Romans królewski - Władysław Rymkiewicz - ebook

Romans królewski ebook

Władysław Rymkiewicz

4,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

ISBN 83-218-0312-1 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 346

Rok wydania: 1983

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



WŁADYSŁAW RYMKIEWICZ

Romans królewski

Wydawnictwo ł, ódz kie

Romans królewski

WŁADYSŁAW RYMKIEWICZ

Romans królewski

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 7

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Romans królewski

Wydawnictwo Łódzkie

Okładkę i strony tytułowe projektowała EWA CZAPLICKA

Redaktor

IDA TARKOWSKA

Redaktor techniczny

ANDRZEJ HRYNKIEWICZ

ISBN 83-218-0312-1

© Copyright by Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1961 © Copyright by Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1983

Głośny w połowie XVII stulecia romans króla Jana Kazimierza z Elżbietą Radziejowską wzbudzał z braku wiarygodnych przekazów sprzeczne sądy wśród historyków.

Dziś może interesować czytelnika nie tyle sama przygoda miłosna króla, ile jej następstwa, które spowodowały niemało zamieszania w wojsku, w sądownictwie, a nawet w polityce zagranicznej Rzeczypospolitej.

Nie będąc tylko reminiscencją względnie próbą odtworzenia romansu króla jegomości, powieść jednak w zasadzie zbudowana jest na zrębie nie zmyślonych faktów historycznych. Tylko pod jednym względem autor dopuścił się anachronizmu, a mianowicie przesuwając początek dyplomatycznych zabiegów dynastycznych królowej Marii Ludwiki na cztery lata przed najazdem szwedzkim. Czytelnik osądzi, czy przez tego rodzaju przesunięcie został osiągnięty cel, jaki sobie autor postawił.

W. R.

Rozdział 1

Tyzenhauz! — usłyszałem swoje nazwisko i obejrzawszy się pojąłem w lot, o co chodzi. Od trzech lat jestem pokojowcem i faworytem króla jegomości i pochlebiam sobie, że zasłużyłem na względy mojego pana nie tylko dlatego, że służę mu wiernie, ale może przede wszystkim dlatego, że nigdy w krytycznych sytuacjach nie tracę głowy. Toteż i tym razem puściłem się biegiem do gabinetu, żeby powiadomić króla, który odmawiał pacierze.

— Miłościwy Królu — zaanonsowałem cicho i poważnie. — Najjaśniejsza Pani...

Jan Kazimierz odłożył modlitewnik na pulpit i podniósł się pośpiesznie z pluszowego klęcznika.

Uchyliłem nieco ciężką zasłonę bordo. Maria Ludwika w aksamitnej sukni morello z obcisłymi rękawami o podłużnych przecięciach, z których wydobywał się cienki jedwab koszuli, weszła szybko do gabinetu.

Idący za królową podkomorzy i szef pokojowców królewskich, oberszter piechoty cudzoziemskiego autoramentu, Wilhelm Gotard Butler, przestąpił próg i zatrzymał się w przepisanej etykietą odległości.

Król złożył dworski ukłon, podał małżonce dłoń wzniesioną na wysokość twarzy i poprowadził ceremonialnie do fotela.

Maria Ludwika zasiadła w fotelu i niedbałym ruchem wygładziła na kolanach fałdy ciemnobrunatnej, wpadającej w fiolet sukni. W półmroku ciężkich kotar, pluszów i atłasów migotały diamenty w kolczykach królowej i brylanty w diademie na smolistej czerni jedwabistych włosów. Biała marszczona kreza, wznosząc się pionowo jak kielich lilii dokoła karku i sięgając do wysokości małych uszu, stanowiła dekoracyjne tło dla szyi ozdobionej sznurkiem pereł.

— Madame? — zapytał uprzejmie Jan Kazimierz.

Królowa zaczęła mówić niskim gardłowym głosem z francuskim akcentem: — Czego to ja się dowiaduję? Czy nie spełnią się już nigdy marzenia Władysławowe? — mówiła z cichym oburzeniem, powściąganym przez wzgląd na wymogi dworskiej etykiety. — Jestże to prawdą, że nikt nie poprowadzi krucjaty na pogan, że już nic nie zdoła wskrzesić świętego cesarstwa wschodniego i że nigdy korona bazylissy nie ozdobi skroni Marii Ludwiki?

— Madame! — nieruchomą twarz króla obruszył grymas kwaśnej niechęci.

— A przecież ichmościowie w sejmie oskarżają nas, że król jegomość, idąc za wzorem starszego brata Władysława (światłość wiekuista niechaj mu świeci!), zawarł traktat zaczepno-odporny z Wenecją przeciwko Turcji, na którą jakoby zamierza uderzyć razem z Kozakami.

— Serce moje! — Jan Kazimierz daremnie usiłował dojść do głosu.

— Oskarżają, że po zwycięstwie pod Zborowem król nie pozwolił ścigać Kozaków, a hetmanom rozkazał zawrzeć pokój z Chmielnickim zamiast rozgromić niedobitków. Więc jakże to? Ach, jaka szkoda, że oskarżają niesłusznie!

Mimo pewnych zastrzeżeń żywiłem podziw i szacunek dla królowej, którą otaczał urok legendy. La divine Loyse, jak nazywano Marię Ludwikę, miała delikatną oliwkową cerę i czarne oczy, które zasnuwały się marzycielską mgiełką, lecz potrafiły też miotać gniewne błyski. Napisałem, i słusznie, że urok legendy otaczał boską Luizę, w której kochali się brat królewski Gaston Orleański i słynny markiz de Cinq-Mars, i wszechwładny kardynał de Ri-chelieu, i król polski Władysław Czwarty. Wszyscy czterej przeszli już do wieczności, zostały po nich tylko wspomnienia związane z dumną księżniczką mantuańską z rodu Gonzagów, która swemu niedoszłemu narzeczonemu, księciu Orleańskiemu, odpowiedziała wyniośle: „Niebo postanowiło inaczej, urodziłam się, aby zostać królową." Jej to ostatnie swe myśli na szafocie (poświęcił Cinq--Mars oddając spowiednikowi medalion z miniaturą księżniczki i lokiem włosów z prośbą, żeby je spalił. Ona była tą, która nie ulękła się i odtrąciła z pogardą zaloty despotycznego kardynała de Richelieu symulującego chorobę i usiłującego wciągnąć młodziutką piękność do swego łoża, i która omalże nie odeszła od ołtarza w katedrze Świętego Jana, zraniona uwagą króla Władysława Czwartego pod adresem panów Królestwa: „Toż jest ta piękność, którąście mi tak waszmościowie zachwalali?"

— Gdym przyjechała do Polski — niskim głosem mówiła Maria Ludwika — kanclerz Ossoliński witał mnie mową w katedrze: „Korona polska otoczy nowym blaskiem prześwietny ród Twój, w którym drga ostatnia kropla Paleologów, z niezawodną przy pomocy boskiej nadzieją odzyskania dawnej swojej potęgi." Dziś pusty śmiech mnie zbiera, gdy wspominam tamtą mowę. Bo chociaż prawdą jest, że mój pierwszy mąż, a brat waszmość pana nosił się z zamiarem zdobycia Konstantynopola, to po waszmość panu, niestety, nie mogę się spodziewać — skonstatowała wzgardliwie — żebyś odzyskał dla mnie to świetne dziedzictwo.

Jan Kazimierz ruchem dłoni przekreślił niewczesne marzenia.

— W mojej osobie — przemawiała Maria Ludwika podniesionym głosem — skupiają się pretensje cesarskich rodzin Laskari-sów i Paleologów, przeze mnie mógłbyś waszmość odbudować wielkie cesarstwo bizantyńskie.

— Boże, strzeż mnie od tak wielkich panów!

— Miłościwy Królu, nigdy bardziej okoliczności nie sprzyjały wojnie z Turcją, jak teraz — Butler przyszedł królowej z pomocą. — Od intryg serajowych, buntów janczarów i spahów, od powstania w Azji i klęski zadanej muzułmanom przez Wenecjan osłabło państwo otomańskie i jest jak zmurszała budowla, którą wystarczy zachwiać, żeby się rozsypała w proch.

Przeniosłem wzrok na Butlera. Szczęśliwiec! W przystępie rozgoryczenia wydałem się sobie zerem w porównaniu z podkomorzym (wywodzącym się od szlachcica irlandzkiego Jakuba Butlera który otrzymał indygenat za panowania króla Zygmunta Trzeciego i którego potomkowie wojennie sługiwali Władysławowi Czwartemu, a następnie przyczynili się do wyboru Jana Kazimierza na króla oddając za nim jako wierni stronnicy swe głosy na elekcji, a z nich najbardziej zasłynął surowy i nieustraszony żołnierz Wilhelm Gotard Butler). Wprawdzie i Tyzenhauzowie sroce spod ogona nie wypadli (arcybiskup Gwilhelm Tyzenhauz herbu Czarny

Bawół w żółtym polu był założycielem kościoła ryskiego w XIII wieku i fundatorem Rygi), ale ja wywodziłem się z bocznej, zubożałej linii i daleko mi było do świetności tamtych mitycznych antenatów, którzy z rozkazu papieża Adriana orężem bronili wiary katolickiej nad Dźwiną. Mogłem się tylko skarżyć na niesprawiedliwość losu, z łaski którego Butler pełnił zaszczytne funkcje dworskie, wyjeżdżał w misjach dyplomatycznych do zagranicznych dworów, podczas gdy ja musiałem w imieniu króla uganiać się za spódnicami. Byłem lubiany przez króla, przez królową, przez pana referendarza wielkiego koronnego Andrzeja Morsztyna, ale cóż mi z tego, skoro w mym sercu tkwił cierń z powodu roli, jaką mi wyznaczono.

— Przy tym — wywodził wymownie, acz z należytym szacunkiem Butler — biorąc w opiekę Kozaków i wysyłając chana do Polski, sułtan nie dotrzymał warunków traktatu z 1634 roku.

Król odwrócił się z niechęcią od obersztera, który podburzał Marię Ludwikę, podtrzymując ją w jej urojonych bizantyńskich zamysłach, opętany jak ona majakiem wschodniego imperium, odbudowanego przez Rzeczpospolitą.

— Naprzód więc zająć trzeba Multany i zachodnią Wołoszczyznę, i wziąć pod zwierzchnictwo Polski obu hospodarów — Butler nawiązywał do głośnego w swoim czasie planu Ossolińskiego (zajęcia prowincji naddunajskich), będącego wstępem do wielkich zamierzeń Władysława Czwartego, który chciał zniszczyć potęgę Porty, wypędzić Turków z Europy i opierając się na pretensjach dynastycznych Marii Ludwiki odbudować dla niej i dla siebie pod przewodem Rzeczypospolitej cesarstwo wschodnie. — Oczyścić należy z Tatarów Budziaki i Dzikie Pola, zburzyć forteczki tureckie nad Morzem Czarnym i obstawić Dniepr i wybrzeża morskie Kozakami.

Jan Kazimierz podenerwowany przechadzał się od weneckiego okna do drzwi i z powrotem. Unikając wzroku Butlera i królowej patrzał prosto przed siebie, na dziedziniec, na Wieżę Zegarową z hełmem miedzianym bądź na supraportę nad drzwiami z obrazem przedstawiającym odyńca opadniętego przez brytany. Drogą dziwacznych skojarzeń wydał mi się właśnie król jak ten odyniec napastowany przez brytany, czyli przez obersztera i królową.

— Żeby to osiągnąć — kontynuował dokuczliwie Butler — wystarczy sił obu hospodarów, zwykłego wojska kwarcianego, Kozaków i subsydiów, których Wenecjanie natn nie odmówią, jako że zaatakowanie Turcji przez Rzeczpospolitą leży w ich interesie.

— Wszystko to na darmo, mości oberszterze — przerwała ironicznie Maria Ludwika. — Król jegomość wolałby zapomnieć (byle tylko nie mieć kłopotów), że wywodzę ród mój od świetnej dynastii Paleologów i mam uzasadnione pretensje do tronu cesarzy bizantyńskich, który astrologowie wróżyli mi z gwiazd i który byłby moim tronem, gdyby przedwczesna śmierć nie zabrała króla Władysława spośród żyjących.

Stojąc przy oknie król stukał niecierpliwie, z tłumioną pasją, szwedzkim bucikiem z opadającą koliście cholewką. — Madame, już brat mój miał z tą bizantyńską sukcesją kłopotów co niemiara. Nie żądajcie więc, abym przez rozdrażnienie narodu ściągnął niebezpieczeństwo na tron. Mówię otwarcie, że mostem ci się pościelę pod stopami, serce moje, i przeszkodzę, gdybyś wraz z panami pułkownikami, a bez mej zgody, do tej wojny doprowadzić próbowała. Nie chcę, żeby na mnie pomstowali, że buntowników nagradzam i jakieś knowania z Kozakami prowadzę, jak to było, gdym wysłał Chmielnickiemu list, chorągiew i buławę hetmańską. — Kątem oka spoglądał Jan Kazimierz na Domek Loretański ze srebra, wzniesiony na rękach czterech srebrnych klęczących aniołów na stole.

Dziwiło mnie, że król, który zwykle we wszystkim ulegał małżonce, okazuje w tej sprawie tyle stanowczości. Domyślałem się uczuć mego pana, którego byle co wyprowadzało z równowagi i który wyobrażał sobie, że wszyscy dybią na jego spokój, na jego wolny od urzędowania czas, że wszyscy zagrażają jego osobistej niezależności. Przysiągłbym, że czytałem w myślach króla, który niczego w tej chwili nie pragnie goręcej, jak tylko, żeby małżonka przestała go nudzić, żeby już sobie poszła i pozwoliła kontemplować w spokoju srebrny model Domku. Bo jeszcze chwila i król straci panowanie nad sobą, a rozmowa zakończy się poważnym naruszeniem etykiety, jak to już nieraz bywało.

— Wskrzeszenie mocarstwa wschodniego, rzecz to już niepodobna do przeprowadzenia — szorstko oświadczył król.

— Przez zdobycie Konstantynopola przez pogan „z dwóch oczu chrześcijaństwa jedno zostało wydarte, z dwóch rąk jedna odcięta".

Nie kto inny — przypomniała Maria Ludwika — tylko wasz dzie-jopis Długosz złożył to zdanie.

— Złożył. I co z tego, serce moje? — król odwrócił się porywczo od okna. W obramowanej puklami czarnej peruki twarzy, skurczonej i pobladłej z irytacji, płonęły okrągłe, rozszerzone oczy. — Rzecz to już dziś niepodobna do zrobienia, powiadam, odebrać muzułmanom Bizancjum. Pomoc Kozaczyzny stracona. Wysłałem do hetmana polnego nad Bohem list, żeby zabezpieczył granice przeciwko Kozakom, w razie gdyby punktów pokoju Zborowskiego dotrzymać nie chcieli. — Król podszedł do kominka, drżącymi palcami oplótł paryski brązowy zegar w kształcie wieży z Chrono-sem opartym na kosie. — I co mi pisze pan hetman Kalinowski? — Odjął z obrzydzeniem ręce od zimnego brązu. — Pisze, że Chmielnicki rozkazał pułkownikowi Neczajowi uderzać na Lachów. A tak! Więc mi nie mówcie! Bo to niepodobna! — Twarz króla ze śladami ospy posiniała, w kącikach ust zebrały się kropelki śliny. — Niepodobna! — królowi trzęsły się ręce. — Jam nie winien, że tak się stało. — W przystępie zapalczywości chwycił brązowy zegar i cisnął o ziemię.

Maria Ludwika, obrażona, wstała, ujęła lekko suknię, której rąbek odsłonił złoty trzewik, i pospieszyła do wyjścia. Oberszter złożył etykietalny ukłon i podążył za wychodzącą królową. Jan Kazimierz zapadł w fotel.

Pozbierałem szczątki rozbitego zegara, odłamaną kosę i głowę Chronosa.

— Une terrible, une orageuse familie ces Gonzagues, avec leur sang mele de 1'apport de toutes races d'Europe: Allemagne par-ci, Italie par-la, et 1'Espagne, et la Grece 1. — Król widocznie odczuwał potrzebę usprawiedliwienia się przede mną ze swego nieopanowanego wybuchu.

— Najjaśniejszy Panie.

Skulony między poręczami wysokiego kanciastego krzesła Jan Kazimierz wydawał się drobny, mały, nieżywy, garstka czarnego atłasu i koronek.

— Najjaśniejszy Panie — powtórzyłem.

Król ruszył niecierpliwie ramieniem. — Zostawcie mnie w spokoju. Dosyć mam panowania, dosyć berła i korony. Dusza moja pragnie ciszy i modlitwy. Pozwólcie mi wrócić do Loreta.

— Do Loreta? — Westchnąłem bezradnie do srebrnej miniatury. Aniołowie, jak głosiło podanie, przenieśli z Nazaretu do Dalmacji, a stamtąd do Loreta Domek Bogarodzicy, który ustawili pośrodku katedry. Domek Niepokalanej, gdzie mieszkała, wysłuchała Zwiastowania, poczęła i urodziła Zbawiciela, który się w tym domku wychowywał. Święte miejsce słynęło z cudów i odpustów. Król opowiadał mi kiedyś, jak po drodze z Francji do Rzymu wstąpił do Loreta. Na ścianach wewnątrz Domku były porozwieszane vota, klejnoty, lampy i drogocenne szaty ofiarowane przez wiernych. Ludzie wchodzili tam nie inaczej, jak po spowiedzi, padając na kolana i całując podłogę, po której stąpały nogi Zbawiciela, Matki Boskiej i świętego Józefa.

— Pozwólcie mi wrócić do Loreta — mówił egzaltowanym szeptem Jan Kazimierz.

— Najjaśniejszy Panie — powiedziałem z determinacją. — Dziś mamy być u pani podkanclerzyny — mówiłem oglądając się przezornie na drzwi, które zamknęły się za Butlerem i królową. — Jakie posłanie mam zanieść pani od króla?

Jan Kazimierz schował głowę w ramiona. — Waćpan nie masz nade mną litości. — Od ciężkiego westchnienia poruszyły się plecy króla.

Odstąpiłem od fotela. Więc to tak? Ja nie mam litości nad moim panem. To taka zapłata za trudy? A więc dobrze! — poczułem się obrażony niesłusznym zarzutem. Skoro król jegomość robi z siebie ofiarę i składa winę na pokojowca!... Czy to ja może namawiałem do grzechu? I tak gadają, że Tyzenhauz — rajfur!

— Tyzenhauz! — burknął król jak nadąsane dziecko.

— A, nie, nie, nie! — Dałem do zrozumienia, że umywam ręce i nie chcę o niczym wiedzieć. Wszystko skończone! Ruszyłem powoli do drzwi.

— Tyzenhauz, bo dam w gębę — nieśpiesznie, po ojcowsku powiedział Jan Kazimierz.

Boże drogi, co miałem robić?

— Słucham Najjaśniejszy Panie.

— Rzekłeś, że podkanclerzy jutro wyjeżdża.

— Do Lublina, Najjaśniejszy Panie.

— Powiedz tedy pani, że pragniemy oglądać ją jak najprędzej — mówił król chowając w ramiona głowę. — Jutro.

„Ach, perfidus!" — pomyślałem i ukłoniłem się wygiętym ka-błąkowato plecom króla jegomości.

Rozdział 2

Ilekroć wybieram się do pałacu Kazanowskich, a raczej, teraz już — Radziejowskich, zawsze zaczynają mnie nękać różne niepokojące myśli. Wyobrażam sobie, że urodziłem się pod nieszczęśliwą gwiazdą, i przypomina mi się zapamiętany z Rytmów naszego poety Sępa-Szarzyńskiego wiersz:

Cóż będę czynił w tak straszliwym boju,

Wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie?

Przyjaciel mój, podstoli Aleksander Sielski, który brał udział w legacji wyprawionej od Króla Władysława Czwartego do Paryża po Marię Ludwikę (gdzie poznał słynną z piękności i rozumu pannę Ninon de Lenclos, z którą później korespondował), dowodził, że sam nie wiem prawdziwie, czego chcę, a najpewniej, że powinienem sobie znaleźć dozgonną towarzyszkę życia, i przytaczał na dowód słuszności swych słów wyjątki z listów panny de Lenclos: „Od kiedy zacząłeś waćpan bywać w wielkim świecie, przekonałeś się, że nie znajdziesz w nim tego, czego oczekiwałeś. Nuda i niesmak towarzyszą waćpanu wszędzie. Otóż niepokój i niezadowolenie, które waćpana gnębią, mają swe przyczyny w pustce, jaka otacza twe serce stworzone do miłości. Waćpan odczuwa po prostu potrzebę kochania."

Nie ma racji pan podstoli, bo właśnie jestem zakochany, i to napełnia mnie lękiem. Ale pocieszam się, że może mi się tylko tak wydaje, że ubóstwiam beznadziejnie panią podkanclerzynę?

Jestem z usposobienia epikurejczykiem i chciałbym wieść żywot jak słynny Desyvetaux zmarły dwa lata temu w Paryżu, który urządzał maskarady i przebrany za pasterza, z kijem pasterskim w ręce, spędzał dnie słuchając dźwięków harfy, na której grała jego luba, również przebrana za pasterkę, a grała tak pięknie, że ptaki zrywały się z volierów i muskały skrzydełkami struny instrumentu, z którego potrafiła wydobyć tak czarodziejskie tony.

Tymczasem muszę biegać jako wysłannik królewski, i to właśnie do pani podkanclerzyny! Czuję się wtedy jak chołp w gąsiorze, chociaż chłopek — unieruchomiony, a ja — w lansadach. Zakuty w takowy aparat na stojąco (dwa słupki w odległości dwóch łokci i w te słupki .zasunięte deski z trzema otworami, jeden — na szyję, dwa — na ręce) człowiek z wygiętym grzbietem i wyciągniętą szyją prawdziwie pozór ma gąsiora. Za szkodę w zbożu, na łące albo za jakieś niedopatrzenie zamykają chłopa dla wstydu na dwie godziny. Ale jeżeli pan jest nieludzki i okrutny, to może przedłużyć karę do sześciu godzin, a to już męka stać tak w gąsiorze. A cóż dopiero, jeżeli całe lata żyć trzeba w takiej niewygodzie i jeżeli wola pańska znaczy więcej niż twój skrupuł, i jeżeli musisz być gotów na wszystko, czego król zażąda? Pan mój, Jan Kazimierz, powiada o przeciwnościach w życiu z francuska — estra-pada, ja z polska — gąsior. Mam tedy mojego gąsiora, gdy idę do pani podkanclerzyny, raz — że mi obmierzło posłowanie ze strzałą Amora od króla jegomości, dwa — żem tą strzałą sam zraniony. Powtarzam sobie tedy wiersz pana Morsztyna, który w odpisach krąży na królewskim dworze:

Gdym blisko ciebie, o mój niepokoju,

Pałam — i ciało w zbytnim tleje znoju.

Jak się oddalisz, marznę i z ochłody Zmarzłej krwi w żyłach ścinają się lody.

Mogę cię tedy nazwać słońcem za to,

Że mi przynosisz i zimę, i lato.

— Na honor, czy waćpanu taka służba nie przykra? — nie wiedząc, że jakby mnie przypiekał rozpalonym żelazem, zapytał porucznik Hiacynt Rylski.

Czy mi nie przykra? O, ironio!

Weszliśmy do perystylu otoczonego kolumnami z różowego marmuru z pozłacanymi kapitelami. Dwóch wartowników w błękitno--żółtych atłasach u stóp białokamiennych schodów, załamujących

się w paru kondygnacjach w ogromnej sieni ze złoceniami pod kopułą.

— Po cóż zatem? — nagabywał mnie Rylski.

— Ach, po cóż? Nigdy waćpan nie zadawaj takich pytań. Wierzę przecie jeszcze w moją gwiazdę, w szczęśliwy traf. Liczę na wdzięczność króla, że mi moje trudy i zasługi kiedyś jakąś ekspek-tatywą wynagrodzi.

Szliśmy przez komnaty słynnego w Polsce i za granicą pałacu, w którym świętej pamięci marszałek nadworny Kazanowski, przyjaciel obu królów, Władysława Czwartego i Jana Kazimierza, nagromadził był za życia dzieł sztuki, drogocennych kamieni i skarbów wszelkiego rodzaju, jak sułtan Golcondy. A teraz rządził drugi mąż pani Elżbiety, primo voto Kazanowskiej, secundo voto Radziejowskiej, zwanej cudną jejmością, najbogatszej i najpiękniejszej damy w Rzeczypospolitej, damy, w której kochał się król i ja, i jej porucznik, który zanudzał mnie teraz niemądrymi pytaniami, dlaczego król jegomość zaszczyca afektem podkanclerzynę, skoro, jak powiadają (i to było prawdą, niestety), królowi ponoć nie robiło różnicy, kogo trzymał w ramionach, księżnę czy młodą babkę położną swej małżonki.

