Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Powieść to drugi tom cyklu Trzynaste Królestwo, który jest prequelem do wydarzeń opowiedzianych w "Piekle kosmosu" oraz kontynuacją historii postaci poznanych w "Cieniach umysłu".
Minął rok od burzliwych wydarzeń, które miały miejsce w Zajeździe pod Cnotliwą Sekutnicą. Klara i Eryk trenują pod czujnym okiem Wielkiej Inkwizytorki w jej rezydencji na obrzeżach stolicy Wysp Bursztynowych. Para żyje nową codziennością, którą niespodziewanie zakłócają nagłe odwiedziny ojca dziewczyny. Po serii incydentów akcja lawinowo nabiera tempa, a bohaterowie niespodziewanie odkrywają kolejne mroczne tajemnice z przeszłości. Wszystko to sprawia, że ruszają tropem swego poprzednika, Ryhlera Abramsona, aby poznać sekrety Rajskiej Wyspy, a raczej tego, co z niej pozostało.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 794
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Autor: Artur Tojza
https://www.facebook.com/Artur-Tojza-ksi%C4%85%C5%BCki-105397551545704
Redakcja i korekta: Marta Tojza – W sieci słów
https://martatojza.pl
Projekt okładki: Wioletta Rybak – Viola Rysuje
https://www.instagram.com/violarysuje
Skład: Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl
https://zyszczak.pl
Copyright © Artur Tojza
Wszelkie prawa zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody wydawcy jest zabronione.
Wydanie I
ISBN 978-83-67864-10-7
Aktywni patroni:
Iwona Kwiatkowska, Asen Nowak, Zbyszek Tyszkowski, Marek Stobierski
Patronite:
https://patronite.pl/Wpaj%C4%99czejsieci
– Jak ja nienawidzę tego miejsca – burknął pod nosem Kain, spoglądając na krajobraz za oknem przestronnego gabinetu, znajdującego się niemal na szczycie ogromnego biurowca.
Heliopolis bardzo odbiegało wizerunkiem od wyobrażeń śmiertelnych. Bajeczne ogrody mieszały się z antycznymi budowlami oraz nowoczesnymi albo wręcz futurystycznymi wieżowcami. Miasto w samym sercu Zaświatów stanowiło łącznik pomiędzy wszelkimi sferami i równoległymi wszechświatami. Współcześni bogowie i półbogowie nazywali je często Miastem Drzwi, co niezwykle bawiło Kaina. Znał bowiem miejsce, które dawniej było prawdziwą Krainą Drzwi. Punktem łączącym wszystkie sfery, które powstały przed eonami. Jednak z winy Adama ten magiczny kawałek Zaświatów zamienił się w kupę kosmicznego gruzu.
Uśmiechnął się smutno na to wspomnienie. Nawet dla niego tamte wydarzenia wydawały się bardzo odległe, a co dopiero dla śmiertelnych. Większość opisywała je w świętych księgach jako stworzenie świata albo przewidywała jedną z form jego końca.
– Naiwni głupcy – mruknął cicho i sięgnął do kieszeni spodni.
Wyjął z niej całkiem spory jadeitowy pierścień w kształcie uroborosa o smoczym łbie.
Kain odetchnął głęboko i obrócił ozdobę w palcach.
– Wytrzymaj jeszcze trochę, kochanie. Nadal mamy czas.
Schował pierścień z powrotem do kieszeni i powoli wrócił na ogromny, skórzany fotel stojący za potężnym biurkiem zawalonym stertą papierów, pergaminów oraz papirusów. Było też kilka drewnianych oraz glinianych tabliczek. Kain omiótł to wszystko zmęczonym spojrzeniem i westchnął głośno.
– Jak ja nienawidzę tych starych próchen – jęknął, biorąc do ręki kilka glinianych tabliczek zapisanych starożytnymi hieroglifami. – Pieprzeni analfabeci. Jakby trudno było tym boskim półgłówkom opanować kilka języków.
W tym momencie rozległo się donośne pukanie do drzwi.
– Wejść! – rzucił Kain głośniej, niż chciał.
Drzwi uchyliły się na chwilę i stanął w nich młody, postawny mężczyzna, dumnie prezentujący nagi tors.
– Witaj, wuju.
– Czego chcesz, Natanaelu? Jestem zajęty – rzucił zdawkowo Kain, starając się ignorować gościa, któremu szelmowski uśmiech nie schodził z ust.
Władca Piekieł nie przepadał za bratankiem prezentującym najgorsze cechy antycznych herosów. Jednak tego typu osobnicy bywali przydatni i zwykle łatwo było nimi manipulować. Jak zresztą każdym, kto przejawiał nadmierną pychę.
– Ojciec przysyła pozdrowienia – odpowiedział nonszalancko Natanael.
Mężczyzna miał na sobie jedynie skórzane spodnie oraz buty z wysokimi cholewami. Na plecach targał ogromny miecz przymocowany do grubego skórzanego pasa, ozdobionego z przodu błyszczącymi łuskami jakiegoś gada, prawdopodobnie smoka będącego jednym z wielu trofeów muskularnego herosa.
– Czego chce? – Kain ze wszystkich sił starał się skupić na pracy, wertując stosy papierów. Były to głównie prośby lub skargi od wszelkiej maści podlegających mu bóstw i półbóstw.
– Niczego. Pragnie jedynie wiedzieć, jak się czujesz.
– Bo uwierzę.
– Wiara jest cnotą, wuju.
– Dobra, skończmy te gierki. To czego mój przyrodni braciszek potrzebuje, że przysłał ciebie zamiast jednego ze swoich wkurzających anielskich sługusów.
– Ojciec faktycznie o czymś wspominał, ale wydawało mi się to tak mało istotne. – Natanael udał zamyślonego, co wyglądało nadzwyczaj komicznie.
Kain nie był jednak w nastroju do żartów.
– Wykrztuś to z siebie i zniknij.
– Wuj w ogóle nie ma w sobie za grosz gościnności.
– Słuchaj, jestem zawalony pracą. Powiedz, co masz powiedzieć, i idź zabić jakiegoś potwora, smoka albo na co tam ostatnio polujesz.
– Zabawne, że wuj o tym wspomina. – Bratanek wyszczerzył się złośliwie, przeglądając barek z alkoholami. – Byłem niedawno na Pangerze w poszukiwaniu nowych okazów.
Kain zastygł z plikiem kartek w dłoni. Zerknął z ukosa na mężczyznę, a jego tęczówki na ułamek sekundy zamigotały dziwnym światłem.
– Wie wuj, jak tam jest – ciągnął Natanael, nadal skupiony na butelkach z trunkami pochodzącymi z najróżniejszych światów multiwersum. – Od czasu upadku Trzynastego Królestwa poczyniono spore postępy, ale większość planety to nadal dzikie regiony pełne krwiożerczych istot czyhających na nieostrożnego podróżnika.
– W istocie. – Kain przekładał mechanicznie kolejne kartki.
– Takie światy potrafią dostarczyć wielu niesamowitych doznań. Oprócz polowań mam na myśli zgłębianie zwyczajów innych ras. Doskonale wuj wie, jak mój ojciec lubi kulturę. Jemu również staram się dostarczać ciekawych znalezisk do kolekcji.
– Nie krępuj się i nalej sobie – mruknął Kain.
– Skoro wuj nalega. – Natanael uśmiechnął się wymownie, sięgnął po szklankę i napełnił ją do połowy bardzo drogim trunkiem.
– Udało ci się zatem trafić na coś interesującego? – wycedził Kain.
– A i owszem. – Bratanek podniósł naczynie na wysokość oczu i przyjrzał się bursztynowemu płynowi, w którym migotały światła. – Wiedział wuj, że elfki na Pangerze mają niezwykle frywolne podejście do strojów? Szczególnie te parające się magią. Ponoć też dość swobodnie podchodzą do relacji z krócej żyjącymi rasami i lubią się zabawić.
– Doprawdy? – Kain zacisnął mocniej palce na kartkach.
– To raczej dość naturalne u tej rasy na niemal każdym ze światów. W końcu są długowieczne i późno wchodzą w okres płodny, zatem korzystają z uciech życia, póki mogą. – Natanael zerknął na gospodarza. – Ojciec nieraz wspominał, że wuj za młodu miewał wiele takich przygód. Cóż, moje kuzynki też nie grzeszą wstrzemięźliwością w tej materii – rzucił z uśmiechem i pociągnął łyk alkoholu. – W końcu i tak wszystko zostaje w rodzinie, prawda?
Kain dyszał coraz głośniej przez nos, a jego tęczówki zaczęły powoli przybierać barwę krwi. Natanael uśmiechnął się pod nosem.
– Doszły mnie słuchy, że moja najmłodsza kuzynka chciała zakosztować życia zwykłego śmiertelnika i prowadzi jakąś karczmę czy coś takiego. Nie mogłem w to uwierzyć, więc korzystając z okazji, wpadłem do niej z wizytą. Nie zgadniesz, co się stało.
– Zamieniam się w słuch, drogi bratanku – wycedził przez zęby Kain, a jego paznokcie zaczęły się przeistaczać w czarne szpony.
– Młodej nawet nieźle idzie zarządzanie tym staroświeckim przybytkiem, ale zupełnie nie radzi sobie ze szkodnikami. Kiedy tam przybyłem, akurat zmagała się z plagą gryzoni, więc zaoferowałem jej pomoc. Nawet było przy tym nieco zabawy.
– Czyżby?
– Jednak mała musi się nieco podszkolić w zaklęciach. Marnuje taki potencjał… Choć teraz nie w głowie jej nauka, bo ma nowy obiekt zainteresowań. Całkiem niebrzydki, jak na mój gust.
– Co?! – Oczy Kaina zamigotały płomieniami.
– Zapewne już niejedną dziewuchę zbałamucił tym szelmowskim uśmiechem, to nie dziwota, że i Klara mu uległa. Trudno mieć jej to za złe. Wszak chłopaczek jest niczego sobie. Ciekawe, czy nadal są razem. Dla niej mogło już minąć kilka miesięcy, a może rok. Młodzik wyglądał na całkiem obrotnego, zatem pewnie oboje korzystają z życia. W tym wieku to normalne.
Natanael zerknął w stronę biurka. Postać Władcy Piekieł przypominała zastygły posąg, gotów wybuchnąć w każdej chwili.
Do gabinetu wkroczyło nagle dwóch postawnych mężczyzn o srebrnych włosach, zupełnie nie zważających na gospodarza i jego gościa. Pierwszy był ubrany w błękitną togę, spiętą w pasie złotym łańcuchem. Bujną brodę zdobiły skrzące się złotem koraliki. Drugi natomiast nosił jedwabną białą tunikę i w przeciwieństwie do towarzysza, którego obuwie kapało złotem, miał na stopach rzemieniowe sandały, a jego twarz okalał dużo krótszy, choć nie mniej gęsty zarost.
– Mówię ci, drogi Perunie, że moja cywilizacja prześciga twoją pod każdym kątem. Gdy twoi wieśniacy kryli się po lasach i wyłuskiwali igły z pięt, moi budowali biblioteki, świątynie sięgające nieba, latarnie…
– Zeusie, kultura Słowian opierała się na drewnie, a nie kamieniu, a i tak moi wyznawcy potrafili powstrzymać barbarzyńców, co się płaszczyli przed Odynem i jego zgrają Asów.
– Ale to moi wyznawcy zbudowali fundamenty przyszłych cywilizacji.
– Taplaliście się w błocie, gdy wierni Ra wznosili piramidy!
– Może, ale przynajmniej zeszliśmy już z drzew i nauczyliśmy się nie robić pod siebie.
– Odszczekaj to, ty…
– Kogo ja widzę – wszedł im w słowo Natanael. – Perun i Zeus. Wielcy gromowładni. A gdzie wasz kolega Thor? Czyżby się zapodział w jakiejś gospodzie?
– Prędzej podrzędnej spelunie – prychnął Zeus.
– Ten moczymorda uważa się za Pana Piorunów, bo ma jakiś tam młotek. Bez niego nie potrafiłby nawet iskry wykrzesać – zawtórował towarzyszowi Perun.
– Chcecie czegoś od mojego wuja? – spytał Natanael, kątem oka obserwując wściekłego Kaina roztaczającego mroczną aurę. – Ma obecnie sporo spraw na głowie, no i jego ukochana Klara zstąpiła na padół śmiertelników, aby zaznać rozkoszy ich życia.
– Najwyższy czas! – ryknął Zeus tubalnym głosem. – Ileż to można ją w klatce trzymać. To taka ładna dzierlatka. Niech się wyszumi i znajdzie sobie jakiegoś przystojnego śmiertelnika, nim ojciec wpakuje ją w małżeńskie kajdany. Wtedy skończy się zabawa.
– I kto to mówi? – zaśmiał się rubasznie Perun. – Obraz cnoty i wierności.
– Sam nie jesteś lepszy. Wiem od Apolla, że dogadzasz sobie nie tylko ze śmiertelniczkami, ale też z rusałkami. Ponoć nawet tęsknicę przeleciałeś i zmajstrowałeś jej bachora.
– Nie będzie mnie pouczał ojciec całego wianuszka bękartów! – zagrzmiał Perun. – Sam żeś skakał z kwiatka na kwiatek i Hera nieraz ci dała za to popalić.
– Przynajmniej mam gust co do kobiet.
– Ale one nie mają gustu co do mężczyzn. Jedną przeleciałeś pod postacią łabędzia!
– Raz się zdarzyło, poza tym to był eksperyment.
– Eksperyment. Ha! Dobre sobie. A ta, którą zaliczyłeś jako…
– Panowie! – wtrącił się Natanael. – Nie chcę wam przerywać, ale doradzam gdzieś się schować. – Wskazał w stronę biurka, za którym siedziała gorejąca postać Kaina.
Zeus i Perun pędem schronili się za ogromną kanapą z niebiańskiego dębu, Natanael zaś wycofał się za spory kredens. Upił łyk ze szklanki, uśmiechając się pod nosem. Wszyscy czekali na to, co miało nastąpić.
Potężna eksplozja rozerwała szyby biura Władcy Piekieł, siejąc straszliwe spustoszenie. Ci, którzy przechadzali się ulicami miasta, spoglądali z przerażeniem na wyrwę, z której unosił się gęsty dym. Większość nie miała pojęcia, co się mogło stać, ale starsi mieszkańcy Heliopolis doskonale rozumieli, że sytuacja jest poważna. Kain, ambasador wszystkich Piekieł, nie pałał bowiem taką żądza mordu od tysiącleci.
Zeus i Perun wychynęli ostrożnie zza zdobionego mebla, ocalałego jako jeden z nielicznych elementów wyposażenia. Spojrzeli na płonącego jaskrawym ogniem mężczyznę, który przybrał demoniczną formę potwora łaknącego krwi. Nadal przypominał człowieka, jednak każdy, kto miał choćby odrobinę rozumu, wiedział, że w tej chwili należy schodzić Kainowi z drogi.
W gruzach pomieszczenia pojawił się zaufany sługa – Herulf.
– Panie? – spytał z przejęciem, co było niepodobne do jego stoickiej osobowości.
– Ściągnij tu Hadesa – rozkazał Kain przez zaciśnięte zęby. – Nie obchodzi mnie, co teraz robi. Czy opłakuje rozstanie z żoną, czy się z nią zabawia. Ma tu przywlec swój wyperfumowany tyłek i zastąpić mnie w obowiązkach na czas mojej nieobecności.
– Tak, panie. – Skłonił się usłużnie Herulf.
– Ty w tym czasie zajmiesz się nadzorowaniem Tartaru oraz sądem dusz. Jeśli ktokolwiek będzie miał coś przeciwko, to powiesz, że to moje osobiste polecenie i że rozmówię się z tą osobą po powrocie.
– Na rozkaz, mój panie. – Sługa uśmiechnął się nieznacznie.
– Chcecie czegoś? – rzucił Kain w stronę Peruna oraz Zeusa, którzy nadal wyglądali zza kanapy.
– W zasadzie to nic ważnego. Taki tam nieistotny spór o błyskawice… – odpowiedział nerwowo Zeus.
– Może poczekać – dodał Perun. – Rodzina przede wszystkim. My się dostosujemy.
– Cieszę się, że myślimy podobnie. – Kain wykrzywił usta w dziwnym grymasie, mającym przypominać uśmiech.
– To my już nie będziemy przeszkadzać.
– Tak, tak. Sprawy rodzinne najlepiej załatwiać we własnym gronie.
– Masz ochotę na kufel grzmocącego piwa, Zeusie?
– Perunie, mój przyjacielu. Pomyślałem dokładnie o tym samym.
Obaj bogowie pospiesznie opuścili zdewastowany gabinet, niemal gubiąc sandały. Herulf odprowadził ich wzrokiem pełnym wyższości. Następnie skłonił się swemu panu i zniknął w niewielkim obłoku, by wykonać powierzone mu rozkazy.
Kain podszedł do Natanaela, który stał w kącie i sączył alkohol z popękanej szklanki.
– A ty, drogi bratanku, nie mieszaj się do tego. – Dźgnął mężczyznę palcem w nagi tors.
– Jedynie służę pomocą, szlachetny wuju. Dobro mej kuzynki jest mi równie bliskie co tobie. W końcu jesteśmy rodziną.
– Przyrodnią – sprostował Kain.
– Ale to nadal rodzina – odpowiedział z nieukrywaną pewnością siebie. – Tak czy inaczej, gdybyś potrzebował wsparcia, daj znać. Będę się kręcił w pobliżu, bo mam ochotę zapolować na naprawdę grubego zwierza, a Panger to idealne miejsce na łowy.
– Uważaj, abyś to ty nie stał się zwierzyną, drogi bratanku.
– Niech się wuj o mnie nie martwi. Potrafię o siebie zadbać – rzucił szyderczo Natanael, odstawił szklankę na nadpalony kredens i ruszył w stronę wyjścia.
Nim jednak dotarł do drzwi, Kain zapytał:
– Czego chciał twój ojciec?
– Słucham? – spytał mężczyzna z udawanym zaskoczeniem.
– Dobrze wiesz, o czym mówię. Czego chciał?
– Faktycznie o coś pytał… – Natanael udał, że się nad czymś zastanawia. – Ach! Już pamiętam. Prosił, abym cię spytał, czy udało ci się odnaleźć jakiś pierścień. Wiem, jak głupio to brzmi. Niczym podrzędny temat z powieści dla naiwnych śmiertelników.
Kain zmierzył rozmówcę surowym spojrzeniem, po czym odpowiedział krótko:
– Nie.
– Nie, w sensie „nie”, czyli „tak”, czy „nie, bo nie udało ci się nic znaleźć”?
– Nie udało mi się go znaleźć – skłamał Kain.
– Dobra. – Natanael mrugnął do wuja przyjaźnie. – Przekażę ojcu twoje słowa.
– I dodaj, aby przestał wtrącać nos w nieswoje sprawy. Inaczej może się sparzyć.
– Tak zrobię, szanowny wuju. – Mężczyzna się skłonił i wyszedł, zostawiając Kaina samego.
Kolejny słoneczny dzień witał mieszkańców stolicy Republiki Wysp Bursztynowych błękitem nieba oraz rześkim morskim powietrzem. Vesanna, największe miasto portowe na Pangerze, przyćmiewała przepychem nawet samo Auros. Zbudowana na głównej wyspie Archipelagu Koralowego niemal przed tysiącem lat przez elfich oraz krasnoludzkich wygnańców z Jedynego Kontynentu stała się istnym rajem podatkowym oraz azylem dla uciekinierów. Z czasem zasiedlono okoliczne wyspy oraz atole i ustanowiono dla nich wspólne prawo stojące w opozycji do jurysdykcji krasnoludów z Królestwa Sadaru oraz elfów z Imperium El’Yetenu. Tym samym Republika Wysp Bursztynowych zyskała niezależność, a fakt, że znajdowała się dość daleko od Jedynego Kontynentu, zapewniał miejscowym bezpieczeństwo.
W państwie tym rasy długowieczne wraz z ludźmi, orkami i goblinami wspólnie dzierżyły władzę i zasiadały w parlamencie zwanym Senatem Jedności. Choć tak naprawdę nazwa odbiegała od rzeczywistości, gdyż politycy wybierani w powszechnych wyborach byli często skorumpowani i kierowali się interesem gildii, dla których skrycie pracowali.
Republika swego czasu przyjęła część uchodźców z Trzynastego Królestwa po jego tragicznym upadku. W Vesannie oraz w kilku okolicznych miastach zostało wielu niedobitków po tamtym konflikcie, ale większość uciekinierów ruszyła dalej na wschód, by założyć nowe państwo na sporej wyspie, której nadano miano Roneter. Dziś, dwieście lat później, pamięć o tamtych wydarzeniach już się częściowo zatarła, a mieszkańcy Wysp Bursztynowych żyli własnym życiem.
Prywatna rezydencja Kasandry Deviler, przywódczyni elfickiej Inkwizycji Myśli, wznosiła się nieopodal wysokich klifów Vesanny, z których rozpościerał się widok na zatokę oraz przylegające do niej majestatyczne miasto, rozbudowany port wodny, a także powietrzny przeznaczony dla sterowców. Nieoficjalnie posiadłość pełniła funkcję ambasady Inkwizycji na terenach Republiki, a także stanowiła azyl dla agentek organizacji oraz współpracowników. Podobny charakter miała też inna siedziba Kasandry na terenie Królestwa Sadaru, nieopodal Gór Kryształowych. Jednak to właśnie na Wyspach Bursztynowych działo się najwięcej, ponieważ prawo Republiki pozwalało na więcej swobody, oczywiście jeśli się wiedziało, komu znacząco dociążyć sakiewkę.
Klara z Erykiem spędzili w tym miejscu bity rok, trenując pod czujnym okiem Illiany oraz Arasha. Kasandra, która pamiętała, ile ją kosztowało ostatnie spotkanie z akolitami Ślepej Bogini pod przewodnictwem Eluandera El’Lemoyara, nie zamierzała tym razem dawać podopiecznym swobody, więc kontrolowała każdy ich krok. Sam Eluander przepadł niczym kamień w wodę, ale Inkwizycja skutecznie zaczęła tępić wyznawców fałszywej wiary, Imperium zaś oficjalnie nazwało ich wichrzycielami. Taki obrót spraw ucieszył wielu stróżów prawa, którzy przez dziesięciolecia bezskutecznie zabiegali o pomoc inkwizytorek w walce z kultem. Dopiero osobista tragedia, która dotknęła przywódczynię organizacji, sprawiła, że podjęto stosowne kroki prawne.
Klara rozmyślała o tym wszystkim, stojąc przy oknie, owinięta w jedwabny cienki szlafrok. Spojrzała przelotnie w stronę ogromnego łoża, gdzie smacznie pochrapywał Eryk, przykryty jedynie kawałkiem materiału na wysokości bioder. Mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem na wspomnienie poprzedniej nocy. Kasandra była bardzo niechętna temu, aby młodzi dzielili jedną komnatę, ale ostatecznie uległa po wielu miesiącach nagabywań. Nieraz narzekała, że czuje się niczym mamka pilnująca dwojga nieodpowiedzialnych smarkaczy, ale w głębi serca naprawdę się martwiła.
Z kolei kochanek Kasandry, Mawak Archenol, starał się trzymać podopiecznych Wielkiej Inkwizytorki na dystans. Poza licznymi sprawami związanymi z dyplomacją oraz polityką elf głównie sprawował pieczę nad Haną, nadal będącą mentalnie dzieckiem. Pomimo kilkudziesięciu lat spędzonych na różnych światach trzeciego wymiaru umysł dziewczyny zatrzymał się w rozwoju. Nikt nie wiedział, czemu tak się stało, choć teorii było bez liku. Pufek twierdził, że być może żywy cień uwięziony w ciele dziewczynki nie mógł ewoluować z powodów ograniczeń fizycznych. Naiwność i ufność narażały Hanę na wiele niebezpieczeństw. Niestety przy jej potencjale mocy, choć stłumionym dzięki zaklęciu Klary, w nieodpowiednich rękach mogłaby się stać śmiercionośną bronią. Kiedy dzika natura bytu została ustabilizowana dzięki bardziej dorosłej powłoce, Hana zaczęła doświadczać nowych emocji i inaczej je przetwarzać. Oczywiście nie czyniło jej to mniej zabójczą niż wcześniej, a niekontrolowany wybuch złości mógł się okazać tragiczny w skutkach.
Hana, podobnie jak Eryk, była zachwycona nowym domem, który w porównaniu do poprzedniego miejsca zamieszkania jawił się niczym rajski pałac. Dziewczyna ostatnio spędzała sporo czasu z Arashem, który za zgodą Mawaka uczył ją samokontroli oraz panowania nad mocami, zwłaszcza w kwestii przemiany pomiędzy formą ludzką a demoniczną, obecnie i tak mocno ograniczoną. Goblin wykazywał się nieziemską cierpliwością wobec podopiecznej. Niezwykle przydatna okazała się dawna praktyka niuchacza, czy też łowcy czarownic, jak żartowała Klara.
Równolegle lord Krahe wraz z Pufkiem głowili się nad sekretami pozostawionymi przez Ryhlera, a Kasandra i Mawak stale wracali do dawnych raportów nieboszczyka i łączyli je z tymi od lorda Rolerana El’Lemoyara po tym, jak wyznaczył nagrodę za głowę własnego syna. Wszyscy niechętnie dzielili się z młodymi i ich szkoleniowcami jakimikolwiek nowymi informacjami w tych kwestiach, zbywając ich utartą gadką o walce z wyznawcami Ślepej Bogini. Klara czuła, że to jedynie wycinek całej prawdy, ale bała się drążyć temat. Zatem cierpliwie trenowała panowanie nad swoimi zdolnościami magicznymi i czekała na to, co szykował jej los.
Ponownie spojrzała na krajobraz rozciągający się za oknem. Oparła łokcie o marmurowy parapet i pozwoliła, aby ciepła bryza otuliła jej twarz. Polubiła to miejsce i czuła, że mogłaby tu zamieszkać. Szczególnie że wygody, jakie oferowała rezydencja Kasandry niemal w niczym nie ustępowały temu, co Klara miała w rodzinnym domu.
– Dzień dobry, słońce – dobiegł ją radosny głos Eryka, który powoli przeciągał się w aksamitnej pościeli.
Błyskawicznie przywykł do wygód, choć Illiana podczas treningów szybko potrafiła sprowadzić go z pieleszy na piaszczystą arenę.
– Dzień dobry – odpowiedziała Klara i wesoło ruszyła w stronę łóżka. – Wyspany?
– Zważywszy na to, co wyczynialiśmy w nocy, chyba będę potrzebował chwili odpoczynku. No chyba że chcesz mi w tym pomóc? – zaśmiał się łobuzersko.
– Świntuch – prychnęła dziewczyna, a jej włosy zalśniły srebrem.
– Za to mnie pokochałaś.
– Myślałam, że za twoją odwagę, pracowitość i wierność.
– To też, ale chyba się ze mną zgodzisz, że również uwielbiasz moją męskość. Szczególnie gdy jest w pełnej okazałości – rzucił zawadiacko i płynnym ruchem odrzucił kołdrę na bok.
– Hmm… bywa przydatna, ale teraz brakuje jej nieco uroku. – Klara uśmiechnęła się zadziornie.
– Możesz to naprawić.
– Skoro nalegasz… – Dziewczyna przekrzywiła głowę, pstryknęła palcami i nagle krocze mężczyzny zasłoniły pluszowe slipy w kształcie głowy różowego słonia z długą trąbą.
– Ej, no wiesz co! – oburzył się Eryk.
– Teraz faktycznie twoja męskość jest urocza w pełnej okazałości.
– Bardzo zabawne – fuknął, mocując się z majtkami, które wpijały mu się w pośladki. – Co jest, kurna? Czemu nie mogę tego zdjąć?
– Musisz wykazać się męskością, aby czar prysł.
– Klara, to nie jest zabawne…
– Dla mnie jest.
– Kochanie, miej litość. Przecież nie będę ganiał w tym po całej chałupie.
– A czemu nie? – Dziewczyna przygryzła dolną wargę.
– Wiesz, że to dziecinne z twojej strony?
– Aha. – Klara zrobiła zamyśloną minę. – Czyli nagi facet rozwalony w łóżku i prezentujący przyrodzenie jest w porządku, a mnie nie wolno się choć trochę zabawić?
– Kochanie…
– No dobra. To zawrzyjmy umowę: ty mi zrobisz wystawne śniadanie nie z tego świata w tych puchatych slipkach, a wtedy znikną tak samo szybko, jak się pojawiły. Stoi? – Wyciągnęła do niego rękę.
– Gdyby cię tak nie kochał, to byś zobaczyła, co oznacza, gdy jestem wściekły. – Eryk usiadł na krawędzi łóżka i mimowolnie pogładził puchatą głowę różowego słonia. – Dobra, stoi. – Uścisnął dłoń Klary, a błękitna wstęga na krótką chwilę oplotła ich nadgarstki.
– O cholera – rzuciła dziewczyna z lekkim przerażaniem.
– Co to było? Coś ty znowu zmajstrowała?
– Cóż… wybacz, ale przez przypadek naprawdę zawarliśmy pakt… – wydukała Klara.
– Co takiego?! – Eryk poderwał się raptownie.
– No już, nie denerwuj się tak.
– Mam się nie denerwować? Chyba kpisz?
– Przecież nic się nie stało.
– Jak to nic? A to! – Mężczyzna wskazał na uśmiechniętą mordkę słonia.
– Wystarczy, że zrobisz mi śniadanie, i czar pryśnie.
– Doprawdy? I jak rozumiem, nie muszę się trzymać dosłownie tego, co powiedziałaś. – Eryk kipiał z wściekłości.
– No cóż… – Klara zrobiła minę niewiniątka.
– Dla jasności przypomnijmy, jak to szło: mam ci zrobić WYSTAWNE śniadanie nie z tego ŚWIATA. Podkreślmy to, aby wyraźniej wybrzmiało w twojej głowie: „nie z tego świata”.
– Tak tylko żartowałam.
– Ale zabrzmiało, jakbyś mówiła to na poważnie.
– No może przez chwilę pomyślałam o kuchni z mojego domu rodzinnego, ale to nic wielkiego.
– Jasne. Nic wielkiego. – Eryk sięgnął po jedwabny szary szlafrok i zarzucił go na siebie. – Ty wiesz, co się będzie działo, jeśli wyjdę z tego pokoju i ktoś mnie zobaczy?
– Przecież wystarczy, że założysz spodnie i nic nie będzie widać.
– Nic? Naprawdę nic? – Mężczyzna spojrzał z naganą na wybrankę. – Czy ty widzisz, jakie to bydle ma wielką głowę i długa trąbę? Sięga mi prawie do kolan!
– Było się nie wydurniać i nie zgrywać wiecznie napalonego samca.
– Oho! Czyli to teraz moja wina?
– Wiesz, o co mi chodziło.
– Ależ oczywiście. A potem to ja zachowuję się dziecinnie.
– Eryk, nie przesadzaj. – Klara podążyła za ukochanym, który owinął się szczelniej szlafrokiem, choć niewiele to dawało. – Dokąd idziesz?
– Poprosić lorda Ansgara o pomoc. Może zabierze mnie w jakieś miejsce, gdzie mają odosobnioną kuchnię.
– Nie lepiej spytać Pufka? – podsunęła Klara, próbując zagrodzić drogę wściekłemu Erykowi.
– Kazał sobie nie przeszkadzać, dopóki nie wróci. Nie wiem, dokąd się znowu wybrał. Ten kocur ma masę sekretów, a ja wcale nie chcę ich odkrywać. Czasem odnoszę wrażenie, że im mniej wiemy, tym spokojniej nam się żyje. Dlatego nauczyłem się nie zadawać pytań. W przeciwieństwie do ciebie.
– Ależ skarbie. – Dziewczyna zagrodziła mu drogę tuż przed drzwiami. – Przepraszam, naprawdę. Wiesz, że to było niechcący.
Eryk burknął coś niezrozumiale pod nosem, ale pozwolił, aby Klara dotknęła jego policzka. Pocałowała go przelotnie w usta, po czym dodała:
– Ogarniemy się, wezmę Księgę Labiryntu, otworzę portal i wyskoczymy na chwilę do Zaświatów.
– I myślisz, że nikt tego nie zauważy?
– Nawet jeśli, to nie będziemy tam na tyle długo, aby zaczęli coś podejrzewać. Pamiętaj, że tam czas płynie inaczej niż tutaj.
– Nadal muszę paradować w tych durnych slipach. – Eryk podrapał puchatą głowę, która nieco go uwierała w kroku.
– Pogadam z właścicielem winnicy, do której się udamy. To bóstwo z dawnych czasów i z pewnością zrozumie naszą sytuację, więc niczym się nie martw.
– Obiecujesz?
– Obiecuję. – Klara uśmiechnęła się promiennie, następnie wpiła wargi w usta ukochanego, a jej włosy mocno zalśniły srebrem i złotem.
Nagle otworzyły się drzwi prowadzące do ich komnaty. W progu stanął postawny mężczyzna o ostrych rysach. Przybrał surową minę, a jeszcze przed chwilą jasne oczy zamieniły się w kipiące ogniem karmazynowe ślepia. Spomiędzy długich włosów wyrosła para zakrzywionych do tyłu rogów, a paznokcie przekształciły się w ostre szpony.
– Ki diabeł? – Eryk mimowolnie schował Klarę za siebie, a poły jego szlafroka się rozchyliły na bok, odsłaniając różową głowę pluszowego słonia.
– Tatuś? – zdziwiła się dziewczyna, spoglądając na rozsierdzonego ojca.
– To twój tata?
Eryk zerknął na wybrankę, jednak nim zdążył dodać coś więcej, przepotężna siła pochwyciła go za szyję i wywlekła na korytarz.
Kain z furią zacisnął palce na krtani mężczyzny i przycisnął biedaka boleśnie do ściany. Klara próbowała oponować, ale ojciec jedynie spojrzał w stronę drzwi, które zatrzasnęły się z hukiem. Powoli zbliżył demoniczną twarz do przerażonego oraz coraz bardziej sinego Eryka.
– Kiedy będziemy już sami, zadam ci taki ból, że wszystkie potępione dusze będą się bały na ciebie spojrzeć – wysyczał. – Będę ci wyrywał kawałki ciała, jeden po drugim, i zmuszał do ich zeżarcia, a zacznę od tego, którym splugawiłeś niewinność mojej córki.
– Mogę… coś… dodać? – wychrypiał Eryk.
– Nic, co powiesz, nie zmieni tego, czym jesteś.
– Ja… ją… ko-cham…
– KŁAMIESZ!!! – wrzasnął Kain i z ogromną siłą uderzył mężczyzną o ścianę. Ta pękła aż po sufit, zasypując podłogę tynkiem oraz farbą.
Eryk poczuł przeraźliwy ból w plecach, a przed oczami mu pociemniało. Próbował spazmatycznie łapać powietrze, nieudolnie walcząc z stalowym uściskiem Władcy Piekieł. W tym momencie coś rozsadziło drzwi i na korytarz wybiegła Klara, której włosy lśniły karmazynowym blaskiem. Jednym gestem ręki odepchnęła ojca na bok, choć nie dała rady go powalić. To jednak wystarczyło, aby Kain puścił Eryka, który z łoskotem runął na posadzkę wyłożoną marmurowymi kafelkami.
– Jak śmiesz podnosić rękę na ojca?!
– A ty jakim prawem wtargnąłeś do naszej komnaty i wywlokłeś z niej mojego narzeczonego?
– Narze…? – Kaina zatkało.
Spoglądał przez chwilę w osłupieniu, jak córka pomaga wstać ukochanemu, który odruchowo splunął krwią, gdy spazmatycznie łapał powietrze.
– Eryk jest moim wybrankiem – oznajmiła stanowczo. – I pragnę mieć go zawsze u swego boku.
– CO TAKIEGO?! – Kain przybrał w pełni demoniczną formę, zaś z pleców wyrosła mu para potężnych skrzydeł. Powietrze zafalowało od gorąca, a młodzi cofnęli się kilka kroków. – Czyś ty do reszty postradała rozum?! Czy ty w ogóle wiesz, kim on jest? CZYM on jest?
– Jest mój.
– Po moim trupie!!!
Wściekłość Władcy Piekieł wybuchła z jeszcze większą siłą. Emanująca od niego energia sprawiła, że podłoga, sufit i ściany korytarza pękły, a w niektórych miejscach pojawiły się drobne osmolenia. Klara odruchowo otoczyła ojca tarczą ochronną, tak jak uczyła ją tego Illiana, aby powstrzymać jego szał. Niestety na niewiele się to zdało, choć pozwoliło młodym się wycofać na bezpieczniejszą odległość od kipiącego rządzą mordu potwora.
– Na wszystkich bogów, co tu się dzieje? – dobiegł ich znajomy kobiecy głos.
Spojrzeli za siebie i z ulgą dostrzegli kroczącą w ich stronę Kasandrę. Na zwiewną, prześwitującą białą koszulę nocną miała niedbale zarzucony złoty jedwabny szlafrok. Na widok dziwnego monstrum, będącego w tej chwili pokraczną mieszaniną człowieka oraz rogatego demona, przybrała bojową postawę i uformowała w obu dłoniach pociski czystej energii.
– To mój ojciec! – wyjaśniła szybko Klara.
– Co? Kain? – Kasandra wlepiła zdziwiony wzrok w potwora, który powoli zaczynał odzyskiwać kontrolę nad sobą. – Co on tu robi?
– Sama chciałabym wiedzieć – fuknęła gniewnie Klara. – Wywlekł Eryka z naszej komnaty, a mnie próbował w niej zamknąć.
Elfka przyjrzała się uważnie młodym, po czym z powątpiewającą miną zerknęła na krocze mężczyzny.
Klara spostrzegła to i pospiesznie dodała:
– To da się logicznie wyjaśnić.
– O nic nie pytałam i nie zamierzam tego robić. Jesteście dorośli – ucięła Kasandra.
– Ale ja zamierzam! – ryknął Kain, na powrót przybrawszy ludzką postać, choć jedno oko pozostało barwy karmazynowej. – Co ten szmaciarz robi u mojej córki i dlaczego ona uważa go swojego narzeczonego?
– Bo od wczoraj nim jest – odparła Klara stanowczo.
– O bogowie – jęknęła cicho Kasandra, powoli zaczynając rozumieć powagę sytuacji.
– Jeśli wolno mi coś dodać… – wtrącił Eryk ochrypłym głosem, nadal czując posmak krwi w ustach. – To Klara mi się oświadczyła, nie ja jej.
– I niby nagle masz z tym jakiś problem? – wkurzyła się dziewczyna.
– Ależ nic takiego nie powiedziałem, kochanie – bronił się mężczyzna.
– Ja mam z tym problem!!! – zagrzmiał Kain. – Co ci strzeliło do tej małej główki, aby się bratać z tym… tym… no z kimś takim jak on.
– Bo w przeciwieństwie do idiotów, z którymi próbowałeś mnie zeswatać, Eryk szczerze mnie kocha i szanuje, a poza tym jest uczynny, ma dobre serce oraz potrafi samodzielnie myśleć.
– Naprawdę uważasz, że…
– Milcz! – warknęli równocześnie na Eryka Klara z Kainem.
– Dobrze, dość tego przedstawienia. – Kasandra zdecydowanym krokiem wkroczyła pomiędzy obie strony sporu. – Po pierwsze wszyscy mają się uspokoić. Po drugie – zwróciła się bezpośrednio do Kaina – pamiętaj, że jesteś w moim domu, do którego wtargnąłeś nieproszony.
– Nie tym tonem, smarkulo.
– U siebie będę mówiła tak, jak uznam to za stosowne.
– Pamiętaj, kim jestem dla ciebie i jakie powierzyłem ci zadanie.
– Doskonale o tym pamiętam – odgryzła się elfka. – Od kiedy przysłałeś do nas swoją ukochaną córeczkę, co było lekkomyślne i głupie, pilnuję, aby nic jej się nie stało.
– Jakoś kiepsko ci to wychodzi.
– Lepiej niż tobie wychowywanie własnych dzieci – prychnęła Kasandra.
– Uważaj na słowa.
– Bo co?
– Bo jestem twoim ojcem i żądam należnego mi szacunku.
– Tak jak okazałeś go matce, gdy nas porzuciłeś?
– Zrobiłem to, aby cię chronić.
– Niby przed kim? Przed samym sobą i własną niekompetencją?
– Przed losem mojej żony!
Na chwilę zapadła krępująca cisza. Młodzi wpatrywali się w Kaina, który za późno zrozumiał, że się zagalopował i powiedział na głos coś, co miało być tajemnicą.
– Kasandra to moja… siostra? – wydusiła z trudem Klara, wlepiając spojrzenie w ojca.
– Teraz to nieistotne – burknął Kain.
– Nieistotne?! – oburzyła się dziewczyna, a jej włosy zalśniły czerwienią – Ty chyba żartujesz. Od roku mieszkam w jej domu, znoszę fakt, że wszyscy traktują mnie tu jak smarkulę i pieprzą wyuczone frazesy, a ty nawet nie raczyłeś mnie poinformować, że to moja siostra.
Znów nastało nieprzyjemne milczenie, więc Eryk postanowił rozładować sytuację.
– Czyli jak by nie patrzeć, wszyscy jesteśmy rodziną – powiedział wesoło.
Trzy pary oczu spojrzały z powątpiewaniem na mężczyznę, a ten uśmiechnął się niemrawo.
– I ty uważasz go za inteligentnego? – rzucił Kain z drwiną do córki.
– Potrafi więcej, niż się wydaje.
– Jasne – prychnął ojciec.
– Uspokójmy się wszyscy, doprowadźmy do ładu i wtedy porozmawiamy – zadecydowała Kasandra. – Mamy sporo do przedyskutowania.
– To na pewno – fuknął Kain.
– Skoro już wyszły na jaw łączące nas relacje, nie dajmy się ponieść emocjom. Eryk i Klara przez ostatni rok przeszli naprawdę surowe szkolenie i są o wiele dojrzalsi niż dawniej.
– Yhm… A to? – Kain wskazał na różową głowę słonia.
– Są dorośli, a ja nie pytam o ich fantazje – odpowiedziała inkwizytorka, przybierając sztuczny uśmiech. – To dwie młode i odpowiedzialne osoby. Zresztą w naszej rodzinie, aby kobieta zaszła w ciążę, wymagane jest coś więcej niż zwykła ochota na igraszki.
– Nie musisz tego tak głośno mówić – zrugał elfkę Kain.
– Co to znaczy, że wymagane jest coś więcej? – zaciekawił się Eryk, ale Klara sprzedała mu bolesnego kuksańca pomiędzy żebra.
– To teraz nie jest istotne – odpowiedziała Kasandra, chcąc zakończyć tę niefortunną rozmowę. – Idźcie się ubrać i proszę bez wygłupów.
– Cóż, z tym może być pewien problem… – zaczął Eryk lekko zarumieniony, a Klara momentalnie spuściła wzrok, a jej włosy zaskrzyły srebrem.
– Jaki znowu problem? – Elfka przyjrzała się młodym uważnie.
– Jak by to ująć… – Mężczyzna podrapał się nerwowo po karku. – Nie mogę ich zdjąć, dopóki nie spełnię pewnych… hmm… warunków.
– Warunków?
– Tak się wygłupialiśmy i przez przypadek zawarliśmy z Klarą pakt. Ten różowy gnojek zniknie, gdy przyrządzę jej wystawne śniadanie w… innym świecie.
Kain prychnął głośno, Kasandra zaś powoli przymknęła powieki, wzdychając ciężko. Gdy wyczuła, że ojciec chce rzucić kąśliwą uwagą, pogroziła mu palcem.
– Milcz – powiedziała opanowanym, acz rozkazującym tonem. – Ani słowa, dopóki nie ochłonę.
Kain jedynie uśmiechnął się szyderczo. W końcu elfka otworzyła oczy i niczym surowa matrona popatrzyła karcąco na Klarę i Eryka.
– Wy dwoje, marsz do pokoju się przebrać. Nie obchodzi mnie jak, ale on ma wyglądać normalnie. Za pięć minut macie się stawić w mojej prywatnej bibliotece i dobrze wam radzę, abyście byli przed czasem. Dotarło?
– Tak, Kasandro – odpowiedziała cicho Klara, próbując zapędzić Eryka w stronę zdewastowanych drzwi.
W tym momencie na korytarzu otworzył się nieduży portal, z którego wyszli lord Ansgar Krahe oraz Pufek. Prowadzili ożywioną dyskusję na jakiś temat, lecz kiedy spostrzegli niecodzienne zbiegowisko, zamarli w pół kroku i przebiegli zdumionymi spojrzeniami po twarzach zebranych.
– Wiem, że będę tego żałował, ale spytam. Co ty tu robisz? – Ansgar wskazał na Kaina. – I czemu pozostali są w samych szlafrokach? Oraz dlaczego Eryk ma na sobie… Albo nie, tego nie chcę wiedzieć.
– To da się logicznie wyjaśnić – odparł młodzieniec, odruchowo zasłaniając słonia połami szlafroka.
– Z pewnością.
– Wy dwaj, zaprowadźcie Kaina do mojej biblioteki – rozkazała Kasandra stanowczo. – Bez dyskusji. Ja idę się ubrać.
Ruszyła energicznym krokiem w stronę swych komnat, a gdy zniknęła za rogiem, Pufek zwrócił się do lorda Krahego:
– Jeszcze wczoraj mówiłeś, że ta dwójka już w niczym cię nie zaskoczy.
Ansgar sapnął ciężko i sięgnął do wewnętrznej kieszeni surduta po niewielką portmonetkę. Wydobył z niej złotą monetę i rzucił chowańcowi. Ten złapał pieniążek dwiema łapkami, obejrzał zadowolony, po czym schował do malutkiego portalu, który otworzył się na chwilę tuż przed nim.
Niecały kwadrans później całe towarzystwo zebrało się w rozległym pomieszczeniu z licznymi regałami wypełnionymi książkami od podłogi aż po sufit. Prywatna biblioteka Wielkiej Inkwizytorki była prawdziwą skarbnicą wiedzy, z której skwapliwie korzystali podopieczni Kasandry. W szczególności Pufek oraz Arash. Chowaniec wyraźnie nadużywał gościnności gospodyni i nawet się nie krył z tym, że poza pomocą w szkoleniu Klary i Eryka, próbuje też ugrać coś dla siebie. Tymczasem goblin korzystał z dobrodziejstwa losu i pochłaniał książki jedna za drugą niezależnie od tematu. Nieraz robił to w towarzystwie Illiany, gdyż ich związek nie był już dla nikogo tajemnicą, a na Wyspach Bursztynowych zwykle tolerowano wszelkiego rodzaju mieszane pary.
Jednocześnie cała grupa próbowała odkryć któryś z sekretów Ryhlera. Zaraz po przybyciu na miejsce, Kasandra zdradziła im, że stary karczmarz wielokrotnie odwiedzał tę posiadłość i zawsze miał nieograniczony dostęp do wszystkich bibliotek oraz prywatnego laboratorium inkwizytorki. Od roku próbowali ustalić, czy nie zostawił po sobie jakichś tropów, notatek, zapisków na marginesach albo tajnego kodu. Czegokolwiek, co pomogłoby ustalić trasy jego wędrówek na południe. Z jakiegoś powodu nikt, nawet służba czy stali informatorzy, nie pamiętał, co robił, gdy zjawiał się na wyspach. Jakby ktoś chciał, aby wszyscy o nim zapomnieli.
Kain omiótł surowym spojrzeniem półki z księgami.
– Widzę, że zgromadziłaś tu całkiem pokaźny zbiór. Nie tylko z Pangeru – skomentował z uznaniem.
– Dziękuję – odpowiedziała Kasandra sucho.
– Mam nadzieję, że nie służy to tylko dla ozdoby.
– Aż tak nisko mnie cenisz?
– Wiesz, Klara nigdy nie przykładała się za bardzo do nauki.
– Tato! – oburzyła się córka.
– Jedynie stwierdzam fakt – odparł Kain z udawaną powagą, po czym znów zwrócił się do elfki: – Przynajmniej ty faktycznie jesteś głodna wiedzy.
– Uznam to za komplement – prychnęła Kasandra, moszcząc się wygodnie w fotelu obitym zielonym aksamitem.
– Może skończmy już tę zbędną wymianę uprzejmości – wtrącił lord Krahe tonem surowego ojca. – Zdajesz sobie sprawę, że twoja obecność tutaj nikomu nie jest na rękę?
– Przybyłem, bo doszły mnie słuchy o waszej niesubordynacji. – Kain się wyprostował i łypnął złowrogo na skulonego Eryka, który bał się głośniej odetchnąć.
– Niesubordynacji? – zdziwił się Pufek.
– Klara miała spędzić sto lat na ten cholernej planecie i przy okazji podszlifować swoje naturalne talenty magiczne. Zgodziłem się, abyście po tej nieszczęsnej aferze w zajeździe zabrali ją w bezpieczne miejsce, ale jakoś zapomnieliście wspomnieć o tym. – Wskazał oskarżycielsko palcem na Eryka.
– O nim, jeśli łaska – poprawiła go Kasandra. – I pamiętaj, że ma imię. Sama mu je nadałam.
– To narzędzie, nic więcej – prychnął Kain. – Takie samo jak ten twój cholerny kochaś.
– Zważ na słowa, ojcze. Pamiętaj, że przybyłeś do mego domu nieproszony, a lord Krahe na bieżąco składa ci raporty.
– Tylko zapomniał w nich wspomnieć, że jedna z moich córek rzekomo zakochała się w tym czymś, a na dodatek miała czelność się z nim zaręczyć.
– Dość! – Klara wstała z kanapy i podeszła do ojca. – Po pierwsze Eryk jest żywą czującą osobą, która mnie szczerze kocha. Po drugie to ja się mu oświadczyłam.
– Ty chyba postradałaś rozum. Nie masz pojęcia, czym on w ogóle jest.
– Kim, jak już. I doskonale wiem, kim jest.
– Doprawdy? – Kain się wyprostował, przybierając postawę władcy, któremu nie wolno się sprzeciwić.
– Domyślam się, że jest klonem pewnego Atlanty z czasów przed Rozdarciem. Niejakiego kapitana Kalena Asandiego. Odkryliśmy to we dwoje, gdy przemierzaliśmy wrak jednego z okrętów kosmicznych, które badał wuj Ryhler.
Kain zrobił zdziwioną minę, po czym wymienił z Ansgarem porozumiewawcze spojrzenie. Mlasnął z niesmakiem, wyminął córkę i podszedł do kanapy, na której siedział skulony Eryk, starający się zakrywać krocze dłońmi. Pomimo założenia szerokich spodni w konkretnym miejscu odznaczała się wyraźna wypukłość.
– Zatem sądzisz, że wiesz, kim jesteś? – spytał surowym tonem Władca Piekieł.
– Tak, proszę pana – rzucił cicho mężczyzna, unikając wzroku rozmówcy.
– Żałosne – prychnął Kain z odrazą. – Jakim cudem ktoś taki może być dobrym kandydatem na męża dla mej córki?
– Nigdy jej nie opuszczę i zrobię wszystko, aby pana przekonać, że jestem jej godny.
– Wszystko? – zaciekawił się mężczyzna.
– Tato… – Głos Klary zabrzmiał ostrzegawczo, ale jednocześnie wyraźnie zadrżał.
– Sama słyszałaś. Jest gotów na wszystko, aby mnie przekonać.
– Przysięgam, że jeśli go… – zaczęła dziewczyna, ale ojciec błyskawicznie uciszył ją gestem ręki.
– Jedynie pragnę sprawdzić, czy jego usta mówią prawdę.
– Jeśli wolno mi wtrącić – odezwał się lord Krahe. – Pamiętaj, że jest nam potrzebny. Tylko dzięki niemu dostaliśmy się do sekretnej zbrojowni na pokładzie Arimaniusa i zdobyliśmy w pełni sprawne zbroje tytanów.
– Cóż, faktycznie. – Kain się zamyślił. – Ale na co nam one bez samych tytanów?
– Wiem, gdzie ich szukać – oznajmił niespodziewanie Pufek.
Kain odwrócił się w stronę skrzydlatego kota, zapominając o Eryku. Gestem ręki wezwał do siebie chowańca, który posłusznie podszedł do jego stóp.
– Jesteś absolutnie pewien?
– Tak, panie – odpowiedział Pufek, spoglądając w jasne oczy rozmówcy. – Lord Krahe może poręczyć za me słowa.
– Zgadza się – przytaknął Ansgar. – Właśnie udało mi się potwierdzić jego odkrycie i obaj mamy pewność, że przynajmniej dwa ciała Odrodzonych znajdują się na tym świecie.
– A Gniazdo Serafów? – spytał Kain poważnym głosem.
– Nie ma go tu. Jednak ostatnio widziano je wraz z flotą Pierworodnych, której przewodził okręt flagowy Heretyków. Niestety tak jak inne ich floty, również ta zaginęła gdzieś w Labiryncie Zdarzeń.
– Jesteś pewien?
– Tak. Klara pomogła mi to odkryć za pomocą mapy, którą Ryhler dał na przechowanie Pufkowi.
– Niestety bez odpowiedniego klucza nie jesteśmy w stanie dokładnie zlokalizować okrętów Pierworodnych ani tym bardziej wydostać z Labiryntu – dodał śmielej Pufek.
– A gdzie jest klucz? – dopytywał Kain.
– W bezpiecznym miejscu – odparła niespodziewanie Kasandra.
– Bezpiecznym, powiadasz.
– Owszem. – Elfka posłała ojcu surowe spojrzenie. – Gdyby nie Klara i Eryk, zapewne nie udałoby nam się go odkryć, ale wiedziałbyś to, gdybyś przeczytał raporty Ansgara. Z twoich pytań jednak wnioskuję, że tego nie zrobiłeś.
– Mam na głowie wszystkie krainy piekieł i połowę Zaświatów. To trochę bardziej wymagająca praca niż zarządzanie bandą na wpół roznegliżowanych czarodziejek.
Kasandra prychnęła ozięble, Ansgar zaś postanowił załagodzić sytuację.
– Jak widzisz, wszystko mamy pod kontrolą – powiedział. – Klara nadal zarządza zajazdem, tyle że na odległość, zatem nie złamała waszego paktu. Uwierz nam, nikt nie spiskuje za twoimi plecami.
– Doprawdy? To ciekawe, dlaczego dowiedziałem się o ich romansiku za sprawą mego, pożal się Stwórco, bratanka.
– O bogowie… – westchnął Pufek. – Teraz wszystko jasne.
– Natanael ci o nas powiedział? – spytała Klara zaskoczona. – W sumie mogłam to przewidzieć. Ten szczur nie może się pogodzić z porażką.
– I tak bym cię nigdy za niego nie wydał – oznajmił Kain. – Chodziło jedynie o… zresztą nieważne.
– Nie krępuj się, skoro zacząłeś – dodała Kasandra uszczypliwie, a widząc karcące spojrzenie ojca, pospieszyła z wyjaśnieniem: – Widzisz, nasz kochany tatuś bardzo pragnie ustrzec cię przed zamążpójściem i spłodzeniem potomka.
– Co? Ale czemu?
– Milcz, pókim dobry – wysyczał Kain.
– I tak w końcu by się dowiedziała, a ja jestem już zmęczona wymyślaniem kolejnych historyjek, aby tylko uchronić twą ukochaną córeczkę przed jej przeznaczeniem.
– Kas, nawet nie próbuj – pogroził jej ojciec.
– Nagle pamiętasz, jak mnie nazywałeś, gdy byłam mała i raz na kilka miesięcy zaszczycałeś moją matkę wizytą.
– Opiekowałem się wami na dystans, aby nic wam nie zagrażało.
– Jakiś ty wspaniałomyślny.
– Tato, o czym ona mówi? – spytała Klara.
– Nieważne.
– Owszem, ważne – oburzyła się dziewczyna. – Wcześniej wspomniałeś, że nie chciałeś, aby Kasandra podzieliła los twej żony. Chodziło ci o moją mamę, prawda?
– Klara, zrozum… to skomplikowane, a ty…
– Jestem dorosła – odpowiedziała tak stanowczo, że nawet ją to zaskoczyło. – Co się stało mamie? Dlaczego ją zdradzałeś? Bo jak rozumiem, poznałeś matkę Kasandry później. I czemu tak bardzo nienawidzisz Eryka? Przecież nie jest tym całym Asandim.
– Ja… – zająknął się Kain. – Ty nic nie rozumiesz.
– To pomóż mi zrozumieć. Pomóż NAM zrozumieć. – Usiadła koło wybranka, który uważnie przysłuchiwał się całej rozmowie. – Wiemy, że tysiące lat temu doszło do wojny pomiędzy Atlantami a bogami, co doprowadziło do Rozdarcia i stworzenia obecnej wersji multiwersum. Wiemy też o zaginięciu Arek Stworzenia, o tym, że potomkowie Atlantów nazwali się Pierworodnymi, a potem wszczęli bratobójczą wojnę. Jak widzisz, to całkiem sporo.
– Guzik wiecie – fuknął ojciec, próbując zbyć córkę.
– To nas oświeć! Przestań nas traktować, jakbyśmy byli nastolatkami, i zaufaj nam. Od roku trenujemy kontrolowanie naszych zdolności stale słysząc śpiewkę, że jak będziemy gotowi, to ruszymy śladem wujka Ryhlera, aby odkryć jego tajemnice. Jestem już zmęczona tymi obietnicami i chcę faktycznie pomóc. Oboje chcemy.
Kain wyraźnie się wahał.
Wreszcie Eryk postanowił się wtrącić.
– Nie wiem, kim był Kalen Asandi, proszę pana – zaczął poważnie, choć ciszej, niż zamierzał. – Ale jeśli moje zdanie coś znaczy, ja nim nie jestem. Do niedawna nie miałem pojęcia o swojej przeszłości. Ryhler uratował mi życie i dał dom, a pańska córka sprawiła, że znalazłem cel. Wreszcie mam kogoś, na kim mi zależy i kogo pragnę chronić, choćbym musiał poświęcić własne życie.
– Nie masz pojęcia, o czym mówisz – westchnął Kain, nawet nie spoglądając na młodzieńca.
– Doskonale wiem, co mówię, i to szczera prawda. – Eryk wstał naprężając wszystkie mięśnie. – Ryhler krył wiele tajemnic, a my staramy się je poznać, choć ostatnio średnio nam to idzie. Ale nie w tym rzecz. Jeszcze rok temu byłem nieodpowiedzialnym, aroganckim prostakiem, który żył z dnia na dzień, nie przejmując się przyszłością oraz nie zważając na przeszłość. Dziś jestem kimś innym. Mogę dowieść, że jestem mężczyzną, nawet gdybym musiał pokonać smoka.
– Eryk, uważaj, co mówisz – syknęła Klara ostrzegawczo, ale było już za późno.
– Zatem wiesz, kim jesteś? – zaciekawił się Kain, podchodząc do młodzieńca.
– Tak, i nie zawaham się tego panu udowodnić. Niech pan wyznaczy dowolne zadanie, a ja mu podołam.
– O nie… – jęknął Ansgar, gdy w oczach Kaina zagościł dziwny blask, a na ustach zawitał diaboliczny uśmiech.
– Tato, odpuść – rzuciła ostrzegawczo Klara.
– Przecież jeszcze nic nie powiedziałem – odparł ojciec nieludzko spokojnie. – Poza tym twój narzeczony zdaje się nad wyraz pewny swego, a o ile dobrze pamiętam, jeszcze tego ranka sama zawarłaś z nim pakt, czego efekt aż nazbyt się odznacza pod jego spodniami.
Eryk przełknął ślinę i mimowolnie zasłonił dłonią wybrzuszenie w kroku.
– Tato, to drobiazg. Zabiorę go do naszego pałacu…
– Chyba chciałaś powiedzieć „mojego pałacu”.
– Nie łap mnie za słówka.
– W naszej rodzinie każde słowo ma znaczenie, a ja chcę sprawdzić prawdomówność twego kochasia, a także jak mocną ma głowę.
– Chwila… Chce mnie pan wyzwać na pojedynek w picie? – zdziwił się Eryk, ignorując przerażone spojrzenia reszty towarzystwa.
– A co? Boisz się? – spytał Kain z wyraźną drwiną.
– Tato, protestuję!
– Milcz – rzucił ojciec do Klary. – Teraz to rozmowa pomiędzy mężczyznami.
– Kain, nie rób tego – przestrzegł go Ansgar. – Zachowajmy zdrowy rozsądek i nie dajmy się ponieść emocjom.
– Jakie są zasady? – spytał Eryk z powagą.
– Poznasz je na miejscu, chłopcze.
– Nie jestem na tyle głupi, aby wejść w ciemno w układ z diabłem. Muszę mieć gwarancję, że szanse będą wyrównane.
– Możesz odpuścić.
– Czyżby się pan bał, że przegra w uczciwym pojedynku?
– Nie brak ci tupetu, smarkaczu. – Kain wyszczerzył zęby w demonicznym uśmiechu. – Zgoda, nich będzie. Jeden z moich znajomych bogów prowadzi akurat winobranie. Niech on wyznaczy nam serię krótkich wyzwań, w których obaj będziemy mieć równe szanse. Jeśli wygrasz, pobłogosławię wasz związek. W innym wypadku zapomnicie o sobie na zawsze.
– Eryk, nie gódź się – przestrzegła go Klara.
– Kain, błagam, odpuść mu. Jest nam potrzebny – wtrącił z powagą lord Krahe.
– Nigdy o niej nie zapomnę – warknął Eryk, a rywalizujący mężczyźni zdawali się ignorować otoczenie.
– W takim razie jeśli przegrasz, to już nigdy nie zbliżysz się do mojej córki.
– Zgoda, ale najpierw zrobię Klarze śniadanie. Ona zawsze jest u mnie na pierwszym miejscu.
– Dionizos ma całkiem sporą kuchnię. Znajdzie się tam kąt dla ciebie i twojego różowego koleżki.
– Bez kantowania. Żadnych sztuczek.
– Jaki nieufny.
– Mam to we krwi.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo – prychnął Kain. – Dobrze. Bez kantowania. Ale dotyczy to obu stron.
– Ma się rozumieć.
– Klara będzie twoim sekundantem, a Ansgar moim. Ich rola będzie się ograniczać jedynie do doradzania, niezależnie od tego, jakie zadania wyznaczy nam Dionizos.
– Pasuje.
– Zatem mamy pakt? – Kain wyciągnął dłoń przed siebie.
– Mamy pakt – odparł Eryk, pewnie chwytając rękę mężczyzny, a błękitna wstęga oplotła ich uścisk.
Na chwilę rozbłysło jaskrawe światło, po czym wszystko się uspokoiło. Kain pstryknął palcami i koło nich otworzył się świetlisty portal. Dał znak, aby wszyscy udali się z nim, jednak Kasandra i Pufek odmówili. Uznali, że wolą sobie podarować ten żałosny spektakl, a dzięki różnicy w upływie czasu nie będą marnować dnia.
Gdy elfka z chowańcem zostali sami, oboje odetchnęli z ulgą.
– To jakiś koszmar – jęknęła inkwizytorka. – Mam nadzieję, że ten zapity idiota da im jakieś łatwe zadanie i Eryk wygra. W innym wypadku wszystko może się skomplikować.
– Poznałaś Dionizosa? – zdziwił się Pufek.
– Dawno temu, jeszcze zanim ludzie z Trzynastego Królestwa przybyli na Panger. Ech… Zmieńmy temat. Udało ci się otworzyć szkatułkę od Ryhlera?
– Niestety nie – przyznał chowaniec z rezygnacją. – Nie mam pojęcia, skąd ją wytrzasnął i jak ukrył w niej Klucz Labiryntu. Ansgar i Mawak również się nad tym głowili, ale nic nie wskórali.
– Musimy zdobyć ten klucz. Bez niego nie uda nam się uwolnić Pierworodnych, a co za tym idzie Lilith oraz Garabieli. To kluczowe osoby w naszym planie, poza tym może będą wiedziały, kto oraz dlaczego ich uwięził.
– Nawet jeśli to zrobimy, nie mamy pewności, że Pierworodni staną po naszej stronie – zauważył Pufek. – Pamiętaj, że dla nich to będzie jak mrugnięcie powieką. Nie będą świadomi upływu czasu w tym czy innym świecie.
– Musi nam się udać – westchnęła elfka. – Bez Lilith i jej siostry nie mamy szans w dalszej walce.
– Jeśli Ślepa Bogini to naprawdę odrodzona…
– Nadal tego nie wiemy, ale moja matka dysponowała darem widzenia. Prawdziwym darem. Przepowiedziała nadejście Klary, choć spodziewałam się jej przybycia później. Eryk zaś okazał się mniej szkodliwy, niż zakładałam. Obawiałam się, że stanie na czele jakiejś krwiożerczej floty piratów, ale on, co nadal pozostaje niepojęte, zachowywał się jak niedojrzały gnojek.
– Klara go zmieniła – zauważył Pufek. – A to, jak by nie patrzeć, stanowi pewien problem.
– Tylko jeśli nasz główny plan się nie powiedzie – wtrąciła Kasanda, czując, że coś niewypowiedzianego ciąży jej na sercu. – Eryk jest w niej zakochany po uszy i wierny niczym wyratowany pies.
– Prawda. I to napawa mnie optymizmem. Z pomocą Lilith i Pierworodnych może zdołamy uniknąć najgorszego i tym samym ocalimy oboje.
– Nigdy nie przypuszczałam, że będę czuła się winna na samą myśl o tym, do czego ich szkolimy – westchnęła elfka. – Aż się za to nienawidzę, bo widzę, jak przez ostatni rok ta dwójka się do siebie zbliżyła.
– I dojrzała – zauważył chowaniec.
– To prawda – przytaknęła Kasandra z zadumą. – Choć po dzisiejszym poranku znów zaczynam w to wątpić.
– Myślisz, że mają szansę dokonać tego, co planował zrobić Ryhler?
– Sama nie wiem – zasępiła się elfka. – Illiana i Arash naprawdę dobrze ich szkolą, ale rok to niewiele czasu. Kazałam ściągnąć tutaj tych dwóch krasnoludów z Auros, co im pomogli.
– Haskego i Kraskego? – zdziwił się chowaniec. – Czemu?
– Haske za sprawą Eryka został podpięty do zbroi tytanów. Poza tym uratował mi życie i wierzę, że naprawdę pragnie zniszczyć ten przeklęty kult oraz dorwać tego wieprza, Eluandera.
– A Kraske?
– To wierny kompan brata i ufam im obu. Mawak wspominał też, że krasnoludy kierują się osobistym powodem, który bardzo ich motywuje. – Kasandra uśmiechnęła się, a widząc pytające spojrzenie Pufka, wyjaśniła: – To zwykła kalkulacja zysków i strat. Poza tym Kraske to kapłan Selune, z czym umiejętnie się krył. Chłop potrafi władać magią mistyczną, a w tych okolicznościach każda pomoc będzie przydatna.
– Nie zaprzeczę. Jeśli Klara i Eryk mają dokonać cudu i naprawić to, co zniszczono w przeszłości, każde wsparcie będzie nieocenione. Choćby i samego diabła – przyznał Pufek.
– À propos diabła – mruknęła elfka z powątpiewaniem. – Coś długo ich nie ma…
– Faktycznie. To nieco dziwne. Oby Eryk nie zrobił niczego głupiego.
– Wierzysz w to? – spytała z powątpiewaniem.
– Niezbyt, ale przynajmniej chcę wierzyć…
Jak na zawołanie otworzył się świetlisty dysk portalu, z którego na chwiejnych nogach wyszli Eryk i Kain. Obaj obejmowali się przyjacielsko, walcząc z grawitacją i rozmawiając nad wyraz głośno oraz wesoło. Zaraz za nimi wyłonili się Klara i Ansgar, zmęczeni oraz rozgoryczeni.
Kasandra zerwała się z fotela i podeszła do lorda Krahego, zerkając na pijanych mężczyzn, którzy w alkoholowym amoku legli na kanapie, śpiewając żeglarskie piosenki.
– Na bogów, co się stało?
– Kiedy to wszystko się już skończy, uduszę tych opojów gołymi rękoma – sapnął lord Krahe, po czym udał się do barku i nalał sobie porządny kieliszek wina.
– Klara? – spytała elfka dziewczynę.
Ta nabrała powietrza, ale zamiast odpowiedzieć, sapnęła głośno i chwyciła Eryka pod ramię. Ten wyraźnie zaprotestował, ale dziewczyna pociągnęła go w stronę wyjścia. Kain żegnał się wylewnie z zięciem, machał mu i doradzał, aby nie dał się jego córce, bo w każdym domu to mężczyzna jest panem.
Pufek wraz z Kasandrą przyglądali się tej niedorzecznej scenie, po czym chowaniec zabrał głos:
– I oni mają uratować wszechświat? Oby Wieczna Trójca była po naszej stronie, bo czarno to widzę.
– Spójrz na to z innej strony. – Kasandra popatrzyła z politowaniem na Kaina, który już chrapał rozciągnięty na sofie obitej zielonym aksamitem. – Przynajmniej Eryk zaprzyjaźnił się z przyszłym teściem.
Pufek posłał elfce pełne dezaprobaty spojrzenie, po czym podleciał do Ansgara i zaczął go o wszystko wypytywać.
***
Tymczasem w kącie sali obskurnej tawerny, przy zniszczonym stole siedział przybysz skrywający oblicze pod kapturem brudnej peleryny pokrytej łatami. Sączył powoli kufel rozcieńczonego piwa, przykuwając ciekawskie spojrzenia stałych bywalców lokalu. Głównie marynarzy o parszywych gębach, przemytników, gotowych zdradzić współtowarzyszy za garść monet, oraz portowych dziwek nieudolnie maskujących makijażem szpetotę i choroby trawiące ich ciało. Wszędzie unosił się smród wymiocin oraz szczyn, zmieszany z dymem tanich cygar czy samodzielnie skręcanych papierosów.
Wielu zachodziło w głowę, na kogo czeka zakapturzony nieznajomy. Jeśli chcieli poznać odpowiedź, musieli wykazać się odrobiną cierpliwości i poczekać. Może wtedy w ich brudne łapska wpadnie jakiś ciekawy łup. Może to zamożny paniczyk chcący znaleźć w swej naiwności oraz głupocie kogoś od mokrej roboty. Albo zdesperowany kochanek pragnący pozbyć się konkurenta, albo jakiś przyjezdny frajer szukający informacji dla swej kompanii.
Nie musieli długo czekać na rozwiązanie zagadki.
Wysoki, postawny elf ubrany w luźny strój podróżny wszedł do tawerny pewnym krokiem i od razu ruszył w stronę zakapturzonego wędrowca. Wszyscy niemal od razu rozpoznali dostojną twarz młodzieńca, wykrzywiającego usta w drwiącym uśmiechu. Ci zaś, którzy nie wiedzieli, z kim mają do czynienia, szybko zostali uświadomieni, że lepiej nie zadzierać z Eluanderem El’Lemoyarem, za którego głowę Inkwizycja Myśli wyznaczyła całkiem sporą nagrodę w złocie. Jednak nikt, kto znał ryzyko, nie zamierzał go podejmować. Szczególnie po tym, co spotkało kilku ostatnich łowców nagród.
– Nie mogłeś się ubrać bardziej podejrzanie? – prychnął Eluander, siadając przy stole naprzeciwko mężczyzny, który wyraźnie skulił się pod płaszczem. – Zdejmij to, bo wyglądasz jak idiota.
Nieznajomy powoli odsłonił poznaczoną bliznami twarz oraz ciemne, niedbale przystrzyżone tłuste włosy. Przełknął nerwowo ślinę, bojąc się spojrzeć w oczy rozmówcy. Z początku chciał sięgnąć po kufel, ale się rozmyślił. Elf dostrzegł wahanie towarzysza, chwycił naczynie, zbliżył do nosa i skrzywił się z odrazą.
– Płacę ci na tyle sowicie, że mógłbyś sobie pozwolić na porządniejszy trunek.
– Wybacz, panie.
– Przecież wiesz, że nikt z tu obecnych cię nie tknie, póki pracujesz dla mnie, więc po co cała ta błazenada?
– Przepraszam, panie.
Eluander odstawił kufel na podniszczony blat, pstryknął palcami w powietrzu i po chwili do stolika dokuśtykał zwalisty karczmarz. Śmierdział ostrym potem oraz tanim piwem, a jego ubranie, w całości pokryte ciemnymi plamami, przysłaniał z przodu wielki brudny, zapewne niegdyś biały fartuch. Skłonił głowę na przywitanie, ale nie śmiał się odezwać.
– Zabierz to i podaj, co masz najlepszego w tej mordowni.
– Na rozkaz, wasza świetlistość.
– I przynieś coś do jedzenia. Byle świeżego.
– Natychmiast, panie. Czy łaskawy pan ma jeszcze jakieś życzenia, które mogę spełnić? – dodał nieśmiało, z trudem kryjąc strach.
– Jest Natalia? – spytał Eluander nieco łagodniej. Jakby czule.
– Naturalnie, panie – przytaknął pospiesznie szynkarz. – Posłać po nią?
– Później.
Eluander zdawał się o czymś myśleć, po czym sięgnął do wewnętrznej kieszeni kamizelki i wyjął z niej niewielką, acz ciężką sakiewkę. Właściciel wlepił w nią chciwe spojrzenie. Elf podrzucił mieszek kilka razy w powietrzu, tak aby wyraźnie było słychać brzęk monet.
– Będę potrzebował usług twoich dziewczyn.
– Oczywiście, panie. Które przysłać?
– Wszystkie.
– Wszystkie? – zdziwił się gospodarz.
– Coś ci nie pasuje?
– Ależ nie… to znaczy, chciałem powiedzieć…
– Zatem wszystkie. – Eluander spojrzał chłodno w oczy mężczyzny, który pomimo rosłej postury wydawał się wyjątkowo mały.
– Jak rozkażesz, panie.
– Jutro z samego rana mają się porządnie wyszorować, ubrać w najlepsze stroje oraz umalować, jakby szły na bal do samego króla. Niech użyją też pachnideł, które im dostarczę.
– Tak, panie. Zrobią, jak każesz.
– Wiem. – Elf rzucił karczmarzowi sakiewkę, a ten złapał ją w locie ze zwinnością akrobaty.
– Czy przysłać również Natalię?
– Nie – odpowiedział poważnie Eluander. – Sam ją dziś odwiedzę, ale później. Najpierw przynieś jadło i napitek. Dla mnie i tego łachudry. – Wskazał na milczącego mężczyznę w pelerynie.
Gdy szynkarz się oddalił, kłaniając się w pas i poganiając jedną z pracownic, elf poprawił się wygodniej na krześle. Popatrzył przelotnie po klienteli, ale wszyscy zdawali się skupieni na swoich sprawach. Następnie zwrócił się bezpośrednio do kompana:
– Solgat, wiesz, dlaczego tak bardzo cię lubię?
Mężczyzna pokręcił przecząco głową, nadal bojąc się spojrzeć na swego mocodawcę.
– Bo jesteś tchórzem. A u takich jak ty to zaleta, bo jesteście przewidywalni.
– Wybacz mi, panie.
– Dodatkowo motywuje was strach przed karą. – Eluander uśmiechnął się drapieżnie. – A wiesz, jak bardzo lubię je stosować.
Solgat przełknął nerwowo ślinę i zaczął się mimowolnie trząść. Skulony, odruchowo zakrył peleryną swoją lewą rękę.
– Jednak muszę przyznać, że przez ostatni rok okazałeś się nad wyraz przydatnym narzędziem.
– Dziękuję, panie.
– Zastanawiam się zatem, jak mógłbym cię jeszcze wykorzystać.
– Zrobię wszystko, co rozkażesz.
– Wiem – odparł elf z wyższością.
W tym momencie dwie kobiety przyniosły półmiski z gorącym gulaszem, który o dziwo pachniał naprawdę przyzwoicie, talerz z pieczenią, dwa kufle przedniego piwa i kosz z lokalnym pieczywem. Gdy kelnerki odeszły, do suto zastawionego stołu podszedł szynkarz z butelkę czerwonego wina.
– Najlepsze, jakie posiadam w moich prywatnych zapasach, mój panie. Potraktuj to jako dowód mej wdzięczności.
Eluander uśmiechnął się nieznacznie, wziął butelkę i odprawił gestem właściciela przybytku. Odstawił flaszkę na stół, po czym zabrał się za kolację. Gdy zobaczył, że Solgat nawet nie drgnął, powiedział rozkazująco:
– Jedz.
– Dziękuję, panie. – Mężczyzna niemal rzucił się na jedzenie.
– Jeśli chcesz pozostać użytecznym narzędziem, musisz wreszcie o siebie zadbać. W innym wypadku cię wymienię.
– Zrobię, co każesz, panie – odpowiedział Solgat z pełnymi ustami.
– Zatem dziś wieczorem doprowadzisz się do względnego ładu. Natalia ci w tym pomoże. – Eluander upił łyk piwa i z niemałym zaskoczeniem przyznał, że jest naprawdę dobre. – Później otrzymasz nowe instrukcje.
– Dziękuję, panie, za twą szczodrość.
– Co do twej ostatniej misji, to spisałeś się lepiej, niż przypuszczałem.
– Twa dobroć nie zna granic, mój panie.
– Zdziwiłbyś się. – Elf wyszczerzył zęby drapieżnie, przez co Solgat omal się nie udławił. – Jednak wiem, że wierny tchórz to taki, którego dobrze się traktuje. A ty masz więcej talentów, niż początkowo zakładałem. Cieszę się, że nie kazałem cię zabić, gdy pierwszy raz odkryłem twoją zdradę.
– Niech światło Bogini zawsze oświeca twą ścieżkę, panie.
– Nie schlebiaj mi. Przynajmniej nie za często. – Eluander wyprostował się nieco i dołożył towarzyszowi na talerz solidną porcję pieczeni. – Jeszcze jedna sprawa. Czy nasz gość już przybył do Vesanny?
– Tak, panie. Ręczę za to głową.
– Dobrze. Masz kogoś zaufanego w rezydencji Kasandry Deviler?
– Za odpowiednią opłatą znajdzie się taka osoba.
– Pieniądze nie są problemem. Bardziej zależy mi na dyskrecji. Szukam kogoś, kto nie zostawia po sobie śladów i wie, na co patrzeć. Nie potrzebuję zabójcy, tylko czujnego informatora.
– Znam kogoś takiego – odparł Solgat po chwili namysłu.
– Dobrze. Później przekażę ci wytyczne.
– Wybacz mi mą śmiałość, panie – wtrącił usłużnie mężczyzna, przerywając jedzenie i spoglądając płochliwie w oczy mocodawcy. – Czy bezpiecznie jest rozmawiać o tych sprawach tak otwarcie w obecności postronnych?
– O nic się nie martw. – Elf posłał towarzyszowi dziwnie spokojny uśmiech. – Jeśli ktoś z tu obecnych zapragnie rozpowiadać o moim przybyciu do Republiki Wysp Bursztynowych, szybko zrozumie swój błąd, bo będzie mieć w pamięci odpowiedni przykład.
– Przykład? Nie rozumiem. – Solgat był wyraźnie zbity z tropu.
– Zaraz pojmiesz. Tak samo jak reszta.
Eluander przerwał posiłek, wychylił łyk piwa i nadstawił ucha. Do tawerny weszło trzech postawnych elfów w kwiecie wieku. Jeden z nich przyćmiewał towarzyszy muskulaturą. Prezentował ją dumnie, wypinając nagą klatkę piersiową poznaczoną w kilku miejscach bliznami. Wszyscy stali przez chwilę w wejściu, rozglądając się po bywalcach gospody.
Młody El’Lemoyar wstał i ruszył w ich stronę, radośnie rozkładając ramiona.
– Ach, moi dawni towarzysze broni – rzucił z drwiną. – Cóż was sprowadza do tej podłej rudery? Chyba nie upadliście tak nisko, aby stołować się pośród zwykłych marynarzy i ich kurew?
– Przybyliśmy po to, co nam się należy, Eluanderze! – zagrzmiał muskularny elf, jeszcze mocniej wypinając tors.
– Ryvelier Ovali. Syn jednego z najznamienitszych ambasadorów Imperium, którego rodzina słynie z galanterii. Cóż… niezbyt się udałeś swym rodzicom. Może cię przygarnęli?
– Śmiesz obrażać mego ojca? – oburzył się Ovali.
– Jedynie ciebie. – Eluander spojrzał z powątpiewaniem na rosłego mężczyznę. – Co do twego ojca oraz jego szanownej małżonki, to wierz mi lub nie, ale oboje darzę ogromnym szacunkiem. Tym bardziej smuci mnie fakt, że jakimś niezrozumiałym zrządzeniem losu spłodzili kogoś takiego jak ty.
– Jestem dumą mego rodu!
– Powiedzmy, że usilnie starałem się w to wierzyć, ale wielokrotnie dawałeś mi powody, aby tego nie czynić.
– Skończ te gierki, Eluanderze – wtrącił się elf z kruczymi piórami wetkniętymi we włosy. – Wiesz doskonale, po co tu przybyliśmy.
– Jak rozumiem, drogi Hanarinie, skusiła was nagroda za moją głowę, wyznaczona przez Inkwizycję Myśli.
– Dobrze odgadłeś.
– Yhm. A jak zamierzacie ją zdobyć? – Eluander wydawał się doskonale bawić.
– Oczywiście pozbawiając cię jej. Osobiście ci ją odrąbię moim toporem! – zagrzmiał Ryvelier, klepiąc oręż przytwierdzony do skórzanego pasa u boku.
– Mało subtelnie, aczkolwiek dosadnie to ująłeś.
– Zrób nam tę przyjemność i się poddaj – dodał wyniosłym tonem trzeci z mężczyzn. – Jest nas trzech przeciw jednemu, do tego ty nie masz żadnej broni. Wynik jest zatem przesądzony.
– Zawsze byłeś zbyt pewny siebie, Feworerze. Cóż, pozory mogą mylić.
– Doprawdy? – zakpił elf, kładąc dłonie na sztyletach schowanych za pasem.
– Wiem, że to daremne, ale dam wam jedną jedyną szansę na ocalenie skóry. W imię dawnej przyjaźni. – Eluander założył ręce za plecy i przybrał swobodną pozę. – Wróćcie do domu, do rodzin, żeby nie musiały opłakiwać swoich synów.
– Drużyna Sokolego Oka nie cofa się przed nikim ani niczym! – zadudnił Ryvelier, dobywając topora.
– Wiecie, że nadałem wam tę nazwę dla żartu? – Eluander nie drgnął nawet o milimetr. Wiedział, że wszystkie spojrzenia gości przybytku skupiają się na nim.
– Stawaj do walki, tchórzu! – ryknął muskularny elf. – Ja, Ryve…
Nagły cios otwartą dłonią trafił osiłka na wysokości serca. Palce wbiły się w nagi tors jak w masło, rozrywały skórę, mięśnie i kruszyły kości żeber, by wreszcie zacisnąć się z furią na miękkim, wciąż bijącym organie. Mięśniak puścił topór i zakrztusił się krwią, opluwając twarz napastnika. Wszyscy zamarli w przerażeniu.
– Zdaje się, że chciałeś coś powiedzieć. – Eluander uśmiechnął się i ścisnął mocniej wciąż bijące serce w ciele ofiary, która osunęła się na kolana.
Ryvelier ponownie rzygnął krwią, a jego kompani cofnęli się ogarnięci strachem. Tymczasem przeciwnik szybkim ruchem wyrwał mięsisty organ z klatki piersiowej elfa, ten zaś padł martwy na kamienną posadzkę, zalewając ją szkarłatem.
– Nawet nie wiecie, ile radości sprawiają mi wasze tępe miny. – Eluander przyjrzał się nadal bijącemu sercu z nieludzkim spokojem. – Mieliście swoją szansę. Teraz posłużycie za przykład dla innych. I możecie mi wierzyć… – Odrzucił organ na bok, a na twarzy zagościł demoniczny grymas. – To będzie dla mnie czysta przyjemność.
