Requiem dla nikogo - Złatko Enew - ebook + książka

Requiem dla nikogo ebook

Enew Złatko

3,9

Opis

Przymusowa zmiana nazwisk bułgarskich Turków w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku, która miała doprowadzić do ich wynarodowienia i likwidacji jako mniejszości narodowej, pozostaje jednym z najbardziej traumatycznych wydarzeń w najnowszej historii Bułgarii.

Wielowątkowa powieść Złatka Enewa to pierwsza poważna literacka próba zmierzenia się z tym tematem. Jej trzon stanowi panorama życia prowincjonalnego miasteczka w końcowych latach reżimu totalitarnego. Korupcja, zakłamanie, przemoc i podłość osiągają niebywałe rozmiary. Zwykły przejaw przyzwoitości może doprowadzić do napiętnowania i represji.

W latach dziewięćdziesiątych bohaterowie powieści stykają się z całą nieopisaną grozą i brutalnością wydarzeń wojennych na terenie Jugosławii.

Przedstawiając mechanizmy politycznej demoralizacji, losy ludzi krzywdzonych i upokarzanych, oddając głos dręczonym, wykorzystywanym kobietom, autor stworzył przejmującą opowieść o okrucieństwie, namiętnościach i ranach, które bolą do dziś.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 390

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (14 ocen)
5
4
4
1
0

Popularność




Złatko Enew (ur. 1961 w Presławiu)

Dziennikarz, wydawca, absolwent filozofii Uniwersytetu Sofijskiego. Zadebiutował w 2001 roku książką dla dzieci Гората на призраците (Las duchów), która stanowiła pierwszy tom trylogii pod tym samym tytułem. Jest wydawcą popularnego w Bułgarii czasopisma internetowego „Либерален преглед” (www.librev.com). Powieść Requiem dla nikogo opublikował w 2011 roku. Mieszka i pracuje w Berlinie.

Hanna Karpińska

Absolwentka slawistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, tłumaczka tekstów literackich, naukowych i słowa żywego. Tłumaczy głównie z języka bułgarskiego, a także z macedońskiego, rosyjskiego i francuskiego. Przełożyła ponad dwadzieścia książek literackich. Opublikowała liczne artykuły poświęcone literaturze bułgarskiej oraz problemom przekładu literackiego; zorganizowała i prowadziła warsztaty przekładowe.

W jej translatorskim dorobku znajdują się między innymi Pożegnanie z Szanghajem Angela Wagensteina, Hop-hop gwiazdy Ałbeny Stambołowej, Mól Władisława Todorowa, Czy jest ktoś, kto cię kocha Kamena Terzijskiego i Wyspa Krach Iny Wyłczanowej oraz Rozmowy ze Spinozą Goce Smilevskiego i Bilet w jedną stronę Didiera Cauwelaerta, a także sztuki Jordana Radiczkowa, Georgiego Gospodinowa, Christo Bojczewa czy Daniela Souliera, Thierry’ego Debroux i Evelyne De la Chenelière. Jest inicjatorką wydania i współtłumaczką tomu poezji Płamena Dojnowa Sofia Berlin, nominowanego do nagrody Europejski Poeta Wolności.

Half the time I just make it up and it still turns out to be true!

Toni Kushner, Angels in America

Nobody learns no nothing from no history.

Gogol Bordello, Avenue B

Too much love will kill you.Every time.

Queen, Too Much Love Will Kill You

Köpenick, Berlin, początek nowego stulecia

– To nie jesteś ty – powiedziała drżącym głosem. – Nie znam cię takiego.

Potem, przełknąwszy ślinę, powtórzyła już spokojniej:

– To nie jesteś ty.

Wybuchł:

– A skąd ty możesz wiedzieć, czy to jestem ja? Tak dobrze mnie znasz? Po tych paru miesiącach?

Umilkł i spróbował zapanować nad gniewem. Uważał go za słabość, zwłaszcza w związku z tą kobietą.

– Prawie pół roku – poprawiła go łagodnie, ale z lekkim wyrzutem.

– I co z tego? Już czytasz we mnie jak w otwartej księdze, tak? To może mnie oświeć: kim ja niby jestem?

– Ty jesteś dobry – powiedziała z żarliwością neofity. – A przed chwilą to był ktoś inny.

– Tere-fere kuku! Dobre to były dinozaury i dlatego wyginęły. A ja jeszcze żyję…

– Proszę, nie kłóćmy się! Wiesz, że nie cierpię bagietek.

– Co to znaczy nie cierpisz? Po prostu nie chce ci się spróbować!

– Ale dlaczego mam próbować? Czy to takie ważne?

– Dla mnie ważne! – powiedział z naciskiem.

– Dlaczego? Nie rozumiem! Co się z tobą dzieje, zupełnie cię nie poznaję!

– Chcę, żebyś udowodniła, że mnie kochasz!

Spojrzała na niego powłóczyście. Choć rzadko ustępował, ten sposób czasem działał.

Ale nie tym razem.

– Wymyśl coś innego – poprosiła go, patrząc w podłogę. – Cokolwiek.

– Nie chcę nic innego, tylko to. Żebyś zjadła kawałek bagietki. Ten najmniejszy.

Spojrzała na niego z wyrzutem, ale nie odezwała się. Dobrze znała jego małostkowość, choć rzadko okazywał ją tak bezpośrednio. Zwykle uciekał się do innych metod, jakichś aluzji i niedopowiedzeń, westchnień i ponurych spojrzeń, demonstrowania zranionej ambicji… Z przyjemnością pozwalała mu tkwić w przekonaniu, że daje się nabrać na te szczeniackie gierki, czasem nawet wydawało jej się to wzruszające, jakieś takie dziecinne i miłe… Zdawała sobie sprawę, że powodem tej słabości jest z pewnością jej niesamowita potrzeba troszczenia się wreszcie o kogoś, niezaspokojony instynkt macierzyński, napawanie się faktem, że w końcu znalazła kogoś, kto bardziej niż ona sama potrzebuje ochrony… I kto jest jeszcze czuły i dobry, nawet jeśli o tym nie wie. Właśnie dobry, ni mniej, ni więcej! Musi w to wcześniej czy później uwierzyć. Przysięgła sobie na wszystkie świętości, że przezwycięży ten ośli upór, że tkliwością rozbije pancerz i wydobędzie jego prawdziwe „ja” – głęboko ukryte, utajone, podeptane, to, którego istnienia nie podejrzewa zupełnie nikt, a zwłaszcza on sam. Ogrom tego zadania, być może przekraczającego ludzkie siły, tylko ją jeszcze bardziej mobilizował, wypełniał nowym, nieznanym płomieniem, który sprawiał, że znów czuła się żywa, tak bardzo żywa…

Wczepiła się w to zadanie z siłą… nie, z desperacją przysłowiowego tonącego chwytającego się brzytwy i nie miała zamiaru rezygnować za żadną cenę. Nie chodziło o wdzięczność. Nie chodziło o oczywistą potrzebę opieki, wynikającą z jego sytuacji – po tylu latach spędzonych na uprawianiu najstarszej profesji świata mężczyzna, który nie mógł być mężczyzną, stanowił dla niej miłe urozmaicenie, przynajmniej na jakiś czas. Nie robiła tego tylko z miłości, chociaż tak, wbrew wszystkim oczekiwaniom i wyobrażeniom na swój temat chyba rzeczywiście się zakochała, dziewczęco i żarliwie, jak może się zakochać tylko jakaś smarkula, a nie dojrzała kobieta. Nie, nie, nie. Robiła to ze względu na samą siebie, po prostu dlatego, że to wszystko wzbogacało jej istnienie o coś, co było już dawno stracone.

– I co, będziemy się tak na siebie patrzeć przez cały wieczór?

No tak. On oczywiście łatwo nie rezygnuje.

– Nie mogę – powiedziała ze zmęczeniem. – Wszystko, tylko nie bagietkę.

Uderzył pięścią w stół. Brzęknęły kieliszki.

– Ośli upór i tyle! Jaśnie hrabianka nie może! A dlaczego? Dlatego, że nie może. Koniec, kropka. Choćbyś stanął na głowie. Tylko w gębie taka mocna.

– Ja… naprawdę cię kocham – powiedziała z wysiłkiem. – Proszę, nie każ mi tego udowadniać!

– A ja ci nie wierzę! Skoro nie stać cię nawet na taki drobiazg…

– To nie jest drobiazg. Dla mnie nie jest.

– Ale dlaczego? Powiedz dlaczego!

Milczała. „Boże wybacz mu! On nie wie, co czyni”.

– Sama widzisz, zwyczajny upór. Upór i nic więcej.

Musiała zebrać wszystkie siły, by stłumić krzyk, który narastał jej nie tyle w gardle, ile w piersiach i jeszcze niżej, gdzieś aż w trzewiach, w podbrzuszu. Ale nie zdołała powstrzymać łez. Zaczęła szlochać jak dziecko, rozdygotała się. Kolana jej się ugięły, w pokoju raptem pociemniało. Ledwie zdołała przyciągnąć krzesło, siadła, a raczej osunęła się na nie. Przed jej oczami wirowały kolorowe kręgi, zaciśnięte gardło jakby niechętnie, haustami przepuszczało powietrze. Nie, nie, nie! To nie jest on! To nie on! To wszystko jest tylko sprawdzianem, jednym z kolejnych sprawdzianów. Ona zaraz weźmie się w garść, wytrzyma, da radę. On nawet nie przypuszcza, ile w niej jest siły. Sam jest tylko biednym wyrośniętym dzieckiem. Dzieckiem, które się bawi. Dzieckiem, które się bawi. Dzieckiem, które się bawi.

Kiedy poczuła się trochę lepiej, otworzyła oczy. I zaraz je znowu zamknęła. Choć jej to szczególnie nie pomogło.

Tuż przed jej ustami trzymał kawałek bagietki.

Ciało zareagowało dużo wcześniej, nim się włączyła świadomość. Poczuła jakby cios w brzuch, nawet nie zdążyła jęknąć – i zawartość jej żołądka, cała świąteczna mieszanka bezbożnie drogiego jedzenia i specjalnie dobranego wina, cała tak serdecznie i starannie przygotowana przez niego kolacja, znalazła się na podłodze i częściowo na jego ulubionych przydeptanych pantoflach.

Instynktownie się zamachnął, ale w ostatniej chwili powstrzymał rękę.

– Nie zapominaj, że nigdy cię nie uderzyłem! Nigdy o tym nie zapominaj!

Odwrócił się i nie dodając ani słowa, poszedł w kierunku łazienki.

Siedziała dalej – jeszcze bardzo, bardzo długo.

„To nie jest on! To nie jest on! Boże, to przecież nie jest on?”

Prespan, gdzieś w Bułgarii, lata osiemdziesiąte

Upał napełniał ją szczególnym niepokojem – jakimś takim parzącym, swędzącym, że aż miała ochotę rozebrać się i tarzać jak osioł po ściernisku, rycząc do ochrypnięcia. Jej całkiem już ukształtowane piersi ledwie znosiły dotyk cienkiej koszuli. Warstewka potu zmieszanego z kurzem pokrywała ją cienką smrodliwą mazią, która aż się prosiła o starcie – powolne i uporczywe, razem ze skórą, razem z tym wszystkim, co sprawiało, że czuła się jak przybysz z kosmosu. Ale o prysznicu nie było co marzyć – i tak matka stale marudziła, że przez to nieustanne mycie zużywa za dużo wody.

Kiedy skończyła piętnaście lat, wszystko naokoło zaczęło jej się wydawać nieznośnie brzydkie, niechlujne, zapuszczone i żałosne. Właśnie żałosne. Miasteczko straciło cały wdzięk, jego pogodna beztroska znikła jak starta maska starego klauna, odsłaniając twarz, której dotychczas nie dostrzegała – przegniłe chwiejące się zęby starych, tandetnych domków, złe oczy betonowych bloków, spękana i szara od kurzu skóra ziemi, bezpowrotnie zniszczona niezmierzoną liczbą ostrych jak igły do tatuażu ukłuć słonecznych promieni. Spiekota – zarazem kochanka, matka i macocha tego skrawka ziemi – wyssała go i wysuszyła tak, że wyblakły na nim wszystkie kolory i teraz leżał zmęczony pod jaskrawobłękitnym niebem w sennym odrętwieniu, bezwolny, omdlewający, wdzięczny za każdy mijający dzień.

– Maria! – krzyknęła matka od rozpalonej do białości letniej kuchni, promieniującej na podwórko zapachem pieczonej papryki i sosu czosnkowego. – Gdzie ty znów leniuchujesz? Mówiłam ci, że masz pozmywać! Przyjdzie ojciec, to mu powiem!

„Wielkie rzeczy, że mu powiesz”, pomyślała Maria z leniwą złośliwością. „Ten stary cap i tak widzi tylko moje cycki!”

– To nie jest mój ojciec! – odcięła się jak zawsze wtedy, kiedy matka wychodziła z takimi tekstami. Potem wstała i niechętnie poczłapała przez pyliste podwórko do rozprażonej kuchni. W środku było co najmniej pięćdziesiąt stopni. – Woda się skończyła, to co mam robić?

– Pewnie, że się skończyła! – zajazgotała wściekle matka. – Nie trzeba się było myć trzy razy dziennie! Całkiem jak jaka wywłoka! Bierz teraz gąsiory i leć do źródła. Żeby chociaż było do picia. Co się tak patrzysz, już cię nie ma! Zanim się wyszykujesz, będzie ciemno.

Maria chciała się odgryźć, ale po namyśle zrezygnowała. Stara może tak gdakać do wieczora i będzie awantura. Jeszcze jej nie pozwoli wieczorem wyjść, a w letnim obozie u studentów mają być tańce.

Złapała oba gąsiory i poleciała w dół w stronę źródła przy rzece. Ostry zadzior tuż koło uchwytu w wiklinowej plecionce jak zawsze boleśnie ukłuł ją w dłoń. Aua! Kiedy będzie je niosła z powrotem, pełne i ciężkie, pokancerują jej całe ręce. Wszyscy już sobie pokupowali nowe, plastikowe baniaki, tylko jej skąpa matka używa tych starych. I spróbuj jej coś powiedzieć! „Ja w twoim wieku…” Jakby ona kiedykolwiek była w jej wieku! Ona już się urodziła stara. Stara i wredna, na pewno zawsze taka była.

Nad rzeką, w cieniu topoli panował przyjemny chłód. Ostrożnie zeszła po śliskich kamieniach, pochyliła się nad kamiennym korytem, by spryskać twarz, ale zatrzymała się wpół ruchu: woda w korycie miała dziwny, różowy kolor, na obrzeżach widniały wielkie krwawe skrzepy, z których wypływały cienkie czerwone żyłki, stopniowo znikające w nurcie spływającym do rzeki.

Rozejrzała się strachliwie, chciała zawołać o pomoc, ale ogarnął ją wstyd, a zresztą pomyślała, że tu w dole mało kto ją usłyszy. Potem w zaroślach dostrzegła zakrwawioną koszulę i tu już się nie na żarty przeraziła, zapomniała o odłożonych na bok gąsiorach i rzuciła się do ucieczki. Tuż przed wybiegnięciem na plac pośliznęła się na śliskich kamieniach i upadłszy, porządnie otarła sobie skórę. Dobrze, że trafiła na wilgotną i miękką ziemię, bo mogło się skończyć dużo gorzej.

Zresztą teraz o tym nie myślała. Mimo bólu w otartych kolanach podniosła się, zacisnęła zęby i pokuśtykała w górę, gdy nagle zza pleców usłyszała głos i zamarła.

– Poczekaj chwilę! Gdzie tak uciekasz?

Głos był męski, ale dało się w nim słyszeć chłopięce nuty, komiczne wysokie dźwięki wśród niskich dojrzałych tonów. To ją trochę uspokoiło, powoli się odwróciła i ostrożnie popatrzała do tyłu.

„Eee, jakiś Cygan!”, pomyślała pogardliwie i odwróciła się z powrotem, ale nagle jej się przypomniały porzucone gąsiory i niechętnie przystanęła, lustrując spod oka cygańskiego chłopaka.

Był od niej młodszy, miał może trzynaście, najwyżej czternaście lat, ale był wysoki i zgrabny jak młode drzewko, w dodatku obdarzony tym naturalnym kocim wdziękiem, z jakim niektórzy ludzie przychodzą na świat. Mimo woli popatrzała na jego goły brzuch, którego mięśnie, dobrze ukształtowane i pokryte tylko cienką warstwą skóry, wyglądały jak ilustracja z podręcznika. Zawstydziła się i odwracając spojrzenie, dostrzegła ogromną krwawą plamę na rozerwanej lewej nogawce spodni. Krzyknęła z przestrachem, zasłaniając usta dłonią. Chłopiec stał i patrzał na nią, nie ruszając się z miejsca, spokojny, nawet jakby drwiący. Nie wiadomo dlaczego znowu się zawstydziła i nawet poprawiła sukienkę, podwiniętą wysoko nad kolanami. Chłopak bezczelnie się uśmiechnął, pokazując białe, błyszczące w słońcu zęby.

– Co się gapisz, dziewczyny nie widziałeś? – burknęła, ale ta krwawa plama nie dawała jej spokoju i dodała już łagodniej:

– Kto cię tak urządził?

– Mój brat Purko – odparł z lekceważeniem. – Ale i jemu się dostało.

Maria znów niemal krzyknęła. Purko, gruby jednooki Cygan, który bez końca zimował w trzeciej klasie, aż wreszcie osiągnął wiek, w którym przestał podlegać obowiązkowi szkolnemu, znany był w całym miasteczku jako ktoś, kim matki straszyły dzieci.

– Prędko się nie ogoli – dodał chłopak, wyciągając z kieszeni błyszczącą brzytwę. – Jego własną brzytwą go urządziłem.

Maria popatrzała z rozpaczą na gąsiory, które leżały w dole przy obmurowanym źródle, w nieosiągalnej odległości. Ładnie się urządziła! Jak ma wrócić do domu bez nich i bez wody? Spojrzała z nieśmiałą nadzieją na ulicę, ale upał przegonił wszystkich mieszkańców i o żadnej pomocy nie mogło być mowy.

Chłopak wciąż się na nią gapił. I nagle, jakby go zdmuchnął wiatr, zachwiał się i opadł na bok. Maria bezradnie załamała ręce, znów spojrzała na pustą ulicę, przez chwilę się wahała, ale krwawa plama rosła jej w oczach i koniec końców dziewczyna pokonała strach i ostrożnie zeszła na dół.

Leżał bez ruchu, cały we krwi i w błocie, przerażający, jakby nieżywy. Gdyby przed chwilą z nim nie rozmawiała, nigdy nie zdecydowałaby się podejść. Zresztą i tak ledwie jej się udawało opanować przerażenie, każdy krok kosztował ją tyle wysiłku, jakby pokonywała wichurę. Podszedłszy, ostrożnie go dotknęła – najpierw stopą, potem tylko koniuszkami palców, a kiedy się nie ruszył, nabrała odwagi i przykucnęła, starając się nie zabrudzić i tak niezbyt czystej sukienki. Rana na jego udzie wyglądała paskudnie. Przełknęła ślinę w nadziei, że coś pozwoli jej uniknąć tego, co nieuchronne, ale gardło ścisnęło jej poczucie, że czas ucieka, i zamknąwszy oczy, zaczęła ściągać mu spodnie. Na szczęście okazało się to łatwe – chłopiec miał na sobie tylko stary, spłowiały dres, w którym łata goniła łatę. Powstrzymując ciekawość i starając się skupić na ranie, poszukała wzrokiem czegoś, co mogłaby wykorzystać jako opaskę. Natrafiwszy na koszulę, która tak ją przed chwilą przestraszyła, złożyła ją kilkakrotnie i owinęła nogę chłopca, mocno zaciskając tuż nad raną, gdzie powinna być arteria. Udało jej się tylko częściowo, krew dalej płynęła, chociaż już wolniej. Przypomniała sobie, czego ją uczyła matka, odłamała mocniejszą gałązkę z rosnącej obok wierzby, wepchnęła pod zaimprowizowany opatrunek i zaczęła skręcać, bezlitośnie zaciskając opaskę. Chłopiec głucho jęknął, ale ona zaciskała dalej, dopóki rana nie przestała pulsować. Potem starannie przymocowała gałązkę tak, żeby się nie wyśliznęła, z zadowoleniem przyjrzała się wynikowi swojej pracy i przykucnęła obok, gotowa czekać tyle, ile będzie trzeba.

Okazało się to jednak trudniejsze, niż przypuszczała. U matki w szpitalu napatrzyła się od dziecka na gołych mężczyzn, ale tu było co innego, pierwszy raz w życiu znalazła się sam na sam z tą tak interesującą, choć nieco niepokojącą nagością. Mimo młodego wieku chłopca to, co widziała, wyglądało imponująco i nie pozwalało oderwać wzroku, choć chwilami miała ochotę sama się spoliczkować za to zapatrzenie się na jakiegoś Cygana. W którymś momencie nawet postanowiła już iść – nie miała pojęcia, ile czasu upłynęło, odkąd wyszła z domu, matka pewnie już się zaczęła niepokoić – ale przypuszczenie, że pozostawiony na łaskę losu chłopak może umrzeć, tak ją przeraziło, że zrezygnowała z wszelkiego zastanawiania się. W kieszeni jego spodni znalazła napoczętą paczkę papierosów, wyciągnęła jednego, zapaliwszy ostrożnie, wciągnęła dym i aż się zakrztusiła. Wyrzuciła go ze złością, co za śmieci. Cóż innego taki Cygan może palić!

Wreszcie chłopak poruszył się, otworzył oczy i popatrzał na nią bezczelnie, jakby nic się nie wydarzyło.

– Ładna jesteś – powiedział, oblizując popękane usta – jak brzoskwinia…

– Nie gadaj głupstw – prychnęła Maria. – Zajmij się lepiej sobą, żeby ci nie zadzwonili na pogrzeb.

– Cyganom nie dzwonią na pogrzeb – powiedział z uśmieszkiem. – My to załatwiamy po swojemu.

„Co za bezczelne Cyganisko”, pomyślała Maria, starając się nie zwracać uwagi na miły dreszczyk, wywołany spojrzeniem chłopca. „Mało nie wykorkował, a ciągle jedno mu w głowie. Cygańskie wariactwo”.

– Dasz radę wstać? – spytała. – Musisz jakoś dotrzeć do szpitala. Trzeba tę ranę oczyścić i zaszyć. Inaczej długo nie pociągniesz.

– Tfu! – syknął z mieszaniną pogardy i bólu, która jej przypomniała indiańskie filmy z Gojko Miticiem. – Szpital jest dla chorych…

– Bzdury! – powiedziała ostro i wstała. Jego spojrzenie powędrowało aż pod sukienkę, ale Maria nie odsunęła się. – Dasz radę nałożyć spodnie, czy mam ci pomóc? Wstawaj, nie ma czasu.

– Czas nic nie kosztuje – odparł ponuro, ale skuliwszy się, naciągnął złachmaniony dres, ani razu nie jęknąwszy. Na poszarzałej twarzy pojawiły się drobne kropelki potu. – Ty… skąd się tak znasz na leczeniu?

– Moja mama jest pielęgniarką. Możesz sam iść?

– Jeszcze bym i ciebie poniósł – odparł, ale tym razem jego głos nie był bezczelny, tylko jakiś głuchy, zrezygnowany. Nie spodobało jej się to. Bezczelności łatwiej się oprzeć.

– Gdyby cię mój brat usłyszał, to już po tobie – skłamała, by poczuć się pewniej. – Poczekaj, nabiorę wody.

Jego wzrok przebiegał po jej nogach jak słoneczny zajączek, łaskotliwy dreszczyk nie opuszczał jej ani na chwilę. W którymś momencie rozzłościła się na samą siebie i chciała go zrugać, ale po chwili pomyślała: „A co tam, i tak nikt nie widzi”. Na ulicy to oczywiście co innego. Do szpitala będzie musiał się dowlec sam, wszystko jedno jak. Tego tylko brakowało, żeby ktoś ich razem zobaczył…

– Jak się nazywasz? – spytała przez ramię. Woda ledwie ciurkała, gąsiory napełniały się z denerwującą powolnością.

– Stamko – odparł. – A ty?

– Maria. Czym on cię tak urządził?

– Siekierą.

Spojrzała na niego zaskoczona, omal nie wywróciła prawie już pełnego gąsiora.

– I dlaczego?

– Przez taką… – Oczy mu się rozbiegały, podrapał się po brzuchu z tamtym swoim uśmieszkiem. – Przez taką dziewczynę. Z naszych. Ale ja się tylko z nią droczę, to nie jest na poważnie – dodał szybko, unikając jej wzroku.

– Żeby się omal nie pozabijać z powodu… – palnęła, raptem zdenerwowana. Już miała dodać: „cygańskie wariactwo”, ale w porę ugryzła się w język i tylko syknęła ze złością: – No szybciej, co się gapisz!

Zaczął podskakiwać na jednej nodze jak wróbel. Pozwoliła mu się trochę pomęczyć, patrząc z satysfakcją, jaki jest bezradny, potem machnęła pogardliwie ręką i zaczęła przetrząsać zarośla. Zaradna dziewczyna, prawie zaraz znalazła to, czego potrzebowała – mocną gałąź, nadającą się na laskę.

– Masz, trzymaj. – Podała ją z daleka, wciąż jeszcze wrogo nastawiona. – I znikaj szybciej, popatrz, ile czasu minęło.

Stamko spojrzał na nią ze smutkiem i zaczął mrugać całkiem jak dziecko. Miał długie rzęsy jak u dziewczyny. Złapała się na tym, że mu się przygląda, ogarnęła ją jeszcze większa złość i odwróciła się plecami.

– Idziesz wreszcie czy mam ci wezwać karetkę?

– Dzięki – mruknął. – Ale po tych kamieniach…

– Jak zszedłeś na dół, tak wejdziesz na górę – ucięła szorstko.

Złapała gąsiory, syknęła z bólu – zapomniała o skaleczonej ręce – i ruszyła w górę kamienistego zbocza. Chłopak stał na dole i nawet nie podniósł wzroku, by obejrzeć jej nogi. Takie to cygańskie wariactwo.

***

– Coś mi się to wszystko nie podoba – powiedział dziadek Bonczo, patrząc na obsypane biedronkami drzewo. – Pan Bóg żadnej istoty nie stwarza na próżno. Więc co też ma znaczyć ten wysyp biedronek? To jest jakiś znak, znak od Boga, ale kto go zrozumie?

Chłopiec leniwie wyciągnął rękę, wybrał większe stworzonko i zaczął je powoli obracać między palcami. Nie miał ochoty ani jej zgnieść, ani powyrywać nóżek. Jeśli taką biedronkę mocniej ścisnąć, to wypuszcza żółtawy i śmierdzący płyn. Nie aż tak śmierdzący, żeby uratować jej życie, ale wystarczająco nieprzyjemny, zwłaszcza jeśli jest to dwudziesta albo trzydziesta biedronka, którą wykorzystujesz do zabicia czasu.

Sięgnął do tylnej kieszeni spodenek i wyciągnął własnoręcznie zrobioną lupę. Kilka dodatkowych kropek i będzie mógł wystartować do nauczycielki biologii. „Proszę spojrzeć, znalazłem biedronkę, która ma trzynaście kropek”. Albo piętnaście. Albo osiemnaście. Zresztą to może nie jest najlepszy pomysł. I tak patrzy na niego podejrzliwie za każdym razem, kiedy próbuje zrobić coś ciekawego. Parę wypatroszonych żab, wielkie rzeczy! Podniosła takie larum, jakby to ludzi wypatroszył. Aż ojciec musiał osobiście interweniować, żeby tę smarkatą belferkę uspokoić.

Ależ ta biedronka się ciska. Niech tam, co jej będzie żałował. Złapał mocniej, odwrócił błyszczącymi skrzydełkami do góry i zajął się wypalaniem nowych, dodatkowych kropek. Dowcip polegał na tym, żeby te nowe niczym się nie różniły od tych prawdziwych. Każdy może wypalić kropki na skrzydełkach biedronki, ale nie każdy umie to zrobić, jak należy…

Co za głupia biedronka, nie chce i nie chce umrzeć. Rzuca się jak wariatka, chociaż na jej grzbiecie czernieją trzy, cztery… pięć nowych kropek. Chłopiec tak był pochłonięty pracą, że nawet nie zauważył, jak dziadek przysunął się do niego od tyłu i w zdumieniu otworzył usta. Aż podskoczył, kiedy kościste palce starego człowieka złapały go za ucho i pociągnęły bezlitośnie w górę.

– Nikoła, co ty robisz, huncwocie jeden! – krzyczał dziadek, trzęsąc się z gniewu. – Co z ciebie za człowiek! Jak można tak dręczyć biedne stworzonko! Wezmę to szkło i ciebie nim powypalam, to zobaczymy, co powiesz!

– Puść mnie, dziadku! – wrzeszczał chłopiec, stojąc na palcach, dygocąc ze strachu i bezsilnej wściekłości. – Bo powiem mamie, tacie, wszystkim powiem!

– A powiedz nawet popadii, jeśli chcesz! – krzyczał dalej dziadek, był zaczerwieniony i spocony, czapka zjechała mu na tył głowy. – Urwę ci to ucho, żebyś zapamiętał, ty łobuzie!

– Tato, tato, co robisz? Puść go natychmiast, jak można tak dziecko dręczyć!

Nareszcie! Kątem oka Nikoła dostrzegł wychylającą się z okna parteru matkę, rozczochraną i jeszcze nie całkiem rozbudzoną z popołudniowej drzemki – i rozkrzyczał się jeszcze bardziej, teraz już pewny ratunku. Uchwyt dziadka osłabł, chłopiec wyrwał się i odbiegłszy na bezpieczną odległość, z oczami wciąż jeszcze pełnymi gorzkich łez, zaczął stroić do dziadka paskudne miny. Ten pomknął ku niemu z gniewnie uniesioną laską, ale to była próżna groźba. Chłopak podskakiwał przed nim w bezpiecznej odległości, tańczył jak diabełek na sprężynce, pewien, że teraz już nic mu nie grozi.

– Psubrat jeden! – Dziadek Bonczo zrezygnował z pogoni za wnukiem i usiadł na ławce, przyciskając rękę do piersi i z trudem oddychając. – Uchowaj Boże przed psubratami!

Jego córka dalej się wydzierała z okna na parterze.

***

Ranko Bałkanski pojawił się niemal bezszelestnie, jak zawsze. Nauczył się tego jeszcze w młodości, na długo przedtem, nim słowo „leśny” stało się czymś więcej niż lekceważącym przezwiskiem przeznaczonym dla takich jak on – wyrzutków, niecnot, łapserdaków. Później młodzi chłopcy zaczęli się przystrajać w to słowo jak w order, w którymś momencie wszyscy chcieli być leśnymi, ale on już z tym nie miał nic wspólnego, tyle tylko, że trochę przedtem ci z żandarmerii, nie przebierając, capnęli i jego, bo co to dla nich za różnica, i bili, aż w głowie mu się coś przekręciło i od tego czasu wszyscy nazywali go „głupi Ranko”. Ale leśne nawyki mu pozostały, a także znajomość gór, gdzie stale czuł się najlepiej, daleko od ludzkiej podłości.

Ten cygański chłopak stał bezradnie na jednej nodze, podpierając się gałęzią, w dole przy źródle. Ranko instynktownie chciał zawrócić, ale bardzo mu się chciało pić, zresztą żaden Cygan go dotąd nie skrzywdził, więc machnął ręką i zaczął schodzić w dół. Cyganek palił papierosa i nic nie powiedział, chociaż go zauważył. Ranko zanurzył głowę w kamiennym korycie i pozostał tak, pozwalając, by woda wypełniła go powolnym, niewypowiedzianie przyjemnym pulsowaniem. Potem przysiadł na krawędzi koryta. Czuł jego wilgoć i to także było przyjemne.

Był drobnym, suchym staruszkiem, pozornie garstka kosteczek, ale miał w sobie siłę i wytrzymałość, zahartowały go słońce i powietrze. Cały był w brązach: twarz, ręce, wytłuszczona czapka, marynarka i spodnie – części starego ubrania, pochodzącego być może jeszcze ze szwalni jego ojca, podobnie jak koszula, której wystrzępione mankiety wystawały z rękawów przymałej marynarki. Tylko gumowe sandały, włożone na bose nogi, miały niewyraźny szaroniebieski kolor. One i jeszcze jego oczy, wiecznie niespokojne, wiecznie przeskakujące z jednego obiektu na drugi, wypełnione strachem złapanego w potrzask zwierzęcia.

Ranko porządnie zmoczył porośniętą siwą szczeciną twarz i pozwolił wodnym strużkom spływać wzdłuż pleców i piersi. Zamknął oczy i tak pozostał przez chwilę. Tu nad rzeką upał był do wytrzymania.

Chłopiec podsunął mu paczkę z zapraszająco wysuniętym papierosem. Ranko odmówił ruchem głowy. Chłopak wzruszył ramionami i schował paczkę do kieszeni. Postali tak jeszcze trochę, każdy w niewoli swojego własnego milczenia.

– Chyba nie dasz rady sam stąd wyjść – stwierdził w którymś momencie Ranko.

– Nie dam – zgodził się chłopiec.

– To dlatego, że palisz papierosy – zauważył Ranko z wyrzutem.

Chłopiec znów wzruszył ramionami. Każdy w miasteczku znał Ranka, on też.

– I co teraz zrobisz? – spytał Ranko po kolejnej długiej pauzie.

– Poczekam. Aż nasi po mnie przyjdą.

– To wszystko twoja krew?

– Trochę jest Purka. Ale mniej – odparł chłopak z wahaniem.

– A gdzie on jest?

– Uciekł. Już dawno.

– On pewnie nie pali papierosów?

Chłopiec zarżał jak źrebak i uderzył się ręką w zdrowe udo. Starego trochę to uraziło.

– A czegóż ty się śmiejesz?

– Bo dym to mu aż z dupy leciał, kiedy go sieknąłem. He, he, he…

Sięgnął do kieszeni i z dumą pokazał brzytwę. Ranko odskoczył i omal nie plasnął w wodę.

– Zabieraj to, nawet nie chcę patrzeć! Diabelski wynalazek!

– A co, ty się nie golisz?

Stary potarł odruchowo brodę, ale nic nie powiedział. Chłopiec kolejny raz wzruszył ramionami i schował brzytwę. Znowu przez chwilę milczeli.

– Będę szedł – powiedział Ranko, wstając. Mokre spodnie miło go chłodziły. – Mam coś do zrobienia, nie to co ty.

– A żeby cię wszyscy diabli! – rozległ się nad ich głowami piskliwy kobiecy głos. Aż podskoczyli z przestrachu.

– Stamko, gdzieżeś jest, cholerniku jeden!

Po czym nastąpiła seria niezrozumiałych cygańskich słów, pełnych „khy” i „gry”. Po zboczu pospiesznie schodziła stara Cyganka w szarawarach, serdaku i chustce na głowie. Chłopiec schylił głowę jak mały uparty cielaczek. Ranko wycofał się na bezpieczną odległość i patrzał, jak matka zabiera swojego syna marnotrawnego, posługując się mieszaniną łez, szturchańców i pieszczotliwych gestów.

***

Angeł wrócił z pracy podpity, niepokojąco wesoły, nawet udekorowany wetkniętym za ucho kwiatem laku. Był dobrze zbudowanym, przystojnym mężczyzną, z tych z dołeczkiem w brodzie i szarymi, zwykle chłodnymi oczami, które pod wpływem alkoholu łagodniały i teraz patrzały na świat z lekką kpiną, co dla niego, wiecznego myśliwego, było szczytem wyluzowania. Maria, poczuwszy na sobie jego wzrok, który obmacywał ją jak ręka próbująca w ciemności rozpoznać kształt, a nawet kolor nieznanego obiektu, odwróciła się na pięcie i próbowała popatrzeć przez okno. Ale nawet wtedy nie dawało jej spokoju odczucie, że jest obserwowana powoli i uważnie jak muszka pod mikroskopem. Przy źródle było inaczej. Też niepokojąco, ale inaczej.

– Angeł, kiedy wreszcie zreperujesz to gniazdko w kuchni? – zaatakowała go matka w drzwiach. – Dzisiaj tak mnie strzelił prąd, że mało nie umarłam.

– Co? – odparł. I dodał: – Aha.

Jak zawsze jego wzrok nie wyrażał nic. Zimny, przenikliwy. Wzrok myśliwego.

– Zreperuję. Jak będę miał czas – dodał. Matka nie spuszczała z niego wzroku. – Sama wiesz, że teraz nie mogę. Mam cały stos spraw…

– Coś mi ten kwiatek za uchem nie pasuje do stosu spraw – syknęła. – I znowu cię czuć perfumą.

– Zawsze i wszędzie jest tylko Sewda – odparł niby żartobliwie, ale z tą ucinającą sprawę nutką, która zawsze matkę uciszała. – Zależy, kogo przesłuchuję, sama wiesz…

– Niby mamy pierestrojkę, nie dacie tym biedakom trochę spokoju? Zmieniliśmy im nazwiska, a teraz głowy im chcecie zmieniać?

– Nie pyskuj tyle! – Angeł raptownie wytrzeźwiał. Ciął oschłym głosem jak nożem. – Ty głupia babo, trzymaj gębę na kłódkę, jak nie chcesz tu sprowadzić nieszczęścia!

Sewda skuliła się, ale dalej coś wyzywająco mruczała. Maria popatrzała na nią z ciekawością. Nie znała matki od tej strony.

– A ty co się gapisz, marsz do pokoju! – Sewda wrzasnęła histerycznie. – I upierz tę sukienkę, słyszysz? Flądra jedna!

– Nie wyżywaj się na dziecku! – przerwał jej Angeł cicho, lecz władczo. – Sto razy ci mówiłem: jak nie wiesz, co trzeba powiedzieć, to milcz! Żebym od ciebie ani słowa więcej nie usłyszał o Turkach!

– Ale przecież w Bułgarii nie ma Turków?

Angeł znieruchomiał. Powoli, bardzo powoli położył teczkę na stole. Niezgrabnym, jakimś wilczym ruchem odwrócił głowę do Sewdy, po czym nie odwracając wzroku, powiedział:

– Maria, idź do swojego pokoju.

– A mogę wyjść na tańce? – spytała niewinnie. Doszła do wniosku, że nie ma nic do stracenia.

Tylko machnął ręką. Wyfrunęła z pokoju szczęśliwa jak skowronek.

***

Dochodziła dziesiąta. Ojciec jak zawsze się spóźniał. Mimo pootwieranych drzwi i okien wszędzie czuć było lepki i duszny upał. Nikoła siedział znudzony przy stole, toczył kulki z chleba i rzucał nimi w muchy. Dziadek już dawno się położył na dole, w chłodzie. Tylko ten kulawiec siedział razem z nim przy stole, skulony w milczącej pokorze. Matka wściekle łomotała w kuchni garnkami – albo się jeszcze złościła na dziadka, albo znalazła sobie inny powód. Chłopiec też był zły i głodny. Ciągle tylko czekaj i czekaj. A kiedy ojciec wróci, to znów powie, że jadł w pracy, przysiądzie z nimi na chwilę, z roztargnieniem spyta, co tam w szkole, Nikoła mu odpowie, że są ferie. Popatrzy na niego swoim sędziowskim spojrzeniem, jakby to syn był winny, że istnieje coś takiego jak letnie wakacje. A potem pójdzie do gabinetu pracować. I tyle. Ale oni muszą czekać. I doczekają się – jak listu od nieboszczyka.

Lekko się przesunął i strzelił wujkowi chlebową kulką w ucho. Kaleka gniewnie krzyknął, zaczął wymachiwać sprawną ręką, zmarszczył niedotkniętą paraliżem połowę twarzy. Nikoła leniwie i pogardliwie pokazał mu język.

– Czego ty znowu chcesz? – dobiegł z kuchni kłótliwy głos mamy. – Mówiłam ci, że trzeba czekać. W domu musi być porządek, to nie jest jakaś kawalerska melina.

Wsunęła przez drzwi zaczerwienioną twarz. Georgi znów niezrozumiale zabełkotał, pokazał na chłopca, wyprężył szyję, próbując coś powiedzieć, niemal załzawił się z wysiłku. Stefana spojrzała podejrzliwie na syna.

– Nikoła, nie zmalowałeś ty czegoś?

– Zmalowałeś, rzeczywiście! – odparł ze złością chłopiec. – Od pół godziny mu mówię, że musimy poczekać, ale nie dociera.

Stefana podniosła oczy do nieba i cierpiętniczo westchnęła. Potem wykręciła się na pięcie, przyniosła z kuchni talerz dla brata i niemal rzuciła go na stół.

– To masz, żryj! I żebym ci…

Przełknęła koniec zdania i pochyliwszy się, zaczęła poprawiać bratu śliniak. Znów zaczął bełkotać i oganiać się od niej. Bezceremonialnie go przyciągnęła do siebie, nabrała purée i wcisnęła łyżkę do jego trzęsącej się dłoni.

– I uważaj, jak jesz, słyszysz? Tego dywanu nie da się prać bez końca!

– A ja? – spytał niewinnie Nikoła. – Też mam dostać udaru, żeby w końcu coś zjeść?

– Nie bądź taki mądry! – wrzasnęła rozgniewana nie na żarty. – Jak cię strzelę, to będziesz miał udar!

Chłopiec skulił się i popatrzał na nią spode łba. Przez otwarte okno dobiegła wrzawa – u sąsiadów była awantura. Stefana przyciągnęła krzesło i usiadła, twarz zakryła rękami.

Nikoła poczuł, jak żołądek mu się ściska. Zaraz się zacznie…

Jej ramiona zaczęły się trząść i rozpłakała się, najpierw bezgłośnie, potem coraz rzewniej, przełykając głośno łzy, chlipiąc, szlochając, walcząc o łyk powietrza po każdym przeciągłym „aaa-ach”, „aaa-ach”, „aaa-ach”, które chłopiec odbierał jak walnięcie w przeponę. Kaleka też zaczął ryczeć, kręcić się na krzesełku, gestykulować, o mało nie przewrócił talerza. Stefana dalej płakała mściwie i zawzięcie, dopóki nie zabrakło jej tchu. Potem wstała i bez słowa przyniosła z kuchni zupę. Napełniła chłopcu talerz, postawiła mu go pod nosem i poleciła:

– Jedz!

Nikoła przełknął.

– Ja… Nie jestem głodny.

– Co?

To pytanie smagnęło go jak bat. Wyobraził sobie, co będzie dalej, ale widok jedzenia rzeczywiście wzbudził w nim zupełnie niespodziewane mdłości.

– Nie jestem głodny! – powtórzył i skulił się w oczekiwaniu ciosu.

Odczekała dobrą chwilę, nim go zdzieliła w kark. Jeśli kara ma podziałać, to nie można się z nią spieszyć.

Jej ręka pozostawiła wyraźnie odbity ślad. Nikoła wydał stłumiony krzyk, ale się nie rozpłakał. Trzynastoletni chłopcy nie płaczą z powodu klapsa.

– Jedz! – powtórzyła.

Wziął do ręki łyżkę, jakby ważyła trzy tony, zamieszał zupę, powąchał…

– Nie… Nie mogę. Nieładnie pachnie.

Wuj wydał nieartykułowany dźwięk. Stefana aż podskoczyła i wybuchła:

– Nie wtrącaj się, jak nie masz do czego, słyszysz? Mam cię po dziurki w nosie, ty idioto! Po dziurki w nosie!

Georgi skulił się i przycichł. Stefana zwróciła się do syna, chwyciła go za ucho i nie szarpiąc ani nie podnosząc tonu, zaczęła mówić powolnym, równym głosem:

– Posłuchaj mnie uważnie. Dzisiaj przez dwie godziny gotowałam i harowałam dla was, zgrai leni i nierobów. Z miłością i cierpliwością. Ta zupa pachnie ładnie, słyszysz? Pachnie ładnie, bo została ugotowana z miłością. Powtórz!

– Zupa… pachnie…

Chłopiec pociągnął nosem i spróbował się wymknąć. Stefana nieco wzmocniła uścisk.

– Jak pachnie?

– Ładnie – chlipnął.

– A dlaczego pachnie ładnie?

– Bo… była gotowana… z miłością…

– Dobrze. To teraz jedz!

Nikoła niepewnie zanurzył łyżkę, pozwolił połowie spłynąć z powrotem do talerza, podniósł łyżkę do ust i zaczął ją znowu wąchać. Stefana postanowiła być cierpliwa i zaczęła w myśli liczyć.

– Za gorąca – powiedział, próbując śledzić jej ruchy kącikiem oka. – Musi wystygnąć.

– Nie jest za gorąca. I jest smaczna. Jedz!

Westchnął i wlał część zawartości łyżki do ust. Zaczął ją przemieszczać z jednej strony w drugą, żeby jeszcze trochę odsunąć wykonanie wyroku, ale pod nieustępliwym spojrzeniem matki poddał się i przełknął. Zupa spadła mu do żołądka jak kamień.

Stefana trochę się uspokoiła.

– Dalej. Chcę zobaczyć pusty talerz.

Przymknął oczy i nabrał następną łyżkę. Kolejny kamień w żołądku. I jeszcze jeden. I jeszcze…

Stefana już pomyślała, że bitwa została wygrana, gdy doszło do katastrofy. Kolejny kamień dołączył do poprzednich z łagodnym, lecz dźwięcznym pluśnięciem, które chłopiec wyraźnie usłyszał. Wyglądało, że wszystko idzie jak należy. I właśnie w tym momencie jego żołądek nieoczekiwanie przejawił własną, niezależną wolę. Zupa przekształciła się w tajfun, który wirując, poszybował w górę, chłopiec rozpaczliwie zacisnął szczęki, ale to nie pomogło. Talerz, już prawie pusty, ponownie napełnił się płynem o innym niż poprzednio kolorze i zapachu. Tryskająca z jego ust fontanna obficie zmoczyła lakierowany blat, potem dywan i nogi matki. Stefana odskoczyła i wrzasnęła, a może odwrotnie – wrzasnęła i odskoczyła. Kaleka w przypływie energii zdołał przewrócić swój talerz, i to do przodu. Optymistycznie żółte jarzynowe purée litościwie przykryło wyprodukowaną przez Nikołę pastelowo brunatną plamę. Na sekundę, a raczej ułamek sekundy w pokoju zapanowała całkowita, idealna cisza.

– To ci nie ujdzie na sucho! – świsnął ponownie głos Stefany. – To ci nie ujdzie na sucho!

Chłopiec siedział, bojąc się ruszyć. Głos matki miał nad nim bezwzględną i potężną władzę, działając jak paralizator. Stefana wiedziała o tym i odwlekała kolejny krok. Potrzebowała czasu, żeby wymyślić odpowiednią karę dla tej zbrodni.

Jej twarz, jeszcze przed chwilą zaczerwieniona, teraz zbladła w pełnym napięcia skupieniu. Kobieta trwała nieruchomo przez całą minutę, całkowicie zapomniawszy o wszystkim, co ją otaczało. Pozostali dwaj również tkwili nieruchomo jak blaszane sylwetki celów na strzelnicy. Tylko krzesło kaleki poskrzypywało zdradziecko, ale cichutko i potulnie, niemal łagodnie.

– Dobrze – powiedziała wreszcie Stefana, przy czym w jej głosie nie było słychać nic dobrego. – Kolacja się skończyła, wytrzyj stół i posprzątaj wszystko.

Chłopiec popatrzał na nią ze zdziwieniem. Życie przyzwyczaiło go do czegoś innego.

– Ale zostaw swój talerz – dodała, patrząc mu prosto w oczy. – Musisz tę porcję zjeść!

– Aaa! Aaa! – wybełkotał Georgi i o mało nie przewrócił krzesła.

– A ty marsz do siebie! – warknęła. – I ani mi się waż zesrać do łóżka! Sam będziesz potem sprzątał!

Po powrocie z pracy sędzia zastał syna śpiącego przy stole, przed wciąż jeszcze pełnym talerzem. Pozostali domownicy już leżeli. Ostrożnie wziął chłopca na ręce, zaniósł do jego pokoju, położył i okrył. Nie chciał go budzić. Potem poszedł do sypialni. Żona leżała jak zawsze odwrócona plecami i miarowo oddychała, ale wiedział, że nie śpi. Nigdy nie zasypiała przed jego powrotem.

– Dzisiaj przeszłaś samą siebie – powiedział półgłosem, rozbierając się. – Tego, co ugotowałaś, nawet koty nie zeżrą.

Stefana wcisnęła głowę w poduszkę i zaczęła płakać – cicho, prawie bezdźwięcznie, tak jak tylko ona umiała na zawołanie.

***

Głowacz zmierzył zebranych zadowolonym spojrzeniem. Sami mocni faceci od ciężkiej roboty – z kamieniołomów, cementowni, wydziału remontów ze Stacji Obsługi Rolnictwa. Lubił, kiedy otaczali go silni ludzie, w takim otoczeniu czuł się pewnie, wśród swoich. Ale nawet na ich tle wyróżniał się jak skała na kamienisku. Facet, którego się można przestraszyć, wzrostu niemal dwóch metrów, z potężną klatą i wystającym brzuchem, masywny, nadający się do wszystkiego, tylko nie do drobiazgów. Mimo warstw tłuszczu, jakim obrósł po porzuceniu aktywnego uprawiania sportu, znać było postawę byłego mistrza świata. Tutaj, w rodzinnej wsi, nie musiał niczego udowadniać – wszyscy go znali, wszyscy byli z niego dumni, wszyscy go akceptowali bez szukania dziury w całym. Lepiej pierwszy we wsi niż drugi w Sofii. Głowacz znał swoje miejsce.

Mimo chłodu wczesnego poranka czoło miał mokre od potu, a koszulę od piwa, dokładnie od dziewiętnastu piw. Wyciągnął rękę do tyłu i chwycił ostatnią, dwudziestą butelkę, którą ktoś usłużnie mu podał.

– Stanczo, daj lejek! – rozkazał krótko. A potem: – Ile mam jeszcze czasu?

– Około dwóch minut – odezwał się nieodmiennie mu towarzyszący Stanczo Abaz, suchy, pomarszczony i, jak zawsze, niespokojny jak kuna.

Chłopcy zaśmiali się z szacunkiem. Głowacz znowu coś wymyślił, żeby wszystkich zadziwić.

– Tę ostatnią wypiję przez lejek – oznajmił i odchylił głowę do tyłu. – Patrzcie.

Wsadził lejek do ust, nabrał głęboko powietrza i przechylił butelkę. Chłopcy powstawali z miejsc, żeby lepiej widzieć. Nie oszukiwał – wlał zawartość butelki bez zatrzymywania się, całkiem jakby wlewał do garnka. Wyciągnął lejek z ust, głośno beknął, otarł usta rękawem i postawił opróżnioną butelkę obok starych. Rozległ się triumfalny ryk.

– Zaraz, zaraz! – Stojko Lisior, wciąż jeszcze liczący na cud, wyciągnął szyję. – Jeszcze nie skończyliśmy, musi wytrzymać piętnaście minut bez sikania.

Głowacz popatrzył na niego kpiąco, wyciągnął papierosa, zapalił.

– Hej, Raczko – zawołał do karczmarza, który drzemał za ladą. – Daj jeszcze jedną kratę. Lisior zapłaci za obie.

– Jeszcze piętnaście minut. Jeszcze piętnaście minut – Lisior próbował protestować, ale zagłuszył go zbiorowy śmiech, machnął ręką i zaczął szukać pieniędzy po kieszeniach. – Już dobrze, niech ci będzie. Wygrałeś.

– Ja ten numer robiłem już wtedy, kiedyś ty lał w pieluchy, Lisior – powiedział lekceważąco Głowacz. – Nie złość się, nie jesteś pierwszy, który przegrywa ten zakład. No powiedz mu, Abaz.

Abaz cieniutko zachichotał, ale nic nie powiedział. Raczko, sapiąc, przyniósł skrzynkę piwa.

– Chłopcy, całą noc skaczę koło was, jak mi zagracie, ale wy też miejcie trochę sumienia. To ostatnia skrzynka, chyba już dosyć.

– Dosyć to możesz mówić, ale nie nam – odparł Głowacz i zmierzył go ołowianym spojrzeniem. – Dopóki płacimy, karczma jest nasza. No dawaj, pić się chce.

Stary popatrzał na niego spod oka, ale się nie odezwał. Odwrócił się i pokuśtykał z powrotem.

– I przynieś jakąś kiełbasę, bo nie ma czym zakąsić – rzucił za nim Głowacz. – Nie musisz krajać, mam tu scyzoryk.

Wyjął wielki myśliwski nóż, z którym się nigdy nie rozstawał, z rozmachem wbił go w stół. Pospadały butelki, rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Raczko spojrzał przez ramię, pokręcił głową i podreptał szukać kiełbasy.

Pierwsze promienie słońca padły na mały, lecz kształtny wiejski plac. Z niektórych podwórzy rozlegało się muczenie i beczenie, co skrzętniejsi gospodarze szykowali się do wyprowadzenia bydła na pastwisko. Nowy dom kultury, prezent od towarzysza Dencza Paładinskiego, najwybitniejszego syna Bratoewa, lśnił w słońcu jak wypolerowany. Zapowiadał się upalny dzień.

– Hej, to chyba ten milicjancik Wasko – zawołał któryś z kompanii. – Jak to się spieszy, udaje, że nas nie widzi.

Głowacz szybko się odwrócił, zwrócił zaczerwienione oczy we wskazanym kierunku.

– No. Udaje, bo ma w tym interes. Wasko, Wasko, chono tu! No chodź, do ciebie mówię! Nie udawaj głupiego, tylko chodź!

Wasko, nowy milicjant, jeszcze obcy we wsi, niemal podskoczył na dźwięk władczego głosu, poprawił czapkę, rozejrzał się, czy są dookoła jacyś ludzie, potem odwrócił się i potruchtał przed karczmę.

– Dzień dobry – bąknął nieśmiało. – O co chodzi, panie Głowacz?

– O co chodzi, tak? Ja ci mam mówić, czy ty mi powiesz? Co? No przypomnij sobie!

– Ja już przecież mówiłem…

– Tym, co ty mówiłeś, to najwyżej można sobie tyłek podetrzeć – przerwał mu Głowacz i spojrzał na wbity w stół nóż. – A co ja ci mówiłem? Pamiętasz? W Bratoewie nigdy Turków nie było i nie będzie! Masz wiedzieć, że to jest bułgarska wieś i tyle! Wyobrażasz sobie, że skoro cię tu przysłali z Prespanu, to już możesz nami rządzić, tak? Wczoraj znowu ściągnęliście tu cały autobus bisurmanów, żeby tylko ludzi denerwować…

– Kiedy spółdzielnia robi bokami, potrzeba rąk do pracy.

– Skoro potrzeba rąk do pracy, to znajdziecie Bułgarów, choćbyście mieli ich sprowadzać z zagranicy! – uciął Głowacz. Ktoś z kompanii zachichotał, ale Głowacz zmroził go spojrzeniem. – W tej wsi nigdy Turków nie było i nigdy nie będzie, czy to jasne?!

– Pojadę i złożę skargę!

– Do kogo ty pojedziesz, dupku jeden? – Głowacz wyciągnął rękę, złapał Waska za kurtkę i zaczął nim niedbale potrząsać. Poleciały guziki, milicyjna czapka spadła z głowy. – Komu złożysz skargę? Ja z towarzyszem Denczem co drugi miesiąc jestem na polowaniu, a gdyby zebrać całą rakiję, którą wypiłem z sędzią i Bratoewem z Prespanu, to jak nic byś się utopił. I takie coś jak ty będzie mnie straszyć!

Pchnął go od niechcenia i Wasko usiadł na ziemi. Głowacz pochylił się, wyciągnął z kraty butelkę piwa, otworzył ją zębami i podał chłopakowi.

– Napij się teraz piwa za swoje własne zdrowie, bo mogło się gorzej skończyć. A na przyszłość, kiedy będę coś mówił, to słuchaj uważnie, żebym nie musiał ci czyścić uszu. Zakąś sobie kiełbasą, żebyś nie myślał, żem skąpy.

Wasko, nie wstając z ziemi, zaczął pokornie pić piwo. Mężczyźni wokół milczeli z szacunkiem. Ten Głowacz to wielki Bułgar. Wielki.

***

– Dzisiaj jest czwartek, chyba nie zapomniałaś! – zawołała Sewda z kuchni. – Idź wcześniej, żebyś mi nie przyniosła samych kości jak w zeszłym tygodniu.

– A nie mogłabym iść jutro? – odezwała się Maria w nadziei na przechytrzenie złego losu. Tak strasznie nie lubiła robić zakupów.

– Nie udawaj dziecka! – zdenerwowała się matka. – Przecież wiesz, że mięso przywożą tylko raz w tygodniu. No idź już i przestań mnie denerwować.

– A Angeł nie mógłby kupić w mieście? Wielki śledczy, a nie może kupić kawałka mięsa!

– Idziesz wreszcie czy mam ci pomóc? Dorosła dziewucha, wstyd taką bić!

– Ale oni otwierają dopiero o czwartej… Jeszcze dwie godziny.

– A Cyganki czekają już od południa! Jeśli dalej się będziesz kłócić, to znowu niczego nie dostaniesz. Nie rozumiem, co za młodzież rośnie, na starość przyjdzie nam chyba umrzeć z głodu!

Maria zatrzasnęła wyświechtany czerwony tomik i ze złością rzuciła go w kwitnące pelargonie. Powlokła się do domu jak koza ciągnięta na sznurku. Złapała pierwszą torbę, jaka jej wpadła w ręce, zerknęła z roztargnieniem w lustro, odpięła jeszcze jeden guzik bluzki, potem go znowu zapięła, włożyła nowe buty i ruszyła w dół do cedetu.

Główny sklep w Prespanie, nazywany przez miejscowych dumnie cedetem, był starym i zniszczonym budynkiem liczącym dwa piętra plus jedno biurowe. Na poziom produktów spożywczych, ukryty przed ciekawskimi spojrzeniami pod ziemią, docierało się po wygładzonych przez tysiące stóp stopniach z lastriko, prowadzących od głównego wejścia, lub też przez tylne wejście, przewidziane dla dostaw, ale regularnie wykorzystywane jako jedyny praktyczny sposób wchłonięcia ludzkiej masy, gromadzącej się tu w każdy czwartek, kiedy do sklepu dostarczano mięso. Pusty placyk na tyłach sklepu – prostokątny, zadeptany kawałek ziemi, pokryty latem czarnym pyłem, a jesienią i zimą rzadkim błotem, zmieszanym z żużlem i popiołem, raz w tygodniu wypełniał się czymś przypominającym wielogłową ludzką hydrę, leniwo-niezadowoloną, drapieżną i głodną. Przez długie lata czekający klienci i kierownictwo sklepu opracowywali, stosowali, wypróbowywali i odrzucali liczne taktyki wzajemnego wyprowadzania się w pole: od czekania całymi rodzinami w sytuacji, gdy jedna osoba mogła kupić dwa kilo mięsa, przez sporządzanie szczegółowych (i bezużytecznych) list z nazwiskami i numerkami, aż po groźby zaprowadzenia porządku za pomocą zimnego prysznica ze strażackiej sikawki. Hydra była nieposkramialna i niezniszczalna, wbrew urzędniczym pomysłom, wbrew irytacji władz, nawet wbrew frustracji tworzących ją ludzi. Koniec końców zawsze wygrywała taktyka szybkich nóg i mocnych łokci – i w miarę upływu czasu mieszkańcy Prespanu nauczyli się przezwyciężać wszelkie skrupuły, bez skrępowania przekształcając mięsne zakupy w swoisty sport, podporządkowany jedynej, starej, wypróbowanej i sprawiedliwej zasadzie głoszącej „kto pierwszy, ten lepszy”. Głód odczuwany przez hydrę nie pozwalał jej na nic innego.

Maria podeszła powoli do placyku i, nauczona doświadczeniem, poszukała wzrokiem jakiejś znajomej twarzy z nadzieją wepchnięcia się nieco dalej. Szanse były niewielkie, a numer zbyt oklepany, ale czasem ludzie go dopuszczali, zwłaszcza gdy w grę wchodziły dzieci. Ona już oczywiście nie wyglądała na dziecko, ale spróbować zawsze warto.

Tym razem bez skutku. Westchnęła i stanęła na końcu. Przed nią było jakieś trzydzieści osób, w większości Cyganki w szarawarach, które szybkimi ruchami zmieniały na równie kolorowe spódnice, przeznaczone specjalnie do robienia zakupów. Kobiet w szarawarach, ma się rozumieć, w sklepie nie obsługiwano.

Na szczęście zbliżała się jesień i upał zaczął powoli ustępować przed czymś, co było znośniejsze, pastelowe, łagodne i rozmarzone. Słońce jeszcze prażyło, ale jego siła zaczynała się wyczerpywać, teraz już nie piekło, tylko raczej głaskało i ogrzewało, coś rzadko spotykanego w tym kraju, przywykłym do kontrastów pozbawionych półtonów. Tłum stopniowo narastał, ludzie podchodzili, nieufnie spoglądali na innych, próbując z góry ocenić własne szanse w zawodach, obwąchiwali się jak psy, pełni podejrzliwości i sportowej zawiści, spięci, milczący, gotowi. Napięcie stopniowo rosło, tłum zaczął stopniowo nabierać własnej woli, niezależnej od woli jednostek wchodzących w jego skład, podobny do ogromnego leniwego potwora, powoli budzącego się ze snu.

– Za pięć czwarta – oznajmił ktoś po długim i milczącym wyczekiwaniu. Wszyscy zajęli pozycję wyjściową do bliskiego szturmu. Gdzieś z przodu dwie Cyganki zaczęły się kłócić i okładać ciężkimi torbami. Potem złapały się za włosy i zawyły jak wilki, ale właśnie gdy wszystko zapowiadało się naprawdę interesująco, w głębi rozległ się szczęk ogromnej kłódki, którą otwierał portier Iwanczo, pobrzękując ciężkim pękiem kluczy. Tłum zjeżył się i skamieniał. Zbliżał się decydujący moment.

– Otwarte – oznajmił głośno Iwanczo i zręcznie odskoczył w bok, robiąc przejście. Hydra uruchomiła mięśnie i ruszyła.

Skrzydła masywnych drewnianych drzwi, naprawianych i wzmacnianych dziesiątki razy, odskoczyły jak nasiona dmuchawców uniesione porywem wiatru. Brzęknęło rozbite okno, pod nogami ludzi zazgrzytały drobiny szkła, ale mowy nie było, żeby uważać, wszyscy napierali do środka, to decydujący moment, teraz albo nigdy. Maria nagle uświadomiła sobie, że pantofle na wysokim obcasie są całkowicie nieodpowiednie na to miejsce i czas, ale było za późno. Ze wszystkich stron ściskała ją obręcz spoconych, napiętych ludzkich ciał, pchających się z dziką desperacją do przodu i tylko do przodu. Jeden z obcasów zakleszczył się w metalowej kratce odpływowej niedaleko drzwi, spróbowała się zatrzymać, ale tłum poniósł ją jak piórko, zostawiając zdeptany bucik. „Trzydzieści lewów”, pomyślała w rozpaczy, „trzydzieści lewów”, ale w tej samej chwili jakaś twarda dłoń złapała ją za tyłek i zaczęła go bezlitośnie międlić. Spróbowała się odwrócić, by wzrokiem zmrozić natręta, ale to też było niemożliwe, teraz już sunęła jak we śnie długim korytarzem prowadzącym do pomieszczenia sklepowego, półprzytomna, osłabła, niemal wyzuta z jakichkolwiek odczuć. Na szczęście dwudziestometrowa korytarzowa tortura wreszcie się skończyła, tłum wepchnął ją ledwie żywą do sali. Zawody toczyły się dalej bez niej, w wolnym stylu, każdy sam dla siebie. Do upragnionego stoiska z mięsem pozostawało dziesięć metrów. Maria przysiadła na zimnej betonowej podłodze, opuściła głowę na podkurczone kolana i rozpłakała się.

Ostatni szczęśliwcy opuszczali już pole bitwy, przyciskając do piersi drogocenne krwawe pakunki, gdy nagle uświadomiła sobie, że nic nie kupiła. Ta myśl przeszyła ją jak cienkie ostrze, zerwała się w przestrachu i pokuśtykała do lady, ale tam oczywiście nic już nie było. Kilku pechowców, którzy zakończyli szturm z pustymi rękami, próbowało wyładować swój gniew na masarzu, ale on, od dawna przywykły do takich scen, nie zwracał na nich najmniejszej uwagi i pociągał trzymanego w zakrwawionych palcach i zasłużonego po tym całym napięciu papierosa. Maria już całkiem przygasła.

Powlokła się z powrotem ku wyjściu, wydostała zdeptany but, obejrzała go krytycznym wzrokiem. Obcas był złamany, ale może da się go naprawić. Włożyła buty do torby na zakupy, przerzuciła ją przez ramię i ruszyła do domu bocznymi uliczkami, gdzie nie groziło jej spotkanie z nikim znajomym.

Całą uwagę skupiła na próbach omijania ostrych kamieni i odłamków szkła, którymi usiana była pylista uliczka prowadząca wzdłuż rzeki. Pewnie dlatego go nie usłyszała.

– Maria, Maria!

Głos rozległ się za jej plecami, omal nie krzyknęła ze strachu i instynktownie podniosła rękę, żeby się zasłonić. Potem go poznała i tak się wściekła, że prawie mu przywaliła torbą. Dostrzegł w jej oczach gniew i przezornie odskoczył.

– Aleś mnie przestraszył, ty idioto! Czemu się skradasz jak jakiś…

Zaczęła szukać słowa, ale zobaczyła jego oczy – pokorne, wielkie i wilgotne. Gniew jej raptownie przeszedł.

– Czego chcesz? – spytała nieco łagodniej i zerknęła, czy nie ma naokoło jakichś ludzi. Gdyby zobaczyli, że rozmawia z Cyganem…

Zapomniała, jak on ma na imię, ale i bez tego czuła się głupio. Na szczęście uliczka była pusta i to ją nieco uspokoiło. A i w mruganiu tych jego rzęs było tyle pokory…

– Co ty, język połknąłeś?

Zamiast odpowiedzi sięgnął do trzymanej w ręce torby i w milczeniu podał jej jakiś przedmiot, starannie zawinięty w papier. Maria cicho krzyknęła i zrobiła krok do tyłu.

– Co to jest?

– Mięso. Właśnie kupiłem.

Ledwie zdołała ukryć obrzydzenie. Jeść mięso, którego dotykał Cygan! Wydało jej się to takie wstrętne, że aż się mimowolnie skrzywiła.

– Łata wołowa. Świeżutka – dodał. Twarz mu wyraźnie przybladła.

– Nie chcę jej – palnęła.

I potem, po krótkim wahaniu:

– Dziękuję.

Minęła jakaś minuta w całkowitym milczeniu. Chłopiec ciągle trzymał paczkę w rękach. W jednym miejscu papier przemókł i drobne różowe kropelki kapały bezgłośnie na ziemię. Maria czuła coraz większy niepokój, ale coś w środku nie pozwalało jej ot tak wykręcić się na pięcie i odejść.

– Widzę, że się wykurowałeś. Nawet nie kulejesz – powiedziała wreszcie.

– Facet bez rany to żaden facet – odparł. Lewe oko wciąż strzelało mu w bok.

– Byłeś w szpitalu?

Tylko parsknął, całkiem jak koń. Potem podszedł bliżej. Cofnęła się, rozejrzała się niespokojnie. Chłopak sięgnął po jej torbę. Maria prawie krzyknęła, zaczęła się opierać, ale on złapał ją mocno za rękę, odsunął i zgrabnie wsunął do torby paczkę z mięsem. Rana na ręce zabolała ją tak, że mimowolnie syknęła. Odwrócił jej dłoń i uważnie się przyjrzał.

– Od czego to? – Wskazał na ranę.

– Nie twój interes!

Potem nagle się zawstydziła.

– Od gąsiorów. Tych, co chodzę po wodę. Takie mają zadziory.

– Aha…

Jego palce lekko musnęły jej ramię. Poczuła dreszcz.

– Nie dotykałem go – powiedział i zrobił krok w tył. – Tego mięsa. Tylko przez papier…

Teraz nagle zrobiło jej się bardzo gorąco.

– Kiedy ja…

Coś ją zakręciło w nosie, mocno wciągnęła powietrze, żeby przeszło. Czuła, że jej ręce są nieznośnie ciężkie i jakieś niezgrabne, nieprzydatne. Odruchowo próbowała je schować, sięgnęła do kieszeni spódniczki, znalazła pognieciony banknot i wyciągnęła go do chłopca, rozglądając się przez ramię. Boże, oby ich tylko nikt nie zobaczył!

Odwrócił się do niej plecami i poszedł. Chciała iść za nim, coś do niego zawołać, ale się nie odważyła. Za rzeką były domy, ktoś ją mógł usłyszeć…

***

– Towarzysze, proszę o całkowitą uwagę! Mamy do dyspozycji zaledwie godzinę, a na mnie czekają jeszcze trzy takie wykłady. Sytuacja w kraju wymaga czujności i nie powinniście o tym zapominać!

Lektor z Sofii, młody człowiek z dyskretnie zarysowanym brzuszkiem i bujną, starannie uczesaną czupryną, z uwagą rozłożył na czerwonym suknie stołu przywiezione przez siebie teczki. Salę konferencyjną domu partii w Tymenie szczelnie wypełniali przybyli z całego okręgu aktywiści, powietrze było ciężkie i niemal dawało się krajać, ale towarzysz z Sofii nie pozwolił otworzyć ani jednego okna. Sala zajmowała parter masywnego budynku, przez przezroczyste firanki widać było przechodniów.

– Nie będę was zajmował konkretnymi faktami, od tego są biuletyny, które regularnie otrzymujecie – zaczął. – Po zamachach na dworcu Bunowo i w cukierni w Sliwenie przedsięwzięto wszystkie możliwe kroki mające na celu uzdrowienie sytuacji, ale oczywiście nie da się całkowicie wykluczyć dalszych aktów terrorystycznych. Wróg nie śpi, towarzysze. Wróg nie śpi.

Nalał sobie wody ze szklanej karafki i wypił ją łapczywie, wielkimi łykami. Potem ciągnął:

– Jak