Rak. I co dalej? Rozmowy o życiu, leczeniu i odnajdywaniu radości - Anna Maruszeczko,dr Mariusz Wirga - ebook + książka

Rak. I co dalej? Rozmowy o życiu, leczeniu i odnajdywaniu radości ebook

Anna Maruszeczko, dr Mariusz Wirga

0,0

Opis

Czy można żyć dobrze mimo choroby, lęku i niepewności? Dlaczego wsparcie psychiczne nie jest dodatkiem do leczenia, lecz jego ważną częścią?

Choroba nowotworowa zmienia wszystko. Przynosi strach, niepewność, pytania o sens, jakość życia i o przyszłość, której nie można przewidzieć. W takim doświadczeniu równie ważne jak leczenie staje się to, jak z chorobą radzimy sobie psychicznie.

Światowej klasy psychoonkolog dr Mariusz Wirga, w rozmowie z dziennikarką Anną Maruszeczko, pokazuje, jak świadomie wspierać proces leczenia i odnajdywać wewnętrzną siłę. Mówi o przechodzeniu przez kryzysy, o nadziei pozbawionej złudzeń, o karmiących relacjach oraz o śmierci, której nie trzeba wypierać.

To książka dla osób chorujących, ich bliskich i wszystkich, którzy chcą lepiej poznać emocjonalny wymiar choroby nowotworowej. Pomaga oswoić lęk, odzyskać poczucie wpływu i wewnętrzną równowagę a także zrozumieć, jak ważną rolę w procesie leczenia odgrywają psychika i wspierające więzi.

 

NIE WSZYSTKO MOŻESZ ZMIENIĆ, ALE MOŻESZ ZMIENIĆ SPOSÓB, W JAKI PRZEZ TO PRZECHODZISZ

 

Ta znakomita książka – wywiad z osobą niezwykle zasłużoną dla rozwoju psychoonkologii – to cenne źródło wiedzy o tym, jak skutecznie pomagać cierpiącemu człowiekowi. Doktor Wirga jest doskonałym psychoterapeutą, a jego szkolenia i publikacje cieszą się w Polsce ogromnym zainteresowaniem.

prof. Mikołaj Majkowicz, specjalista psychologii klinicznej

 

„Człowiek częściej otrzymuje to, czego oczekuje, niż to, czego potrzebuje”. Ta wschodnia mądrość odnosi się także do zdrowia. Praca z nastawieniem, której dr Wirga jest pionierem w onkologii, stanowi jeden z fundamentów tej cennej książki. Czytajmy ją uważnie i z otwartymi umysłami.

Jacek Santorski

 

W chorobie nowotworowej psychoonkologia stanowi istotne wsparcie procesu zdrowienia i ważne uzupełnienie leczenia farmakologicznego i chirurgicznego. Niniejsza książka to przystępny niezbędnik dla pacjentów onkologicznych oraz ich bliskich.

prof. Janusz Rybakowski, psychiatra, członek rzeczywisty PAN

 

Dr Mariusz Wirga – lekarz psychiatra, psychoonkolog, terapeuta poznawczo-behawioralny. Propagator terapii simontonowskiej i jeden z jej pionierów w Polsce. Od kilkudziesięciu lat wspiera osoby chorujące na nowotwory i ich bliskich. Kieruje programem onkologii psychospołecznej w Instytucie Onkologii im. Malcolma Todda w Long Beach w Kalifornii. Współautor książki ABC twoich emocji, napisanej z Maxiem C. Maultsbym Jr. i Michaelem DeBernardim.

Anna Maruszeczko – dziennikarka i autorka książek. Realizuje się w tematyce społecznej i psychologicznej. Twórczyni podcastu #Wojowniczki&Wojownicy – O ludziach, którym zależyoraz audycji Blisko, coraz bliżej – Blisko siebie, siebie nawzajem, blisko świata w PR 1 Polskiego Radia. Stale współpracuje m. in. z magazynem i ośrodkiem niezależnych treści NNO – Po stronie odpowiedzialności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 239

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



ANNA MARUSZECZKO DR MARIUSZ WIRGA

R A K I CO DALEJ

Rozmowy o życiu, leczeniu i odnajdywaniu radości

Wstęp

Psychoonkologia nigdy nie była dla niego dodatkiem do leczenia ani „miłym wsparciem na marginesie”. Była częścią opieki nad człowiekiem chorującym na raka. Zajmuje się nie tylko depresją czy lękiem, ale całym doświadczeniem choroby: biologią, emocjami, relacjami, sensem życia, cierpieniem, duchowością i śmiertelnością. „Nasz program onkologii psychospołecznej zajmuje się wszystkim: od egzystencji po egzystencjalizm”, mówi we właściwy sobie sposób.

Leczy człowieka, nie diagnozowany przypadek. Interesuje go nie tyle sama choroba, ile człowiek przeżywający chorobę. Filarem jego myślenia o pacjencie jest przekonanie, że ludzki organizm ma tendencję do zdrowienia. Można wzmacniać tę zdolność poprzez wzmacnianie prawdziwej natury człowieka – łagodności, dobroci, życzliwości i współczucia. Radość i śmiech traktuje jako zajęcia obowiązkowe, a nie fakultatywne. Przekonuje, że sensowniejsze od pytania: „Jak długo będę żył?” jest pytanie: „Jak będę żył?”.

Rozmawiamy o emocjach, o tym, że sami tworzymy swoje cierpienie emocjonalne myślami i nawykowymi postawami. Zrewidowanie niezdrowych, utrwalonych schematów i zastąpienie ich zdrowymi alternatywami jest możliwe. Zmiana przekonań jest najprostszym sposobem poprawy samopoczucia, a to już jest droga ku zdrowiu.

Rozmawiamy o uczeniu się, o samopomocy, o potrzebie uruchomienia emocjonalnego GPS-u, który podpowiada, by uciekać od tego, co toksyczne, zmierzać do tego, co odżywcze. „Chcemy mieć spokój bez ćwiczenia spokoju. Chcemy, żeby przyszedł do nas gdzieś z zewnątrz – z Facebooka, z telefonu, z tabletki czy ze związku. Figa z makiem” – mówi. Metody, które stosuje, są jak rower, który nie działa, jeśli na niego nie wsiądziesz i nie zaczniesz pedałować.

Od zawsze nurtowało go pytanie, dlaczego jedni ludzie potrafią zachować żywotność, nadzieję i zaangażowanie pomimo cierpienia, a inni stopniowo wycofują się z życia. „Jedyny sposób na to, żebyśmy mogli wzrastać, to zaakceptować to, gdzie jesteśmy. A jest to trudne, kiedy cierpimy” – usłyszałam od niego. Poświęcił się poszukiwaniu sposobów na zmniejszanie cierpienia.

Intuicja, pasja oraz doświadczenia doktora Mariusza Wirgi z różnych dziedzin medycyny i psychologii, a także przyjaźń z wieloma charyzmatycznymi mentorami ze świata nauki, co uważa za swój wielki przywilej, uczyniły go niestrudzonym promotorem onkologii psychospołecznej. Opracował i prowadzi oparty na terapii simontonowskiej (TS)1 Beat the Odds (BTO)2: kompleksowy, poznawczo-behawioralny program interwencji psychoonkologicznych dla pacjentów i ich rodzin. Terapia simontonowska, którą Wirga spopularyzował między innymi w Polsce, będąca jedną ze składowych BTO, to forma terapii komplementarnej, psychoterapia wspierająca pacjentów w przechodzeniu przez leczenie onkologiczne, która w żadnym razie go nie zastępuje! Pomaga natomiast porządkować przekonania o chorobie i leczeniu, redukować lęk, poprawiać współpracę z zespołem medycznym i mobilizować zasoby psychiczne, społeczne oraz fizjologiczne, które korzystnie wpływają na przebieg leczenia. Doktor Wirga, podobnie jak Carl Simonton, z którym się przyjaźnił i przez wiele lat blisko współpracował, propaguje ideę, by psychoterapia była wdrażana u osób chorujących onkologicznie, tak jak chirurgia, chemioterapia, radioterapia, hormonoterapia czy immunoterapia.

Skoro emocje potrafią pogorszyć nasze przeżywanie choroby, to potrafią też poprawić to, jak przez nią przechodzimy. Carl Simonton opisuje to jako spiralę powrotu do zdrowia. Mój rozmówca daleki jest od mówienia o cudach, ale sporo opowiada o powrotach do zdrowia. Podkreśla, jak ważne jest, by umieć zmobilizować swoje zasoby psychiczne. Twierdzi, że nowotwór potrafi dać nam pewnego rodzaju moc. Nie dlatego, że jest czymś dobrym, tylko dlatego, że konfrontuje nas z tym, co naprawdę ważne. Daje nam prawo, by powiedzieć „tak” temu, co służy życiu, i „nie” temu, co nas wyniszcza. Łatwiej wtedy zadbać o siebie i odpuścić rzeczy, które wcześniej wydawały się konieczne. „I nagle ważniejszy staje się zachód słońca, zapach kwiatów czy czas spędzony z bliskimi”.

W obliczu choroby zagrażającej życiu zmieniają się priorytety. To, co do tej pory było niezwykle istotne, nagle staje się nie tak bardzo ważne. A to sprawia, że pozwalamy sobie na działanie według nowych zasad, takich, które wcześniej były nie do przyjęcia – okazywanie zmęczenia, bycie asertywnym etc. Nagle ujawniają się nowe sposoby radzenia sobie ze stresującymi sytuacjami. Rozwiązanie problemów staje się możliwe. Kiedy pacjent uwalnia się od negatywnego myślenia, zmienia swoje przekonania na temat sytuacji, w której się znalazł, pojawiają się inne emocje, wzmacnia się chęć do życia, rysuje się nadzieja. I to jest właśnie ten moment, kiedy znowu nasz umysł, nasza psychika oddziałują na nasz organizm, a dokładniej mówiąc, na nasz układ immunologiczny, jednak tym razem prowadząc do pozytywnych zmian fizjologicznych.

Czy można powiedzieć, że obecnie w środowisku lekarskim już nikt nie neguje wpływu psychiki na biologię? Czy można powiedzieć, że już nikt nie bagatelizuje oddziaływania naszych emocji, naszego nastawienia emocjonalnego do choroby, na proces zdrowienia? O, nie. Psychoonkologia jest uznaną, bogatą w dowody empiryczne dziedziną medycyny, ma wielu entuzjastów, jednak nadal są i tacy, którzy kwestionują jej znaczenie. „W nauce rzadko wszyscy myślą tak samo”, zapewnia dr Wirga.

Wiemy z badań nad tzw. enigmatycznymi i wyjątkowymi odpowiedziami na leczenie (Network of Enigmatic Exceptional Responders na Harvardzie), że praktycznie nie ma nowotworu, poza niektórymi rzadszymi, z którego nikt nigdy nie wyzdrowiał. To oczywiście nie oznacza, że wyzdrowienie jest prawdopodobne w każdym przypadku. Oznacza jedynie, że nie jest absolutnie niemożliwe, a więc pozostaje przestrzeń dla nadziei.

Wciąż odkrywamy, jak niezwykle złożony i inteligentny jest ludzki organizm. Doktor Wirga podkreśla, że w terapii simontonowskiej / BTO terapeuci korzystają z osiągnięć nowoczesnej medycyny, ale jednocześnie starają się wzmacniać w pacjentach zaufanie do istniejących w nich samych naturalnych mechanizmów zdrowienia. „Im więcej dowiadujemy się o biologii raka i o działaniu układu odpornościowego, tym wyraźniej widać, że zdrowienie nie jest tylko walką z chorobą, ale także wspieraniem naturalnych procesów życia, które działały w nas, jeszcze zanim się urodziliśmy”.

Rozmawiając z Mariuszem, siłą rzeczy pracowałam nad sobą. Łapałam się na nieracjonalnych prywatnych prawdach – niezdrowych przekonaniach czy rozmaitych, biorących się ze specyfiki ludzkiego umysłu, automatyzmach, które każą mi martwić się, zamiast cieszyć. Jestem święcie przekonana, że ta dolegliwość jest powszechniejsza, niż by się wydawało. Tak jak samotność, która zaczyna być traktowana jako jeden z ważnych czynników ryzyka zdrowotnego. To wszystko motywowało mnie do dalszej pracy nad książką.

Ta książka uświadamia, że wsparcie psychospołeczne ma wpływ na długość i jakość życia. Współczesna psychoonkologia coraz wyraźniej pokazuje, że zdrowienie nie jest wyłącznie procesem biologicznym, jest także procesem społecznym. Chorując, nie bądź sam. Zawczasu buduj swoją „wioskę” – grono bliskich sobie ludzi.

My sami jesteśmy twórcami oraz niszczycielami swojej radości. Doktor Wirga i jego współpracownicy pomagają ludziom to zrozumieć i przyjąć taką postawę w życiu, która bierze się z przekonania, że życie może być radością aż do ostatniego tchnienia. Chodzi o zdolność do życia pełnią mimo niepewności, mówi mój mentor. Bo prawda jest taka, że poczucie niepewności dotyczy nas wszystkich. Pacjent z nowotworem doświadcza jej mocniej niż większość ludzi. Ale każdy z nas może zadbać o więcej życia w życiu. Naprawdę warto zapamiętać zdanie: tak jak sami tworzymy swoje cierpienie emocjonalne, sami też jesteśmy niszczycielami oraz twórcami swojej radości.

Anna Maruszeczko

ROZDZIAŁ I Radość, która leczy O radości, emocjach i sztuce bycia obecnym

Mariuszu, będziemy sobie mówić po imieniu, bo wiem, że bardzo chętnie przechodzisz na ten sposób komunikowania się również z pacjentami. Masz dużą łatwość w nawiązywaniu bezpośredniego kontaktu z ludźmi. To amerykański wpływ?

To chyba dlatego, że jestem jedynakiem i zawsze bardzo chciałem mieć dużo kolegów.

Jesteś też bardzo pogodnym, żeby nie powiedzieć radosnym człowiekiem. Pomyślałam, że to może być wynik szkoły Simontona.

Rzeczywiście, chyba największy wpływ na mój świadomy rozwój osobisty miały jego podejście do zdrowia i jego filozofia życia. Rodzice, wychowanie niewątpliwie też, ale to już nie moja zasługa ani wybór. Ale był też charyzmatyczny Maxie C. Maultsby Jr.3, z którym bardzo się przyjaźniliśmy.

Obaj już nie żyją. Byliśmy ze sobą blisko praktycznie do końca. Mówię w liczbie mnogiej, bo moja żona Aleksandra też jest psychiatrą i od początku również była pod dużym wpływem ich metod pracy i osobowości. Teraz oboje pracujemy bliżej Davida Burnsa.

Psychiatry Davida D. Burnsa, autora książki Radość życia, czyli jak zwyciężyć depresję. Terapia zaburzeń nastroju?

Tak. Tego samego, który spopularyzował terapię poznawczo-behawioralną (CBT), której ojcem był z kolei Aaron Beck. David D. Burns jest profesorem emerytowanym Uniwersytetu Stanforda, specjalistą od motywacji i pomagania pacjentom w przekraczaniu oporu, który właściwie zawsze jest obecny w terapii. Sformułował precyzyjne i skuteczne podejście TEAM CBT4, pozwalające na szybkie zmniejszenie oporu i prowadzenie pacjenta do rozwiązania jego problemów związanych z depresją, zaburzeniami lękowymi, konfliktami w relacjach czy z uzależnieniami. Sam jestem terapeutą i trenerem TEAM CBT od 2021 roku, kiedy zorgani­zowaliśmy pierwszy Światowy Kongres TEAM CBT w Warszawie.

Zanim przyjrzymy się bliżej metodom, które integrujesz w swoim autorskim programie interwencji psychoonkologicznych Beat The Odds (BTO), ustalmy, komu one służą.

Osobom przewlekle chorującym, ale nie tylko. Program Simontona powstał z myślą o chorych onkologicznie, choć „powstał” to za dużo powiedziane. On raczej wyrósł. Carl Simonton, onkolog radioterapeuta, jeszcze jako rezydent brał udział w badaniu klinicznym nad frakcjonowaniem radioterapii, sposobem podawania promieniowania, który miał zwiększyć skuteczność leczenia i zmniejszyć jego działania niepożądane. Zauważył coś, co go zastanowiło: część pacjentów w ogóle nie zgłaszała się do udziału, część zapisywała się i nie przychodziła, a jeszcze inni przerywali leczenie w trakcie. Zaczął wtedy szukać przyczyny. Okazało się, że u podłoża leżało poczucie beznadziei – brak wiary, że cokolwiek może im pomóc.

Carl nie usiadł wtedy i nie napisał programu. Zobaczył potrzebę i zaczął szukać. Trafił na techniki wyobrażeniowe z psychologii motywacji w biznesie – dziedziny, którą zajmowała się jego ówczesna żona, psycholożka Stephanie Matthews-Simonton. Okazało się, że wyobrażanie sobie pożądanego wyniku realnie poprawiało rezultaty. Stephanie zapisała ich na kolejne szkolenia i we dwoje, dość szybko, przygotowali program. Pierwszy raz Carl zastosował go w poniedziałek 5 kwietnia 1971 roku u jednego pacjenta, który nie tylko wyzdrowiał wbrew bardzo złym rokowaniom, ale przeszedł wysoką dawkę promieniowania bez żadnych działań niepożądanych.

Carl był też jednym z pierwszych lekarzy, którzy już we wczesnych latach siedemdziesiątych upominali się o prawo pacjentów do współdecydowania o leczeniu.

I jako pierwszy promował ideę, by psychoterapia była czwartą leczniczą modalnością w onkologii – obok chirurgii, chemioterapii i radioterapii.

Tak, jako ich uzupełnienie. Często używał określenia onkologia psychospołeczna lub onkologia umysłu i ciała. I już w 1973 roku zauważył, że konieczne jest, żeby w jego programie uczestniczyli też bliscy chorego – rodzina, przyjaciele. Szybko się okazało, że jest to niezbędne. I natychmiast stało się jednym z wymogów uczestnictwa w programie. Bycie osobą wspierającą nie jest łatwe, ale wiemy, że osoby szkolące się w terapii simontonowskiej same przechodzą transformację, by żyć zgodnie z filozofią TS. Terapeuci simontonowscy, podobnie jak kiedyś Maultsby czy Burns, sami stają się nośnikami procesu terapeutycznego.

To ważne, żeby odczuć na sobie działanie całego procesu. Gdy zacząłem pracować tą metodą w Polsce, jeszcze przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych, wiele osób mówiło: „Och, gdybym wiedział to wszystko dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat temu, to moje życie byłoby lepsze”. Ta metoda pomaga ludziom po prostu żyć.

Sama się przekonałam, że choć rozwinęła się w kontekście onkologii, to przydaje się wszystkim. Terapią simontonowską zainteresowałam się pod wpływem opowieści mojej znajomej, entuzjastki Simontona, która, ze swoją siostrą po diagnozie, wybrała się na kilkudniowe warsztaty grupowe prowadzone przez Iwonę Nawarę5 w Krakowie. Na kolejne warsztaty zabrała ze sobą drugą siostrę. Powiedziała mi, że wszystkie wyjeżdżały z warsztatów jako inne osoby, że po tym doświadczeniu zupełnie inaczej wyglądają ich relacje w domu, z mężami, z dziećmi. To było dla nich transformujące doświadczenie.

Wiesz, nie bez powodu zaczęłam od radości, którą emanujesz, od tej nieustającej gotowości do śmiechu. Nie ominiesz najmniejszej okazji, żeby roześmiać się, prawda?

Tak jest. (śmiech)

Otóż zaczęłam od tego, ponieważ w terapii Simontona sporo uwagi poświęca się właśnie radości i zabawie.

Carl Simonton podkreślał, że zabawa i śmiech to nie są zajęcia fakultatywne. To są zajęcia obowiązkowe. Zabawa i śmiech w jego definicji to czynności, które dają nam poczucie radochy. Przy czym radocha to trochę co innego niż radość, a radość to co innego niż przyjemność.

Radość w ujęciu Simontona jest zdecydowanie bliższa starożytnemu greckiemu pojęciu etycznemu, jakim jest eudaimonia, natomiast przyjemność jest bliższa hedonizmowi. Radość jest tutaj rozumiana jako emocjonalny wyraz głębszego stanu, a nie jego przyczyna. W TS czynności, które przynoszą nam radość, nazywamy czynnościami witalnymi, niezbędnymi do życia, bez nich życie to tylko egzystencja.

Dlaczego radość jest tak istotna w kontekście zdrowia ­fizycznego?

Jeszcze zanim się urodzimy, nasz organizm w sposób naturalny usuwa komórki nowotworowe. (Powiemy o tym więcej w kolejnych rozdziałach). Chodzi o to, żeby wspierać te naturalne procesy w organizmie.

W szeroko rozumianym ruchu New Age słyszymy niezmiennie: „Ach, trzeba żyć zgodnie ze swoją naturą”, ale już nikt nie tłumaczy, co to oznacza, jak to się robi. Tymczasem Simonton podsuwa bezcenne narzędzie: Żeby poznać swoją naturę, rób rzeczy, które sprawiają ci autentyczną radość, bo to poczucie radości prowadzi nas do naszej prawdziwej natury i tym samym wspiera zdrowie czy proces zdrowienia.

Takie proste, a takie trudne.

No właśnie. To wydaje się bardzo proste, ale wcale takie proste nie jest.

Co jest znakiem rozpoznawczym autentycznej radości?

Gdy na pierwszym spotkaniu podczas warsztatów TS/BTO uczestnicy mają za zadanie zidentyfikować czynności, które przynoszą im radość, to wiele osób wymienia rzeczy przyjemne. Gdy zrozumiemy, że radość to nie to samo co przyjemność, dzieje się coś ciekawego. Wystarczy, że w grupie zaczynamy się wymieniać tym, co komu sprawia radość, i po chwili pojawiają się uśmiechy, potem śmiech. Energia idzie w górę, ludzie się do siebie zbliżają. Najciekawsze jest to, że słuchanie o czyjejś radości sprawia radość również nam, nawet jeśli sami nie mielibyśmy z tej czynności żadnej przyjemności. Ktoś mówi o pieleniu grządek, ktoś inny o graniu na trąbce i cała grupa się rozjaśnia. Z przyjemnościami tak nie jest. O wielu z nich wolelibyśmy nikomu nie opowiadać, a niektóre najchętniej wymazalibyśmy z pamięci.

Chyba, że kac moralny na to nie pozwoli. (śmiech)

To może się wiązać z dyskomfortem przez dłuższy czas. Tymczasem wszystko, co robimy z radością, zawsze przynosi poczucie sensu i spełnienia. Gdy zachęcamy do spontanicznego opowiadania o czynnościach witalnych i dzielenia się tym z innymi, to dzieje się rzecz niesamowita. Jednym przypomina się, że lubią słuchać muzyki, innym, że do muzyki lubią tańczyć. Ktoś opowiada o tym, jak na niego działa kontakt z naturą, piękno krajobrazu, kto inny mówi, ile frajdy daje mu praca w ogródku. I co jest w tym jeszcze piękniejszego? Już opowiadając sobie o tym w grupie, radość w nas wibruje. Odczuwają ją nawet ci, którzy nie lubią babrać się w ziemi. Dzieląc się swoją radością, dzielimy się czymś głęboko wspólnym wszystkim ludziom, rezonujemy na wspólnych ludzkiej naturze częstotliwościach.

Radość jest zawsze w harmonii z naszą fizjologią, z naszymi wartościami, z naszymi związkami, z tym, co jest dla nas ważne. Przyjemność nie zawsze. I nie chodzi o to, żeby odmawiać sobie wszystkich przyjemności, tylko pamiętać, że możemy się zapętlić w gonieniu za nimi, chociaż nie przynoszą nam spełnienia, które daje radość. A często szkodzą naszemu zdrowiu i relacjom i oddalają nas od tego, co dla nas ważne.

Żeby poznać swoją naturę, rób rzeczy, które sprawiają ci autentyczną radość, bo to poczucie radości prowadzi nas do naszej prawdziwej natury i tym samym wspiera zdrowie czy proces zdrowienia.

Identyfikowanie źródeł szczerej radości to jak słuchanie i dopuszczanie do głosu dziecka w sobie.

Jeżeli w życiu dorosłym chcemy zrozumieć, czym jest autentyczna radość, to niewątpliwie dobrze wrócić pamięcią do tego, co sprawiało nam radość, gdy byliśmy mali, najlepiej jeszcze przed edukacją szkolną. Uważam, że w kwestii naszej prawdziwej natury szkoła nas nie kształci, tylko odkształca.

Więc chcąc poznać naturę człowieka, warto poobserwować dzieci w zabawie. One żyją zdecydowanie bliżej siebie niż my, nawet gdy są poważnie chore. Poobserwujmy, jak są pełne energii i kreatywności, zanim wsadzi się je w szkolne ławki.

System broni się przed naturą dziecka, zamiast ją angażować. Ale może to się kiedyś zmieni. Mówisz, że do tej pierwotnej radości można się dokopać, można ją odzyskać. Dla kogoś, kto ma kilkadziesiąt lat i właśnie został zdiagnozowany, powrót do dzieciństwa to nie lada wyzwanie, może nawet zadanie niewykonalne.

Owszem, dla kogoś, kto nie odczuwał radości od dłuższego czasu, jest to problem. I tutaj zajęcia grupowe, jak te wspomniane powyżej, są nie do przecenienia. Dla osoby, która jest poważnie chora, usłyszeć relację innych osób w podobnej sytuacji, jest dużo bardziej efektywne niż zalecenia najlepszego lekarza, trenera czy psychoterapeuty. Nie oczekujemy, że taka osoba nagle będzie tryskała radością. Próby, jakie podejmuje, większa świadomość, to już jest sporo.

Warto być świadomym momentów, w których odczuwa się radość, warto je zauważyć. Z czasem przybliżymy się do wiedzy o tym, co zwiększa nasze poczucie radości, w jakich sytuacjach się pojawia i w jakim towarzystwie.

Warto też zapytać, pod jakimi warunkami osoba chorująca byłaby skłonna do angażowania się w czynności witalne, i z empatią, łagodnie odkrywać przekonania i postawy stanowiące bariery dla odczuwania radości. Zgodnie z terapią poznawczo-behawioralną, to my sami jesteśmy wytwórcami oraz niszczycielami swojej radości. W pracy z pacjentami pomagamy ludziom to zrozumieć i przyjąć taką postawę w życiu, która bierze się z przekonania, że życie może być radością aż do ostatniego tchnienia.

Mówisz: radocha uzdrawia.

Poczucie radochy to jest wynik dobrej zabawy. I to jest coś innego niż radość. Po angielsku experience of having fun. Joy to jest radość. Nie wiedziałem, jak przetłumaczyć słowo fun. Uznałem, że „radocha” znaczeniowo jest najbliżej. Oczywiście jedno z drugim się łączy, ale nie jest to to samo. Różnicuję to w odniesieniu do różnych pojęć. W rozumieniu potocznym radocha to po prostu inna radość, więcej radości czy radość do potęgi. Jeśli ktoś mi znajdzie lepsze polskie tłumaczenie słowa fun, to natychmiast je zaadaptuję.

Czy człowiek, który z powodu choroby jest smutny, sfrustrowany, zbuntowany, pełen złości, ma mniejsze szanse na wyzdrowienie?

Ależ nie! W Stanach Zjednoczonych, nawet bez żadnych interwencji psychoterapeutycznych 70 procent przypadków dwudziestu najczęstszych nowotworów kończy się wyleczeniem, niezależnie od zaawansowania, to znaczy we wszystkich stadiach choroby. Profesor Jacek Jassem6 przytacza dane, że takie wyleczenia dotyczą też 60 procent pacjentów z nowotworami złośliwymi w Polsce.

Poczucie radochy to jest wynik dobrej zabawy. I to jest coś innego niż radość.

Trzeba również pamiętać, że te statystyki odnoszą się do przeszłości. To są dane opierające się na badaniach, które były robione dziesięć, dwadzieścia lat temu, a w ostatnim dziesięcioleciu liczba nowych leków onkologicznych, które są dużo skuteczniejsze i zdecydowanie mniej toksyczne, jeszcze się zwiększyła. Czy wiesz, ile nowych leków onkologicznych dopuszczono w USA (i pewnie Europie też) w ostatniej dekadzie? Ponad 150. Tak więc prawdopodobnie osoby, które teraz są leczone, mają jeszcze większe szanse na wyzdrowienie.

Statystyka jest zawsze spojrzeniem wstecz. Poza tym statystyki odnoszą się do populacji, a nie do jednostek. A jednostka może zrobić bardzo wiele, żeby zwiększyć swoje szanse na wyzdrowienie czy dłuższe życie. Duża liczba zaawansowanych (czwarte stadium) nowotworów złośliwych jest teraz leczona jak choroby przewlekłe. Postęp jest niesamowity nawet w przypadku jeszcze niedawno powszechnie letalnych nowotworów, takich jak przerzutowy rak jelita grubego, trzustki czy płuca.

Zresztą mój program, oparty na terapii simontonowskiej, nazywa się Beat the Odds, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „pokonać statystykę” lub „pokonać przeciwności losu”.

Tymczasem pierwsze, co przychodzi do głowy ludziom po diagnozie i od czego trudno im się uwolnić, to uporczywa myśl: „Pewnie umrę”.

Taka reakcja jest typowa w naszej kulturze: „Rak to wyrok”, „Powolna śmierć w cierpieniach”. To jest nieporozumienie. Niestety.

Albo stety.

Niestety. Bo takie podejście przyczynia się do pogłębienia cierpienia człowieka. W mediach rak jest wykorzystywany do tego, żeby wywołać szok. Tworzy się na ten temat filmy, pisze książki etc., zwykle w najwyższym stopniu dramatyczne. Temat choroby nowotworowej wykorzystywany jest stereotypowo, od lat używa się oklepanych wątków czy narracji.

Zatem jest to błąd już na starcie, do tego powszechny.

Zdecydowanie. I nie tylko w Polsce.

Czy można powiedzieć, że nasz negatywizm wynika z przekonania o tym, jak wygląda i czym się kończy ta choroba. I czy zmieniając swoje przekonanie na temat śmiertelności chorób nowotworowych, faktycznie sobie pomagamy?

Zwróćmy uwagę na coś takiego: z punktu widzenia neurokognitywistyki, czyli „mózgologii” – wiedzy o tym, jak pracuje nasz mózg – my nie reagujemy na to, co się stało, tylko na to, jak oceniliśmy to, co się stało. W nawiązaniu do tej prawidłowości zatytułowaliśmy książkę ABC twoich emocji, jaką napisałem z Maxie C. Maultsbym Jr. i Michaelem DeBernardim. Książka pomaga zrozumieć, w jaki sposób emocje wpływają na człowieka, ale pokazuje też, że może być odwrotnie. Wyjaśnia, jak przejąć kontrolę nad swoimi emocjami i myślami.

„A” to jest to, co się stało, „B” to jest to, co myślimy o tym, co się stało, „C” to są nasze reakcje emocjonalne, a „D” to jest nasze działanie, czyli to, co robimy w tej sytuacji. Co ważne, „B” to nie tylko nasze świadome myśli, ale też wyuczone przez wielokrotne powtarzanie, nawykowe, wydawałoby się automatyczne postawy.

My nawet nie wiemy, kiedy nabraliśmy tak negatywnego stosunku do choroby nowotworowej, ale niewątpliwie to zrobiliśmy. I potem, gdy słyszymy diagnozę lub ktoś nam bliski jest zdiagnozowany, to nasza reakcja jest taka, jakiej mimo woli się wyuczyliśmy. Przecież świadomie nie uczyliśmy się, jak reagować na słowo „rak”. Po prostu przesiąkliśmy tym. Przekonania i postawy, których nie jesteśmy świadomi, aktywują się w momencie diagnozy. I nie możemy powiedzieć osobie, która otrzymała diagnozę, że w takim momencie ma odczuwać radość.

Bo jak tu się cieszyć z raka?!

Dokładnie. Chociaż jest taka możliwość. Kiedyś byłem wezwany na konsultacje do młodego człowieka z nowotworem złośliwym. Mógł mieć 26 lat. Wyobraź sobie, że on był zadowolony z tego raka! Dlatego wezwano mnie jako psychiatrę, bo zwykle jestem wzywany jako psychoonkolog. Onkolodzy założyli, że mają do czynienia z pacjentem psychotycznym. On nie przestawał się uśmiechać od momentu diagnozy.

Doszedłeś do źródła tego zadowolenia?

Miał bardzo dobre wytłumaczenie. To był mężczyzna, który zaciągnął się do wojska. Jeszcze przed atakiem na World Trade Center. Uwaga! On był pacyfistą.

Pacyfista zaciągnął się do wojska?!

Pewnie nie wziął pod uwagę, że to się może wiązać z udziałem w wojnie. Pochodził z małego miasteczka, gdzie nie było specjalnie wielu możliwości. Rodzina nie miała finansów nawet na szkołę. Służba w wojsku była jedyną szansą na zrobienie kariery czy choćby ułożenia sobie życia. I nagle Bush szykuje armię do ataku na Afganistan i ten chłopak przeczuwa, że najprawdopodobniej trafi na front. A sumienie mu mówi, że nie powinien walczyć.

Gdy więc dowiedział się, że ma raka, to tym samym wiedział, iż nie będzie wysłany na wojnę. „Nie będę musiał strzelać do ludzi!” Był przeszczęśliwy. Naprawdę uśmiech nie schodził mu z twarzy.

A więc w pewnym sensie ta choroba go uratowała. Nie tylko nie mu­siał strzelać, ale też nie było już ryzyka, że straci życie na wojnie.

Tak!

Wyzdrowiał?

Nie miałem z nim później kontaktu. Wiem, że czekało go długotrwałe leczenie, ale rokowania były dobre. I na pewno nie trafił do szpitala psychiatrycznego, gdy się wyjaśniło, z czego brała się jego radość. Wyszło na to, że był to jak najbardziej racjonalnie myślący człowiek.

W „A” było „Mam raka”, a w „B” „Dzięki temu nie pojadę do Af­ganistanu i nie będę musiał strzelać do ludzi” – to było jego myślenie o chorobie. I w „C” logiczną konsekwencją była radość i ulga.

Statystyki odnoszą się do populacji, a nie do jednostek. A jednostka może zrobić bardzo wiele, żeby zwiększyć swoje szanse na wyzdrowienie czy dłuższe życie.

Nie ma narkotyku czy środka przeciwbólowego, który by tak szybko działał jak zmiana naszego myślenia. Wyobraź sobie, że w nocy budzi cię jakiś hałas. Myślisz, że to włamywacz, więc truchlejesz ze strachu, ale po chwili sobie uświadamiasz, że dałaś klucze synowi, bo miał przyjechać późno. Oddychasz z ulgą i nawet się cieszysz, że syn jest już na miejscu. Zmiana myślenia i ­nastawienia, z przerażenia do radości, odbywa się nieraz w ułamku sekundy.

Emocjonalny GPS

Jak tym sterować, jak tym zarządzać, żeby nie poddawać się czarnowidztwu, żeby wywoływać jasne myśli?

Przerzucenie się z bardzo intensywnej negatywnej emocji do emocji pozytywnej lub neutralnej, na przykład do spokoju, jest jak najbardziej możliwe. Tak po prostu działa nasz mózg. Natomiast jeżeli mówimy o chorobie nowotworowej, to w związku z tym, że my naszej postawy wobec niej uczyliśmy się przez długi czas, trudno nam będzie zmienić ją natychmiast. Zazwyczaj w ogóle nie wierzymy, że taka zmiana jest możliwa.

Wiele czytelniczek czy czytelników najprawdopodobniej pomyśli, że to nie ma sensu. I ja to też rozumiem. Ktoś, kto jest głęboko cierpiący, nie może sobie wyobrazić radości. Ale jestem pewien, iż może sobie wyobrazić, że jest możliwe, by cier­pieć mniej.

Zatem najpierw trzeba pomóc człowiekowi nauczyć się, jak cierpieć mniej. Dochodzi się do tego etapami. Jak? Trzeba zrozumieć, co wyrażają te negatywne emocje.

Teraz mówi się trudne emocje. Może właśnie dlatego, by ich całkowicie nie deprecjonować?

Emocje są zakorzenione w najbardziej pierwotnym instynkcie, który każda forma życia musiała posiadać, aby przetrwać. Chodzi o zdolność dążenia do tego, co odżywcze, unikania tego, co toksyczne, oraz odnawiania energii poprzez odpoczynek w sytuacjach neutralnych. Ten podstawowy mechanizm nazywamy emocjonalnym GPS-em. Osobnik, który nie miał takiego instynktu albo go ignorował, dość szybko tracił życie.

Z tego pierwotnego instynktu wyłoniły się nasze współczesne emocje. Dzięki rozwiniętej korze mózgowej zyskały one ogromne bogactwo, subtelność i różnorodność nazw oraz odcieni.

Określenia: emocje pozytywne, negatywne i neutralne nie oznaczają emocji dobrych, złych i byle jakich. Wszystkie są nam potrzebne. One pokazują, w jakim kierunku jesteśmy motywowani. Emocje nie mówią nam tylko, jak się czujemy. Pokazują nam, co jest dla nas naprawdę ważne.

Często próbujemy usuwać te trudne czy negatywne, tymczasem one także pełnią ważne funkcje. Mówią nam coś o naszych wartościach. Moja złość, na przykład, motywuje mnie, żeby przeciwstawić się zagrożeniu, gdy moje granice lub wartości zostały naruszone. Złość mobilizuje energię, pomaga się skoncentrować i pokazuje innym, że traktuję daną sprawę poważnie. Zdrowa złość jest emocją moralną, sygnałem, że nie chcę iść na kompromis w sprawach, które uważam za ważne.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Przypisy

1 Więcej informacji: www.simonton.pl
2 Więcej informacji: www.beat-the-odds.org
3 Maxie C. Maultsby Jr., Racjonalna terapia zachowania. Podręcznik terapii poznawczo-behawioralnej, przeł. Mariusz Wirga, wyd. 3, Żnin 2013.
4 Więcej informacji: www.teamcbt.pl
5 Więcej informacji: www.iwonanawara.com
6Droga prof. Jassema przez pół wieku medycyny, https://www.mp.pl/onkologia/aktualnosci/397569,droga-prof-jassema-przez-pol-wieku-medycyny, dostęp 16 czerwca 2026.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Wstęp

ROZDZIAŁ I. Radość, która leczy. O radości, emocjach i sztuce bycia obecnym

Przypisy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

© Wydawnictwo WAM, 2026

© Anna Maruszeczko, 2026

© Mariusz Wirga, 2026

Opieka redakcyjna: Agnieszka Mazur

Redakcja: Urszula Kosobudzka

Konsultacja merytoryczna: Marta Banout-Ślusarczyk

Korekta: Marzena Zielonka, Marta Bosak

Projekt okładki: Marcin Jakubionek

Skład i łamanie: Lucyna Sterczewska

Pamiętaj! Książka to bardzo ważne wsparcie, ale nie zastąpi terapii czy pomocy specjalisty.

ISBN 978-83-277-4982-6

MANDO

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200

mando.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA

tel. 12 629 32 70

e-mail: [email protected]

Opracowanie ebooka: Katarzyna Błaszczyk