Rahim. Ludzie z tylnego siedzenia - Sebastian Salbert, Przemysław Corso - ebook

Rahim. Ludzie z tylnego siedzenia ebook

Sebastian Salbert, Przemysław Corso

4,3

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Nie zawsze musisz prowadzić. Czasami ważniejsze jest to, kto z tobą jedzie.

RAHIM, współzałożyciel legendarnej Paktofoniki i Pokahontaz, ojciec i szara eminencja wytwórni MaxFloRec, po raz pierwszy opowiada szczerze o swoim życiu, hip-hopie, dorastaniu na Śląsku, spełnianiu marzeń i budowaniu muzycznej kariery. Od pierwszych bitów klejonych na amidze 1200 w rodzinnym mieszkaniu w Mikołowie, przez nagrywki z 3-X-KLANem, Kalibrem 44 i fenomenalny sukces Paktofoniki, aż po solową karierę, powstanie Pokahontaz, niecodzienne kolaboracje i własną wytwórnię MaxFloRec.

Ta książka to wyczerpująca opowieść o miłości, przyjaźni, pakcie przy dźwiękach głośnika, a także nieuczciwych wydawcach i dzikim muzycznym rynku lat 90, w którym albo byłeś twardy, albo zostawałeś pożarty i kończyłeś z długami. Przeczytasz w niej o kulisach pracy nad kultową „Kinematografią”, śmierci przyjaciela, szaleństwie, które nastało po premierze filmu „Jesteś bogiem”, budowaniu własnej muzycznej tożsamości, pożegnaniu z przeszłością, o honorze i zaczynaniu wszystkiego od nowa, a także o Pokahontaz, nowych brzmieniach, promowaniu młodych artystów i całkowicie nowych projektach.

To szczera spowiedź i podsumowanie ponad 20 lat życia pełnego muzyki, ciekawych opowieści, spotkań i ludzi. To książka faceta, który dużo osiągnął, jednocześnie nigdy nie zapominając o tych, których ma wokół siebie. I o osobach, które pomagały mu tworzyć i nieustannie przeć naprzód. O tych wszystkich, którzy są tacy jak on.

O ludziach z tylnego siedzenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 242

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Bez niepotrzebnego szumu informacyjnego. Bez taniej kontrowersji.

To szczera opowieść faceta, który dużo osiągnął, jednocześnie nigdy nie zapominając o ludziach wokół siebie, ludziach, którzy pomagali mu budować, tworzyć i nieustannie brnąć do przodu.

To historia o ludziach z tylnego siedzenia. Każdy takich ma, a niektórzy po prostu nimi są. Siedzą z tyłu, w cieniu, często niezauważeni, a tak naprawdę często zmieniają rzeczywistość i nadają bieg światu. Bo naprawdę nie każdy musi siedzieć za kierownicą. Cholera… Niektórzy nie muszą mieć nawet prawa jazdy.

Miłej lektury.

Przemek Corso

W czasach kiedy chodziłem do technikum, miałem Klub Piwniczny. Taki alternatywny pokój, miejsce, które w pewnym sensie było poza zasięgiem rodziców. W piwnicy stały meble i kanapa, na podłodze leżał dywan. Zapraszałem tam znajomych. Słuchaliśmy muzy, paliliśmy pierwsze papierosy, pierwszą trawkę i generalnie spędzaliśmy w tej miejscówce mnóstwo czasu. Próbowaliśmy tam nawet nagrywać.

Im poważniejszą częścią mojego życia zaczęła stawać się muzyka i im bardziej zaprzątała mi myśli, tym gorzej się uczyłem i tym mniej czasu spędzałem w szkole. Z bardzo dobrego ucznia zmieniłem się w nastolatka, który całymi nocami siedział przy kompie i próbował składać beaty. Z prymusa stałem się typem zagrożonym z 11 przedmiotów, w tym z siedmiu na czysto!

Chyba wiecie, do czego zmierzam?

Po każdej zarwanej nocy w środku tygodnia, a niestety najczęściej moje lekcje zaczynały się o 7.10 rano, pakowałem plecak, ubierałem się, jadłem śniadanie, a później pod pretekstem pójścia do szkoły… schodziłem dwa piętra niżej do piwnicy, gdzie się kładłem i szedłem dalej spać. A kiedy zegar wybijał koniec lekcji, wracałem do domu. Odczekiwałem i wdrapywałem się po schodach do mieszkania…

– Jak było w szkole?

– Dobrze, mamuś.

…wchodziłem do pokoju i dalej robiłem muzę.

Nie ma się czym chwalić?

Niby nie… Ale przynajmniej od razu wiecie, jakie miałem priorytety.

R. 1W TĘ I Z POWROTEMczyli „początek” chłopaka z Mikołowa

Chwalenie się własnymi osiągnięciami? Takie książki mnie męczą. Nie lubię tego. Taka lektura niewiele moim zdaniem wnosi, a tym mniej wnosiłaby w przypadku tej konkretnej historii.

To nie ja.

To nigdy nie byłem ja.

To nigdy nie będę ja.

Nazywam się Sebastian Salbert.

RAHIM.

Szczerze mówiąc, czasami nadal mam poczucie, że za mało przeżyłem, żeby zabrać głos i coś opowiedzieć. To mi się często zdarza – jakbym siedział w cieniu i zawsze zamieniał się w słuch. Na szczęście kiedy mój mózg zaczyna analizować i filtrować opowieści innych, upewniam się, że to tylko wrażenie, bo prawda jest zupełnie inna. Noszę opowieści w sobie i jest ich całkiem dużo. Wszystkie spisane w mojej głowie wprost z tylnego siedzenia.

Jak to mówią, najgorzej jest zacząć, ale żeby ruszyć, trzeba wykonać pierwszy krok.

Wbijam na lajcie

Od kiedy pamiętam, chciałem programować. Na początku muzyka nie była w sferze moich zainteresowań i ambicji. Podpatrywałem starszych kolegów, którzy tak samo jak ja mieli komputery. Za każdym razem, kiedy robili coś interesującego, oczywiście chciałem robić to samo. Skończyło się na tym, że kupiłem książkę o programowaniu w języku Amos Professional, odmianie Basica, a następnie bardzo szybko napisałem swój pierwszy program do testowania joysticków. Miałem jednak ambicje, żeby nie działał on tylko poprzez wyświetlanie kolorów na ekranie telewizora z podpiętą amigą 1200. Chciałem, żeby wydawał też dźwięki, żeby oprócz kolorowych kwadratów i kółek, sprawdzających sprawność joya, program żył.

Nie miałem syntezatora, nie miałem odpowiednich instrumentów, więc żeby stworzyć dźwięki, postanowiłem kupić sampler. To oczywiście nie była prosta sprawa. Szczególnie w pierwszej połowie lat 90. w Mikołowie. Ale znałem pewnego człowieka, który znał człowieka… No i byłem uparty.

Sampler, czyli zewnętrzne urządzenie, podpinało się do amigi, a następnie do magnetofonu. Dzięki temu mogłem zgrywać dowolne fragmenty utworów wprost do pamięci komputera.

Pewnie wielu z was zastanawia się, co joysticki i gry retro mają wspólnego z muzyką, a raczej jak wspomniany sampler okazał się początkiem mojej drogi. Już wyjaśniam: po raz pierwszy miałem do czynienia z tworzeniem muzyki, gdy po prostu komuś pomagałem. Odezwali się do mnie znajomi, którzy już wtedy mieli skład hip-hopowy. Brzmi poważnie, ale nie do końca takie było. Wszystkie ksywy, nazwy własne, wszystko zostało zapożyczone z amerykańskich filmów. Nawet moja ksywka, która stała się dla mnie zbroją i tarczą, była spolszczonym zapożyczeniem z filmu Juice i przybrałem ją na cześć jednego z ekranowych bohaterów. Teraz już wszyscy wiedzą.

A zespół z Mikołowa, który poprosił mnie o zsamplowanie beatów? Nazywał się… Boys n the Hood. Brzmi znajomo, nie?

Tylko czym jest dobry, szanujący się skład bez podkładów, do których można nawijać?

Oczywiście nie potrafiłem wtedy niczego takiego stworzyć, ale dzięki samplerowi byłem w stanie nagrywać fragmenty cudzych utworów, zapętlać je i zgrywać. Dopiero po latach dowiedziałem się, że z tej samej techniki korzystali czarnoskórzy DJ-e na samym początku. Puszczali na gramofonach fragment utworu i go zapętlali, pracując na dwóch płytach naprzemiennie.

Ja oczywiście nie miałem płyt. Miałem amigę 1200, sampler, magnetofon i mnóstwo kaset. Wycinałem fragment, robiłem pętlę, powielałem ją i nagrywałem na czystą kasetę.

– Pewnie, pomogę wam.

To było zdanie, które w pewnym sensie zmieniło moje życie.

Od tego się zaczęło. Od pierwszego sklejonego przeze mnie podkładu dla kumpli. Jakikolwiek był, dało się do tego nawijać. Później oczywiście wrócili po kolejne podkłady, a ja samplowałem kawałki, zapętlałem i je nagrywałem.

Z perspektywy lat nawet nie wiem, jak nazwać to, co wtedy robiłem. Niczego nie produkowałem. Nie tworzyłem. Po prostu byłem dla nich, kiedy mnie potrzebowali, a później z przysłowiowego tylnego siedzenia obserwowałem, jak uczą się do tych podkładów rapować, sklejać rymy i jak zdzierają sobie gardła.

Pamiętam, że potrzeba napisania pierwszego tekstu i spróbowania samemu pojawiła się we mnie naturalnie. Zupełnie jakby od początku tam była i po prostu czekała na wyklucie się.

Wrzuciłem do magnetofonu kawałek z płyty Rage Against the Machine, zsamplowałem go, zdublowałem i nagrałem. Razem z jednym z moich najbliższych przyjaciół z dzieciństwa postanowiliśmy nagrać do niego nasze wokale, wykorzystując do tego sprzęt jego rodziców, którzy grali na weselach. Mikrofony, konsoleta – mieli wszystko, czego potrzebowaliśmy!

Jeden magnetofon podpięliśmy do konsolety, puszczaliśmy z niego podkład, rapowaliśmy na żywo, a drugi magnetofon ściągał dźwięk i wszystko nagrywał.

Jedyny problem polegał na tym, że jeżeli któryś z nas się pomylił, musieliśmy nagrywać wszystko od początku. Jeżeli wpadki zdarzały się pod koniec, przy trzeciej zwrotce, można było się lekko wkurwić.

To była pierwsza połowa lat 90., a ja, słuchając swojego pierwszego kawałka, załapałem bakcyla… i postanowiłem za wszelką cenę tworzyć własne podkłady.

Najpierw był 3-X-KLAN.

Co ciekawe, przez niego i przez rosnącą pasję do hip-hopu o mały włos nie zawaliłem technikum. Ironia losu, biorąc pod uwagę, że byłem gościem, który marzył o programowaniu? Być może.

Pamiętam nasz pierwszy koncert, na urodzinach przyjaciółki. Wystąpiliśmy dla jakichś 20 osób… w jej domu! Prawdziwe wydarzenie. Co więcej, dla mnie była to autentyczna konfrontacja ze strachem. Nigdy wcześniej ani później nie odczuwałem takiego stresu. Siedział mi na plecach i dyszał, jakby był żywą istotą, niczym smok Smaug z Samotnej Góry z Tolkienowskiej mitologii Śródziemia.

Nie chodziło nawet o samą publiczność. Tam po prostu nikt nie słuchał rapu. Pokazywaliśmy publicznie coś, co jest dla nas ważne, ludziom, którzy w ogóle tego nie rozumieli i nie czuli.

Mało? To przypomnę tylko, że to, co tworzyliśmy, to był psycho-rap w najczystszej postaci.

3-X-KLAN jest wspominany jako jeden z pierwszych polskich zespołów, poza pionierskim Kalibrem 44, który eksperymentował z tym podgatunkiem.

Powiem więcej: uważam, że polska scena hip-hopowa wyrosła niejako z psycho-rapu, mimo że odchodzi się od tego stylu i mało kto już pamięta, że nie chodziło o sam flow. Nie da się porównać tego do niczego innego. Ekspresja, emocje, fakt, że możesz nawijać i składać teksty, jak tylko chcesz. Absolutna twórcza swoboda… i psychodela. Kaliber inspirował nas do pewnych rzeczy. Wszyscy się nawzajem nakręcali. Pojawiało się coraz więcej składów, które chciały brzmieć jak K44. A to dawało nam poczucie, że nie jesteśmy w tym sami i że rośniemy w siłę.

3-X-Klan, Gano i Aneta Karkus po koncercie w ZST Mikołów

Powiem wam jedno: na urodzinach przyjaciółki, przed i po naszym pierwszym w życiu koncercie, byliśmy jednak tylko we trzech.

Kolejny koncert zagraliśmy u mnie w technikum. Tam nawet nie było sceny. Połączyliśmy cztery wielkie ławy ze stołówki, budując sobie w ten sposób podest. Pamiętam, że serce waliło mi tak mocno, że dosłownie słyszałem szum w uszach. Bałem się, że spadnę z naszej pseudosceny, i to nie dlatego, że było na niej mało miejsca, ale dlatego, że zasłabnę.

Wyobrażacie sobie? Ciężki rap, mało potencjalnych odbiorców. Przypominało to trochę walenie głową o ścianę.

Ale się nie poddawaliśmy.

No dobrze, ale jak to w ogóle możliwe, że dzięki klejeniu zapętlonych podkładów wszystko potoczyło się w moim życiu tak, jak się potoczyło?

To prostsze, niż może się wydawać, a zarazem dość przewrotne. Od początku najważniejsi byli ludzie. Od nich zawsze wszystko się zaczyna i na nich się kończy.

Jeszcze przed 3-X-KLANEM zacząłem obracać się pośród ludzi, którzy słuchali rapu, bo ciężko było mówić o tym, że ktokolwiek się nim na poważnie zajmował. Ale fakty były takie, że on po prostu w nas rósł. Ludzie się nim interesowali.

W końcu poznałem Bit-Baka, gościa zajmującego się beatboxem. Uważam, że w pewnym momencie był najlepszy w kraju. Nie mieliśmy wtedy internetu, nie dało się tego zweryfikować, ale gdziekolwiek się pojawialiśmy, ludzie wiedzieli, kim był, a jak nie wiedzieli, to potrafił ich zadziwić i już wiedzieli. Tak! Był bardzo dobry! To właśnie z nim tworzyłem pierwsze prawdziwe podkłady.

Już wtedy, choć nie potrafiłem tego nazwać, zaczęliśmy budować społeczność.

Z Kalibrem 44 zetknąłem się przez mojego dobrego kolegę z technikum, który mieszkał dawniej na Bogucicach. Znał całą ekipę. Choć poznaliśmy kompletny skład, to swoistym łącznikiem był Gano. Nie rapował wtedy za dużo, ale wiele ogarniał. Od sprzętu po różne sprawy wokół chłopaków. To właśnie on jako pierwszy wyciągnął do mnie rękę i zaprosił mnie na magiczne Bogucice. U niego pierwszy raz zobaczyłem szkice.

– Stary, co to jest? – zapytałem, przeglądając jego zeszyt wypełniony po brzegi rysunkami.

– To mój blackbook z graffiti!

Tak właśnie załapałem bakcyla.

Wymienialiśmy się kasetami, dzieliliśmy pasją, aż pewnego dnia zapytałem, czy mógłby ustawić spotkanie 3-X-KLAN z Kalibrem. Dopatrywałem się w tym szansy, żeby pokazać, co potrafimy, i wymienić się doświadczeniami.

Gano oczywiście powiedział, że zrobi to z przyjemnością, a z perspektywy lat wiem, że gdyby nie jego wsparcie i fakt, że mnie protegował w życiu ekipy z K44, byłbym tylko kolejnym kręcącym się przy nich ziomem.

Kilka dni później, stojąc w budce telefonicznej, dogadałem termin pierwszego prawdziwego spotkania i wyposażony w dyskietki pełne swoich podkładów, pojechałem w towarzystwie Bit-Baka zmierzyć się z przeznaczeniem.

Wyglądało to tak, że usiedliśmy z Bakiem pośrodku pokoju. Przed nami przy komputerze siedział Magik, a za naszymi plecami na kanapie Gano, Abradab i Jajonasz.

Mag wziął ode mnie dyskietkę, odpalił podkład i po chwili powiedział:

– No dobra… to nawijajcie.

– Co? – zdziwiłem się.

– No… rapujcie!

Wydukaliśmy swoje teksty z kartki.

Wiem, że chłopakom na kanapie ewidentnie poprawiłem humor, i kompletnie im się nie dziwię. Do mnie też w kolejnych latach przyszło sporo osób, które miały niewiele do pokazania. Magik z kolei był superskupiony i poważny.

Kiedy skończyłem, zapadła cisza. Wiedziałem, że to był totalny fuckup. Wiedziałem, że schrzaniłem to po całości.

Lekko przybity – z milionem myśli na minutę – wyszedłem na fajkę. Dołączyli do mnie Jajonasz i Magik.

Miałem poczucie, że przyjechałem pokazać się przed absolutnie zajebistym zespołem, a to, co przedstawiłem, okazało się absolutnie poniżej jakiejkolwiek krytyki.

Magik przyglądał mi się uważnie i w pewnym momencie powiedział:

– Ej, ty… a pokaż mi na chwilę tę kartkę.

Wręczyłem mu ją odrobinę zaskoczony.

– Stary, jeżeli to jest dla ciebie ważne – zaczął – to musisz włożyć w to emocje. To musi być czuć! To musi być ogień. Posłuchaj…

Magik z miejsca, czytając z kartki, tak walnął mój własny tekst, że aż przeszły mnie ciary. Dosłownie oszalałem. W tym momencie zostałem jego fanem! Facet potrafił interpretować cudze słowa w taki sposób, jakby należały do niego samego.

Kiedy skończył, oddał mi kartkę, a ja wziąłem ją w osłupieniu, kompletnie nie wiedząc, co powiedzieć.

– Rozumiesz teraz, o co mi chodzi? – zapytał.

Zrozumiałem.

Co ciekawe, nie była to dla mnie najważniejsza lekcja tamtego dnia.

Kiedy wróciliśmy do pokoju, Mag zaczął włączać własne podkłady, a ja i Bit-Bak rozpływaliśmy się, czując tę energię i pozwalając się jej unieść.

– Posłuchaj – zaczął po chwili Magik, zwracając się w moim kierunku.

– Tak?

– Wycinasz za długie sample.

– Co?

– To nie może być tak, że wycinasz loopa, dokładasz beat i twierdzisz, że to twój podkład. Musisz brać krótsze dźwięki. Musisz to zbudować. Skomponować. Zobacz… pokażę ci.

Na ekranie komputera wyświetlał się program typu Tracker, a Mag zaczął uczyć mnie, jak to naprawdę działa. Jak wycinać po jednym dźwięku. Jak przyśpieszać, zwalniać, skracać, sklejać i odwracać. Tworzyć.

Nagle okazało się, że ktoś przemówił do mnie moim własnym językiem. Lata fascynacji komputerami i programowaniem sprawiły, że z miejsca zrozumiałem, co robi, a co ważniejsze – jak to robi. Poczułem się, jakby ktoś zapalił mi w głowie światło.

– Ej, ja jestem w stanie to robić – przyznałem. – Wcześniej nie wiedziałem jak!

– No to teraz już wiesz.

Po dwudziestu kilku latach od tamtej chwili podziękowałem Ganowi za to, co dla mnie zrobił. Powiedziałem mu, że gdyby nie on, nie byłbym tu, gdzie teraz jestem. Że wiem, że był dla mnie niesamowitym wsparciem na początku mojej kariery. Przede wszystkim w relacjach z Kalibrem – gdyby nie on i jego chęć pomocy, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej, a ja straciłbym szansę.

Gdyby nie on, po spotkaniu z K44 wrócilibyśmy do domu i wszystko byłoby takie samo jak wcześniej. Bo na co komu zażyła znajomość z jakimiś nieopierzonymi żółtodziobami, prawda? Takich jest na pęczki.

A dzięki Ganowi dostaliśmy kredyt zaufania, który pewnie będę spłacał do końca życia.

Życie to chwile. Możecie być najbardziej utalentowanymi dzieciakami na świecie, ale potrzebujecie wokół siebie dobrych ludzi i ich pomocnej dłoni, bo tylko dzięki nim będziecie mieli szansę na rozwój.

Przełomowe dla mnie spotkanie z Magikiem nie było de facto tym pierwszym. On mnie po prostu nigdy nie pamiętał. Widywaliśmy się przy okazji jakichś imprez w klubach albo koncertów, ale zawsze kończyło się tak samo.

– Hej… jestem Magik.

– Eee… wiem. Poznawaliśmy się już przecież. Jestem Rahim.

– A być może, być może.

Nie jeden, nie dwa, a trzy razy! Spotkanie, które zaaranżował Gano, było tym „pamiętnym”.

Powiedziałem wtedy do Maga:

– My się znamy! Pamiętasz?

Odparł, że pamięta.

Do tej pory mam jednak wątpliwości, czy to była prawda.

Poznaliśmy się. Polubiliśmy. Proste historie są proste.

Kaliber 44 to była prawdziwa rewolucja. Nie da się opisać w prostych słowach, co chłopaki zrobili dla polskiego hip-hopu. Oni byli jak znak graniczny, jak początek drogi.

W 1996 roku ukazała się ich płyta Księga Tajemnicza. Miałem to szczęście, że mogłem się na niej pojawić. Zrobiłem – choć powinienem napisać: wyprodukowałem – podkład do Psychodeli i razem z moją ekipą z 3-X-KLAN gościnnie nawinęliśmy tam swoje zwrotki.

Rok później ukazała się debiutancka płyta 3-X-KLAN – Dom pełen drzwi.

I co? Choć rozpierała mnie duma, zagraliśmy łącznie z pięć koncertów w Polsce: w Warszawie, Poznaniu i trzy na Śląsku. Ten warszawski był koncertem promocyjnym towarzyszącym wydaniu płyty.

Wierzyliśmy, że zrobimy karierę. Że płyta – w chwili kiedy się pojawi – urzeczywistni to wszystko i da nam więcej możliwości. Tym bardziej że popularność Kalibra 44 rosła. Dzięki temu mogliśmy marzyć, że nas też to czeka.

To była jedna z najważniejszych lekcji w moim życiu.

3-X-KLAN odniósł sukces, ale to nie był sukces, którego oczekiwaliśmy i którego chcieliśmy. Sprzedaliśmy kilkadziesiąt tysięcy kopii naszego albumu, ale czasy były zupełnie inne, a nasz sukces – z komercyjnego punktu widzenia – wygenerował po prostu średni wynik i w rezultacie średnie zainteresowanie.

Na szczęście najważniejsza, jak zawsze, była muzyka i wyższe wartości, więc zamiast się przejmować i tkwić w miejscu, postanowiliśmy po prostu pracować jeszcze ciężej nad nowym materiałem.

W czasie kiedy w głównej mierze się uczyłem i zajmowałem produkcją beatów, prawie każdą możliwą chwilę spędzałem u Magika. Wówczas pisał teksty i produkował znaczną część podkładów – był trochę takim człowiekiem orkiestrą.

Czasy jednak się zmieniały, a w pewnym momencie w naszym środowisku utrwaliło się, że każdy raper musi pisać własne zwrotki, bo nie chodzi tylko o głos, ale i o PRZEKAZ.

Kiedy o tym usłyszeliśmy, od razu podjęliśmy decyzję, że w 3-X-KLANIE będziemy robić tak samo. Każdy pisze sam sobie! Każdy jest dla siebie tekściarzem. W ten sposób stworzył się KANON. Zbiór niespisanych nigdy wcześniej zasad tego, jak należy rapować, czym jest rap i co sobą reprezentuje.

Ja naturalnie napisałem wcześniej JAKIEŚ teksty, to oczywiste, ale w 3-X-KLANIE mieliśmy dobrego tekściarza – Radameza. Generalnie było tak, że albo pisał on, albo wpadło coś od Baka. To oni głównie składali treści. To się jednak zmieniło, a ja coraz więcej czasu spędzałem nad kartką.

Z perspektywy czasu brzmi to zabawnie, ale tak było.

Często jeździłem do Magika.

Tak naprawdę nie było zbyt wielu spotkań międzyzespołowych. Nie integrowaliśmy się zbyt często, poza spotkaniami w Mega Clubie czy Hobbicie w Katowicach albo gdzieś po koncertach Kalibra. Ewentualnie w studiu.

Magik bardzo szybko został moim najbliższym kumplem. Stał się dla mnie w pewnym sensie artystycznym guru. Od pierwszego spotkania rozłożył mnie na łopatki, choć był przecież moim rówieśnikiem. Zbyt dosadnie? Nie da się inaczej.

Magik – człowiek oddany sztuce. Zupełnie jakby cały świat za oknem i wszyscy, którzy go zamieszkują, mieli drugorzędne znaczenie. Układy, pieniądze, społeczny podział – to wszystko nie miało dla niego kompletnie żadnego znaczenia. Liczyły się tylko teksty i muzyka. Takim właśnie był gościem.

Imponowało mi to. Kupowałem taką postawę w całości.

Dodajcie do tego ogromną wrażliwość, nieustanną potrzebę wyrażania siebie i swoich uczuć, a także fakt, że bardzo łatwo było go zranić… Oto przepis na mieszankę wybuchową. Artystyczny koktajl Mołotowa, który może wywołać pożar.

Z całym szacunkiem i miłością do ludzi odpowiedzialnych za sukcesy Kalibra 44 i Paktofoniki: mam teorię, że to właśnie Magik był tą czarną materią, pozostałością po wielkim wybuchu, siłą, dzięki której te dwa projekty stały się tak kultowe i ważne dla wielu osób. Po prostu miał ten instynkt. Potrafił dobrać podkłady i teksty, które stawały się uniwersalne i trafiały do ludzi. Nawet do tych, którzy hip-hopu nie znali, nie rozumieli albo zwyczajnie nie kojarzył im się zupełnie z niczym. Potrafił się sprzedać w każdym towarzystwie. Charyzmy i zaangażowania, które wkładał w muzykę, tego, jak rapował całym sobą, nie dało się zmierzyć czy policzyć, ale każdy momentalnie potrafił oszacować, że ma do czynienia z kimś bardzo wartościowym.

Ja byłem – i nadal jestem – inny niż Mag. Niektórzy mnie kochają, inni nienawidzą. W pewnym sensie uważam, że to bardzo ludzkie. Magika natomiast kochali wszyscy i tym, co robił, trafiał do wszystkich. Właśnie na tym polegała ogromna siła tego, co robił. Zresztą czuć ją do dzisiaj.

Nie zrozumcie mnie źle. Uważam, że poziom Kalibra 44 i Paktofoniki był podobny, tylko że Mag… dodawał temu wszystkiemu magii.

Często do niego jeździłem. Zawsze miałem ze sobą kilka dyskietek. Puszczałem mu swoje podkłady, a on słuchał ich uważnie i zawsze uczciwie je oceniał. To fajne, to niefajne. Tu fajny sampel. Zdarzały się chwile, że mu rapowałem…

A później za każdym razem nadchodził moment, gdy pokazywał mi swoją pracę i dosłownie zbierałem szczękę z podłogi. A kiedy zaczynał jeszcze nawijać? W moim mózgu dochodziło do zwarcia.

Kiedy zbliżyliśmy się wystarczająco, zaczął przyjeżdżać do mnie do Mikołowa. Zawsze kończyło się to spotkaniem lokalnej ekipy. Przesiadywaliśmy głównie na Rynku, ale zdarzały się również parkowe ławki. Co ważniejsze jednak, Magik nigdy się nie krępował. Potrafił nawijać nawet przy obcych ludziach i robił to, kiedy tylko mógł. I co? I wszyscy go słuchali, patrząc w niego jak w obrazek.

To właśnie wtedy dotarło do mnie, że moim marzeniem jest nagrać z nim płytę. Coś wspólnie stworzyć. Tak, naprawdę miałem takie poczucie od początku, ale wtedy wydawało się to tak odległe i nierealne, że pozostawało w sferze fantazji. Zupełnie jakbyś w latach 90. marzył o zagraniu w kosza z Michaelem Jordanem. Nawet gdyby doszło do spotkania, to cały czas blokowałaby cię myśl: CO ON BĘDZIE Z KIMŚ TAKIM JAK JA ROBIŁ?

Ale to się w końcu zmieniło.

Magik wiedział, jak poruszać się w świecie artystycznym. Rozumiał go. Razem z Kalibrem 44 z małego, undergroundowego zespołu stali się najpopularniejszym rapowym składem w kraju! Ich płyta zaczęła się świetnie sprzedawać, pojawiły się jakieś pieniądze, stali się nagle rozchwytywani. Prawdziwy fenomen.

A Magik? Miał to gdzieś. Zależało mu TYLKO na sztuce.

Jeździłem do niego z dyskietkami, puszczałem mu podkłady… i miałem niesamowite szczęście, że na tamtym etapie życia mogłem go obserwować, uczyć się od niego i lepiej zrozumieć, o co chodzi w muzyce. Nauczył mnie, jak radzić sobie z wodą sodową. Co zrobić, żeby nigdy nie zalała człowiekowi głowy, nawet jeśli pojawiłoby się poczucie, że ma się do tego prawo, bo na przykład zrobiło się coś dużego.

Wszystko to kwestia priorytetów. A tu ważna była muzyka.

Pamiętam, jak pewnego dnia jechaliśmy razem z Magikiem autobusem do Mikołowa. Biłem się z myślami cały dzień. Chciałem mu wyznać, że chciałbym nagrać z nim płytę. Czułem tremę, zupełnie jakbym zamierzał zapytać piękną dziewczynę, czy chciałaby się ze mną umówić – a przecież chodziło tylko o wspólny projekt.

A co, jeśli odmówi? Czy mnie wyśmieje? Czy to w ogóle ma sens?

– Wiesz co, stary? Moim marzeniem jest nagrać z tobą płytę – powiedziałem w końcu.

Odwrócił się do mnie. Pamiętam jego spojrzenie. Pamiętam, jak wtedy wyglądał, dokładnie tak samo, jak pamiętam obskurny autobus, w którym byliśmy.

– Wiesz co? – odparł. – Moim też.

MOIM TEŻ?

W sensie że on też by tego chciał?

Byłem dzieciakiem, który miał w głowie milion myśli. Chciałem uciec, roztopić się, wybić szybę w autobusie i wyskoczyć przez okno. Siedziałem i drapałem siedzenie, myśląc, że zaraz mnie stamtąd katapultuje. Michael Jordan przyszedł i powiedział, że z chęcią zagra ze mną w kosza. Na boisku w Mikołowie. Niedaleko mojej chaty. Co zrobiłem?

Potrafiłem ukryć emocje i zepchnąć je na tylne siedzenie. Zachowałem więc kamienną twarz i powiedziałem pierwszą rzecz, która przyszła mi do głowy:

– No to zajebicho!

To były takie czasy, że jesteś w swoim składzie. Reprezentujesz swój skład. Jesteś lojalny wobec swojego składu. Nie było czegoś takiego jak solowe występy gościnne. Albo wszyscy, albo nikt.

Przy drugiej płycie Kalibra 44, kiedy do nagrania zwrotki zaproszono tylko mnie i nikogo innego z Klanu, poczułem cierpki smak na języku. Bo bardzo chciałem to zrobić, ale czułem, że nie powinienem.

Chłopaki z Kalibra wzięli mnie do pokoju w studiu nagraniowym w Katowicach i zaproponowali gościnny udział na nowej płycie.

– Ale… tylko ja?

– Tak. Tylko ty.

Lojalnie wobec mojego składu odmówiłem.

Czy żałuję? Jasne, że tak, ale czułem, że robię dobrze.

Paradoks młodego rapera w latach 90. Paradoks gościa, który chciał nagrać płytę z Magikiem, ale z drugiej strony był w stanie odmówić kolejnej kooperacji z genialnym zespołem.

I wiecie co?

Wtedy poznałem Fokusa.

Fokus przyjeżdżał na imprezy do Mikołowa. Tak się poznaliśmy.

Był absolutnie zajarany hip-hopem. Słuchał 3-X, słuchał Kalibra, wiedział, kim jesteśmy, a co ważniejsze – sam nawijał.

– A ty też coś rapujesz? – zapytałem go na jakiejś imprezie.

Potwierdził. Opowiedział mi o swojej ekipie, Kwadrat Skład.

A później wydarzyło się coś nieprawdopodobnego. Pochylił się w moim kierunku i zarapował mi na ucho Powierzchnie tnące.

Pomyślałem sobie: co za koleś!

Tu jakieś przyśpieszenie, tu jakieś złamanie i jeszcze ta niepowtarzalna, niska barwa głosu. Tego dotąd nie było. Nikt tak nie brzmiał i nie nawijał. Nikt, kogo znałem.

Znacie to uczucie, że pewne rzeczy po prostu się dzieją? Że to nie one przytrafiają się nam, ale to my się przytrafiamy, a wraz z nami spotkania i rozmowy, które potrafią zmienić całe życie?

Nie zdradzę jakiejś wielkiej tajemnicy, jeżeli powiem, że ja i Fokus szybko zostaliśmy kumplami.

Na promującym płytę W 63 minuty dookoła świata koncercie K44 w Mega Clubie w Katowicach Magik wziął mnie na stronę.

Był ze swoją narzeczoną Justyną. Siedzieliśmy razem przy stoliku. Wydawał się przygnębiony.

– Muszę ci coś powiedzieć – wyznał w końcu.

– Co?

– To moja ostatnia płyta z Kalibrem.

Poczułem się, jakbym dostał cios w brzuch. Przez chwilę nie mogłem oddychać.

– Co? Dlaczego? Stary…

Nie potrafiłem go wyczuć. Nie rozumiałem jego decyzji. Nie było żadnych przesłanek wskazujących na to, że w Kalibrze 44 miałoby dojść do rozłamu.

– To ostatnia płyta – powtórzył.

Wyobrażacie sobie, jak się wtedy poczułem?

Z jednej strony docisnął mnie ogromny żal i smutek, bo na moich oczach kończyło się coś pięknego, coś, co kochałem, ale z drugiej dotarło do mnie, że nasza pamiętna rozmowa w autobusie może wybrzmieć. Że zwyczajna chęć nagrania czegoś wspólnie zamieni się w prawdziwy wspólny projekt i że to się w końcu wydarzy. Była w tym dla mnie jakaś ponura szansa.

– Stary – zacząłem ostrożnie, czując suchość w ustach – to może nagramy płytę razem? Tak jak mówiliśmy?

Spojrzał na mnie, tak jak zawsze, a ja tak jak zawsze nie potrafiłem przewidzieć, co powie.

– Jasne, stary. Zróbmy to.

Miałem 19 lat.

Nagle urzeczywistniało się moje marzenie. Nagle coś, co miało się nigdy nie wydarzyć, działo się tu i teraz, a my podjęliśmy decyzję o nagraniu płyty.

Kilka dni po naszej rozmowie przez (niby) przypadek spotkałem się z Fokusem. Byliśmy na imprezie, na której grał DJ Feel-X.

Siema! Siema! Co tam? Co tam? Nie wyczułem, żeby zachowywał się jakoś inaczej niż zwykle.

– Ej, co ty na to, żeby zrobić wspólną płytę trzech najlepszych MC na Śląsku?

Nie wiedziałem, jak zareagować.

– Czyli kogo?

Cisza.

– No ja, ty i Magik – powiedział, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.

Milczałem. Nie żartował. Po prostu był zajebiście bezpośredni. Zawsze walił to, co myśli, prosto w ryj.

Jak się poczułem? Schlebił mi. Wiedziałem, że Fokus jest świetny. Magik, rzecz oczywista. A ja? Wymienił mnie w tej trójce. Postawił mnie na równi ze sobą i Magiem. Mnie!

– Wiesz co? – zacząłem, ostrożnie dobierając słowa, czując w głębi serca, że to dobry pomysł. – Muszę z nim pogadać. Jeżeli Magik się zgodzi, to…

– Już się zgodził – powiedział Fokus tym swoim niskim, nieprzyjmującym sprzeciwu głosem. – Gadałem z nim.

– Co?

– Powiedział, że jeżeli ty się zgodzisz, to on też się zgadza – wyjaśnił.

Patrzyłem na niego, nie wierząc w to, co się dzieje.

Ale się działo.

INTERMEDIUM 1

„To nie jest średniowiecze!”

– Ej, zaczyna ci odwalać. Weź się ogarnij!

To powinien usłyszeć każdy człowiek, który odnosi sukces i któremu sodówa zaczyna zalewać głowę, przez co tonie we własnym przekonaniu, że postępuje dobrze.

Mam też teorię, że powinien powiedzieć nam to ktoś bliski, ktoś, kto rozumie, przez co przechodzimy, bo nie obserwuje sprawy z bezpiecznej odległości, lecz jedzie z nami na tym wózku, a mimo to potrafi zachować zimną krew.

Dla mnie taką osobą był DJ Bambus. Zawsze potrafił skierować mnie na właściwe tory.

To nawet zabawne, szczególnie że był ze mną od samego początku.

– Dlaczego uważasz, że wali mi sodówa?

– Bo to, to, to i to.

Prawda prosto w oczy. Tak działał.

– Dzięki, stary! – odpowiadałem.

Tak kończyły się zazwyczaj te konfrontacje. Z perspektywy ponad 25 lat bardzo je cenię, bo wiem, że ludzie chętnie oceniają innych, ale boją się konfrontacji.

Bambus wydawał mi się od początku facetem z jajami, który nie bał się mówić tego, co myśli, a w dodatku był wręcz chorobliwie honorowy. Z jednej strony potrafił wziąć mnie na stronę i powiedzieć, że coś jest nie tak, a z drugiej wręcz agresywnie bronił mojego honoru przy innych. Jak na gościa, którego wszyscy lubili, potrafił nie przebierać w słowach, szczególnie kiedy w jego mniemaniu działa się jakaś niesprawiedliwość. Nie potrafię zliczyć, ile razy bronił mojego dobrego imienia, kiedy ktoś, kto ledwo mnie znał, zapędzał się w osądach albo wygłaszał krzywdzące opinie na mój temat.

Jak wiele osób znacie, które stoją za waszymi plecami, a często osłaniają was własną piersią?

Wasz sukces, na czymkolwiek by polegał, na pewno wkurzy wiele osób. Im dłużej będzie trwał, tym bardziej negatywne emocje wobec was się nasilą. Dlatego tak ważne jest skupianie się na pozytywach… i obracanie się wokół właściwych osób.

Poznałem Bambusa w czasach, kiedy w Mikołowie ze świecą było szukać ludzi, którzy słuchali rapu. A jeśli ktoś miał podobne muzyczne zainteresowania do was, to istniała duża szansa, że miał też jakąś kasetę z rapem, której nie słyszeliście, i można było się nią zwyczajnie, po ludzku podzielić albo na coś się wymienić. Tak to wyglądało w czasach przedinternetowych, zanim sieć oplotła cały świat.

Grałem z ziomkami w kosza – na tak zwanym „Domku Harcerskim” – i nagle w towarzystwie pojawił się koleś w koszulce NAUGHTY BY NATURE. Już w pierwszej chwili wiedziałem, że koniecznie muszę do niego podbić i zapytać, gdzie ją kupił!

– Na targowisku w Tychach – powiedział, gdy do niego zagadałem.

Dalsza rozmowa potoczyła się z górki.

– A masz jakieś kasety?

– A mam.

Z Bambusem i Romą

– A jakie?

– A takie. A ty?

– A takie.

– A wymienisz się?

– A wymienię.

Opowiadam to specjalnie, żebyście mieli pełną świadomość, jak mogą się zacząć ważne, często kluczowe w życiu znajomości.

Poznaliśmy się, polubiliśmy, połączyła nas muza, a kiedy powstał 3-X-KLAN, naturalnie tak wyszło, że Bambus stał się częścią ekipy. Próbował rapować, ale nie czuł się w tym dobrze, więc po seansie kolejnego muzycznego filmu nagranego na kasecie VHS stwierdził:

– Chcę być DJ-em! To będę ja!

Oczywiście nie mieliśmy technicznych możliwości, aby spróbował, ale bardzo szybko nadaliśmy mu ten tytuł. Dołączył do ekipy, zajmował się sprzętem i był kimś w rodzaju naszego akustyka.

– Kiedy będzie nas stać na gramofony, zostaniesz oficjalnie DJ-em – obiecaliśmy. – Na razie czekamy.

W ten oto sposób Bambus został DJ-em Bambusem: nie miał sprzętu ani doświadczenia, ale miał marzenia i energię, dzięki którym wiedzieliśmy, że to się wydarzy, że to tylko kwestia czasu.

Na szczęście nasz wspólny znajomy przywiózł z Niemiec gramofony Grundiga. Rozpoczęła się nauka, potem upgrade sprzętu, a później wydarzyły się rzeczy, które zamieniły się w naszą wspólną historię.

Ale po kolei…

Kiedy moja współpraca z Magikiem i Fokusem przerodziła się w grupę znaną w całej Polsce jako PAKTOFONIKA, Bambus też dokonał przysłowiowego transferu i przeszedł z 3-X-KLANU do nas. Co prawda nigdy oficjalnie nie był członkiem PFK, ale dograł scratche na całą płytę. Widać go nawet na zdjęciu znajdującym się na okładce Kinematografii oraz na wielu innych fotografiach z tamtego okresu mojego życia.

Kiedy PFK przestała istnieć, Bambus dokonał kolejnego transferu i został już oficjalnym członkiem grupy POKAHONTAZ (a po drodze należał do wszystkiego, co było pomiędzy).

Graliśmy razem przez całe lata. Życie jednak nie jest proste…

Bambus z zawodu jest piekarzem. Zazwyczaj było tak, że w tygodniu pracował, a w weekendy, kiedy graliśmy, odbieraliśmy go po szychcie z piekarni i jechaliśmy na koncert. Kiedy kończyliśmy, wracaliśmy, zawoziliśmy go z powrotem do piekarni i szedł dalej pracować. Był TERMINATOREM.

Ale praca przez siedem dni w tygodniu wyczerpałaby nawet najsilniejszego z silnych. Wtedy podjął decyzję, żeby grać tylko koncerty.

Trwało to lata, powodziło się nam. Ale w karierze każdego artysty, każdej grupy czy zespołu trafia się gorszy okres. Czas, kiedy gra się mniej, występuje rzadziej i słabiej spienięża się swój talent.

Bambus podjął decyzję, że musi wrócić do pracy. Żona, dziecko – duża odpowiedzialność, a że był bardzo honorowy, zapukał ponownie do drzwi piekarni. Przyjęli go z powrotem.

Kiedy zaczęliśmy znowu grać więcej koncertów, „wolne weekendy Bambusa” w pracy nie wszystkim przypadły do gustu. Sprawa została postawiona uczciwie:

– Inni też chcą mieć wolne soboty. Musisz się zdecydować. Albo w lewo, albo w prawo.

Nie można zjeść ciastka i mieć ciastka, choć w tym kontekście lepiej byłoby mówić o „chlebie” albo „bułkach”.

Bambus musiał podjąć decyzję, czy znowu ryzykuje i zostawia etat na rzecz muzyki, czy tym razem odpuszcza.

Wybrał odpowiedzialność. Wybrał etat. Nadal gra, czasami wciąż rozkręca imprezy, ale teraz to już dla niego raczej hobby.

Ludzi wiążą ze sobą proste rzeczy. Ludzi wiąże ze sobą prawda.

Jeszcze za czasów 3-X-KLANU, kiedy robiłem dużo beatów, Bambus wpadał do mnie regularnie posłuchać muzy. Mieliśmy podobny gust, więc spędzaliśmy czas, dzieląc się muzyką i pasją.

Zakręcony DJ

Co więcej, Bambus poznał też wcześniej Fokusa i Maga, więc cała nasza wspólna droga przez PAKTOFONIKĘ i dalej była bardzo naturalna i niewymuszona.

Zresztą nie znam osoby, która go nie lubi, i do tej pory w trakcie rozmów w różnych zakątkach kraju słyszę teksty w stylu: „Pozdrów Bambusa!”, a to chyba o czymś świadczy, prawda?

Kończąc pewien etap naszej znajomości z Bambusem, doszliśmy nawet do tego, że zaproponowaliśmy sobie braterstwo krwi: szybkie cięcie dłoni i bardzo literackie przypieczętowanie znajomości.

– To nie jest średniowiecze – rzucił ktoś w końcu, żeby odwieść nas od tego kiepskiego pomysłu. – Nie lepiej zbijać sobie piątkę, jak normalni ludzie?

Tylko kto powiedział, że jesteśmy normalni?

Z sesji zdjęciowej, fot. Jola Staszczyk

///

Pewien znajomy powiedział mi kiedyś, podczas luźnej towarzyskiej rozmowy, że jak byli dzieciakami, często bawili się, że są PAKTOFONIKĄ. Trzech kumpli wychowujących się na muzyce, którą stworzyliśmy.

– Wiesz co? – zagadnął mnie