Ryszard Szurkowski. Wyścig - Ryszard Szurkowski, Krzysztof Wyrzykowski, Kamil Wolnicki - ebook

24 osoby właśnie czytają

Opis

Wygrywał wiele ważnych wyścigów. Ten najważniejszy rozpoczął się właśnie teraz

Wypadek: uderzenie twarzą w asfalt. Połamane wszystkie kości twarzy, uszkodzony rdzeń, połamane kręgi, paraliż wszystkich kończyn. Operacja – pierwsza, druga, trzecia. Wszystko to działo się w mgnieniu oka. Rehabilitacja i powrót do sprawności zajmą nie miesiące, a lata.

Ryszard Szurkowski był jednym z największych sportowców PRL-u. Setki tysięcy Polaków stawały na trasie Wyścigu Pokoju, by zobaczyć mistrza. Tłumy gromadziły się przed telewizorami, by oglądać jego triumfy, a rywalizacja ze Stanisławem Szozdą i innymi kolarzami rozpalała umysły młodych chłopców, do późna grających w kapsle na każdym podwórku.

Po dramatycznym wypadku z czerwca 2018 roku król szos stanął przed największym wyzwaniem w swoim życiu. W tej autobiografii opowiada o okolicznościach wypadku i żmudnej walce o powrót do zdrowia, a gwiazdy sportu wspominają jego wielką karierę. Wszystko po to, by pomóc mistrzowi zwyciężyć raz jeszcze – w najważniejszym z jego wyścigów.

 

Wesprzyj rehabilitację mistrza:

Kupując książkę „Ryszard Szurkowski. Wyścig. Autobiografia”, wspierasz rehabilitację mistrza. Część dochodu ze sprzedaży zostanie przekazana na jego dalsze leczenie. Bezpośrednich wpłat można również dokonywać na konto fundacji Lions Club z dopiskiem „Na leczenie Ryszarda Szurkowskiego”.

Stowarzyszenie Lions Club Poznań 1990

Nr konta: 09 1240 1747 1111 0000 1845 5759


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 342

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opisując różne sytuacje i zdarzenia z mojej kariery, chciałbym dodać do tego wszystkiego podziękowania. Nie będę tutaj wymieniał nazwisk, bo nie chciałbym nikogo pominąć. Adresuję więc te słowa do wszystkich, którzy przyczynili się do moich osiągnięć. Przede wszystkim do moich rodziców, a szczególnie ojca, który interesował się wynikami polskich sportowców i w ten sposób nakierował moje myśli oraz zaangażowanie na ten świat. Wielkie znaczenie w tej historii miał też mój brat Czesław, który w przełomowym momencie popchnął mnie do przodu. To dzięki niemu nie zrezygnowałem z dążenia do kariery kolarza. Tak się to wszystko zaczęło. Później spotkałem na swojej drodze moich najbliższych, kibiców, zawodników, z którymi przeżyłem przygodę życia, trenerów oraz działaczy. Wszyscy oni przyczynili się do sukcesów moich i całego polskiego kolarstwa w tamtych latach. Raz jeszcze: dziękuję!

Ryszard Szurkowski

PROLOG

Czterdzieści lat minęło od dnia, kiedy zakończyłem pisać książkę Być liderem, której bohaterem był Ryszard Szurkowski, wspaniale opowiadający o swej kończącej się karierze. W naszych późniejszych rozmowach wielokrotnie powracał temat wznowienia książki, dopisania kilku rozdziałów o życiu jednego z najciekawszych i najlepszych polskich sportowców. Nie chodziło już tylko o wyniki, o niezwykle dokładne opisy tego, co wydarzyło się na kolarskich trasach, o sekundy i minuty przewagi, o kraksy, ucieczki i pogonie, o dalsze sukcesy i niespodziewane porażki. Chodziło o coś więcej, o spięcie klamrą życia człowieka, który na rowerze okrążył kilka razy kulę ziemską, był trenerem przygotowującym swych podopiecznych do tytułów i medali w mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich. Człowieka, który był posłem, prezesem Polskiego Związku Kolarskiego, pełnił honorowe funkcje w Polskim Komitecie Olimpijskim. Ale też ojcem, który przeżył ogromną tragedię, tracąc syna Norberta w zamachu na nowojorskie wieże World Trade Center 11 września 2001 roku, wreszcie kolarzem, który 10 czerwca 2018 roku w Kolonii uległ poważnemu wypadkowi na rowerze, przez co na długie miesiące stracił władzę w rękach i w nogach. Wielki, trudny wyścig o powrót do zdrowia trwa nadal.

Trzydzieści tysięcy egzemplarzy naszej wspólnej książki, sprzedanych „na pniu” w ciągu zaledwie kilku dni, dawało nam nadzieję, że kolejne wydanie będzie podobnym sukcesem. Ale mijały lata i temat nie powracał. Aż wreszcie stało się tak jesienią 2018 roku. Chcieliśmy w nowo powstającej książce połączyć to, co zostało już napisane w 1979 roku, z wywiadami i rozmowami przeprowadzanymi w ostatnich miesiącach z Ryszardem Szurkowskim w Szpitalu Rehabilitacji Neurologicznej w Uzdrowisku Konstancin-Zdrój. Wspólnie – i przy nieocenionej pomocy Kamila Wolnickiego – zgłębiliśmy raz jeszcze, a może i odkrywaliśmy na nowo życie człowieka, który długie lata był dla kibiców kolarstwa w naszym kraju symbolem wielkiego mistrza i wspaniałego człowieka. To książka dla tych, którzy go podziwiali, oglądali i ciągle go pamiętają, ale także dla tych, którzy znają nazwisko, ale nie bardzo wiedzą, z czym i z kim je połączyć. I wreszcie dla tych, którzy chcieliby mu pomóc i go wesprzeć.

Czterdzieści lat to i w sporcie, i w życiu szmat czasu i drogi. Już prawie nie pamiętamy tego, co się wtedy wydarzyło w kolarstwie. Przypomnijmy więc tylko to, co najważniejsze: Ryszard Szurkowski zdobył po raz piąty tytuł szosowego mistrza Polski ze startu wspólnego i Wielką Nagrodę Annaby w Algierii, wygrał też wyścig Dookoła Egiptu; Siergiej Suchoruczenkow wygrał Wyścig Pokoju, a wśród zawodowców Holender Joop Zoetemelk po raz trzeci zwyciężył w wyścigu Paryż–Nicea, a potem w hiszpańskiej Vuelcie, jego rodak Jan Raas wygrał wyścig Dookoła Flandrii, a w sierpniu mistrzostwa świata w Valkenburgu, Francesco Moser wygrał po raz drugi wyścig Paryż–Roubaix, inny Włoch, Giuseppe Saronni, był najlepszy w Giro, a Bernard Hinault w Tour de France. Przed laty Ryszard Szurkowski ścigał się z nimi wszystkimi.

Dziesiątego czerwca 2018 roku, w 102. wyścigu klasycznym Rund um Köln w Niemczech, wygranym przez Irlandczyka Sama Bennetta, Ryszard Szurkowski wystartował w wyścigu weteranów…

Krzysztof Wyrzykowski

WSTĘP

W trakcie mojego życia na rowerze przeżyłem mnóstwo takich sytuacji. Wiedziałem, że hamowanie jest bez sensu, ale musiałem jednak odruchowo zacisnąć dłonie na klamkach, bo nie ochroniłem rękoma głowy. Huknąłem więc twarzą w kostkę brukową. Było tak, jakby ktoś walnął mnie dechą w czapę. Słyszałem trzask, zgrzyt, a później widziałem przed sobą własny kask, bo walnąłem tak mocno, że zerwał mi się z głowy. Czułem też, jak wpadają na mnie kolejni kolarze, i dalej słyszałem odgłosy pękających rowerów, które lądowały na mnie jeden za drugim. O dziwo, później okazało się, że nie mam żadnych zadrapań. O dziwo, nie straciłem także przytomności, przynajmniej na początku, zaraz po wypadku. Wyrżnąłem w szosę, ale w ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że jest źle, a nawet bardzo źle. Zresztą wszystko działo się bardzo szybko. Jeszcze nie wszyscy zdążyli się rozplątać i wstać z tej wielkiej kraksy, a ja już, leżąc pod spodem, słyszałem nadjeżdżającą karetkę, bo wypadek wydarzył się tuż przy szpitalu. Leżałem więc spokojnie i nawet nie próbowałem się ruszać. Byłem w szoku. Z rzeczy, które działy się tuż po wypadku, pamiętam jeszcze, że w tej karetce, którą mnie wieźli, bardzo trzęsło. I później mam kolejny przebłysk świadomości, gdy w szpitalu widziałem nad sobą dużo jasnych świateł i czułem, że nożycami rozcinają mi ubranie. Tylko albo aż tyle – nic więcej nie pamiętam.

Kraksa, normalna kolarska rzecz. Leżałem wiele razy, zawsze wstawałem i walczyłem dalej. Wiem, że kiedyś byłem młodszy i organizm szybciej się regenerował, ale jako 72-latek też nie miałem w planach długiej przerwy w byciu sprawnym człowiekiem. Myślałem, że szybko wyjdę ze szpitala, a jeszcze szybciej stanę na nogach. Myliłem się, choć zdałem sobie z tego sprawę o wiele później. Gdy 10 czerwca 2018 roku w Kolonii stawałem na starcie wyścigu, absolutnie nie brałem pod uwagę, że coś pójdzie nie tak. Całe życie jeździłem na rowerze, całe życie się ścigałem i często wygrywałem. Ani rano, ani po południu tego dnia nie zakładałem, że przed osiemdziesiątką zaczynam najtrudniejszą walkę w życiu. Walkę o to, aby usiąść i móc używać własnych rąk do jedzenia, mycia zębów czy żeby znowu stanąć na własnych nogach. Nie wiedziałem, że będzie mnie to kosztowało aż tyle wysiłku, wyrzeczeń i pieniędzy. Nie wiedziałem, że stanę przed trudniejszym zadaniem niż kiedykolwiek wcześniej. A przede wszystkim – że potrwa to tak długo.

Wszystko mogło potoczyć się inaczej. Na wyścigu w Kolonii byłem trzeci raz, bardziej dla towarzystwa kolegów niż dla siebie. Sam nie brałem zbyt często udziału w takich imprezach. W Polsce startowałem zazwyczaj na otwarcie sezonu w Sobótce i w Tour de Pologne Amatorów. Nigdy nie chodziło mi o wynik. Zdarzało mi się zatrzymywać na ścianie w Gliczarowie i robić zdjęcia z ludźmi. W Niemczech na starcie stanęło ponad pięć tysięcy zawodników. Ruszyłem w grupie +60, do pokonania miałem 62 kilometry. Jechałem sobie własnym tempem, z nikim się nie ścigałem. Pamiętam, że widziałem po prawej chłopaka w biało-czerwonym stroju i nawet pomyślałem, żeby przeskoczyć i pojechać za nim. Kurczę, nie zrobiłem tego i… dupa. Nie jechałem zbyt szybko, pewnie trochę ponad 40 kilometrów na godzinę, w płaskim, szerokim terenie. Dwóch kolarzy przede mną sczepiło się kołami, ja walnąłem w nich i poleciałem na bruk, a z tyłu najechał na mnie peleton. Gdybym jechał dziesięć pozycji dalej, wpadłbym na kupę ludzi i nic by się nie stało. No ale się stało, czasu nie cofnę. Roztrzaskałem się na rowerze, czyli w swoim naturalnym środowisku, przy okazji robienia tego, co robiłem latami, bo kolarstwo stało się moim życiem. Nie miałem i nie mam do nikogo pretensji o ten wypadek. Przyjąłem go jako coś, co się może zdarzyć każdemu, choć oczywiście wolałbym, aby nie przytrafiło się mnie. Nikomu zresztą czegoś takiego bym nie życzył. No ale kraksy się zdarzają. Najczęściej kończą się „szlifami”, jak mówimy w języku kolarskim, czasem złamanym obojczykiem, a bywa i tak jak ze mną. Takie jest kolarstwo, po prostu.

Zaraziłem się rowerem w maju. Wyścig Pokoju. Dzisiejszą rolę telewizji odgrywało wówczas radio. Przynajmniej u nas, w Świebodowie. Zwycięstwa Stanisława Królaka nie pamiętam. Był rok 1956 i jako dziesięcioletni chłopak nie myślałem jeszcze o kolarstwie, choć jeździłem już na rowerze. Przypuszczam, że widok był pocieszny, kiedy mając sześć lat, uczyłem się jeździć na starej, wysłużonej poniemieckiej „damce”. Ledwo było mnie widać zza potężnej kierownicy i takiej samej ramy. Na rowerze jeździła większość moich rówieśników, ale – jak wszędzie – najwięcej czasu poświęcaliśmy piłce nożnej, uganiając się za nią każdego wolnego popołudnia. Poza tym graliśmy dużo w siatkówkę i piłkę ręczną. Taka panowała wówczas moda. Aż znów nadchodził maj i rozpoczynały się transmisje z Wyścigu Pokoju. Były to czasy Stanisława Gazdy, Jana Kudry, Bogusława Fornalczyka. Każdy z nas, wzorując się na bohaterach kolarskich wyścigów, zwał się Gazdą, to znów Kudrą, i pędził po drogach na złamanie karku, kończąc często „wyścig” w krzakach bądź przydrożnym rowie. A jednak kolarskich zapaleńców było coraz więcej…

Jeździłem na zwykłym, popularnym rowerze, który w każdej niemal wiejskiej rodzinie służył jako środek lokomocji. Na rowerze jeździło się do miasteczka po zakupy, do znajomych i na pocztę. Gdy zaś rower nie był nikomu potrzebny, wyjeżdżałem z kumplami na szosę i tam organizowaliśmy prawdziwe wyścigi. Ten pierwszy, który pamiętam, długości pięciu kilometrów, przyniósł mi sukces. Zająłem drugie miejsce, a nagrodę stanowiło piękne, pachnące jabłko z pobliskiego sadu. Nagrody były dla wszystkich. Ostatni dostawał morwy, które… musiał sam zerwać z pobliskiego drzewa.

Do szkoły zawodowej w Miliczu miałem osiem kilometrów. Był rok 1962. Ze Świebodowa, gdzie się urodziłem, do Milicza jeździło się właśnie rowerem. Do szkoły dojeżdżało poza mną jeszcze kilku kolegów. Niekiedy jeździliśmy razem, najczęściej wracając ze szkoły. Rano zazwyczaj trzeba było się spieszyć i każdy pędził co tchu, by nie spóźnić się na pierwszą lekcję, ale mimo najszczerszych chęci nie zawsze się to udawało. Zresztą na pierwszej lekcji mała była pociecha z zadyszanych, spoconych i półprzytomnych z wysiłku uczniów, którzy tych osiem kilometrów przejeżdżali w 15 minut.

Rower, na którym wtedy jeździłem, lata świetności miał już dawno za sobą. Przepuszczał łańcuch, skrzypiało torpedo, ale miał swoją rodzinną historię i należał mu się ogólny szacunek. Po jakimś czasie znudziły się nam zwyczajne wyścigi, rozpoczęliśmy więc ćwiczenia akrobatyczne na rowerze, siedząc częściej na kierownicy niż na siodełku, co przypadkowych widzów przyprawiało o zawrót głowy…

Pierwszy wyścigowy rower kupiłem, mając siedemnaście lat. Pamiętam – kosztował dwa tysiące dwieście sześćdziesiąt złotych. Zbierałem je długo, odkładając każdą złotówkę. Czeski Favorit – marzenie niemal wszystkich rówieśników. W sklepie nie namyślałem się specjalnie. Zdecydowałem się na pierwszy lepszy, nie mając pojęcia, że ważna jest długość ramy, którą trzeba dopasować do wzrostu. O tym dowiedziałem się później. Ten pierwszy rower dobry był dla jakiegoś dryblasa, a nie dla mnie. Sprzedawca też się na tym nie znał; wiedział natomiast, w którym miejscu należy podstemplować kartę gwarancyjną, zainkasował pieniądze i sprawę uważał za załatwioną.

Pierwsze kłopoty zaczęły się tuż po wyjściu ze sklepu. Musiałem napompować koła, a to wcale nie było takie proste. Mało nie wygiąłem pompki, nie wiedziałem bowiem nic o istnieniu odkręcanych wentyli i oczywiście ich nie odkręciłem! Po jakimś czasie, już mocno zdenerwowany i zrezygnowany, odkryłem źródło mego nieszczęścia. Opony udało się napompować. Do domu wracałem przezornie na starym rowerze, z dumą prowadząc obok nowy. Jednak pokusa okazała się po chwili silniejsza. Musiałem wypróbować tego błyszczącego favorita. Wsiadłem, ruszyłem i… zdębiałem. Z tyłu coś straszliwie grzechotało, łańcuch przepuszczał. No – pomyślałem sobie – ładne kwiatki, jak ojciec to zobaczy, jak się dowie, że ten niesprawny rower kosztował tyle pieniędzy… Minęło kilka dni, zanim poznałem mechanizm działania przerzutki – źródło moich ówczesnych zmartwień i niepokoju. Ale ojciec i tak patrzył z dezaprobatą na favorita. Nie podobały mu się cieniutkie dętki i niewiele grubsza rama. „Na tym nawet nie dojedziesz do sklepu – mówił. – Kiedy ty będziesz miał czas na nim jeździć? Kiedy i gdzie?”

A jednak jeździłem. Z kieszeniami wypchanymi łatkami, klejem Skorolep, z duszą na ramieniu, by te cienkie gumy nie pękały zbyt często. Nie były przystosowane do jazdy w warunkach „polowych” i dlatego pękały szybko. Nowa kosztowała sto dziesięć złotych, a z importu – sto trzydzieści, a ojciec nie chciał słyszeć o kolejnym wydatku. Kleiłem więc je mozolnie, uparcie i coraz lepiej. Służyły przez parę sezonów i to był mój pierwszy sukces. Jeździłem wytrwale. Kiedy kończyły się prace w polu, kiedy inni myśleli o zabawach i wizytach, siadałem na mojego favorita i jeździłem szosą – tam i z powrotem, patrząc na wskazówki zegarka i przydrożne kilometrowe słupki. Jeździłem systematycznie, porównywałem wyniki. O prawdziwym ściganiu się nie było jeszcze mowy, no bo gdzie i z kim? Aż wreszcie u schyłku lata 1963 roku przyjechali do mnie koledzy z Milicza. W Krośnicach, oddalonych od Świebodowa o pięć kilometrów, jest duże sanatorium, w którym pracowali dwaj zamiłowani kolarze. Potrzebny był trzeci zawodnik, bo niebawem w Szklarskiej Porębie miała się odbyć Spartakiada Służby Zdrowia. Wiedzieli, że mam rower, że trenuję, zapytali, czybym z nimi nie pojechał. Pojechałem, zająłem drugie miejsce, a jesienią tego samego roku wyczytałem w gazecie, że we Wrocławiu odbywa się wyścig dla niestowarzyszonych o Puchar Dominika Nadolskiego. Do Wrocławia pojechałem z ojcem, który po długich wahaniach zainteresował się w końcu moją pasją. Na mecie byłem piąty, ale głównie dlatego, że nie wiedziałem, gdzie jest finisz i… oddałem rywalom prowadzenie na sto metrów przed białą linią wyznaczającą kres 50-kilometrowego wyścigu. Początki były więc zupełnie przyzwoite, a co ważniejsze, zachęcały mnie do dalszego treningu.

W 1964 roku, kiedy wszyscy pasjonowali się igrzyskami olimpijskimi w Tokio, startowałem w trzech wyścigach, wygrywając je zdecydowanie. Jeden z nich zorganizowały zakłady mięsne w Krotoszynie, a na starcie stanęły powiatowe sławy, ścigające się nawet w… Rawiczu. Mimo iż byłem jednym z najmłodszych uczestników tej imprezy, zwyciężyłem, a w nagrodę otrzymałem dużą puszkę szynki i dyplom, który ojciec oprawił w ramki i zawiesił na bardzo eksponowanym miejscu w największym pokoju. Dopiero nie tak dawno ustąpił miejsca innym, bardziej wartościowym trofeom*.

Zaraz po wypadku trafiłem na stół operacyjny. Najpierw przeszedłem dwie operacje kręgosłupa, potem czekała mnie jeszcze operacja twarzy, która trwała siedem godzin. Wszystko dlatego, że górna szczęka rozpadła się na trzy części, oczy wisiały mi w zasadzie na sznurkach, do tego miałem zmiażdżony nos i całkowicie wyrwaną dolną wargę. Tam, gdzie wszyscy mają usta, ja miałem wielką dziurę, przez którą było widać zęby. Było źle, nawet bardzo, ale nie brałem pod uwagę, żeby się poddać. Twarz udało się poskładać. Cholera, nie wiem, jak to zrobili, ale po zdjęciu opatrunku znowu miałem usta i wszystko wyglądało tak, jak powinno. Przecięli mi też kark. Operował mnie Hindus, który mówił później, że jeszcze nie widział nosa w takim stanie jak mój. Stwierdził, że to, co trzeba było z nim zrobić, przypominało układanie puzzli. Do dzisiaj mówię przez nos i czuję, że jest jakiś jakby sztuczny. Włożyli mi też kilka tytanowych płytek w okolicach oczu. Wyciąga się je po pół roku, ale podobno jestem w takim wieku, że można też zostawić je na stałe. Tak mi przynajmniej powiedzieli. Może myśleli, że od tamtego momentu pociągnę maksimum pół roku, więc po co? Tyle że ja nie zamierzałem i nie zamierzam się poddawać, bo zawsze walczyłem. Po operacji miałem szczękę ściśniętą metalowymi zaczepami, więc nie mogłem też normalnie oddychać nosem, nie wspominając nawet o jedzeniu. Miałem za to za sobą maszynę, z której zwisało z dziesięć kroplówek. Wszystko działo się w Niemczech, w Kolonii. Po pierwszych trzech tygodniach w szpitalu przenieśli mnie do ośrodka rehabilitacyjnego gdzieś koło Dortmundu i powiedzieli, że spędzę tam kolejnych kilka miesięcy. „Miesięcy?! Jakich miesięcy? No jak to, uciekam do domu!” – pomyślałem. Łatwo nie było, bo długo razem z żoną utrzymywałem sprawę wypadku w tajemnicy. Pierwszą osobą spoza rodziny, która się o nim dowiedziała, był Mietek Nowicki, prezes Towarzystwa Olimpijczyków. Spotkał się z szefem Mazowieckiego Funduszu Zdrowia, a dalej już poszło. Wróciłem samolotem do Polski. Wiedziałem, że mam czterokończynowe porażenie. Wszystko dlatego, że zmiażdżyłem rdzeń kręgowy. Podczas wypadku zrobił się na nim mały wylew. Wiedziałem też już wtedy, że o szybkim powrocie do zdrowia nie ma mowy. Kiedyś ścigałem się w wyścigach, szukałem zwycięstw etapowych, spoglądałem na klasyfikację generalną kolejnych imprez i wydawało się, że to wszystko wymaga wielkiej woli walki. Okazało się, że prawdziwą bitwę przyszło mi stoczyć wiele, wiele lat po zakończeniu kariery sportowej. Nie wiem, jak to wszystko się skończy, ale wiem, że tysiące, a może nawet setki tysięcy ludzi od pewnego momentu zaczęło znowu ściskać za mnie kciuki, a to dodaje sił, więc robię wszystko, żeby znowu dać radę. Tym razem nie ma pięciu, dziesięciu ani nawet dwudziestu etapów, bo ten „wyścig” składa się z setek odcinków do pokonania. Także dlatego postanowiłem napisać tę książkę. Kolejną, bo pierwsza, która powstała we współpracy z redaktorem Krzysztofem Wyrzykowskim, ukazała się pod tytułem Być liderem dawno temu.

Ryszard Szurkowski po wypadku przeszedł kilka bardzo poważnych operacji

Po wypadku długo milczałem, chciałem pokazać się ludziom, dopiero gdy wrócę do zdrowia, bo ciągle wierzyłem, że nastąpi to szybko. W końcu zdecydowałem się porozmawiać z dwoma dziennikarzami, wspomnianym już Krzysztofem Wyrzykowskim i Kamilem Wolnickim z „Przeglądu Sportowego”. I oni też pomogli mi napisać kolejne strony mojej historii.

***

Krzysztof Kozanecki, Tomasz Derejski i Clemens Ujejski to członkowie Teamu Szurkowski. Wszyscy trzej wraz z małżonkami byli świadkami tego, co wydarzyło się 10 czerwca 2018 roku w Kolonii. Krzysztof Kozanecki pamięta to tak:

Drugi weekend czerwca to od lat tradycyjne spotkanie u Beaty i Tomka Derejskich w Kolonii. To właśnie w drugą niedzielę tego miesiąca odbywa się wyścig kolarski Rund um Köln, w którym corocznie startujemy.

Lotnisko Berlin-Schönefeld, piątek 8 czerwca, 12.00. Wsiadam z Kaśką do samolotu. Za dobrą godzinę będziemy lądować w Kolonii i jak zwykle będzie na nas czekał Tomek Derejski. Szurkowscy polecą z Warszawy i dotrą dopiero wieczorem; na nich też będzie na lotnisku czekał Tomek. Bo Tomek to kochany chłopak. 22.00. Jesteśmy w komplecie, siedzimy na tarasie: Clemens, Ryszard, Iwona i my. Piękny, ciepły wieczór. Gospodarze Beata i Tomek biegają na trasie kuchnia–taras i podają, jak zwykle, same pyszności. Podjadamy, popijamy i gadamy. My o wyścigu i rowerach, one o aktualnych wystawach sztuki współczesnej w Kolonii. My jutro pojedziemy po pakiety startowe i będziemy szykować maszyny, one będą podziwiać. A wieczorem ponownie na tarasie, my o wyścigu, one o tym, co podziwiały. Tak to już jest i wcale nie chcemy, żeby się zmieniło.

Wyścig Rund um Köln (Dookoła Kolonii) jest organizowany od 1908 roku. Pierwszy z nich wygrał niemiecki kolarz Fritz Tacke. W historii wyścigu pojawiały się również polskie nazwiska: Emil Kijewski (1935, 1937), Friedl Nowakowski (1946), Jan Smyrak (1975), Stanisław Mikołajczuk (1984). Wyścig należy do UCI Europe Tour i jest jednym z najbardziej popularnych jednodniowych klasyków w Niemczech. Startują w nim zawodowe grupy kolarskie i wielu amatorów oraz mastersów.

Startowaliśmy w nim wielokrotnie. Znamy bardzo dobrze trasę. Wiemy, gdzie można przyspieszyć, a gdzie trzeba jechać ostrożniej. To oczywiście pomaga, ale nie zapewnia absolutnego bezpieczeństwa. Na takiej imprezie zawsze są kraksy, większe lub mniejsze. I każdy z uczestników wyścigu powinien być świadomy, że to właśnie jemu może się coś przydarzyć na trasie. W rzeczywistości jest jednak inaczej. Oddalamy od siebie myśl, że to ja bądź któryś z moich przyjaciół będzie uczestnikiem jakiegoś dramatycznego zdarzenia.

Dziesiątego czerwca 2018 roku. Niedzielny poranek. Pijemy poranną kawę, jemy lekkie śniadanie, napełniamy bidony. Za chwilę stoimy wszyscy przed domem, robimy sobie pamiątkową fotkę, po czym wsiadamy na rowery, a żony machają i życzą nam połamania kół. Do miejsca startu mamy około 12 kilometrów. Przyjeżdżamy. Setki kolarzy. Jak zwykle niesamowita atmosfera. Ryszarda rozpoznają Polacy mieszkający w Kolonii, którzy pamiętają czasy Wyścigu Pokoju. Autografy, pamiątkowe fotki. Tak jest zawsze. Przepraszamy polskich kibiców i przesuwamy się do sektora startowego. Strzał startera i ruszamy. Za każdym razem mówimy sobie, że jedziemy lajtowo, dla zabawy, nie ścigamy się, ale to się jeszcze nigdy nie sprawdziło. Peleton i adrenalina robią swoje. Pierwsze 15 kilometry to wyjazd z Kolonii. Płaska trasa, peleton momentami pędzi 50 kilometrów na godzinę, a my jesteśmy w tym peletonie. W takim amatorskim wyścigu to niebezpieczne, ponieważ nie wszyscy znają zasady kolarskiego alfabetu i proste błędy, jak chociażby zmiana toru jazdy, są przyczyną wypadków. Na tym pierwszym odcinku każdy zawodnik i każda drużyna chcą utrzymać się w czołowej grupie i uzyskać maksymalną przewagę nad rywalami, zanim zaczną się podjazdy. Nikt nie chce jechać w tzw. gruppetto. Wiele osób myśli, że tereny w okolicy Kolonii i rzeki Ren są płaskie. A to nieprawda. Na trasie wyścigu jest sporo sztywnych hopek od 200 do prawie 400 m. Jeśli chce się osiągnąć dobry wynik, to ten wyścig trzeba wyjątkowo dobrze skalkulować, ponieważ jazda na kole to tylko pierwsze i ostatnie 15 kilometrów. Reszta to podjazdy i zjazdy. Na podjazdach trzeba uważać na tętno, a na szybkich zjazdach panować nad rowerem i zachować bezpieczną szybkość. Pamiętajmy, że w Rund um Köln startuje we wszystkich kategoriach wiekowych ponad cztery tysiące kolarzy! O liźnięcie koła nietrudno.

Jedziemy. Gęsto jak w ulu i tracimy ze sobą kontakt wzrokowy. Wiemy, że każdy z nas będzie klasyfikowany indywidualnie, ale czasy trzech pierwszych z Teamu Szurkowski będą decydowały o klasyfikacji drużynowej. Każdy z nas uprawiał w młodości sport wyczynowo, więc wiemy, co to znaczy, i nie odpuszczamy. Na mniej więcej 30. kilometrze od startu, w okolicy Neschen, na przegibku, widzę Ryśka. Zaczął już zjeżdżać, a ja do końca miałem jeszcze może z 50 metrów. Kiedy byłem na szczycie, Rysiek już atakował kolejny, krótki podjazd, po którym jest siedmiokilometrowy zjazd. I tam się zgubiliśmy, ale za to znalazł się Clemens, który tak naprawdę jechał cały czas tuż za mną. Umówiliśmy się, że trzymamy się teraz razem i spróbujemy dogonić Ryśka. Tomek był gdzieś za nami. Zbliżamy się do ostatniej hopki. Podjazd po wypolerowanych kocich łbach pod Schloss Bensberg i około osiem kilometrów zjazdu do Schmutze Bud. Od tego miejsca jest już 14 kilometrów do mety po płaskim. Jadę z Clemensem w peletonie. Prędkość w granicach 40 kilometrów na godzinę. Wiemy, w którym momencie nastąpi przyspieszenie, więc uważamy, żeby nam się nie urwali. Nie mamy po 30 lat, więc lepiej siedzieć na kole. Grupa przyspieszyła do 45–47 kilometrów na godzinę i do mety może być już tylko szybciej. Wjeżdżamy w ulicę Kapellenstrasse, za chwilę będzie Severinsbrücke i meta. Wszystkiego razem ze trzy kilometry. W pewnym momencie widzę obsługę wyścigu, która zabezpiecza trasę. Jest kraksa. Zamieszanie, gwizdki, okrzyki, żeby uważać. Ponieważ ulica jest szeroka, grupa odbiła w prawo, ale nie zwolniła. Odruchowo spoglądam w lewo, widzę karetkę. Wszystko trwa ułamek sekundy. W pewnym momencie słyszę krzyk Clemensa, że był tam chyba rower Ryszarda. No i co tu zrobić? Przy tej prędkości to około 14 metrów w jednej sekundzie. Nawet nie ma jak zwolnić, nie mówiąc o hamowaniu, bo wtedy kolejna kraksa jest murowana. Do mety pozostało niewiele i postanawiamy, że jedziemy dalej. Ale już uruchomiła mi się myśl, że może to faktycznie Ryszard.

Na mecie mamy takie swoje miejsce, w którym zawsze spotykaliśmy się po tym wyścigu. Jak dotąd żaden z nas nie przyjechał przed Ryśkiem i to on zawsze czekał na nas. Ale tym razem go nie było. Zaczęły się nerwy. Podjechaliśmy do dyrektora wyścigu, który potwierdził, że była kraksa i prawdopodobnie wśród poszkodowanych jest Szurkowski. Jednak to jeszcze nic pewnego. Pomaga nam policja, która ustala, że Szurkowski został odwieziony do szpitala. W kraksie brało udział chyba 12 kolarzy, więc nie było to łatwe do ustalenia. Informacja o Ryszardzie jest jednak mało konkretna. Nie wiemy dokładnie, co się stało, i nie wiemy, do jakiego szpitala go zawieźli. Tymczasem dojechał Tomek. Wreszcie policja podaje nam nazwę szpitala, ale nadal nie mamy informacji, jakie obrażenia odniósł Rysiek. Ochrona danych osobowych działa. Na nic nasze prośby i koszulki z napisem TEAM SZURKOWSKI. Koledzy z drużyny nie mogą być informowani o szczegółach stanu zdrowia pacjenta.

Robimy krótką naradę. Informujemy o wszystkim Iwonę i ustalamy, że jedzie z Beatą i Kaśką do szpitala, a my jak najszybciej wracamy do domu na rowerach, przebieramy się, wskakujemy do samochodu i też ruszamy do szpitala. Gdy jedziemy już samochodem, dzwoni Iwona, że w tym szpitalu nie ma pacjenta o nazwisku Szurkowski. Jesteśmy niedaleko biura wyścigu, bo to akurat po drodze. Po nas jechały grupy zawodowe i przystanęliśmy obok ekipy Bora-Hansgrohe. Ktoś z tego teamu zaczął nam pomagać w ustalaniu, co się mogło stać z Ryszardem. Wreszcie mamy informację, że faktycznie karetka jechała do szpitala, o którym poinformowała policja, ale lekarz w trakcie jazdy zadecydował o zmianie i zawieźli Ryśka do kliniki neurologicznej. Zaczęło to źle wyglądać. Oczywiście pojawiły się jeszcze większe nerwy i rosnący stres. Jedziemy do Uniklinik Köln. Jesteśmy już wszyscy razem i zaczynamy poszukiwania Ryszarda. To cały zespół szpitali o różnych specjalnościach, rodzaj kampusu, i nie tak łatwo było trafić na oddział intensywnej terapii. Przychodzi lekarz i mówi, że z tej kraksy mają trzech kolarzy. Nie znają ich nazwisk (koszulki z numerami i nazwiskami były już w karetkach porozcinane), ale podaje mniej więcej wiek: 25 lat, 25–30 lat i 55 lat. Nic nie pasuje, bo Rysiek to przecież 70-latek. Podaje szczegóły ubioru i wtedy ustalamy, że ten 55-latek to Ryszard. Lekarz ustalił wiek na podstawie budowy fizycznej Ryśka. Idealna sylwetka i umięśnione nogi wprowadziły medyka w błąd. Twarzy Ryszarda nie widział, bo to już wtedy był człowiek bez twarzy. Od niego dowiadujemy się, że podczas kraksy uderzył twarzą w asfalt i uszkodził kręgosłup. Jest sparaliżowany. Zrobiło nam się słabo, pojawiły się łzy i kompletny paraliż psychiczny. Okazało się, że doktor jest anestezjologiem i że za moment zaczyna się operacja, która będzie trwała cztery–pięć godzin. Dopiero po operacji będzie mógł udzielić dokładniejszych informacji. Czekamy. Godziny mijają jak dni. Około 20.00 przychodzi lekarz i mówi, że prawie pięciogodzinna operacja miała na celu ustabilizowanie podstawowych funkcji organizmu i uwolnienie stłuczonego rdzenia kręgowego od ucisku połamanych kręgów i krwotoku. Uszkodzenie rdzenia może doprowadzić do porażenia mięśni oddechowych i tym samym do uduszenia. Diagnoza jest wstrząsająca. Uszkodzony rdzeń, połamane kręgi, porażenie czterokończynowe, połamane wszystkie kości twarzy. W tym momencie nie można nic więcej powiedzieć, ale na koniec lekarz dodał, że nie widział tak silnego organizmu i że na wtorek zaplanowali kolejną operację kręgosłupa, która ma na celu zrekonstruowanie uszkodzonych kręgów. Około 22.00 wróciliśmy do domu. Nikt nie mógł spać ze stresu i zmęczenia. Rozmawialiśmy. Nie dopuszczaliśmy myśli, że Ryszard będzie sparaliżowany, że nigdy już nie wsiądzie na rower. Odrzucaliśmy tę perspektywę na wszystkie sposoby i odganialiśmy czarne myśli. Wierzyliśmy, że po wtorkowej operacji będzie lepiej, że z tego wyjdzie.

Kolejna operacja trwała ponad osiem godzin i udała się. To jednak tylko oznaczało, że plan został skutecznie zrealizowany i zrekonstruowano mu kręgi. Teraz można było jedynie czekać. Jak się dowiedzieliśmy, musi ustąpić obrzęk rdzenia, a to może potrwać i dwa miesiące. W tym okresie nic konkretnego się nie wydarzy i nie można też prowadzić intensywnej rehabilitacji. Ryszard był bardzo słaby, a czekała go za dwa–trzy tygodnie rekonstrukcja twarzy. Szczęka dolna była złamana w ośmiu miejscach, ubytek wargi, uszkodzona górna szczęka wraz z podniebieniem, popękane kości policzkowe i łuki brwiowe, a nos przypominał mozaikę kości i chrząstek. Nie mógł jeść, pić, mówić… Nic nie mógł. Operacja twarzy też trwała ponad osiem godzin. Przez kolejne dwa tygodnie Rysiek miał sklamrowane szczęki i unieruchomioną twarz. Trzeba było poczekać, aż wszystko się zrośnie. Musiał strasznie cierpieć.

Siódmego lipca lecę z Kaśką do Dortmundu i potem jadę kolejką do Herdecke, gdzie Rysiek przebywa w klinice rehabilitacyjnej. Pod koniec czerwca opuścił oddział intensywnej terapii w klinice uniwersyteckiej i rozpoczął ćwiczenia w nowym ośrodku. Pierwsze ruchy jednym palcem, potem drugim. Jest bardzo słaby, ale wygląda lepiej. Twarz się wygoiła i chyba nawet odmłodniał. Podczas tej wizyty dowiaduję się, że Ryszard myśli o rehabilitacji w Polsce. Bardzo mnie to zaniepokoiło. W 1990 roku założyłem z przyjaciółmi stowarzyszenie charytatywne Lions Club Poznań 1990. Członkami zostali ludzie biznesu, sztuki, kultury, lekarze, prawnicy. Mieliśmy większe możliwości od przeciętnego zjadacza chleba i postanowiliśmy robić coś dla dobra innych. Motto stowarzyszenia brzmi WE SERVE, czyli „służymy”. Na początku zajęliśmy się dziećmi z niedowładem psychoruchowym i od blisko 30 lat mamy do czynienia z rehabilitacją neurologiczną. Rysiek bywał na naszych spotkaniach i wiedział, że mamy doświadczenie właśnie w takich przypadkach. Powiedziałem mu, że w Polsce nie ma dobrych ośrodków NFZ, bo po prostu nie ma na to pieniędzy. W jego przypadku w grę wchodził prywatny ośrodek rehabilitacyjny, ale to kosztuje nawet kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Powiedziałem, że trzeba sprawę upublicznić, zrobić akcję charytatywną, zebrać fundusze i załatwić rehabilitację na najwyższym poziomie. Nie chciał o tym słyszeć. Dogadał się ze swoim znajomym, jak to określił, kolegą od tenisa, który jest dyrektorem ośrodka STOCER w Konstancinie. Pan doktor podczas rozmowy telefonicznej bardzo dużo Ryśkowi obiecał i tym samym utwierdził go jeszcze mocniej w decyzji o opuszczeniu niemieckiej kliniki. Byliśmy w Herdecke kilka dni. Oczywiście spotkaliśmy się z Beatą i Tomkiem, bo Kolonia jest niedaleko. Przyjechał też Clemens. Ósmego lipca miałem urodziny, poszliśmy do knajpy. Długo rozmawialiśmy o Ryszardzie i wszyscy byliśmy zgodni, że nie powinien być transportowany do Polski. Stało się jednak inaczej.

Pod koniec lipca dowiaduję się, że na początku sierpnia Ryszard opuszcza szpital na własne życzenie i że jeden z jego kolegów pomógł załatwić samolot sanitarny. W ocenie wąskiego grona przyjaciół, które wiedziało o wypadku, było to wielkie nieporozumienie. Można było tego samolotu tak szybko nie załatwiać i tym samym przedłużyć jego pobyt w Niemczech. Ale cóż, Rysiek w pierwszych dniach sierpnia jest już w Konstancinie. Po pierwszych dziesięciu dniach zorientowałem się, że obietnice pana doktora, a rzeczywistość to dwie różne sprawy. Zaczynam od zbilansowanej diety, czyli organizuję Ryszardowi takie pożywienie, żeby jego organizm otrzymywał odpowiednią ilość składników odżywczych, które są niezbędne do zaspokojenia potrzeb żywieniowych. Ośrodek nie ma tego w ofercie, a w przypadku Ryśka prawidłowe odżywianie jest konieczne. Specjalistyczna firma codziennie dostarcza mu pięć posiłków, ale po kilku dniach otrzymuję wiadomość, że dyrektor szpitala zabrania ich przywożenia o zbyt wczesnej godzinie. Powodem jest dzwonek przy drzwiach, który głośno dzwoni i może obudzić pacjentów. Dopowiem tylko, że portiernia jest oddalona od szpitala, ale tam też nie wolno zostawić posiłków. Musimy zapłacić firmie dodatkowe 900 złotych miesięcznie i kierowca przywozi pakiet po 7.00.

Rehabilitacja to 90 minut dziennie przed południem od poniedziałku do piątku. Resztę czasu Rysiek ogląda sufit lub telewizję, oczywiście jak zapłaci. Od 12:30 w piątek do 11.00 w poniedziałek nie ma fizjoterapeuty i nic się nie dzieje. Można zwariować. Nie ma najmniejszej szansy na załatwienie dodatkowej rehabilitacji w czasie popołudniowym i podczas weekendu. Takie jest stanowisko dyrekcji szpitala. Koniec kropka.

Już wiem, że Ryszard źle trafił. Nie tak to miało wyglądać. Najbliższe grono przyjaciół podziela moje stanowisko. Rehabilitacja neurologiczna to bardzo specyficzna rehabilitacja. Optymalne efekty można uzyskać tylko poprzez prowadzenie jej przez wielospecjalistyczny zespół rehabilitacyjny, w skład którego wchodzi fizjoterapeuta, neurolog, ortopeda, internista, kardiolog, diabetolog, okulista itd. i który jest koordynowany przez lekarza specjalistę. Podstawą jest skomplikowany proces usprawniania chorych (ćwiczenia fizyczne), w którym wykorzystuje się metody tradycyjne, specjalistyczne metody kinezyterapeutyczne, metody relaksacyjne oraz coraz szerzej wprowadzane metody instrumentalne (wykorzystanie przyrządów i aparatury). Metody są dobierane indywidualnie w przypadku każdego chorego, a efekty ich stosowania i ewentualne powikłania są stale oceniane i weryfikowane przez lekarza oraz fizjoterapeutę.

Nie mogłem jednak niczego dowiedzieć się od Ryszarda na temat programu rehabilitacji. Po prostu nic nie wiedział, ponieważ nikt go o tym nie informował. Dziwne. Poza tym ośrodek preferował metody tradycyjne i był wręcz przeciwny wprowadzaniu nowoczesnych sposobów leczenia. W wywiadzie udzielonym przez dyrektora Stołecznego Centrum Rehabilitacji w Konstancinie-Jeziornie STOCER, który ukazał się w „Gazecie Wyborczej”, przeczytaliśmy nagłówek: „Małe szanse, że Ryszard Szurkowski będzie chodził”. Porażający tytuł i porażająca diagnoza, skazująca Ryszarda na wózek inwalidzki, a przecież był to dopiero czwarty miesiąc rehabilitacji. Dyrektor ośrodka zwraca w wywiadzie uwagę, że treningi od dwóch do trzech godzin dziennie są wystarczające, a sam realizuje treningi 90-minutowe przez pięć dni w tygodniu. To bardzo duża różnica, której nikt do dzisiaj nie wyjaśnił. Ryszard nie wiedział o tym artykule i wypowiedzi dyrektora szpitala. Pewnie gdyby go przeczytał, byłby to dla niego szok. Tym bardziej że dyrektor szpitala był u niego dwa razy w ciągu dwóch i pół miesiąca pobytu. Jak na znajomego, niezbyt często. Ryszard czuł coraz większe zniechęcenie do tego miejsca. Myślał nawet o rehabilitacji w domu, co oczywiście było wyjątkowo głupim pomysłem. Namawiałem go cały czas, żeby zechciał spróbować nowoczesnych metod leczenia w innej klinice, prywatnej i nowoczesnej. Wiem, jak zorganizować taką akcję charytatywną, a nasze stowarzyszenie Lions Club Poznań 1990 to profesjonalnie zorganizuje i zabezpieczy leczenie od strony finansowej. I tu przytoczę ponowny komentarz dyrektora ośrodka: „Podważam sens tak kosztownej przeprowadzki – taki ruch to przesada. Koszty leczenia są olbrzymie, a ja jestem sceptycznie nastawiony do tych wszystkich nowych urządzeń. Egzoszkielet (przenośny, biologiczny, sterowany komputerowo szkielet, urządzenie do reedukacji chodu) może pomóc, ale maszyna nie zastąpi ćwiczeń samego człowieka”. Wszyscy wiedzieliśmy, że Ryszard musi ćwiczyć, ale nie wykluczaliśmy próby zastosowania nowoczesnych metod. Ryszard jednak cały czas tkwił przy swoim – całkowita tajemnica o kraksie i jego stanie zdrowia. A to bardzo utrudniało jakąkolwiek pomoc.

O wypadku wiedzieli Staszek Czaja i Romek Cieślak. Planujemy odwiedziny w ostatni weekend października. W piątek przyjeżdża do mnie ze Szczecina Romek, wsiadamy do mojego samochodu i ruszamy do Konstancina. Staszek wyjeżdża z Dębicy. Spotykamy się późnym popołudniem w hotelu. Przychodzi również Leszek Kuźniak i Szymek Krotosz, którzy znają sprawę od początku. Robimy naradę. Jesteśmy wszyscy tego samego zdania, że sprawę należy upublicznić, nawet jeśli Ryszard tego nie chce. Ja od dłuższego czasu byłem w kontakcie z ośrodkiem w Kamieniu Pomorskim, który należy do najlepszych w Polsce, a coraz częściej przyjeżdżają tam pacjenci z Europy. Naprawdę światowy poziom rehabilitacji. No tak, ale nie zawieziemy tam przecież naszego przyjaciela bez jego akceptacji.

Siedzimy, myślimy, kombinujemy. Nazajutrz sobota 27 października, za cztery tygodnie wypiszą Ryszarda ze szpitala. Co dalej? Przecież rehabilitacja w domu to koniec szans na poprawę jego zdrowia. Rano idziemy do Ryśka i maglujemy wszystko od samego początku. Jeszcze raz przedstawiam mu koszty leczenia w domu, które oscylują w granicach 25 tysięcy złotych: 24-godzinna pomoc to trzy wykwalifikowane osoby, fizjoterapeuta lub nawet dwóch, specjalista ustalający program rehabilitacji, konsultacja neurologiczna, ortopedyczna, internistyczna, urologiczna, dieta zbilansowana, sprzęt do rehabilitacji i jeszcze wiele, wiele innych rzeczy. Kwota jest i tak wysoka, dlatego należy brać pod uwagę wyłącznie leczenie w prywatnej klinice. Ryszard do 12.00 tylko słucha. Z Romkiem i Staszkiem, mówiąc językiem kolarskim, idziemy po zmianach i wałkujemy temat do 13.00.

I wtedy zdarzył się pewien incydent, który wpłynął na sposób myślenia Ryśka. Powiedział: „Działamy. Podajcie informację do mediów”. Czekałem na to od miesięcy, ale nie tylko ja. Staszek i Romek też czekali, podobnie jak grupka przyjaciół. Tak jak wcześniej wspomniałem, o wypadku wiedziało niewielu ludzi. Sam się dziwiłem, że udało się to tak długo utrzymać w tajemnicy.

Po wypadku Ryszard Szurkowski miał znakomitą opiekę zdrowotną

Wiedziałem, że ten przełom nastąpi, i miałem opracowany plan działania. Postanowiliśmy, że dajemy sobie tydzień na przygotowanie akcji, którą zaplanowaliśmy na 6 listopada. Podstawową informacją miał być artykuł Krzysia Wyrzykowskiego, któremu razem z Tomkiem Derejskim opowiedziałem ze szczegółami o wyścigu i kraksie w Kolonii. To był dobry pomysł, ponieważ zdawaliśmy sobie sprawę, że w dniu upublicznienia informacji o tym zdarzeniu pojawią się tysiące pytań i dlatego – żeby nie opowiadać każdemu tego samego – załączałem w e-mailu ten artykuł. Pierwszy telefon zadzwonił około 7.00, a potem dzwonił już non stop. Startowałem z Ryszardem w tym wyścigu i jednocześnie reprezentuję Stowarzyszenie Lions Club Poznań 1990, które prowadzi akcję, a na stronie internetowej jest mój telefon i e-mail. Stacje radiowe, telewizyjne, gazety – wszyscy chcieli mieć informacje i zdjęcia z wyścigu. Niesamowity młyn. Jedni odjeżdżali, drudzy przyjeżdżali, i tak do wieczora. Telefon podłączony cały czas do ładowarki, a w laptopie ponad dwa tysiące maili. I tak przez kilka dni. Ale właśnie tego wszyscy chcieliśmy. Dzwonili koledzy kolarze z pretensjami, że nic wcześniej nie powiedziałem. Rozumiem to, ale cóż – umowa z Ryśkiem była taka, a nie inna. Do początku stycznia 2019 roku, czyli przez dobre 2 miesiące, odbierałem minimum 20–30 telefonów dziennie w sprawie jego stanu zdrowia, numeru konta, organizacji akcji charytatywnych, weryfikacji informacji o zbiórce pieniędzy i wielu, wielu innych. E-maile liczyłem do około pięciu tysięcy, potem już nie. Na wszystkie starałem się odpowiedzieć, przynajmniej wstawiając w odpowiedzi „Dziękujemy w imieniu Ryszarda Szurkowskiego”.

Zrobiliśmy to. Cel został osiągnięty. Ryszard opuścił ośrodek STOCER 19 listopada, a my zebraliśmy odpowiednią kwotę, żeby zabezpieczyć mu dalszą rehabilitację w prywatnej klinice neurologicznej. Teraz stoimy na trasie tego najtrudniejszego wyścigu w jego życiu. Wspieramy go i trzymamy kciuki, żeby minął linię mety jak najszybciej i żeby znów, tak jak kiedyś, zwyciężył. Team Szurkowski czeka na swojego lidera.

Krzysztof Kozanecki

Widujemy się w trakcie twojej rehabilitacji co jakiś czas i cały czas czuć w tobie wielki optymizm. Policzyłeś wszystkie swoje kraksy w karierze?

Nie mam żadnych pretensji do losu o żadną kraksę, bo nie ma powodu. Zresztą trzeba być w takim miejscu jak ja, żeby zobaczyć inne przypadki. Leżał ze mną chłopak, który jechał motocyklem. Nie za szybko, a jednak znalazł się na poboczu, upadł i jest do połowy sparaliżowany. Inny, 24-latek, jechał na deskorolce, podskoczył, upadł i pękł mu rdzeń kręgowy. Już nigdy nie będzie chodził. Kolejny wspinał się na ściance. Spadł z dwunastu metrów, bo lina, która miała atest na sześć ton, jednak się urwała. On na szczęście powoli zaczyna chodzić, ale wcześniej przez rok nie było o tym mowy. Mówię o tym, że ludzi spotykają różne wypadki i trzeba walczyć, radzić sobie w trudnych sytuacjach. Jako kolarz też miałem trochę kraks, choć niewiele takich, z powodu których nie kończyłem wyścigów. W Wielkiej Brytanii byłem liderem, ruszyliśmy na górską premię, którą wygrałem. Chwilę później skontrował Szwajcar, za nim poszedł Rosjanin, a ja zostałem kilkanaście metrów za nimi. I wtedy na drogę wyszło stado baranów. Oni w nie wjechali, ja uciekłem na bok, a tam był tłuczony kamień. Wyrzuciło mnie w górę jak z katapulty, huknąłem głową i kolanem w asfalt. Chciałem jednak jechać dalej, ale spojrzałem na kolano i wiedziałem, że to koniec. Chwilę później pojawiło się pogotowie i rzeczywiście pojechałem dalej, ale karetką. Podczas Wyścigu Pokoju, gdy pierwszy raz walczyłem o wygraną, leżałem na stadionie w Poznaniu. Innym razem miałem kraksę w Kaliszu. Zmienili trasę, a ja jechałem pierwszy i skręcając w bramę, wjechałem w tłum ludzi. Nic się nie stało. Jak tak sobie myślę, to jeszcze trochę tego było. Podczas Tour de Pologne w 1974 roku wjechałem na stadion w Mielcu z 30-metrową przewagą. Tam był żużel, wyrwali chwasty, ale nawet nie polali tego wodą. Na ostatnim wirażu koło wpadło mi w dziurę i poleciałem. Skończyłem czternasty. W roku igrzysk olimpijskich w Moskwie wziąłem się za bary z trenerem kadry Zbigniewem Rusinem. Po dobrym starcie w Austrii byłem pewny, że znajdę się w składzie. A tymczasem biorę rano do ręki „Przegląd Sportowy”, a tam mnie nie ma. Poszedłem do Rusina i mówię mu: „Wygram teraz wszystkie wyścigi, w których pojedzie kadra, którą pan wybrał. Co pan wtedy zrobi?!”. „Wtedy pojedziesz” – odpowiedział. Był jakiś miesiąc do igrzysk i zostało mi jeszcze kilka startów. Przed Małopolskim Wyścigiem Górskim ścigaliśmy się w Krakowie. Prowadziłem w końcówce, a dwie rundy przed metą odwróciłem się za siebie zobaczyć, kto mnie goni. W tym momencie żołnierz wyszedł przed tłum, żeby usunąć z trasy ludzi. Walnąłem go barkiem i wybiłem sobie obojczyk. Dojechałem do mety drugi. Założyli mi gips i wiedziałem, że nie wygram wszystkiego, tak jak zapowiadałem. Dziesięć dni później były jednak mistrzostwa Polski. Zdjąłem gips, rozruszałem rękę i ruszyłem do Kielc. Zobaczył mnie Rusin i zbladł. Dzień przed startem siedzieliśmy przy stole grupą kolarzy, którzy nie znaleźli się w składzie na igrzyska. Tadek Mytnik zawołał Rusina i mówi: „Doktor, przy tym stole siedzi mistrz Polski. Już teraz zamówiliśmy szampana!”. Trzy czwarte wyścigu walczyłem, ale ból był taki… Dzisiaj wziąłbym jakiś lek i jechał do końca, ale wtedy nie dało rady wytrzymać. Wychodzi na to, że zderzenie z żołnierzem w Krakowie kosztowało mnie igrzyska, więc cena okazała się wysoka. A to wszystko nie koniec. Kiedyś w Algierii urwała mi się korba, wywaliłem się. Rok później w tym samym miejscu pomagałem koledze, zahaczyłem o coś pedałem i poleciałem! Strasznie się pozdzierałem. Dzień później wracaliśmy samolotem, mieliśmy dobę czekania na przesiadkę w Rzymie, a mnie dopadła jakaś zaraza. Drżałem, dostałem tak wysokiej gorączki, że nie nadążali mnie okładać zimnymi prześcieradłami. Wydawało się, że jest bardzo źle, a ja po trzech godzinach wstałem i poszedłem z chłopakami na spaghetti. Albo pamiętam 1971 rok i etap Wyścigu Pokoju do Szczecina. Przed finiszem jakoś wszyscy rozjechali się na boki, ja wskoczyłem na chodnik, a tam były wielkie stojaki z flagami. Przywaliłem w to tak, że rower się roztrzaskał na części, a ja przeleciałem nad flagami. Każdy z tych wypadków mógł skończyć się groźnie. Mogę tak długo. Skoro opowiadam o kraksach, to przypominam sobie moje początki. W 1968 roku zaczynałem się ścigać na poważnie, bo wcześniej ledwie kilka razy jechałem w peletonie. No i przez ten brak doświadczenia co chwilę leżałem. Ze strachu! Postanowiłem więc, że będę uciekał. Byłem wtedy jeszcze takim tłuścioszkiem na rowerze, bo ważyłem jakieś 85 kilogramów, czyli z osiem więcej niż później. Starsi kolarze, jeszcze z gwardii Henryka Łasaka, podpuszczali: „Ty, mocny, weź zaatakuj!”. No i atakowałem. Czasem się udawało.

Pierwsze pantofle kolarskie dostałem za wygranie wyścigu „Dziennika Spółdzielcy” w Chojnowie, a w kilka dni później zostałem powołany do odbycia zasadniczej służby wojskowej. W moim plutonie zebrało się kilku młodych ludzi, którzy tak jak ja uprawiali sport. Nie było jednak wśród nich drugiego kolarza. Jeden skoczek narciarski, ćwiczący do znudzenia lądowanie z wypadem, jeden nieco przestraszony ciężarowiec motający się wśród ciężkiego żelastwa, trzech prężących się i szpanujących bez przerwy kulturystów. Ćwiczyliśmy wspólnie na sali, ale dla przyszłego kolarza tego rodzaju zajęcia nie zastąpią jazdy na rowerze. Zgłosiłem się do dowódcy jednostki, prosząc o zezwolenie na odbywanie treningów na szosie. Wyraził zgodę, pod warunkiem że z Okręgowego Związku Kolarskiego we Wrocławiu nadejdzie pismo stwierdzające, iż rzeczywiście startowałem w wyścigach organizowanych przez kolarskie władze Dolnego Śląska. Niestety, jak to w życiu bywa, ktoś czegoś nie dopilnował, sprawa w końcu nie była dla działaczy najważniejsza, słowem list z OZKol nigdy nie dotarł do jednostki, a ja nie mogłem jeździć na rowerze. Grałem sporo w piłkę ręczną, startowałem w marszobiegach i wielobojach wojskowych, wygrywając większość sportowych zawodów, za co otrzymałem kilkudniową przepustkę do domu i dopiero w Świebodowie mogłem pojeździć trochę na rowerze.

Wiosną kompania wyjechała na poligon. Miałem szczęście. Za zgodą dowódcy kompanii zabrałem z sobą rower. Po zajęciach jeździłem na treningi. Pewnego dnia spotkałem na szosie trenującego kolarza. Jeździł w Radomiaku. Po kilku dniach pojechałem do klubu, gdzie spotkałem trenera Ryszarda Swata. Spojrzał na mnie, powiedział, że w niedzielę jest wyścig w Skarżysku, że będzie czekał. I czekał na mecie, na stromym podjeździe, a ja byłem w czołówce. Ryszard Swat zapisał mnie do klubu. Dostałem pierwszego w życiu białego jaguara. Zostałem kolarzem pełną gębą. Spełniło się to, o czym zawsze marzyłem, o czym nieśmiało powiedziałem kiedyś nauczycielowi w siódmej klasie. Na pytanie „Kim chcesz zostać?” odpowiedziałem, że kolarzem. W tamtym stwierdzeniu 14-latka wszystko oparte było na marzeniach. Po sześciu latach marzenia zaczęły się urzeczywistniać dzięki ogromnemu uporowi.

Nie zrażałem się ani tym, że właściwie w rodzinnych stronach nie było żadnych szans, bym mógł zostać kolarzem, ani tym, że będąc w wojsku, przez pół roku nie jeździłem w ogóle na rowerze. Zastanawiałem się wielokrotnie, co właściwie pchało mnie do tej dyscypliny sportu, dlaczego zaraziłem się kolarstwem, choć przez kilka lat było ono dla mnie znikającym na horyzoncie punktem? Uparty i twardy byłem zawsze, ale żeby aż do tego stopnia?

Tak jak kiedyś w szkole powiedziałem, że będę kolarzem, tak później w wojsku postanowiłem, że będę startował w Wyścigu Pokoju. Założyłem się nawet o to z jednym z kolegów, bo dosyć już miałem ciągłych pytań, po co jeżdżę, po co trenuję, kiedy i tak nic z tego nie będzie. Nie zrażałem się niczym i gdy już mogłem trenować, gdy pokonywałem kilometr w czasie minuty i 18 sekund, wiedziałem, że coś z tego będzie, czułem, że te wszystkie przejeżdżane kilometry nie mogą pójść na marne. Pobyt na poligonie urozmaicałem sobie startami w wielu lokalnych wyścigach. Zakwalifikowałem się do reprezentacji województwa kieleckiego, brałem udział w ogólnopolskiej spartakiadzie. Dostałem dresy, spodenki, koszulkę. Wszyscy oczekiwali od nas sukcesu, byli mili i sympatyczni. Kiedy jednak wycofałem się na 30. kilometrze przed metą, po prostu zabrakło mi sił, działacze zabrali wszystko to, co dali przed startem, a co dla mnie – stojącego dopiero u progu sportowej przygody – znaczyło więcej niż kawałek materiału. Na mecie przyszedł pierwszy działacz i zabrał mi koszulkę, po nim następny upomniał się o dres, jeszcze inny o spodenki. Zostały mi tylko buty i mocne postanowienie, by rozstać się z tymi ludźmi i po powrocie do cywila poszukać klubu w najbliższym sąsiedztwie.

Taki klub znajdował się w Oleśnicy. Cóż z tego, kiedy nikt się tam mną nie interesował. Powiedzieli, bym przyjechał wiosną, bo teraz, jesienią, u schyłku sezonu, nie mają do tego głowy. A ja chciałem dostać plan treningowy, jakieś wskazówki i rower, na którym mógłbym jeździć, bo biały jaguar pozostał w radomskim klubie. Właściwie po tej niefortunnej wizycie w Oleśnicy po raz pierwszy zwątpiłem i byłem skłonny zrezygnować z uprawiania kolarstwa. O tym, że stało się inaczej, zdecydował przypadek…

W listopadzie 1967 roku mama wysłała mnie do Wrocławia do brata. Pojechałem, by zawieźć mu wałówkę, gdyż wikt w akademiku nie zawsze zaspokajał głód uczących się studentów. Brat mój, Czesław, wierny kibic zbierający wycinki z kieleckich gazet, w których czasami pisano o moich sukcesach, namawiał mnie, bym przyjechał do Wrocławia, może tu w jednym z licznych klubów zainteresują się mną, dadzą sprzęt, pracę, miejsce w hotelu robotniczym.