Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
W świecie wielkich pieniędzy i jeszcze większych ambicji każdy ma coś do ukrycia, a najbardziej niebezpieczne reakcje zachodzą nie w probówkach, lecz w ludzkich umysłach i sercach.
Na katowickim osiedlu znaleziono martwą młodą kobietę. Początkowo policja sądzi, że biotechnolożka Malwina Orłowska mogła paść ofiarą seryjnego mordercy. Jednak wyniki sekcji zwłok zdają się wykluczać tę teorię.
Śledztwo wiedzie do miejsca zatrudnienia Orłowskiej – nowoczesnej firmy biotechnologicznej, która prowadzi prace nad przełomowym produktem. Niestety, zebrane tam tropy okazują się niewystarczające, by wykryć sprawcę. Sprawa utyka w miejscu.
Dopiero gdy do akcji wkracza dociekliwa laborantka kryminalistyczna Julia Przybysz, pojawia się nadzieja na przełom. Kobieta łączy wątki i dostrzega szczegóły niewidoczne na pierwszy rzut oka. Mimo jej wysiłków wkrótce ginie kolejna osoba powiązana z projektem.
"Trucizna" to kryminał medyczny, w którym intrygi są wyjątkowo zabójcze.
Sięgnij po pierwszy tom serii z Julią Przybysz!
***
„Trucizna” jest makabryczną wiwisekcją umysłu mordercy, która udowadnia, że najbardziej zabójcza toksyna nie powstaje w laboratorium, lecz rodzi się z nieprzepracowanej krzywdy i przemilczanego bólu. To przerażająco dobra lektura.
Natalia Miśkowiec, @prostymislowami
Porywający thriller, który od pierwszych stron mocno podnosi poziom adrenaliny. Charyzmatyczna bohaterka, ciekawa intryga i historia, która odsłania mroczne kulisy świata nauki. Zapewniam, że ta „Trucizna” wciąga, działa szybko i nie pozwala odłożyć książki, dopóki nie dotrzesz do ostatniej kropki.
Joanna Chrzanowska, @pani_jo_asia
Kiedy lekarstwo zmienia się w truciznę? Właściwe proporcje zna Klaudia Muniak, która z taką samą precyzją rozgrywa toksyczne emocje swoich bohaterów, co oddaje realizm pracy w laboratorium.
Martyna Chmiel, kryminalnatalerzu.pl
Ten thriller daje nie tylko czystą przyjemność z kryminalnej intrygi, ale też wciąga w świat nauki pełen zaskakujących odkryć i historii, na które trudno natknąć się poza laboratorium. „Trucizna” Klaudii Muniak to idealna propozycja dla wszystkich, którzy lubią mroczne zagadki kryminalne osadzone w fascynującym świecie nowoczesnej biotechnologii.
Paula Sieczko, @ruderecenzuje
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 305
Data ważności licencji: 10/31/2030
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt okładkiNATALIA TWARDY
Fotografie na okładceUnique Vision/Adobe StockStockPhotoPro/Adobe Stock
Koordynacja projektuANNA RYCHLICKA
Opieka redakcyjnaANNA HEINE
RedakcjaMAŁGORZATA GROCHOCKA
KorektaANNA KURZYCA
Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Polish edition © Klaudia Muniak, Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne)
All rights reserved
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7132-0
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Wpuszczasz mnie do swojego mieszkania bez większych obaw. Za chwilę gorzko tego pożałujesz. Ciekawe, czy domyślisz się, dlaczego tu jestem. Czy w ogóle zdajesz sobie sprawę, że są ludzie, którzy życzą ci śmierci?
Znam takie jak ty. Jesteś zbyt próżna, żeby choć na moment w siebie zwątpić. Myślisz, że świat leży u twoich stóp, a tak naprawdę czołgasz się po jego padole. Niczym wstrętna glista.
Cios okazuje się celny. Od razu upadasz. Z rany tryska krew i zalewa ci oczy. Pochylam się, żeby sprawdzić, czy żyjesz. Czasem zdarza mi się uderzyć zbyt mocno.
Leżysz na posadzce i pojękujesz. Całe szczęście, bo mam dla ciebie coś znacznie lepszego niż banalny uraz głowy. Na przyszłość muszę jednak pamiętać, żeby bardziej panować nad siłą, z jaką atakuję.
Boli? Pewnie boli. I pewnie myślisz, że twoim największym problemem jest krwawiąca głowa. Otóż nie. Gdyby na tym miało się skończyć, byłabyś jebaną szczęściarą, a ja jestem tu po to, żeby ci to szczęście zabrać. Żeby ci udowodnić, że jesteś nikim.
Sięgam po strzykawkę. Kiedy zdejmuję plastikową osłonkę z igły, przechodzi mnie dreszcz czystego podniecenia. Mam władzę, kontrolę absolutną. Zaczynasz się poruszać, może będziesz nawet próbowała wstać. Twój los jest jednak przesądzony i spoczywa w moich rękach.
Nim oprzytomniejesz na tyle, żeby chociaż zmienić pozycję, zaciskam na twoim przedramieniu stazę. W zgięciu łokcia uwidocznia się okazała żyła. Jej widok również mnie podnieca. Zwiastuje wygraną. Zręcznie wbijam igłę w naczynie, a potem naciskam tłok do samego spodu. Zawartość strzykawki nieodwracalnie miesza się z twoją krwią i wraz z nią rozchodzi się po całym twoim ciele.
Chowam strzykawkę, dłonie drżą mi z ekscytacji. Zaraz rozpęta się piekło. Zaraz nie będziesz mogła oddychać. Najpierw porażeniu ulegną mięśnie odpowiedzialne za ruchy gałki ocznej, później mięśnie gardła i krtani. Będą cię zawodzić kolejne grupy mięśni, ostatecznie także przepona. Spróbujesz nabrać powietrza i ci się nie uda. Będziesz próbowała wielokrotnie, za każdym razem ponosząc klęskę. A wszystko przy zachowaniu pełnej świadomości. Będę to obserwować. I choć dzielą nas od tego wszystkiego zaledwie minuty, drżę z niecierpliwości.
Teraz dopiero cię boli, widzę to w twoich wytrzeszczonych oczach. Już nie są takie ładne, już nikogo nimi nie oczarujesz. Nie możesz nawet mrugnąć powiekami, ale wiem, że jeszcze kojarzysz, co się dzieje, bo z twoich źrenic wyziera bezgraniczne przerażenie. Upajam się tym widokiem. Czuję spełnienie, które dociera do najgłębszych zakamarków mojego ciała. Patrzę na ciebie do końca. Aż do chwili, gdy zastygasz w zupełnym bezruchu. Aż stajesz się bezużyteczną masą mięśni i tkanek.
KatowiceMaj, środa, 10:05
Ktoś wykazał się zatrważająco czarnym poczuciem humoru. A może nie miało to nic wspólnego z jego usposobieniem, lecz było jedynie dziełem przypadku. Ciało, którego skóra przybrała już nienaturalny zielonkawy odcień, spoczywało w pozycji bezpiecznej bocznej, jakby za życia oczekiwało na pomoc, która nigdy nie nadeszła. Na gołych nogach i przedramionach wiły się nabrzmiałe linie naczyń krwionośnych. Resztę martwego ciała osłaniała jedwabna koszula nocna w kolorze głębokiego szmaragdu, natomiast twarz ginęła w gąszczu rudych pukli. W małym, czterdziestokilkumetrowym mieszkaniu unosił się słodkawy, duszący odór.
– Ja pierdolę... – wymamrotał pod nosem sierżant Kamil Kosowski, gdy jako tako zapanował nad odruchem wymiotnym.
– No, nieciekawie... – Podkomisarz Rafał Szymczak zerknął badawczo na młodszego kolegę. Sierżant zarzygał już przedpokój i nie byłoby dobrze, gdyby zrobił to samo z salonem, gdzie leżała denatka. Sam czuł uporczywe mdłości, ale skupiwszy się na telefonach, które miał w obowiązku wykonać, wytrzymał.
– O la, la – gwizdnął głośno Paweł Krystyniak, wkraczając do mieszkania. Technik kryminalistyki uniósł rękę w kierunku policjantów.
Szymczak i Kosowski przywitali go podobnym gestem.
– No to co my tu mamy. – Mężczyzna obrzucił kąty pokoju uważnym spojrzeniem, a potem zerknął na zastygłe w bezruchu ciało. – Rana na głowie jest dobrze widoczna, ale krwi nie ma nie wiadomo ile. Wykrwawić to się raczej nie wykrwawiła – wymamrotał pod nosem, a potem wziął się do roboty.
Krystyniak rozpoczął zabezpieczanie śladów od obfotografowania zwłok, zaczęły błyskać flesze. W mieszkaniu kręciło się jeszcze dwóch umundurowanych funkcjonariuszy, którzy wyraźnie trzymali się na dystans. Jeden z nich stale zakrywał twarz ramieniem. Przesiąknięty śmiercią zaduch był co najmniej nieznośny. Chwilę później na miejscu zjawił się lekarz medycyny sądowej Marek Mazur. Do kompletu brakowało jeszcze prokuratora.
– Jakieś wstępne przypuszczenia co do czasu zgonu? – zapytał Ireneusz Kamiński, kiedy wreszcie dołączył do zespołu. Pochylił się nad zwłokami, osłaniając nos i usta chusteczką. – Otwórzcie tu okna, do chuja!
– Cóż... – Mazur kucał przy ciele, jakby unoszący się dokoła odór nie działał na jego zmysł węchu. Przyglądał się zwłokom w skupieniu, poruszał się i mówił niespiesznie. – Stężenie pośmiertne obejmuje równomiernie całe ciało zaraz po tym, jak serce się zatrzyma, a komórki mięśniowe przestają otrzymywać tlen. Wtedy zachodzą nieodwracalne zmiany, najpierw najlepiej widoczne na drobnych mięśniach. Tutaj stężenie pośmiertne wyraźnie już ustępuje...
Lekarz zerknął na technika pytająco, a ten skinął głową. Uzyskawszy zgodę, medyk uniósł delikatnie ciało i zaczął lustrować powierzchnię, która do tej pory stykała się z podłogą.
– Gdy krew przestaje krążyć, jej składniki poddają się sile ciążenia i opadają na dół, tworząc dobrze widoczne plamy opadowe. – Mazur zmrużył oczy i przyjrzał się dokładniej zmianom, które do złudzenia przypominały wielkie pełnobarwne sińce. – Plamy opadowe już się utrwaliły, a co więcej, zdaje się, że rozpoczęła się autoliza komórek krwi.
– No to jak długo nie żyje? Dobę? – spytał prokurator, nie spuszczając wzroku z medyka sądowego.
Lekarz nie odezwał się od razu, w skupieniu nadal oglądał leżące przed nim zwłoki.
– Co najmniej – stwierdził w końcu. – Wygląda też na to, że ciało nie było przemieszczane. Jestem skłonny uznać, że zgon nastąpił tutaj. – Mazur przesunął się bliżej głowy denatki i skupił na oglądaniu obrażeń czaszki.
– Przyczyną zgonu jest uraz głowy? – W tonie prokuratora brzmiało zniecierpliwienie.
– Możliwe – oznajmił medyk, odsłaniając okolice skroni denatki. Za gąszczem rudych loków ukazała się pokryta skrzepłą krwią rana.
– To musiało być jakieś tępe narzędzie – włączył się technik, po czym pochylił nad zwłokami i pstryknął kilka dodatkowych zdjęć. – Młotek, metalowa rurka albo łom, jest wiele możliwości.
– Stawiałbym na coś bardziej miękkiego. – Lekarz podniósł się z kucek i zdjął jednorazowe rękawiczki. – Powiem więcej, kiedy ciało trafi na stół.
– Wiadomo, kto to? – Kamiński zwrócił się do policjantów.
– Malwina Orłowska – odezwał się podkomisarz Szymczak. – Trzydzieści trzy lata, biotechnolożka z wykształcenia, zatrudniona w firmie nanotechnologicznej. Wynajmuje to mieszkanie od blisko trzech lat wraz z koleżanką, niejaką Magdaleną Borecką. Współlokatorka wyjechała na kilka dni do rodziców.
– Kto znalazł ciało?
– Sąsiadka, Krystyna Rojek, mieszka naprzeciwko. To, co wiemy o dziewczynie, wiemy właśnie od niej, zresztą to ona zadzwoniła po policję.
– Bo? – Prokurator przyglądał się denatce z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
– Zaniepokoiła się. Nie widziała Orłowskiej od kilku dni, a ta nie planowała żadnego wyjazdu. Przyszła sprawdzić, czy wszystko w porządku.
– Tak dobrze znała tę dziewczynę, że orientowała się w jej planach?
– Twierdzi, że dogląda mieszkania, kiedy dziewczyny wyjeżdżają na dłużej. Ma zapasowy zestaw kluczy, więc raczej nie mija się z prawdą.
– Są rodziną? – Kamiński wciąż gapił się na zwłoki. – Orłowska i ta sąsiadka?
– Nie. Ale właścicielem mieszkania jest siostrzeniec Rojek.
– Hm – mruknął prokurator.
– Rojek ostatni raz widziała Orłowską w piątek – ciągnął Szymczak. – Twierdzi, że dziewczyna wróciła do mieszkania z mężczyzną, którego nigdy wcześniej z nią nie widziała. Z tego, co pamięta, mogła być dwudziesta, może kwadrans po dwudziestej. Niestety, nie potrafiła wiele powiedzieć na temat tego mężczyzny. Nie zapamiętała go dobrze.
– Coś jeszcze? – Prokurator powiódł wzrokiem po funkcjonariuszach.
– Na razie wiemy tylko tyle – odparł Szymczak.
– Czyli jedno wielkie gówno – fuknął Kamiński, po czym podszedł do technika uwijającego się jak w ukropie.
– Zostanę tu jeszcze chwilę, a ty popytaj sąsiadów. – Szymczak zwrócił się do sierżanta Kosowskiego. – Może ktoś coś widział albo słyszał.
Młody policjant chętnie przystał na polecenie. Nie miał najmniejszej ochoty przebywać w tym śmierdzącym mieszkaniu dłużej, niż było to konieczne. Nadal męczyły go mdłości. Kiedy przenosił się do jednostki Rafała, przez myśl mu nie przeszło, że tego typu aspekty pracy w wydziale kryminalnym przysporzą mu tylu problemów. Z dnia na dzień przekonywał się, że udowodnienie, iż wcale nie porwał się z motyką na słońce, będzie trudniejsze, niż przypuszczał.
KatowiceMaj, środa, 14:05
– Jak pan mówi? Orłowska? – zapytał szpakowaty, wysoki mężczyzna zbliżający się do siedemdziesiątki. Pozłacana tabliczka na drzwiach jego mieszkania informowała, że nazywał się Zbigniew Jędrzejczyk. Mieszkał z żoną Marią pod denatką.
– Malwina Orłowska – powtórzył Kosowski, rozglądając się po mieszkaniu. Układ pomieszczeń był identyczny jak piętro wyżej, ale wystrój zgoła odmienny. Rozkładana, wzorzysta kanapa i ciemnobrązowa meblościanka zapewne pamiętały jeszcze czasy PRL-u. Dywan, zdecydowanie nowy, nie pasował do całości, tak jak i modne ostatnio tiulowe firany. Całość po prostu się gryzła.
– Nie miałam nawet pojęcia, że ktoś taki mieszka w naszym bloku – oświadczyła z przejęciem gospodyni.
Kosowski opisał, jak wyglądała zamordowana dziewczyna, ale małżeństwo nadal jej nie kojarzyło. Nawet ognistorude włosy nie sprawiły, że denatka zapadła im w pamięć. To o czymś świadczyło. Albo była wyjątkowo spokojną, schodzącą każdemu z drogi osobą, albo nieczęsto wychodziła z mieszkania. Istniała jeszcze możliwość, że większość czasu spędzała w firmie, pracoholizm był przecież zmorą dwudziestego pierwszego wieku.
– Orłowska mieszkała dokładnie nad państwem – powiedział policjant. – Nie słyszeli państwo żadnych niepokojących odgłosów z góry? Czegoś podejrzanego?
– Nie, nie, niczego takiego nie było. – Jędrzejczyk potrząsnął przecząco głową, po czym zerknął na żonę.
– Absolutnie nie! – potwierdziła kobieta.
– Żadnych hałasów?
– Nie, proszę pana – odparł gospodarz. – Nigdy nie mieliśmy takich problemów. Ani w ostatni weekend, ani w ogóle nigdy. Wiem, że mieszkanie nad nami jest wynajmowane, ale nie interesowałem się, kto tam mieszka. Lokatorzy z góry nigdy nie hałasowali, więc nie było takiej potrzeby.
– A nie zauważyli państwo ostatnio kogoś podejrzanego w okolicy?
– Nie, raczej nie.
– No a kogoś, kogo wcześniej tu państwo nie widzieli?
– Ciężko powiedzieć. –Jędrzejczyk wzruszył ramionami. – To spory blok, tak jak i całe osiedle. Nie znamy wszystkich.
– A ten zakapturzony wyrostek? – wtrąciła jego żona.
– Maryśka, młodzi się teraz tak ubierają. Ty widziałaś któregoś z chłopaków od Żanety w kantkach? Same jakieś luźne spodnie, którą ciągną się po ziemi, szerokie bluzy, koszulki po kolana. Tragedia jakaś.
– O kim pani mówi? – zainteresował się policjant.
– Żona ostatnio wracała ze sklepu i spotkała jakiegoś młokosa. – Głos ponownie zabrał pan domu. – Mało to takich po osiedlu chodzi?
– Stał pod naszym blokiem – oświadczyła.
