Medalion z bursztynem - Anna Klejzerowicz - ebook

Medalion z bursztynem ebook

Anna Klejzerowicz

4,1

32 osoby interesują się tą książką

Opis

Jeśli zechcesz dowiedzieć się mojej historii, znajdziesz ją w książce.

Będziesz wiedziała, w której. W niej ukryję swoje wspomnienia, bo wiem, że nikt tam prócz Ciebie nie zajrzy. To także i Twoja historia. Wybacz matce, że nie mogłaś dowiedzieć się tego wszystkiego wcześniej.

Naszyjnik należy do Ciebie. To jedyna pamiątka, jaka pozostała.

Współczesny Gdańsk. Podczas remontu domu po babce Ewa znajduje ukrytą kopertę, a w niej stary naszyjnik z bursztynem oraz… tajemniczy list. I nagle jej świat całkowicie się zmienia. Kobieta musi odnaleźć swoje korzenie, nie wiedząc, kim tak naprawdę jest ona sama, jej zamknięta w sobie matka, ich przodkowie. Nie wie jeszcze, że nie tylko o rodzinną przeszłość tu chodzi, lecz także o zbrodnię, a zagrożenie jest wciąż realne…

Fascynująca powieść kryminalna z wątkiem historycznym, rodzinnym oraz obyczajowym. To opowieść o przeszłości, która nie daje o sobie zapomnieć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 245

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Anna Klejzerowicz

 

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2020

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Korekta

Maria Buczkowska

 

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

 

Wydanie elektroniczne 2020

 

 

eISBN 978-83-66481-72-5

 

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

W miodowym wnętrzu bursztynu kryją się cienie tajemnic z przeszłości, których wyjaśnienie może pociągnąć za sobą niebezpieczne konsekwencje. Anna Klejzerowicz stworzyła doskonałą historię, którą czyta się jednym tchem. Z pewnością przypadnie ona do gustu miłośnikom powieści obyczajowych z wątkiem kryminalnym w tle.

Anna Piotrowska, Bibliofilka.pl

 

******

 

Emocjonująca podróż w mrok przeszłości, w której jedynym światłem stanie się blask drogocennego bursztynowego wisiora, a jedyną wskazówką enigmatyczny list. Powieść, w której powrót do korzeni okaże się śmiertelnym zagrożeniem, ale i sposobem na odbudowanie utraconych relacji rodzinnych. Anna Klejzerowicz ze zdumiewającą lekkością łączy suspens ze sferą obyczajową oraz burzliwym tłem historycznym. Medalion z bursztynem to intryga zwiewna niczym letnia, nadmorska bryza. Eteryczna i wdzięczna powieść kryminalna, która stanie się synonimem niezobowiązującej rozrywki.

Dominika Rygiel, Bookiecik.pl

 

******

 

Medalion z bursztynem to z pewnością ciekawa mieszanka gatunkowa. Autorka zabiera nas śladem rodzinnej tajemnicy i zbrodni dokonanej przed laty, a tytułowy medalion skrywa w sobie przedwojenną historię. Czy chcesz poznać jego mroczny sekret?

Natalia Kielar-Cybuchowska, @rudy_lisek_czyta

 

******

 

Medalion z bursztynem to piękna, poruszająca opowieść o tajemnicy z przeszłości, o zachwianiu równowagi między dobrem a złem, a także o naruszeniu podstawowych zasad moralnych. Każda kolejna strona coraz bardziej wciąga nas w oszałamiającą spiralę intryg, tajemnic oraz niebezpieczeństw. Historia ta pokazuje, że czasami musimy zmierzyć się z nieoczekiwaną prawdą, po to by uzyskać potrzebne nam do życia ukojenie. Szczerze polecam!

Agnieszka Bendkowska, Pink Life by Agnieszka Bendkowska

 

******

 

Ta opowieść jest jak tytułowy bursztyn – każdy z nas dostrzeże w niej coś innego, coś osobistego. Za każdym razem jednak okaże się, że warto było po nią sięgnąć.

Sylwia Sekret, Głos Kultury

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Książkę tę dedykuję moim Przyjaciołom

z portalu Książka Zamiast Kwiatka.

Za to, co robicie dla polskiej literatury.

Jestem dumna, że mogę w tym pomagać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

i wy dziewice pożogi

przez wiersz przeświecają wasze ręce

księżycem złowrogim

zorza opada przez chmury

a semafor wybucha wzwyż

drzewa kwitną drzewa wichr łamie

konie fal szaleją u zgliszcz

 

Józef Czechowicz, Bez nut

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkie zdarzenia i osoby występujące w tej książce są fikcyjne.

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

Gdańsk, jesień 1956 roku

 

– A teraz posłuchaj, suko. – Mężczyzna zbliżył zarośniętą twarz do jej twarzy; cuchnął samogonem. – Będziesz trzymała mordę na kłódkę. Panimajesz? Na kłódkę! Inaczej skończysz jak mężuś, którego za bardzo świerzbił jęzor. I nie muszę ci chyba mówić, co wtedy się stanie z tym bachorem.

– Puszczaj… – jęknęła, gdy ścisnął jej ramię jak w żelaznych kleszczach.

– Kapujesz, suko?! Pytam się ciebie?!

– Tak. Tak!

Gdy kilka minut wcześniej rozległo się walenie i kopanie w drzwi, otworzyła, bo i tak pewnie by je wyważyli. Nikt by im nie pomógł. Był już późny wieczór, ludzie pozamykali się w mieszkaniach. Zresztą i tak w podobnych sytuacjach wszyscy jak na zawołanie głuchli. Kto by tam chciał ściągać sobie na głowę kłopoty…?

Przyszło ich dwóch. Ubrani po cywilnemu; z daleka widział, iż są pijani. Krzyczeli, że milicja. Ale to nie była milicja. Mieli na sobie cywilne ubrania, nie mundury. A może była…? Kto teraz może to wiedzieć. Kobieta nie wiedziała. Jeden – ten, który właśnie boleśnie ściskał jej ramię – pchnął ją na kuchenne krzesło. Drugi najpierw obojętnie wyglądał przez okno, po czym – jakby znudzony – zaczął szperać w jej szufladach. Niczego ciekawego w nich jednak nie znalazł, bo kopnął szafkę ubłoconym buciorem i z powrotem zajął się obserwacją podwórka.

– U mnie tam serce szczipatielnoje – ciągnął mężczyzna. – Nawet takiego pomiotła żal skrzywdzić. Ale ja tu tylko sprzątam. Inni nie są już tacy miłosierni. Kapujesz?

Pokiwała głową gorliwie.

– No! – cmoknął zadowolony.

Zerwała się z krzesła, słysząc z korytarza, że stuknęły drzwi od pokoju. Czyżby mała…? Mała się obudziła…?

– Idziemy, tawariszcz! – Mężczyzna o zarośniętej twarzy skinął na swojego kompana.

W drzwiach kuchni stanęło dziecko. Około dziesięcioletnia dziewczynka w nocnej koszuli, o włosach tak jasnych, że prawie białych. Wpatrywała się w obcych oczami okrągłymi jak spodki.

Nieruchomymi.

Nie płakała.

– To jest to szwabskie nasienie? – charknął pogardliwie zarośnięty, mierząc małą od stóp do głów.

– Nie mów tego przy mojej córce! To jeszcze dziecko. – Podeszła szybko do małej, zasłaniając ją przed złym spojrzeniem. Poczuła nagle silne uderzenie w twarz, aż zatoczyła się na ścianę – nie wypuściła jednak dziewczynki z objęć.

– Nu, głupia kurwo. Będziesz pamiętać, coś tu obiecała? Czy mamy od razu zająć się smarkatą?

– Będę pamiętać! Przysięgam!

– Przysięgać to se możesz w kościele. Wiemy, że tam łazisz. Mnie gówno obchodzą twoje przysięgi. Morda w kubeł, bo obie będziecie gryźć ziemię. Tak jak miało być od początku. Wypierdalamy stąd, kamrat! Łapy przy sobie. Nie było rozkazu!

Zanim zdążyła odetchnąć z ulgą, usłyszała odgłos zatrzaskiwanych z hukiem drzwi i tupanie na stopniach drewnianej klatki schodowej. Słyszała nawet bolesne skrzypienie spróchniałego drewna.

Kolejne trzaśnięcie.

Spokój…

Tuląc dziecko do piersi, przypomniała sobie tamtą noc sprzed laty, gdy biegła, potykając się, w ciemnościach – z niemowlęciem drżącym z zimna, okrytym tylko zmoczoną kołderką i zanoszącym się płaczem w jej ramionach – a za sobą słyszała wystrzały oraz jęki i krzyki.

Oni już zasnęli na wieki.

Padał ulewny deszcz…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

 

 

 

 

 

I

LIST Z KOMODY

 

 

 

Współcześnie

 

– Tej staroci chyba trzeba by się pozbyć. – Andrzej wzruszył ramionami, przyglądając się niewielkiej starej komodzie w rogu pokoju, zaśniedziałej i pokrytej kurzem. – Do niczego się już raczej nie nada, a piękna nie jest. Żaden antyk. Co myślisz?

Ewa rzuciła okiem i też wzruszyła ramionami.

– To może wystaw ją koło śmietnika? Może ktoś się skusi. Zawsze mi szkoda starych mebli.

– Mnie też, ale nie możemy zatrzymać tej całej graciarni. Ta szafka to naprawdę szmelc. Okej, wystawię ją. Komuś się pewnie przyda, choćby na opał.

– Dobra, ale najpierw trzeba przejrzeć i opróżnić tę komodę. Weźmiesz się za to? Ja bym dokończyła z tym kredensem…

Przeciągnęła się i westchnęła. Już od dwóch godzin kucała przy szufladach i selekcjonowała komplety sztućców. Chryste, ileż można było tego nagromadzić! Ale co niektóre warte były grzechu. Znalazła nawet ozdobne srebrne zastawy, co prawda w fatalnym stanie, ale da się to odnowić.

– Jasne – odparł jej mąż. – Rób swoje, dam sobie radę. A ten kredens zostawiamy?

– Kredens tak! Kocham go od dziecka. Zresztą zobacz, może to żaden cud, ale to przedwojenny gdański mebel. Spójrz na te rzeźbienia. Są piękne.

– Ale straszny z niego grzmot…

– To duże mieszkanie. Pasuje tu.

– Przecież i tak zamierzamy je sprzedać.

Zawahała się.

– Jeszcze nie jestem zdecydowana. – Przysunęła sobie karton. – Nie wiem. Mam do niego sentyment. Może warto je trzymać dla Kacpra? Wynająć? Jest w świetnym punkcie.

– No właśnie. Jest sporo warte. A nam się nie przelewa – upierał się. – Kacper ma dopiero czternaście lat.

– Aż czternaście! – Roześmiała się. – Prawie piętnaście. Zastanowimy się jeszcze. Nie decydujmy pochopnie, okej?

Każdy zajął się swoją robotą.

