Puste ramy - Anna Klejzerowicz - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Puste ramy ebook i audiobook

Anna Klejzerowicz

4,3
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Z jednego z prowincjonalnych muzeów znika cenny, zabytkowy obraz. To sensacyjne wydarzenie elektryzuje opinię publiczną, tymczasem reporterzy działu historycznego „Przeglądu Pomorskiego”, Nina Kiryłło i Eryk Morski, dostrzegają w tym rabunku dziwne podobieństwa do serii dawnych, niewyjaśnionych grabieży dzieł sztuki. Ich cechą wspólną jest towarzyszący włamaniom ogień.

Ponieważ temat aktualnej kradzieży przypada w redakcji innemu dziennikarzowi, Nina i Eryk wracają do wydarzeń z przeszłości. Podążając tropem ognia, trafiają do pomorskiego miasteczka, w którym mogą się kryć odpowiedzi na wszystkie pytania. Jeszcze nie wiedzą, że przyjdzie im zaryzykować również własnym życiem…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 216

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 31 min

Lektor: Magdalena Dębicka

Oceny
4,3 (20 ocen)
12
3
3
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
alakad

Dobrze spędzony czas

Polecam.
00
Zenka

Dobrze spędzony czas

Ciekawa fabuła ,sporo zagmatwanych wątków .Polecam.
00
akasiula

Nie oderwiesz się od lektury

Treść pełna emocji i ciekawostek historycznych i artystycznych. Lektorka z pięknym, niskim głosem, jednak interpretacja tekstu niezbyt dobra, zwłaszcza podczas czytania dialogów.
00
aniasas163

Nie oderwiesz się od lektury

ok
00
Eosia

Dobrze spędzony czas

Trzeci tom dorównuje poprzednim. Polecam.
00



Copy­ri­ght © by Anna Klej­ze­ro­wicz, 2026 Copy­ri­ght © for the Polish Edi­tion by Pur­ple Book Wydaw­nic­two, War­szawa 2026

Pro­du­cent: Pur­ple Book Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki han­dlowy@pur­ple­book.com.pl

Dane kon­tak­towe: Pur­ple Book Wydaw­nic­two ul. Han­kie­wi­cza 2 02-103 War­szawa face­book.com/pur­ple­bo­okwy­daw­nic­two insta­gram.com/purple_book_wydawnictwo www.pur­ple­book.com.pl

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca: Iga Rem­bi­szew­ska Wydawca: Ewdo­kia Cydejko Pro­duk­cja: Klau­dia Lis Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Beata Gon­tar­ska Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 601 457 030), Beata Tro­cho­no­wicz (tel. 506 626 661)

Redak­cja: Jolanta Kuchar­ska Korekta: Agnieszka Czap­czyk Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Maciej Szy­ma­no­wicz/Strefa oczu

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, czy­tam.pl, ksiazki.pl

Dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin Spółka z ogra­ni­czoną odpo­wie­dzial­no­ścią ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki

ISBN 978-83-8310-972-5

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Ja – Malarz – już nie żyję. Zzięb­nięty jak bla­chaToczona po śniegu, duszę dałem Bogu.Jest teraz mała, luta,Podobna do klu­cza,Na któ­rym nie­kiedy Bóg zimę wyświ­sta.

Ja – Malarz – już nie żyję. A jed­nak oczymaMoimi patrzy­cie na śnieg i na wodę,Przy­pró­szoną zale­d­wie. I to ja usta­wiamWyso­kie słupy świa­tła nad mro­kiem lodo­wisk.

Sta­ni­sław Gro­cho­wiak, Bru­eghel (II), frag­ment

Z wyjąt­kiem war­stwy histo­rycz­nej wszyst­kie osoby i wyda­rze­nia w tej powie­ści są fik­cją lite­racką.

Puste ramy

Poprzed­niej nocy w małym mia­steczku

Nikt niczego nie widział ani nie sły­szał. Nie było świad­ków. Nikt nie zauwa­żył czar­nych syl­we­tek prze­my­ka­ją­cych ulicą. Noc wisiała nad mia­stem ciemna, mgli­sta i nie­prze­nik­niona. Sią­pił mono­tonny, lecz draż­niący deszcz, chmury zasnuły niebo szczelną kur­tyną, przez którą księ­życ nie mógł się prze­bić nawet na chwilę. Jakiś męż­czy­zna od lat cier­piący na bez­sen­ność przed nadej­ściem świtu usły­szał war­kot sil­nika, ale i on nie był pewny, czy mu się to nie zda­wało. Nie wyj­rzał, bo i po co, w końcu samo­chody w mie­ście, choćby tak małym jak to, mogą jeź­dzić w dzień czy w nocy. Dopiero kiedy poli­cjanci zaczęli roz­py­ty­wać miesz­kań­ców na tę oko­licz­ność, przy­po­mniał sobie, bo godzina mniej wię­cej się zga­dzała. Tam­tej nocy jed­nak nie prze­jął się ruchem na ulicy, poszedł do toa­lety i wró­cił do cie­płego łóżka. Już pra­wie zasy­piał, gdy otrzeź­wiła go wpa­da­jąca przez okno dziwna łuna, która nawet poprzez szczel­nie zacią­gnięte zasłony roz­ja­śniła ciem­ność, bar­wiąc ją na kolor pur­pury. Męż­czy­zna ponow­nie wstał i wyj­rzał bar­dziej zacie­ka­wiony niż zanie­po­ko­jony. Nie spo­dzie­wał się dra­matu: pomy­ślał, że to poranna zorza zagląda do jego sypialni. Jed­nak to, co ujrzał, wpra­wiło go w osłu­pie­nie. W pośpie­chu narzu­cił na sie­bie ubra­nie i wybiegł przed kamie­nicę, gdzie już zgro­ma­dził się spory tłum i wciąż przy­by­wało ludzi. Ktoś zda­wał rela­cję przez tele­fon, ktoś inny nagry­wał – ogień w sercu mia­steczka wywo­łał sen­sa­cję…

Wkrótce roz­legł się dźwięk syren, po chwili pod­je­chały wozy stra­żac­kie i poli­cyjne. Pło­mie­nie posta­wiły na nogi całą oko­licę. Wyda­wało się, że pożar wybuchł znie­nacka, w szyb­kim tem­pie obej­mu­jąc nie­wielki budy­nek, który spło­nął doszczęt­nie, zanim stra­żacy pod­jęli jakieś dzia­ła­nia. Na szczę­ście w porę wypro­wa­dzono stam­tąd loka­to­rów, księży, gdyż był to budy­nek ple­ba­nii przy sta­rej kate­drze, będą­cej pomni­kiem daw­nej świet­no­ści mia­sta. Kościół nie ucier­piał, choć takie ryzyko ist­niało. Pełna poświę­ce­nia akcja gaśni­cza, a być może także utrzy­mu­jąca się mżawka, powo­du­jąca wysoką wil­got­ność powie­trza i utrud­nia­jąca roz­prze­strze­nia­nie się ognia, ochro­niły tę budowlę.