— Ejże! — zirytowała mnie już ta indagacja. — Widzę, że prawdę mówią na królewskim dworze, iż szlachta sieluńska bardziej niż każda inna lubi prawić kazania i nauki moralne królowi. „Po cóż zatem?" — przedrzeźniałem porucznika.

Rylski z młodzieńczą porywczością chwycił mnie za koronki i jedwabie pod szyją. — Waćpan mi przymawia? — krwią zaszły czupurnemu młodzikowi oczy. — Waćpan szlachcie sieluńskiej ubliża.

— Na Boga, ani mi to w głowie! — zaprzeczyłem.

— A kto mówił z pogardą o szlachcie sieluńskiej? Wiadomo, że gdy ktoś chce podać w wątpliwość czyjeś pochodzenie, krzyczy: ,,Sieluńska szlachta!"

— Waćpan uparty jak muł — broniłem się, rozzłoszczony. — To ja raczej mógłbym się obrazić o to, coś powiedział.

Nie obraziłem się jednak, bom się domyślił, że i w jego sercu tkwi cierń podobny mojemu. Dodałem nawet: — Aliści jam w zgodzie z waćpanem i z tymi, którzy sądzą, że między królem a panią podkanclerzyną nie masz nic nad miarę przyjaźni. — Mrużyłem przy tym oczy gasząc błyski, które mnie mogły zdradzić, udając,

że razi mnie blask sali zwierciadlanej z figurami aniołów z bursztynu, trzymających uroczyście w rękach woskowe świece.

— Mości kawalerze — obruszył się Rylski. — Z żartami jak z solą, ostrożnie, żeby nie przesolić.

Wybaczyłem mu wiedząc, że i on uwielbia swoją panią (bo i któż by nie uwielbiał cudnej jejmości? W każdym mężczyźnie upatrywałem rywala, z każdym porównywałem swe możliwości i szanse. Rylski był jak cherubin, złotowłosy i błękitnooki. Ja mu nie dorównywałem urodą, chociaż zaliczałem się również do tych, których szlachta rycerska nazywała gładyszami i elegantami. Przewyższałem go za to wzięciem i elokwencją, której nabyłem na królewskim dworze), więc znów udałem, że nie rozumiem, o co chodzi, i powiedziałem tylko: — Zwariować by, gdyby wszystkie dworskie kabały brać poważnie.

Szyderstwem, żartem i kpiną maskowałem często niepokój, który mnie trawił. Ale tląca w mym sercu bojaźń przed zupełnym upadkiem moralnym dawała mi o sobie znać. Wtedy kapiące od złota i srebra komnaty pałacu marszałkowskiego wydawały mi się jaskinią szatana. Szedłem za Rylskim przez piętrowe sale z gankami. Spojrzenia ślizgały się i gubiły w lesie zbytkownych przedmiotów, galanterii i cacek. Barwne egzotyczne ptaki kołysały się piszcząc w pozłacanych volierach. Kosztowny gobelin, wyobrażający słynną ucztę wydaną przez marszałka Kazanowskiego na cześć króla, przyciągał wzrok. Martwym połyskiem lśniła olbrzymia srebrna fontanna, z której w czasie bankietów biło ponoć wino, że tylko podstawić kubki i pić! Szlachta opowiadała sobie cuda o lukullusowych ucztach i zabawach urządzanych w tej „jaskini grzechu". Uśmiechałem się drwiąco na myśl o zgorszeniu prostaczków. Bo gdybyż tylko uczty i bankiety! W duszy przyznawałem rację tym, którzy znali całą prawdę i oburzali się, że pałac ów był niby jabłko Heroda, z wierzchu rumiane i świeże, a w środku robaczywe.

W drzwiach wionął stożkowaty kołpak i biały kwef ochmistrzyni.

— Teraz oddaję waćpana w opiekuńcze ręce pani Falibogow-skiej — kpiąco powiedział porucznik.

Ochmistrzyni zatrzymała się i spozierała podejrzliwie spod opuszczonych do połowy powiek. Ze splecionych palców spływał różaniec z małych gałek bursztynu.

— Niech będzie pochwalony! — powitałem pobożnie srogą dewotkę, która wzbudzała we mnie strach. — Słówko od króla jegomości do pani podkanclerzyny. — Kłaniając się przyciskałem kapelusz do piersi.

Salomea Falibogowska zasznurowała usta. Na tłustym obliczu z podwójnym podbródkiem odmalował się afektowany wyraz obrażonego dostojeństwa. — Zaczekaj waćpan.

Odpływając z godnością, pozostawiła uchylone ciężkie, rzeźbione podwoje do komnaty, w której cudna jejmość wdzięcząc się do swego odbicia w lustrze przybierała na zmianę poważne i zalotne pozy. Ująwszy palcami obu rąk jasnozielony aksamit spódnicy, sutej i bufiastej dokoła bioder, na obręczach, jak niosła moda, pani Elżbieta zakręciła się tanecznie dokoła własnej osi i zajrzawszy głęboko w mętną toń zwierciadła zastygła w narcyzowatym zapatrzeniu. W rozszerzonych oczach otwarły się szafirowe otchłanie, od których omdlewał zakochany król.

W lustrze ukazał się stożkowaty kołpak ochmistrzyni. — Imć Tyzenhauz! — Salomea Falibogowska niby kokosz nakrywająca pisklęta przysiadła w ukłonie w gnieździe sutych, rozłożystych sukien.

— Niech zaczeka — niedbale rozkazała pani. Bowiem nieoczekiwanie zjawił się w komnacie pan Hieronim Radziejowski w szwedzkim stroju według panującej mody, w brązowej kurcie z naszyciami pąsowymi, w pludrach i butach z szerokimi jak konwie cholewami.

Ochmistrzyni dygnąwszy czmychnęła jak spłoszona kwoka. Była widocznie tak przestraszona spotkaniem z podkanclerzym, że zostawiła mnie na łasce losu i uciekła innymi drzwiami do pokojów fraucymeru.

Podparłszy się oburącz pod boki, podkanclerzy z lekceważącą wyrozumiałością obserwował krygującą się przed zwierciadłem małżonkę. — U nas pomiędzy wszystkimi stany zbytek się wielce rozmnożył, zwłaszcza u płci białogłowskiej — z kwaśnosłodkim uśmiechem prawił na pół serio, na pół żartem. — Pokazuje się to w kosztownych sukniach i ozdobach ciała, że prawie już wszystkie pieniądze Rzeczypospolitej na same stroje niewieście wydane być widzimy.

— Mnie? Mnie to waszmość mówisz? — dziwiła się dziedziczka wielkiej fortuny.

Rubasznym uśmiechem pokrył pan Radziejowski popełnioną niezręczność, z głośnym cmoknięciem pocałował małżonkę w białą szyję. Pani Elżbieta uwolniła się z obraźliwą niecierpliwością z mężowskich objęć.

Usiadłem na taborecie pod drzwiami i przysłuchiwałem się rozmowie, która przybierała coraz gwałtowniejszy obrót. — Waszmość zbyt pochopny — mówiał cudna jejmość. — Nie taję, że zaczynam żałować, żem odtrąciła pana Lubomirskiego i uległa namowie króla jegomości...

— Króla jegomości — podchwycił podkanclerzy. — O, ja wiem, waćpani mnie poślubiła z namowy króla, i tylko po to, żeby ratować odziedziczone po świętej pamięci marszałku nadwornym majętności. — Z obawy, że odgłosy kłótni małżeńskiej mogą dojść do uszu służby, mówił półgłosem. — Rzecz to wiadoma, że wdowie bezdzietnej, biorącej po mężu znaczną fortunę z uszczerbkiem jego rodziny, grożą tysiączne niebezpieczeństwa ze strony krewnych męża. Pozwy, zajazdy et cetera. Jam został wybrany, żeby stać na straży bezpieczeństwa majątku cudnej jejmości. Nie darmo król pieścił mnie względami i łaskami, żebym tylko chciał mu służyć za parawan. O, król wiedział, co robi! — Zachrzęściły pasowe naszycia kurty, podkanclerzy poruszył się, jakby mu było za ciasno w szwedzkim stroju. — Gdy tylko waćpani stanęła ze mną na ślubnym kobiercu, zamilkły złe języki, ucichły plotki o opiece króla nad cudną jejmością, wdową po marszałku nadwornym. Wszyscy uwierzyli, że cokolwiek Jan Kazimierz robił dla pani Kazanowskiej, to robił z miłości dla swego faworyta. O, perfidus, nauczył się w niewoli u Richelieugo podstępu i zdrady!

— A waszmość przełknął podejrzenia. Tak samo, jak przełknąłeś obelgę rzuconą waszmość panu przez pana Lubomirskiego.

— O czym waćpani?

— O panu Lubomirskim właśnie, który w swej oracji do tronu wytknął publicznie, że waszmość nie zasługą, tylko pieniędzmi dostąpił godności podkanclerskiej. I to moimi pieniędzmi! — dodała z zimną złością. — Pieniędzmi ze starostwa bielskiego, które po nieboszczyku mężu (Panie świeć nad jego duszą!) odziedziczyłam.

— Zaiste, prawdę powiadali starzy. — Podkanclerzy dyszał (słyszałem wyraźnie) jak astmatyk. — Najdzikszego zwierzęcia zrozumiesz naturę, białogłowie czart w serce, drugi wlazł za skórę.

Z mściwym zadowoleniem, że tak dopiekła mężowi, roześmiała się ładnie cudna jejmość. — Gdy król we wrześniu wracał z łowów, waszmość go ugaszczał w starostwie bielskim — wypominała bezlitośnie. — Po pięciu dniach gościny dostały się królowi podarunki: cztery konie z stada zbaraskiego, kita z piór czaplich — wyliczała — handżar turecki rubinami sadzony i misiurka ze złota wartości trzech tysięcy dukatów. To mnie zabrane, a królowi doręczone upominki. Przez nie otrzymałeś waszmość podkanclerstwo. Lecz mnie wymawiasz zbytek w strojach i rozrzutność.

— Waćpani nazbyt harda i nieposłuszna — podkanclerzy dławił się oburzeniem. — Wbrew należnemu mi posłuszeństwu nie usunęłaś waćpani z bawialni konterfektu marszałka — wywodził napuszenie. Świadczy to o niewygasłych afektach jejmość pani ku jej pierwszemu małżonkowi. — Zaklaskał w ręce. — Czart, sam do mnie!

Siedziałem na taborecie pod ścianą tak szczęśliwie, że gdy pan Radziejowski otworzył szeroko podwoje, jedna połowa zasłoniła mnie przed jego wzrokiem. Byłem ukryty w kącie, utworzonym przez ścianę i skrzydło drzwi.

Bezszelestnie zjawił się stary totumfacki Eliasz Czart-Jaworski, chudy, o wypłowiałej twarzy i małych, drapieżnie spostrzegawczych oczkach, które mnie przecież nie zauważyły. Pod znoszoną karazją stalowoszarego żupana, przewiązanego granatowym pasem, uwydatniał się tułów, płaski i kanciasty. Podkanclerzy wskazał palcem na portret Adama Kazanowskiego. Było to dzieło słynnego holenderskiego malarza Hondiusa. — Zdjąć mi to!

— Waszmość by śmiał? — oburzyła się pani. — Ja nie pozwalam.

Pan Radziejowski zaśmiał się lekceważąco.

— Boże się pożal, że waszmość nie masz dla żony należnego szacunku — mówiła pani Elżbieta z głośnym płaczem. — Otom ja trzecia ofiara tyranii mężowskiej. Bo już dwie poprzednie swe żony waszmość połamał, a raczej zamorzył głodem.

Podkanclerzy podszedł do żony kołyszącym się krokiem (widziałem tę scenę przez szparę przy futrynie drzwi), ujął cudną jejmość z zimną wściekłością za ramiona, 'zmusił, żeby się pochyliła i ugięła, i wepchnął brutalnie, z zajadłym rozmachem, w fotel. — Waćpani winna mi posłuszeństwo. Posłuszeństwo — powtarzał, jakby starając się przez mechaniczne powtarzanie wrazić to pojęcie w umysł żony. — Posłuszeństwo!

Hajduk w atłasach żółtych i błękitnych, jak na ironię w barwach dworskich dawnego pana, wszedł niezdarnie na krzesło, wyciągnął ramiona i ujął sękatymi dłońmi ramy obrazu.

— Boże Wszechmogący! — krzyczała histerycznie pani Elżbieta. — Pokaż sprawiedliwość nad łotrem, zbójem, wydziercą!

Hajduk zdjął portret z haka. Obłoczek kurzu uniósł się nad ramą. Czart-Jaworski pomógł słudze zejść z krzesła i przytrzymywał obraz oddalając się wraz z hajdukiem powoli ku drzwiom.

— Waćpani winna mi posłuszeństwo — z natrętną zawziętością powtarzał pan Radziejowski. — Posłuszeństwo! — Wyszedł trzasnąwszy drzwiami, nie zauważając mnie. Czekałem cierpliwie, żeby ochmistrzyni i cudna jejmość przypomniały sobie o mnie. Nie śpieszyłem się nigdzie, a tematu do rozmyślań mi nie brakło. „Oto jacy mężowie stanu dzierżą w rękach ster tej nieszczęsnej Rzeczypospolitej!" — rozmyślałem. Dopiero teraz, w świetle brutalnego pogwałcenia uczuć nieszczęsnej podkanclerzyny w stosunku do jej pierwszego męża, ujrzałem jasno sylwetkę moralną pana Radziejowskiego i złożywszy okruchy wiadomości, jakie o nim posiadałem, w całość, otrzymałem przerażający obraz „męża stanu". Na wybrańca Fortuny od kolebki sypały się jak z rogu obfitości eks-pektatywy, zaszczyty i awanse. „Będę ci trzymał do chrztu jednego syna, jeżeli mi oddasz starszego na pokoje" — powiedział król Władysław Czwarty, który bywał częstym gościem u starego wojewody w Radziejowicach. Przydzielony do kancelarii królowej Cecylii Renaty młodzieniec szybko nabrał poloru, zorientował się w stosunkach dworskich i intrygach, a zarazem śledził uważnie bieg spraw publicznych. Sprytny i zdolny z natury, a jednocześnie śmiały i bezwzględny, wznosił się coraz wyżej po drabinie urzędów i godności ziemskich, i nadwornych: ze starosty sochaczew-skiego — krajczym królowej, z krajczego — deputatem przy trybunie radomskim, z deputata — marszałkiem sejmu, z marszałka — regimentarzem. Zatuszowano sprawę zniewolenia jakiejś córki szlacheckiej. Zatuszowano sprawę haniebnej ucieczki spod Piła-wiec, do której pan Radziejowski ze swym przyjacielem księciem Zasławskim pierwszy porwał szlachtę, wypisując na swych chorągwiach słowo „Fugite". „Mąż doskonałej porady" — jak nazwał go kanclerz Ossoliński — bez uszczerbku dla swej opinii i znaczenia dostąpił wysokiej godności podkanclerzego.

Ochmistrzyni Falibogowska uchyliła drzwi. Rude płomyki świec

we wnoszonych kandelabrach pochyliły się od ruchu powietrza. W głębi obłożonego marmurami komina żarzyły się spopielałe głownie.

W migotliwych refleksach świateł błysnęły koronki i jedwabie mojego francuskiego stroju. Płynnym ruchem machnąłem ręką, w której trzymałem kapelusz ozdobiony strusim piórem. — Sługa jaśnie wielmożnej pani! — Cudna jejmość ze śladami nie obeschłych jeszcze łez i pobladłą od płaczu twarzą wydała mi się piękniejsza niż zwykle. Piękniejsza i bardziej nieszczęśliwa, niżbym to potrafił opisać. Róża, którą opadły bąki i trutnie, znęcone miodem. Miałem naturalnie na myśli króla i podkanclerzego, pragnących się dobrać do miodu. Szilmiało mi w głowie od myśli, wrażeń i uczuć wzbudzonych urodą i wdziękiem cudnej jejmości. Cóż by to było za szczęście zostać jej obrońcą i opiekunem, wyzwolić ją spod tyranii despotycznego męża, uwolnić od umizgów króla, zarządzać jej folwarkami i pomnożyć intratę, jak to uczynił niegdyś młody Ossoliński, gdy z otrzymanej od podczaszego królowej, Tęczyńskiego, pożyczki (zamiast utracjuszowskim zwyczajem, powszechnym wśród młodzieży wielkich i możnych rodów, wydać pieniądze na zbytki) zapłacił za swego ojca kartę ze starostwa, doprowadzonego przez dzierżawcę do ruiny, wziął sam to starostwo w dzierżawę i potroił dochody! Gorzko i rozkosznie było hodować w sercu marzenia, które nie spełnią się nigdy, ale z których niemądre serce zrezygnować nie chciało. Pani Elżbieta była urocza, pełna wdzięku i młodości, ale jakże zuchwała i niebezpieczna (pocieszałem się)! Osiodłała wszak dwóch mężów-tyranów (bo w końcu to ona zawsze była górą, zaś oni — pognębieni), uwikłała w sieci swych wdzięków grubą rybę — króla. Każdy, kto ją zobaczył, topniał jak wosk w blasku jej piękności, gotów paść do nóżek i całować małe stopy. Czułem na policzkach ciepło nabiegających rumieńców i podchodziłem ostrożnie, żby się nie oparzyć, ba! żeby nie spłonąć w ogniach daremnej i beznadziejnej namiętności, tak jak biedny Staś Żółkiewski, który rozgorzał miłością do podskarbianki Daniłowiczówny i pewnego razu, słuchając przy biesiadzie czułych dźwięków lutni, tak się roztkliwił, że porwał ze stołu nóż i zabił się, za co z rozkazu stryja, wielkiego hetmana Żółkiewskiego, został pochowany bez ceremonii kościelnych, w szczerym polu.

Pani Elżbieta podała mi dłoń do pocałowania. — Usiądź, wać-pan, proszę. Co słychać na królewskim dworze?

— Bez zmian, jaśnie wielmożna pani podkanclerzyno. Zawsze to samo. Wszedłszy na dwór królewski, trzeba jak po brzytwach stąpać i uważać, aby się z bliska nie sparzyć, a z daleka nie zaziębić. Pełno tam intrygantów, dla których przyjaźń — nudna, szczerość — nieostrożna, wierność — uprzykrzona.

— I którzy rozrzucają pisemka ulotne i paszkwile szarpiące cześć i honor zarówno tych, przeciwko którym są skierowane, jako też ich małżonek i rodzin — kontynuowała podkanclerzyna. — Nie dość na tym, że z powodu złej sławy pana Radziejowskiego cierpię ujmę na honorze... Świat cały widzi, jak podkanclerzy traktuje swą małżonkę. Waćpan byłeś dzisiaj świadkiem obrazy, jaka mnie spotkała.

Przeniosłem wzrok na ścianę z dużym kwadratowym śladem po zdjętym obrazie.

— Połamał już dwie żony, chce teraz połamać trzecią. — Z bezradnym żalem skarżąc się na tyrana cudna jejmość zwierzyła mi się z niepowetowanego błędu, jaki popełniła biorąc za męża brutala, pyszałka, karierowicza. — Dlaczego dopiero teraz — opowiadała roniąc łzy — a nie chociażby dzień przed ślubem ktoś ze zjadliwą usłużnością przysłał anonimowo odpis listu kondolencyjnego biskupa kujawskiego po śmierci drugiej żony pana Radziejowskiego, listu, który zionął szyderstwem: „Jest czego powinszować zmarłej żonie WMści, a siostrze mojej miłej, że w uprzykrzonym życiu koniec cierpień z dekretu boskiego otrzymała, i jest się z czego cieszyć WPanu, iż pozbywszy się przeszkody, tym swobodniej plezirów swoich będziesz mógł zażywać." Właśnie, plezirów!

Gorzkie, z samoudręki płynące zadowolenie wzbudziło w pani Elżbiecie to trafne słowo, bo tylko dla przyjemności światowej i korzyści ożenił się pan Radziejowski z najbogatszą w Polsce niewiastą, którą by teraz chciał pognębić.

— Zaraz jutro — usłyszałem przyśpieszony oddech cudnej jejmości — podam do nuncjatury prośbę o rozwód.

Opuściłem kapelusz, który upadł mi u nóg. — Na czas trwania procesu rozwodowego musiałaby jaśnie wielmożna pani przenieść się do klasztoru — schylając się po kapelusz powiedziałem zduszonym głosem.

— A więc się przeniosę — padła odpowiedź.

Skubałem czubkami palców strusie pióro na kapeluszu. — Cóż wtedy pocznie król?

— Och! — pani Elżbieta zapatrzyła się gdzieś daleko w przestrzeń za oknami. — U boku innej zapomni o Elżbiecie.

— Wielmożna pani nie docenia siły uczuć i przywiązania króla jegomości — mówiłem bez przekonania.

Uczyniła powątpiewający gest dłonią. — Znani są miłośnicy dzisiejsi. Przychodzą do swej ukochanej jak pijanice do konwi; jeżeli zdołają ku sobie nachylić, to się upijają, jeżeli zaś nie — idą dalej nie tracąc fantazji.

Pochyliłem głowę kryjąc dyskretnie uśmiech. — Mniemam, że moja mościa pani zbyt surowo osądza króla.

— A cóż ja o królu wiem? Kim jestem dla króla? — szeptała połykając łzy. — Jam dla króla jak ten dzban z winem. Król przechyli, odejdzie...

Szukałem argumentów, przebierając w nich jak w guzach do żupana. Potrzebny mi był argument średniej wagi, nie najlepszy, taki, który by świadczył dobrze o mnie jako o lojalnym królewskim powierniku, ale nie nazbyt przekonywający, żeby czasem pod-kanclerzyna nie zapomniała, że oprócz króla są też inni gotowi oddać za nią życie. — Król jegomość liczy sobie czterdzieści lat.

— Cóż stąd?

Zacząłem tłumaczyć, że nie docenia, jak widać, siły przyzwyczajenia i rozkoszy, jaką znajduje podstarzały mężczyzna u boku niewiasty, do której przywykł i której, być może, oddaje swe ostatnie porywy. Lubiłem rozmawiać o miłości z synogarlicami królewskimi. Słuchały mnie chętnie. Kładły się do łoża z jego królewską mością, lecz wyższą, duchową stronę swej istoty oddawały mnie, dworzaninowi królewskiemu.

— Przed którymi uskarżać by się parlamentami, u których z najpotężniejszych monarchów szukać by protekcji przed nieuchronną dla plemienia ludzkiego opresją, jaką jest miłość, nie wiem i sposobów nie znajduję. Ale ja, który jestem powiernikiem króla jegomości — dowodziłem — ja, który znam najtajniejsze drgnienia jego duszy — zapewniałem gorąco — mogę zwierzyć jejmość pani tajemnicę wielkiej wagi. — Wytrzymałem chwilę ciszy, żeby wzmóc zaciekawienie. — Król jegomość czuje się już nieco zmęczony siłą charakteru i despotyzmu swej małżonki, która wodzi go po bezdrożach wielkiej polityki, jak Etiopczyk słonia.

Cudna jejmość uśmiechnęła się omdlewająco. — Wszelako Maria Ludwika swymi wspaniałymi planami dynastycznymi olśniewa, urzeka i uwodzi króla.

— Ani olśniewa, ani urzeka, ani uwodzi — orzekłem autorytatywnie, jak ów, który wie lepiej. — Męczy.

— Gdzież mnie równać się z królową? — z przesadnie afektowaną skromnością mówiła pani Elżbieta. — Ona przecież jest skoligacona z Laskarisami i Paleologami, cha, cha, cha! — roześmiała się głośno. — Jakiż świat głupi, że wierzy w takie bajki!

Otóż to właśnie! Zapewniłem z powagą, że król czuje się zmęczony dynastycznymi zabiegami króloweji. Ja, który widziałem i słyszałem, jak mój pan rzucał się i jęczał na łożu w bezsennych wzdychaniach, ja jeden wiedziałem, czyje imię powtarzał najczęściej.

— Świat króla jest dla mnie zamknięty — powtarzała uparcie swoje. — Król jegomość jest dziwny. Mówi czasem takie niezrozumiałe słowa. Przy tym zmienny.

— Król jest zmienny, to prawda — nie mogłem się na to nie zgodzić. — Był oficerem, jezuitą, kardynałem, ach, czym ten człowiek nie był! — zawahałem się, zaniepokojony, czy nie posunąłem się w krytyce króla za daleko. — Wszelako przychodzi na człowieka taka pora, że największy wartogłów i trzpiot zaczyna wzdychać do statecznego trybu życia i marzy o tym, żeby po trudach wędrówki życiowej zawinąć jak żeglarz na skołatanym okręcie do bezpiecznej przystani, a tą jest zawsze niewiasta. Pani jesteś ostatnią wielką namiętnością króla. Takie spóźnione namiętności — przemawiałem tonem doświadczonego mężczyzny — są uparte i trwałe.

— Nie mów tak waćpan. — Łzy zawisły na długich rzęsach pani Elżbiety. — Zmienność losu i niepewność są moim udziałem. Ja się boję.

— I kogóż może się lękać pierwsza w Polsce dama, podziwiana dla piękności, słynna z bogactw i dumna świetnością rodu?

— Wszystkiego. Sądów ludzkich. Opinii świata. Królowej. — Tłumiąc słowa pani Elżbieta szarpała zębami chusteczkę. — Ona jest potężna, marzy o tym, żeby zostać bazylissą. — Śmiech zaczął przebijać przez łzy. — Śni jej się po nocach diadem bazylissy.

Wzruszony łzami nadobnej podkanclerzyny, wyznałem w wielkim sekrecie, że nie powinna się obawiać królowej, gdyż, przeciwnie, królowa zezwala, żeby król szukając ulgi i rozrywki dla skołatanej myśli szedł za popędem swych skłonności. Boże, cóż ja najlepszego uczyniłem!

— „Rozrywki"? — cicho wykrzyknęła zgorszona pani Elżbieta.

— Roztargnienia — poprawiłem się szybko. — Roztargnienia w głębokim smutku, jaki często obarcza wyższe umysły nie mogące odnaleźć swego prawdziwego powołania. — Doznałem lekkiego zawrotu głowy na widok falującego wzburzenia biustu cudnej jejmości, na widok pełnej białej szyi, ocienionego lokami jasnych włosów czoła, szafirowych, zamglonych łzami oczu. — Mościa pani się lęka? Ależ wielmożna pani masz przecie własną, przywiązaną do niej służbę, wojsko nadworne, braci, przyjaciół! — Na widok tak wzniosłego piękna nie mogłem się oprzeć zalewającej mnie fali czułości. — Ja sam... — Upadłem na kolana, upuściłem kapelusz na dywan, przyłożyłem rękę do serca i przerażony własnym szaleństwem zapewniałem uroczyście: — We mnie będziesz miała wielmożna pani zawsze wiernego obrońcę.

— Wstań waćpan — znudzonym głosem powiedziała pani Elżbieta.

Grzyby nawarstwiły się na knotach i świece zaczęły kopcić. Kichnąłem i zebrałem się z klęczek. — Czas na mnie. Pan pod-kanclerzy wyjeżdża ponoć do Lublina? — Uśmiechnąłem się z wyższością na widok zdziwionej miny cudnej jejmości (od czego szpiegi na królewskim dworze?), bawiło mnie jej mimowolne zgorszenie. — Król jegomość zatopiony dziś w modlitwach — poinformowałem. — Jutro tak samo spędzi cały dżień na modłach z ojcami jezuitami.

Ledwo uchwytne drgnienie poruszyło bajecznie długimi rzęsami cudnej jejmości.

— Mniemam, że jutro wieczorem pan mój będzie miał szczęście ujrzeć swego anioła... — wyszeptałem konspiracyjnie, łowiąc każde poruszenie pani Elżbiety, która zdawała się - nie rozumieć, o czym mowa.

Odczekałem chwilę niemiłego milczenia. Podkanclerzyna, niechętna i surowa, spojrzała z wyrzutem.

Machnąłem zatem z dworską galanterią kapeluszem, którego pióro musnęło kobierzec, i stawiając dystyngowanie nogi w półbu-cikach na wysokich korkach pośpieszyłem do wyjścia.

Rozdział 3

W antykamerze ojciec jezuita Cieciszewski mruczał pacierze przed świeżo kupionym przez króla obrazem błogosławionego Jana z Dukli, do którego król jegomość żywił szczególne nabożeństwo za ocalenie w bitwie z Francuzami nad Mozelą, gdzie walczył po stronie rakuskiej, będąc jeszcze królewiczem. Zapach roztopionego wosku, miry i kadzidła, jak w kaplicy, uderzał w nozdrza. Mógłbym przysiąc, że wśród tych woni rozróżniałem duszny zapach alkowy, barwiczek i różanej wody. Doznawałem tych wrażeń, ilekroć wypadło mi znaleźć się w wiadomej sprawie na pokojach królewskich: odór ascezy i świątobliwości mieszał się wówczas z zapachem wszeteczeństwa i rozpusty.

Wszedłem do komnaty, gdzie drzemał Butler, sławny żołnierz Rzeczypospolitej, który w niebywałych faworach u króla i królowej kwitnął. Szczęśliwiec, fortuna sama pchała mu się do rąk, opływał w dostatki i zaszczyty, nie tylko król, ale i Maria Ludwika darzyła obersztera względami. Złośliwi przebąkiwali nawet to i owo. Bzdurum badurum, zawsze byłem obecny przy rozmowie królowej z Butlerem i nic nie zauważyłem. Chociaż (teraz dopiero nasuwa mi się podejrzenie, może właśnie wobec krążących plotek królowa posługiwała się mną, a raczej moją obecnością jako dowodem swej niewinności w stosunkach z oberszterem), w końcu, kto może wiedzieć? Z niewiastami, jak to z niewiastami, kto zręcznie ujmie, lekko niesie.

Butler w pozycji półleżącej drzemał rozłożony w fotelu z wyciągniętymi daleko przed siebie nogami. Spływającą fantazyjnie z prawego ramienia kurtę przytrzymywał ozdobny rzemień przeciągnięty przez lewy bark i plecy. Rozpuszczone luźno włosy, miedziane i falujące, opadały na rozłożysty kołnierz z białego batystu. U nóg podkomorzego leżał czarny szerokoskrzydły kapelusz ze strusim piórem i łosiowe rękawice:

Przyglądając się „krwawemu Butlerowi" zastanawiałem się: „Ten sam, czy nie ten sam?" Gdy w 1634 roku słynny generał Wallenstein, pragnąc wykroić dla siebie odrębne państewko niemieckie, zdradził cesarza i ruszył ze swym wojskiem do Chebu nad granicą czeską, komendant załogi Gordon wpuścił go do miasta, lecz następnie w porozumieniu z pułkownikiem Butlerem i kilkoma oficerami garnizonu uknuł spisek i wymordował podstępnie na bankiecie stronników Wallensteina, po czym kapitan Devereux z pułkownikiem Butlerem wtargnęli na kwaterę generała i przebili szykującego się do snu wodza szpadami. Upłynęło szesnaście lat od zamordowania Wallensteina i nikt dotąd w Polsce nie ośmielił się postawić zarzutu zabójstwa faworytowi królewskiemu w obawie przed jego ciężką szpadą i gniewem króla i królowej. Wszelako Butler otrzymał od cesarza Austrii tytuł hrabiowski (którego w Rzeczypospolitej ze względu na strzegącą równości opinię szlachecką nie używał) i uchodził za najwierniejszego obrońcę tronu i dynastii, a w ogóle za zwolennika rządów monarchicznych. Kim więc był morderca? Bratem? Krewnym? Czy może właśnie drzemiącym smacznie szefem pokojowców królewskich we własnej osobie? Ten sam czy nie ten sam? — zastanawiałem się nad zagadką.

Butler uniósł do połowy powieki. Przez łukowate szczeliny oczu błysnęły żółtawe źrenice. Poderwał się z fotela. Teraz dopiero okazało się, cóż to za atleta. Chociażem nie ułomek, wydawałem się sobie łokietkiem przy tym waligórze.

— Król jegomość się niecierpliwi. — Butler poprawił kurtę na ozdobnym rzemieniu. — Dwa razy zapytywał o waćpana.

— Chciałbym królowi jegomości ,in totem satisfacere, wszelako — nie dokończyłem zdania. — A tam znów co się stało?

Z sąsiedniej komnaty rozległy się piski i wrzaski. Rzuciliśmy się do szatni królewskiej. Na kobiercu kłębił się stos spiętrzonych szat, delii, opończy, różnych sukien i ubiorów wywleczonych z szaf. Karły króla jegomości, Karl i Bartel, poprzebierane w ceremonialne kostiumy, wywracały kozły, dokazywały w barwnych splotach i kłębach aksamitów, jedwabi, atłasów, karmazynów, bławatów i bisiorów, brały się za łby i obrzucały wściekle sztukami gardę-roby. Podniecona małpka Dośka skakała piszcząc z ramion Karla na głowę Bartla i z powrotem. Wyuczona stuletnia czerwono-żielo-na papuga skrzeczała chrapliwie, metodycznie, kołysząc się w pozłacanym volierze i strosząc pióra:

Fraszki adamaszki Pan Tyzenhauz kiep!

Król wyuczył ją tego. Zamierzyłem się pięścią na przebrzydłego ptaka. Z kim szczęście na ukos, na tego i papugi wrzeszczą.

Na nasz widok Dośka szusnęła na gzyms almarii, papuga przestała skrzeczeć, kłębiasty zwój kosztownych materii opadł jak wzburzona fala, karły plączące się w szerokachnych i przydługich strojach czmychnęły i ukryły się w kącie. Zapadła cisza, słychać było tylko skrzypienie pozłacanego koła, na którym kołysała się papuga.

— Szelmy! — z nutką powściągliwej wesołości huknął groźnie Butler. — Oćwiczyć każę! — I do mnie: — Idź waćpan do króla. Ja tu zrobię porządek z tymi krasnoludami.

W komnacie Jana Kazimierza płonęła rubinowa lampka oliwna w złotych liściach akantu przed wizerunkiem Matki Boskiej. Król w kamizeli z jasnożółtej tkaniny na wamsie z fioletowego jedwabiu klęczał objąwszy obu ramionami pluszowy pulpit klęcznika. Z leżącej na dłoniach głowy rozsypały się bujne pukle czarnej peruki, spod której nie było widać twarzy.

Odchrząknąłem delikatnie. Czarna kopa włosów poruszyła się i wyjrzał spod niej rozpłaszczony czubek tępego nosa.

— Wszystko gotowe, Najjaśniejszy Panie. Kocz na dziedzińcu.

Jan Kazimierz podniósł się z klęcznika. — Przynieś mi waść

płaszcz i maskę.

Pokojowy pod nadzorem Butlera porządkowali w garderobie rozrzuconą przez karły odzież. Wybrałem dwa futrzane nakrycia, jedwabne półmaski i czarne kapelusze. Butler zerkał podejrzliwie. — Dokąd to waść? I z kim, jeśli wolno spytać?

— Nie wolno — rzuciłem kpiąco. — A zresztą, na nieszpór.

Poprowadziłem zamaskowanego i spowiniętego w opończę króla

przez ciemne korytarze, ganki i sienie do bocznego wyjścia. W nie zamieszkanych częściach Zamku było ciemno i zimno jak w opustoszałej ruderze wyziębionej przez mroźne przeciągi. Na dziedzińcu czekał kocz z furmanem i kozakiem na koźle. Nie ozdobione herbami czarne pudło na pasach odcinało się ostro jak karawan w świetle księżyca na tle odmiecionych zasp.

Kocz potoczył się bez turkotu po wyścielonej grubą warstwą śniegu Brodze.

— Waćpan rozmawiał z panią podkanclerzyną — zapytał król.

Odpowiedziałem o zdjęciu portretu i zamiarze cudnej jejmości

wystąpienia ze skargą do nuncjatury o rozwód. W ciemnym kącie pudła widziałem wąską twarz Jana Kazimierza niby odlew gipsowego oblicza z półmaską z czarnego jedwabiu i opuszczonym na czoło kapeluszem. Małą chwilę jechaliśmy w milczeniu.

— Jak waćpan sądzisz, czy dał Bóg człowiekowi wolną wolę wyboru? — zagadnął nieoczekiwanie król. — Czy może człowiek własnymi uczynkami dostąpić łaski skutecznej i osiągnąć zbawienie?

Zdębiałem. Byłem wprawdzie przyzwyczajony do różnych dzi-warstw ekscentrycznych pomysłów mego pana, ale to pytanie wydało mi się nie tylko zaskakujące, lecz i podstępne. „Przy tym — rozmyślałem szybko — skąd król (który przebywając w Rzymie, w zakonie ojców jezuitów, miał możność zaznajomienia się z aktualnymi zagadnieniami teologicznymi) domniemywał, że jego dworzaninowi nie są obce tego rodzaju zagadnienia?" (A w istocie nie były mi obce, ponieważ spowiednik i kaznodzieja królewski ksiądz Cieciszewski po powrocie z Paryża opowiadał mnie i Butlerowi, na czym polegają błędy herezji jansenistycznej).

— Mówże waćpan — domagał się niecierpliwie król. Zawahałem się, czy odpowiedzieć szczerze, czy wykręcić się sianem. Przypomniałem sobie jdnak, że król przedwczoraj w rozmowie o pod-kanclerzynie robił z siebie ofiarę występnej miłości, ergo skłaniał się zapewne do zapatrywań zakonników z Port-Royal, ergo zaprzeczał w duszy wolności swobodnego wyboru. — Ja myślę, Najjaśniejszy Panie, że z wolnego wyboru człowiek nie może osiągnąć zbawienia. — Ścierpłem ze strachu, czym dobrze zrobił, że przyznałem się do herezji. Zbrakło mi tchu, lecz brnąłem dalej: — Jedynie Bóg może go do siebie przywołać.

— Uważasz zatem waćpan, iż Najwyższy Sędzia, surowy i nieubłagany, skazuje na wieczne potępienie tych, którzy dopuścili się grzechu?

Nie widząc teraz twarzy Jana Kazimierza słuchałem sarkastycznego głosu, płynącego niby z ambony wzniesionej gdzieś w głębi mrocznej nawy kościoła.

— Skazuje na potępienie, ponieważ On, Wszechmogący, bez względu na cnoty i zasługi grzeszników, odmówił im łaski li tylko ze swego boskiego kaprysu?

— Tak sądzę, Najjaśniejszy Panie — truchlejąc pogrążałem się konsekwentnie i czułem, że idę na dno.

— Widzę tedy, że jesteś wyznawcą herezji Janseniusza, wyklętego przez Stolicę Apostolską — skonstatował surowo Jan Kazimierz. — Odmawiasz wolnej woli człowiekowi. Odrzucasz naukę świętego Tomasza i zaprzeczasz nauce słynnego jezuity hiszpańskiego Moliny, który dowodził, że łaska wystarczająco jest dana nam wszystkim i że od nas tylko zależy, czy stanie się ona łaską skuteczną.

Poniewczasie doszedłem do przekonania, że zrobiłbym lepiej, gdybym skłamał (król był prawowiernym katolikiem i może nie zechce trzymać u swego boku heretyka?). Na szczęście, okazało się, że i Jan Kazimierz nie oparł się pokusom jansenizmu.

— Ale niech cię to nie przeraża, kawalerze — mówił dalej z lekka drwiącym tonem. — Bo tak samo jak ty, potajemnie wyznaje herezję Janseniusza królowa. A i ja również — dodał.

Odetchnąłem z ulgą. Kocz zatrzymał się. Przez szparę w uchylonych drzwiczkach wsunęła się ręka jak po jałmużnę. Wcisnąłem w rozcapierzone palce kozaka klucz od furty ogrodowej. — Zapytasz o panią ochmistrzynię. Powiesz, że masz posłanie od pewnego szlachcica. Ochmistrzyni niech czeka w małej sieni.

— Wszyscy jesteśmy skazani na wieczne potępienie i bez łaski Najwyższego nie dostąpimy zbawienia — król podjął posępnie przerwany wątek. Był z natury gawędziarzem. Rzadko widywałem go z książką w ręce, ale rozmawiać mógł całymi godzinami. — Czy doświadczałeś waćpan uczucia, że jesteś jednocześnie w sobie i poza sobą? Że patrzysz na siebie jak na kogoś obcego, którego obserwujesz surowo i krytycznie, z zimną bezstronnością sędziego, mającego ferować wyrok?