komórki myślą, że tata może mieć rację, bo – przynajmniej u mnie – jeszcze nic się nie zagoiło, chociaż wakacje już się zaczęły.

I tak siedzę sobie na tylnym siedzeniu, opowiadam „o niczym” i myślę o uzdrawiającej mocy czasu. Na wszelki wypadek postanawiam, że będę wspominać mamę każdego dnia, zanim czas za bardzo uleczy rany.

Wycieraczki szorują po szybie, a na oknach zbiera się para z naszych mokrych ubrań. Tata wjeżdża na pełnym gazie w kałużę; lubi, kiedy woda chlapie na wszystkie strony.

Pada deszcz.

Teraz pada codziennie. Pani w szkole mówi: „Ej, nie jesteśmy z cukru”. Zakładamy przeciwdeszczowe spodnie, kurtki i kalosze i idziemy na dwór. Myślę o dzieciach z cukru, które rozpuszczają się w deszczu. Na szkolnym podwórku zostają po nich tylko słodkie i lepkie ubrania przeciwdeszczowe.

W Trocinowym Domu tata zawsze się bał, że dach zacznie przeciekać, strych zgnije i nagle będzie już za późno. Mama mówiła, że tata dramatyzuje i zawsze robi z igły widły.

Ale teraz ze wszystkiego robią się widły. A tata ledwo zauważa deszcz. Teraz tacie zdarza się piłować w deszczu gałęzie i przemakać do suchej nitki, ale ciocia mówi tylko:

– Daj mu się trochę zmachać.

Teraz codziennie odbierają mnie ze szkoły autem. Kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Trocinowym Domu, mama przyjeżdżała po mnie tylko wtedy, gdy padało. Mama po pracy śmierdziała papierosami. W kołnierzyku koszuli miała szpilki z główką, na palcach farbę, a włosy upięte w roboczy kok.

MAMAW PRACY. Miejsce, w którym pracuje mama, jest pod ziemią. Śmierdzi w nim kurzem, papierosami i starymi ciuchami i jest zawalone rzeczami od podłogi aż po sufit. Mama ma wielkie złote nożyce, którymi tnie materiał, i na nadgarstku aksamitną poduszeczkę pełną szpilek. Ma jeden długi paznokieć, którym zagina na materiale ostre kanty. Z jej roboczego koka sterczy długopis.

Nikomu nie wolno dotykać nożyczek mamy. Na noc mama odwiesza nożyczki na hak.

Taka jest mama w pracy.

2

W końcu auto skręca w alejkę wiodącą do Zbyt Wielkiego Dworu. Kończę rozmyślania i rysuję białą linię wokół kawałków mamy. Kiedy zatrzymuję w ten sposób myśli, mogę je potem przywołać, z tego samego miejsca.

Kocham tę alejkę. Kiedy w nią skręcasz, nagle pojawia się przed tobą prosta, wiekowa, obsadzona drzewami droga. Aksamitna zasłona się rozchyla, światło zmienia, rozbrzmiewa muzyka. Muzyka skrzypcowa. Zaprzęg konny biegnie, peleryna woźnicy powiewa na wietrze. Na końcu drogi wyłania się Zbyt Wielki Dwór.

Gdy budynek jest wystarczająco stary, przestaje wyglądać jak zbudowany przez człowieka. Ożywa tak samo jak omszały kamień czy stare, wielkie drzewo. Wyobrażam sobie, że Zbyt Wielki Dwór wyrastał z ziemi jak grzyb – najpierw pojawił się kamienny krąg, a później z jego wnętrza wyrósł czerwony kształt, który zastygł i zmienił się w ściany. Z upływem czasu belki się wydłużały, a okna otwierały. Wieża wystrzeliła w górę i dach się umocnił, mech pokrył kamienną podmurówkę, a kolor na ścianach zblakł. Tak narodził się Zbyt Wielki Dwór.

Dęby i klony wyginają się nad nami w łuk, tworząc zielony tunel, a żwir chrzęści pod stopami. Trochę tak, jakbyśmy wkraczali w świat magii albo tunel czasowy. Czas rozpada się na kawałki, a Dwór otwiera przed nami.

– Tato, zwolnij.

Do miejsc takich jak te należy wjeżdżać powoli. Wcześniej ludzie szlachetnie urodzeni przybywali konno, a konie gości miały własną stajnię.

Owce cioci stoją na trawniku przed głównymi schodami, po reprezentacyjnej stronie. Jest osiem białych i trzy czarne. Ludzie mówią o owcach, że są czarne, choć tak naprawdę chodzi im o brązowe. Tak samo o rybach mówi się, że pływają, choć tak naprawdę nurkują.

Bruno jest najbardziej oswojoną z owiec cioci. Kiedy do niego podchodzę, mówi „bee” i tryka mnie głową w udo. Jeszcze nie potrafi mnie odepchnąć, ale dorosła owca może mnie przewrócić jednym szturchnięciem. Owce mają twarde czaszki.

Bruno jest łagodny, bo od niemowlaka karmiłam go butelką ze smoczkiem. Teraz myśli, że jestem jego mamą, i kiedy przechodzę obok, zawsze podchodzi do ogrodzenia i beczy. Bruno jest czarny, czyli brązowy, a jedno ucho zwisa mu niżej niż drugie, bo jego mama próbowała mu je odgryźć. Owca nie zawsze wie, które dziecko jest jej, choć przed chwilą wyszło z jej pupy. Takie są głupiutkie.

Bruno był pewien, że chce żyć, i dorwał się do butelki jak dziki. Mleko tryskało na wszystkie strony, butelka się zasysała, a pyszczek Bruna siorbał i mlaskał. Patrząc na niego z góry, można było zobaczyć, jak jego brzuszek rośnie i wypełnia się ciepłym mlekiem. Karmienie Bruna to żadna sympatyczna robota. Nie nadawałaby się do książek dla dzieci, bo gdy trzymałam butelkę, ręce miałam całe mokre od mleka.

Teraz Bruno umie już jeść trawę.

Dzisiaj owce wyglądają kiepsko i żadna nie robi „bee”. Leżą wyciągnięte na trawniku z nogami podkulonymi pod brzuchem. Leżą zawsze w tych samych grupkach. Brązowe przyjaźnią się między sobą, a białe tworzą dwie osobne grupki. Patrzą na siebie tak, jakby nie rozumiały, co te drugie robią w tej samej zagrodzie.

Kiedy mocno pada, ich wełna robi się oklapła i wyglądają na chude i zmoknięte. Ciocia powiedziała mi, że kiedy się wrzuci owcę do wody, to utonie.

Z małego komina Zbyt Wielkiego Dworu leci dym, a to oznacza, że ciocia Annu napaliła w kuchni. To dobrze, bo inaczej w kuchni jest tak zimno, że nie masz ochoty zdejmować kurtki.

Wiem, że nie powinno się narzekać na zimno, gdy się mieszka we Dworze.

3

Kiedy miałam sześć lat, ciocia Annu raz trafiła siódemkę w totka. Zapowiadał się prawdziwy Podwójny Jackpot, a to tak dużo pieniędzy, że aż trudno to wytłumaczyć. To więcej niż zdobyć Gwiazdę Afryki w grze planszowej – diament wart więcej niż wszystkie rubiny i pieniądze, jakie tylko można sobie wyobrazić. Kiedy tyle wygrywasz, musisz sobie przemyśleć pewne sprawy na nowo. Takie jak na przykład to, czy chcesz dalej chodzić do pracy i grać jeszcze w Gwiazdę Afryki. Albo czy chcesz się przeprowadzić, rozpocząć lekcje jazdy konnej albo kupić brylanty. Potem musisz się zastanowić, co jest w życiu ważne. Oczywiście, że rodzina, ale to akurat nie ma nic wspólnego z pieniędzmi. A poza tym ciocia Annu nie ma rodziny, bo nie ma żadnych dzieci. A do tego musisz uważać na złodziei. I chociaż wygrałeś w totolotka, to raczej nie polecisz w kosmos, pieniądze nie dadzą ci szczęścia, a w domu nie zjawi się służba.

Pojechaliśmy do cioci Annu na kawę z okazji Podwójnego Jackpota i w drodze mama z tatą tłumaczyli mi, że wygrana w lotka to tajemnica i nie wolno mi mówić o niej w przedszkolu ani u koleżanek i kolegów w domu, ani w sklepie, ani w autobusie. Wiedzieliśmy o tym tylko my i właśnie dlatego Annu upiekła tort. To było sekretne przyjęcie. Lubię przyjęcia i sekrety, i ciasta.

MAMA ODSTAWIONA. Mama ma jedwabną sukienkę, na której jest srebro i czerń. Mama wspina się na wyżyny, bo ma na nogach szpilki. Jej włosy pną się ku górze, jakby maszyna do lodów wessała je w chmurę. Tata patrzy na mamę i się uśmiecha. Jego klatka piersiowa też się unosi, gdy próbuje stanąć na równi z mamą. Nadgarstek mamy pobrzękuje i wygląda to tak, jakby jej ręce nie wiedziały, co z sobą zrobić, kiedy nie mogą odgarnąć włosów z twarzy.

Taka jest mama odstawiona.

Ciekawiło mnie, jak wygląda ciocia, ale wyglądała zupełnie tak samo jak wcześniej, tylko że znowu była ruda. Ciocia Annu chodziła do fryzjera tylko wtedy, kiedy dostała zasiłek albo sprzedała wystarczająco dużo kilimów, a między wizytami u fryzjera jej włosy wracały do normy. Ciocia była dużą i silną kobietą, chociaż czasami wstydziła się patrzeć ludziom w oczy. Mówiła cicho i spokojnie, choć miała dłonie jak mężczyzna. Przez mydło, wodę i kurz z tkaniny jej dłonie stały się szorstkie i czerwone, a czasami były tak suche, że na kłykciach robiły jej się rany. Wyglądały jak łapy niedźwiedzia. Można było nawet zobaczyć mięśnie między palcami.

Wcisnęliśmy się do mieszkania cioci Annu, w którym był tylko jeden pokój i kuchnia schowana we wnęce. Przedpokój był tak wąski i zawalony kurtkami i butami, że do środka musieliśmy wchodzić pojedynczo, a ciocia Annu chowała się w drzwiach toalety, żeby przepuścić gości. Rzuciliśmy płaszcze na komodę i przedpokój był już niemal całkiem zagracony.

Tata, mama i ciocia Annu ściskali się i wzdychali: „No to tego… Nigdy bym się… Kto by pomyślał? No ale co zrobisz?”.

– Gdzie jest ten Jackpotowy Tort? – zapytałam, a ciocia Annu puściła do mnie oko i zaprowadziła do pokoju.

Biurko cioci zostało przesunięte na środek pokoju i położono na nim duży blat. Na blacie był obrus, filiżanki i talerzyki, i najwspanialszy na świecie tort, śmietankowo-malinowy tort z białą czekoladą. Był cały udekorowany drażetkami, lukrecjowymi rolkami, malinowymi poduszeczkami, winogronami, pralinkami, miśkami owocowymi, popcornem i piankowymi serduszkami. Na środku tortu sterczała papierowa parasolka, fikuśne, błyszczące mieszadełko do koktajli, marcepanowa róża i jedna świeczka. Gdy patrzyłam na tort, dotarło do mnie, że Podwójny Jackpot to naprawdę coś szczególnego. I mama śmiała się tak, że aż leciały jej łzy. Ale ciocia najwyraźniej już się naśmiała, bo zaczęła dostawiać składane krzesła dla taty i mamy i cicho westchnęła.

Po wygranej w lotka nigdzie nie było śladu.

– Nie dostarczają jej do domu – wyjaśniła ciocia Annu. – Trafiła prosto do banku.

– Zmieściłaby się w tym pokoju?

– Nie jestem pewna.

– To nawet jej nie widziałaś?

Ciocia pokręciła głową i splotła swoje wielkie, puste ręce. Potem wzruszyła ramionami.

– A zmieściłaby się w wannie?

– To chyba rzeczywiście byłby dobry pomysł – pójść i zobaczyć, jak ona wygląda – powiedziała ciocia Annu.

Tata otworzył butelkę szampana, a ja mogłam sobie nalać do jednego kieliszka oranżady i coli, i nikt z dorosłych się nie czepiał.

– No to gratulacje, milionerko! – rzekł tata i stuknęliśmy się kieliszkami.

– No tak. I co tu rzec mądrego? – odpowiedziała ciocia. – Ej, już wiem, pójdę do dentysty i ginekologa!

I dorośli znowu się śmiali i przecierali oczy. Następnie ciocia wzięła łopatkę do ciasta i powiedziała:

– Saaro, wybieraj, który chcesz kawałek.

A ja wybrałam owocowe miśki, popcorn i różę z marcepanu.

Ciocia Annu trochę przemyślała sprawy i za pieniądze z lotka postanowiła kupić dwór niedaleko Trocinowego Domu. Był różowy i stary, a ciocia Annu kiedy jechała do nas, zawsze przyglądała się mu z drugiej strony pola. Nazywał się Storgård, czyli Wielki Dwór, ale tata zaczął go nazywać Zbyt Wielkim Dworem, bo był tak ogromny, a ciocia taka mała, i nikt tak właściwie nie potrzebuje piętnastu sypialni. I wkrótce potem wszyscy tak na niego mówili.

Zbyt Wielki Dwór przez dwadzieścia lat stał pusty. Wcześniej było tam biuro, a jeszcze wcześniej jakiś magazyn, a jeszcze wcześniej obóz dla dzieci. A wcześniej była wojna i szpitalny oddział położniczy przeniósł się do Zbyt Wielkiego Dworu, żeby uciec przed bombami. Wcześniej meble ze Dworu wyprzedano na aukcji, a jeszcze wcześniej w Zbyt Wielkim Dworze mieszkała pani Gyllenhök, której dziadek wybudował go dla swojej rodziny w 1877 roku.

Ciocia Annu wyprowadziła się ze swojego mieszkania w bloku i stała się panią na włościach. Całe stare mieszkanie cioci Annu wraz ze ścianami, łazienką i komórką zmieściłoby się w błękitnej sali Zbyt Wielkiego Dworu, a gdy do środka wniesiono meble i upchnięto je w kącie holu, wydawały się żałośnie niskie, skromne i obdrapane.

Stary drewniany kredens był jedynym meblem, który pasował do Zbyt Wielkiego Dworu. Stał w kawalerce cioci ciemny i ciężki, częściowo wciśnięty za drzwi, tak że nie dało się go do końca otworzyć. Ale nawet upchnięty w kącie wyglądał tak, jakby był w mieszkaniu jedynym prawdziwym meblem. Teraz, kiedy został wniesiony do holu, wypiął pierś, wyprostował się i dał swoim ozdobnym deseniom rozkwitnąć.

Uwielbiałam czeskie filiżanki cioci. Każda była inna, ale mimo to pasowały do siebie. Miały deseń w różnokolorowe róże, krajobrazy, złote zawijasy, wiotkie źdźbła trawy, serduszka w kolorze rdzy i zielone trójkąty. Filiżanki wisiały na haczykach w kredensie, a spodki do kompletu leżały na półce pod nimi.

Gdy była pora na kawę, ciocia Annu pozwalała mi nakryć do stołu i wybrać tę filiżankę, którą chciałam. Najczęściej wybierałam dla siebie różę albo krąg dziewczynek ubranych na ludowo, dla mamy niedźwiedzie łapy albo fiołki, dla taty złote drzewa albo błękitne żaglówki, a dla cioci Annu superdużą filiżankę, na której dziewczynka w czepku karmi Bambiego.

Zbyt Wielki Dwór miał grubą kamienną podmurówkę, wielkie schody wiodące na górę przez szklaną werandę, dwie kolumny przed drzwiami i jedną wieżę. Dwór wrósł w ziemię mocno jak dąb. Do podmurówki można było wpełznąć przez trzy luki, a że nie miała okien, w środku panował mrok jak w nocy. Przed Dworem posiano trawnik w kształcie koła – stanowił część reprezentacyjną, do której prowadziła zadrzewiona aleja. Na szczycie znajdującej się w południowym skrzydle wieży mieścił się niewielki letni pokoik, do którego można było się dostać po krętych schodach. Rozciągał się stamtąd widok na wszystkie strony świata, a w samym jego środku ciocia Annu postawiła łóżko. Łóżko trzeba było wciągnąć przez okno na sznurze w dwóch kawałkach, bo kręte schody okazały się za wąskie. To tam spała ciocia Annu, na szczycie wieży, dopóki noce nie zaczęły robić się chłodne.

Na parterze mieściło się pięć pokoi i kuchnia. Nazwano je po kolorach: zielony, liliowy i żółty oraz czerwony, a także niebieski przedpokój. Na piętrze znajdowały się biblioteka i piętnaście małych sypialni. W sypialniach umieszczono metalowe szpitalne łóżka i zainstalowano małe piecyki, które chyba pamiętały jeszcze czasy wojny, ale tak poza tym to stały puste. W bibliotece nie było książek, ale na strychu stała duża stara biblioteczka, którą Annu, tata i mama znieśli we troje z powrotem do biblioteki. Później ciocia dokupiła na aukcji kanapę, fotele i stolik kawowy.

Zaraz po przeprowadzce do Dworu ciocia Annu kupiła stado owiec. Wybudowała im zagrodę w części reprezentacyjnej, a że pompa w fontannie się zepsuła, niecka zmieniła się w koryto do pojenia zwierząt. Owce zastąpiły cioci kosiarkę. Kiedy zaszła taka potrzeba, ich zagrodę przenoszono w różne części posesji.

Zbyt Wielki Dwór oddychał. Na wszystko było miejsce, wszystko pasowało do siebie, a drzwi otwierały się bez problemu. Pokoje wyglądały przytulnie nawet bez mebli, ale od czasu do czasu ciocia coś kupowała, na przykład żyrandol.

Kiedy przyszła zima, drewniane ściany powoli poddawały się zimnu. Okna pokrywał szron, chociaż między ramami rósł przecież mech. We Dworze było zimno. Ciocia zamknęła większość pokoi, a sama schowała się w jednym kącie na parterze, bo nie była w stanie ogrzać całego domu. Pościeliła sobie zimowe łóżko w żółtym pokoju i mieszkała tylko w nim i w kuchni. Do środka wchodziło się przez drzwi kuchenne. Czerwony przedpokój i pozostałe pokoje na parterze i piętrze zmieniły się w chłodnię. Ciocia Annu uszczelniła drzwi wełną i zakleiła wszystkie szpary taśmą do okien. Na końcu rozwiesiła przed drzwiami wełniane koce i stare pierzyny i zaniosła wszystkie dywaniki z wełny do żółtego pokoju.

Ludzie mówili, że ciocia oszalała, bo mieszka w takim miejscu zimą bez porządnego ogrzewania. Zainstalowałaby system grzewczy albo zatrudniła chociaż dozorcę do odśnieżania, bo przecież ma tyle pieniędzy, że mogłaby się podzielić z innymi! Ale ciocia lubiła rozpalać w piecu kaflowym i twierdziła, że wygodnie jest przechowywać mleko po prostu na podłodze.

Wiosną Dwór skrzypiał i trzeszczał. Ciepło budziło belki do życia i krew domu zaczynała krążyć. Brzmiało to tak, jakby cały czas ktoś dokądś chodził. Cioci Annu to nie przerażało.

– Zbyt Wielki Dwór się tylko przeciąga – mówiła.

Skrzypienie i trzeszczenie nie ustawało, aż ciepło rozlało się po całej konstrukcji. Potem Dwór się usadawiał i odgłosy kroków na piętrze znikały.

Kiedy dom jest młody, trzeba dbać o niego trochę jak o dziecko. Musisz go prostować i opatrywać, pielęgnować i naprawiać. Ale kiedy dom ma na przykład dwieście lat, radzi już sobie sam. Wszystko, co miało zgnić, już zgniło. Wszystko, co miało się zawalić i popękać, już się zawaliło i popękało. W starym domu trzeba tylko grzecznie mieszkać, czyli tak, jak mieszkało się w nim dawniej.

Zbyt Wielki Dwór był stary i powolny. Jego belki zostawały w tyle za porami roku, trochę tak jak klimat na wybrzeżu łagodzony przez morze. Belki trzymały letnie ciepło aż do listopada i schodziło się aż do lipcowych upałów, zanim w pokojach osiadło zastygłe gorąco. Ciocia Annu dopasowała się do rytmu Dworu. Wkładała wełniany sweter i zwalniała. Jeździła do sklepu raz w tygodniu, rozmawiała raz dziennie z owcami, wypijała kubek kakao o jedenastej. Potem robiła obchód po pokojach na parterze i zatrzymywała się w każdym na chwilę. Ciocia Annu lubiła pustą przestrzeń i nie tęskniła za meblami. Już nie musiała się chować do toalety, kiedy ktoś przychodził w odwiedziny.

4

Zgłosiliśmy się do pomocy, kiedy ciocia Annu wprowadziła się do Zbyt Wielkiego Dworu i została panią na włościach. Chociaż nikt się stąd nie wyprowadzał, na zewnątrz wynosiliśmy więcej sprzętów, niż wnosiliśmy do środka.

Wszystkie rzeczy cioci Annu zmieściły się do jednej ciężarówki. Ale ze Dworu wynieśliśmy wszystkie te meble, które pasowały do biura, letniego obozu dla dzieci albo magazynu, a było ich dużo. Jedyne, które ciocia Annu zachowała, to szpitalne łóżka na piętrze. W każdej sypialni stało jedno albo dwa metalowe łóżka na kółkach, których boki dawało się podnieść. Tatę na widok tych łóżek przechodził dreszcz, bo kiedy miał dziewięć lat, wycięto mu ślepą kiszkę, ale ciocia Annu uważała, że mają swój niepowtarzalny klimat.

Wieczorem w dniu przeprowadzki ciocia Annu wyszeptała do mnie:

– Chodź, Saaro, pokażę ci coś.

Weszłyśmy po schodach do holu na piętrze, z którego korytarz rozchodził się na dwie strony. Weszłyśmy w głąb zachodniego korytarza i ciocia otworzyła trzecie drzwi.

Za drzwiami była pusta sypialnia, w której stały łóżko i dwa stare drewniane krzesła. Z okna rozciągał się widok na trawnik przed domem i fontannę, ciężarówkę i stos kartonowych pudeł. Ale ciocia podeszła do ściany po lewej stronie.

– Patrz – powiedziała i złapała za górną krawędź deski pośrodku boazerii, i szarpnęła.

– Sekretne drzwi! – krzyknęłam.

I rzeczywiście, deska z boazerii otworzyła się, nie wydając najcichszego piśnięcia. Nawet Herkules Poirot zmarszczyłby brwi. Za sekretnymi drzwiami był malutki pokój, w którym mógłby się zmieścić człowiek. Ciocia pozwoliła mi spróbować otworzyć drzwi. Na górnej krawędzi deski dawało się wyczuć kołek, który trzeba było pstryknąć w lewo. Dało się słyszeć ciche kliknięcie i deska się otwierała.

Weszłyśmy do sekretnego pokoju. Ciocia przyniosła nam dwie aksamitne poduszki i wełniany dywanik, żeby można wygodnie się rozsiąść. Na tylnej ścianie pokoju było okienko. Nie wpadało przez nie dużo światła, bo rosła przed nim gęsta winorośl.

– Gdy patrzysz od zewnątrz, widzisz tylko winorośl – powiedziała ciocia.

Nigdy wcześniej nie byłam w prawdziwym sekretnym pokoju. Nigdy wcześniej nie gościłam też w żadnym dworze, a teraz nagle ciocia wprowadziła się do pałacu z bajki.

A że sekretny pokój wydawał się odpowiednim miejscem do rozmów o sekretnych sprawach, czyli o takich, o których nie można było wspominać w przedszkolu, w autobusie ani u kolegów w domu, postanowiłam zapytać ciocię Annu:

– Ciociu, skąd znałaś te numery Podwójnego Jackpota?

Na wszelki wypadek zapytałam o to dość cicho. Ciocia Annu pokiwała głową, zastanowiła się chwilę, po czym spojrzała mi w oczy:

– To był przypadek.

– To dlaczego nie można o tym mówić, skoro to był przypadek?

– Właśnie dlatego – odparła ciocia Annu. – Bo trudno to wyjaśnić.

Nasłuchiwałyśmy odgłosów dochodzących z parteru. Mama zmywała w kuchni naczynia, a tata hałasował między pudłami w holu. We Dworze stukot rozchodził się dookoła bardziej niż w bloku, bo ciocia pozwoliła nam chodzić po domu w butach. A to dlatego, że był dzień przeprowadzki, ale też dlatego, że od podłóg wiało chłodem, a z desek na schodach wyłaziły drzazgi.

– Saara! Saara! Zaraz się zbieramy! – Głos mamy niósł się echem wzdłuż komina aż do pieca w sypialni. Spojrzałam na ciocię Annu, która skinęła głową, co oznaczało, że musimy wracać na parter. Wyszłyśmy po cichu z sekretnego pokoju i zamknęłyśmy za sobą deskę.

– Możemy się umówić, że sekretny pokój to nasza tajemnica? – wyszeptałam do cioci Annu.

– Umowa stoi – odpowiedziała ciocia.

Potem wróciłyśmy na parter. Cały wieczór czułam się wspaniale, bo teraz moja ciocia była panią na włościach i tylko ja wiedziałam, że w ścianie we Dworze jest sekretny pokój.

5

MAMA NA GOLASA. Kiedy w saunie mama nabiera chochlą gorącej wody z kociołka, między jej udami widać światło. Mama ma długie nogi i strzela jej w kolanach za każdym razem, kiedy się schyla. Mama nie ma na udach włosków tak jak ciocia Annu.

Mama grzeje się na ławie w saunie i pachnie kokosem. Na włosach pod ręcznikiem ma kokosową odżywkę. Plecy mamy są wygięte w łuk, a jej stopa zwisa w powietrzu i mama kręci nią w kółko raz za razem. Bawię się w trubadura i rysuję palcem po fałdkach na brzuchu mamy i robię plum, plum, plum, plim!

Przez brzuch mamy przebiega długa blizna. To z tego miejsca wyszłam.

Taka jest mama na golasa.

W Trocinowym Domu tata chodził do sauny sam, bo tak było mu łatwiej oddychać. Mama mówiła w saunie za dużo i o zbyt poważnych sprawach, i zapominała poprosić o pozwolenie, zanim polała kamienie wodą. Mama rzucała naraz trzy chochle, a potem wbiegała w zaspę. Tata nie znosił czegoś takiego.

Kiedyś, kiedy siedziałyśmy z mamą we dwie na ławie, próbowałam dotknąć jej piersi. Wtedy mama pacnęła mnie w rękę.

– Przecież robiłam tak, jak byłam mała.

– To co innego – odpowiedziała mama.

– Tylko raz – prosiłam.

– Nie.

Jeden sutek mamy zwisał, bo kiedy byłam dzidzią, ssałam go za mocno. Drugi wyglądał całkiem normalnie.

6

Czas upływa, a mama porusza się wstecz. Spodnie i długie proste włosy – to wszystko, co z niej widzę. Wiatr rozwiewa jej włosy. W jednej ręce trzyma papierosa i podpiera ją drugą. Mama stoi tak sobie i się oddala.

Kiedy mama schyla się nad łóżkiem, włosy wypadają jej zza uszu i razem z buziakami lądują mi na twarzy. Kiedy mówię, mama się schyla, jeszcze jest tutaj. Kiedy się nachyliła, już sobie idzie. Tata nie wspomina o mamie, bo nie potrafi powiedzieć, że „się nachyliła”. Nie umie mówić o mamie w czasie przeszłym; czasami rozpoczyna zdanie imieniem mamy, ale potem zatrzymuje się w połowie.

Mama zatrzymała się w połowie.

Owszem, tata mówi o rzeczach mamy, bo one nadal istnieją. „Narty Hannele są w piwnicy” – mówi tata całkiem normalnym głosem. „Szafki pomalowane przez Hannele”. „To stoi tam obok kozaków Hannele”.

Wokół prawdziwego człowieka można narysować linię, tak jak to robi Poirot, kiedy na podłodze leży ciało. Śmierć łatwiej zrozumieć, kiedy ma łokieć, kolano i własne miejsce na podłodze. A kiedy wynoszą zmarłego, zostaje po nim tylko biały obrys, w którym już nie ma nikogo. To trochę tak, jak z wygraną w lotka – łatwiej ją pojąć, gdyby była kupą pieniędzy. Ale wspomnienia nie mają ciała.

Na filmach wspomnienia są czarno-białe.

Zmarły człowiek stoi na skraju drogi, auto odjeżdża, a z tylnego okna widzisz, jak człowiek maleje i w końcu całkiem znika. Tak się umiera w filmach.

Ale w rzeczywistości to tak nie wygląda. Czas nie zmniejsza mamy, a kolory nie blakną. Mama tylko eksploduje na kawałki, a kawałki unoszą się w powietrzu. Wszystkie kawałki są wyraźne – włosy, palce, chichot, bruzdy na skórze i dziurki w nosie, strzelające kolana, burczenie w brzuchu – ale samej mamy już nie ma.

7

Wszystko spowija spokój, słońce świeci, a morze jest urzekająco błękitne. Lecz zapominacie, mon ami, że zło zawsze zamieszkuje pośród nas. A ten konkretny człowiek – ten morderca, stworzenie o zimnym sercu – był wyjątkowo przebiegły. Gdy wszyscy udali się do łóżek, zakradł się do biblioteki, zaczekał za drzwiami, aż służąca uprzątnie ze stołu naczynia, a monsieur Bowles wróci. Et puis – z zimną krwią wbił mu sztylet w plecy. Ukrył sztylet w płaszczu, który pozostawił wcześniej w pokoju, i odszedł. Ponieważ doskonale wiedział, że powróci tam z samego rana, gdyż zostanie wezwany na miejsce zbrodni jako pierwszy! Doktorze – czy może powinienem zwracać się do Pana jego prawdziwym imieniem – O, nieszczęsny i zgorzkniały bękarcie, który poprzysiągłeś zemstę już za młodu – zamordowałeś pana Bowlesa, chciałeś wrobić pana Parkera i przekonałeś wszystkich, że jesteś prawdziwym lekarzem. Lecz Herkulesa Poirota nie udało Ci się wywieść w pole!

Każdej niedzieli