Alkoholizm. Grzech czy choroba - Wiktor Osiatyński - ebook
Opis

„Książka Grzech czy choroba po raz pierwszy została wydana w 1992 roku przez Instytut Psychiatrii i Neurologii. W pięć lat później opublikowało ją wydawnictwo Akuracik, prowadzone przez mego przyjaciela, nieodżałowanej pamięci Marka Adamika. Obydwa wydawnictwa miały stosunkowo wąski zasięg. Instytut Psychiatrii i Neurologii sprzedawał książki we własnym kiosku, a Akuracik rozprowadzał swoje publikacje przede wszystkim na spotkaniach wspólnot Anonimowych Alkoholików.
Książka ta nie miała więc wielkich szans, by dotrzeć do ludzi nieuzależnionych ani do tych, którzy wciąż jeszcze nie przyjęli swego uzależnienia do wiadomości. [...]  Zmieniły się moje poglądy na temat alkoholizmu. Nadal uważam, że nie jest on grzechem, choć każdy uzależniony popełnia pod wpływem alkoholu grzeszne bądź naganne czyny. Ale mam coraz więcej wątpliwości co do tego, czy jest on zwykłą chorobą. Jeśli nawet uznamy, że jest, to bardzo osobliwą. Bo przecież dziesiątki tysięcy trzeźwych alkoholików dowodzą swoim życiem, że można być alkoholikiem, będąc zdrowym człowiekiem. Dziś zatem nie patrzę na alkoholizm przez pryzmat choroby, ale przede wszystkim widzę w uzależnieniu niedostatek pewnych umiejętności życiowych. A w wychodzeniu z niego przede wszystkim edukacyjny proces przełamywania destrukcyjnych nawyków i nabywania nowych umiejętności” - pisze we wstępie profesor Wiktor Osiatyński.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 183

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Pro­jekt gra­ficz­ny

Ja­nusz Ba­rec­ki

Tek­sty Dwu­na­stu Kro­ków AA, Dwu­na­stu Tra­dy­cji AA oraz Bal­ti­mor­ski test al­ko­ho­lo­wy zo­sta­ły prze­dru­ko­wa­ne za zgo­dą Biu­ra Służ­by Kra­jo­wej Ano­ni­mo­wych Al­ko­ho­li­ków w Pol­sce

ISBN 978-83-244-0222-9

Co­py­ri­ght © by Wik­tor Osia­tyń­ski

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two ISKRY, War­sza­wa 2005

e-mail:[email protected]

www.iskry.com.pl

Przy­go­to­wal­nia: NO­TUS, War­sza­wa

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

PRZEDMOWA DO TRZECIEGO WYDANIA

Książ­ka „Grzech czy cho­ro­ba” po raz pierw­szy zo­sta­ła wy­da­na w 1992 roku przez In­sty­tut Psy­chia­trii i Neu­ro­lo­gii. W pięć lat póź­niej opu­bli­ko­wa­ło ją wy­daw­nic­two „Aku­ra­cik”, pro­wa­dzo­ne przez mego przy­ja­cie­la, nie­od­ża­ło­wa­nej pa­mię­ci Mar­ka Ada­mi­ka. Oby­dwa wy­daw­nic­twa mia­ły sto­sun­ko­wo wą­ski za­sięg. In­sty­tut Psy­chia­trii i Neu­ro­lo­gii sprze­da­wał książ­ki we wła­snym kio­sku, a „Aku­ra­cik” roz­pro­wa­dzał swo­je pu­bli­ka­cje przede wszyst­kim na spo­tka­niach wspól­not Ano­ni­mo­wych Al­ko­ho­li­ków. Książ­ka ta nie mia­ła więc wiel­kich szans, by do­trzeć do lu­dzi nie­uza­leż­nio­nych ani do tych, któ­rzy wciąż jesz­cze nie przy­ję­li swe­go uza­leż­nie­nia do wia­do­mo­ści.

A jed­no­cze­śnie żad­na z na­pi­sa­nych prze­ze mnie ksią­żek nie dała mi rów­nie wiel­kiej sa­tys­fak­cji. Żad­na nie po­zwo­li­ła mi do­tknąć ży­cia in­nych lu­dzi w taki spo­sób jak „Grzech czy cho­ro­ba”. Jesz­cze przed wy­da­niem książ­ki za­czął sa­mo­dziel­nie funk­cjo­no­wać ar­ty­kuł „Al­ko­ho­lizm: grzech czy cho­ro­ba?”, któ­ry uka­zał się w grud­niu 1985 roku na ła­mach ty­go­dni­ka „Po­li­ty­ka”. Był po­wie­la­ny w set­kach eg­zem­pla­rzy, a na­wet, jak sły­sza­łem, sprze­da­wa­ny na ba­za­rach. Przez wie­le lat zda­rza­ło się, że roz­po­zna­wa­li mnie zna­jo­mi i nie­zna­jo­mi, mó­wiąc, że po prze­czy­ta­niu tego ar­ty­ku­łu – albo póź­niej książ­ki – do­strze­gli swój wła­sny pro­blem i nie­któ­rzy spon­ta­nicz­nie prze­sta­wa­li pić, a inni po­sta­no­wi­li pójść do AA lub pod­jąć te­ra­pię. Trud­no o więk­szą sa­tys­fak­cję dla au­to­ra. To­też z wiel­ką ra­do­ścią przy­ją­łem pro­po­zy­cję wy­daw­nic­twa „Iskry”, by książ­kę wzno­wić, da­jąc moż­li­wość za­po­zna­nia się z nią więk­sze­mu gro­nu czy­tel­ni­ków.

Za­sta­na­wia­łem się, czy jej nie roz­sze­rzyć. Spo­ro się bo­wiem zmie­ni­ło w świa­do­mo­ści spo­łecz­nej na te­mat al­ko­ho­li­zmu. Dzi­siaj nie ma już pra­wie żad­ne­go kon­flik­tu mię­dzy na­uką a Ano­ni­mo­wy­mi Al­ko­ho­li­ka­mi. Spe­cja­li­ści zaj­mu­ją­cy się pro­fe­sjo­nal­nie le­cze­niem al­ko­ho­li­zmu co­raz czę­ściej zna­ją gra­ni­ce swo­ich moż­li­wo­ści i wie­dzą, co ich pa­cjen­tom może za­ofe­ro­wać wspól­no­ta AA. W daw­ną rolę le­ka­rzy wcho­dzą co praw­da, od cza­su do cza­su, nie­któ­rzy psy­cho­lo­go­wie, nie­kie­dy znie­chę­ca­ją­cy swych klien­tów do ko­rzy­sta­nia z AA. Ale to mar­gi­nes, cho­ciaż nie­kie­dy dość gło­śny. Naj­bar­dziej jed­nak zmie­ni­ło się samo po­strze­ga­nie al­ko­ho­li­zmu w spo­łe­czeń­stwie. Dzię­ki sta­łe­mu roz­wo­jo­wi wspól­no­ty AA już bar­dzo wie­lu lu­dzi wi­dzi wo­kół sie­bie trzeź­wych al­ko­ho­li­ków. Co­raz wię­cej lu­dzi wie, że ist­nie­je spo­sób, żeby nie pić i zmie­nić swo­je ży­cie.

Przez dwa­dzie­ścia lat, któ­re upły­nę­ły od na­pi­sa­nia wspo­mnia­ne­go ar­ty­ku­łu, zmie­ni­ły się rów­nież moje po­glą­dy na te­mat al­ko­ho­li­zmu. Nadal uwa­żam, że nie jest on grze­chem, choć każ­dy uza­leż­nio­ny po­peł­nia pod wpły­wem al­ko­ho­lu grzesz­ne bądź na­gan­ne czy­ny. Ale mam co­raz wię­cej wąt­pli­wo­ści co do tego, czy jest on zwy­kłą cho­ro­bą. Je­śli na­wet uzna­my, że jest, to bar­dzo oso­bli­wą. Bo prze­cież dzie­siąt­ki ty­się­cy trzeź­wych al­ko­ho­li­ków do­wo­dzą swo­im ży­ciem, że moż­na być al­ko­ho­li­kiem, bę­dąc zdro­wym czło­wie­kiem. Dziś za­tem nie pa­trzę na al­ko­ho­lizm przez pry­zmat cho­ro­by, ale przede wszyst­kim wi­dzę w uza­leż­nie­niu nie­do­sta­tek pew­nych umie­jęt­no­ści ży­cio­wych. A w wy­cho­dze­niu z nie­go przede wszyst­kim edu­ka­cyj­ny pro­ces prze­ła­my­wa­nia de­struk­cyj­nych na­wy­ków i na­by­wa­nia no­wych umie­jęt­no­ści.

Osta­tecz­nie po­sta­no­wi­łem jed­nak za­cho­wać pu­bli­ka­cję w ory­gi­nal­nym kształ­cie, a pro­ble­mom tu za­sy­gna­li­zo­wa­nym po­świę­cić osob­ną książ­kę.

OD AUTORA

Ze­bra­ne w tej książ­ce szki­ce i roz­mo­wy po­wsta­ły w la­tach 1985-1990. Łą­czy je wspól­ny te­mat: zdro­wie­nie z al­ko­ho­li­zmu za po­mo­cą me­to­dy Dwu­na­stu Kro­ków, wy­pra­co­wa­nej naj­pierw przez wspól­no­tę Ano­ni­mo­wych Al­ko­ho­li­ków, a na­stęp­nie za­sto­so­wa­nej w wie­lu pro­fe­sjo­nal­nych ośrod­kach le­cze­nia uza­leż­nień. Wła­śnie wza­jem­ne sto­sun­ki mię­dzy pro­fe­sjo­nal­ną służ­bą zdro­wia a wspól­no­tą AA są dru­gim głów­nym te­ma­tem tej książ­ki.

Ano­ni­mo­wi Al­ko­ho­li­cy za­dzi­wi­li świat przede wszyst­kim sku­tecz­no­ścią. Zna­leź­li spo­sób na bez­na­dziej­ną i nie­ule­czal­ną cho­ro­bę. I cho­ciaż dzię­ki AA al­ko­ho­lizm nie stał się ule­czal­ny, prze­stał być śmier­tel­ną cho­ro­bą. Oka­za­ło się, że moż­na z nią żyć, i to na­wet szczę­śli­wie, pod wa­run­kiem za­ak­cep­to­wa­nia wła­snej cho­ro­by oraz zmia­ny spo­so­bu ży­cia.

Ano­ni­mo­wi Al­ko­ho­li­cy od­kry­li, me­to­dą prób i błę­dów, że al­ko­ho­lizm nie jest grze­chem ani cho­ro­bą woli. Prze­ko­na­li się, że al­ko­ho­lizm to nie tyl­ko fi­zycz­ne uza­leż­nie­nie od al­ko­ho­lu, ale rów­nież cho­ro­ba my­śle­nia i uczuć, na któ­rą mogą sku­tecz­nie po­ma­gać me­to­dy edu­ka­cyj­no-te­ra­peu­tycz­ne i roz­wój du­cho­wy. Do­szli do wnio­sku, że al­ko­hol wca­le nie jest głów­nym pro­ble­mem al­ko­ho­li­ka, to­też le­cze­nie nie koń­czy się w mo­men­cie za­prze­sta­nia pi­cia; wręcz prze­ciw­nie, ono się wte­dy do­pie­ro za­czy­na. Pro­ble­mem każ­de­go al­ko­ho­li­ka jest nie­doj­rza­łość emo­cjo­nal­na, nie­umie­jęt­ność ra­dze­nia so­bie z wła­sny­mi uczu­cia­mi, ze sto­sun­ka­mi z in­ny­mi ludź­mi. Al­ko­hol jest, ską­di­nąd de­struk­cyj­nym, środ­kiem do ra­dze­nia so­bie z ży­ciem. A po­nie­waż za­prze­sta­nie pi­cia samo przez się nie roz­wią­zu­je żad­nych pro­ble­mów cho­re­go, nie­mal nie­uchron­nie pro­wa­dzi ono do ko­lej­ne­go za­pi­cia.

Zdro­wie­nie wy­ma­ga cze­goś wię­cej niż sa­mej abs­ty­nen­cji. Wy­ma­ga zmia­ny sa­me­go sie­bie, doj­rze­wa­nia. Pro­gram ta­kiej zmia­ny za­wie­ra Dwa­na­ście Kro­ków AA. Zmia­na ta jest nie­mal nie­moż­li­wa w po­je­dyn­kę, stąd po­trze­ba wspar­cia ze stro­ny in­nych nie­pi­ją­cych al­ko­ho­li­ków. Zmia­na ta jest przy tym bar­dzo po­wol­na, gdyż obej­mu­je wszyst­kie sfe­ry ży­cia cho­re­go, nie tyl­ko za­cho­wa­nie, ale rów­nież spo­sób my­śle­nia i przede wszyst­kim re­ago­wa­nia na wła­sne sta­ny emo­cjo­nal­ne. W re­zul­ta­cie po la­tach trzeź­wie­nia al­ko­ho­lik „jest do­kład­nie taki sam jak daw­niej, ale zu­peł­nie inny”, jak mó­wią przy­ja­cie­le o jed­nym z nie­pi­ją­cych al­ko­ho­li­ków.

Róż­no­rod­ne aspek­ty cho­ro­by oraz pro­ce­su zdro­wie­nia w in­ter­pre­ta­cji AA są szcze­gó­ło­wo opi­sa­ne na kar­tach ni­niej­szej książ­ki. W tym miej­scu war­to jed­nak za­uwa­żyć, że in­ter­pre­ta­cja ta za­sad­ni­czo od­bie­ga od wszyst­kie­go, co mia­ła do po­wie­dze­nia na te­mat al­ko­ho­li­zmu me­dy­cy­na. Co wię­cej, może się ona na­wet wy­da­wać sprzecz­na z sa­mym pa­ra­dyg­ma­tem me­dy­cy­ny na­uko­wej. Tak bar­dzo sprzecz­na, że po­wo­do­wa­ła licz­ne kon­flik­ty mię­dzy śro­do­wi­ska­mi zwią­za­ny­mi z AA a świa­tem na­uki. Są­dzę, że kon­flik­tów tych nie trze­ba ukry­wać. Prze­ciw­nie, war­to je ujaw­nić i za­sta­no­wić się nad ich źró­dła­mi, choć­by po to, by do­strze­gł­szy to, co te dwa śro­do­wi­ska dzie­li, roz­bu­do­wy­wać bez po­rów­na­nia waż­niej­sze cele i me­to­dy dzia­ła­nia, któ­re są im wspól­ne.

Z ty­tu­łu mo­je­go za­wo­du przez kil­ka­na­ście lat zaj­mo­wa­łem się na­uką i za­sa­da­mi, na któ­rych opie­ra się dzia­łal­ność na­uko­wa. Na­pi­sa­łem na ten te­mat wie­le roz­praw oraz czte­ry tomy roz­mów z wy­bit­ny­mi uczo­ny­mi z ca­łe­go świa­ta. Kie­dy więc w kil­ka lat póź­niej ze­tkną­łem się z ru­chem Ano­ni­mo­wych Al­ko­ho­li­ków, nie mo­głem oprzeć się zdu­mie­niu, jak bar­dzo jego za­sa­dy od­bie­ga­ją od pa­ra­dyg­ma­tu na­uki.

Pierw­szym ele­men­tem tego pa­ra­dyg­ma­tu jest kon­tro­la. Na­uka ma na celu opis rze­czy­wi­sto­ści; na­uki sto­so­wa­ne, a jed­ną z nich jest me­dy­cy­na, ko­rzy­sta­ją z na­uko­we­go opi­su po to, by rze­czy­wi­stość zmie­niać sto­sow­nie do ludz­kich po­trzeb. Isto­tą no­wo­cze­snej me­dy­cy­ny jest in­ter­wen­cja za po­mo­cą le­kar­stwa lub skal­pe­la, po to by usu­nąć ogni­sko lub źró­dło cho­ro­by. Me­dy­cy­na musi więc usta­lić źró­dła cho­ro­by, jej prze­bieg i spo­sób in­ter­wen­cji. Or­ga­nizm pa­cjen­ta jest przed­mio­tem, na któ­rym me­dy­cy­na do­ko­nu­je za­bie­gu lecz­ni­cze­go.

Ano­ni­mo­wi Al­ko­ho­li­cy nie po­szu­ku­ją źró­deł cho­ro­by, nie py­ta­ją, dla­cze­go ktoś pije, nie do­ko­nu­ją ope­ra­cji, nie za­le­ca­ją pi­gu­łek. Nie obie­cu­ją ule­cze­nia cho­re­go przez ko­goś lub przez coś z ze­wnątrz. Dla nich cho­ry jest pod­mio­tem le­cze­nia, to nie jego ma na­re­pe­ro­wać le­karz, lecz on sam ma zmie­nić sie­bie, a le­karz czy te­ra­peu­ta mają mu w tym do­po­móc.

Środ­ki i me­to­dy me­dycz­ne są, oczy­wi­ście, nie­zbęd­ne przy od­tru­ciu. Dla le­ka­rza za­bieg ten bywa rów­no­znacz­ny z le­cze­niem; wła­śnie od­tru­wa­nie jest głów­nym za­ję­ciem na wie­lu od­dzia­łach dla al­ko­ho­li­ków. Dla Ano­ni­mo­wych Al­ko­ho­li­ków od­tru­wa­nie, ską­di­nąd nie­zbęd­ne, nie ma jed­nak wie­le wspól­ne­go z le­cze­niem al­ko­ho­li­zmu; jest ono za­le­d­wie usu­nię­ciem na­stępstw za­tru­cia al­ko­ho­lo­we­go, któ­re z ko­lei jest czę­stym skut­kiem nie­le­czo­ne­go al­ko­ho­li­zmu. Oczy­wi­ście od­tru­cie jest po­trzeb­ne, ale jest ono eta­pem po­prze­dza­ją­cym wła­ści­we le­cze­nie od­wy­ko­we.

In­nym za­bie­giem me­dycz­nym jest po­da­wa­nie an­ti­co­lu lub im­plan­ta­cja espe­ra­lu, któ­ra na­wet fi­zycz­nie przy­po­mi­na ope­ra­cję. Le­ka­rze, któ­rzy sto­su­ją te środ­ki, wie­rzą, że po­mo­gą one cho­re­mu od­zy­skać „wolę nie­pi­cia”, a przez to kon­tro­lę nad al­ko­ho­lem. Po­dob­ne cele sta­wia­ją so­bie hip­no­ty­ze­rzy, spe­cja­li­ści od na­kłu­wa­nia ner­wów lub ci le­ka­rze i ucze­ni, zwłasz­cza w Wiel­kiej Bry­ta­nii, któ­rzy po­szu­ku­ją cu­dow­nej pi­guł­ki lub in­ne­go spo­so­bu wy­ucze­nia al­ko­ho­li­ka kon­tro­lo­wa­ne­go pi­cia. Tak aby mógł, jak inni, wy­pi­jać kil­ka kie­lisz­ków i nie upi­jać się.

Ano­ni­mo­wi Al­ko­ho­li­cy uwa­ża­ją, że kon­tro­li nie spo­sób od­zy­skać. A sam an­ti­col lub espe­ral nie może być sku­tecz­ny, bo prze­cież nie po­ma­ga cho­re­mu zmie­nić sie­bie. Z wła­sne­go do­świad­cze­nia wie­dzą, że o od­zy­ska­niu kon­tro­li ma­rzy cho­ry al­ko­ho­lik. Wa­run­kiem wy­zdro­wie­nia jest coś prze­ciw­ne­go – uzna­nie, że kon­tro­li od­zy­skać nie spo­sób. Do­pie­ro po uzna­niu bra­ku kon­tro­li moż­na za­cząć zdro­wieć.

Dru­gim, oprócz kon­tro­li, ele­men­tem pa­ra­dyg­ma­tu na­uko­we­go jest teo­ria. Na­uka musi stwo­rzyć teo­re­tycz­ny mo­del cho­ro­by i zdro­wie­nia. W tym celu po­win­na po­znać związ­ki przy­czy­no­we. Po­zna­je je, nie­ustan­nie sta­wia­jąc py­ta­nie „dla­cze­go?”. Dla na­uko­wej me­dy­cy­ny, a tak­że psy­cho­lo­gii, za­sad­ni­czą rolę w bu­do­wie teo­re­tycz­ne­go mo­de­lu al­ko­ho­li­zmu od­gry­wa­ją py­ta­nia: „dla­cze­go al­ko­ho­lik pije?” lub „dla­cze­go nie­któ­rzy pi­ją­cy zo­sta­ją al­ko­ho­li­ka­mi?”.

Ano­ni­mo­wi Al­ko­ho­li­cy od­rzu­ca­ją te py­ta­nia. Za­da­wa­li je so­bie przez wie­le lat i w od­po­wie­dziach na nie wca­le nie znaj­do­wa­li le­kar­stwa, lecz naj­czę­ściej uspra­wie­dli­wie­nie ko­lej­ne­go pi­jań­stwa. Za­miast „dla­cze­go piję?” Ano­ni­mo­wi Al­ko­ho­li­cy za­sta­na­wia­ją się „co ro­bić, żeby nie pić”. Ale te ich rady nie są uza­sad­nio­ne ja­ką­kol­wiek teo­rią: w tak zwa­nej „Wiel­kiej Księ­dze” pierw­si nie­pi­ją­cy al­ko­ho­li­cy po­dzie­li­li się tym, co im sa­mym po­ma­ga­ło za­cho­wać abs­ty­nen­cję. Po dziś dzień no­wi­cju­sze w AA uczą się przyj­mo­wać te rady bez do­wo­du, na wia­rę. A na­ukow­cy trud­no go­dzą się z wia­rą.

Trze­ci ele­ment na­uko­we­go pa­ra­dyg­ma­tu to po­twier­dze­nie eks­pe­ry­men­tal­ne. Po sfor­mu­ło­wa­niu hi­po­te­zy uczo­ny do­ko­nu­je eks­pe­ry­men­tów. Je­śli one się po­wio­dą, hi­po­te­za sta­je się teo­rią. Wów­czas teo­rię we­ry­fi­ku­je się em­pi­rycz­nie: czy obej­mu­je ona wszyst­kie przy­pad­ki, czy dzia­ła za­wsze. Je­śli tak, wów­czas teo­ria sta­je się pra­wem, z któ­re­go moż­na wy­cią­gać dal­sze wnio­ski. Moż­na też na nim oprzeć prak­tycz­ne za­sto­so­wa­nia na­uki.

W dzie­dzi­nie al­ko­ho­li­zmu w wie­lu la­bo­ra­to­riach na­uko­wych robi się bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne eks­pe­ry­men­ty. Bada się od­por­ność róż­nych or­ga­ni­zmów na al­ko­hol i wy­zna­cza śmier­tel­ną daw­kę dla po­szcze­gól­nych ga­tun­ków zwie­rząt eks­pe­ry­men­tal­nych. Bada się uza­leż­nie­nie i dzie­dzi­cze­nie uza­leż­nie­nia – u my­szy, szczu­rów i psów. Two­rzy się bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne ma­szy­ny, któ­re mogą wy­ka­zać po­nad wszel­ką wąt­pli­wość, że ktoś pił al­ko­hol i ile go wy­pił.

Ano­ni­mo­wi Al­ko­ho­li­cy nie prze­pro­wa­dza­ją żad­nych eks­pe­ry­men­tów. Mó­wią, że po to, by al­ko­ho­lik wy­trzeź­wiał, nie trze­ba po­świę­cić ani jed­ne­go szczu­ra. Nie trze­ba też cho­re­mu udo­wad­niać, czy i ile wy­pił, bo on sam o tym wie naj­le­piej, a prze­cież to wła­śnie od nie­go sa­me­go za­le­ży jego wy­trzeź­wie­nie. Ano­ni­mo­wi Al­ko­ho­li­cy wie­dzą, że AA dzia­ła, ale wie­dzą to nie­ja­ko prze­ży­cio­wo, bez po­twier­dzeń eks­pe­ry­men­tal­nych. A przy tym nie dzia­ła za­wsze, jed­ni lu­dzie trzeź­wie­ją, a inni nie, i nie ma żad­nej teo­rii, któ­ra po­zwa­la­ła­by do­kład­nie prze­wi­dzieć, komu się to uda. Ba­da­nia sku­tecz­no­ści mają w naj­lep­szym wy­pad­ku wy­ryw­ko­wy cha­rak­ter i bu­dzą spo­re wąt­pli­wo­ści me­to­do­lo­gicz­ne. Bo ja­kim w koń­cu do­wo­dem na­uko­wym jest jed­no­cze­sna obec­ność pięć­dzie­się­ciu ty­się­cy ozdro­wień­ców ze stu kra­jów na Sta­dio­nie Olim­pij­skim w Mont­re­alu czy 10 ty­się­cy pol­skich „aow­ców” na zjeź­dzie w gdań­skiej Oli­wii.

Sło­wem, Ano­ni­mo­wi Al­ko­ho­li­cy mają efek­ty, ale nie mają teo­rii. Ich suk­ce­sy są ła­twe do od­rzu­ce­nia, je­że­li tyl­ko ktoś chce je od­rzu­cić. A chce je od­rzu­cić każ­dy, kto czu­je się za­gro­żo­ny. W po­cząt­kach swej dzia­łal­no­ści, w swe­go ro­dza­ju „me­sja­ni­stycz­nej fa­zie” roz­wo­ju, Ano­ni­mo­wi Al­ko­ho­li­cy wszę­dzie stwa­rza­li dość duże po­czu­cie za­gro­że­nia. Zna­jąc na wła­snej skó­rze nie­po­wo­dze­nia ofi­cjal­nej me­dy­cy­ny, by­wa­li za­czep­ni, a na­wet aro­ganc­cy. Uwa­ża­li, że tyl­ko oni mogą po­móc al­ko­ho­li­kom, i to na wszyst­kie do­le­gli­wo­ści. Wy­ty­ka­li le­ka­rzom, psy­cho­lo­gom i psy­chia­trom brak zro­zu­mie­nia oraz nie­kom­pe­ten­cję. Bu­dzi­li nie­chęć uczo­nych twier­dze­niem, że na­uka w ogó­le nie jest w tej dzie­dzi­nie po­trzeb­na. Nic dziw­ne­go, że ucze­ni i le­ka­rze czę­sto w re­wan­żu od­rzu­ca­li AA.

Mó­wi­li, że me­to­da AA na­da­je się tyl­ko dla nie­któ­rych al­ko­ho­li­ków, ta­kich, któ­rzy chcą się roz­wi­jać du­cho­wo. A prze­cież są inni al­ko­ho­li­cy, któ­rzy nie chcą się du­cho­wo roz­wi­jać. Zwo­len­ni­cy AA od­po­wia­da­li na to, że istot­nie nie­któ­rzy pa­cjen­ci nie chcą roz­wo­ju du­cho­we­go, bo le­ka­rze nie mó­wią im, że jest to ko­niecz­ne do wy­zdro­wie­nia, a prze­cież to wła­śnie le­karz naj­czę­ściej jest dla cho­re­go je­dy­nym au­to­ry­te­tem.

Na­wet jed­nak od­rzu­ca­jąc czy kry­ty­ku­jąc AA, ucze­ni nie bar­dzo mie­li co Ano­ni­mo­wym Al­ko­ho­li­kom prze­ciw­sta­wić, bo sami też nie mie­li efek­tów. Nie mo­gli ich mieć, bo al­ko­ho­lizm jest cho­ro­bą chro­nicz­ną. A no­wo­cze­sna me­dy­cy­na na­uko­wa jest wy­jąt­ko­wo mało sku­tecz­na wo­bec wszel­kich cho­rób, któ­rych nie moż­na zli­kwi­do­wać za po­mo­cą in­ter­wen­cji chi­rur­gicz­nej lub far­ma­ko­lo­gicz­nej i w któ­rych trze­ba po­móc pa­cjen­to­wi za­ak­cep­to­wać cho­ro­bę i żyć z nią lub po­mi­mo niej. Ale wła­sna bez­rad­ność pa­ra­dok­sal­nie tyl­ko po­więk­sza­ła po­czu­cie za­gro­że­nia i chęć od­rzu­ce­nia tego, co zda­wa­ło się skut­ko­wać.

Stąd nie­mal nie­uchron­ny kon­flikt mię­dzy ofi­cjal­ną me­dy­cy­ną a ru­chem AA. Kon­flikt ten wy­stę­po­wał wszę­dzie, gdzie tyl­ko po­ja­wia­li się Ano­ni­mo­wi Al­ko­ho­li­cy. I wszę­dzie też kon­flikt ten po ja­kimś cza­sie wy­ga­sał. Na­stę­po­wa­ło to za­zwy­czaj wów­czas, gdy AA było już na tyle uzna­ne, by po­czuć się bez­piecz­nie, a jed­no­cze­śnie oka­zy­wa­ło się, że ruch AA wca­le nie sta­no­wi za­gro­że­nia dla le­ka­rzy, psy­chia­trów i psy­cho­lo­gów, że wręcz prze­ciw­nie, sami al­ko­ho­li­cy też mu­szą uzy­ski­wać spe­cjal­ne prze­szko­le­nie, za­nim za­czną pro­fe­sjo­nal­nie po­ma­gać in­nym. A w pra­cy tej po­trzeb­ni im są le­ka­rze, psy­cho­lo­go­wie i psy­chia­trzy. Oka­za­ło się, że w dłu­go­trwa­łym pro­ce­sie po­wro­tu do zdro­wia jest wła­ści­we miej­sce dla każ­de­go: dla le­ka­rza pod­czas od­tru­wa­nia, te­ra­peu­ty al­ko­ho­li­ka na po­cząt­ku trzeź­wie­nia, dla do­rad­cy du­cho­we­go pod ko­niec ku­ra­cji, a dla psy­cho­lo­ga i nie­kie­dy psy­chia­try w póź­niej­szym okre­sie, gdy już nie­pi­ją­cy al­ko­ho­lik musi ra­dzić so­bie ze swy­mi pro­ble­ma­mi oso­bi­sty­mi. Do­kład­nie role te opi­su­je Ste­pha­nie Brown w roz­mo­wie za­miesz­czo­nej w ni­niej­szej książ­ce.

Z cza­sem Ano­ni­mo­wi Al­ko­ho­li­cy za­czę­li trak­to­wać le­ka­rzy jako swych naj­więk­szych so­jusz­ni­ków i od­wrot­nie. Bo prze­cież nikt inny nie może tak do­brze jak le­karz roz­po­znać cho­ro­by i skło­nić pa­cjen­ta do le­cze­nia. Wie­lu le­ka­rzy za­czę­ło kie­ro­wać swych pa­cjen­tów do AA oraz za­pra­szać Ano­ni­mo­wych Al­ko­ho­li­ków do nor­mal­nych szpi­ta­li, by ci nie­śli po­sła­nie cho­rym, wśród któ­rych mo­gli znaj­do­wać się lu­dzie uza­leż­nie­ni. Wkrót­ce oka­za­ło się, że w dzie­dzi­nie al­ko­ho­li­zmu ist­nie­je jed­nak ja­kaś me­to­da jesz­cze lep­sza od ru­chu AA. Jest nią współ­pra­ca AA z in­ny­mi pro­fe­sjo­na­li­sta­mi służ­by zdro­wia: le­ka­rza­mi, psy­chia­tra­mi, psy­cho­lo­ga­mi, pie­lę­gniar­ka­mi, pra­cow­ni­ka­mi po­go­to­wia i in­nych służb me­dycz­nych.

Współ­pra­ca ta jest naj­waż­niej­szą ce­chą no­wo­cze­snych ośrod­ków le­cze­nia al­ko­ho­li­zmu na świe­cie. W ośrod­kach tych przed­sta­wi­cie­le wie­lu spe­cjal­no­ści zgod­nie pra­cu­ją, sta­ra­jąc się do­po­móc al­ko­ho­li­ko­wi w zmia­nie sa­me­go sie­bie. W ośrod­kach tych nie ma już kon­flik­tów mię­dzy te­ra­peu­ta­mi z AA a le­ka­rza­mi. Wciąż jed­nak zda­rza­ją się jesz­cze kon­flik­ty mię­dzy ca­ły­mi ta­ki­mi ośrod­ka­mi z jed­nej stro­ny a czy­sto aka­de­mic­ki­mi pla­ców­ka­mi ba­daw­czy­mi – z dru­giej. Być może dla­te­go, że Ano­ni­mo­wi Al­ko­ho­li­cy nadal zda­ją się igno­ro­wać po­trze­bę ba­dań na­uko­wych, a może dla­te­go, że prak­tycz­ne me­to­dy Ano­ni­mo­wych Al­ko­ho­li­ków tak trud­no po­go­dzić z wy­ma­ga­nia­mi pa­ra­dyg­ma­tu na­uko­we­go.

Na szczę­ście kon­flik­tu ta­kie­go do tej pory w Pol­sce pra­wie nie było, zresz­tą dzię­ki świa­tłym i po­sia­da­ją­cym wy­jąt­ko­wo sze­ro­kie ho­ry­zon­ty uczo­nym le­ka­rzom, kie­ru­ją­cym In­sty­tu­tem Psy­chia­trii i Neu­ro­lo­gii w War­sza­wie. Tam to wła­śnie, w na­uko­wym in­sty­tu­cie, po­wstał pierw­szy w Pol­sce od­dział kon­se­kwent­nie sto­su­ją­cy me­to­dę Dwu­na­stu Kro­ków. Oczy­wi­ście, nie oby­ło się bez trud­no­ści i nie­po­ro­zu­mień, ja­kie po­wo­du­je każ­da zmia­na, oraz opo­rów, ja­kie wią­żą się z ak­cep­ta­cją każ­dej no­wo­ści. Fak­tem jest jed­nak to, że na Od­dzia­le Od­wy­ko­wym In­sty­tu­tu od po­nad pię­ciu lat zgod­nie pra­cu­ją ze sobą le­ka­rze, psy­chia­trzy, du­chow­ni, psy­cho­lo­go­wie i te­ra­peu­ci al­ko­ho­li­cy. Co wię­cej, na od­dzia­le tym le­ka­rze pro­wa­dzą fak­tycz­ną te­ra­pię od­wy­ko­wą. Ce­lem wspól­nych dzia­łań nie jest bo­wiem tyl­ko od­tru­cie lub chwi­lo­wa abs­ty­nen­cja, lecz trzeź­wość, nad któ­rą pa­cjent musi na­uczyć się sam pra­co­wać.

Wie­rzę, że mo­del po­łą­cze­nia pro­fe­sjo­nal­nej te­ra­pii z za­sa­da­mi ru­chu Ano­ni­mo­wych Al­ko­ho­li­ków sta­nie się wzo­rem dla wszyst­kich ośrod­ków od­wy­ko­wych w Pol­sce. Mam na­dzie­ję, że ze­bra­ne w tej książ­ce do­świad­cze­nia i prze­my­śle­nia przy­da­dzą się pra­cow­ni­kom ta­kich ośrod­ków i ich pa­cjen­tom.

Grzech czy choroba?

W maju 1935 roku w miej­sco­wo­ści Akron w sta­nie Ohio czter­dzie­sto­let­ni ma­kler gieł­do­wy z No­we­go Jor­ku, Bill W., roz­pacz­li­wie szu­kał ja­kie­goś al­ko­ho­li­ka. Był to pierw­szy zna­ny przy­pa­dek, gdy al­ko­ho­lik po­szu­ki­wał to­wa­rzy­stwa dru­gie­go al­ko­ho­li­ka po to, by ra­zem z nim nie pić.

Bill W. był al­ko­ho­li­kiem, któ­re­go stan le­ka­rze uzna­li za bez­na­dziej­ny. Mia­ło go cze­kać trwa­łe uszko­dze­nie mó­zgu, obłęd lub śmierć. Tym­cza­sem w grud­niu 1934 roku Bill do­znał – jak sam to okre­ślił – „na­głe­go prze­obra­że­nia du­cho­we­go”, pod któ­re­go wpły­wem prze­stał pić. Nie­mal na­tych­miast pró­bo­wał na­mó­wić wszyst­kich al­ko­ho­li­ków w No­wym Jor­ku na po­dob­ny cud. Cho­ciaż ni­ko­go nie zdo­łał otrzeź­wić, czuł, że pra­ca z in­ny­mi al­ko­ho­li­ka­mi po­ma­ga jemu sa­me­mu za­cho­wać trzeź­wość.

Po kil­ku mie­sią­cach nie­pi­cia Bill po­wró­cił do in­te­re­sów. Po­je­chał do Akron, by w imie­niu gru­py biz­nes­me­nów z No­we­go Jor­ku prze­jąć na wła­sność duże przed­się­bior­stwo prze­my­słu ma­szy­no­we­go. Wie­rzył, że zo­sta­nie dy­rek­to­rem tego przed­się­bior­stwa, co za­bez­pie­czy mu przy­szłość.

10 maja 1935 roku Bill prze­grał wal­kę o przed­się­bior­stwo. Wspól­ni­cy wró­ci­li do No­we­go Jor­ku, a on zo­stał, by za­mknąć spra­wę. Sa­mot­ny, z dzie­się­cio­ma do­la­ra­mi w kie­sze­ni i bez per­spek­tyw na przy­szłość – po­czuł do­brze mu zna­ny przy­mus pi­cia. Prze­ra­żo­ny cof­nął się z baru do te­le­fo­nu. Zna­lazł nu­mer miej­sco­we­go pa­sto­ra i za­py­tał go o „ja­kie­goś pi­ja­ka, z któ­rym mógł­by po­roz­ma­wiać”. Pa­stor Tunks skon­tak­to­wał go z ro­dzi­ną Boba S.

Nie­gdyś wzię­ty le­karz, Bob od pię­ciu lat pił nie­mal bez prze­rwy. Kie­dy spo­tka­li się na­za­jutrz, Bill nie na­ma­wiał Boba na od­ro­dze­nie du­cho­we. W naj­prost­szych sło­wach prze­ka­zał mu to, cze­go sam się do­wie­dział od le­ka­rzy na te­mat al­ko­ho­li­zmu: że jest to po­łą­cze­nie ob­se­sji umy­sło­wej z fi­zycz­nym przy­mu­sem pi­cia oraz że cho­ro­ba ta ma po­stę­pu­ją­cy cha­rak­ter – je­że­li cho­ry nie prze­sta­nie pić, musi zwa­rio­wać albo umrzeć. Na­stęp­nie Bill opo­wie­dział o tym, jak sam pił i co wów­czas od­czu­wał, w jaki spo­sób wy­trzeź­wiał i jak się zmie­ni­ły jego od­czu­cia pod­czas mi­nio­nych sze­ściu mie­się­cy.

Po roz­mo­wie z Bil­lem Bob prze­stał pić. Po trzech ty­go­dniach upił się zno­wu. 10 czerw­ca 1935 roku Bill wlał w nie­go set­kę na otrzeź­wie­nie. Od tam­tej chwi­li Bob nig­dy już nie wy­pił kro­pli al­ko­ho­lu.

W dwa ty­go­dnie póź­niej Bill i Bob od­wie­dzi­li w Akron Bil­la D., ad­wo­ka­ta, któ­ry od stycz­nia tego roku już po raz ósmy le­żał w szpi­ta­lu na od­tru­ciu. Gdy go­ście po­dzie­li­li się z nim swo­im do­świad­cze­niem, Bill D. rów­nież prze­stał pić – do koń­ca ży­cia.

Je­sie­nią 1935 roku Bill W. po­wró­cił do No­we­go Jor­ku i za­czął zbie­rać al­ko­ho­li­ków w swo­im domu w Bro­okly­nie. Bob S. i Bill D. kon­ty­nu­owa­li dzia­łal­ność w Akron. Po dwu la­tach w tych dwu gru­pach było czter­dzie­stu trzeź­wych al­ko­ho­li­ków. Na pod­sta­wie ich do­świad­czeń Bill W. na­pi­sał książ­kę za­ty­tu­ło­wa­ną „Ano­ni­mo­wi Al­ko­ho­li­cy”, w któ­rej wy­ja­śniał fi­lo­zo­fię i me­to­dy ru­chu; dru­gą część książ­ki sta­no­wi­ły hi­sto­rie cho­ro­by i wy­zdro­wie­nia na­pi­sa­ne przez pierw­szych trzy­dzie­stu nie­pi­ją­cych al­ko­ho­li­ków. Z cza­sem książ­kę tę – wy­da­ną ano­ni­mo­wo i ad­re­so­wa­ną za­rów­no do już nie­pi­ją­cych, jak i do wciąż jesz­cze pi­ją­cych al­ko­ho­li­ków – za­czę­to na­zy­wać „Wiel­ką Księ­gą”; sta­ła się ona swe­go ro­dza­ju pod­ręcz­ni­kiem trzeź­wo­ści. Od jej ory­gi­nal­ne­go ty­tu­łu po­wsta­ła na­zwa ru­chu AA.

***

W jaki spo­sób Bil­lo­wi W. uda­ło się nie pić sa­me­mu, a na­stęp­nie otrzeź­wić Boba S…? Dla­cze­go Ano­ni­mo­wym Al­ko­ho­li­kom tak do­brze uda­je się to, cze­go nie po­tra­fią do­ko­nać ro­dzi­ny cho­rych, le­ka­rze ani du­chow­ni? Od­po­wiedź kry­je się w oso­bli­wym cha­rak­te­rze cho­ro­by al­ko­ho­lo­wej.

Zde­cy­do­wa­na więk­szość lu­dzi po dziś dzień pa­trzy na al­ko­ho­lizm ra­czej w ka­te­go­riach mo­ral­nych niż me­dycz­nych: al­ko­ho­lizm jest do­wo­dem sła­be­go cha­rak­te­ru i upad­ku mo­ral­ne­go czło­wie­ka. Me­dy­cy­na za­czę­ła uzna­wać al­ko­ho­lizm za cho­ro­bę, a nie grzech, gdy le­ka­rze wy­cią­gnę­li wnio­ski z dość oczy­wi­ste­go spo­strze­że­nia, że prze­cież nikt nie za­czy­na pić po to, by zo­stać al­ko­ho­li­kiem. Cho­ro­ba jest re­zul­ta­tem za­cho­dzą­cych w or­ga­ni­zmie pro­ce­sów, na któ­re cho­ry nie ma wpły­wu. Pro­ce­sy te są ano­ma­lią, bo prze­cież nie wy­stę­pu­ją u każ­de­go, kto pije.

Co wię­cej, nie każ­dy, kto dużo pije, jest al­ko­ho­li­kiem. Al­ko­ho­lik naj­czę­ściej wca­le nie jest wiecz­nie pi­ja­nym „ko­le­siem” spod bud­ki z pi­wem czy z rynsz­to­ka. W rze­czy­wi­sto­ści zde­cy­do­wa­na więk­szość al­ko­ho­li­ków to lu­dzie bar­dzo spraw­ni spo­łecz­nie; za­wo­do­wo by­wa­ją oni – do cza­su – spraw­niej­si od nie­al­ko­ho­li­ków. Al­ko­ho­lik nie musi też wca­le pić de­na­tu­ra­tu. Bli­sko jed­na trze­cia al­ko­ho­li­ków nig­dy w ży­ciu nie wy­pi­ła moc­niej­sze­go trun­ku niż piwo. Al­ko­ho­lik nie musi pić co­dzien­nie; prze­szło po­ło­wa pije okre­so­wo: po pi­jac­kich cią­gach na­stę­pu­ją – z cza­sem co­raz krót­sze – okre­sy abs­ty­nen­cji.

Ten okre­so­wy cha­rak­ter pi­cia wpro­wa­dza w błąd cho­re­go, jego ro­dzi­nę, a czę­sto tak­że le­ka­rzy; jest dla nich do­wo­dem pa­no­wa­nia nad al­ko­ho­lem. W isto­cie jed­nak prze­rwa w pi­ciu ni­cze­go nie do­wo­dzi. Nie­mal każ­dy al­ko­ho­lik może do­trzy­mać obiet­ni­cy, że przez naj­bliż­sze ileś tam mie­się­cy nie weź­mie do ust kro­pli al­ko­ho­lu. Ża­den al­ko­ho­lik nie do­trzy­ma jed­nak obiet­ni­cy, że przez mie­siąc bę­dzie co­dzien­nie pić tyl­ko dwa kie­lisz­ki, nie wię­cej. Tęgi pi­jak zdo­ła spro­stać ta­kie­mu te­sto­wi, al­ko­ho­lik upi­je się już po kil­ku dniach.

Isto­tą cho­ro­by jest bo­wiem utra­ta kon­tro­li nad al­ko­ho­lem. Cho­ro­ba skła­da się z dwu ele­men­tów, ob­se­sji umy­sło­wej, któ­ra spra­wia, że al­ko­ho­lik nie może so­bie wy­obra­zić ży­cia bez al­ko­ho­lu i na­wet po dłu­giej prze­rwie się­ga po kie­li­szek, oraz uczu­le­nia fi­zjo­lo­gicz­ne­go, któ­re od­zy­wa się na­tych­miast po wy­pi­ciu pierw­szej kro­pli i po­wo­du­je utra­tę kon­tro­li nad ilo­ścią wy­pi­ja­ne­go al­ko­ho­lu: cho­ry pije aż do upi­cia się. Obie­cu­je so­bie, że wy­pi­je tyl­ko jed­no piw­ko, a wra­ca do domu pi­ja­ny.

Mimo że każ­de pi­jań­stwo po­wo­du­je co­raz po­waż­niej­sze pro­ble­my zdro­wot­ne, ro­dzin­ne, to­wa­rzy­skie, a czę­sto i praw­ne, al­ko­ho­lik po­now­nie się upi­ja. I znów. I znów. Jak gdy­by zu­peł­nie nie po­tra­fił uczyć się na przy­krych do­świad­cze­niach. Przy­po­mi­na czło­wie­ka, któ­ry raz po raz wkła­da rękę do go­rą­ce­go pie­ca mimo co­raz do­tkliw­szych po­pa­rzeń. Czło­wiek przy zdro­wych zmy­słach tak nie po­stę­pu­je; al­ko­ho­lik nie jest przy zdro­wych zmy­słach.

Ale to nie wszyst­ko. Naj­dziw­niej­sze jest, że mimo ist­nie­nia ła­two roz­po­zna­wal­nych ob­ja­wów sam al­ko­ho­lik nie­mal do koń­ca nie wie, że jest cho­ry. Al­ko­ho­lizm na­le­ży bo­wiem do gru­py oso­bli­wych cho­rób, okre­śla­nych w ję­zy­ku an­giel­skim jako di­se­ases of de­nial, czy­li „cho­ro­by za­prze­czeń”. Po­dob­nie jak w przy­pad­ku nar­ko­ma­nii, le­ko­ma­nii, wszel­kich in­nych uza­leż­nień i nie­któ­rych cho­rób psy­chicz­nych – in­te­gral­ną czę­ścią uza­leż­nie­nia od al­ko­ho­lu jest me­cha­nizm, któ­ry nie­ustan­nie prze­ko­nu­je cho­re­go o tym, że nie jest on al­ko­ho­li­kiem.

Po­dej­rze­nie o al­ko­ho­lizm to bar­dzo po­waż­ny za­rzut. Ma ono bo­wiem jed­no­znacz­ny wy­dźwięk mo­ral­ny. Nikt nie przy­zna­je się ła­two do tego, że jest ze­psu­ty, zwłasz­cza gdy czu­je się nie­win­ny. A prze­cież al­ko­ho­lik nie upi­ja się na­umyśl­nie. On sam nie może zro­zu­mieć, dla­cze­go się upi­ja. Pró­bu­je więc uspra­wie­dli­wić swo­je po­stę­po­wa­nie, sto­su­jąc ra­cjo­na­li­za­cję, tzn. sta­ra się je „wy­tłu­ma­czyć” w spo­sób ra­cjo­nal­ny.

Znaj­du­je róż­ne przy­czy­ny: kło­po­ty w pra­cy i pro­ble­my mał­żeń­skie, po­de­ner­wo­wa­nie i trud­ne dzie­ciń­stwo. Wy­da­rze­nia po­li­tycz­ne. Hi­sto­ria i geo­gra­fia. Nie­świa­do­mie pró­bu­je od­wró­cić uwa­gę od al­ko­ho­li­zmu, prze­rzu­cić winę na ko­goś in­ne­go. Naj­czę­ściej na naj­bliż­szych. Cza­sem al­ko­ho­lik, zu­peł­nie pod­świa­do­mie, szu­ka sprzecz­ki, szu­ka cier­pie­nia, by móc po­wie­dzieć: „pi­łem, bo…”, albo by zna­leźć pre­tekst do na­pi­cia się bez po­czu­cia winy.

Ra­cjo­na­li­za­cje, cy­klicz­ne prze­rwy w pi­ciu, nad­gor­li­wość w pra­cy i po­tul­ność w domu w okre­sach nie­pi­cia, ma­ni­pu­lo­wa­nie ludź­mi i fak­ta­mi, se­lek­tyw­na pa­mięć i wie­le in­nych me­cha­ni­zmów sa­mo­oszu­ki­wa­nia się – wszyst­ko to two­rzy nie­zwy­kle sil­ną struk­tu­rę za­prze­czeń, dzię­ki któ­rej al­ko­ho­lik bro­ni się przed my­ślą, że jest al­ko­ho­li­kiem. Ta struk­tu­ra za­prze­czeń ma przede wszyst­kim in­te­lek­tu­al­ny cha­rak­ter i jest szcze­gól­nie sil­na u lu­dzi wy­kształ­co­nych. Po­dob­no naj­sil­niej­sze za­kła­ma­nie ce­chu­je praw­ni­ków, któ­rzy są – jak wia­do­mo – wy­tre­no­wa­ni w znaj­do­wa­niu lo­gicz­nych ar­gu­men­tów pa­su­ją­cych do każ­dej tezy.

Sło­wem, al­ko­ho­lik nie