Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
46 osób interesuje się tą książką
Miłość matki nie zna granic. Nawet tych, których nigdy nie powinno się przekraczać.
Bogna, młoda opiekunka, trafia do domu rodziny Maliszewskich. Trzyletnia Rozalka jest oczkiem w głowie rodziców, podczas gdy starszy Tymon schodzi na drugi plan. Z pozoru idealne życie w luksusowej rezydencji skrywa niepokojące tajemnice. Co tak naprawdę wydarzyło się w tej rodzinie kilka lat temu? I dlaczego nikt nie chce o tym mówić?
Kinga Urbaniak, matka, która straciła dziecko, zrobiłaby wszystko, by ukoić swój ból. Kiedy umiera w niejasnych okolicznościach, sprawą interesuje się Wiktoria Błońska, lokalna dziennikarka, której dociekliwość nie wszystkim się podoba. Śledztwo Błońskiej nabiera tempa, gdy włącza się w nie Sonia Gralewicz, przyjaciółka denatki, zdeterminowana, aby odkryć prawdę.
Błońska i Gralewicz wkraczają w świat rodzinnych sekretów, mrocznych eksperymentów i ludzi, którzy rozwiązują problemy za pomocą ognia. Szybko okazuje się, że tam, gdzie wszyscy milczą, tylko rozpacz mówi prawdę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 277
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Klaudia Muniak, 2026
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska
Marketing i promocja: Wiktoria Jadziewicz
Redakcja: Katarzyna Dragan
Korekta: Magdalena Kawka, Magdalena Owczarzak
Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl
Projekt okładki: Kornel Gawron
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68692-42-6
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
Prolog
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56
57
58
59
60
61
62
63
64
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Wiem, że jeśli tego nie zrobię, będę żałować. Wyrzucać sobie do końca życia, że nie spróbowałam wszystkiego, żeby odzyskać utracone szczęście. Że stchórzyłam w najważniejszym momencie.
Podchodzę do trumny, w której spoczywa jej ciało, i cała się trzęsę. To nie są zwykłe ciarki na karku, nagłe wzdrygnięcie czy gęsia skórka, mam wrażenie, że dreszcze, które mną zawładnęły, przesuwają moje organy, zmieniają ich położenie. Boli mnie brzuch i kłuje w klatce, a nogi sztywnieją jak kołki. Mimo to posuwam się naprzód. Powoli, małymi kroczkami, aż wreszcie docieram do celu.
Kiedy jestem już na tyle blisko, że mogę spojrzeć na jej twarz, nieruchomieję, jakby ktoś wyłączył mnie pilotem. Powietrze więźnie mi w płucach, nie potrafię go wypuścić. Jest taka malutka. Drobna. Przypomina cienki, suchy patyk, który z łatwością można złamać. I dokładnie to się stało. Nie przetrwała. Pokonano ją. Odeszła za wcześnie. Była z nami zbyt krótko. Śmiesznie krótko. Nie tak to miało wyglądać. To ona powinna tu stać, a ja leżeć na jej miejscu. Wtedy byłoby dobrze. Właściwie.
Nie wiem, która z myśli budzi mnie z letargu, ale w końcu sięgam do torebki. Mam w niej wszystko, co będzie mi potrzebne. Naciągam jednorazowe rękawiczki na dłonie, na skraju trumny kładę niezbędny sprzęt. Otwieram sterylny pojemniczek, pamiętam, żeby położyć zakrętkę górą do dołu. Pewnie to najmniej ważne z całości, ale przysięgam, staram się to zrobić dobrze.
Rozpakowuję nowiutki skalpel. Dziwnie leży mi w dłoni, obco, jakby od początku wiedział, że nie powinien tu trafić. Próbuję uchwycić narzędzie jakoś inaczej, stabilniej, pewniej – na próżno. Ostrze lata we wszystkie strony, jakby chciało wyrwać się z mojej ręki. Mogłam wcześniej poćwiczyć. Na plastelinie albo… na kawałku mięsa. Nie zrobiłam tego, a teraz jest już za późno na wahanie – jutro pogrzeb.
Zaciskam mocniej palce na rękojeści noża i, o dziwo, ostrze przestaje się chybotać. Dociera do mnie, że to nie w narzędziu tkwi problem, lecz we mnie. To moje dłonie się telepią, to we mnie jest chaos. Biorę głębszy oddech. I jeszcze jeden. Serce wciąż bije mocno, ale czuję, jak ciało powoli wraca do mnie.
Unoszę rękę – rzeczywiście mniej dygocze. Dodaje mi to otuchy. Gdzieś głęboko w podświadomości w siebie wątpiłam, a jednak jestem tu. Zaszłam tak daleko. Tyle że… Nic więcej się nie dzieje.
Stoję jak betonowy posąg z wyciągniętą dłonią w jej stronę, a ostrze połyskuje, jakby ze mnie szydziło. Nie dam rady, przebiega mi przez myśl, a potem zalewają mnie wspomnienia. Kiedyś piękne, cudowne, słodkie chwile, teraz bolesne migawki z życia, którego już nie ma. Zrobiłabym wszystko, by to zmienić. Żeby znów móc wziąć ją w ramiona. Pogłaskać. Ucałować. Zezłościć się na nią, a zaraz potem przytulić i zapewnić, że nic nie jest dla mnie ważniejsze niż ona. Nie mieć sił na dalszą zabawę i jednym haustem wypić zimną już kawę. Zrobiłabym wszystko, by znów to mieć.
Wszystko?
Naprawdę wszystko?
Tak, absolutnie wszystko.
Przysuwam skalpel do upiornie bladej skóry. Nie ma już pod nią życia, obumarłe komórki jeszcze tworzą właściwą strukturę, ale i to wkrótce pójdzie w zapomnienie. Ważne jest DNA. Ciało trzymano w chłodni, więc materiał genetyczny powinien być w dobrym stanie. Najlepsze wyniki powinien dać fragment małżowiny usznej.
Kiedy ostrze wreszcie zatapia się w tkance, mam ochotę zamknąć oczy. Nie mogę jednak tego zrobić, moje ruchy muszą być precyzyjne. Patrzę na swoje dłonie z mieszaniną lęku i niedowierzania. A jednocześnie… pod tym całym strachem tli się też duma. Wyzbywam się wszelkich wątpliwości. Wiem, że mi się uda. Że wróci do mnie. Że znów będę szczęśliwa.
Kobieta podeszła do masywnej furtki opatrzonej wideofonem. Spodziewała się okazałej posesji, jednak to, co ujrzała, zdecydowanie przerosło jej oczekiwania. Już sam mur okalający podwórko dawał wyobrażenie o tym, co czekało za bramą. Odpowiadając na ofertę pracy u Maliszewskich, nie sądziła, że zgłasza się do tak majętnych ludzi.
Młoda aplikantka kątem oka zerknęła na samochód zaparkowany przy drodze. Piętnastoletni Peugeot wydał się jej większym gruchotem niż zwykle, a najgorsze było to, że nic nie wskazywało, by w najbliższej przyszłości mogła sobie pozwolić na jego wymianę.
Bogna Chojnacka westchnęła w duchu. Zakładała, że jej życie potoczy się inaczej. Czas studiów nie był łatwy, ale wierzyła, że po uzyskaniu dyplomu szybko zdobędzie finansową stabilność. Tymczasem wynajem mieszkania w Krakowie pochłaniał znaczą część jej pensji, a o kupnie własnego kąta mogła tylko pomarzyć. Wkrótce po obronie magisterki podjęła decyzję o powrocie do rodzinnego Olkusza. Tutaj koszty życia były nieco niższe. Niestety, kiedy wreszcie udało się jej zaoszczędzić trochę grosza, okazało się, że musi zmienić posadę. Przeszło jej nawet przez myśl, by ponownie spróbować w Krakowie. Znała miasto, zostawiła tam kilkoro bliskich osób, mogłaby dać sobie jeszcze jedną szansę. Zerknęła na oferty najmu i zgrzytnęła zębami. Paskarskie ceny wydawały się kompletnie oderwane od rzeczywistości.
– Słucham? – doleciał ją głos zniekształcony przez wideofon.
– Dzień dobry. Nazywam się Bogna Chojnacka – przedstawiła się. – Jestem umówiona z panią Maliszewską – dodała, przenosząc wzrok z dotykowego ekranu wideofonu na bogato zdobioną furtkę z kutego żelaza, a potem na swoje wysłużone auto. Zastanawiała się, czy połączenie odebrała sama pani domu. Skoro rodzina szukała opiekunki, niewykluczone, że miała też gosposię, która zajmowała się posiadłością.
– Zapraszam do środka. – Kobieta uśmiechnęła się, a zaraz potem zabrzęczał zamek przy furtce.
Bogna pchnęła bramkę i wkroczyła na podwórko, którego metraż natychmiast ją onieśmielił. Nie było już cienia wątpliwości, że jej potencjalni nowi pracodawcy mieli kasy jak lodu. Na wybrukowanym podjeździe stały dwa luksusowe samochody, najpewniej każdy wart tyle, co mieszkanie na obrzeżach miasta.
Chojnacka przeniosła wzrok na dom. Dwupiętrowy budynek nie wpisywał się w najnowsze trendy architektoniczne, ale imponował rozmachem i bogactwem detali. Bogna nie śmiała nawet zgadywać, ile pokoi mieścił w sobie ten kolos. Za to była niemal pewna, że gosposia, może nawet niejedna, odwiedzała Maliszewskich regularnie, żeby zadbać o ich dobytek. Dziewczyna przesunęła spojrzeniem po równo przystrzyżonym żywopłocie i starannie uformowanych drzewach; firma ogrodnicza miała tu roboty na cały etat.
– Dzień dobry. Agata Maliszewska. – Kobieta pojawiła się w progu domu. Bogna rozpoznała tę samą twarz, co na wideofonie. Miała przed sobą zadbaną panią, której wiek pozostawał zagadką. Pełny makijaż, starannie ułożone loki i eleganckie ubranie mogły zarówno odmładzać właścicielkę, jak i dodawać jej lat.
– Bogna Chojnacka. – Przybyła uścisnęła wysuniętą w jej kierunku dłoń. Może jednak państwo Maliszewscy nie byli aż tak majętni, skoro przywitała ją sama pani domu.
– Zapraszam do środka – powiedziała gospodyni.
Podążając za kobietą, Bogna nie mogła oderwać wzroku od jej kombinezonu. Wyglądał, jakby uszyto go na miarę nie tylko sylwetki, ale i charakteru właścicielki. Materiał miękko opinał jej ciało, podkreślając długie nogi, obfity biust i smukłą talię. Każdy ruch wydawał się odsłaniać perfekcję kroju – klasycznie, a zarazem odważnie.
– Przejdźmy, proszę, do salonu. – Gospodyni minęła wyspę w kuchni. Chojnacka dałaby sobie rękę uciąć, że zabudowa była wielkości materaca, który aktualnie służył jej za całe łóżko.
Maliszewska wskazała jeden z foteli.
– Napije się pani kawy? – spytała, zanim sama usiadła.
– Nie, dziękuję – odparła Bogna, onieśmielona otaczającym ją przepychem. Dotąd widziała takie miejsca tylko na zdjęciach w magazynach wnętrzarskich. Uświadomiła sobie, że w rzeczywistości glamour błyszczy mocniej, niż to widać w gazetach.
– To może ma pani ochotę na herbatę?
– Woda wystarczy – zapewniła Bogna, zauważywszy na stoliku tacę ze szklankami i fikuśną karafką. Zgadywała, że były kryształowe.
Gospodyni usiadła naprzeciw, a Bogna bezwiednie przesunęła dłonią po aksamitnie gładkim obiciu fotela. Materiał lekko ugiął się pod jej palcami, po czym momentalnie wrócił do pierwotnego kształtu. Oczy dziewczyny mimowolnie błądziły po pomieszczeniu, wyłapując lśniące dodatki. Pewnie drobne kamyczki, które zdobiły sofę, też nie miały nic wspólnego z akrylem.
– Kaszmir – usłyszała.
– Bardzo przyjemny.
– O tak, to prawda. – Maliszewska również pogładziła tkaninę. – Dobrze, pani Bogno. Opowie mi pani o sobie? – Uniosła wzrok na gościnię.
– Oczywiście. – Chojnacka wzięła głębszy wdech. – Mam trzydzieści dwa lata. Skończyłam pedagogikę przedszkolną i wczesnoszkolną. Od ponad sześciu lat pracuję z małymi dziećmi i właściwie nie wyobrażam sobie, że zajmuję się czymś innym.
– Dlaczego zdecydowała się pani właśnie na taką ścieżkę kariery?
Bogna przełknęła ślinę, by móc właściwie rozpocząć wypowiedź. Wiedziała, że takie pytanie padnie, była na nie przygotowana. Wałkowała w głowie zdania, powtarzała je przed lustrem, ćwicząc intonację, gesty i odpowiednie pauzy.
– Uwielbiam dzieci – oświadczyła krótko, gdy tylko jej struny głosowe pozwoliły jej mówić. – Już jako nastolatka zauważyłam, że dobrze sobie radzę z maluchami. W liceum pomagałam sąsiadce zajmować się córeczką, zostawałam z nią, kiedy jej mama szła na drugą zmianę do pracy. Stąd też taki, a nie inny wybór studiów. Zresztą właściwy. Opieka nad najmłodszymi daje mi dużo satysfakcji. Lubię obserwować ich rozwój, towarzyszyć im w zdobywaniu nowych umiejętności, śmiać się z nimi i pokazywać im otaczający nas świat.
– Gdzie pani wcześniej pracowała?
– Ciągle jeszcze pracuję.
Maliszewska uniosła wyżej brwi. W ogłoszeniu jasno zaznaczyła, że potrzebuje kogoś od zaraz.
– Ale tylko do końca miesiąca. Złożyłam już wypowiedzenie – dodała pospiesznie kandydatka.
– Rozumiem. Więc gdzie w tej chwili pani pracuje?
– W żłobku – rzuciła Bogna, świadomie pomijając nazwę placówki. W CV oczywiście musiała ją podać, ale teraz uznała, że wchodzenie w szczegóły w niczym jej nie pomoże. Wręcz przeciwnie.
– To chyba świetne miejsce do obserwacji, o której pani wspomniała.
– Zgadza się – przyznała Bogna, znów czując, że coś blokuje jej gardło. Zanim odezwała się ponownie, musiała odchrząknąć. – Wolę jednak pracować z nieco starszymi dziećmi. A w żłobku, wiadomo, zdarzają się już sześciomiesięczne maluchy.
Prawdziwego powodu, dla którego postanowiła odejść z placówki, również nie zamierzała zdradzać. Zajmowanie się niemowlakami wcale jej nie przeszkadzało, nawet to lubiła. Widok malutkich paluszków, pulchnych nóżek czy uroczo powyginanych w czasie snu drobnych usteczek napawał ją szczerą radością. Jednak ostatnie wydarzenia wstrząsnęły nią do głębi. Zaczęła się bać. Lęk, że coś podobnego może się powtórzyć, stał się na tyle silny, że nie miała innego wyjścia, jak zrezygnować.
Maliszewska odchyliła lekko głowę i otaksowała swoją rozmówczynię uważnym spojrzeniem. Bogna poczuła, że się czerwieni.
– Pani dzieci mają trzy i pięć lat, prawda? Fantastyczny wiek. – Uśmiechnęła się.
– Nie zastanawiała się pani nad tym, żeby przenieść się do przedszkola? – zapytała gospodyni, wciąż przyglądając się aplikantce spod zmrużonych powiek.
– W placówkach tego typu poświęcenie danemu dziecku tyle czasu, ile ono realnie potrzebuje, jest niestety niemożliwe… – Bogna doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak górnolotnie zabrzmiało to, co powiedziała. Taka jednak była prawda, i przyszło się jej przekonać o tym na własnej skórze. Mimo że sama nie usłyszała zarzutów, jej koleżanka, z którą była wtedy na placu zabaw, tak. Bogna nie chciała podzielić losu Sylwii, choć w rzeczywistości czuła się współwinna. – Chciałabym mieć sposobność skoncentrowania się w pełni na potrzebach dzieci, którymi się opiekuję, a nie działać połowicznie. – Delikatnie ścisnęła dłońmi swoje kolana. – Czy raczej… cząstkowo? – poprawiła się, jakby każde słowo miało nieść ze sobą ciężar odpowiedzialności i troski.
– A tak naprawdę? – zapytała Maliszewska.
Chojnacka drgnęła niespokojnie. Nie wyobrażała sobie, że nie zmieni pracy. Przeniesienie się do innej placówki też nie załatwiało sprawy. Nie chciała już nigdy więcej odpowiadać za całą gromadę dzieci. Nie czuła się na siłach. Tego jednak powiedzieć Maliszewskiej nie mogła, zwłaszcza że kobieta najwyraźniej jej nie kojarzyła. Ciekawe, że nie zadała sobie trudu, żeby zweryfikować, kogo zaprasza do swojego domu. A może sprawdziła, tylko po prostu nie słyszała o tym, co się ostatnio wydarzyło.
Czy taki scenariusz w ogóle był możliwy? Miała wrażenie, że w mieście i okolicy nie rozmawiano o niczym innym. Nic dziwnego, skoro wieść o tragedii dotarła do ogólnokrajowych serwisów informacyjnych. Niedawno o Olkuszu było głośno za sprawą nożownika, teraz jeszcze to.
Chyba że Maliszewska doskonale wiedziała, ale jej to nie przeszkadzało. Może wychodziła z założenia, że nie ma ludzi nieomylnych. Rozumiała, że błędy są nierozerwalną częścią człowieczeństwa. Nie skreślała tych, którym powinęła się noga.
– Proszę. – Pani domu podsunęła aplikantce szklankę napełnioną wodą.
Bogna chętnie zwilżyłaby wargi, ale nie odważyła się wyciągnąć ręki po naczynie. Była pewna, że dłoń by jej zadrżała, a nie chciała pochlapać podłogi. Ani tym bardziej zdradzić Maliszewskiej, jak mocno się denerwowała.
– Jestem perfekcjonistką – zaczęła wyjaśniać. – Nie znoszę robić czegoś na pół gwizdka. A kiedy ma się pod opieką całą grupę dzieci, niestety często tak to właśnie wygląda.
– Mhm. – Maliszewska wciąż wyglądała na nieprzekonaną.
Chojnacka wzięła głębszy wdech. Cisza stawała się nieznośnie ciężka.
– Poza tym… – zawahała się. – Stawka wynagrodzenia też jest kusząca – wydusiła, a jej policzki natychmiast zabarwiły się rumieńcem. Pieniądze były jej potrzebne, zresztą jak każdemu, i owszem, stanowiły niezły wabik. Jednak Bogna pragnęła przede wszystkim uciec od pracy w samorządowych placówkach. Prywatnych zresztą również. Inna sprawa, że dyrektorzy okolicznych żłobków czy przedszkoli raczej znali sprawę i nie patrzyliby na nią przychylnym okiem. – W porównaniu do płac w oświacie… no cóż, różnica jest znaczna – przyznała, na co Maliszewska natychmiast się rozpromieniła.
– Wreszcie ktoś szczery – zaświergotała. – Ma pani tę pracę.
– Naprawdę? – Kandydatka nie dowierzała.
– Przed panią było tu kilka dziewczyn. Wszystkie zapewniały, że absolutnie nie chodzi o pieniądze – prychnęła i pokręciła głową. – Hipokryzja. Każdy chce zarobić. I wcale nie chodzi o próżność. Pieniądze to poczucie bezpieczeństwa, odpowiedzialność. Kto tego nie rozumie, jest po prostu głupcem.
Maliszewska zrobiła krótką przerwę, a Bogna zachodziła w głowę, czy powinna się do tego odnieść, czy zostawić to bez komentarza. Nim zdążyła zdecydować, gospodyni oświadczyła:
– Oczywiście zanim oddam swoje dzieci pod pani opiekę, chciałabym sprawdzić pani umiejętności. Umówiłybyśmy się na kilka spotkań po dwie, trzy godziny, żeby zobaczyć, jak dzieci zareagują. Czy to możliwe?
– Jak najbardziej.
– Pani doświadczenie – zerknęła w CV – wygląda dobrze, ale w grę wchodzą małe dzieci, więc chcę mieć pewność, że będą mieć dobrą opiekę.
– Oczywiście, w zupełności to rozumiem – przytaknęła Bogna, nie dowierzając, że tak gładko poszło. Najwyraźniej Maliszewska nie kojarzyła sprawy, która tak ją stresowała.
– A później pomyślimy o umowie – dodała gospodyni.
– Dobrze – odparła Bogna.
– Kiedy może pani do nas przyjść? Jutro?
– Tak jak wspomniałam, do końca miesiąca pracuję…
– Do której godziny działa placówka, w której jest pani zatrudniona? – wcięła jej się w zdanie Maliszewska.
– Do siedemnastej.
– Możemy umówić się na osiemnastą?
– Nie widzę przeszkód.
– A dziś? Dziś ma pani wolne?
– Zgadza się – przyznała powściągliwie Bogna. Nie spodziewała się podobnej propozycji.
– Więc może zacznijmy od razu? – Maliszewska lekko uniosła brwi. – Nie ukrywam, że bardzo by mi to pomogło. Poprzednia opiekunka odeszła nagle, a w firmie… nikt za mnie nic nie zrobi.
– Naprawdę?
– Prowadzimy z mężem wspólny biznes, ale każde z nas ma swoje obowiązki. – Ton Maliszewskiej zdradzał, że poczuła się dotknięta.
– Nie zamierzałam podważać pani kompetencji ani tym bardziej pozycji w firmie – zapewniła pospiesznie Bogna. – Moje pytanie dotyczyło opiekunki… Wspomniała pani, że odeszła nagle.
Maliszewska się uśmiechnęła.
– Jadwiga była z nami wiele lat, ale niestety okoliczności zmusiły ją do odejścia.
Chojnacka miała ochotę dopytać, jakie okoliczności, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język.
– Podupadła na zdrowiu – dodała gospodyni, nie podając szczegółów.
– Rozumiem – bąknęła Bogna, akceptując, że jej rozmówczyni nie chce wchodzić w detale tamtej sprawy. Właściwie dobrze to o niej świadczyło. Zresztą nie czuła się komfortowo, poruszając temat swojej poprzedniczki.
– To co? – Maliszewska klasnęła w dłonie. – Zostanie pani już dziś u nas? Chociaż na trochę? Tak, żeby poznać dzieci?
– Z radością – zgodziła się Bogna.
Wiktoria Błońska skończyła nagrywać ostatnie ujęcie, zostało tylko wszystko razem skleić i film będzie mógł trafić do sieci. Chciała, żeby stało się to jak najszybciej. Nawet nie odjeżdżała z miejsca zdarzenia, zmontowała brakujące fragmenty w swoim wozie, po czym wygodnie rozsiadła się w fotelu. Zanim przystąpiła do obróbki nagrań, odrzuciła do tyłu włosy. Zwykle splatała je w dwa francuzy po bokach głowy, dzięki czemu przez cały dzień jej pofalowane kosmyki pozostawały w ryzach, ale dzisiejszego ranka nie zdążyła tego zrobić. Za kilkanaście minut opublikuje materiał i będzie mogła zająć się fryzurą.
Postanowiła jeszcze sprawdzić finalny efekt. W pierwszym kadrze filmu pojawia się jej twarz.
– Cześć, tu wasza Wiktoria, dzięki, że sprawdzacie, z czym dzisiaj do was przychodzę. Niestety nie będzie miło, w naszym mieście doszło do kolejnej absurdalnej sytuacji. Jestem na jednym z olkuskich osiedli, zobaczcie, co przed chwilą się tutaj wydarzyło.
Postać dziennikarki zastępuje ujęcie okolicznych budynków, których charakterystyczne niebieskie dachy natychmiast zdradzają lokalizację. To właśnie dzięki nim Osiedle Słowiki zyskało zwyczajową nazwę „Smerfy”. Obraz szybko się jednak zmienia, bo to nie zabudowa jest bohaterem minireportażu.
Rozlegają się wrzaski i histeryczne piski.
– Tata, ratuj, tata, oni mnie porywają!
Widać dziecko, które umundurowani siłą wciskają do policyjnego pojazdu. Na ekranie ponownie pojawia się twarz Błońskiej.
– Kurator i dwóch policjantów siłą wyprowadzili z domu dziesięcioletniego Julka, by przewieźć go do matki, z którą chłopiec nie chce przebywać. Powód jest przerażający: obecny partner matki notorycznie paraduje po mieszkaniu nagi i często wchodzi do łazienki chłopca, kiedy ten się kąpie. Obcy, dorosły facet. Zobaczmy to jeszcze raz.
Znowu rozlegają się błagalne nawoływania dziecka. Ojciec rzuca się w jego stronę, ale jeden z funkcjonariuszy nakazuje mu się odsunąć. Gdy mężczyzna nie ustępuje, mundurowy ciałem blokuje mu przejście. Kamera wyłapuje przerażoną twarz chłopca.
– Czy ktoś z was ma wątpliwości co do tego, gdzie to dziecko chce przebywać? Albo co do tego, że źle czuje się w domu matki i jej partnera? Wzywam Sąd Rejonowy w Olkuszu do wzięcia odpowiedzialności za dramat, który się tutaj rozegrał. A was do lajkowania i udostępniania filmu. Niech trafi do mainstreamu, by zapobiec kolejnym takim zdarzeniom!
Jeszcze raz słychać krzyki dziecka i materiał zatrzymuje się na zapłakanym obliczu nieletniego. Ekran się przyciemnia i pojawia się numer kontaktowy do lokalnej instytucji, a pod nim wezwanie: „Nie bądź obojętny. Zareaguj”. Błońska z satysfakcją udostępniła film na swoich kanałach. Planowała jego publikację również w dzienniku, w którym była zatrudniona, ale to TikTok i YouTube były platformami, na których informacje rozchodziły się lotem błyskawicy. Właśnie na tym jej zależało.
Błońska zwykle wybierała niewygodne sprawy. Wstydliwe. Czasem traumatyczne. Bo takie też zdarzały się w małych miejscowościach. I to częściej, niż mogłoby się wydawać. Sięgała po ciężkie tematy, zarówno działając niezależnie, jak i w ramach dziennikarskiego etatu.
Ktoś mógłby zarzucić jej niezdrową fascynację złem, ale ona była po prostu ambitna. Chciała poruszać kwestie trudne, bo to właśnie pod nimi kryły się te najważniejsze. Nie zawsze dla ogółu, czasem wyłącznie dla jednostki. Ale wtedy w oczach Wiktorii ich ranga tylko wzrastała.
Kobieta lubiła myśleć o sobie jako o dziennikarce śledczej. Zdawała sobie sprawę, że gdyby przeniosła się do sąsiedniego Krakowa, miałaby o wiele większe pole do popisu, lecz przed podobną decyzją powstrzymywał ją lokalny patriotyzm. To mogło dziwić, bo nie miała tu, w Olkuszu, ani domu rodzinnego, ani dalszych krewnych. Ale ludzie potrzebują korzeni. Przywiązania. Więzi, które ich definiują. Poświęcenie się sprawom istotnym dla miasta, w którym się wychowała, dawało Wiktorii te korzenie. Podtrzymywało poczucie przynależności.
Minireportaż zaczął hulać w sieci, tymczasem TikTok podsunął reporterce inny filmik. Młoda kobieta siekała nożem ubłocone opony ciężarówki z taką furią, że przyprawiało to o dreszcze. Błońska uniosła brwi, kiedy okazało się, że nagranie pochodzi z Olkusza.
– Zaraz, zaraz, hej! Co pani, do cholery, robi?!
Kobieta, ciężko dysząc, jeszcze raz dźgnęła oponę. Gdy powietrze zaczęło uchodzić, podeszła do kolejnego koła.
– Kobieto, na Boga, co ty robisz?!
W kadrze pojawił się mężczyzna. Napis na koszulce zdradzał jego profesję i miejsce zatrudnienia. Po chwili dołączyło do niego kilku kolegów.
– Co tu się dzieje?
– Głupia babo, zostaw tę ciężarówkę!
Facet podbiegł do agresorki. Dotknął jej ramienia, a ta gwałtownie obróciła się w jego kierunku. Nóż, który nieprzerwanie dzierżyła w dłoni, zawisł złowieszczo w powietrzu.
– Spokojnie, spokojnie.
Mężczyzna wyraźnie spuścił z tonu, uniósł przy tym ręce i zrobił kilka kroków w tył. Błońska skoncentrowała się na rysach kobiety niszczącej ciężarówkę. Wydała się jej osobliwie znajoma.
– Niech pani odłoży ten nóż.
– Spierdalaj!
Dziennikarka zatrzymała nagranie w momencie, kiedy twarz kobiety niemal w całości wypełniała kadr. Zmrużyła powieki, próbując sobie przypomnieć, skąd kojarzy agresorkę. Po chwili nie miała już wątpliwości: to Kinga Urbaniak, o której niedawno pisała artykuł. A właściwie o jej dziecku.
Błońska wznowiła nagranie.
– Bardzo panią proszę, niech pani odda…
– Spierdalaj, powiedziałam!
– Spokojnie…
– Spokojnie?! Powiedz to mojej dwuletniej córce!
Kobieta zaczęła wymachiwać nożem, jej ruchy były całkowicie chaotyczne i nieprzewidywalne.
– No, powiedz jej. Zobaczymy, czy zrozumie. Śmiało! Zobaczymy! Tam jest.
Wskazała na samochód. Nagrywający nie zdecydował się jednak na zbliżenie, ujęcie szybko wróciło do tego, co działo się przy ciężarówce.
– Proszę pani, naprawdę nie chcemy, żeby komuś stała się krzywda.
Kobieta zaczęła rozglądać się na boki, jakby nagle przestała rozumieć, co się dookoła niej dzieje.
– Proszę oddać mi ten nóż…
– Spierdalaj! Wszyscy stąd spierdalajcie! Słyszycie?! Spierdalać stąd!
– Proszę pani…
Facet, który usiłował ją uspokoić, był blady jak ściana. Trzymał wyraźny dystans, ale się nie poddawał.
– Daj mi spokój, gnoju!
– Dobrze, dobrze, proszę pani…
– Wszyscy dajcie mi spokój!
Kobieta obróciła się frontem do kamerującego. Na twarzy miała wymalowane zaskoczenie.
– Zostawcie mnie!
W jej głosie nie było już złości, pojawiły się za to nuty rozgoryczenia.
– Dajcie mi spokój. Zostawcie mnie w spokoju.
Upuściła nóż, usiadła na ziemi i zwinęła się w kłębek. W tym momencie nagranie się urwało.
Chmury wisiały nisko, jeszcze nie siąpiło, ale lada chwila można było się spodziewać deszczu. Pojedyncze krople rozbijały się z plaskiem o przednią szybę auta, które znacząco przekraczało dozwoloną prędkość. Kobieta rzadko łamała przepisy ruchu drogowego. Zdarzyło się, że zaparkowała na zakazie albo przejechała linię ciągłą, ale żeby dociskać gaz do dechy w terenie zabudowanym?
Tego dnia zrobiła jednak coś znacznie gorszego. Coś, do czego sądziła, że nigdy się nie posunie. Odmówiła spotkania uczniowi, który poprosił ją o pomoc.
Sonia Gralewicz wspierała dzieci i młodzież z okolicznych placówek systemu oświaty. Wcześniej pracowała w poradni zdrowia psychicznego, lecz nie mogła znieść, że dzieci potrzebujące natychmiastowej pomocy czekały tak długo. Często trafiały do niej już w stanie wymagającym drastycznych metod leczenia. A przecież wielu takim przypadkom można było zapobiec. Wystarczyło, żeby ktoś w porę zaopiekował się tymi zagubionymi istotami. W placówkach oświatowych czuła, że realnie pomaga. Że jej działania mają sens i przynoszą namacalne efekty.
Gralewicz niemal od zawsze wiedziała, kim będzie jako dorosła. Na rodzinnych spotkaniach jej mama żartowała, że już jako kilkuletnia dziewczynka urządzała sesje terapeutyczne dla swoich lalek. Psychologia była jej powołaniem, a ona nigdy się przed nim nie uchylała, tylko dumnie za nim podążała.
Kiedy Sonia wyszła z auta, rozpadało się na dobre. Wzmógł się wiatr, przez co deszcz zacinał i zimne krople wody siekły jej twarz. Moczyły włosy i ubranie. Na chodniku zrobiły się kałuże. W jedną z nich wdepnęła. Sneakersy, które zwykle nosiła do kolorowych garniturów, natychmiast przemokły.
– Gdzie ona jest? – sapnęła, gdy mężczyzna wpuścił ją do mieszkania.
Złapała zadyszkę. Bez dwóch zdań powinna popracować nad kondycją, a nie tylko maskować odstający brzuszek oversizowymi marynarkami.
– W sypialni. – Oskar Urbaniak położył dłoń na karku i zaczął go ze znużeniem rozmasowywać. Posępna mina mężczyzny zdradzała, że był u kresu wytrzymałości.
– Jak udało ci się to załatwić? – spytała Gralewicz, poprawiając luźny kok z tyłu głowy. Jako dziecko szczerze nienawidziła swoich poskręcanych kosmyków; prostowała je i ciasno upinała, żeby wyglądały choć trochę przyzwoicie. Dopiero kiedy nauczyła się właściwej pielęgnacji, pokochała te sterczące sprężynki.
– Przyjechałem na miejsce właściwie równo z policją. Wyjaśniłem im, że Kinga jest… No wiesz, powiedziałem, co się stało z Anielką.
Sonia pokiwała nerwowo głową. Przeraża ją to, do jak wielu ludzi i jak szybko dociera zamieszczone w sieci nagranie. Film wyświetlono już setki tysięcy razy, miał prawie trzydzieści tysięcy polubień. Internauci chętnie też zostawiali komentarze. Przeróżne. Najgorsze było jednak, że miejscowi rozpoznali Kingę i zaczęto operować jej nazwiskiem.
– Zaproponowałem, że pokryję wszystkie koszty związane z naprawą tej ciężarówki – oznajmił Oskar, nadal pocierając kark. – No i facet zgodził się nie wnosić zawiadomienia na policję.
– A to wymachiwanie nożem?
– Podeszli do sprawy bardzo wyrozumiale. I pracownicy budowy, i policjanci.
Gralewicz westchnęła z ulgą. Nie wyobrażała sobie, że jej przyjaciółka popadnie jeszcze w konflikt z prawem.
– Dokąd ona w ogóle się wybierała?
– Nie wiem, Sonia. – Mężczyźnie opadły ze zrezygnowaniem ramiona. – Prosiłem, żeby nie wsiadała za kółko. Jest zbyt rozkojarzona, żeby prowadzić. Zresztą sama widzisz, co wyprawia. – Wypuścił ciężko powietrze z płuc.
– Idę do niej – oświadczyła psycholożka, na co Urbaniak wskazał jej drzwi, jakby nie wiedziała, gdzie ją znajdzie. Tymczasem Sonia znała Kingę od liceum. Chodziły do jednej klasy. Ich diametralnie różne charaktery początkowo powodowały tarcia, lecz z czasem pozwoliły im rozwinąć przyjaźń. Wyjechały razem na studia do Krakowa. Potem Sonia wróciła do rodzinnego Olkusza, a niedługo potem dołączyła do niej Kinga.
Gralewicz uchyliła drzwi sypialni Urbaniaków i zanim przekroczyła próg, zajrzała do środka. Pomieszczenie było niewielkie, z łóżkiem ustawionym klasycznie na środku i trzydrzwiową szafą naprzeciwko. W rogu pokoju stało biurko, pełniące równocześnie rolę toaletki. Kinga leżała tyłem do wejścia, ale nie wydawało się, żeby spała. Jej stopy poruszały się niespokojnie, ocierały jedna o drugą. Ani na chwilę się nie zatrzymywały.
Sonia przysiadła na skraju łóżka i położyła dłoń na ramieniu przyjaciółki.
– Jestem – powiedziała półgłosem, jednak Kinga w żaden sposób nie zareagowała na jej obecność. – Jestem tu – powtórzyła.
Minęła dłuższa chwila. Kinga nadal leżała twarzą do okna.
– Dokąd chciałaś pojechać? – spytała. – Może pojedziemy tam razem?
Nogi przyjaciółki wciąż się wierciły, jakby ciało samo starało się rozładować napięcie.
– Domyślałam się, że to było coś ważnego. Jeśli chcesz, mogę pojechać tam z tobą – zaproponowała Sonia.
– Chciałam odwiedzić Anielkę – odezwała się wreszcie Kinga. – Zanosiło się na deszcz. Nie chciałam zmoknąć.
– Rozumiem.
– Oskar jest na mnie zły – poskarżyła się.
– Raczej przejęty tym, co się stało – stwierdziła Sonia.
– Prosił, żebym nie jeździła autem.
– Martwi się o ciebie.
– Oni ciągle blokują tę drogę… – zaczęła. – Ja rozumiem, że budują ten blok i że muszą dowieźć materiał i jakoś go rozładować, gdzieś zaparkować, ale… Anielka tego nie znosiła. Złościła się, jęczała, marudziła. Kiedy całkowicie zatrzymywali ruch i musiałyśmy tam stać dłużej, wpadała w histerię…
– Każde dziecko by się niecierpliwiło – zapewniła Sonia. – Zresztą nawet nam, dorosłym, trudno w tej sytuacji zachować spokój, a co dopiero dwuletniemu maluchowi.
Kinga jęknęła, po czym przycisnęła ręce do piersi i mocniej zwinęła się w kłębek.
– Co się dzieje? – zapytała psycholożka.
– Boli – wyszeptała Kinga. – Mam wrażenie, że pęka mi serce.
Sonia objęła przyjaciółkę ramionami i delikatnie ścisnęła jej barki.
– Na pół. Albo nawet rozpada się na kawałki. Pfff – prychnęła Kinga. – Ale banał, co?
– Nie, Kinga, żaden banał. Cierpisz. I to jest naturalne.
Kinga wreszcie obróciła twarz w kierunku Soni.
– Nie jestem wariatką – wyszeptała. – Czy jestem?
– Jesteś zrozpaczoną matką.
– Nie chciałam nikogo skrzywdzić – oświadczyła. – Nie chciałam nikogo zranić tym nożem.
– Wszyscy o tym wiemy – zapewniła ją psycholożka.
– Wydawało mi się, że ona znów płacze. Że mam ją z tyłu, że siedzi w swoim foteliku i się denerwuje. Że woła: „Mama, jedźmy. Jedźmy już, mama”. Chciała do domu, a ja nie mogłam jej zabrać. Byłam kompletnie bezradna. Nie mogłam jej pomóc. – Kinga wciągnęła głośno powietrze do płuc. Sonia nie miała złudzeń, że przyjaciółka nie mówiła już o sytuacji z blokującą jej przejazd ciężarówką, lecz o tym, co wydarzyło się w placówce, pod której opieką zostawiła córkę.
– To musiało być trudne. – Ścisnęła ją mocniej.
Po dłuższej chwili ciszy Kinga spojrzała przyjaciółce w oczy.
– Zabiłam ją – wychrypiała.
Gralewicz pokręciła głową.
– Gdybym jej nie zapisała do tego pieprzonego żłobka, nic by się nie wydarzyło.
– Chciałaś wrócić do pracy.
– Nie musiałam tego robić.
– Przeciwnie. Było ci to potrzebne. Dojrzałe macierzyństwo nie polega na poświęceniu każdej chwili swojemu dziecku. Zbalansowanie potrzeb matki i dziecka jest bardzo potrzebne. I ty to właśnie zrobiłaś.
Z oczu Kingi zaczęły spływać wielkie łzy. Ściekały po jej skroniach i wsiąkały we włosy.
– Boże, myślałam, że już nie mam czym płakać. – Przetarła powieki grzbietem dłoni. – A ciągle się mażę.
– Nie powstrzymuj tego.
– Sonia…
– Tak?
– Nie dam rady.
– Nie powiem, że wiem, jak jest ci trudno, bo w rzeczywistości nie mam pojęcia, co przeżywasz, ale to minie. Bo wszystko mija.
– Nie. To nigdy nie minie – zaprzeczyła. – Nie dam rady… Nie dam rady bez niej żyć. – Ponownie chwyciła się za pierś. – To tak bardzo boli – wyszeptała. – Tak namacalnie, w samym środku.
Gralewicz westchnęła bezgłośnie. Wiedziała, że nie potrafi przynieść Kindze ulgi. Były zbyt zżyte, by to się udało. Ale znała odpowiednich specjalistów, którzy mogli się nią zaopiekować. Musiała tylko namówić przyjaciółkę na wizytę u któregoś z nich.
Niebieski kwadracik wskoczył na miejsce, za moment również zielony znalazł się tam, gdzie powinien. Kilka kolejnych przesunięć i jedna ze ścian kostki Rubika utworzyła jednolitą kolorystycznie powierzchnię. Palce Błońskiej ślizgały się po zabawce z płynnością, której mógł jej pozazdrościć każdy, kto kiedykolwiek postanowił zmierzyć się z tą logiczną zagwozdką.
– Co oglądasz? – Na skraju biurka dziennikarki przysiadł Sarnecki.
Wiktoria przesunęła laptopa tak, by kolega mógł spojrzeć na ekran.
– To u nas? – spytał Makary.
Mężczyzna zajmował się głównie sportem i wydarzeniami kulturalnymi na terenie ziemi olkuskiej. Dziennik, dla którego pisali, miał swoje wydanie drukowane – nakład nie był oszałamiający, ale nadal na poziomie opłacalnym dla wydawcy – jednak to strona internetowa stanowiła główny i najbardziej bieżący kanał komunikacji z czytelnikami.
– Owszem – potwierdziła dziennikarka. – Jeden z sąsiadów nagrał zdarzenie i wrzucił do sieci. To matka tej zmarłej dziewczynki.
– Poważnie?
– No przyjrzyj się. To przecież Kinga Urbaniak.
Sarnecki jeszcze raz obejrzał nagranie.
– Trochę popłynęła – skomentował, kiedy film dobiegł końca, po czym sięgnął po kostkę Rubika. – Jak ty, do cholery, to robisz?
Wiktoria uśmiechnęła się zaczepnie. Z Makarym świetnie się rozumieli. Facet nie był mrukiem, miał bystry umysł, a w pracy kierował się sumiennością. Przy tym wszystkim zachowywał dystans do siebie i chyba właśnie za to dziennikarka najbardziej go lubiła. A lubiła bardzo. Traktowała go jak przyjaciela. A on odwzajemniał to zaufanie. Jej jako jedynej opowiadał o swoich miłosnych podbojach bez filtra, kiedy przed resztą skrzętnie ukrywał swoją orientację seksualną. Funkcjonowanie w mniejszości społecznej rządzi się swoimi prawami, należy uważać i nie zawsze można być w pełni sobą.
– Dwa tygodnie temu Urbaniak pochowała córkę – przypomniała koledze, który wciąż przesuwał kolorowe kwadraty.
Błońska dobrze znała sprawę Anielki.
Dziewczynka spadła ze szczytu zjeżdżalni na przedszkolnym placu zabaw. Nie było wysoko, ale upadek był tak niefortunny, że zakończył się śmiercią dziecka. Jedna z opiekunek zatrudnionych w placówce została postawiona w stan oskarżenia. Tym wydarzeniem żył cały Olkusz, zainteresowały się nawet media ogólnokrajowe. Śmierć dziecka zawsze jest chodliwym tematem.