– No to już stać pod blokiem nie wolno, Maryśka? – zaśmiał się mężczyzna. – Pewnie na kolegę czekał.
– Dlaczego zwróciła pani na niego uwagę? – dopytywał Kosowski.
– Bo ja wiem... Taki kaptur miał wielki, tak głęboko na głowę naciągnięty. Jakby chciał się przed kimś schować albo... nie wiem... Twarz też zasłonił. Taką czarną chustą.
– Może to była kominiarka? – spytał Jędrzejczyk. – Nie jest tajemnicą, że chodzą tu ci z GKS-u. – Mężczyzna wrócił spojrzeniem do policjanta. – Pewnie pan wie, że trzeba regularnie interweniować. Nie wiem, co oni w tych ustawkach widzą, co im to daje.
– Przestraszył mnie – mruknęła żona.
– Maryśka, ty to się boisz własnego cienia – stwierdził gospodarz. – A czasem to chłystki takie, że ojciec z matką złoiliby mu skórę i dałby se siana jeden z drugim.
Wzmianka o potencjalnym chuliganie nie wydała się sierżantowi warta większej uwagi. Pseudokibice Górniczego Klubu Sportowego rzeczywiście stale kręcili się po mieście.
– I słusznie, że się boję – rzekła zbolałym tonem Jędrzejczykowa. – Popatrz, jakie nieszczęście się stało! I to w naszym bloku. Mieszkamy tutaj ponad dwadzieścia lat. I jeszcze nigdy nic podobnego się nie wydarzyło.
– Rozumiem – mruknął policjant, podnosząc się z miejsca. Skoro małżeństwo niczego niezwykłego nie słyszało, postanowił pójść dalej. Miał jeszcze kilka mieszkań do odwiedzenia. – Proszę się z nami skontaktować, gdyby się państwu coś przypomniało.
– Dobrze! – odpowiedzieli zgodnie, po czym odprowadzili funkcjonariusza do wyjścia.
Kosowski przepytał pozostałych sąsiadów Orłowskiej. Ci również niewiele mieli do powiedzenia o młodej biotechnolożce. Nikt niczego niepokojącego nie zauważył.
– I co? – spytał Szymczak ciekawy efektów rozmów.
– Mało kto ją w ogóle kojarzy – odparł sierżant. – A jeśli już kojarzy, to nic nie widział ani nie słyszał.
– Cicha i spokojna – ogłosił podkomisarz, podpierając się pod boki. – A jednak nie żyje.
– Trochę się to kłóci z profilem na Insta – oznajmił Kosowski. – Sprawdziłem jej media społecznościowe. Nie ma konta ma Facebooku, ale za to na Instagramie trochę się u niej działo. No spójrz. – Policjant odszukał konto Orłowskiej i przekazał telefon Szymczakowi. – Mnóstwo zdjęć z imprez.
Rzeczywiście, na profilu roiło się od fotek z uśmiechniętą Orłowską. Dziewczyna często pozowała z kolorowymi drinkami w dłoni. Od czasu do czasu trafiało się bardziej stonowane zdjęcie. Na przykład ostatni wpis zawierał całą serię ujęć z eventu naukowego. Z treści postu można się było dowiedzieć, że Orłowska w piątek uczestniczyła w konferencji poświęconej nowoczesnym materiałom polimerowym, która odbyła się w Zabrzu.
– Piątkowego bolca mogła zatem przyprowadzić sobie z tej właśnie konferencji.
Szymczak posłał Kosowskiemu karcące spojrzenie. Czasem tracił wiarę, że policjant nabierze ogłady.
– Sprawdziłem, czy ostatnio Orłowska była oznaczana na jakichś zdjęciach czy nagraniach, które trafiły na Insta – ciągnął niewzruszony sierżant. – Nie ma tego wiele. Ostatnie oznaczenie jest sprzed trzech tygodni. Zjadła kolację z jakąś koleżanką w barze sushi. Niestety, Orłowska nie pochwaliła się znajomym, z kim spędziła noc z piątku na sobotę, koleś też tego nie zrobił. Albo nie oznaczył Orłowskiej.
– Ustalmy najpierw, kto i kiedy widział Orłowską żywą jako ostatni. Rozmawiałem z jej współlokatorką. Sąsiadka dała mi numer do Boreckiej.
– No ba. – Kosowski uśmiechnął się sugestywnie.
– Nie kontaktowała się z Orłowską od czwartku, czyli odkąd wyjechała. – Szymczak zignorował grymas policjanta, który również mu się nie spodobał. – Ale podała mi adres, pod którym złapiemy rodziców dziewczyny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