Świt przy­no­sił nadzieję końca tra­gicz­nych wie­ści. Gapie roze­szli się, emo­cje opa­dły. Męż­czy­zna obser­wu­jący prze­bieg wyda­rzeń rów­nież wró­cił do swo­jego miesz­ka­nia, aby zapa­rzyć sobie kawę po turecku, zjeść śnia­da­nie, a potem zadzwo­nić do zna­jo­mych i podzie­lić się z nimi wyda­rze­niami ostat­niej nocy.

Kilka godzin póź­niej jeden z pra­cow­ni­ków muzeum die­ce­zjal­nego, miesz­czą­cego się przy kate­drze, odkrył na ścia­nie głów­nej sali wysta­wo­wej puste ramy po naj­cen­niej­szym w owych zbio­rach obra­zie – miej­sco­wej perle – i wsz­czął alarm, już drugi tego fatal­nego poranka.

Gdańsk, współ­cze­śnie. Marzec

– I co masz tam takiego cie­ka­wego? – zapy­tała Nina pod­czas śnia­da­nia, obser­wu­jąc Eryka odda­ją­cego się swo­jej codzien­nej por­cji pra­sówki z lap­to­pem. – Wybu­chła wojna? Hej, sły­szysz mnie, misiu?!

– Co? – W końcu spoj­rzał na nią roz­ko­ja­rzo­nym wzro­kiem.

– Halo, tu Zie­mia! – zakpiła, sma­ru­jąc grzankę kon­fi­turą. – Masz taką minę, jak­byś odkrył co naj­mniej Ame­rykę. Co cie­ka­wego wyczy­ta­łeś?

– Wojna nie, ale z muzeum skra­dziono obraz Cra­na­cha. To się stało tej nocy, chcesz posłu­chać? – Mor­ski dorzu­cił kolejne dwie łyżeczki cukru do swo­jej już i tak słod­kiej kawy z mle­kiem i ener­gicz­nie zamie­szał. – Bo to, zdaje mi się, będzie naj­go­ręt­szy temat dnia. A nawet tygo­dnia.

– Ale gdzie skra­dziono, u nas?

– Tak, w Pol­sce. Z muzeum die­ce­zjal­nego. Gdzieś na Ślą­sku. Na doda­tek na ple­ba­nii obok wybuchł pożar. Nie wia­domo, czy miało to jakiś zwią­zek z kra­dzieżą. Na szczę­ście nikt nie zgi­nął, księża zdą­żyli się ewa­ku­ować, bo ktoś zauwa­żył łunę i wezwał pomoc.

– No to nie u nas. – Nina także nalała sobie kawy, choć w prze­ci­wień­stwie do part­nera ona piła czarną i gorzką.

– Nie cie­kawi cię to? – obru­szył się. – Zgi­nęło kolejne ważne dzieło sztuki, a prze­cież za wiele ich nie posia­damy w kraju!

– Cie­kawi. Powie­dzia­łam tylko, że skoro nie na Pomo­rzu, to nie dla nas temat – popra­wiła się Kiryłło. – Póź­niej prze­czy­tam, bo teraz czas zasu­wać do roboty. Ostat­nio naczel­nej odbiło i spraw­dza, kiedy kto przy­cho­dzi, więc lepiej się pospieszmy.

Ten temat jed­nak poru­szył Mor­skiego do tego stop­nia, że wał­ko­wali go dalej w samo­cho­dzie pod­czas jazdy, a kon­ty­nu­owali w redak­cji, gdy już zna­leźli się w swo­jej dziu­pli na dole, nie­mal w pod­zie­miach, obok redak­cyj­nego archi­wum „Prze­glądu Pomor­skiego”. Na drzwiach kan­ciapy wid­niała dum­nie tabliczka „Dział histo­ryczny”, pod którą jakiś dow­cip­niś przy­kleił kar­teczkę z dopi­skiem „Archi­wum X”. Repor­te­rzy nie pozbyli się jej, uzna­jąc obie nazwy za tak samo zabawne w sytu­acji, gdy szum­nie brzmiący dział histo­ryczny to zale­d­wie ich dwoje.

Nie żeby nad tym ubo­le­wali, co to, to nie. Nie potrze­bo­wali nikogo wię­cej. Sta­no­wili zgrany zespół, świet­nie im się razem pra­co­wało i nie tylko: rów­nie świet­nie im się ze sobą żyło. Od roku byli w związku i czuli się jak „jedna dusza w dwóch cia­łach”. Dusza co nieco poobi­jana z obu stron, ale – sca­lona – słu­żyła im cał­kiem dobrze. Od pew­nego czasu mogła nawet ucho­dzić za ule­czoną. W pracy we dwoje radzili sobie dosko­nale, rozu­mieli się bez słów. Teraz też tak było. Mor­ski odru­chowo włą­czył czaj­nik, a Kiryłło nasy­pała her­baty do dwóch poobi­ja­nych kub­ków z kościo­tru­pami. Włą­czyli kom­pu­tery.

– Wiesz co, męczy mnie ten Cra­nach – wyznał Eryk – czy też raczej, jak podej­rze­wam, obraz z kręgu lub warsz­tatu Cra­nacha. Cho­ler­nie przy­po­mina falę podob­nych kra­dzieży dzieł sztuki z lat sie­dem­dzie­sią­tych. Wyda­wało się, że takie rze­czy nie mogą się powtó­rzyć, bo sama rozu­miesz… Od tam­tej pory udo­sko­na­lono zabez­pie­cze­nia, poja­wił się moni­to­ring wizyjny, nawet zmie­nił się ustrój. – Zalał wrząt­kiem her­batę. – A jed­nak, kur­czę. Tak jakby na nowo się zaczęło. Bo to prze­cież nie pierw­sza taka sprawa w ostat­nim cza­sie.

– Fakt – przy­znała Nina, coraz bar­dziej zain­try­go­wana. – Tu też wyda­rzyła się podobna histo­ria kilka lat temu. Ktoś wykradł obraz z muzeum i pod­pa­lił budy­nek zapewne tylko po to, żeby upo­zo­ro­wać, że prze­padł w poża­rze. Nie, chyba coś pomy­li­łam. To doty­czyło jakie­goś kościoła. Ale tam też był w tle ogień. Na pewno.

– W Gdań­sku? – Mor­ski spoj­rzał na nią czuj­nie znad paru­ją­cego kubka, do któ­rego wrzu­cał wła­śnie cztery kostki cukru. Widząc to, Kiryłło skrzy­wiła się z nie­sma­kiem, po czym odparła:

– Nie w samym Gdań­sku. Gdzieś w oko­li­cach, w jakimś nie­du­żym mia­steczku, teraz nie pamię­tam nazwy.

– Spró­buj sobie przy­po­mnieć, dobrze?

– Okej, poszu­kam, jeśli chcesz. – Wzru­szyła ramio­nami. – Ale po co ci to?

– Inte­re­suje mnie temat – wyja­śnił. – Prze­cież jakiś czas temu wał­ko­wa­li­śmy sprawę kra­dzieży Bru­egla z waszego muzeum. Zapo­mnia­łaś?

– Nie zapo­mnia­łam. Tylko co to ma ze sobą wspól­nego? To stare dzieje! Co ty kom­bi­nu­jesz, misiu?

– Była też słynna kra­dzież Rubensa z kate­dry w Kali­szu… w tym samym mniej wię­cej cza­sie.

– No i co z tego?

– Pomyśl. Te wszyst­kie sprawy coś łączy. – Oczy mu błysz­czały. – Coś oprócz kra­dzieży dzieł sztuki, oczy­wi­ście.

– Co? Gadaj, do cho­lery, a nie zada­waj mi tu zaga­dek!

– Wła­śnie ogień! – odparł try­um­fu­jąco.

Nina zanie­mó­wiła.

– Ale… no nie wiem. W przy­padku Bru­egla nie było żad­nego pożaru – ode­zwała się w końcu nie­zbyt pew­nie.

– Nie? Serio? A jed­nak! Ogień był.

– Gdzie?… O matko! Masz rację. Coś sobie przy­po­mi­nam. Spło­nął czło­wiek. Podobno te sprawy były jakoś ze sobą powią­zane.

– Dokład­nie! – Mor­ski był pod­eks­cy­to­wany. – Teraz rozu­miesz? Czy ty zda­jesz sobie sprawę z tego, jaki to temat?!

Kiryłło napiła się her­baty i się­gnęła po elek­tro­nicz­nego papie­rosa.

– Marzanna ni­gdy w życiu się na to nie zgo­dzi – pró­bo­wała jesz­cze opo­no­wać. – Mie­li­śmy pisać o tym przed­wo­jen­nym seryj­nym…

– Zgo­dzi się. Sama zoba­czysz. Będzie miała te swoje upra­gnione zasięgi! Popły­niemy na fali. Prze­cież kra­dzieżą Cra­na­cha będzie teraz żyć cała Pol­ska! A dla nas to przy­naj­mniej coś naprawdę cie­ka­wego. Coś, co ma sens, a nie jakieś pier­doły o seryj­nia­kach. Więc poga­dasz z nią? To w końcu twoja przy­ja­ciółka.

Nina, zanim dała się prze­ko­nać i w końcu przy­stała na pro­po­zy­cję Eryka, spę­dziła godzinę w inter­ne­cie, czy­ta­jąc nowe wia­do­mo­ści, a także stare arty­kuły na temat kra­dzieży dzieł sztuki w Pol­sce. Wresz­cie uznała, że part­ner ma rację: to cie­kawy i fra­pu­jący temat, a co nie­które ana­lo­gie – mimo upływu lat – mogły dać do myśle­nia. A jeśli nawet nie mia­łyby zna­cze­nia, to tak czy siak były medialne, co powinno prze­ko­nać Kowal­ską. Dzien­ni­kar­skiego nosa nie spo­sób jej było odmó­wić.

– Dobra, idę do niej. – Wes­tchnęła, wsta­jąc od kom­pu­tera. – Widzisz, jak ja się dla cie­bie poświę­cam. Trzy­maj kciuki.

– Trzy­mam, trzy­mam. Nawet ci kawę posta­wię – zażar­to­wał. – Idź już, zanim skoń­czy pracę i poje­dzie do domu!

– Jak­byś nie wie­dział, że ona zwy­kle wycho­dzi ostat­nia. Zaraz pójdę, tylko muszę się tro­chę ogar­nąć.

Obser­wo­wał part­nerkę, która przed zaśnie­dzia­łym lustrem popra­wiała włosy, a ponie­waż nie chciały jej słu­chać, roz­pu­ściła je, roz­cze­sała i ponow­nie zwi­nęła w cia­sny koczek na karku, co wyostrzyło i tak już orle rysy jej twa­rzy. Włosy miała mocne, dłu­gie, gęste, o nieco chłod­nej pla­ty­no­wej bar­wie. Wie­dział, że je far­bo­wała, bo choć z natury też była blon­dynką, tyle że nie tak jasną, jed­nak – jak twier­dziła – posi­wiała „po przej­ściach”. Kiryłło nie robiła sobie maki­jażu, tylko lekko przy­pu­dro­wy­wała nos. Podzi­wiał ją nie­zmien­nie: doj­rzała kobieta, któ­rej czas się nie imał, piękna, wysoka, szczu­pła, zgrabna niczym młoda dziew­czyna. Poję­cia nie miał, jakim cudem zacho­wała taką syl­wetkę, w ogóle nie upra­wia­jąc żad­nego sportu. Nie miała na to czasu. Podobno w mło­do­ści dużo cho­dziła po górach, być może to teraz pro­cen­to­wało. On nie miał tyle szczę­ścia: z wie­kiem zaczął nabie­rać ciała. Nie był otyły, ale musiał się liczyć z tym, że może mieć nad­wagę. Jed­nak nad tym nie ubo­le­wał, skoro dzięki temu mógł być „misiem” Niny.

– No. To idę. – Ode­tchnęła głę­boko. – Nie musisz wpi­jać we mnie pona­gla­ją­cego wzroku, widzia­łam w lustrze!

– Wcale nie wpi­jam! – obu­rzył się.

– Wpi­jasz. Lepiej trzy­maj kciuki, bo z Kowal­ską nie ma lekko…

Marzanna Kowal­ska – wice­na­czelna „Prze­glądu Pomor­skiego”, a w zasa­dzie fak­tyczna naczelna, bo ten nomi­nalny urzę­do­wał w War­sza­wie, w sie­dzi­bie wydawcy – była od lat przy­ja­ciółką, rywalką i zara­zem part­nerką zawo­dową Niny Kiryłło. Dawno temu wspól­nie zakła­dały tę gazetę, obec­nie tygo­dnik, głów­nie już inter­ne­towy, choć nie tylko. Gdy nowe czasy wymo­gły na nich sprze­daż tytułu dużemu wydaw­nic­twu, zro­biły to, ale zostały. Bez nich nikt chyba nie wyobra­żał sobie jego funk­cjo­no­wa­nia. Kowal­ska z wyczu­ciem wciąż pro­wa­dziła pismo, Nina była jej nie­for­malną zastęp­czy­nią i gwiazdą „Prze­glądu…”. Eryk Mor­ski sta­no­wił nowy nary­bek. Został do nich wysłany przez wydawcę pro­sto z War­szawy. Zresztą sam o to pro­sił ze wzglę­dów rodzin­nych. Jego życie pry­watne roz­pa­dło się, więc chciał zacząć je w nowym miej­scu. Na początku Nina bun­to­wała się prze­ciwko tej decy­zji, szybko jed­nak oka­zało się, że sta­no­wią zgrany duet, a Eryk stał się nie­od­łączną czę­ścią zespołu. I part­ne­rem Niny (co Marzanna uznała za swoją zasługę).

Gdy repor­terka weszła do gabi­netu sze­fo­wej, Kowal­ska powi­tała ją unie­sie­niem powiek. Była atrak­cyjną kobietą mniej wię­cej w wieku Niny. Miała dość bujne kształty i far­bo­wane na różowo gęste loki. Wprost ema­no­wała ener­gią i wital­no­ścią.

– Kiryłło? Tak sama z sie­bie? Jaki zaszczyt! Co cię do mnie spro­wa­dza, gwiazdo? – zakpiła.

– Mam wyjść?

– Prze­ciw­nie, masz posa­dzić swoją dupę na tym krze­śle i zdra­dzić mi, z czym przy­cho­dzisz. Kawy chcesz?

– Wystar­czy mi twoja. – Kiryłło usia­dła przed biur­kiem Kowal­skiej, uśmiech­nęła się krzywo i się­gnęła po dopiero co napeł­nioną szklankę przy­ja­ciółki.

– No jasne! – Ta wes­tchnęła. – Cza­sem mi się zdaje, że tylko po to przy­cho­dzisz. Jakimś psim swę­dem wyczu­wasz, kiedy nale­wam sobie świe­żej kawki.

– Co się dzi­wisz, masz lep­szą. Gdy­byś nie była taką sknerą, mie­li­by­śmy z Ery­kiem eks­pres. A pijemy jakąś lurę – wytknęła Nina.

– Prze­cież ty się i tak nie znasz na kawie. Ale dobra, skończmy ten kawowy tema­cik i gadaj, o co cho­dzi. Bo widzę, że masz coś waż­nego… – Marzanna ode­brała przy­ja­ciółce swoją szklankę i pocią­gnęła z niej głę­boki łyk.

– Jak to, widzisz? – zdu­miała się Kiryłło.

– Prze­cież cię znam od stu lat. – Sze­fowa wzru­szyła ramio­nami. – No to nada­waj wresz­cie, bo też mam swoją robotę.

– Sły­sza­łaś o tej wczo­raj­szej kra­dzieży obrazu Cra­na­cha? – zapy­tała ostroż­nie Nina, nie wda­jąc się w dys­ku­sję.

– Kto by nie sły­szał? Chyba o niczym innym się teraz nie mówi. Już wysła­łam tam Nowaka jako kore­spon­denta. On jest od takich nowi­nek. A co? – Kowal­ska unio­sła brwi, patrząc na Ninę wycze­ku­jąco.

– Bo mamy z Mor­skim w związku z tym pewną pro­po­zy­cję… – zaczęła repor­terka, po czym zawie­siła głos w ocze­ki­wa­niu na reak­cję Marzenny.

Kowal­ska, sły­sząc to, od razu stała się czujna.

– Kochana, jeśli znowu marzy ci się jakieś dzien­ni­kar­skie śledz­two, to zapo­mnij! – odparła bez namy­słu. – Mam dość pogró­żek i wiecz­nego stra­chu, że mi pod­łożą bombę pod redak­cję albo że nas zastrzelą wszyst­kich jak leci. Góra też zajęła w tej kwe­stii jasne sta­no­wi­sko i nie mam zamiaru się im sprze­ci­wiać. – Zaci­snęła wargi.

– O czym ty mówisz?! Jakie, kur­czę, pogróżki?! – żach­nęła się Kiryłło.

– Już nie pamię­tasz, jak zadzie­ra­łaś z pół­świat­kiem?

– To było dawno temu. Może byś mnie tak naj­pierw wysłu­chała, co?

– Słu­cham cię.

– Nie mia­łam na myśli zadzie­ra­nia z ban­dy­tami. Ale pomyśl. Sprawa kra­dzieży tego obrazu jest cho­ler­nie medialna. – Nina wie­działa, jaką strunę poru­szyć. – Kolejne cenne dzieło sztuki prze­pa­dło. Będzie tym żyła cała Pol­ska, a nawet nie tylko Pol­ska, przez wiele mie­sięcy. Mam nadzieję, że ten Cra­nach się szybko odnaj­dzie, jed­nak temat i tak będzie gorący…

– Dosko­nale to rozu­miem. Ale to prze­cież nawet nie jest nasz region! – weszła jej w słowo naczelna.

– Dla­tego my nie zamie­rzamy zaj­mo­wać się tą kon­kretną sprawą. – Kiryłło wyczuła, że sze­fowa mięk­nie i jest coraz bar­dziej zain­te­re­so­wana, więc kon­ty­nu­owała z prze­ko­na­niem: – Nato­miast chcemy pole­cieć na tej bazie i wró­cić do sta­rych kra­dzieży dzieł sztuki z naszego woje­wódz­twa. Jakiś czas temu już poru­sza­li­śmy ten temat, teraz można by do niego nawią­zać i potrak­to­wać sze­rzej. Co ty na to? – Się­gnęła ponow­nie po szklankę z kawą Marzanny, która, zamy­ślona, nawet tego nie zauwa­żyła.

– A wiesz… to nawet nie­zła myśl. – Kowal­ska wyraź­nie zła­pała bak­cyla. – Od tego jest w sumie wasz dział. Seria repor­taży na temat słyn­nych kra­dzieży zabyt­ków w nawią­za­niu do tej sprawy ze Ślą­ska. Przy­po­mnij mi, czym wy się teraz zaj­mu­je­cie?

Repor­terka mach­nęła ręką.

– Niczym waż­nym! – odparła szybko. – Jed­nym takim seryj­nym zbo­kiem i mor­dercą sprzed wojny. Takie tro­chę od czapy story.

– No, fakt… Kupuję to. Zbok może zacze­kać. W takim razie bierz­cie to. Nowak będzie nam rela­cjo­no­wał na bie­żąco sytu­ację z Cra­na­chem, a wy już daj­cie wstęp­niak zapo­wia­da­jący nowy cykl. – Kowal­ska uśmiech­nęła się z zado­wo­le­niem, prze­su­wa­jąc na swoją stronę biurka szklankę z reszt­kami kawy.

Kiryłło się pod­nio­sła.

– Dzięki, sze­fowo!

– Tylko wiesz, bez nume­rów…

– Wiem, wiem. Nie musisz mi tego sto razy powta­rzać.

Mor­ski cze­kał na nią, krą­żąc po kan­cia­pie, bo nie mógł na niczym się sku­pić. Zapa­rzył dwie mocne kawy i co chwilę uchy­lał drzwi, by nasłu­chi­wać kro­ków part­nerki na scho­dach. Kiedy wresz­cie wró­ciła, o mały włos tymi drzwiami nie obe­rwał.

– No i co?! – Nie wytrzy­mał.

– Wycho­dzi­łeś gdzieś, misiu?

– Nie… cze­ka­łem. Chcia­łem spraw­dzić, czy nie idziesz. Masz na biurku świeżą kawę. No i mów, co powie­działa sze­fowa! – Usiadł wresz­cie, obser­wu­jąc Ninę, która bez­tro­sko zajęła swoje miej­sce i od razu zaczęła szu­kać cze­goś w inter­ne­cie.

– Kawy napi­łam się u Marzanny. – Par­sk­nęła śmie­chem. – Ale dobrze, że zapa­rzy­łeś. To ci się chwali. Mogę zapa­lić czy umrzesz od dymu?

– Jezu! Nie dener­wuj mnie. Jaraj sobie, tylko uchyl ten luft. – Znie­cier­pli­wił się w końcu. – Na czym sta­nęło?

Kiryłło się roze­śmiała.

– Mamy to! – oznaj­miła try­um­fal­nie, wypusz­cza­jąc przy oka­zji chmurę dymu. Zazwy­czaj w pomiesz­cze­niach ostat­nio paliła elek­trona, jed­nak w chwi­lach więk­szych emo­cji pozwa­lała sobie na odstęp­stwo od tej reguły.

– Hurra! – wykrzyk­nął rado­śnie. – Jesteś wielka! Jak było? Spodo­bał się jej nasz pomysł? Bez pro­blemu dała się prze­ko­nać?

– A wiesz, że poszło nawet łatwiej, niż się spo­dzie­wa­łam. Dość szybko łyk­nęła. Myślę, że te zasięgi ją prze­ko­nały…

– Rasowa dzien­ni­karka.

– Dla­tego jest dobra jako naczelna.

– Zastęp­czyni – spro­sto­wał.

– Niby racja, ale nie do końca. Tylko nomi­nal­nie. Bo tak naprawdę Marzanna jest fak­tyczną naczelną. Zresztą to „jej” gazeta.

– Okej. Niech będzie. Naj­waż­niej­sze, że mamy ten temat. Wresz­cie coś sen­sow­nego. To od czego zaczy­namy? – Eryk poru­szył mysz, by obu­dzić ekran kom­pu­tera, po czym się­gnął po swój notat­nik, w któ­rym miał zwy­czaj zapi­sy­wać i pla­no­wać każdą czyn­ność zwią­zaną z pracą.

Nina się zasta­no­wiła.

– Myślę, że od kra­dzieży Bru­egla – zapro­po­no­wała, gasząc papie­rosa. – Czy mógł­byś zamknąć okno, żebym nie musiała wspi­nać się po krze­słach? Ina­czej nie się­gnę – dodała po chwili.

Mor­ski zro­bił to, po czym usiadł i podra­pał się po bro­dzie. Był to typowy dla niego gest, wska­zu­jący, że inten­syw­nie myśli.

– Zaczął­bym chyba od tła, czyli od nakre­śle­nia ogól­nej sytu­acji – odparł. – Rozu­miesz: PRL, lata sie­dem­dzie­siąte, seria kra­dzieży dzieł sztuki w Pol­sce. Przy­kłady. Wśród nich koniecz­nie słynna sprawa z Ruben­sem z Kali­sza. Opi­sa­ła­bym ją, bo nie wiem, czy pamię­tasz, ale „wasz” Bru­egel znik­nął zale­d­wie parę mie­sięcy póź­niej. Moim zda­niem te dwie kra­dzieże się łączą. – Zer­k­nął pyta­jąco na part­nerkę.

– Masz rację. Pamię­tam. Nie­bez­po­śred­nio, byłam za mała, ale o tym mówiło się przez całe lata – przy­znała Nina. – Ty chyba w ogóle jesz­cze wtedy nie żyłeś. Zdaje się, że nie były to jedyne rabunki dzieł sztuki w tam­tym okre­sie, tyle że naj­bar­dziej spek­ta­ku­larne? Zga­dza się? – zapy­tała.

– Tak, było ich wię­cej, pomniej­szych. To był cały pro­ce­der – przy­tak­nął Mor­ski. – Ow­szem, nie było mnie wtedy na świe­cie, ale póź­niej, jako histo­ryk, inte­re­so­wa­łem się tema­tem. Dla­tego myślę, żeby od tego zacząć. Trzeba będzie troszkę poszpe­rać w źró­dłach, a dopiero póź­niej wró­cimy do tego Bru­egla…

– W porządku. Jestem za. A po nim przej­dziemy do bar­dzo podob­nego przy­padku, który wyda­rzył się tutaj, na Pomo­rzu, i to cał­kiem nie­dawno, bo zale­d­wie kilka lat temu. Może z dzie­sięć. W pew­nym małym mia­steczku o nazwie Sobie­sła­wice. Spraw­dzi­łam i wszystko sobie przy­po­mnia­łam. – Nina uśmiech­nęła się do niego zna­cząco i wstała od kom­pu­tera, by dolać sobie kawy.

– Nie! – zapro­te­sto­wał.

– Co nie? Wła­śnie że tak. W sumie od dawna chcia­łam to zro­bić, tylko… jakoś mi umknęło. Jesz­cze z godzinę temu wyda­wa­łeś się zain­te­re­so­wany. A teraz nagle strach się oble­ciał? Sze­fo­wej się wystra­szy­łeś?

– Co ty znowu kom­bi­nu­jesz? To zbyt świeża sprawa, zapewne na­dal zaj­muje się nią poli­cja. Marzanna się na to nie zgo­dziła. Cho­dziło jej o repor­taże, o histo­rię, a nie o śledz­two! Chcesz zła­mać dane słowo?

– Tak – przy­znała z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią. – Tro­chę ją oszu­ka­łam, nie po raz pierw­szy zresztą. Potem zazwy­czaj jest mi wdzięczna, więc nie dra­ma­ty­zujmy. Widzę tu szansę dla nas. I zaraz ci wyja­śnię, dla­czego…

– Mówisz serio? – powta­rzał Eryk. Spra­wiał wra­że­nie zasko­czo­nego, zaszo­ko­wa­nego, jakby się bił z myślami.

Nina wzru­szyła ramio­nami.

– A spra­wiam wra­że­nie, jak­bym sobie śmiesz­ko­wała? Sam poda­łeś mi na tacy ten argu­ment z ogniem. Zain­try­go­wa­łeś mnie i sobie przy­po­mnia­łam. Już wtedy inte­re­so­wała mnie ta sprawa, ale tego kon­tek­stu nie zała­pa­łam. Teraz uwa­żam, że ma on sens.

– To może być przy­pa­dek. – Bro­nił się jesz­cze.

– Nie za bar­dzo wie­rzę w przy­padki. Poza tym zmie­niasz front, misiu.

Mor­ski podra­pał się po bro­dzie.

– Zaj­mo­wa­łaś się tą kra­dzieżą? – zapy­tał. – Mam na myśli, zawo­dowo. Bo wtedy pro­wa­dzi­łaś dział śled­czy, prawda?

– Prawda. Oczy­wi­ście opi­sy­wa­łam sprawę, ale na tym się skoń­czyło. Gliny nie chciały dzie­lić się infor­ma­cjami, obrazu nie odna­le­ziono, poja­wiło się mnó­stwo myl­nych tro­pów i wąt­ków, a w końcu naczelna zamknęła temat.

– Już wtedy łączy­łaś to ze sprawą Bru­egla?

Teraz Kiryłło musiała się zasta­no­wić, zanim odpo­wie­działa:

– Nie do końca, choć dostrze­ga­łam pewne podo­bień­stwa. Jed­nak nie przy­szło mi do głowy, żeby te sprawy łączyć. To w końcu inna epoka.

– A teraz? Coś się zmie­niło w twoim toku rozu­mo­wa­nia? – docie­kał.

– Teraz to co innego. To ty uzmy­sło­wi­łeś mi cały… jak by to powie­dzieć… ten cały ciąg zda­rzeń. Sama już nie wiem, co sądzić. Może jakaś mię­dzy­na­ro­dowa, wykwa­li­fi­ko­wana szajka działa dalej, nie­prze­rwa­nie? Zda­rzają się takie rze­czy?

– Też nie wiem. Zwra­cam ci uwagę na fakt, że ni­gdy nie zaj­mo­wa­łem się kra­dzie­żami dzieł sztuki. Ani w ogóle spra­wami kry­mi­nal­nymi. Moją działką była histo­ria. Ale teo­re­tycz­nie to chyba moż­liwe. Tak mi się przy­naj­mniej wydaje… – Eryk urwał, wciąż zawzię­cie dra­piąc się po bro­dzie.

Tym­cza­sem Nina zapa­rzyła kolejne dwie kawy, usia­dła za biur­kiem i oznaj­miła:

– No więc dla­tego chcę włą­czyć tę sprawę. W tym kon­tek­ście po pro­stu musimy brać ją pod uwagę i bli­żej jej się przyj­rzeć. Ale Marzanna nie musi się o tym od razu dowie­dzieć. Nawet zresztą nie powinna, bo z miej­sca by nam tego zaka­zała. W końcu w jakiś spo­sób wiąże się z tym śmierć czło­wieka.

– Wspo­mnia­łaś, że poli­cja tych przy­pad­ków nie łączyła?

– Niby tak. – Wzru­szyła ramio­nami. – Tyle że sam wiesz, jak z nimi jest. Zawsze tak mówią, dopóki nie mają dowo­dów.

– Opo­wiedz mi coś wię­cej o tej spra­wie.

– Nie ma tego za dużo, bo sche­mat był ten sam, co zwy­kle. Praw­do­po­dob­nie ktoś wła­mał się nocą do miej­sco­wego muzeum i rąb­nął obraz Maneta, por­tret kobiecy, zdaje się, że jedyny w Pol­sce. W ogóle nie mamy zbyt wielu fran­cu­skich impre­sjo­ni­stów. Sobie­sła­wice to małe mia­sto, ale mają tam muzeum, któ­rego zbiory pocho­dzą z daro­wi­zny lokal­nego biz­nes­mena. Ten Manet sta­no­wił wcze­śniej część jego kolek­cji. Pamię­tam, że poja­wiły się kon­tro­wer­sje wokół tej sprawy, przede wszyst­kim kwe­stio­no­wano ory­gi­nal­ność obrazu, nie do końca jest jasne, czy to na pewno auten­tyk, czy kopia. Zda­nia rze­czo­znaw­ców były wtedy podzie­lone. Ale praw­do­po­dob­nie dzieło to ory­gi­nał, skoro zostało skra­dzione. Zło­dzieje wie­dzą naj­le­piej, co kraść. Druga kon­tro­wer­sja doty­czyła rabunku: nie wia­domo, czy doko­nał go ktoś z zewnątrz, czy byli w to zamie­szani pra­cow­nicy muzeum lub ktoś z miej­sco­wych elit. Na tym nie koniec. Ponie­waż ofi­cjalne śledz­two nie wnio­sło zbyt wiele do sprawy, zatrud­niono pry­wat­nego detek­tywa…

– Kto go wyna­jął? – wtrą­cił Mor­ski.

– Zdaje się, że fun­da­cja, a może sto­wa­rzy­sze­nie, nie pamię­tam już dobrze, będące for­mal­nym wła­ści­cie­lem tam­tego muzeum.

– Czyli to jest pry­watne muzeum?

– Chyba tak, ale dzia­ła­jące jako miej­skie. Sobie­sła­wice to mia­steczko z tra­dy­cjami. Nawet nazwa jest histo­ryczna, pocho­dzi od dyna­stii ksią­żąt pomor­skich, któ­rzy rzą­dzili Pomo­rzem Gdań­skim w śre­dnio­wie­czu.

– Zga­dza się, w cza­sach roz­bi­cia dziel­ni­co­wego, dwu­na­sty i trzy­na­sty wiek. – Mor­ski poki­wał głową.

– Moż­liwe, na ten temat wiesz pew­nie wię­cej ode mnie – zgo­dziła się Nina. – Stał tam kie­dyś podobno warowny zame­czek tych ksią­żąt, ale obec­nie nie ma już po nim śladu. No, w każ­dym razie to taka „arty­styczna” miej­sco­wość, mocno tam sta­wiają na kul­turę. Ta kra­dzież zabo­lała miesz­kań­ców. Wra­ca­jąc do detek­tywa, on też nie­wiele zdzia­łał, bo nie zdą­żył. Wkrótce potem zgi­nął w wypadku dro­go­wym. Spło­nął żyw­cem we wła­snym aucie. Przy­pa­dek?

– A tak twier­dziła poli­cja?

– Oczy­wi­ście, uznali, że to był nie­szczę­śliwy wypa­dek. W ogóle nie połą­czyli tego ze sprawą kra­dzieży. Tylko ludzie wie­dzieli swoje…

Histo­ryk długo mil­czał, przez cały czas tar­mo­sząc wła­sną brodę. Nina rów­nież zamil­kła, obser­wu­jąc go spod oka.

– I ty chcesz teraz do tego wra­cać? – ode­zwał się wresz­cie. – Choć może to oka­zać się śmier­tel­nie nie­bez­pieczne, skoro już raz ktoś zgi­nął?

– Daj spo­kój, nie prze­sa­dzaj. Nie jeste­śmy detek­ty­wami, poza tym sprawa już prze­brzmiała. Obraz znik­nął na dobre, zapewne leży w jakimś sej­fie gdzieś na końcu świata i może wypły­nie za sto lat. Ale powę­szyć warto, na tyle, na ile możemy na potrzeby repor­tażu. Sam przy­znaj, że ta kra­dzież two­rzy spójny obraz z poprzed­nimi. Musimy o niej wspo­mnieć. Nie będziemy się nikomu nara­żać.

– Trzeba tam będzie poje­chać – Mor­ski zmiękł. – Ale to potem. Tym­cza­sem bierzmy się do roboty. Naj­pierw histo­ria…

***

W latach sie­dem­dzie­sią­tych XX wieku Pol­ska, podob­nie jak inne kraje, bory­kała się z serią zuchwa­łych kra­dzieży cen­nych dzieł sztuki z muzeów i kościo­łów. Spraw­ców naj­więk­szych z nich ni­gdy nie wykryto, a zra­bo­wane dzieła, w tym obrazy takich mistrzów jak Rubens czy van Dyck, do dziś pozo­stają nie­od­na­le­zione.

Oczy­wi­ście w Pol­sce Ludo­wej do podob­nych kra­dzieży docho­dziło już wcze­śniej, w latach pięć­dzie­sią­tych XX wieku. Gło­śną sprawą była seria wła­mań do muzeum we Wro­cła­wiu (ówcze­sne Muzeum Ślą­skie) na prze­ło­mie lat 1956/1957. Wów­czas łupem padły cenne obrazy Jana Matejki, Juliu­sza Kos­saka, Hen­ryka Roda­kow­skiego i Alek­san­dra Gie­rym­skiego (zgi­nęło łącz­nie trzy­na­ście obra­zów). Zło­dzieje wyka­zali się wyjąt­kową zuchwa­ło­ścią, w jed­nym przy­padku dosta­jąc się do środka po pio­ru­no­chro­nie i wywo­żąc łup tak­sówką. Obrazy po pro­stu wyci­nali z ram, nie kło­po­cząc się kamu­fla­żem (jak dwie dekady póź­niej).

I choć podobne akcje zda­rzały się także w latach osiem­dzie­sią­tych – do takich nale­żała słynna kra­dzież reli­kwia­rza Świę­tego Woj­cie­cha w Gnieź­nie (1986) – to jed­nak naj­więk­sza fala kra­dzieży dzieł sztuki w Pol­sce nastą­piła w latach sie­dem­dzie­sią­tych. Miała ona cha­rak­ter zor­ga­ni­zo­wany, a zdo­byte nie­le­gal­nie obrazy i antyki tra­fiały na mię­dzy­na­ro­dowy czarny rynek, z Mona­chium jako jed­nym z waż­niej­szych punk­tów prze­ła­dun­ko­wych. Krążą pogło­ski, że przy­naj­mniej w nie­które ope­ra­cje prze­mytu pol­skich dzieł sztuki mogły być zaan­ga­żo­wane ówcze­sne służby spe­cjalne. Pod­kre­śla się praw­do­po­do­bień­stwo połą­czo­nego dzia­ła­nia grup prze­stęp­czych – w tym nawet mię­dzy­na­ro­dowych, gdyż czę­sto rabun­ków doko­ny­wano na zle­ce­nie – i apa­ratu bez­pie­czeń­stwa PRL, roz­ta­cza­ją­cego nad owym pro­ce­de­rem para­sol ochronny. Klu­czo­wym momen­tem była kra­dzież obrazu Kobieta nio­sąca żar Pie­tera Bru­egla z Muzeum Naro­do­wego w Gdań­sku (1974), która obna­żyła sła­bość ochrony muze­al­nej i z dużym praw­do­po­do­bień­stwem potwier­dziła zaan­ga­żo­wa­nie służb w nie­le­galny han­del.

Kra­dzieże były zresztą czę­ścią więk­szego pro­ce­deru „czysz­cze­nia” zbio­rów, w któ­rym brały udział osoby wysoko posta­wione, co utrud­niało lub wręcz unie­moż­li­wiało mili­cyjne śledz­twa. Mowa tu rów­nież o „wyku­py­wa­niu” depo­zy­tów muze­al­nych przez dygni­ta­rzy par­tyj­nych. Rów­nież w latach sie­dem­dzie­sią­tych opi­nią publiczną wstrzą­snął skan­dal zwią­zany z nie­le­gal­nym wywo­zem z Pol­ski anty­ków. Wyka­zano, że pra­cow­nicy pań­stwo­wych anty­kwa­ria­tów współ­pra­co­wali ze spe­ku­lan­tami, a w ten pro­ce­der byli zamie­szani funk­cjo­na­riu­sze MSW, trak­tu­jący han­del dzie­łami sztuki jako źró­dło dewiz.

Zanim jed­nak doszło do kra­dzieży Bru­egla – uzna­wa­nej za naj­bar­dziej spek­ta­ku­larną – „znik­nął” wyjąt­kowo cenny obraz, dzieło Petera Paula Rubensa Zdję­cie z krzyża z kate­dry Świę­tego Miko­łaja w Kali­szu.

Do dziś uważa się, że jest to jedna z naj­bar­dziej tajem­ni­czych zaga­dek kry­mi­nal­nych w histo­rii pol­skiej sztuki. Była noc trzy­na­stego na czter­na­stego grud­nia 1973 roku…

Ogień poja­wił się około godziny dru­giej nad ranem. Stra­żacy zostali wezwani do pożaru ołta­rza głów­nego, któ­rego czę­ścią był obraz Rubensa. Straż pożarna uga­siła pło­mie­nie w ciągu pół godziny, jed­nak ołtarz uległ znacz­nym znisz­cze­niom. Słynne dzieło spło­nęło – tak brzmiała ofi­cjalna wer­sja. Lecz choć mili­cja suge­ro­wała wów­czas wypa­dek (ponoć zwar­cie insta­la­cji elek­trycz­nej), liczne poszlaki wska­zują na fakt, że pożar miał zatu­szo­wać kra­dzież. Był zasłoną dymną dosłow­nie i w prze­no­śni. Stra­żacy oraz ówcze­sny pro­boszcz kate­dry wska­zy­wali, że na posadzce kościoła odna­le­ziono ramy obrazu, a raczej ich frag­menty. Ana­lizy popio­łów nie wyka­zały jed­nak obec­no­ści resz­tek farb ani też płótna, co suge­ruje, że spło­nęły same ramy, pozba­wione płótna. Ktoś wyciął malo­wi­dło przed wybu­chem ognia. Do tego pozo­sta­ło­ści ramy, które mogły sta­no­wić klu­czowy dowód w spra­wie i zostały w tym celu zabez­pie­czone przez pro­ku­ra­turę, w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach zagi­nęły w trak­cie śledz­twa. Według wielu bada­czy, a także dzien­ni­ka­rzy obraz został skra­dziony na zle­ce­nie, a sprawcy celowo pod­pa­lili ołtarz, by zatrzeć ślady i upo­zo­ro­wać znisz­cze­nie dzieła. Zaby­tek miał zostać wywie­ziony z Pol­ski na Zachód. Wska­zy­wały na to poja­wia­jące się jakiś czas póź­niej infor­ma­cje o ofer­tach sprze­daży obrazu Rubensa z Pol­ski w zagra­nicz­nej pra­sie. Z kolei świad­ko­wie (w tym stra­żacy) wspo­mi­nali, że ogień wyglą­dał nie­ty­powo, jak palące się opary dena­tu­ratu, co rów­nież suge­ruje celowe pod­pa­le­nie dla zatar­cia śla­dów kra­dzieży. Warto dodać, że brak jed­no­znacz­nych dowo­dów w postaci zwę­glo­nych resz­tek płótna naj­wyż­szej klasy (Rubens malo­wał na płót­nie o spe­cy­ficz­nej struk­tu­rze) potwier­dza teo­rię o kra­dzieży.

Do dziś nie ma więc pew­no­ści, czy obraz spło­nął, czy został wykra­dziony. Obec­nie spe­cja­li­ści sta­wiają raczej na tę drugą opcję. Tak zwany kali­ski Rubens został wpi­sany do mię­dzy­na­ro­do­wych baz poszu­ki­wa­nych dzieł sztuki (Inter­pol, Art Loss Regi­ster). Ze względu na dosko­nałą doku­men­ta­cję foto­gra­ficzną prak­tycz­nie nie­moż­liwa jest jego legalna sprze­daż na rynku dzieł sztuki. Ist­nieją oczy­wi­ście hipo­tezy, że pożar był insce­ni­zo­wany przez tajne służby (SB) w celu sprze­daży dzieła na czar­nym rynku. Obec­nie na ołta­rzu w Kali­szu wisi kopia.

Ist­nieje jesz­cze jedna sen­sa­cyjna teo­ria, gło­szona w związku z tym wyda­rze­niem: tak zwana klą­twa Rubensa. Obraz został spro­wa­dzony do Kali­sza już w XVII wieku. Legenda głosi, że mistrz prze­klął dzieło, ponie­waż nie otrzy­mał za nie peł­nej zapłaty, a współ­cze­sne losy obrazu są jedy­nie następ­stwem tej klą­twy…

Co wia­domo? Obraz został spro­wa­dzony do Kali­sza w 1620 roku przez Pio­tra Żerom­skiego, sekre­ta­rza króla Zyg­munta III Wazy. Żerom­ski kupił dzieło bez­po­śred­nio w pra­cowni mistrza w Antwer­pii pod­czas misji dyplo­ma­tycz­nej w Nider­lan­dach. Miało być wyra­zem poboż­no­ści fun­da­tora, który zapra­gnął poda­ro­wać je kali­skiej świą­tyni. Peter Paul Rubens był wów­czas mod­nym arty­stą, jed­nym z naj­zna­ko­mit­szych, a także naj­bar­dziej zna­nych mala­rzy epoki. Stwo­rzył tysiące (dosłow­nie) obra­zów i rysun­ków, szybko się wzbo­ga­cił i już za życia zdo­był mię­dzy­na­ro­dową sławę.

Tak się zło­żyło, że jesie­nią 1620 roku w Nider­lan­dach prze­by­wał pol­ski dyplo­mata, szlach­cic Piotr Żerom­ski, wysłany przez Zyg­munta III Wazę na roz­mowy z Albrech­tem – arcy­księ­ciem Flan­drii – w kwe­stii pożyczki na pro­wa­dze­nie wojny z Tur­cją. Wpraw­dzie poli­tyczny cel wizyty nie został osią­gnięty, jed­nak Żerom­ski, znawca i miło­śnik sztuki, posta­no­wił odwie­dzić przy oka­zji pra­cow­nię Rubensa, by zre­ali­zo­wać wła­sny cel: kupno obrazu mistrza. Tam pod­jął decy­zję o naby­ciu płótna Zdję­cie z krzyża. Był to olej na płót­nie o roz­mia­rach około 320 na 212 cen­ty­me­trów. Żerom­ski nabył zatem obraz w Antwer­pii i w następ­nym roku spro­wa­dził go do Kali­sza. Po kil­ku­na­stu latach umiesz­czono dzieło w głów­nym ołta­rzu Kościoła Świę­tego Miko­łaja. Malo­wi­dło podobno było jed­nak tak dro­gie, że Żerom­ski wypła­cił mala­rzowi jedy­nie część należ­no­ści, zobo­wią­zu­jąc się do ure­gu­lo­wa­nia długu w póź­niej­szym ter­mi­nie. Legenda głosi jed­nak, że nider­landzki mistrz ni­gdy nie otrzy­mał całej należ­nej zapłaty, więc w zło­ści prze­klął Polaka oraz sprze­dane mu za nie­pełną kwotę dzieło. Ile w tym prawdy, ile plo­tek, tego raczej ni­gdy się już nie dowiemy.

Obraz pozo­sta­wał w Kościele Świę­tego Miko­łaja przez wieki i nic nie zapo­wia­dało póź­niej­szych dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń z jego udzia­łem. Został pod­dany kon­ser­wa­cji po pierw­szej woj­nie świa­to­wej. Kiedy w cza­sie dru­giej wojny kościół prze­zna­czono na maga­zyn, malo­wi­dło prze­nie­siono do nowego ratu­sza. Po woj­nie płótno wró­ciło na ołtarz główny Kościoła Świę­tego Miko­łaja, gdzie wisiało spo­koj­nie aż do grud­nia 1973 roku…

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki