Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pewnego dnia Filip Kowalewski otrzymuje tajemniczy list, a w nim zaproszenie do odwiedzenia rodzinnej posiadłości kolekcjonera Karola Jana Łąckiego. Na miejscu okazuje się, że przed swoim nagłym zgonem zmarły zainteresował się bursztynami, co zapoczątkowało serię niepokojących zdarzeń. Komu nie na rękę była nowa pasja Łąckiego? I kto stoi za jego śmiercią? Rodzina postanawia zlecić śledztwo właśnie Filipowi.
Z NOTATNIKA PODCASTERA to opowieści o intrygujących przypadkach kryminalnych, które poznajemy dzięki pasji śledczej młodego studenta psychologii kryminalistycznej Filipa Kowalewskiego.
Anna Klejzerowicz – pisarka, publicystka, fotograf, redaktor. Gdańszczanka. Autorka wielu powieści kryminalnych i obyczajowych oraz opowiadań grozy. Wcześniej przez wiele lat współpracowała z teatrem Atelier im. Agnieszki Osieckiej w Sopocie jako fotograf i redaktor publikacji teatralnych, pisała oraz fotografowała dla prasy, redagowała książki. Z wykształcenia mgr resocjalizacji, prywatnie kociara, miłośniczka gór, książek, sztuki, a w szczególności drzeworytu japońskiego ukiyo-e, oraz historii i zabytków swojego regionu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 105
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tom 2 Z Notatnika Podcastera Kryminalnego
Anna Klejzerowicz
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału:
Bursztyn Juraty
Tom 2:
Z Notatnika Podcastera Kryminalnego
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Lind&Co Polska sp. z o o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Opracowanie redakcyjne:
Justyna Techmańska-Szewczuk Red-akcja
Wydanie I, 2026
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
(Grafiki wygenerowane przy użyciu AI)
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictw0 Lind&Co Polska sp. z o o, Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-68254-93-8
Dzień dobry, moi drodzy. Przedstawię się, bo stale przybywa słuchaczy naszego kanału. Nazywam się Filip Kowalewski, studiuję kryminalistykę i zapraszam was do wysłuchania kolejnego odcinka. Zanim przejdę do tematu, jak zwykle kilka słów wyjaśnienia. Jest to kanał, na którym spotykam się z wami, by prezentować zagadki kryminalne, które osobiście badałem. Nie chcę skupiać się na gotowych materiałach i cudzej pracy. Dlatego odcinki pojawiają się nieregularnie, cieszę się jednak, że udaje mi się was nimi zainteresować. Przy okazji zachęcam do zasubskrybowania kanału, w ten sposób możecie wesprzeć moją pracę. Dzisiejszy odcinek poświęcam sprawie, o której mogliście już jakiś czas temu przeczytać na moim blogu, gdzie omawiam aktualności kryminalne. Chodzi o zabójstwo kolekcjonera minerałów. A wracam do tego tematu z powodu nowych wydarzeń, jakie miały miejsce, a o których nie usłyszycie nigdzie indziej, przynajmniej na razie. Tutaj, na kanale, zdradzę wam szczegóły z pierwszej ręki, ponieważ miałem okazję w tym uczestniczyć. A wszystko zaczęło się od tego, że pewnego dnia, ponad miesiąc temu, otrzymałem zaproszenie…
Nadeszło ono na adres e-mail, który podaję na moim kanale YouTube. Otrzymuję wiele wiadomości od słuchaczy i regularnie je przeglądam, zazwyczaj przed snem. Staram się na nie odpowiadać, choć nie na wszystkie: na to nie starcza mi już czasu. Poza tym nie wszystkie wymagają odpowiedzi, a niektóre to zwyczajny spam lub – co też się zdarza – ordynarny hejt. Ta wiadomość jednak była inna niż wszystkie. Lapidarna i oficjalna, trochę jakby nie z tej epoki. Brzmiała następująco:
Szanowny Panie
zwracam się do Pana z upoważnienia rodziny mojego śp. chlebodawcy, pana Karola Jana Łąckiego, jak Pan zapewne pamięta: kolekcjonera. Rodzina zmarłego pragnie gościć Pana u siebie w posiadłości, której adres załączam, w terminie wybranym przez Pana. Wszyscy domownicy są Pańskimi wiernymi czytelnikami i słuchaczami, jednakże nie ukrywam, że liczymy także na Pańską pomoc, a mamy ufność co do Pańskich talentów w zakresie spraw kryminalnych. Jeśli jest Pan zainteresowany, pozwolę sobie prosić o potwierdzenie przyjazdu. Odpowiem również na wszelkie ewentualne pytania i wątpliwości.
Z wyrazami szacunku
Daniel Kotz, asystent, kustosz zbiorów
Nie muszę chyba dodawać, że zaproszenie mnie zaintrygowało, tak więc nie namyślałem się długo i niemal natychmiast potwierdziłem drogą mailową, że jestem zainteresowany wizytą, a przede wszystkim spotkaniem i rozmową. Już następnego dnia ustaliliśmy datę mojego przyjazdu, po czym zacząłem się pakować. Najpierw do plecaka, jak zwykle, jednak po namyśle zrezygnowałem z tego pomysłu i wyjąłem z szafy nieużywaną do tej pory walizkę. Coś mi podpowiadało, że będzie lepiej pasować do okoliczności. Według słów Kotza mój pobyt w posiadłości miał potrwać co najmniej kilka dni, a do dyspozycji otrzymam wygodny pokój do pracy i spania, sprzęt w razie potrzeby, posiłki, a także możliwość swobodnego korzystania z rodzinnej biblioteki. Zapakowałem więc tylko ubrania na zmianę, notes oraz osobisty laptop.
Bilet autobusowy opłacono z góry online, nie musiałem się niczym przejmować. Miejscowość położona była na Żuławach i nazywała się Świerki-Pałacyk. Ładnie, prawda? Ujęła mnie ta nazwa. Jednak gdy przybyłem na miejsce, żadnego pałacyku tam nie znalazłem. Choć podobno willa Łąckich niegdyś – w dawnych czasach – nim była: pałacykiem wybudowanym na gruzach jeszcze starszego, średniowiecznego warownego zamczyska.
Ale do rzeczy. Zgodnie z umową miałem wziąć taksówkę na koszt Łąckich, bo od dworca autobusowego w Malborku czekał mnie jeszcze kawałek drogi, a Kotz nie mógł po mnie wyjechać, ponieważ miał jakieś swoje zajęcia. Głupio się z tym czułem, postanowiłem więc zapłacić za ten dojazd z własnej kieszeni, o ile nie będzie to jakiś wielki majątek. Okazało się jednak, że jechaliśmy dobre pół godziny i trochę mnie to kosztowało. Ale ciągle wybiegam myślą w przyszłość! Po kolei. Zamówiłem ubera i ruszyliśmy, niebawem opuszczając zabudowania miejskie, następnie mijając podmiejskie dzielnice domków jednorodzinnych, a dalej już tylko pola, zatopione w jesiennym złocie. Okolice były tu ładne, malownicze, choć dość monotonne: płasko po horyzont, całkowity niemal brak lasów i wzgórz jak na Kaszubach, tylko pojedyncze rzędy wierzb, wiatraki, polne drogi, wioski, stare kościoły z pruskim murem i domy z podcieniami. Poza tym dużo mostów, mostków i kanałów. Wstyd się przyznać, ale do tej pory raczej słabo znałem te okolice. Wreszcie dotarliśmy do niedużej wioski, za którą znajdowała się posiadłość. Prowadziła do niej brukowana droga, kończąca się przed nowoczesną bramą w starym murze, ponad którym sterczała spiczasta wieżyczka. Nad nią górowały pozostałości oryginalnej starej bramy z wyrytym w kamieniu herbem Gdańska. Całość otaczał płytki rów, być może pozostałości dawnej fosy.
Tutaj wysiadłem, płacąc z bólem serca za dość długi przejazd ponad dwieście złotych. Mój kierowca od razu odjechał, pozostawiając mnie z walizką na podjeździe. Zanim jednak zacząłem się dobijać, brama otworzyła się automatycznie, a na spotkanie wyszedł mi całkiem młody jeszcze facet w dizajnerskich okularach, wystrojony w doskonale skrojony czarny garnitur. Szczerze mówiąc, wyglądał na niewiele starszego ode mnie. Ale też znacznie poważniejszego, jakby ulepionego z innej gliny. Oczywiście – jak od razu się domyśliłem – był to Daniel Kotz. Ten asystent czy też kustosz. Przywitaliśmy się formalnie, ale uprzejmie, po czym Kotz pilotem zamknął bramę i poprowadził mnie dalej, do budynku przypominającego współczesną willę otoczoną resztkami starszych murów pałacowych.
Dom był jasny, przestronny, urządzony nowocześnie i dość luksusowo. Na wstępie, jeszcze w holu, gdzie kazał mi zostawić walizkę, Kotz zapytał o koszt taksówki. Gdy wykręcałem się od odpowiedzi, spojrzał na mnie jakby nieco cynicznie i zapytał lekko zniecierpliwiony:
– Czy to dla pana kwestia ambicjonalna?
Zmieszałem się.
– No nie, ale…
– Więc proszę podać mi wreszcie tę kwotę, żebyśmy mogli się rozliczyć. To my pana zaprosiliśmy i pańska wizyta leży w naszym interesie. – Z wyraźną dumą podkreślił słowa „my” i „naszym”. – A proszę mi wierzyć, rodzinę pana Łąckiego stać na taxi.
– To był uber…
– Bez różnicy – skwitował z uśmieszkiem.
Podałem sumę, a on ponownie zapytał:
– Gotówka czy woli pan przelew?
– Wszystko jedno – odparłem, a on sięgnął do kieszeni, wyjął portfel i podał mi banknot, po czym już bez słowa odwrócił się i poprowadził mnie do sporych rozmiarów pokoju, pełniącego najwyraźniej funkcję gabinetu.
Przyznam, że poczułem się trochę jak skarcony dzieciak. Szybko jednak o tym zapomniałem, gdyż Kotz przyjął mnie nadzwyczaj godnie. Gdy tylko rozsiedliśmy się po obu stronach dużego antycznego biurka – gdyż o dziwo, w tych awangardowych wnętrzach, pośród mebli, obrazów i innych ozdób, królowały antyki – gosposia w średnim wieku przyniosła nam kawę w maleńkich porcelanowych filiżankach.
– Pozwoli pan, że wyjaśnię, w jakim celu został pan zaproszony – odezwał się, podając mi ozdobną cukiernicę, wciąż oficjalnym tonem, w którym jednak pobrzmiewały teraz bardziej swobodne nutki. – Wiem, że zna pan sprawę zabójstwa pana Łąckiego. Opisał ją pan na swoim blogu. Śledziliśmy wszystkie możliwe relacje w internecie oraz innych mediach i przyznam, że tylko pańskie ujęcie tematu nam odpowiadało…
– Z powodu? – Ja również usiłowałem zachowywać się swobodnie, a nawet nonszalancko.
– Jak by to ująć… – zastanowił się. – Z powodu pańskiej dociekliwości i krytycyzmu. Pan nie poprzestaje na tym, co usłyszy. Nie sugeruje się niczyim zdaniem. Nie powtarza bezmyślnie podawanych na tacy formułek. Zgadza się?
– Zgadza. – Spuchłem z dumy, ale starałem się tego nie okazać.
– To bardzo dobrze, ponieważ sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. A raczej niż każą nam wierzyć… – Upił łyk z filiżanki, a ja poszedłem w jego ślady i zadowoleniem stwierdziłem, że kawa jest wyborna. Chyba nigdy jeszcze nie piłem tak dobrej. To nie był raczej napój z elektrycznego ekspresu, choćby najdroższego.
– Kto? – dopytałem.
– Kto? – Wzruszył ramionami, zamyślony. – Policja, media. A może jeszcze ktoś inny – dodał.
– Ma pan na myśli… sprawców?
– Mój chlebodawca był zamożnym i wpływowym człowiekiem – odparł wymijająco. – Ale także hardym. Niestety ta cecha charakteru powoduje kłopoty, jeśli trafi się na przeciwnika pozbawionego wszelkich zasad, ujmijmy rzecz w ten sposób. Już wyjaśniam – dodał, widząc moją niepewną minę. – Otóż pan Łącki… jak by to powiedzieć… naraził się niewłaściwym ludziom… – Urwał.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
Bursztyn Juraty
Epilog
