Rosą pisane - Urszula Gajdowska - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Rosą pisane ebook i audiobook

Gajdowska Urszula

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Na skraju Puszczy Knyszyńskiej, w miejscu zwanym Azylem, Edyta po latach życia w cieniu przemocy próbuje zacząć wszystko od nowa.

Razem z dziećmi – rezolutną Tosią i wrażliwym Tymkiem – znajduje spokój w Azylu, schronieniu stworzonym przez jej brata Eryka i jego żonę Weronikę. Azyl ma być miejscem, w którym ratuje się zwierzęta, ale też ludzi – tych, którzy próbują posklejać siebie na nowo.

Edyta jest jedną z nich. Z determinacją rzuca się w wir pracy, ucząc się od nowa ufać światu i cieszyć drobiazgami. Nie szuka miłości. Nie chce komplikacji. Chce tylko, żeby jej dzieci były szczęśliwe. Wokół niej kręci się barwna gromada postaci: ciotka Benia – miejscowa szeptucha o sercu na dłoni i pomysłach tak szalonych, że nikt nie jest w stanie im się oprzeć, młody pomocnik z nosem w telefonie, sąsiedzi, przyjaciele i zwierzęta, które potrafią lepiej od ludzi wyczuć ludzkie emocje.

Spokój kończy się wraz przyjazdem Dawida Branta – byłego wojskowego, przyjaciela Eryka. Dawid ma za sobą trudne doświadczenia z misji, które nauczyły go dystansu, a może i cynizmu…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 295

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 45 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Klaudia Bełcik

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



1.

Azyl dla zwierząt na skraju Puszczy Knyszyńskiej, czerwiec

Edyta lubiła poranki, kiedy mgła jeszcze leniwie snuła się nad łąką, a krople rosy błyszczały na źdźbłach trawy niczym rozsypane paciorki. Wtedy wychodziła boso przed drewniany dom, przyciskając do piersi kubek zbożowej kawy. Wsłuchiwała się w głosy lasu – pohukiwania puszczyka, chrzęst gałęzi łamanych przez sarny, szczekanie psów. Czasem udawało jej się zapomnieć… Nie pamiętać o tym wszystkim, co stało się jej udziałem i co niestety dotykało też jej ukochane dzieci.

A potem przychodził wiatr.

Szurał po dachu, ocierał się o ściany, niosąc wspomnienia trzasku wyłamywanych drzwi, odoru alkoholu i brzęku tłuczonego szkła. Przypominał jej o tamtym domu, o krzykach tłumionych przez ściany, które niczego i nikogo nie chroniły. O bliznach, które nie zawsze były widoczne. I wtedy ciało zdradzało ją bez pytania – skurcz w żołądku, drżenie rąk, ścisk w gardle. Bała się. Bała się, choć przecież była tu bezpieczna.

Azyl był jej schronieniem, enklawą spokojnego życia, którego tak bardzo potrzebowała. Tu wszystko oddychało wolniej.

Jej brat stworzył to miejsce z myślą o porzuconych zwierzętach, o pokaleczonych istotach. I ona sama – z dwójką dzieci, z sercem pełnym pęknięć – pasowała tu jak nikt inny. Sprzątała zagrody, pomagała przy karmieniu, opatrywała chore łapki, tuliła znalezione szczenięta, zajmowała się dokumentacją. Eryk zatrudnił ją przed rokiem, ale dopiero teraz zdecydowała się przenieść się tu z dziećmi na stałe.

Kiedy zapadał zmrok, a cienie drzew wydłużały się na ścieżkach, wracał lęk. Siadała wtedy na werandzie, z dłońmi splecionymi ciasno, jakby tylko tak mogła zatrzymać strach. Każdy stukot, każde nieznane światło na skraju lasu rozpalało w niej na nowo stare przerażenie. Wciąż słyszała jego głos. Wciąż czuła na karku jego oddech.

Co on znowu wymyśli? Czego będzie chciał tym razem? Czy znowu stanie w progu z tą swoją wymuskaną miną i oczami, w których już dawno nie było miłości?

Nie ufała ciszy. Cisza była złudna, cicha chwila tylko przed burzą. Starała się wziąć wszystkie lęki na swoje barki, ale dzieci i tak wiele wyczuwały.

W pokoju Tosi paliła się mała lampka w kształcie sowy, a na parapecie Tymek zostawił figurkę dinozaura, który miał „pilnować złych snów”. Edyta uśmiechnęła się przez łzy – nawet w nowym miejscu dzieci potrafiły stworzyć swój świat, pełen magii i bezpieczeństwa.

Przypomniała sobie pierwszy dzień po ich przeprowadzce do domu brata.

***

Już wcześniej spędzała tu czas z Tosią i Tymkiem, ale wtedy mieszkali w bloku w pobliskim miasteczku. Nie mieli luksusów, jednak wydawało się, że nic im nie grozi. Dzieci miały stałą opiekę. Nauczyciele i pracownicy szkoły wiedzieli, że nie mogą wydawać ich ojcu, który co prawda miał prawo do kontaktów z nimi, ale jedynie dwa razy w miesiącu i to pod nadzorem swojej matki, a Edytę znali wszyscy w sąsiedztwie i zawsze ktoś ją odprowadzał, przynajmniej wzrokiem. Niestety to pozornie bezpieczne mieszkanie z czasem stało się dla nich klatką i wszyscy odżywali dopiero, gdy odwiedzali Azyl.

Wieczór po przeprowadzce nadciągał powoli, jakby nie chciał zakłócać ciszy panującej w tym miejscu. Niebo na zachodzie przygasło, szkarłat spływał po chmurach leniwym strumieniem, aż w końcu zgasł całkowicie, ustępując miejsca granatowi nocy. Edyta po rozpakowaniu wielu pudeł z rzeczami swoimi i maluchów siedziała na ławce przed domem, okutana w ciepły sweter, z bosymi stopami opartymi o zimne deski. Dzieci spały. Psy ułożyły się przy drzwiach niczym czujne straże. W oddali słychać było cykanie świerszczy i posapywanie kucyka w stajni.

Chłonęła swoisty urok tego miejsca, ale kiedy tylko uliczna latarnia zgasła, kobieta ukryła się w domu.

Nie potrafiła zasnąć. Mimo że była bezpieczna.

Nocą las miał inny oddech. Wolniejszy, cięższy. Pachniał mokrą ściółką, spaloną latem trawą i niepokojem. Edyta wsłuchiwała się w jego dźwięki, próbując odróżnić to, co naturalne, od tego, co mogło być zagrożeniem. Bo lęk miał swoje brzmienie. Wiedziała to aż za dobrze. Znała jego rytm – przyspieszone tętno, szelest liści, który zdawał się krokiem, skrzypnięcie drewna przypominające skręcający się zawias, a przede wszystkim oddech. Ten stawał się szybszy, krótszy, płytszy, aż jej ciało sztywniało, a brak tlenu sprawiał, że przed oczami robiło się ciemno.

Rankiem, kiedy pierwsze promienie słońca przegoniły mrok nocy, znów wszyła na taras i usiadła na zrobionej przez brata huśtawce.

Drgnęła, gdy usłyszała kroki. To był tylko Eryk.

Bez słowa podał jej kubek. Zawartość pachniała miętą i melisą.

– Możesz to spokojnie wypić – zachęcił. – Przetestowałem na własnym organizmie – dodał, siadając obok niej. – I to zanim ciotka Benia zaczęła to sprzedawać.

Uśmiechnęła się blado.

– Nie wiedziałam, że z ciebie taki zielarz.

– Dużo rzeczy o mnie nie wiedziałaś. Ale to działa. Zaufaj mi.

Milczeli. Słychać było brzęczenie owadów i daleki głos jakiegoś ptaka. Gdzieś na granicy lasu zawył wilk.

– Dziś znowu dzwonił – powiedziała cicho Edyta, jakby bała się, że wypowiadając te słowa głośniej, przywoła jego cień. Nie musiała mówić, o kogo chodzi, było to oczywiste. – Z nieznanego numeru – uzupełniła. – Nie odzywał się, ale… wiem, że to był on. Znam ten rodzaj milczenia po drugiej stronie.

Eryk napiął szczękę.

– Zgłaszałaś to policji?

– Mówią, że dopóki nic się nie dzieje, nie mogą nic zrobić. Ale ja wiem, że coś się dzieje. Zawsze najpierw było milczenie. A potem… on.

Nie odpowiedział od razu. Wpatrywał się w gęstwinę zieleni przed sobą, jakby próbował dostrzec zagrożenie, zanim zdąży się zbliżyć.

– Tutaj nie ma wstępu – powiedział w końcu.

– Wiem, dostał zakaz zbliżania się do mnie, a dzieci odbiera kurator, przy którym zachowuje pozory, ale czy to go powstrzyma?

– Jeśli się zjawi, spotka mnie. I nie będzie to dla niego przyjemne, uwierz mi.

– Boję się – wyszeptała, tuląc kubek do piersi. – On nie musi pukać do drzwi. On wchodzi cieniem. Myślą. Oddechem. Nawet tutaj, gdzie jest bezpiecznie, nie potrafię oddychać do końca. Boję się o dzieci.

– Widuje je w obecności urzędnika i swojej matki. Nie zrobi przy nich niczego głupiego. Zresztą im nigdy krzywdy nie zrobił – przypomniał. – I rozpoczyna terapię.

– Niby tak, ale to mnie nie uspokaja.

Eryk wyciągnął rękę i ujął jej dłoń w swoją. Twardą, popękaną od pracy, ale silną.

– Wiem, siostrzyczko. Wiem, jak to jest nie spać. Jak to jest słyszeć, czuć, widzieć, choć nic nie ma. Jak to jest żyć w gotowości do ucieczki. Sam miałem takie noce, że trzymałem broń nawet we śnie. Ale to miejsce… to dom. A ja nie jestem już tylko bratem. Jestem twoim murem. I jeśli spróbuje go przeskoczyć, popamięta.

Łzy napłynęły jej do oczu, ale nie spłynęły. Już dawno nauczyła się nie płakać zbyt łatwo.

– A jeśli przyjdzie? Naprawdę się pojawi?

Eryk ścisnął jej dłoń mocniej.

– Kiedyś to zrobi, ale do tego czasu ty się przygotujesz. Też zaczniesz terapię.

– A jeśli przyjdzie, zanim będę gotowa, i wcale się nie zmieni? – ciągnęła.

– To nie ty będziesz się z nim mierzyć. Ty staniesz za mną. I niech Bóg ma go w swojej opiece, bo ja nie zamierzam mieć litości.

Edyta położyła głowę na jego ramieniu. Pachniał dymem z ogniska, sosną i odrobiną ziół. Pachniał bezpieczeństwem.

– Dobrze, że tu jestem… – szepnęła. – Dobrze, że mam gdzie się bać.

– Dopilnuję, żebyś w końcu mogła przestać.

Eryk objął ją ramieniem, mocno, jak wtedy, gdy była jeszcze mała i budziła się po koszmarze, zanim zmarła matka, ją zabrali dziadkowie, a on został z ojcem alkoholikiem, który nie szczędził mu pasa.

Edyta nie odpowiedziała. Wpatrywała się w poranną mgłę, która zdawała się gęstnieć z każdą minutą. W oddali zaszczekał pies, krótko, ostrzegawczo, po czym zamilkł. Psy w Azylu nie szczekały bez powodu.

– Tosia mówiła wczoraj, że chce pójść w ślady cioci Weroniki i leczyć zwierzęta – odezwała się po chwili, cicho, jakby bała się spłoszyć ten moment spokoju. – A Tymek… Tymek chce być strażakiem. Albo ninja. Zależy od dnia.

Eryk parsknął śmiechem.

– Apokalipsa i Tajfun. Nie zazdroszczę ich nauczycielom.

– Nie jest aż tak źle – zapewniła Edyta. – Pani od biologii powiedziała, że Tosia zna więcej nazw roślin niż ona. Tymek na ostatniej wycieczce próbował ratować kózkę przed „niewidzialnym wrogiem”. Z patykiem w ręku i miską owsa jako tarczą. Wczoraj postanowił, że zbuduje pułapkę na złych ludzi.

– Bohaterowie Azylu – powiedział Eryk z uśmiechem. – I dobrze. Niech się uczą odwagi. Niech widzą, że świat to nie tylko strach.

Skinęła głową, ale nie odpowiedziała. W jej oczach znów pojawił się cień. Wiedziała, że dzieci są szczęśliwe. Ale zdawała sobie też sprawę z tego, że szczęście bywa kruche. Że wystarczy jeden telefon, jedno spotkanie, jedno spojrzenie, by wszystko znów się rozsypało.

Z wnętrza domu dobiegł szelest. W drzwiach stała Tosia – zaspana, rozczochrana, w piżamie w kwiatki.

– Mamo, Tymek mówi przez sen, że kózka ma supermoce – oznajmiła z powagą godną profesora. – I że później ją zabierze na misję ratunkową.

Edyta uśmiechnęła się przez łzy.

– Powiedz mu, że kózka musi najpierw zjeść śniadanie. Supermoce nie działają na pusty żołądek.

Tosia kiwnęła głową i zniknęła w ciemności domu, zostawiając za sobą zapach dziecięcego snu i ciepła.

Edyta spojrzała na brata.

– Dobrze, że tu jesteśmy – powtórzyła.

– Dobrze, że jesteście – przytaknął. – Azyl bez was był tylko miejscem. Teraz jest domem.

***

Od tamtego czasu minął rok.

Lato znów przyszło cicho, jakby nie chciało budzić wspomnień. Mgła wciąż snuła się nad łąką, a rosa błyszczała na trawie niczym prastare konstelacje na nocnym firmamencie. Edyta nadal wychodziła boso na ganek, z kubkiem kawy zbożowej w dłoniach, wsłuchując się w głosy lasu. Ale coś się zmieniło.

Nie była już tylko kobietą, która się boi. Była matką, która chroni. Siostrą, która ufa. Kobietą, która próbuje oddychać pełniej, choć czasem wciąż brakuje jej tchu.

Azyl żył. Dzieci rosły. Psy szczekały tylko wtedy, gdy trzeba. A ona każdego dnia uczyła się, że spokój nie jest dany raz na zawsze – trzeba go pielęgnować jak chore łapki, jak zioła w ogrodzie, jak własne serce.

Tego poranka wiatr był łagodny. Nie szurał po dachu. Nie niósł ze sobą przykrych wspomnień. Muskał tylko jej włosy.

Zamknęła oczy. I przez moment naprawdę nie czuła strachu.

Ale po poranku nastąpił dzień, a po nim przyszła noc, a noc miała swoje sekrety. Sen, który przyszedł tej nocy, nie był snem spokojnym.

2.

Zaczęło się od światła. Oślepiająco intensywnego jak w szpitalnej sali albo w komisariacie. Edyta nie wiedziała, gdzie jest. Nie pamiętała, czy śpi, czy już się obudziła. Czuła tylko ten zdławiony wdech – jakby w połowie płuc ktoś odciął jej powietrze.

Ktoś mówił. Głos miał spokojny, aż nienaturalnie wyważony. Mówił o miłości, trosce, o tym, że wszystko robi dla niej. Ale każde słowo brzmiało jak rozkaz. Jak ostrzeżenie.

„Gdybyś mnie naprawdę kochała, nie robiłabyś mi tego”.

„Zobacz, do czego mnie zmuszasz”.

„To przez ciebie”.

Edyta siedziała na podłodze. Miała bose stopy, jak zawsze. Ale podłoga była zimna, twarda, nie drewniana jak w Azylu. Pachniało kurzem i czymś metalicznym. W kącie leżała rozbita filiżanka. Jej ulubiona. Ta z niebieskim wzorem.

Ktoś stał nad nią. Nie widziała twarzy, tylko sylwetkę. Mężczyzna. Dobrze ubrany. Pachniał wodą kolońską, którą kiedyś lubiła. Teraz ten zapach wywoływał u niej mdłości.

Chciała wstać, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa, jakby ktoś przywiązał ją do podłogi. Serce waliło jak młot, a każdy oddech urywał się w połowie, przekształcając w cichy szept paniki.

„Nie krzycz. Sąsiedzi słyszą”.

Ale ona nie krzyczała. Nawet nie płakała. Była jak sparaliżowana, a cisza dudniła w uszach głośniej niż jakikolwiek krzyk. Patrzyła tylko. Na drzwi. Na okno. Na siebie.

I wtedy usłyszała dźwięk. Cichy, znajomy. Szuranie po dachu. Wiatr.

Azyl.

Otworzyła oczy.

Była w swoim pokoju. W Azylu. W łóżku, pod kocem, z dłońmi zaciśniętymi na poduszce. Serce wciąż biło zbyt szybko, a w gardle wyschło, jakby naprawdę krzyczała.

Spojrzała na zegarek. 4.17.

Za oknem świtało. Mgła snuła się nad łąką. Psy spały. Dzieci oddychały spokojnie.

To był tylko sen.

Ale Edyta wiedziała, że sny nie kłamią. One tylko przypominają.

Do rana nie zmrużyła już oka.

Gdzieś w zakamarkach podświadomości majaczyła jej myśl, może przeczucie, że wkrótce nadejdą zmiany.

I się nie myliła.

***

Choć za oknem świtało lato i pachniało świeżą trawą, w umyśle Edyty wciąż dudniły echa snu – zimny, obcy głos i rytmiczne kroki, które nie pozwalały jej całkiem odetchnąć. Serce wciąż biło nierówno, a dłonie lekko drżały, gdy nalewała wodę do miski dla Panny Lu. Jeszcze kilka oddechów, a cień poprzedniej nocy zniknąłby całkowicie, ale cień przeszłości był jak kurz – zawsze wracał, nieważne, jak starałaby się go pozbyć.

Żeby szybciej o nim zapomnieć, zaraz po zadbaniu o zwierzęta wzięła się za przydomowy ogródek. Słońce wspinało się powoli po niebie, a zapach mięty i lawendy koił zmysły. Spokojem nie dane jej było nacieszyć się długo.

Zaczęło się od znajomego stuknięcia drewnianych obcasów o kamienny chodnik. Tylko jedna osoba w promieniu piętnastu kilometrów mogła chodzić w kapeluszu z piórami, bursztynowych kolorach i turkusowych spodniach w kwiaty – ciotka Benia, której energia zawsze wprawiała Edytę w mieszankę podziwu i lekkiego przerażenia.

Edyta zdążyła tylko odłożyć grabki, gdy kolorowa postać pojawiła się w bramie, roztaczając wokół siebie zapach jaśminowych perfum i chaosu.

Za nią, nieco wolniej, szedł Szymon Szymański, weteran weterynarii i życia, z rękami w kieszeniach i miną, która mówiła: „Nie wiem, po co tu jestem, ale skoro Benia kazała, to innego wyjścia nie było”. Edyta poczuła, jak serce jej przyspiesza – nie z lęku, ale z czystego zaskoczenia. Wiedziała, że nic złego się nie dzieje, ale poranki z ciotką nigdy nie kończyły się spokojnie.

Obok nich kroczył Gustaw Garlicki, ojciec jej bratowej Weroniki, w tweedowej marynarce i z miną, jakby właśnie miał wygłosić wykład o moralności w hodowli królików. Wsparty o lasce, utykał po zeszłorocznym wypadku.

– Edytko, kochanie! – zawołała Benia, rozkładając ramiona jak do objęcia całego świata. – Musimy porozmawiać. I nie, nie chodzi o nową mieszankę z dziurawcem, choć też ją przyniosłam. Chodzi o naszych nowożeńców.

Edyta otarła dłonie o fartuch i uśmiechnęła się niepewnie. Wciąż odczuwała lekki chłód pod skórą, który nie dawał jej zapomnieć, że ciało pamięta więcej niż umysł.

– Coś się stało?

– Stało się, że się nie stało! – oznajmiła przybyła. – Ślub był, wesele było, ale miesiąca miodowego nie! A przecież po ślubie to nie tylko tort się liczy, ale i trochę miodu! Weronika od razu wróciła do gabinetu, Eryk do Azylu, a przecież to nie są roboty, tylko ludzie! Ludzie zakochani! – dodała.

Edyta początkowo zamarła, potem jednak rozluźniła ramiona, wiedząc, że z Benią nie ma co dyskutować.

– Wejdźcie może do środka. – Odstawiła konewkę i wskazała na drzwi. – Zapraszam. Dzieciaki jeszcze śpią, zaraz nastawię wodę na herbatę.

– Świetnie, bo zrobiłam pyszne ciasto z truskawkami. – Ciotka wskazała na sporej wielkości pakunek niesiony przez Szymona.

Gustaw jęknął, siadając, ale poprawił się na krześle i oparł dłonie o laskę.

– Weronika pracuje za trzech. I nie narzeka. Ale odpoczynek jest jej potrzebny. Nawet ja to przyznaję.

– A Eryk wygląda, jakby spał z otwartymi oczami – dodał Szymon. – I mówi jeszcze mniej niż zwykle. Co jest osiągnięciem – stwierdził, zajmując miejsce naprzeciwko. Najpierw jednak odstawił starym zwyczajem krzesło swojej narzeczonej.

Benia klasnęła w dłonie.

– Więc wymyśliliśmy prezent. Rodzinny. My zajmiemy się Azylem. Gustaw pomoże w gabinecie, ja ogarnę zioła, Szymon będzie doglądał zwierząt. Na kilka godzin dziennie będzie tu wpadał Mariusz, wnuk mojej koleżanki. Chłopak w tym roku zdał maturę i potrzebuje jakiejś pracy na wakacje. Ty, Edytko, będziesz naszą dowódczynią, sercem i katalizatorem tego całego przedsięwzięcia. W końcu i tak od wielu miesięcy ogarniasz jakoś ten cały galimatias.

Edyta zamarła, wyciągając kubki z szafki. Omal jednego nie wypuściła. Dłoń wciąż lekko jej drżała, ale ciepło Beni uspokajało napięcie w klatce piersiowej.

– Ja?

– Ty. – Ciotka wstała i podeszła bliżej. – Jesteś tu od roku. Znasz każde zwierzę, każdą zagrodę. I masz serce większe niż cały ten dom. A poza tym… – tu spojrzała na nią łagodnie – …zasługujesz, żeby poczuć, że naprawdę dowodzisz, zobaczyć, że jesteś potrzebna nie tylko jako pomoc czy matka, ale jako kobieta, jako siostra, jako opiekunka. Zaufaj sobie. My ci zaufaliśmy.

Gustaw dodał:

– A Eryk i Weronika już się zgodzili. Tylko jeszcze żadne z nich nie wie, że wyjeżdża.

– Ale to szczegół – zapewniła Benia. – Taka drobnostka. Na pewno ich przekonam – stwierdziła, sięgając po nóż do ciasta.

Edyta próbowała zaoponować. Ona miałaby dowodzić? Przecież całe życie uczyła się być cicho. Niewidzialna. Teraz miała być sercem Azylu?

– Nie wiem, czy…

– Wiem, czego się obawiasz, ale skoro ten oślizgły typ prawie się nie odzywa od rozprawy, to raczej nie zacznie cię tu nawiedzać. A nawet gdyby, zapewnimy ci odpowiednią ochronę. Jeśli będzie trzeba, to nawet się tu wprowadzimy.

Szymon uśmiechnął się pod nosem.

– Albo wprowadzi się tu specjalista od ochrony. Skontaktowałem się z kolegą z wojska twojego brata. Ma przyjechać pojutrze. Zastąpi Eryka w wykładach, bo te miał prowadzić na Podlasiu. Podobno zna Azyl z opowieści. I też chce pomóc. Zająłby ten pokoik na poddaszu. To dobry człowiek, ale twardy. Nie pozwoli, by ktoś was skrzywdził.

Edyta poczuła, jak coś w niej drga. Niepokój. Ekscytacja. Strach. Nadzieja. Cała plejada emocji rozentuzjazmowanych i przerażonych jednocześnie.

– Nie wiem, czy sobie poradzę – udało jej się wreszcie powiedzieć.

– Poradzisz – zapewniła Benia, wykładając kawałki ciasta na talerzyki. – Z taką armią pomocników? To nie może się nie udać.

– Dobrze – zgodziła się. – Spróbuję.

Ciotka objęła ją mocno.

– I to jest odpowiedź, której oczekiwałam, kochana. Uwielbiam to, jak się zmieniasz. A teraz wypijmy herbatę i zjedzmy ten pyszny placek z truskawkami, nim cukier puder całkowicie się stopi na owocach.