Ewa odziedziczyła to mieszkanie po babci prawie rok temu i dopiero teraz zebrali się w sobie, by się nim zająć. Wcześniej jakoś nie było okazji, czasu, pieniędzy… Poza tym oboje z Andrzejem czuli się głupio, bo w zasadzie scheda po babce należała się Halinie, matce Ewy, obecnie emerytowanej nauczycielce. Ta jednak odmówiła przyjęcia spadku i uparła się, by przepisać mieszkanie na córkę. Córkę, z którą i tak od lat prawie nie utrzymywała kontaktów. Nie dlatego, że coś je poróżniło. Nic z tych rzeczy. Halina po prostu taka była: zimna, milcząca, nieczuła, wyobcowana. Cała rodzina od zawsze uważała ją za dziwaczkę. Dawniej Ewa – szczególnie gdy była nastolatką – próbowała usilnie się zbliżyć do matki. Potem jednak zaakceptowała ten stan rzeczy i poniechała tych prób. Wychowywała ją babka. To ona była dla niej rodzicielką, ojcem, najbliższą osobą. Od wczesnego dzieciństwa. Halina nie miała bliższych więzi z nikim. Nawet z własną matką, czyli babką Ewy. Żyła samotnie na uboczu, bez rodziny, przyjaciół. Bez partnera.

Ojca Ewa nigdy nie poznała. Nigdy się nią nie interesował, choć niby formalnie uznał ojcostwo i płacił na nią symboliczne alimenty aż do czasu, gdy dziewczyna ukończyła studia w wyższej szkole plastycznej. Ona także nigdy nie próbowała go poznać. Taka była umowa – jak poinformowała ją matka, gdy Ewa miała sześć lat. Dziewczynka zaakceptowała ten fakt i tak już zostało. Wkrótce po tym, gdy skończyła studia, ojciec – o ile w ogóle można go tak nazwać – zmarł, o czym dowiedziały się po dwóch latach. Przyczyną śmierci była podobno nagła choroba. Jaka? Ewa nie dociekała. Matka wypowiadała te słowa z cynicznym uśmieszkiem na ustach.

Więc gdy w końcu zdecydowała się przejąć odziedziczone mieszkanie przy Jaśkowej Dolinie we Wrzeszczu – tylko dlatego, że w nim się wychowała, choć nie było to może najradośniejsze dzieciństwo – upłynął niemal rok. Był to czas bicia się z myślami i skrupułami. Wreszcie jednak postanowili mieszkanie opróżnić, odmalować i sprzedać. Marzyli o małym domku za miastem. Po sprzedaży dwóch mieszkań byłoby to wreszcie realne…

 

– Ewa! – Okrzyk męża wyrwał ją z zamyślenia. – Możesz podejść?

– Co jest? Drzazga ci weszła?

Z wysiłkiem podniosła się z klęczek. Zawsze coś…

– Tu coś jest!

– Co?

Obrzuciła wzrokiem stos drobiazgów, leżących na podłodze obok komódki: jakieś stare ołówki, plastikowy długopis, szpulki nici, książeczka do nabożeństwa. Nic ciekawego.

– No co jest? – powtórzyła. – Wywal to, tam masz karton…

Andrzej przerwał jej niecierpliwie:

– Tu coś jest przyklejone do wewnętrznej ścianki. Wygląda jak koperta… Czekaj! Zaraz to wyciągnę…

– Przyklejone? – Wbrew sobie poczuła dreszcz. – Specjalnie?

– Na to wygląda. Możesz poświecić? Wolałbym tego nie uszkodzić. – Podał jej kieszonkową latarkę. – Mam!

Koperta była duża, szara, ze wszystkich stron obklejona taśmą; wyglądała na bardzo starą. Pośrodku miała wybrzuszenie.

– Zaczekaj. Przyniosę nóż z kuchni – powiedziała.

 

W środku znaleźli coś bardzo dziwnego…

 

* * *

 

Ewa z namaszczeniem oglądała pod światło misternie wykonany wisior – czy też może raczej medalion – z wielkim obłym bursztynem, oprawnym w ażurowe srebro (chyba srebro?), na grubym łańcuszku o dużych oczkach. Bursztyn był niezwykle piękny, prawdziwy okaz: miejscami przejrzysty, miejscami mleczny, a w środku zatopiony został… cały świat! Jakieś rośliny, trawy, kwiaty, układające się w fantastyczny baśniowy pejzaż. Nigdy jeszcze nie widziała czegoś podobnego. Nawet w albumach. Srebro, choć z wierzchu lekko przybrudzone, nadal lśniło, zachwycając urodą finezyjnych wzorów. Na pierwszy rzut oka widać było, że to stary wyrób.

– Niezwykły – wyszeptała. – A jaki ciężki! Na odwrocie coś jest wygrawerowane… Ale nie odczytam. Zobacz, może tobie się uda? – Podała wisior mężowi.

Andrzej ostrożnie przetarł klejnot chusteczką i wytężył wzrok.

– Nie jestem pewny, takie zawijasy… ale… Czekaj… To chyba imię. Zaraz, zaraz… Tak… „Louise”. Na bank. A pod spodem mniejszymi literami… „Danzig ’44”.

– Luiza? – Wzruszyła ramionami. – Pierwsze słyszę. Nie mieliśmy takiej w rodzinie. Babcia miała na imię Maria.

– Może prababcia?

– Wykluczone. Rodzice babci to byli biedni rybacy! Nie nosili eleganckiej biżuterii. – Zaśmiała się. – Ani takich wymyślnych imion.

Andrzej rozłożył ręce.

– No to już nie wiem. Skądś go musieli wytrzasnąć, nie jest przecież kradziony. Może kupili? Zdaje mi się, że twój dziadek za życia do biednych nie należał… Pewnie stać go było, by sprawić żonie taki prezent.

Ewa rzuciła mu złowrogie spojrzenie.

– Nie bądź złośliwy, dobrze?

– Nie jestem! Poddaję się. Otwórz lepiej tę drugą kopertę. Może tam znajdziesz wyjaśnienie.

Zawahała się. Poczuła nagle dziwny opór przed otwarciem tej koperty. Sama nie rozumiała dlaczego. Ale czemu ktoś miałby ukrywać jakieś listy? Nie bez powodu przecież. W dużej szarej kopercie – prócz wisiorka – znajdowała się druga, mniejsza. Inna, bardziej „listowa”, kremowej barwy. Bez żadnego adresata. Po prostu czysta, nieco pożółkła, poplamiona zaciekami od wilgoci, zaklejona koperta.

– A jeśli…

– Co takiego?

– Nie wiem, do kogo to jest…

– Ewka, spokojnie! Nie wygłupiaj się. – Andrzej zarechotał. – Już do nikogo. Więc równie dobrze do ciebie. Zastanów się. Przecież widać, że ten list, czy coś tam, jest stary jak świat! Zresztą nie jest napisane, do kogo został zaadresowany. Ty odziedziczyłaś mieszkanie, więc i wszystko, co w nim się znajduje. Nie musisz zawsze być taka… akuratna.

Westchnęła.

– Dobrze. Otwieram.

Delikatnie, choć z bijącym sercem, odkleiła skrzydełko koperty. Klej i tak ledwo już trzymał.

Zamarła.

– No co jest? Czytaj głośno! – upomniał się Andrzej, widząc jej niewyraźną minę.

– Już – odchrząknęła. – Tylko nic z tego nie rozumiem… To pismo babci. Jestem tego prawie na sto procent pewna. Zresztą jest podpis. Ale i tak nie łapię…

– Czytaj. Może razem zrozumiemy.

– Tu jest napisane… Tu jest napisane tak:

 

Najdroższa Halinko!

To będzie szok dla Ciebie, kochanie, ale powinnaś to wiedzieć. Może kiedyś Ci się przyda. Nie mam odwagi powiedzieć Ci tego prosto w oczy. Ale kiedy mnie już nie będzie, znajdziesz ten list. Schowam go, bo teraz czasy są niebezpieczne. Ale na pewno go znajdziesz. Ufam, że mi wybaczysz.

Naprawdę nazywasz się Luiza Henrietta von Neuheit. Urodziłaś się 3 października 1944 roku. Z pochodzenia jesteś hrabianką, ale to już oczywiście w dzisiejszych czasach bez znaczenia. Dla mnie byłaś, jesteś i będziesz moją ukochaną córką. Tak jak byłaś nią dla swego Ojca, a mojego ukochanego Męża świętej pamięci Antoniego. Zawsze traktowaliśmy Cię oboje jak rodzone i umiłowane dziecko.

Twoja na wieki,

Mama

 

PS Jeśli zechcesz poznać moją historię, znajdziesz ją w książce. Będziesz wiedziała, w której. W niej ukryję swoje wspomnienia, bo wiem, że nikt tam prócz Ciebie nie zajrzy. To także i Twoja historia. Wybacz matce, że nie mogłaś dowiedzieć się tego wszystkiego wcześniej. Naszyjnik należy do Ciebie. To jedyna pamiątka, jaka pozostała.

Maria Kuc

Gdańsk, 3 października 1960 roku

 

* * *

 

Rozmyślając, odruchowo zapaliła papierosa. Zaraz potem zdusiła go w popielniczce. Postanowili, że nie będą palić w domu. W końcu Kacper… Syn spał już wprawdzie, ale w każdej chwili mógł wyjść na przykład do ubikacji, poza tym dym… Osiedlowe mieszkanko nie było za duże: dwa pokoje z kuchnią plus wygospodarowana z części przedpokoju miniaturowa wnęka, służąca jej od czasu do czasu za pracownię. Mieściły się w niej tylko stolik, laptop i krzesło. Na balkon nie chciało jej się wychodzić, wiosna tego roku nie była zbyt ciepła, w dodatku w powietrzu wisiała wilgoć.

Może naprawdę szkoda pozbywać się mieszkania po babce… raczej sprzedać to małe, a tamto – za pieniądze ze sprzedaży Zaspy – porządnie wyremontować i w nim zamieszkać zamiast snuć mrzonki o budowaniu jakiegoś domku. Kto ma jeszcze na to czas i siły…?

Ewa wyjęła z szuflady kopertę oraz naszyjnik. Był piękny, jednak wciąż jedyne, co w związku z tym znaleziskiem odczuwała, to zamęt w głowie. Co powinnam teraz zrobić? – nadal zadawała sobie to pytanie. Andrzej był zdania, że musi powiedzieć o tym matce. Wiedziała, iż ma rację. W końcu to ona jest adresatką tego listu, to do niej skierowana była ta informacja. I do niej należy naszyjnik. Jednak ładunek emocji zawarty w słowach babki, jak i sama wiadomość w nich ukryta, mogłyby nieźle namieszać w życiu Haliny…

Jak zareaguje? Czy teraz to wszystko, czego się z Andrzejem dowiedzieli, ma jeszcze znaczenie? I co tak naprawdę oznacza? O co w tym chodzi? Jej matka nie jest osobą, za którą sama się uważa, za którą wszyscy ją uważają? Więc kim jest? Niemką? Hrabianką? Skąd…?!

Ewa słyszała, że Halina została po wojnie adoptowana. Choć te pogłoski nigdy nie były do końca jasne. Jak wszystko w tej rodzinie! – wściekła się nagle. Babka była cudowną, pełną ciepła i troski osobą, ale zawsze ze wszystkim się kryła. Niedomówienia, tajemnice, przesądy. Babka wiecznie się czegoś bała. Co powiedzą sąsiedzi, urzędnicy, ksiądz, sam Pan Bóg. Taka natura. A może kwestia pokoleniowa? Piętno niskiego pochodzenia społecznego? Rodzaj służalczości…? W kwestii adopcji Haliny też nigdy nie powiedziała niczego wprost, jasno, do końca. Do tego stopnia, że Ewa nie wiedziała nawet, czy to prawda, czy tylko jakaś plotka, której nie zrozumiała. A znając charaktery i babki, i matki – wolała za wiele nie pytać. Teraz babci już nie zapyta, a matka… No właśnie. Co robić?

– Ewuniu, to nie tylko dotyczy Haliny. Jesteś jej córką, to także twoja historia – tłumaczył mąż. – Jeśli twoja matka jest Niemką, to i ty nią jesteś. Przynajmniej w części.

– Wiem. Choć dziwnie się z tym czuję.

– Masz jakieś opory? Narodowościowe uprzedzenia? Ty?! – Uśmiechnął się do niej znacząco.

Zirytowała się:

– Nie, skąd! Przestań, nie denerwuj mnie! Tylko… to jest tak, jakbym nagle dostała całkiem nową tożsamość. Strasznie głupie uczucie. Myślisz, że matka coś na ten temat wie?

– Nie dowiesz się, póki nie zapytasz. – Wzruszył ramionami. – Śmiało. Zadzwoń do niej i się umów.

– Wścieknie się…

– Na ciebie? Nie ma powodu. Wściekłaby się, gdybyś to przed nią ukryła. Wystarczy już, że robiła to twoja babka…

– Przez prawie siedemdziesiąt lat…

– No właśnie. Dzwoń. Musisz jej to oddać. A przy okazji z nią pogadać. Zapytać, co ona sama wie na temat swojego… waszego pochodzenia.

Roześmiała się nagle.

– A my nawet nie znamy niemieckiego! Ja przynajmniej ani słowa, ni w ząb. Halina chyba też nie. Choć nie wiem. Skąd mam wiedzieć? Prawie niczego nie wiem o mojej matce.

– Tylko tyle, że jesteście hrabiankami. – Mruknął. – Obie!

– Daj spokój. Mam to gdzieś.

Teraz Andrzej już spał – w przeciwieństwie do niej, artystki zatrudnionej na pół etatu w małej „koleżeńskiej” agencji reklamowej, mąż wstawał wcześnie rano do pracy w biurze korporacji – a ona dalej samotnie biła się z myślami. Nie zadzwoniła jeszcze do matki. Może lepiej w ogóle nie dzwonić? Może raczej pójdzie do niej bez uprzedzenia? Może tak będzie łatwiej…?

Obliczyła szybko w myślach, kiedy ostatni raz się widziały. Kilka miesięcy temu! Potem może z raz albo dwa się zdzwoniły, zawsze tylko w sprawach formalnych. Od śmierci babki nawet świąt nie spędzały już razem. Halina nawet wnukiem się nie interesowała. Zresztą z wzajemnością. Do tej pory jakoś to Ewy nie bolało. Przywykła. Uznawała ten stan za naturalny i oczywisty. Tak przecież było zawsze, odkąd sięgała pamięcią. Nie miała też o to do nikogo pretensji.

Teraz nagle zabolało…

 

* * *

 

Wstała koło dziesiątej, męża i syna już nie było. Zaparzyła sobie kawy, na śniadanie zjadła jogurt. Dzisiaj miała wolne, nie musiała jechać do agencji ani na żadną sesję. Wystarczy, że później, wieczorem, popracuje trochę w domu, wykończy ostatni projekt, a jutro lub pojutrze przekaże go Dagmarze, swojej szefowej i chyba jedynej bliskiej przyjaciółce.

Zastanawiając się, co robić, raz jeszcze obejrzała medalion. Po obudzeniu się pomyślała, że może wszystko to tylko jej się przyśniło, a żadnego listu ani naszyjnika w ogóle nie ma. Ale były. Bursztyn zamigotał w promieniach wpadającego oknem słońca. W świetle dziennym był chyba jeszcze piękniejszy. Ewa zapakowała go z powrotem do szarej koperty – tak jak został znaleziony – razem z listem, a następnie do wewnętrznej kieszeni torby. Zadzwonić? Nie zadzwonić?

W końcu wystukała numer do matki.

– Halo… To ja, Ewa.

– Słyszę. – Głos Haliny brzmiał jak zwykle, bez śladu emocji.

– Czy masz czas? Chciałabym do ciebie wpaść.

– Coś się stało?

Zawahała się.

– Nie, ale mam coś… coś ważnego. Chyba. Jesteś w domu? Mogę przyjechać za godzinę?

– Skoro musisz.

– To będę.

Ewa odłożyła słuchawkę. Nie miała daleko: z Zaspy na Żabiankę, tramwajem jakieś piętnaście minut. Oba osiedla leżały praktycznie wzdłuż jednej linii, dzieliło je jeszcze tylko trzecie, Przymorze. Być może także z tego powodu rzadko się widywały: tak bywa, gdy mamy kogoś w zasięgu ręki.

Pocieszam się – zreflektowała się. To nie to. Nie widujemy się, bo nie czujemy takiej potrzeby. Bliskości.

Spakowała resztę rzeczy do torby, włożyła płaszcz i poszła na przystanek.

 

* * *

 

– Wejdź i powieś płaszcz tutaj. – Halina nawet nie zatrzymała się w progu, tylko od razu skierowała się do kuchni. – Kawy?

– Tak, poproszę. Kupiłam w waszej cukierni kilka drożdżówek…

Ewa weszła za nią i położyła pakunek na kuchennym blacie.

– To miło z twojej strony, bo ja nic nie mam do kawy – odparła matka. – Kawa gotowa, wyłóż te ciastka na ten talerz, jeśli możesz.

– Dobrze. Zostaniemy tu, czy idziemy do pokoju?

– Do pokoju, oczywiście. U mnie nie jada się w kuchni.

Gdy już zasiadły przy niskim stoliku, Halina przysunęła popielniczkę i zapaliła papierosa.

– Przynajmniej u ciebie mogę sobie spokojnie zapalić. – Ewa się uśmiechnęła.

– A co, u ciebie ktoś ci broni?

– Niee… nikt mi nie broni, ale, rozumiesz… jest jeszcze Kacper…

– Jeśli pozwalasz, żeby dziecko dyktowało ci warunki w twoim własnym domu, to twoja sprawa. – Halina wzruszyła ramionami.

– A odpowiedzialność za jego zdrowie? Ma być biernym palaczem?

– Za naszych czasów nikt się nie trząsł nad zdrowiem dzieci i jakoś jesteśmy zdrowsi od was.

Ewa zamilkła.

– No dobrze, przejdźmy do rzeczy. – Matka nalała kawy do filiżanek. – Bo przecież przyszłaś tu po coś. Przecież nie na papieroska ani żeby sobie na mnie popatrzeć?

Fakt, że wciąż było na co popatrzeć, skonstatowała Ewa w duchu. Matka, choć dobiegała siedemdziesiątki, pozostawała niezmiennie atrakcyjną kobietą. Córka z podziwem przyglądała się jej smukłej sylwetce oraz rasowej twarzy, po której nie znać było wieku. Dobrze zakonserwowana – pomyślała z sarkazmem. Nic dziwnego. Zero obowiązków, emeryturka – żyć nie umierać. Były do siebie podobne, jednak Ewa od zawsze czuła się jej gorszą kopią. Halina szczupła i wytworna, Ewa niższa, silniej zbudowana, szersza w ramionach oraz biodrach. Pofarbowane na platynowy blond włosy Haliny były równo i modnie przycięte, podczas gdy Ewa upinała je z tyłu w niedbały koński ogon. Jej włosy miały wciąż ten sam miodowy odcień, naturalny dla nich obu, póki Halina nie posiwiała. Od tamtej pory je farbowała. Jej wąska twarz o wyrazistych kościach policzkowych, silnym podbródku i dużych niebieskich oczach była niemal pozbawiona zmarszczek, być może zresztą ukrywała je pod starannym makijażem. To Ewa miała kurze łapki wokół oczu i ust…

Matka była zawsze piękna – i zimna. Jak sopel lodu. Istna Królowa Śniegu. Ewa uchodziła za ładną oraz miłą. Chociaż Andrzej uważał ją za cud urody i wdzięku, odkąd poznali się na studenckiej potańcówce… już prawie dwadzieścia lat temu. On do dziś pozostał tym samym barczystym jasnym szatynem, może tylko lekko posiwiały mu skronie. Ewa zrobiła się szersza w biodrach. Choć chyba tylko ona jedna to widziała – po ciuchach. Mąż śmiał się i zaprzeczał, twierdząc, że figura każdemu trochę się zmienia wraz z latami. Jak zawsze: realista. A jednak te lata zrobiły swoje… Z każdym, tylko nie z Królową Śniegu – dodała sarkastycznie w myślach.

No i strój – pomyślała – skoro już jesteśmy przy ciuchach. U matki zawsze staranny i elegancki, nawet na co dzień w domu. Teraz też: szerokie spodnie w kant, lakierowane laczki na obcasie, żakiecik. Nie to, co ona, ubrana w znoszone dżinsy i sweter. Nie miała czasu dbać o wygląd. Dom, praca oraz dziecko pochłaniały całe jej życie. A zresztą… nieprawda. Po prostu nie lubiła się stroić. Nie przywiązywała wagi do wyglądu. Szkoda życia na to.

– Mamo… – zaczęła.

Halina się żachnęła.

– Doskonale wiesz, że nie musisz tak do mnie mówić – przerwała jej stanowczym tonem. – Wystarczy: Halina. Jak zawsze. Nigdy nie czułam się twoją matką.

– Ale nią jesteś, prawda? – Ewa, do tej pory wpatrzona w swoją filiżankę, hardo uniosła podbródek, nagle poirytowana.

– Z formalnego punktu widzenia. Urodziłam ciebie. Lecz nie ja cię wychowałam. Nie zasługuję na to zaszczytne miano.

Ewa nie do końca wyczuwała, na ile był to sarkazm, a na ile poczucie winy. Prawdopodobnie obie te rzeczy nakładały się na siebie.

– Zatem dobrze. Niech będzie Halina – ustąpiła.

– No więc? Z czym przychodzisz?

Obie jak na komendę zapaliły po drugim papierosie. Młodsza z kobiet sięgnęła do torebki i wyjęła kopertę. Położyła ją na stole, przesuwając w stronę starszej.

– Co to jest? – zapytała sucho tamta.

– Zajrzyj. Wczoraj robiliśmy porządki w mieszkaniu po babci. Chcieliśmy przygotować je do malowania. No i w starej komodzie znaleźliśmy to. Było ukryte, przyklejone do wewnętrznej ścianki. Wygląda na to, że… że to ty jesteś adresatką tej wiadomości.

Ewa poczuła coś na kształt mściwej satysfakcji. Wcale tego nie chciała. Jadąc tu, naprawdę liczyła na zbliżenie z matką, a przede wszystkim na jakieś wyjaśnienie zaistniałej sytuacji…

Halina powolnym ruchem otworzyła kopertę i wyjęła naszyjnik. Przyglądała mu się przez chwilę nic nierozumiejącym wzrokiem, po czym odłożyła na stolik, sięgając po list. Gdy go czytała, na jej pozbawionej emocji twarzy coś drgnęło. Ewa mogłaby również przysiąc, że pod warstwą ekskluzywnego pudru lekko zbladła.

 

– O co tu chodzi? – zapytała Halina, odkładając kopertę.

– O to samo chciałam zapytać ciebie. Powinnaś się chyba lepiej orientować.

Zamilkły.

Ewa nagle zdała sobie sprawę z tego, że żadna z nich nie sięgnęła po drożdżówkę. Sama straciła apetyt, jednak zmusiła się, by nałożyć sobie jedną na talerzyk.

– No więc kompletnie nic z tego nie rozumiem – powiedziała Halina. – Jesteś pewna, że to do mnie? O mnie? Brzmi jak jakieś… szaleństwo. Pierwsze słyszę, bym była Niemką. Może twoja babka…

Ewa uniosła rękę, by zastopować ten coraz bardziej cyniczny monolog. Matka wyraźnie zaczęła się nakręcać.

– Co? – wtrąciła ostro. – Zwariowała? Jaja sobie robiła? To przecież jasne, że to o tobie! Zwraca się bezpośrednio do ciebie. Nie miała innej córki imieniem Halina! I zobacz datę. Pisała to, kiedy miałaś kilkanaście lat. Nie mam pojęcia, dlaczego ukrywała te rewelacje, ale…

– Może dlatego, że za moich czasów uczono nas nienawiści do Niemców? – dokończyła za nią Halina.

– I to cię najbardziej boli?

– Ciebie to też dotyczy.

– Mnie nie boli.

Ewa niemrawo dziabała widelcem w ciastku. Halina przyglądała się jej w milczeniu.

– Musimy to jakoś wyjaśnić – odezwała się w końcu znowu Ewa. – Przecież nie zostawimy tego bez wyjaśnienia! Chcę wiedzieć, skąd pochodzę. Kim tak naprawdę jestem!

– Jesteś, kim jesteś. – Halina wzruszyła ramionami, zapalając kolejnego papierosa. – Wszyscy jesteśmy, kim jesteśmy. To zależy tylko od nas.

– Nieprawda. Nie do końca. A jeśli nawet, chcę wiedzieć, co się wydarzyło. I nie mów mi, że sama nie jesteś ciekawa!

Matka otworzyła usta, jakby chciała zaprzeczyć, zawahała się jednak i zrezygnowała. Przez chwilę paliła w milczeniu.

– Ale jak niby mamy to zrobić? Moja matka nie żyje, nic nam już nie powie.

– Mamy nazwisko. I ten medalion. Nigdy go wcześniej nie widziałaś?

Halina pokręciła przecząco głową.

– Nie. Nigdy.

– Babcia tam napisała, że… no że musi ukryć informację, bo ona może być niebezpieczna. Dlaczego niebezpieczna? Zastanów się!

Wzrok matki powędrował gdzieś za okno. Ewa wręcz namacalnie odczuła dzwoniącą ciszę, odmierzaną tykaniem ściennego zegara. Wydawało się, że Halina zamilkła na dobre. Jednak po chwili odchrząknęła i odezwała się niepewnie:

– Nie wiem. Ale… coś mi się przypomniało…

– No? Mów. Co takiego?

– Nie. – Pokręciła głową. – Nie jestem pewna. Nie chcę czegoś pokręcić. Muszę to sobie przemyśleć.

– Boże… – Ewa westchnęła, rozczarowana. – A o co chodzi z tą książką?

– Jaką znowu książką?

– Tą z listu! Że tam znajdziesz dalsze informacje, czy coś w tym stylu. I że będziesz wiedziała, o jaką książkę chodzi.

Starsza z kobiet pokręciła głową bezradnie, a po chwili w jej oczach pojawił się bunt.

– Ale nie wiem!

– Pomyśl…

– Nie wiem. Nie mam bladego pojęcia. Moi rodzice to byli prości ludzie. Nie mieli za wiele książek. Przejrzyj je, na pewno zostały w mieszkaniu, możesz sama sprawdzić. Biblia, katechizm, książeczka do nabożeństwa – prychnęła – no i dzieła Lenina zapewne, w końcu ojciec był starym partyjniakiem. A matka przesądną bigotką. Dobrana para…

– Przestań!

Halina zerwała się z miejsca.

– Posłuchaj. Wiem, że byłam adoptowana zaraz po wojnie jako niemowlę. Jedno z tysięcy wojennych sierot. Podobno. Bo formalnie uchodziłam za biologiczne dziecko swoich rodziców. W tamtych czasach to było możliwe, komuniści mogli załatwić sobie wszystko, by zgadzało się w papierach. Matka powiedziała mi o adopcji, dopiero kiedy byłam nastolatką. I to też w bardzo zawoalowany sposób. Nawet nie wiem, co jest prawdą, a co wymysłem. Niczego z tych czasów nie pamiętam. Tyle wiem. Nie mam się nad czym zastanawiać, niczego więcej nie wymyślę!

Ewa także wstała:

– Dobra. Poszperam w Internecie. Może na coś trafię. Ty mogłabyś…

– Tak, tak, będę myśleć.

– Słuchaj… nie mogłabyś opowiedzieć mi, co pamiętasz z dzieciństwa i młodości? Może wspólnie do czegoś dojdziemy?

– Może. Ale nie dzisiaj. Idź już.

Ewa szybko spakowała swoje rzeczy do torby.

– Więc kiedy?

Kolejne wzruszenie ramion:

– Zadzwonię.

Włożyła płaszcz i odwróciła się w progu:

– Nie zapytasz nawet, jak Kacper?

– Jak Kacper?

Zmierzyły się wzrokiem. Ewa wyszła bez słowa. Usłyszała jeszcze tylko odgłos przekręcanego klucza.

 

* * *

 

Siedziała przy komputerze, kiedy usłyszała, że Andrzej wrócił nareszcie z pracy. Od razu zrobiło jej się raźniej. Z pokoju Kacpra dobiegała tylko głośna muzyka. Jak zwykle.

– Głodny? – zapytała, gdy podszedł i cmoknął ją w policzek. – Obiad już gotowy, trzeba tylko podgrzać…

– Podgrzeję sobie. Siedź. A co robisz?

Machnęła ręką, zniechęcona.

– Eeee, nic takiego. Szperam sobie w necie. Myślałam, że coś znajdę, no wiesz… o tej niby to… niemieckiej rodzinie matki.

– I co?

– Nic. Są jakieś odnośniki na niemieckich stronach, ale nic konkretnego. Jakieś przypadkowe wzmianki, raczej bez związku.

– Przecież nie znasz niemieckiego. – Uśmiechnął się.

– Wiem, ale to widać, że bez związku. Można wywnioskować. Nieważne. Czekaj, odgrzeję ci ten obiad, a sobie zrobię herbaty.

– Kacper w domu?

– Chyba słychać?

Pokiwał głową rozbawiony. Poszli do kuchni. Gdy nalewała zupę na talerz, Andrzejowi przyszło coś do głowy:

– Ewuś, bo ty się źle do tego zabierasz. Sama dużo nie zdziałasz. Tu trzeba fachowca.

– To znaczy?… Ale jedz! Bo ci wystygnie.

– Kogoś, kto ma dostęp do różnych źródeł i wie, jak szukać. Znam jednego dziennikarza. Zajmuje się właśnie historią najnowszą, drugą wojną światową, różnymi takimi zagadkami. Starszy facet, ale pasjonat. Pogadam z nim. Może akurat go to zainteresuje.

– Tylko nie mów, że…

Spojrzał na nią zdumiony.

– A czemu nie? To przecież nie tajemnica! Ty też chcesz zacząć od ukrywania informacji?

Zaśmiała się niepewnie i upiła łyk herbaty.

– W zasadzie masz rację. Zrób, jak uważasz.

Stuknęły drzwi, w progu kuchni na moment pojawił się Kacper. Ewa z zadowoleniem ogarnęła wzrokiem smukłą, wysportowaną sylwetkę ciemnowłosego nastolatka z nieco przydługimi, falującymi włosami. Przystojniak z niego wyrośnie.

– Wychodzę!

– Dokąd? – wyrwało się jej.

– Zawsze wszystko musisz wiedzieć? Do kumpla. Mam mu oddać zeszyt.

– Oj, dobrze, tak tylko pytam – spróbowała załagodzić sytuację. Ciągle zapominała, że chłopak pomału dorasta i chce mieć już własne życie, mimo iż dla nich na zawsze pozostanie małym synkiem, i kropka. Obiecała sobie jednak, że będzie mądrą matką.

– A kiedy wrócisz? – dodał rzeczowo Andrzej.

– O, ojciec, cześć! Nie wiem, za godzinę? Coś koło tego. Nara!

– Nara… – bąknęła Ewa.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, Andrzej kończył obiad, ona, zamyślona, popijała swoją herbatę.

– Chodźmy na balkon zapalić – zaproponowała, gdy skończył jeść. – Młody poszedł, możemy sobie pozwolić.

Wiało, choć poprzez chmury przebijało późne popołudniowe słońce. Robiło się coraz cieplej.

– A Halina co powiedziała? – przypomniał sobie nagle mąż. – Też niczego nie kojarzy?

Ewa westchnęła.

– W zasadzie nic. Ale myślę, że ona… coś ukrywa. Zresztą sam wiesz, że zawsze ukrywały, co tylko mogły. Obie z babką. Takie spiskowe charaktery. Oczywiście próbowałam ją przycisnąć. Obiecała, że przypomni sobie różne rzeczy z dzieciństwa i da znać. Chcę, żeby mi wreszcie wszystko opowiedziała. Nawet jeśli nie wyjaśni to sprawy tego cholernego medalionu, to przynajmniej dowiem się czegoś… o niej.

Pokiwał głową, zaciągając się końcówką papierosa.

– Racja. A jak zareagowała na te sensacje?

– Nie wiem. – Zastanowiła się. – Tak jakby ją to poruszyło. Jak na nią, oczywiście.

Wzruszyła ramionami. Nigdy nie mogła być pewna, co myśli albo czuje jej matka.

– Wracamy?

– Tak, zdrzemnę się chwilę, o ile nie masz nic przeciwko. Ty sobie też odpocznij – odparł.

– Akurat. Mam jeszcze trochę roboty. Muszę wreszcie skończyć ten projekt i odesłać go do Dagi.

Zdusili niedopałki w starej puszce po piwie, przymocowanej do balustrady, by nie odfrunęła.

 

* * *

 

Dopiero następnego dnia rano uświadomiła sobie, że zabrała z powrotem list i naszyjnik. W zasadzie powinna zostawić wszystko Halinie. Na zdrowy rozum – należały do niej. Szybo zadzwoniła do matki.

– Zapomniałam… Przepraszam. Powinnam oddać ci te rzeczy. Odruchowo je spakowałam – tłumaczyła się.

– Nie trzeba.

– Naszyjnik jest twój. Babcia tak napisała.

– Nie chcę go – padła szybka, zdecydowana odpowiedź. – Skoro jest mój, to mogę z nim zrobić, co zechcę. Daję go tobie. Noś go na szczęście.

– Ale…

– Bez ale. Nie chcę go, i tyle.

– Nie będę go nosić.

– To nie noś. Sprzedaj. Schowaj. Oddaj do muzeum. Jest mi to obojętne. A list… dasz mi go przy okazji. Ale może ci się jeszcze przyda.

– Jasne. Kiedy mi opowiesz?

Cisza. Może z pół minuty ciszy. Ewa zastanawiała się już, czy matka się nie rozłączyła.

– Jak będę gotowa – odezwała się w końcu Halina. – Powiedziałam, że dam ci znać.

Zakończyły rozmowę bez zbędnych formalności.

Ewa raz jeszcze uniosła medalion ku słońcu. Bursztyn odbił światło i zalśnił tak, że w pokoju zrobiło się jakby dwa razy jaśniej.

Co ukrywasz? – zadała mu pytanie, chowając go do szuflady biurka.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej