Rehab - Wiktor Osiatyński - ebook
Opis

Alkoholizm jest chorobą i trzeba uzmysłowić to sobie z całą jasnością i wszelkimi konsekwencjami takiej diagnozy. Chorobą, którą można jednak pokonać, choć nie należy to do zadań łatwych. Nie wystarczy bowiem przestać pić – nawet trzeźwy pozostaje alkoholikiem...

„Myślałem do dzisiaj, że moje życie to praca przerywana okresami pijaństwa. A przecież mogę widzieć swoje życie jako pijaństwo czasem przerywane okresami pracy”, napisał autor.
Rehab to przesłanie, świadectwo dla wszystkich, którzy borykają się z alkoholizmem, a także dla tych, którzy starają się tę chorobę zrozumieć. To książka o problemach czekających osobę, która chce przestać pić, o pytaniach, które musi sobie zadać, o odpowiedziach, które musi znaleźć, i o nadziei na poprawę. Pokazuje, jak trudne i powolne jest dochodzenie do prawdy o samym sobie, jak zdradliwy i podstępny potrafi być własny umysł. Z całą surowością demaskuje ludzkie słabości, a zwłaszcza słabości alkoholika. Ale daje wiarę i wskazuje drogę wyjścia.

Nagrodzona w IV konkursie miesięcznika i wydawnictwa Znak im. księdza Józefa Tichnera w kategorii publicystyki lub eseistyki na tematy społeczne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 210

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne An­drzej Ba­rec­ki

Wy­da­nie I

Co­py­ri­ght © by Wik­tor Osia­tyń­ski, War­sza­wa 2003

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two ISKRY, War­sza­wa 2003

ISBN 978-83-244-0266-3

Wy­daw­nic­two ISKRY, ul. Smol­na 11, 00-375 War­sza­wa

Dział han­dlo­wy: tel./faks (0-22) 827-33-89

e-mail:iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Przy­go­to­wal­nia: No­tus, War­sza­wa

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

We wto­rek o wpół do pią­tej po po­łu­dniu wy­siadł z au­to­bu­su na dwor­cu w nie­zna­nym mu ma­łym mia­stecz­ku. Miał go spo­tkać kie­row­ca z ta­blicz­ką „Far­ma” w ręku. Trud­no mu dziś, po la­tach, przy­po­mnieć so­bie, co wte­dy czuł. Chy­ba pust­kę. Może nie­po­kój i zmie­sza­nie. Przez chwi­lę chy­ba na­wet ucie­szył się, że nikt nie cze­kał. Może po­my­ślał, że bę­dzie mógł z czy­stym su­mie­niem wró­cić do No­we­go Jor­ku i nie za­wra­cać so­bie wię­cej tym gło­wy.

Od kil­ku dni za­sta­na­wiał się, po co w ogó­le ma tam je­chać. Prze­cież już nie miał pro­ble­mu, sam so­bie po­ra­dził. Od ostat­nie­go razu, 22 kwiet­nia, mi­nę­ło pra­wie pięć mie­się­cy. W tym cza­sie wy­kła­dał na uni­wer­sy­te­tach w Los An­ge­les i San Fran­ci­sco, przy­go­to­wał po­waż­ną pra­cę na­uko­wą, a póź­niej, gdy znów zo­stał sam w No­wym Jor­ku, pi­sał książ­kę. Wła­śnie skoń­czył ją nad ra­nem, prze­spał się go­dzi­nę, za­wiózł ma­szy­no­pis do wy­daw­cy i wsiadł do au­to­bu­su.

Wszyst­kie książ­ki za­wsze koń­czył nad ra­nem. Spał krót­ko albo w ogó­le nie spał i za­no­sił ma­szy­no­pis. Był dum­ny z pra­cy, z jej re­zul­ta­tu, a zwłasz­cza ze zmę­cze­nia. Z wy­trwa­ło­ści, któ­ra po­zwa­la­ła mu od­izo­lo­wać się od świa­ta i pi­sać. Trzy ty­go­dnie, mie­siąc, pół­to­ra. Wte­dy wie­rzył, że ma sil­ną wolę i cha­rak­ter. Re­dak­to­rom, któ­rzy za­zwy­czaj nie kry­li zdu­mie­nia, że tak szyb­ko przy­niósł nową książ­kę, chęt­nie mó­wił o swo­im wy­sił­ku, o zmę­cze­niu. Sły­nął z pra­co­wi­to­ści. Zy­ski­wał apro­ba­tę, czuł się po­dzi­wia­ny. Wte­dy szedł do ka­wiar­ni i za­ma­wiał zim­ne piwo. Miał w ustach su­chy, me­ta­licz­ny po­smak z nie­wy­spa­nia i zmę­cze­nia, i choć nie lu­bił piwa, wie­dział, że po­pra­wi mu na­strój. Po­tem pił dru­gie piwo i zja­dał ka­nap­kę. Póź­niej wy­pi­jał ko­niak albo wód­kę. Pierw­szą, dru­gą, trze­cią. Czuł, jak wy­cho­dzi z nie­go zmę­cze­nie i wcho­dzi weń ener­gia. Ener­gia ży­cia, zu­peł­nie inna niż ener­gia pra­cy. Roz­luź­nio­na ener­gia za­słu­żo­ne­go urlo­pu. Ma­wiał, że jed­ni jeż­dżą na urlop do Za­ko­pa­ne­go albo Mię­dzyz­dro­jów, a on do knaj­py. Bo musi wy­ci­szyć mózg. Na pla­ży bez prze­rwy my­śli, co moż­na by było o tej pla­ży na­pi­sać. W gó­rach – że po­wi­nien coś na­pi­sać o gó­rach. A jak pije, to o ni­czym nie my­śli. I ro­zum mu wy­po­czy­wa. A do­kład­niej, po ty­go­dniu, dwóch albo na­wet i sze­ściu, gdy wy­pocz­nie i już do­sta­tecz­nie się ze­świ­ni, tak że fi­zycz­nie i psy­chicz­nie bę­dzie mu trud­no znieść cię­żar dal­sze­go pi­cia, wte­dy wra­ca do pra­cy, żeby się uczło­wie­czyć. Ma­wiał, że naj­bar­dziej twór­czą siłą, jaką zna, są wy­rzu­ty su­mie­nia.

Tego ran­ka za­miast na piwo po­szedł na dwo­rzec au­to­bu­so­wy. W dro­dze czy­tał bro­szur­ki, któ­re mu przy­sła­no do No­we­go Jor­ku po uzgod­nie­niu daty przy­jaz­du na Far­mę. Wry­ło mu się w pa­mięć zda­nie z jed­nej z nich: „Zda­je­my so­bie spra­wę, że le­cząc al­ko­ho­lizm, le­czy­my je­dy­nie ze­wnętrz­ne ob­ja­wy, a nie isto­tę cho­ro­by”. Zdzi­wi­ło go, że naj­więk­sze re­stryk­cje do­ty­czy­ły le­karstw. Wszyst­kie, na­wet za­pi­sa­ne przez le­ka­rza, trze­ba było zde­po­no­wać w biu­rze. Leki, uzna­ne za nie­zbęd­ne przez miej­sco­we­go le­ka­rza, mia­ły być wy­da­wa­ne przez pie­lę­gniar­ki. Przy so­bie moż­na było mieć tyl­ko ni­tro­gli­ce­ry­nę, je­śli ko­muś gro­ził za­wał.

Zdzi­wi­ło go to, ale nie za­nie­po­ko­iło, bo le­ków nie uży­wał. Zwró­cił uwa­gę na re­gu­la­min. Przez pierw­szy ty­dzień nie miał pra­wa do ćwi­czeń fi­zycz­nych, spa­ce­rów i od­wie­dzin. Po ty­go­dniu wręcz wska­za­ne były od­wie­dzi­ny przez ro­dzi­nę, ale jego ro­dzi­na była da­le­ko. Miał pra­wo do trzech roz­mów te­le­fo­nicz­nych ty­go­dnio­wo, ale per­so­nel mógł ogra­ni­czyć na­wet tę licz­bę. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by ja­kaś ścia­na dzie­li­ła Far­mę od resz­ty świa­ta. We­wnątrz też zresz­tą były licz­ne ogra­ni­cze­nia. Ostrze­ga­no go mia­no­wi­cie, że po kil­ku dniach akli­ma­ty­za­cji może za­cząć sil­nie od­czu­wać ta­kie emo­cje, jak sa­mot­ność, czu­łość czy ro­man­tycz­ny na­strój. Może po­czuć za­cie­ka­wie­nie lub po­ciąg do ko­goś. Pod­da­nie się ta­kie­mu uczu­ciu zni­we­czy cały wy­si­łek, jest więc su­ro­wo wzbro­nio­ne. Zmar­twił się, bo pod­świa­do­mie chy­ba li­czył na ja­kąś przy­go­dę.

Wszyst­ko to zro­dzi­ło w nim nie­po­kój, któ­ry na­si­lił się, gdy na dwor­cu nie spo­tkał ni­ko­go z Far­my. Za­te­le­fo­no­wał z au­to­ma­tu. Do­wie­dział się, że kie­row­ca za­raz przy­je­dzie. Wszedł do skle­pu na­prze­ciw dwor­ca. Ku­pił fla­ne­lo­wą ko­szu­lę w czer­wo­ną kra­tę, trzy cie­płe pod­ko­szul­ki, bor­do­wą blu­zę i sza­rą pi­ko­wa­ną ka­mi­zel­kę. Póź­niej zdał so­bie spra­wę, że te za­ku­py nie były przy­pad­ko­we.

Przy­je­chał kie­row­ca. Przed dwo­ma laty sam był pa­cjen­tem, a te­raz pra­cu­je na Far­mie jako czło­wiek do wszyst­kie­go. W. za­py­tał, czy tam le­czą lżej­sze przy­pad­ki, bo już od daw­na w ogó­le nie pił. Kie­row­ca po­wie­dział, żeby W. się nie oba­wiał, po­przed­nie­go dnia przy­wiózł ze sta­cji go­ścia, któ­ry od trzy­na­stu lat nie miał al­ko­ho­lu w ustach i też przy­je­chał się le­czyć. Tego W. nie mógł zro­zu­mieć.

Je­cha­li oko­ło dwu­dzie­stu mi­nut krę­tą dro­gą pod górę. Za­trzy­ma­li się na par­kin­gu koło szpi­ta­la. Po­szli do biu­ra w su­te­re­nie in­ne­go bu­dyn­ku. Tam prze­jął go Ben, któ­ry aku­rat peł­nił noc­ny dy­żur. Ben był bar­dzo po­waż­ny i jak­by lek­ko usztyw­nio­ny. Upew­nił się, że W. nie ma przy so­bie le­karstw, i po­wtó­rzył za­sa­dy re­gu­la­mi­nu. Po­wie­dział, że o 8.45 wie­czo­rem moż­na zjeść ka­nap­ki, lody, ciast­ka i owo­ce. Od je­de­na­stej obo­wią­zu­je ci­sza noc­na. Ben za­py­tał re­to­rycz­nie, co W. tu spro­wa­dza. Za­cie­ka­wił się, ja­kie książ­ki W. pi­su­je, ale nie chciał wcho­dzić w szcze­gó­ły. Po chwi­li roz­mo­wy po­wie­dział, że W. bę­dzie w gru­pie te­ra­peu­tycz­nej nu­mer 1, pro­wa­dzo­nej przez Lin­dę. Jego mo­ni­to­rem zo­sta­nie Ann. Ben za­pi­sał to na kar­tecz­ce, a po­tem po­ka­zał W. wstęp­ną umo­wę mię­dzy pa­cjen­tem a za­kła­dem. Czte­ry punk­ty były wy­dru­ko­wa­ne, ta­kie same dla wszyst­kich: musi cho­dzić na wy­kła­dy i na wszyst­kie inne za­ję­cia; po­wi­nien prze­czy­tać „Wiel­ką księ­gę”, za­czy­na­jąc od roz­dzia­łu pią­te­go, któ­ry musi prze­czy­tać w cią­gu pierw­sze­go ty­go­dnia; ma utrzy­my­wać w czy­sto­ści swo­ją po­ło­wę po­ko­ju oraz spę­dzać jak naj­wię­cej cza­su w sa­lo­ni­ku „oma­wia­jąc z in­ny­mi pa­cjen­ta­mi zda­rze­nia, któ­re do­pro­wa­dzi­ły go do przy­jaz­du na Far­mę”. Pod tym Ben do­pi­sał punkt pią­ty, spe­cjal­nie dla nie­go: „Roz­ma­wiaj z in­ny­mi pa­cjen­ta­mi o kon­kret­nych przy­pad­kach, kie­dy pi­cie po­wo­do­wa­ło pro­ble­my w two­im ży­ciu”. Ben sam pod­pi­sał umo­wę i pod­su­nął ją W. Na­stęp­nie uści­snął mu rękę, mó­wiąc: We­lco­me abo­ard, czy­li „Wi­taj na po­kła­dzie”. Dał mu no­tat­nik i „Wiel­ką księ­gę”, czy­li gru­bą książ­kę w nie­bie­skiej płó­cien­nej okład­ce, za­ty­tu­ło­wa­ną „Al­co­ho­lics Ano­ny­mo­us”. Na ko­niec po­wie­dział, że sam też jest al­ko­ho­li­kiem i rów­nież się tu le­czył, po czym za­pro­wa­dził go do po­ko­ju nu­mer 55.

Po­kój znaj­do­wał się w dłu­gim par­te­ro­wym ba­ra­ku, jed­nym z dwu, ja­kie sta­ły pro­sto­pa­dle do głów­ne­go, trzy­pię­tro­we­go bu­dyn­ku, w któ­rym mie­ści­ły się biu­ra, po­ko­je le­ka­rzy, sa­lo­nik i ta­ra­sy, gdzie prze­sia­dy­wa­li pa­cjen­ci. W po­ko­ju sta­ły dwa łóż­ka, po­dzie­lo­na na dwie czę­ści sza­fa, dwie szaf­ki noc­ne; była tam też ła­zien­ka z prysz­ni­cem. Nie było te­le­wi­zo­ra ani ra­dia. Współ­lo­ka­to­rem oka­zał się Dole, czter­dzie­sto­let­ni Mu­rzyn, przy­ja­zny, ale nie­zbyt roz­mow­ny.

W. roz­pa­ko­wał tor­bę i po­szedł do sa­lo­ni­ku. Było tam dużo dymu pa­pie­ro­so­we­go; jed­ni czy­ta­li, inni roz­ma­wia­li, jesz­cze inni coś pi­sa­li w ze­szy­tach. Czuł nie­wi­dzial­ną ba­rie­rę mię­dzy sobą a po­zo­sta­ły­mi, ale nie mógł jej prze­ła­mać. Gdy ktoś go o coś za­py­tał, od­po­wia­dał zdaw­ko­wo. W ja­dal­ni, przy ka­nap­kach, gdy zo­ba­czył, jak do­ro­śli męż­czyź­ni obej­mu­ją się, po­zo­sta­jąc dość dłu­go w uści­sku, po­czuł obrzy­dze­nie. Tro­chę na­słu­chi­wał roz­mów, któ­re pro­wa­dzi­li inni. Nie­wie­le do nie­go do­cie­ra­ło. A już zu­peł­nie nie po­tra­fił za­cząć roz­mo­wy z in­ny­mi pa­cjen­ta­mi o tym, że pi­cie spo­wo­do­wa­ło pro­ble­my w jego ży­ciu.

Dużo my­ślał o tym, co po­wie­dział Ben: „Ja też je­stem al­ko­ho­li­kiem”. Ubo­dło go to „też”. Owszem, przy­zna­wał, że ma pro­blem. Na spo­tka­niach AA przed­sta­wiał się tak jak inni: „Na imię mam W. i je­stem al­ko­ho­li­kiem”, ale od ja­kie­goś cza­su już nie był o tym tak bar­dzo prze­ko­na­ny jak wio­sną. Czyż nie dał so­bie rady przez ostat­nie mie­sią­ce? Po­dob­nie uwa­ża­li lu­dzie z jego oto­cze­nia, prze­waż­nie też pi­sa­rze, dzien­ni­ka­rze, na­ukow­cy. „Po co ci ta ku­ra­cja? Sko­ro tak dłu­go nie pi­jesz, to nie je­steś al­ko­ho­li­kiem. Prze­cież masz sil­ną wolę” – prze­ko­ny­wa­li.

On też tak uwa­żał. Tak­że póź­niej czę­sto roz­pa­mię­ty­wał, dla­cze­go w ogó­le po­je­chał na Far­mę. Po sie­dem­na­sto­dnio­wym cią­gu w Wa­szyng­to­nie ktoś do­ra­dził mu, by spo­tkał się z Ji­mem, dy­rek­to­rem jed­nej z wiel­kich kor­po­ra­cji w No­wym Jor­ku. Jim naj­pierw za­py­tał o jego pro­ble­my. Chwi­lę słu­chał, po czym prze­rwał i po­wie­dział, żeby W. się nie mar­twił, bo on sam przez to prze­cho­dził, jak ty­sią­ce in­nych lu­dzi. Opo­wie­dział o so­bie. Gdy mó­wił o uczu­ciu sa­mot­no­ści, o po­czu­ciu winy i wsty­dzie, z któ­ry­mi bu­dził się każ­de­go ran­ka, o lęku, z ja­kim re­ago­wał na dźwięk te­le­fo­nu – W. uświa­do­mił so­bie, że on sam też mie­wał po­dob­ne uczu­cia. Po­tem Jim po­wie­dział, że już od sze­ściu lat czu­je się in­a­czej. W po­łu­dnie za­pro­wa­dził go na mi­tyng AA, a po­tem za­pro­po­no­wał, by W. po­je­chał na czte­ry ty­go­dnie na Far­mę. To wła­śnie tam Jim po­wró­cił do ży­cia.

W. nie mógł je­chać, bo mu­siał pra­co­wać i opie­ko­wać się ro­dzi­ną, któ­ra przy­je­cha­ła na trzy mie­sią­ce w od­wie­dzi­ny. Jim po­wie­dział, że nic nie szko­dzi, bę­dzie mógł to zro­bić, gdy ro­dzi­na wy­je­dzie. W. nie miał jed­nak ubez­pie­cze­nia ani pie­nię­dzy na ku­ra­cję, któ­ra kosz­to­wa­ła bli­sko czte­ry ty­sią­ce do­la­rów. Po kil­ku dniach Jim za­dzwo­nił z wia­do­mo­ścią, że zo­sta­nie przy­ję­ty bez pie­nię­dzy, bę­dzie mógł zwró­cić na­leż­ność za ku­ra­cję w przy­szło­ści. Na ra­zie ma nie pić, cho­dzić na spo­tka­nia AA i co ja­kiś czas dzwo­nić do Jima. W. cho­dził raz lub dwa razy w ty­go­dniu i słu­chał, jak al­ko­ho­li­cy opo­wia­da­li o kosz­ma­rze pi­cia i ra­do­ści trzeź­wie­nia. Po dzie­więć­dzie­się­ciu dniach W. miał sam opo­wie­dzieć o so­bie. Po­wie­dział, że już nie pije, pi­sze książ­kę, czu­je się do­brze i pew­nie, ale wciąż cho­dzi do AA, bo dzię­ki temu, co tu sły­szy, nadal boi się pić. Gdy się dłu­żej nie od­zy­wał, Jim te­le­fo­no­wał do nie­go. Nie na­le­gał, tyl­ko py­tał, jak W. się czu­je i czy jest już go­tów. Nie był. Gdy ro­dzi­na wy­je­cha­ła, waż­niej­szy był kon­trakt na książ­kę, któ­ry pod­pi­sał z ame­ry­kań­skim wy­daw­cą. Na po­cząt­ku wrze­śnia nie miał już po­wo­dów, by od­wle­kać wy­jazd. Tyl­ko że już nie uwa­żał ku­ra­cji za nie­zbęd­ną. Prze­cież do­sko­na­le so­bie ra­dził, zwłasz­cza za­wo­do­wo.

Dziś W. jest prze­ko­na­ny, że po­je­chał na Far­mę, bo nie po­tra­fił po­wie­dzieć Ji­mo­wi „nie”. Czuł się zo­bo­wią­za­ny jego bez­in­te­re­sow­ną tro­ską i po­mo­cą. Jim zro­bił dla nie­go tak wie­le, że W. czuł­by się nie­wdzięcz­ni­kiem, gdy­by nie po­je­chał. Bał się dez­apro­ba­ty Jima. Ale wów­czas jesz­cze o tym nie wie­dział, bo nie po­tra­fił się przy­znać przed sa­mym sobą do tego lęku. Uza­sad­nił swo­ją de­cy­zję in­a­czej. W Ame­ry­ce do­ku­cza­ła mu sa­mot­ność, miał na­dzie­ję, że na Far­mie po­zna ko­goś cie­ka­we­go, może ja­kąś dziew­czy­nę. Uznał też, że ku­ra­cja prze­cież mu nie za­szko­dzi, na­wet je­śli jej nie po­trze­bu­je. Zwłasz­cza że nie­dłu­go miał wra­cać do Pol­ski, gdzie wszy­scy na­ma­wia­ją do pi­cia, a więc do­brze bę­dzie tro­chę się wzmoc­nić. Ale przede wszyst­kim wie­rzył, że przy­wie­zie stam­tąd książ­kę. Prze­cież był re­por­te­rem, zbie­rał te­ma­ty po ca­łym świe­cie, szko­da zmar­no­wać taką oka­zję. Zresz­tą tak­że zna­jo­mi, któ­rzy wąt­pi­li w po­trze­bę ku­ra­cji, apro­bo­wa­li po­mysł wy­jaz­du, gdy tyl­ko wspo­mi­nał o pla­nach li­te­rac­kich.

I cho­ciaż sam się tro­chę bał tych pla­nów i do koń­ca nie wie­dział, dla­cze­go i po co zna­lazł się na Far­mie, po­sta­no­wił pro­wa­dzić dzien­nik. Wie­czo­rem w dniu przy­jaz­du za­pi­sał:

Sko­ro nie je­stem z de­tok­su i pra­wie pięć mie­się­cy nie pi­łem, to dla­cze­go tu w ogó­le przy­je­cha­łem?

Al­ko­ho­lizm to rak du­szy.

(Po­tem to zda­nie skre­ślił).

Nie igrać z emo­cja­mi.

Dziś już nie pa­mię­ta, czy od razu za­snął.

DZIEŃ PIERW­SZY, ŚRO­DA

Przez cały dzień czuł prze­moż­ną sen­ność. Wstał o 5.45, nig­dy tak wcze­śnie nie wsta­wał. Śnia­da­nie było o 6.30. Każ­dy pod­cho­dził do bu­fe­tu i wy­bie­rał so­bie, co chciał. Jaj­ka na kil­ka spo­so­bów: sa­dzo­ne, go­to­wa­ne, ja­jecz­ni­ca – z szyn­ką, be­ko­nem albo kieł­ba­są. Kil­ka­na­ście ro­dza­jów płat­ków śnia­da­nio­wych, róż­ne owo­ce, soki, trzy ro­dza­je mle­ka: tłu­ste, pół­tłu­ste i bez tłusz­czu, kawa, wie­le ro­dza­jów her­bat – na­tu­ral­nych i zio­ło­wych. Na kart­ce trze­ba było na­pi­sać swo­je imię i wy­bra­ny ro­dzaj go­rą­ce­go po­sił­ku, któ­ry póź­niej przy­no­si­li do sto­łu pa­cjen­ci – kel­ne­rzy. W pa­mię­ta, jak trud­no mu było do­ko­nać wy­bo­ru; za­mó­wił wszyst­ko, co mógł, mimo że nie był głod­ny.

O 8.15 ze­bra­li się w sali wy­kła­do­wej, któ­ra mie­ści­ła oko­ło sie­dem­dzie­się­ciu krze­seł, pa­cjen­tów było sześć­dzie­się­ciu. Na ścia­nach wi­sia­ły dwie kar­to­no­we ta­bli­ce: na jed­nej było wy­pi­sa­ne „12 kro­ków”, a na dru­giej „12 tra­dy­cji” AA. Nad sce­ną wi­siał por­tret za­ło­ży­cie­la Far­my.

W wie­dział już, że „kro­ki” i „tra­dy­cje” zo­sta­ły spi­sa­ne przez pierw­szych ano­ni­mo­wych al­ko­ho­li­ków pięć lat po po­wsta­niu ru­chu w 1935 roku. W „kro­kach” za­pi­sa­li oni to, co ro­bi­li i dzię­ki cze­mu po­tra­fi­li wy­trwać w trzeź­wo­ści. Dla­te­go „kro­ki” są sfor­mu­ło­wa­ne w pierw­szej oso­bie licz­by mno­giej i w cza­sie prze­szłym. Za­ło­ży­cie­le AA mó­wi­li w ten spo­sób do in­nych: „Po­patrz, co nam po­mo­gło. Je­śli chcesz, mo­żesz spró­bo­wać tego sa­me­go. Może to­bie też po­mo­że”.

O ile „12 kro­ków” od­no­si się do tre­ści pro­gra­mu wy­zdro­wie­nia z al­ko­ho­li­zmu, to „12 tra­dy­cji” z ko­lei do­ty­czy­ło sa­mych za­sad funk­cjo­no­wa­nia wspól­no­ty AA.

Wy­kład za­czął się od py­ta­nia, czy jest ktoś nowy. W. z tru­dem wy­krztu­sił sło­wa: „Na imię mam W…”. Od­po­wie­dzia­ło mu chłod­ne mil­cze­nie. Wte­dy do­dał: „Mam pro­ble­my z al­ko­ho­lem”. Do­stał bra­wa. To go ośmie­li­ło i po­wie­dział, że jest z Pol­ski. Do­stał jesz­cze więk­sze bra­wa. Po­tem wsta­wa­li inni lu­dzie i mó­wi­li rze­czy dla W. nie­zro­zu­mia­łe. „Na imię mam Clau­dia i je­stem al­ko­ho­licz­ką. Mam wam po­wie­dzieć o tym, że je­stem w po­rząd­ku”. Bra­wa. Albo: „Na imię mam Ro­bert i je­stem al­ko­ho­li­kiem. Nie przy­je­cha­łem tu dla­te­go, że je­stem zły i mam stać się do­bry, ale dla­te­go, że je­stem cho­ry i mam wy­zdro­wieć”. Albo: „Na imię mam Rick i nie mu­szę się wsty­dzić swo­ich uczuć. Ko­cham was wszyst­kich. Sie­bie też ko­cham”. Wszy­scy do­sta­wa­li bra­wa.

Po­tem za­czął mó­wić star­szy pan w kow­boj­skim ka­pe­lu­szu. Te­ma­tem wy­kła­du była ana­li­za ostat­nich trzech z „12 kro­ków”. W nic z tego nie ro­zu­miał, zwłasz­cza że star­szy pan spo­ro mó­wił o bogu, ale nie o okre­ślo­nym bogu, lecz o ta­kim „jak­kol­wiek każ­dy go ro­zu­mie”. W już od dwu­dzie­stu pię­ciu lat nie po­trze­bo­wał Boga ro­zu­mieć, więc pusz­czał to mimo uszu. Za­uwa­żył tyl­ko, że wy­kła­dow­ca mó­wił dow­cip­nie i cie­ka­wie. A tak­że to, że w tym, co mó­wił, w ogó­le nie było żad­nej teo­rii, tyl­ko fak­ty i przy­kła­dy z ży­cia. Za­pa­mię­tał frag­ment do­ty­czą­cy po­świę­ca­nia cza­su ro­dzi­nie i dzie­ciom: „Kie­dy pi­łem, nie mia­łem dla nich cza­su. Te­raz cho­dzę na spo­tka­nia AA i nadal nie mam cza­su. Ale trze­ba go zna­leźć”. W też czę­sto mie­wał wy­rzu­ty su­mie­nia, że nie ma cza­su dla ro­dzi­ny.

Po wy­kła­dzie był czas wol­ny na pra­cę wła­sną. Ale już o 9.15 War­ren zwo­łał spo­tka­nie gru­py 1. Na Far­mie było sześć grup te­ra­peu­tycz­nych, mniej wię­cej po dzie­sięć osób w każ­dej. Kie­dy jed­ni uczest­ni­cy od­cho­dzi­li z gru­py po skoń­czo­nym le­cze­niu, na ich miej­sce przy­cho­dzi­li nowi, w efek­cie w każ­dej gru­pie byli lu­dzie o róż­nym sta­żu na Far­mie. W gru­pie i Ken był już dwa­dzie­ścia sześć dni i za dwa dni miał wra­cać do domu. War­ren i Liz też już byli na wy­lo­cie. Ma­ria mia­ła za sobą po­nad dwa­dzie­ścia dni ku­ra­cji. Erik, Jack i He­le­na byli mniej wię­cej w po­ło­wie po­by­tu. Adam przy­szedł ty­dzień przed W., Bill kil­ka dni po Ada­mie, a Rick oka­zał się tym nie­pi­ją­cym od trzy­na­stu lat pa­cjen­tem, któ­re­go po­przed­nie­go dnia przy­wiózł kie­row­ca.

War­ren zwo­łał ze­bra­nie, bo uwa­żał, że Jack i Erik mają za sil­ne ego i nie chcą przy­znać się, że są bez­sil­ni wo­bec al­ko­ho­lu. W. nie wie­dział, o czym mowa: za­wsze przy­pusz­czał, że trze­ba mieć sil­ną wolę, zwłasz­cza wo­bec al­ko­ho­lu, a tu­taj już pierw­sze­go dnia kil­ka razy usły­szał radę, by „za­bić swo­je ego” i za­po­mnieć o sil­nej woli.

Na po­cząt­ku spo­tka­nia Ken po­pro­sił, żeby W. się przed­sta­wił. Po­wie­dział o pla­nach na­pi­sa­nia książ­ki i o tym, że chce wzmoc­nić swo­ją wolę przed po­wro­tem do Pol­ski. Do­kład­nie zresz­tą nie pa­mię­ta, co po­wie­dział, ale opi­su­jąc wie­czo­rem w dzien­ni­ku tę wy­po­wiedź, do­pi­sał in­nym ko­lo­rem: „bzdu­ry”. Po­tem ko­lej­no opo­wia­da­li: Jack o swo­im mał­żeń­stwie, Erik o pierw­szej dziew­czy­nie i Adam o wła­snej sła­bo­ści.

O 11.45 był lunch. Naj­pierw trze­ba było sta­nąć w ko­lej­ce do bu­fe­tu, z któ­re­go moż­na było wy­brać naj­róż­niej­sze sa­łat­ki i zupę, a póź­niej kel­ner­ki i kel­ne­rzy – pa­cjen­ci – roz­no­si­li zim­ne i cie­płe ka­nap­ki. Ja­dal­nia była czy­sta, sto­ły pięk­nie na­kry­te, a je­dze­nie świet­ne. W. po­my­ślał, że co jak co, ale pod­je tu so­lid­nie. Po obie­dzie uciął so­bie drzem­kę, któ­ra nie­wie­le mu po­mo­gła, nadal czuł sen­ność.

We wtor­ki, śro­dy i czwart­ki o wpół do dru­giej były za­ję­cia gru­po­we z te­ra­peu­tą, zwa­nym na Far­mie co­un­se­lo­rem. Poza tym gru­pa obo­wiąz­ko­wo zbie­ra­ła się sama, bez te­ra­peu­ty, w nie­dzie­lę o wpół do siód­mej wie­czo­rem. Po­nad­to każ­dy pa­cjent miał pra­wo zwo­łać spo­tka­nie swo­jej gru­py, kie­dy­kol­wiek uznał to za po­trzeb­ne. Więk­szość pa­cjen­tów ko­rzy­sta­ła z tego pra­wa w nad­mia­rze. W. był zmę­czo­ny cią­gły­mi spo­tka­nia­mi, bo nie miał chwi­li spo­ko­ju, by się za­sta­no­wić nad tym, co wo­kół sie­bie wi­dzi, nie miał na­wet cza­su na pro­wa­dze­nie sta­ran­nych no­ta­tek.

Te­ra­peut­ką gru­py i była Lin­da, ko­bie­ta przy ko­ści, pod sześć­dzie­siąt­kę, z krą­głą twa­rzą, po­kry­tą zmarszcz­ka­mi. Twar­da, ostra w py­ta­niach, od pierw­sze­go zda­nia wi­dać było, że my­śli bar­dzo pre­cy­zyj­nie.

Na po­cząt­ku za­py­ta­ła W., kim jest.

– Pi­sa­rzem – od­po­wie­dział.

– Ale chy­ba nie tra­fi­łeś tu dla­te­go, że masz kło­po­ty z pi­sa­niem?

– O, prze­pra­szam, za­po­mnia­łem. Mie­wam pro­ble­my z al­ko­ho­lem.

– Co to zna­czy?

– My­ślę, że mogę być al­ko­ho­li­kiem.

– Mo­żesz czy je­steś?

– Nie wiem. Chy­ba przy­sze­dłem tu wła­śnie po to, żeby się o tym prze­ko­nać.

– Na ra­zie to zo­staw­my. Ale nie chcesz mieć kło­po­tów z al­ko­ho­lem. Więc je­śli za­po­mnisz o al­ko­ho­lu, a tak­że o tym, że je­steś pi­sa­rzem, to kim je­steś?

Tego W. nie wie­dział. Nikt nig­dy nie za­dał mu ta­kie­go py­ta­nia. On sam też nig­dy go so­bie nie po­sta­wił. Po chwi­li mil­cze­nia Lin­da po­wie­dzia­ła:

– Nie wiesz. To też zo­staw­my. Bę­dziesz miał dużo cza­su, by szu­kać na to od­po­wie­dzi.

Zwró­ci­ła się do Eri­ka:

– A ty co mia­łeś na dzi­siaj przy­go­to­wać? Hi­sto­rię pi­cia?

W. po­czuł się na­gle opusz­czo­ny, jak­by za­wie­szo­ny w próż­ni. Chciał cią­gnąć te­mat, do­wie­dzieć się, kim jest, a może tyl­ko nadal roz­ma­wiać, bo za­wsze kie­dy mó­wił, czuł się pew­niej, niż gdy po pro­stu był. Więc gdy Erik na sa­mym po­cząt­ku po­wie­dział, że al­ko­ho­lizm to cho­ro­ba, bo pro­wa­dzi do śmier­ci, W. prze­rwał mu py­ta­niem, czy pa­le­nie to też cho­ro­ba, sko­ro rów­nież pro­wa­dzi do śmier­ci. Erik na to, że pa­le­nie to nie cho­ro­ba, ale rak to cho­ro­ba.

Co za­tem róż­ni al­ko­ho­lizm od pa­le­nia? Zga­dzam się, że to cho­ro­ba, ale chy­ba nie tyl­ko dla­te­go, że pro­wa­dzi do śmier­ci – skon­klu­do­wał W., dum­ny ze swe­go ro­zu­mo­wa­nia.

Lin­da na­wet na nie­go nie spoj­rza­ła.

– Czy ta in­te­lek­tu­al­na dys­ku­sja do cze­goś pro­wa­dzi? – za­py­ta­ła gru­pę. Nikt nie po­twier­dził. – To cze­mu tego nie prze­rwie­cie, prze­cież to stra­ta wa­sze­go cza­su.

Erik, trzy­dzie­sto­let­ni, do­brze zbu­do­wa­ny Mu­rzyn, opo­wia­dał swo­ją hi­sto­rię pi­cia. Kie­dy po­wie­dział, że pił w woj­sku, bo wszy­scy tam pili, Lin­da znów mu prze­rwa­ła:

– Ty masz mó­wić o so­bie, a nie o in­nych, o tym, jak al­ko­hol ci prze­szka­dzał w ży­ciu, a nie o tym, dla­cze­go pi­łeś.

– A czy ty pi­łeś, kie­dy ro­dzi­ły się two­je dzie­ci? – zwró­ci­ła się do Ada­ma. Pił. Dziś ma pro­blem. Jego oj­ciec, też ostro pi­ją­cy, nie ak­cep­tu­je tego, że syn uznał sie­bie za al­ko­ho­li­ka. Adam nie może znieść kry­ty­cy­zmu i po­tę­pie­nia ze stro­ny ojca.

– A kie­dy pi­łeś, mo­głeś mieć wła­ści­wy sto­su­nek do dzie­ci? – za­py­ta­ła Lin­da.

– Nie.

– Twój oj­ciec pije?

– Tak.

– To cze­mu ocze­ku­jesz od nie­go rze­czy nie­moż­li­wych? Adam to ro­zu­mie, ale trud­no mu się z tym po­go­dzić. Te­raz Bill. Ma trud­no­ści z mó­wie­niem, bar­dzo się jąka.

Mówi o żo­nie. Gdy prze­stał pić osiem mie­się­cy temu, od­szedł od niej. Póź­niej chciał wró­cić, ale ona już go nie chcia­ła. Wciąż jest na nią wście­kły. Nie chce na­wet my­śleć o po­wro­cie do domu; chce nie pić i być trzeź­wym dla sie­bie sa­me­go, a nie dla żony.

– Chy­ba bu­jasz, bo prze­cież ona aż tu­taj przy­sy­ła ci kwia­ty – mówi Ken.

– Nie chcę o tym my­śleć – mówi ci­cho Bill.

Liz. Mło­da dziew­czy­na, któ­ra nie wie, czy ma wró­cić do pra­cy, czy nie. W pra­cy spo­ro się pije. Liz nie do­strze­ga tego ani zwią­za­nych z tym za­gro­żeń. Co chwi­lę za­prze­cza sa­mej so­bie. Jest bar­dzo im­pul­syw­na. Gdy inni o coś ją py­ta­ją, na­tych­miast wpa­da w ton kłót­ni. Lin­da nie in­ge­ru­je. Na koń­cu tyl­ko mówi, że oba­wia się o Liz.

W. zwró­cił uwa­gę, że u wszyst­kich męż­czyzn, któ­rzy mó­wi­li o so­bie, al­ko­hol był ści­śle zwią­za­ny ze sto­sun­ka­mi z ko­bie­ta­mi. Z po­szu­ki­wa­niem cie­pła, z mi­ło­ścią, a tak­że z lę­ka­mi na tym tle.

Po wcze­snej ko­la­cji, o 5.15, War­ren znów zwo­łał gru­pę, bo Liz ob­ra­zi­ła się na Lin­dę i chce wy­jeż­dżać – na pięć dni przed koń­cem ku­ra­cji. Ken, War­ren i Ma­ria tłu­ma­czą, że to jej wy­po­wie­dzi były nie­ja­sne, a Lin­da wy­ra­zi­ła je­dy­nie tro­skę o jej zdro­wie, i Liz zo­sta­je. Bill mówi, że po­sta­no­wił na­pi­sać kart­kę do żony. Ktoś mu ra­dzi, żeby wpierw prze­czy­tał ją gru­pie. He­le­na mówi, że sama też na­pi­sa­ła kil­ka dni wcze­śniej list do bra­ta, któ­ry zmarł przed trzy­na­stu laty. „Był dla mnie jak oj­ciec. Do­pie­ro te­raz będę mo­gła pójść na jego grób z kwia­ta­mi, a nie ze łza­mi”.

O siód­mej wie­czo­rem od­był się ko­lej­ny wy­kład dla ca­łej spo­łecz­no­ści. Te­ma­tem była mi­łość. Mi­łość jako roz­wój, a do­kład­niej – roz­wój dwoj­ga lu­dzi. „Ko­cham ko­goś, bo się z tym kimś roz­wi­jam albo chcę roz­wi­jać”. W. nie po­tra­fił do­pa­so­wać tego do swo­ich prze­żyć i prze­my­śleń. Dla nie­go mi­łość mia­ła dwa wy­mia­ry: sek­su, czy­li zdo­by­cia ko­bie­ty, i po­świę­ce­nia dla dru­gie­go czło­wie­ka. Od tych, któ­rzy go ko­cha­li, mógł ocze­ki­wać wię­cej niż od in­nych. Po­tem była mowa o mi­ło­ści jako od­po­wie­dzial­no­ści, ale tego W. już nie sły­szał, bo za­snął. Po wy­kła­dzie wy­mi­gał się od uści­sków, któ­ry­mi obec­ni ob­da­rza­li się wza­jem­nie, po­szedł do po­ko­ju i padł jak kło­da na łóż­ko.

Na­za­jutrz wcze­snym ran­kiem za­pi­sał w dzien­ni­ku, przy opi­sie spo­tka­nia gru­py w spra­wie Lin­dy:

Za­sad­ni­cza spra­wa, o któ­rą chy­ba tu cho­dzi, to zmia­na spoj­rze­nia na fak­ty, tak żeby: 1/ do­strzec, ile pro­ble­mów al­ko­hol spo­wo­do­wał; 2/ uznać, że się jest bez­sil­nym wo­bec pi­jań­stwa. U mnie pro­ble­my są oczy­wi­ste, no i na do­da­tek wą­tro­ba. A bez­sil­ność: chy­ba jej prze­ja­wem był po­czą­tek pi­cia, ni z tego, ni z owe­go w mar­cu w Wa­szyng­to­nie. No i póź­niej ciąg w kwiet­niu. Py­ta­nie: Co się za tym kry­je? Cze­mu wpa­dłem w ten ciąg? Dla­cze­go za­czy­na­łem pić?

Dru­gie spo­strze­że­nie do­ty­czy­ło jego sa­me­go:

My­śla­łem do dzi­siaj, że moje ży­cie to była pra­ca prze­ry­wa­na okre­sa­mi pi­jań­stwa. A prze­cież mogę wi­dzieć swo­je ży­cie jako pi­jań­stwo cza­sem prze­ry­wa­ne okre­sa­mi pra­cy.

Na ko­niec no­tat­ki z ca­łe­go dnia za­pi­sał, cze­go się na­uczył:

1. Kwe­stia per­cep­cji.

2. My­śle­nie ma do cze­goś pro­wa­dzić.

3. Uzna­nie bez­sil­no­ści wo­bec al­ko­ho­lu.

4. Rola ro­dzi­ny i związ­ków z dru­gim czło­wie­kiem, mi­ło­ści.

Moje pro­ble­my to związ­ki z in­ny­mi. Lęki, mi­łość i seks. Dru­gi czło­wiek. Cze­ka­nie na te­le­fon. Za­zdrość.

DZIEŃ DRU­GI, CZWAR­TEK

Przy śnia­da­niu Rick ogło­sił wiel­ką no­wi­nę. Uznał, że jest zwy­kłym pi­ja­kiem. „Przez całe lata my­śla­łem, że je­stem cho­ry, cho­dzi­łem do psy­chia­trów, szu­ka­łem cu­dów. A te­raz wszyst­ko sta­ło się pro­ste. Je­stem po pro­stu pi­ja­kiem, a nie czub­kiem”.

Po śnia­da­niu W. po­szedł zo­ba­czyć, na czym po­le­ga­ją me­dy­ta­cje. Oko­ło dwu­dzie­stu pa­cjen­tów sta­ło w krę­gu, ko­lej­no czy­ta­jąc krót­kie frag­men­ty z kil­ku ksią­że­czek, przy­po­mi­na­ją­cych ksią­żecz­ki do na­bo­żeń­stwa. Były w nich my­śli, me­dy­ta­cje, mo­dli­twy, ktoś czy­tał ja­kieś wier­sze i udu­cho­wio­ną pro­zę, ale W. był wzro­kow­cem i nie mógł uchwy­cić my­śli czy­ta­nych przez in­nych. Na ko­niec wszy­scy znów wszyst­kich obej­mo­wa­li. Na szczę­ście me­dy­ta­cje trwa­ły tyl­ko pięt­na­ście mi­nut i nie były obo­wiąz­ko­we.

O 8.15 był, jak co dzień, wy­kład dla ca­łej spo­łecz­no­ści, ale W. zo­stał we­zwa­ny na wstęp­ną roz­mo­wę z te­ra­peut­ką, któ­ra mia­ła opra­co­wać plan le­cze­nia. Ku zdzi­wie­niu W. nie była to Lin­da ani Ann, któ­rych imio­na znaj­do­wa­ły się na kar­tecz­ce wrę­czo­nej pierw­sze­go wie­czo­ru przez Bena, lecz Su­san, mło­da dziew­czy­na, któ­ra chy­ba od­by­wa­ła staż te­ra­peu­tycz­ny na Far­mie.

Su­san po­pro­si­ła, żeby opo­wie­dział jej po­krót­ce o swo­im ży­ciu, a póź­niej za­py­ta­ła o pro­ble­my z al­ko­ho­lem. Na po­cząt­ku W. czuł się tro­chę skrę­po­wa­ny, ale szyb­ko się otwo­rzył. Mó­wił nie tyl­ko o tym, jak i ile pił, ale rów­nież dla­cze­go. Nie ukry­wał ni­cze­go, na­wet spraw, któ­rych się wsty­dził: swo­jej sa­mot­no­ści, za­zdro­ści i ma­stur­ba­cji, na­pięć zwią­za­nych z pra­cą, znu­dze­nia ludź­mi. Miał jed­nak wra­że­nie, że Su­san nie do­ce­ni­ła w peł­ni tej szcze­ro­ści. Ra­czej py­ta­ła go o nie­istot­ne szcze­gó­ły z dzie­ciń­stwa i mło­do­ści. O ojca i ro­dzeń­stwo, o szko­łę i stu­dia, o pierw­sze przy­pad­ki pi­cia, kie­dy nie miał jesz­cze żad­nych pro­ble­mów. Czy kie­dyś chciał prze­stać pić? Tak, wie­lo­krot­nie prze­sta­wał, za­wsze gdy po­sta­no­wił za­brać się do pra­cy. Czy miał ja­kieś kło­po­ty ze zdro­wiem lub z po­li­cją? Z po­li­cją nie, ze zdro­wiem – jesz­cze nie, ale oba­wia się, że może mieć.

Roz­śmie­szy­ło go py­ta­nie, czy kie­dy­kol­wiek urwał mu się film. Prze­cież jako mło­dzie­niec po to wła­śnie pił, bo nie samo pi­cie, ale do­pie­ro urwa­ny film sta­no­wił do­wód doj­rza­ło­ści i mę­sko­ści. Su­san py­ta­ła też, czy po­tra­fi prze­stać pić lub nie za­cząć pić, gdy nie chce. W. cze­kał na te py­ta­nia, zna­ny był bo­wiem z tego, że nig­dy nie pił, gdy pi­sał. Z dumą oświad­czył, że ma opra­co­wa­ny spo­sób prze­pla­ta­nia pi­cia i pra­cy, to­też nie ma żad­nej oba­wy o to, by się upił, do­pó­ki pra­cu­je; po­tra­fi też prze­stać pić, kie­dy po­sta­na­wia po­wró­cić do pra­cy.

Su­san za­py­ta­ła go, czy był kie­dyś ofia­rą prze­mo­cy sek­su­al­nej. Od­ru­cho­wo po­wie­dział „nie”, ale po­czuł, że to nie­praw­da. Coś za­czę­ło do­bi­jać się do jego świa­do­mo­ści. Gdy za­py­ta­ła o ro­dzi­nę, uświa­do­mił so­bie, że za­po­mniał rów­nież o swo­im pierw­szym mał­żeń­stwie, jak­by go w ogó­le nie było.

Po bli­sko trzech go­dzi­nach Su­san po­dzię­ko­wa­ła „na ra­zie” 1 po­pro­si­ła, by wró­cił do niej na­za­jutrz po po­łu­dniu. W. po­szedł do Ann, któ­ra była jego mo­ni­to­rem, czy­li nad­zo­ro­wa­ła prze­bieg ku­ra­cji. Do­stał do wy­peł­nie­nia kwe­stio­na­riusz. Były w nim 24 py­ta­nia do­ty­czą­ce pi­cia i jego kon­se­kwen­cji. Czy pił przed po­łu­dniem? W sa­mot­no­ści? Albo gdy się obu­dził i nie mógł spać? Oczy­wi­ście. Czy zmie­nia­ła mu się oso­bo­wość, gdy pił? Czy pił, by zmniej­szyć na­pię­cie albo le­piej się po­czuć w to­wa­rzy­stwie? Czy zmie­niał mu się na­strój pod­czas pi­cia lub po jego za­koń­cze­niu? Czy po wy­pi­ciu mó­wił i ro­bił rze­czy, któ­rych póź­niej ża­ło­wał? Nie wie­dział, po co te py­ta­nia, bo prze­cież każ­dy, kto pił, prze­ży­wał po­dob­ne spra­wy, nie­za­leż­nie od tego, czy był al­ko­ho­li­kiem, czy nie. Po­dob­nie jak zmia­ny fi­zycz­ne – trzę­sion­ki, poty na prze­mian z prze­ni­kli­wym zim­nem, bez­sen­ność.

Czte­ry razy od­po­wie­dział „nie”. „Czy kie­dy­kol­wiek na­wa­lił w pra­cy, spóź­nił się lub go­rzej pra­co­wał z po­wo­du pi­cia?”. Nie miał go­dzin pra­cy ani ter­mi­nów, więc to py­ta­nie go nie do­ty­czy­ło. Ale na pew­no nie pra­co­wał go­rzej, je­śli zaś w ogó­le ist­nia­ła ja­kaś za­leż­ność mię­dzy pi­ciem a pra­cą, to po okre­sie pi­cia pra­co­wał le­piej. „Czy miał mniej cza­su dla in­nych lu­dzi, dla ro­dzi­ny i na zaj­mo­wa­nie się do­mem lub na przy­jem­no­ści z po­wo­du pi­cia?”. Chy­ba nie, bo pi­jąc, prze­by­wał z ludź­mi i to wła­śnie było jego hob­by. Je­śli nie miał wy­star­cza­ją­co dużo cza­su dla ro­dzi­ny i na przy­jem­no­ści, to ra­czej z po­wo­du pra­cy niż pi­cia. To po­zwa­la­ło mu od­po­wie­dzieć ne­ga­tyw­nie na ko­lej­ne py­ta­nie: „Czy wy­ka­zy­wał mniej tro­ski o sie­bie, żonę i dzie­ci?”. Je­śli na­wet tak było, to nie z po­wo­du pi­cia. I wresz­cie: „Czy ktoś z jego ro­dzi­ny po­szu­ki­wał po­mo­cy z po­wo­du jego pi­cia?”. Na pew­no nie.

Dwa py­ta­nia zdzi­wi­ły go. „Czy kie­dy­kol­wiek pró­bo­wał w ja­kiś spo­sób kon­tro­lo­wać pi­cie?” oraz „Czy kie­dy­kol­wiek od­czu­wał wstyd lub po­czu­cie winy z po­wo­du pi­cia lub za­cho­wa­nia po wy­pi­ciu?”. Na oba od­po­wie­dział „tak”, ale nie ro­zu­miał za­sa­dy, na ja­kiej opar­ta była cała an­kie­ta. Bo prze­cież te „tak” mia­ły dla nie­go zu­peł­nie inny wy­dźwięk niż po­przed­nie. Były do­wo­dem zdro­wia, a nie cho­ro­by. Wszak kon­tro­lo­wa­nie pi­cia po­zwa­la­ło mu żyć i pra­co­wać, a po­czu­cie winy było istot­nym ele­men­tem tej kon­tro­li. Gdy po­dzie­lił się z Ann tymi wąt­pli­wo­ścia­mi, ona uśmiech­nę­ła się życz­li­wie i po­wie­dzia­ła, żeby się nie mar­twił, bo wszyst­ko się nie­dłu­go wy­ja­śni.

Za­raz po obie­dzie było nad­zwy­czaj­ne ze­bra­nie gru­py. Na po­po­łu­dnio­wym spo­tka­niu z Lin­dą Liz mia­ła mó­wić o so­bie i po­pro­si­ła in­nych o radę, co ma po­wie­dzieć. Kil­ka osób za­czę­ło jej do­ra­dzać, ale naj­star­si sta­żem w gru­pie, Ken i War­ren, za­pro­te­sto­wa­li. To nie jest eg­za­min, do któ­re­go trze­ba się spe­cjal­nie przy­go­to­wy­wać. Liz ma mó­wić, co my­śli i czu­je, a nie to, co zda­niem gru­py Lin­da chcia­ła­by usły­szeć. Może oszu­kać Lin­dę, ale w ten spo­sób oszu­ka tyl­ko samą sie­bie. A je­śli po­wie uczci­wie o so­bie, to może do­wie­dzieć się od Lin­dy cze­goś, co bę­dzie jej po­trzeb­ne, by so­bie ra­dzić po wyj­ściu stąd.

Jed­nak­że Lin­da tyl­ko słu­cha­ła, nie