Kiedy Benia, Szymon i Gustaw opuścili kuchnię, Edyta jeszcze stała w miejscu, patrząc na uchylone drzwi werandy. Na zewnątrz słońce zaczynało już wspinać się nad las, a z niemal czystego nieba kropił drobny deszczyk. Była ciekawa, jak Weronika i Eryk przyjmą wieść o wyjeździe.

***

Minął rok, odkąd Weronika i Eryk, po burzliwym początku, znaleźli w sobie spokój, którego oboje tak bardzo potrzebowali.

Weronika właśnie kończyła opatrywać łapkę młodej suczki, gdy do gabinetu weszła ciotka Benia z miną, która zwiastowała rewolucję. Zapach ziół i świeżych opatrunków mieszał się z aromatem deszczu – przez uchylone okno wpadał ciepły wiatr, niosąc z podwórza głosy dzieci.

– Kochanie, odłóż te bandaże. Mamy sprawę.

Za nią weszli Gustaw i Szymon, obaj z poważnymi twarzami, choć Szymon miał w oczach błysk, który zdradzał, że zna już finał tej sceny.

Weronika spojrzała na nich zaskoczona.

– Co się dzieje?

– Miesiąc miodowy, moja droga – oznajmiła Benia tonem, który nie znosił sprzeciwu. – Wasz. I to natychmiastowy.

Eryk, który właśnie wszedł z podwórza z rękami brudnymi od ziemi i włosami rozwianymi przez wiatr, zatrzymał się w progu.

– Co się dzieje? – spytał, widząc zgromadzenie, po czym wytarł dłonie o spodnie, by przywitać się z teściem, ciotką Benią i Szymonem.

– Nie było podróży poślubnej – powiedział Gustaw, zdejmując czapkę. – Nie było odpoczynku. Było tylko karmienie, leczenie, wykłady, ratowanie. A teraz będzie wyjazd. I koniec dyskusji.

– Ale Azyl… – zaczęła Weronika.

– Zajmiemy się nim – przerwała Benia. – Ja, Gustaw, Szymon. I Edyta. Już się zgodziła. Do pomocy mamy wnuka mojej koleżanki. A poza tym… – tu spojrzała na Eryka – …twój kolega z wojska przyjeżdża jutro. Zastąpi cię w wykładach. Podobno zna Azyl z twoich opowieści. I chce pomóc.

Eryk spojrzał na Weronikę. Ona na niego. W ich oczach było wszystko: zmęczenie, wdzięczność, niepewność i coś jeszcze – ten cichy rodzaj porozumienia, który mieli tylko ludzie, którzy razem przeszli przez ogień.

– A jeśli coś się stanie? – spytał cicho.

– Nie stanie się. – Benia wbiła w niego spojrzenie. – Założyłeś przecież dodatkowe kamery, a Edyta nie zostanie sama. Poza tym, młody małżonku – pochyliła się ku niemu z uśmiechem – może czas przestać udawać, że wiesz wszystko o małżeństwie? Miłość to nie tylko karmienie królików i naprawianie ogrodzenia.

– A co ja niby udaję? – Eryk oparł się o framugę, unosząc brew.

– Że twoja żona to tylko lekarka zwierząt, a nie kobieta, która potrzebuje czasem romantycznego wyjazdu, kolacji przy świecach i… intymności.

– Ciociu! – Weronika zarumieniła się po uszy.

– Co? – Benia wzruszyła ramionami. – Ktoś musi wam to powiedzieć.

Eryk otworzył usta, ale nie zdążył zaprotestować, bo Gustaw położył mu rękę na ramieniu.

– Synu, nie sprzeczaj się. Wiem, że martwisz się o Edytę, ale dziewczyna jest pod dobrą opieką. Czasem trzeba odpuścić. Poza tym ten wyjazd dobrze wam zrobi.

Weronika spojrzała na ojca z czułością.

– Tato, naprawdę uważasz, że powinnam jechać?

– Tak. – Gustaw uśmiechnął się łagodnie. – Widzę, jak na niego patrzysz, gdy myślisz, że nikt nie widzi. I jak on patrzy na ciebie. Macie wreszcie chwilę tylko dla siebie, więc z niej skorzystajcie.

Eryk westchnął, przeczesując dłonią włosy.

– W porządku… ale tylko kilka dni.

– Kilka dni wystarczy, żeby przypomnieć sobie, po co się człowiek w ogóle zakochuje – rzuciła Benia z błyskiem w oku. – I nie próbujcie wracać po dobie, bo nie wpuszczę was do Azylu.

– Szantaż emocjonalny?

– Praktyczny – odparła bez mrugnięcia okiem.

Weronika roześmiała się i spojrzała na Eryka.

– Może faktycznie powinniśmy spróbować.

– Może.

Uniosła dłoń do jego policzka i musnęła go delikatnie.

– Nie martw się. Edyta sobie poradzi. A my… może wreszcie nauczymy się odpoczywać.

Eryk złapał jej rękę.

– Z tobą? Nie wiem, czy to możliwe.

– To się przekonaj – odpowiedziała z uśmiechem, który mówił więcej niż słowa.

***

Wieczorem, gdy dom wreszcie ucichł, a na podwórzu słychać było tylko szczeknięcia psów i cykanie świerszczy, Weronika siedziała na łóżku w sypialni i próbowała spakować walizkę.

– Myślisz, że wystarczy mi jedna para spodni? – zapytała, trzymając w ręku zwinięte dżinsy.

– Jeśli zamierzasz chodzić w mojej koszuli, to nawet żadna nie będzie potrzebna – mruknął Eryk, rozbawiony, wbijając dłonie w kieszenie.

Weronika rzuciła w niego złożoną bluzką.

Nie zdążył się uchylić.

– Wcale nieśmieszne – mruknęła.

– Ale prawdziwe – odparł, podchodząc bliżej. – Benia miała rację, potrzebujemy tego wyjazdu. Ty ciągle coś opatrujesz, ja coś naprawiam… A przecież oboje wiemy, że jesteś gorsza ode mnie w odpoczywaniu.

– Ja? – udała oburzenie. – To kto wstaje o czwartej, żeby zrobić obchód?

– Ktoś, kto nie umie spać beze mnie. Widziałem, jak wymykasz się, żeby zajrzeć do swoich pacjentów.

Parsknęła śmiechem, ale w jej oczach pojawiło się coś miękkiego.

– Boję się, że jak wyjedziemy, wszystko się tu zawali.

– Nie zawali. Edyta da sobie radę. Znasz ją. – Ujął jej dłonie. – Poza tym Benia już wszystkim dowodzi, nawet nią. Sam się boję, że jak wrócimy, to się okaże, że wprowadziła nowy regulamin.

– Cała ciotka – podsumowała Weronika, chichocząc.

Eryk pocałował ją w czoło.

– To co, jedziemy jutro rano?

– Rano – przytaknęła. – Najpierw odwiedzę Edytę. Chcę się upewnić, że wszystko ma pod kontrolą.

– Jasne. A ja przygotuję Dawidowi pokój na poddaszu. – Spojrzał na nią z lekkim uśmiechem. – Dawno się nie widzieliśmy, ale to porządny facet.

– Porządny? – Uniosła brew. – Czyli taki jak ty?

– Jeszcze nie aż tak. – Eryk się zaśmiał. – Ale kto wie, może przy ciotce Beni nabierze manier.

Weronika oparła się o jego ramię i westchnęła.

– Nie mogę uwierzyć, że naprawdę jedziemy.

– Ja też. – Przytulił ją mocniej.

Za oknem wiatr poruszył firanką. Psy zaszczekały raz, potem ucichły. W domu pachniało herbatą z melisy i truskawkowym ciastem Beni.

– Wiesz – szepnęła Weronika – może to rzeczywiście dobry moment, żeby po prostu być.

– Wreszcie – odpowiedział Eryk, muskając jej włosy. – Po prostu być. Razem.

3.

Poranek pachniał świeżo zaparzoną kawą zbożową i mokrą trawą po nocnym deszczu. Na podjeździe przed Azylem panowało lekkie zamieszanie – Weronika i Eryk pakowali torby do samochodu, a Tosia i Tymek krążyli wokół nich niczym dwa niestrudzone wróbelki.

– A długo was nie będzie? – Tosia pociągnęła Weronikę za rękaw.

– Tylko dwa tygodnie, kochanie – odparła jej ciotka z uśmiechem. Benia przekonała ich, że kilka dni to za mało. – Zanim zdążycie się stęsknić, wrócimy – obiecała.

– Ale kto będzie karmił kózki? – dopytywał Tymek z poważną miną.

– My z mamą – odparła Tosia tonem specjalistki od zwierząt. – Mama mówi, że jak się je pogłaszcze po uchu, to lepiej piją mleko.

Eryk się roześmiał, zerkając na Edytę, która stała na ganku z kubkiem w dłoni.

– Wygląda na to, że poradzicie sobie beze mnie lepiej, niż myślałem.

– Damy radę – zapewniła, choć w jej głosie zabrzmiała nuta niepewności. – Byle tylko wasz wypoczynek się udał.

Weronika wzruszyła ramionami.

– Ojciec uznał, że powinniśmy choć raz w życiu pojechać gdzieś, gdzie nie słychać beczenia kóz i szczekania psów.

– I zdanie to podtrzymuję – oznajmił Gustaw, który wysiadł z samochodu. – Mój zięć wygląda, jakby od miesiąca spał w stajni.

– Czasem mam wrażenie, że konie śpią spokojniej ode mnie – mruknął Eryk, naciągając kurtkę.

– Oj, daj spokój, młody mężu – wtrąciła ciotka Benia z przekąsem. Ona i Szymon przyjechali z Gustawem. – Żona potrzebuje trochę romantyzmu, nie tylko leczenia zwierząt i sprzątania boksów. Jedźcie, zanim całkiem zapomnicie, jak to jest być świeżo po ślubie.

Weronika się zarumieniła, a Edyta roześmiała.

– Ciociu, ty zawsze powiesz coś, co Eryk wolałby przemilczeć.

– Po to jestem – odparła Benia z triumfalnym uśmiechem. – A ty, dziewczyno, nie martw się. Zaraz przyjdzie Mariusz, wnuk mojej koleżanki – przypomniała – a jutro przyjedzie Dawid.

Edyta uniosła brwi.

– Dawid?

– Ten wojskowy, co ma zastąpić Eryka w wykładach – wyjaśniła Weronika.

– Ach, tak. – Edyta odetchnęła z ulgą. – Pamiętam. Zaniosę mu wentylator na poddasze, bo w nocy może być gorąco pod dachem. Mam nadzieję, że poradzi sobie ze schodami. To w końcu emeryt.

Eryk chrząknął, z trudem ukrywając uśmiech.

– No… Emeryt.

– Ale potrafi w razie czego obronić Azyl przed… wilkiem na przykład? – zaciekawiła się.

– Z pewnością. To doświadczony żołnierz, choć trochę starszy ode mnie.

– Czyli ile? Dziesięć lat, piętnaście?

– Mniej więcej – odparł Eryk, unosząc brwi w niewinnym grymasie. – Ma takie śmieszne, długie wąsy.

Weronika złapała go za rękę.

– Dobrze, koniec żartów. Bo jak nie wyjedziemy teraz, to się spóźnimy na samolot.

Tosia i Tymek przytulili Weronikę i Eryka z całą dziecięcą serdecznością.

– Przywieźcie mi jakąś pamiątkę! – zawołał Tymek.

– I dla mnie! – dorzuciła Tosia.

– Dobrze – obiecał Eryk. – A wy bądźcie grzeczni i słuchajcie mamy.

Gdy samochód zniknął za bramą, Edyta stała jeszcze na ganku, trzymając dzieci za ręce.

– Starszy kolega z wojska… – mruknęła pod nosem. – Ciekawe, czy faktycznie ma wąsy.

Benia spojrzała na nią z błyskiem w oku i wymamrotała pod nosem:

– Oj, dziecko, zobaczysz. I wtedy dopiero przestaniesz spać spokojnie.

Edyta jednak nie zwróciła uwagi na jej słowa, bo Tymek zaczął płakać i musiała go pocieszyć. Chłopiec przez ostatni rok bardzo się przywiązał do wujka.

– My z Szymonem idziemy do kotów. – Benia wskazała na poddasze nad stajnią, gdzie Eryk przed kilkoma laty urządził schronienie dla kotów.

Edyta kiwnęła głową.

Gustaw założył czapkę, pożegnał się gestem dłoni i odjechał.

***

Mariusz, wnuk koleżanki ciotki Beni, miał zjawić się punktualnie o dziewiątej – w teorii. W praktyce dziewiąta minęła, potem dziesiąta, aż w końcu przybiegł zziajany, z telefonem w ręku i słuchawkami w uszach.

– Przepraszam, pani Edyto! – zawołał, niemal potykając się o miskę z wodą. – Miałem kilka ważnych spraw.

– W porządku – zapewniła. Nie była z tego dumna, ale nie potrafiła skarcić chłopaka.

Lata pomiatania nią przez narcystycznego męża tak głęboko odcisnęły się w jej umyśle, że każde ostrzejsze słowo grzęzło jej w gardle, zanim jeszcze zdążyło nabrać kształtu. Nauczyła się milczeć, ustępować, przepraszać nawet wtedy, gdy nie miała za co. Terapeutka uświadomiła jej, że ta bezradność zaczęła się znacznie wcześniej.

Jej pierwsze wspomnienie z dzieciństwa to moment, w którym uchylała się przed pokrywką od garnka. Ojciec wrócił pijany do domu i zdenerwował się, że mama ugotowała nie to, na co miał ochotę. To były jej szóste urodziny. Miał być tort i klopsiki, które uwielbiała, ale wszystko skończyło się krzykiem i trzaskiem talerzy. Pamiętała, jak brat zasłaniał ją wtedy ramieniem, jakby sam mógł przyjąć cios za nią.

Kilka miesięcy później mama umarła, a dziadkowie zabrali Edytę do siebie. Eryk został z ojcem. Nigdy nie dowiedziała się dlaczego. Może dziadkowie myśleli, że pijany wdowiec lepiej poradzi sobie z synem niż z córką, może chcieli mu zostawić choć jedno dziecko. Może nie wiedzieli, że było z nim tak źle, że będzie krzywdził jej brata… Jak bardzo się mylili…

U dziadków wcale nie było bezpiecznie. Nie podnosili głosu, ale każde ich słowo potrafiło ranić. „Garb się mniej, uśmiechaj się częściej, dziewczyna z piegami powinna nadrabiać wdziękiem” – powtarzała babcia. „Nie płacz, nie mazgaj się, bądź dzielna jak twoja matka” – mówił dziadek.

Dzielna. Idealna. Cicha.

Kiedy dorosła, Aleksander tylko dopisał dalszy ciąg tej historii. Wiedział, które struny w niej poruszyć, by znów zaczęła się korygować, przepraszać, znikać. I zniknęła – dla siebie, dla świata. Zostały dzieci, obowiązki…

Mariusz tymczasem rozglądał się z zachwytem po podwórzu, jakby trafił do krainy z dziecięcego filmu, po czym zatrzymał się przed jednym z kucyków.

– Ale tu swojsko! Jak w filmie o wakacjach na wsi. Tylko że tu wszystko żyje naprawdę! – powiedział z entuzjazmem, podchodząc bardzo blisko. – Zrobię mu zdjęcie, wrzucę do sieci, co pani na to?

– Lepiej nie, nie wszystkie zwierzęta lubią… – zaczęła cichutko Edyta, ale chłopak już przyklękał na kolano, celując telefonem w kucyka.

Ten zarżał i odwrócił się ostentacyjnie tyłem.

Podobnie zachował się kozioł. Hipis natomiast naskoczył z boku, chcąc polizać albo Mariusza, albo jego telefon.

– Aua! – jęknął chłopak, potrząsając oślinioną ręką. – Tyle czułości, to już przesada!

– Mówiłam, że… – urwała. Nie miała siły kończyć zdania, bo z drugiej strony dobiegł brat Hipisa, Scooby, który też chciał się przywitać z gościem. – Wejdź może na herbatę i wyjaśnię ci, co leży w zakresie twoich obowiązków – zaproponowała Edyta.

Chłopak potrząsnął głową i spojrzał w stronę domu, gdzie przez okno wyglądały już zaciekawione nim dzieciaki.

Do kuchni wszedł w ubłoconych butach, ale że Tosia i Tymek już narobili tam śladów, nie zrobiło to większej różnicy. Podłogę i tak trzeba było myć, więc Edyta tylko machnęła ręką i nastawiła wodę w czajniku.

– Dziś to posprzątam, ale jutro proszę wszystkich o zmianę obuwia. Zwłaszcza po deszczu – upomniała ogólnie.

Matkowanie jako tako jej wychodziło. Asertywność traciła, gdy w grę wchodziły inne relacje, chociaż i tu robiła postępy. Przeszła terapię indywidulaną, brała też udział w spotkaniach grupy wsparcia dla ofiar przemocy domowej, jednak największy wpływ na jej postawę miały zachowania Eryka, Weroniki, Beni i Szymona. To oni na co dzień pokazywali jej, że można odpowiedzieć żartem na żart, drobną docinką na docinkę, postawić się bez agresji czy złośliwości, ale tak zwyczajnie.

Dzieciaki uprzedzone przez Benię o nowym gościu szybko oswoiły się z jego obecnością, zwłaszcza że ten miał dość swobodny sposób bycia.

Kiedy Edyta kończyła smażyć naleśniki, cała trójka umazana śmietaną zaśmiewała się z jakiegoś żartu o bekaniu.

– Dzieci, jeśli skończyliście, odnieście talerze, umyjcie ręce i pójdźcie zobaczyć, czy ciocia Benia i wujek Szymon skończyli pracę przy kotach, a ja porozmawiam z naszym gościem – zapowiedziała Edyta, na co Tosia i Tymek, ociągając się, odeszli od stołu. – Przygotowałam dla ciebie wytyczne. – Wskazała na piętrzące się na parapecie dokumenty. – To ta zielona teczka. Masz tam opisane wszystko, co należy robić. To podkreślone to twoje zadania. Nie ma tego aż tak dużo, ale wszystko trzeba powtarzać. Karmienie zwierząt, sprzątanie zagród, dojenie kóz i krowy, zresztą sam poczytaj. Ja pozmywam.

W tym momencie do kuchni wmaszerowała Panna Lu, zignorowała gościa i podeszła do pustej miski.

– Edyta podała jej karmę i wróciła do zmywania.

– Koty mieszkają też w domu?

– Tylko ta jedna kotka. Ma z piętnaście lat. Była tu, zanim powstał Azyl. Nie należy do podopiecznych. To członek rodziny, tak jak Hipis i Scooby.

– Te psy, które mnie ośliniły?

– Te same – potwierdziła, uśmiechając się pod nosem. Mariusz wydał się jej sympatyczny, choć nieco roztrzepany.

Kiedy on przeglądał wykaz obowiązków, ona szybko uprzątnęła stół. On, chcąc być miły, przesunął się i postawił kubek z herbatą na parapecie, nie zauważając, że obok leży stos dokumentów. Gdy odszedł, naczynie zachybotało i się przewróciło. Brązowa plama rozlała się po papierach. Edyta zamarła. Serce uderzyło mocniej, jak wtedy, gdy każdy dźwięk w domu zwiastował wybuch złości. Odruch kazał jej krzyknąć, ale słowa uwięzły w gardle. Powinna była zwrócić uwagę chłopakowi, ale zabrakło jej odwagi.

– Nic się nie stało – wymamrotała tylko, wycierając kartki rękawem. – To tylko kopie.

To w istocie były tylko herbata i kopie, ale serce zabiło jak wtedy, gdy każdy dźwięk zwiastował wybuch. Jakby miało paść oskarżenie: „Zobacz, co zrobiłaś”.

Podeszła ze ścierką, którą położyła na zalanych dokumentach, zabrała kubek i odstawiła go do zlewozmywaka.

Całe życie uczono ją, że milczenie jest cnotą, a sprzeciw – grzechem. Teraz próbowała się tego oduczyć.

Tymczasem do domu wpadły dzieci z informacją, że ciocia i wujek skończą za dwadzieścia minut.

– To ja może pokażę ci, gdzie co jest, i wrócę, żeby dokończyć sprzątać – zaproponowała Mariuszowi Edyta, na co ten przystał z ochotą.

Niestety szybko się okazało, że na zewnątrz można narobić zdecydowanie większego bałaganu niż w domu.

Zanim Edyta założyła kalosze, Mariusz dotarł do kurnika, który widniał jako pierwszy w jej notatkach, i próbował otworzyć drzwi, ciągnąc za klamkę z całej siły.

– Trzeba mocniej, prawda?

– Nie! – pisnęła, ale było już za późno. Zawias zaskrzypiał, a jedna z kurek wybiegła na podwórze, gdacząc triumfalnie.

– Super, wolność! – zawołał chłopak z uśmiechem. – Niech się przewietrzy!

Edyta przymknęła powieki. Czuła, jak coś w niej pęka, ale jeszcze nie potrafiła tego nazwać. Miała ochotę zdjąć but i rzucić nim w chłopaka. Zamiast tego ruszyła za kurką, która gdacząc, przypominała jej własne myśli: chaotyczne, rozbiegane, trudne do złapania.

Potem było tylko gorzej.

Mariusz odhaczał kolejne miejsca z listy i wszędzie zostawiał chaos.

Gdy pod nogami Edyty przekicał biały królik, nie wytrzymała.

– Czy zamknąłeś klatki? – zadała retoryczne pytanie, spoglądając z przerażeniem na Mariusza.

Chłopak zbladł.

– On… wyskoczył?

– A co, myślisz, że nauczył się teleportacji?

Pobiegła za królikiem, a Mariusz za nią, po drodze potykając się o wiadro i przewracając stojak z miskami. Woda rozlała się szeroką smugą błota, w której z lubością wytarzał się Hipis.

– Świetnie – jęknęła Edyta. – Mamy błoto, mokrego psa i królika w krzakach. Chcesz coś jeszcze dodać?

– Mogę przynieść ręczniki! – zawołał z entuzjazmem Mariusz. – Albo wrzucić post do Internetu, że mamy akcję ratunkową?

Edyta spojrzała na niego takim wzrokiem, że nawet Hipis, mimo całego błota, uznał, że lepiej się wycofać.

– Mariusz, jeśli chcesz mieć co ratować, idź po siatkę i łap królika. A potem, błagam, nie rób już niczego bez pytania.

Po kwadransie Azyl wyglądał jak po bitwie: rozlana woda, uciekające zwierzęta, Mariusz z zielonym listkiem przyklejonym do czoła i Edyta z miną, jakby właśnie straciła ostatnie pokłady cierpliwości. Nie wiedziała, czy bardziej chce krzyczeć, czy po prostu usiąść i zniknąć.

Nie wiedziała też, że to dopiero początek.

***

Benia obserwowała z okna nad stajnią, jak Edyta z uporem porządkuje obejście, podczas gdy Mariusz próbuje coś naprawić… ale wychodzi mu zupełnie odwrotnie.

– Widzisz ją? – zwróciła się do Szymona, który czyścił uszy ostatniemu z przybyłych ostatnio kociąt. – Ta dziewczyna nigdy się nie zatrzymuje. Od świtu do nocy.

– Taka natura – odparł spokojnie Szymon. – Jak Eryk.

– Nie. – Pokręciła głową. – Eryk się w końcu nauczył, że można czasem odetchnąć. Ona nie. Przez tego drania, którego miała za męża, zapomniała, że jest młoda. Że może się śmiać, flirtować, tańczyć.

– Może to przyjdzie z czasem – mruknął Szymon.

– Z czasem? – Benia westchnęła. – Czas jest dobry dla wina, ona potrzebuje impulsu. Kogoś, kto jej przypomni, że świat nie kończy się na karmieniu kóz i pilnowaniu dzieci.

Zamyśliła się, po czym dodała z tajemniczym błyskiem w oku:

– Może ten cały Dawid Brant będzie dla niej właśnie takim impulsem.

Szymon uniósł brew.

– Czy ty coś kombinujesz, Beniu? – spytał z rozbawieniem.

– Ja? – Uniosła brew z niewinną miną. – Ja tylko wierzę w zbieg okoliczności.

– I dlatego, zanim załatwiliśmy zastępstwo dla Eryka, wywiedziałaś się wszystkiego o jego kolegach?

– To tylko z troski.

– Tak. Zwłaszcza to przyglądanie się ich fotografiom – zaśmiał się.

Redakcja

Agnieszka Luberadzka

 

Korektka

Beata Gołkowska

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Anna Slotorsz

 

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© AdobeStock

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Urszula Gajdowska, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384301852

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

1.

2.

3.

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści