Punkt widzenia - Małgorzata Rogala - ebook

24 osoby właśnie czytają

Opis

Bestsellerowa kryminalna seria!

Sędzia orzekający w sprawach karnych odbiera przerażającą wiadomość. Jego córka została zgwałcona i brutalnie zamordowana. Wyjaśnienie tej zbrodni staje się priorytetem dla policji, dlatego Agata Górska musi przerwać urlop i pilnie wrócić do Warszawy. Gdy śledcza zagłębia się w sprawę, odkrywa gęstą sieć zależności i tajemniczych koneksji. Jaką rolę w sprawie odegra przeszłość jej partnera - Sławka Tomczyka? Czy Agata będzie mogła nadal mu ufać?

 

Mistrzyni kryminału psychologicznego powraca!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 325

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Małgorzata Rogala, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktorzy prowadzący: Monika Długa, Szymon Langowski

Redakcja: Hanna Trubicka

Korekta: Maria Moczko | panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Zdjęcie na okładce: Kaspars Grinvalds/Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-7976-132-6

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Potem był zwykły sąd

Mamy w roku kilka takich spraw

Mogła mówić: „Nie widziałam kto”

Zmarnowała chłopcom siedem lat.

Co się stało z Magdą K.,

piosenka zespołu Perfect,

sł. Andrzej Mogielnicki

PROLOG

„W PRAWO I W LEWO” –

Internetowy Serwis Wiadomości

16 kwietnia 2013

Dziewięć miesięcy pozbawienia wolności

dla Antoniego W. za obrażenie sędziego

Kilka miesięcy temu informowaliśmy naszych czytelników, że Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi-Południe uznał Antoniego W. winnym naruszenia godności i znieważenia sędzi podczas sprawowania urzędu i skazał mężczyznę na trzy miesiące pozbawienia wolności. Przypomnijmy, że mężczyzna stracił panowanie nad sobą, gdy sędzia Maria Kowalska kolejny raz odroczyła rozprawę, i nazwał ją „starą raszplą”.

– Poniosło mnie – przyznał Antoni W. podczas rozmowy z naszym reporterem, nie ukrywając emocji. – Bez wyroku nie mogę odzyskać należnych mi pieniędzy. Oczywista sprawa, a ciągnie się od trzech lat. Ubezpieczyciel leci ze mną w głąba, a jego adwokat robi sobie jaja; wypisuje do sądu kolejne bzdury, żeby wszystko przeciągać jak długo się da, chcą mnie przestraszyć, albo zniechęcić, a sąd na to pozwala! Mam tego dosyć. Coś we mnie pękło, gdy sędzia kolejny raz przyszła na rozprawę nieprzygotowana, mimo że czasu było kilka miesięcy. Nie miała również brakujących akt, a wtedy zleciła, żeby jej dostarczono. Pan by się nie wkurzył? Ubezpieczyciel wisi mi piętnaście tysięcy plus odsetki. Jak usłyszałem, że rozprawa znów odroczona, krew mnie zalała.

Od wyroku odwołał się prokurator, według którego zasądzona kara była zbyt łagodna. Warszawski Sąd Okręgowy uznał zasadność apelacji i podwyższył karę z trzech do dziewięciu miesięcy. Wyrok jest prawomocny.

SKOMENTUJ

Kaś:

Strach mnie ogarnia przed takimi sędziami, zamiast pomagać ludziom, jeszcze szkodzą. Gorsze słowa cisną się na język.

omen:

Łagodny ten wyrok, powinniśmy brać przykład z innych krajów, gdzie nie wolno obrażać sędziów.

Kaś:

Co ty pieprzysz, człowieku, ludzi ciągają latami, każdy by się wkurzył. Powinien parę kurew jeszcze posłać.

omen:

Gratuluję poziomu wypowiedzi. Jakby tak każdy chciał nabluzgać sędziemu, to zastanów się, kobieto, co by było.

scotlandyard:

Kaś ma rację, przestań, gościu, nawijać trzy po trzy.

omen:

Komentarz usunięty przez administratora.

Violka:

Bandycki kraj! Bezprawie! Kasa rządzi!

Kaś:

Komentarz usunięty przez administratora.

Mietek:

Szkoda człowieka. Z sądami i firmami ubezpieczeniowymi nie wygrasz, szkoda zdrowia, też tak miałem. Zwrócili mi pieniądze, jak już dawno samochodu nie miałem. Porażka.

Biała Dama:

Ciekawe, jakby tak starej raszpli ktoś był winien pieniądze, czy by tak cierpliwie latami czekała? Violka, zgadzam się z tobą.

Kliknij, jeżeli chcesz przeczytać NASTĘPNY ARTYKUŁ.

ROZDZIAŁ 1

Druga połowa sierpnia 2015

Sędzia Włodzimierz Skowroński pracował tego dnia w domu. O poranku zjadł śniadanie w towarzystwie żony, a następnie zniknął w gabinecie z widokiem na centrum Warszawy, żeby napisać uzasadnienie wyroku, o które wystąpił adwokat strony przegranej w sprawie z ubiegłego tygodnia. Sędzia spodziewał się takiej reakcji, prawnik brał pieniądze od klienta, więc musiał się wykazać; jednak Skowroński nie przypuszczał, że mecenas zadziała tak szybko. Włodzimierz nie znosił pisać uzasadnień, więc starał się ułatwić sobie pracę, łącząc i przerabiając fragmenty licznych pism, wniosków i odpowiedzi, które gromadziły się w aktach przez długie miesiące postępowania procesowego. Popijając małymi łykami kawę, sędzia przystąpił do pracy zgodnie z zasadą, którą wyznawał: jeżeli czegoś się nie lubi, należy zrobić to jak najszybciej, żeby mieć sprawę z głowy. Jednak tym razem Skowroński nie mógł się skupić z powodu wewnętrznego drżenia, które odczuwał od świtu. Jeszcze leżąc w łóżku, rozmyślał nad przyczyną niepokoju, rozważał różne opcje, a nawet obwiniał o swój stan nadmierne picie kawy do chwili, gdy zdał sobie sprawę, że będąc w pościeli, jeszcze nie zdążył niczego się napić.

Napięcie nie ustępowało, więc mężczyzna wstał i przespacerował się po obszernym pomieszczeniu, wyjrzał przez okno, a następnie wrócił do biurka i odsunął od siebie leżące nań papiery. Zalogował się do swojej prywatnej skrzynki elektronicznej i już po chwili tego pożałował. Usta Skowrońskiego wygięły się w grymas niechęci na widok kilkudziesięciu wiadomości, z których większość już na pierwszy rzut oka nadawała się do natychmiastowego usunięcia. Gdyby miał więcej czasu, mógłby kasować je na bieżąco, ale przytłoczony nadmiarem obowiązków, sędzia regularnie zaglądał jedynie do skrzynki służbowej, prywatną zaś traktował po macoszemu. Teraz otwierał po kolei wiadomości, których entuzjastyczna treść miała go zachęcić do wydłużenia penisa, zwiększenia objętości biustu, redukcji wagi ciała, dokonania zakupów produktów, które znacząco poprawią jakość jego życia oraz rezerwacji wycieczki na Teneryfę. Sędzia pomyślał, że ostatnią propozycję mógłby rozważyć, kończył się bowiem sezon wakacyjny, a on nie miał jeszcze czasu pomyśleć o urlopie. Usunął wcześniejsze wiadomości, zostawiając jedynie tę, która dotyczyła wycieczki, i otworzył następną przesyłkę. Tym razem proponowano adresatowi wzięcie udziału w internetowym kursie, który umożliwiał uczestnikom zdobycie kwalifikacji licencjonowanego trenera fitness lub płetwonurka. Albo doradcy życiowego. Do wyboru. Po odbyciu czterech lekcji i wypełnieniu sprawdzającego testu online. Sędzia uniósł brwi i powtórnie przeczytał ogłoszenie. To powinno być karalne, pomyślał i pełen niedowierzania usunął wiadomość, podobnie jak poprzednie. Zostały jeszcze trzy. Nadawcami dwóch z nich byli dawno niewidziani znajomi, trzecia zaś została wysłana przez nieznanego sędziemu użytkownika o nazwie „Temi123” i zawierała załącznik. Jej tytuł brzmiał: „A gdyby to była twoja córka?”. Niepokój, który czuł od rana Skowroński, wzmógł się i umiejscowił w klatce piersiowej, utrudniając zaczerpnięcie powietrza. Otworzył wiadomość, była pusta. Poza dołączonym plikiem i tytułem nie znalazł żadnej informacji. Sędzia nigdy nie otwierał załączników wysyłanych przez nieznanych nadawców, ponieważ wiedział, że przesyłki mogą zawierać wirusa, który umożliwi dostęp do komputera albo spustoszy twardy dysk. Kilkakrotnie był w tym zakresie szkolony, a raz przekonał się boleśnie na własnej skórze, czym grozi nieprzemyślana ciekawość. Usunąłby wiadomość na zawsze, bez wahania, gdyby nie budzący niepokój tytuł.

Sędzia wstał od biurka i podszedł do sięgającego podłogi, szerokiego na trzy metry okna. Mieszkanie w apartamentowcu z przeszkloną fasadą słono kosztowało, ale rozciągający się z szesnastego piętra widok na panoramę stolicy całkowicie uzasadniał wydatek. Z okien narożnego stuosiemdziesięciometrowego apartamentu Skowroński miał widok nie tylko na Pałac Kultury i biurowce na Jana Pawła II, ale także na położony znacznie bliżej plac Grzybowski, otoczony Twardą, Bagno, Grzybowską i Królewską. Jeśli tylko czas na to pozwalał, sędzia lubił usiąść tam w kawiarnianym ogródku i podziwiać różnorodność architektoniczną ulubionego zakątka Warszawy, który mimo swojego położenia w centrum miasta, był jednocześnie odcięty od jego zgiełku.

Tym razem Skowroński omiótł widok za oknem nieuważnym spojrzeniem, a jego myśli pobiegły w kierunku córki. Tydzień temu siedemnastoletnia Jagoda wyjechała z paczką przyjaciół do Gdyni. Córka nie lubiła gwaru, hałasu, dużych skupisk ludzkich, dlatego wybrała termin po piętnastym sierpnia, gdy na wybrzeżu przebywało znacznie mniej turystów i łatwiej było o nocleg, miejsce na plaży i w restauracji. Włodzimierz wiedział od żony, że nastolatka regularnie kontaktowała się z domem, nawet jeśli polegało to jedynie na przysyłaniu do matki zdawkowego esemesa ze zdjęciem twarzy na tle morza lub widoku portu. Skowroński poruszył ramionami, żeby rozluźnić mięśnie, i wrócił do komputera.

„A gdyby to była twoja córka?”, przeczytał raz jeszcze i w jego głowie pojawiła się krótka myśl. Kiedyś zadano mu podobne pytanie, tylko nie mógł przypomnieć sobie, kto to zrobił i w jakich okolicznościach. Sędzia objął dłońmi głowę i zacisnął palce. Z jego ust wymknęło się przekleństwo. Siedział przez kilka minut bez ruchu, nim podjął decyzję i otworzył przesłany załącznik. Po obejrzeniu kilkuminutowego nagrania Włodzimierz, zszokowany, wyszeptał do siebie, że to niemożliwe. Dotknął szyi, ponieważ nagle zabrakło mu tchu, podszedł do okna i otworzył jego górną część. Próbował zrobić głęboki wdech. Bez efektu. Ucisk w klatce piersiowej sprawiał, że powietrze zatrzymywało się w połowie drogi. Sędzia wrócił do komputera i wybrał w telefonie numer córki.

– Abonent chwilowo niedostępny – rozległo się w odpowiedzi. – Proszę zadzwonić później.

Skowroński pomyślał, że to nie może dziać się naprawdę, i ponownie uruchomił krótki film. Nie zdawał sobie sprawy, jak długo siedzi przed monitorem oraz który raz ogląda przesłane nagranie. Z osłupienia wyrwał go przeraźliwy krzyk. Drgnął i odwrócił się w stronę źródła dźwięku, zrzucając mysz komputerową na podłogę. Za jego plecami stała Halina i przyciskała dłoń do ust. Po jej twarzy płynęły łzy. Sędzia poderwał się z miejsca i zasłonił sobą ekran.

– Włodek, co to jest?! – Żona z niespotykaną u niej siłą odepchnęła go.

Mężczyzna na chwilę stracił równowagę, co wystarczyło, by wzrok Haliny zyskał dostęp do końcówki nagrania. Krzyk na chwilę zamarł jej w gardle, a po chwili znów wypełnił pomieszczenie gabinetu ostrym brzmieniem. Halina zaczęła szarpać koszulę męża, a później uderzać pięściami w jego klatkę piersiową. – Powiedz, że to nieprawda! Że to nie jest Jagoda! Słyszysz?! Powiedz, że to nie jest nasza córka!

Skowroński otoczył Halinę ramionami i trzymał ją w uścisku, dopóki nie poczuł, że zwiotczała w jego objęciach. Wtedy dopiero puścił żonę i odprowadził w stronę skórzanej kanapy. Przez otwarte drzwi gabinetu napłynął z kuchni smakowity zapach zupy grochowej, jego ulubionej.

– Wołałam cię… – wyszlochała żona, chowając twarz w dłoniach. – Na obiad. A ty nie słyszałeś… Weszłam i zobaczyłam…

Obiad, pomyślał Włodzimierz, codzienny rytuał, który do tej pory oznaczał normalność. Teraz aromat zupy nabrał szczególnego znaczenia i już nigdy nie będzie zapowiedzią miłego czasu spędzonego w gronie rodziny przy stole. Halina poderwała się z kanapy.

– Zadzwonię do niej! Na pewno zaraz wszystko się wyjaśni. – Jej oczy zapłonęły nienaturalnym blaskiem.

Sędzia złapał żonę za ramiona.

– Już dzwoniłem. Telefon jest wyłączony. Albo poza zasięgiem.

– Monika! Zadzwoń do Moniki. Wyjechały razem.

Skowroński posłusznie wybrał numer przyjaciółki Jagody i przełączył aparat na tryb głośnomówiący.

– Abonent chwilowo niedostępny – rozległo się w gabinecie. – Proszę zadzwonić później.

– Robert! Zadzwoń do niego. – Halina zacisnęła palce na przedramieniu męża, a po chwili przycisnęła je do ust. – Nie mam do niego telefonu. Boże!

– Kto to Robert, do licha? – Sędzia zmarszczył brwi.

– Chłopak Jagody.

– Nie wiedziałem, że nasza córka ma chłopaka. – Wybrał z listy kontaktów inny numer. – Trzeba zawiadomić policję – powiedział.

***

Mazury

Agata powtórnie napełniła kawą czerwony kubek i przykucnęła obok posłania psa. Vincent spojrzał na nią spod opuszczonych powiek i westchnął ze świstem.

– Tak, wiem, że jesteś trochę obrażony – powiedziała Górska i zanurzyła palce w miękkiej sierści zwierzęcia. – Wypiję kawę i pójdziemy do twojej pani. Do tego czasu wyjaśni się co z łódką – zapowiedziała.

Vincent na dźwięk słów „pójdziemy” i „pani” podniósł łeb i zastrzygł uszami.

– Wypowiedziałam magiczne słowa – zreflektowała się Agata. – Rozumiem, ale musisz jeszcze trochę poczekać.

Podeszła do kuchennego okna. Zaczął się piąty dzień pobytu w Bogaczewie i wreszcie przestało padać, więc po śniadaniu Justyna postanowiła sprawdzić, w jakim stanie jest mała żaglówka, którą gospodarze pozostawili do ich dyspozycji.

– Kompletnie zapomniałam, że kiedyś pasjonowałaś się żeglarstwem – powiedziała Agata, zanim przyjaciółka wyszła. – Zawsze kojarzyłam cię przede wszystkim z fotografią.

– Bo dawno nie pływałam, chociaż mam patent – roześmiała się Justyna. – Dopiero po wyjeździe do Nicei, podczas rejsu z Jean-Paulem po Morzu Śródziemnym, zdałam sobie sprawę, jak bardzo mi tego brakowało. Wiesz, wiatru we włosach, wilgotnej mgiełki na twarzy, zapachu wody… – W oczach Justyny pojawiła się mieszanka tęsknoty i rozmarzenia. – Odświeżyłam umiejętności, myślę, że możesz czuć się bezpiecznie, jeśli tylko zdołam zrobić użytek z łodzi – obiecała. – Zostań, piesku. – Zatrzymała Vincenta, który poderwał się i przycisnął nos do drzwi. – Najpierw zobaczę, co się dzieje na pomoście.

Górska otworzyła okno i wciągnęła do płuc nasycone wilgocią powietrze. Przed jej oczami rozciągał się widok na jezioro Niegocin, którego brzeg znajdował się tuż za niskim płotem otaczającym podwórko z równo przystrzyżoną trawą. Na liściach jabłoni i śliwy lśniły jeszcze krople deszczu, słońce przedzierało się przez nieliczne chmury, a na jezioro wypłynęły pierwsze żaglówki. Przyjemnie było wystawić twarz na działanie ciepła, ale policjantce w gruncie rzeczy pogoda była obojętna. Cieszyła się pobytem w cichym miejscu nad wodą, gdzie komórki co chwilę traciły zasięg, a w laptopie nie działał internet. Dzięki temu mogła mieć nadzieję, że wypoczynek upłynie jej bez zakłóceń.

Gdy Justyna niespodziewanie zapowiedziała swój przyjazd do Warszawy i zaproponowała wspólny wypad, Agata nie wahała się nawet przez chwilę. Poszła do szefa i poprosiła o tygodniowy urlop w drugiej połowie sierpnia, a gdy dostała zgodę, razem z przyjaciółką przejrzały w internecie wakacyjne oferty i wynajęły letniskowy domek z własnym podwórkiem, znajdujący się w rozsądnej odległości od zabudowań gospodarzy. Od czasu, gdy Justyna związała się z Jeanem-Paulem Lucasem, francuskim fotografikiem, i zamieszkała w Nicei, przyjaciółki kontaktowały się głównie za pośrednictwem Skype’a. Dlatego gdy wreszcie mogły, jak niegdyś, pobyć trochę ze sobą, spacerować mimo deszczu i prowadzić długie wieczorne pogawędki, Agata znosiła bez cienia protestu niefortunne zdarzenia, które przytrafiały jej się codziennie od dnia przyjazdu. Pierwszego popołudnia deszcz zalał jej buty, które zostawiła na tarasie, gdy pojechały do Giżycka po zakupy, a nazajutrz mydło wyślizgnęło się z rąk i wpadło do muszli sedesowej. Trzeciego dnia w regionalnej karczmie, w której jadły obiad, po długim oczekiwaniu otrzymała danie, którego nie zamawiała, a czwartego – rozdarła bluzę o drzwi samochodu. Dla Agaty te drobne niedogodności nie miały żadnego znaczenia w obliczu możliwości spędzania czasu z najbliższą osobą, z którą zaprzyjaźniła się w dzieciństwie, a której odwaga i pomysłowość pozwoliły im obu wyzwolić się z rąk molestującego dojrzewające dziewczynki pediatry i „przyjaciela rodziny”. Zdarzenie przypieczętowało ich przyjaźń, a życiowe zawirowania, które stały się udziałem kobiet, nie tylko nie osłabiły więzi, ale jeszcze bardziej ją wzmocniły.

Nagły dźwięk telefonu sprawił, że Agata ocknęła się z zamyślenia. Komórka wibrowała na stole, wydając z siebie tony Cinema Paradiso, melodii, którą policjantka niedawno ustawiła jako dzwonek. Górska spojrzała na wyświetlacz i zobaczyła zdjęcie Tomczyka, partnera w pracy i w życiu osobistym, z którym związała się ponad rok temu, którego pokochała i przed którym się otworzyła. Sławek szanował jej przestrzeń i prywatność, znał też Justynę Lipiec i charakter więzi istniejącej między kobietami. Nie należał do mężczyzn, którzy muszą kontrolować bliskie osoby, by poczuć się pewniej; nie dzwonił, żeby powiedzieć jej dobranoc, nie wysyłał głupich esemesów, nie dąsał się za brak kontaktu. Wiedział, że Agata chce spędzić czas z dawno niewidzianą przyjaciółką i nie dzwoniłby bez istotnego powodu, dlatego Górska poczuła cień niepokoju.

– Halo!

Cisza.

– Halo, Sławek! Słyszysz mnie?

– …ta, jest cho… a… – Głos się urywał.

– Możesz powtórzyć? Ledwo słyszę – poprosiła i przycisnęła słuchawkę do ucha.

– …ka… skie… ży… ?

– Słucham?! – Odruchowo podniosła głos. – Cholera by wzięła ten zasięg! – zaklęła. – Halo!

Połączenie zostało przerwane. Górska wyszła z komórką na zewnątrz i próbowała złapać przynajmniej dwie kreski zasięgu. Bez rezultatu. Odwróciła się i omal nie wpadła na Vincenta, który wybiegł za nią z domku i zaczął podskakiwać.

– Zaraz, piesku, sekundę – powiedziała, ponieważ telefon znów zaczął dzwonić. Tym razem na wyświetlaczu pojawiło się nazwisko podinspektora Wolskiego. No to po urlopie, pomyślała Agata, czując wzbierającą złość.

– Halo! – rzuciła z niechęcią.

– Gór…, …kro mi… isz… – Głos szefa rwał się podobnie jak Tomczyka. Zrozumiała tylko coś, co przypominało „przykro mi”, a co mogło oznaczać tylko jedno – wcześniejszy powrót. Został im jeszcze ten dzień i następny; Agata zamierzała bronić końcówki urlopu jak niepodległości. Powiedziała do słuchawki kilka razy „halo”, ale poza szumami i trzaskami niczego nie udało się jej usłyszeć.

Mogłaby napisać szefowi, by wysłał esemesa, ponieważ tekstowe wiadomości dochodziły, ale po chwili stwierdziła, że nie będzie Wolskiemu niczego ułatwiać. Po pierwsze była na krótkim, zasłużonym urlopie i chciała odpocząć, a po drugie, mimo upływu czasu, wciąż miała żal do przełożonego w związku z wydarzeniami, które stały się jej udziałem ponad rok temu, gdy zamordowano Michała, jej byłego chłopaka. Podinspektor Wolski powierzył śledztwo Kalickiemu, który miał z Górską na pieńku i skwapliwie skorzystał z okazji, żeby wziąć odwet za wyimaginowaną krzywdę. Przełożony dał się zwieść wątpliwym dowodom przeciwko Agacie i zawiadomił prokuraturę. Sąd przychylił się do wniosku ambitnej prokurator Milewskiej i zastosował wobec Górskiej środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania. Policjantka została oczyszczona z podejrzeń tylko dzięki wysiłkom Tomczyka i mecenasa Litewnickiego, a podinspektor Wolski później przeprosił Agatę i przyznał, że zgrzeszył nadmiernym zaufaniem do policjanta, który prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa Michała. Pomimo przeprosin Górska wciąż czuła żal do szefa. Niezasłużone podejrzenie o dokonanie zabójstwa i pobyt w areszcie nie były zdarzeniem, nad którym można było przejść do porządku dziennego, zwłaszcza dla Agaty, dla której wolność plasowała się na szczycie listy najważniejszych wartości.

Górska odgoniła niewesołe myśli i zrobiła głęboki wdech. Rozpogodziło się na dobre; tafla jeziora była gładka jak stół, lekki wiatr przepędził ostatnie chmury i słońce grzało już na całego. Górska wcisnęła komórkę do kieszeni szortów i ruszyła w stronę wąskiego pomostu. Vincent, po wykonaniu serii podskoków, pobiegł przodem. Nieopodal, na mikroskopijnej plaży, jakaś para właśnie rozkładała koc, Justyna wychylała się z łodzi i zaglądała pomiędzy trzciny, a na drewnianych deskach siedział wędkarz i rozkładał swój sprzęt. Agata wbiegła na pomost tuż za Vincentem, który przecisnął się między mężczyzną a jego otwartą torbą z akcesoriami i zaczął piszczeć, domagając się uwagi swojej opiekunki.

– Spłoszyliście bobra – mruknęła Justyna. – I wszystkie ryby – dodała, spoglądając w stronę nieznajomego. – Już, pieseczku, zaraz do ciebie wyjdę – obiecała i wyciągnęła rękę w stronę Vincenta.

– Czy naprawdę muszą panie robić tyle hałasu? – Wędkarz, stojący pomiędzy Agatą a Justyną, która tarmosiła uradowanego psa, posłał Górskiej niechętne spojrzenie.

Policjantka zerknęła nieuważnie i zwróciła się do Justyny:

– Coś ci się pomyliło, bobry są aktywne głównie w nocy i o świcie. A w ogóle Tomczyk mnie ściga. I mój szef. Mam złe przeczucia. Chyba będziemy musiały jechać do Giżycka.

– Po co? Przecież miałyśmy pojechać tam jutro – zdziwiła się Lipiec. – Jestem pewna, że widziałam jakiegoś zwierzaka. – Znów wetknęła głowę w trzciny, a Vincent, widząc to, zaczął trącać nosem jej ramię.

– Bo tam jest zasięg. W Giżycku – powiedziała Agata i drgnęła na dźwięk muzyki, która popłynęła z kieszeni Justyny.

– Mój! – Lipiec cofnęła się, wyjęła komórkę i usiadła na pomoście. – Tomczyk – dodała ze zdziwieniem, patrząc na wyświetlacz.

– Wiedziałam. Do mnie się nie dodzwonił, próbuje do ciebie.

– Trzymaj. – Przyjaciółka wyciągnęła rękę z telefonem w stronę Agaty.

Górska zrobiła krok, by podejść do niej, ale w tym momencie wędkarz poderwał się i wytrącił Justynie aparat z dłoni. Komórka wpadła pomiędzy deski pomostu i zawisła nad wodą.

– Jasna cholera! Ryba bierze! – Mężczyzna zaczął kręcić kołowrotkiem. – Okoń! Ale szarpie! Co najmniej półkilogramowy! – Złapał podbierak. – Niech pani się odsunie!

Słońce, odbijające się od gładkiej powierzchni jeziora, oślepiało Agatę.

Górska, mrużąc oczy, czekała w napięciu i była bliska wepchnięcia wędkarza do wody razem z wyciąganą rybą. Wreszcie, gdy okoń wylądował w siatkowym koszyku zanurzonym w wodzie pod pomostem, rzekła wolno, akcentując każde słowo:

– Proszę. Mnie. Natychmiast. Przepuścić. – Zdjęła szorty i bluzkę, weszła do wody i wślizgnęła się pod pomost. – Popchnę do góry, a ty wyciągnij – powiedziała do Justyny, a gdy smartfon znalazł się w rękach właścicielki, Agata półgłosem zrelacjonowała przyjaciółce przebieg nieudanej próby kontaktu.

– Rzeczywiście nie wygląda to dobrze – zgodziła się Justyna. – Jeżeli chcesz oddzwonić, to okej, jedźmy dziś do Giżycka.

Zaprowadziły Vincenta do domu i wsiadły do samochodu. Gdy po dwudziestu minutach dojechały do miasta, Justyna zaparkowała na placu w pobliżu wejścia do sklepu samoobsługowego i powiedziała:

– Idę kupić kilka rzeczy, a ty dzwoń i nie martw się na zapas.

Wyszła z auta, zanim Agata zareagowała. Górska wybrała numer Sławka, a gdy policjant się zgłosił i rzucił: „Wreszcie normalnie cię słyszę”, już wiedziała, że to koniec pobytu w Bogaczewie.

– Co się dzieje? – spytała. – Wolski mnie ściga.

– Wiem. Chciał ci powiedzieć, że odwołuje cię z urlopu. Masz wracać.

– Słucham? Co takiego się dzieje, że nie może poczekać jeszcze dwa dni?

– Jest sprawa, termin na wczoraj. Tajne łamane przez poufne. Trzeba pilnować, żeby nie było żadnego przecieku do prasy.

– Co się stało? – powtórzyła Agata.

– Dziś rano sędzia Włodzimierz Skowroński znalazł w skrzynce mailowej filmik od nieznanego nadawcy.

Na dźwięk nazwiska sędziego Agata drgnęła i poczuła, że jej usta mimowolnie wykrzywiają się w grymasie niechęci.

– Co jest na nagraniu? – spytała.

– Wysłałem ci mailem, sama zobacz, chodzi o córkę sędziego. Skowroński szaleje, jego żona dostała histerii. Nasi szukają ciała, a informatyk siedzi nad filmem. Wolski powiedział, że sprawa jest priorytetowa, wiadomo, z jakich względów.

– Rozumiem, że sytuacja jest poważna, ale nie rozumiem, czym różni się dziecko sędziego od dziecka zwykłego obywatela – nie wytrzymała Agata. – I dlaczego Wolski nie przydzieli śledztwa komuś, kto nie jest na urlopie?

– Pawelec pojechał do Grecji, dlatego padło na nas.

– A inni? Chudy nie może ci pomóc?

– Chudy ma co robić. Poza tym sędzia zażądał najlepszych ludzi. – Zapadła cisza, którą przerwał Tomczyk. – O co chodzi? – spytał. – Wyczuwam drugie dno.

– O nic – burknęła. – Po prostu ciężko harowałam. Justyny nie widziałam przez cały rok, od czasu jej pierwszej wystawy w Warszawie, pamiętasz? – spytała, mocno już zdenerwowana. Lipiec wsiadła do auta i położyła siatkę z zakupami na tylnym siedzeniu. Uruchomiła silnik i ruszyły w powrotną drogę do Bogaczewa. – Wyjechałam legalnie na tydzień – kontynuowała Agata – odpocząć i pobyć z bliską osobą, a teraz mam rzucić wszystko dlatego, że pan sędzia tego sobie życzy. – Górska, patrząc przez szybę na drogę, przełożyła telefon do drugiej ręki.

– Obiecuję ci, że po tym śledztwie pojedziemy tak daleko, żeby nawet prezydent nie mógł nas odwołać z urlopu – powiedział spokojnie Tomczyk, a Agata wyczuła, że mężczyzna się uśmiechnął. – Jak będzie trzeba, weźmiemy lewe zwolnienie lekarskie, ale teraz powiedz mi, o co naprawdę chodzi. Czuję to, więc bez wykrętów, nie próbuj mnie zbyć. – Tomczyk nie odpuszczał.

– Przez niego, sędziego Skowrońskiego, trafiłam do aresztu. Był nieprzygotowany do rozprawy, nie miał pojęcia, co jest w aktach, ale wysłał mnie za kratki. – Agata poczuła ukłucie w sercu. Niesprawiedliwość wciąż bolała.

– Co za cholerny zbieg okoliczności. – Sławek wymamrotał przekleństwo. – Rozumiem, to zmienia postać rzeczy. Uważasz, że będzie ci przeszkadzać… Pogadam ze starym – zaproponował.

– Nie trzeba. – Górska nagle podjęła decyzję. – Dam radę, co nie znaczy, że zacznę go lubić. Mam na myśli sędziego, a nie Wolskiego.

– Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć – powiedział Tomczyk. – Kiedy będziesz?

– W robocie jutro rano, wcześniej nie zdążę. Spróbuję jeszcze dziś złapać pociąg do Warszawy. Jaka jest dokładnie sytuacja? – Agata od razu przeszła do konkretów.

– Nasi szukają dziewczyny. Tyle wiem, a resztę próbuję rozeznać – wyjaśnił Sławek. – Godzinę temu Wolski mnie wezwał i przekazał sprawę. Mówił też, że będzie dzwonić do ciebie.

– Co jest w aktach? – Agata nagle poczuła, że sprawa zaczyna ją interesować.

– Notatka o zgłoszeniu, notatka z rozmowy ze Skowrońskimi, opis nagrania. Informatyk nad tym siedzi i tyle, nic więcej nie mamy. Wszystko zrozumiesz, jak obejrzysz – zapewnił Tomczyk.

– Zrobię to po powrocie do domu. Jak Borys? – spytała. Przed wyjazdem zostawiła kota pod opieką Tomczyka, który zajmował się już raz zwierzakiem, gdy policjantka przebywała w areszcie.

– Dobrze. – Sławek parsknął śmiechem. – Rozpoznał kąty i było dużo lepiej niż poprzednio – uspokoił Agatę. – Przywiozę go wieczorem.

– Dzięki, stęskniłam się za nim, ale Vincent wynagrodził mi rozstanie. – Górska uśmiechnęła się do słuchawki. – Do zobaczenia. – Schowała telefon i odwróciła głowę w stronę Justyny.

– Słyszałam – powiedziała Lipiec, zerkając kątem oka na przyjaciółkę i hamując przed wjazdem na posesję. – Kupiłam tylko kilka drobiazgów. Czułam, że to ostatni dzień.

– Nie musisz wracać – zaprotestowała Agata. – Spakuję się i podwieziesz mnie z powrotem do Giżycka. Złapię pociąg.

– Nie ma mowy. – Justyna pokręciła głową. – Przyjechałyśmy razem, więc razem wrócimy. Jeden dzień już nie robi różnicy.

W ciągu godziny spakowały swoje rzeczy, oddały klucz gospodarzowi i ruszyły do Warszawy. Podczas jazdy milczały, każda zatopiona w swoich myślach. Dopiero na Polnej, gdy dojeżdżały do domu Agaty, policjantka przerwała ciszę.

– Ile jeszcze czasu będziesz w Warszawie? – spytała.

– Miałam zostać tydzień, ale tata zaprosił mnie do swojego projektu, więc teraz nie wiem. – Justyna wjechała na skwer Oleandrów. – Robi sesję dla „Kobiecej Przestrzeni”. Jego najlepszy współpracownik złamał nogę, a kontrakt podpisany, więc sama rozumiesz – dokończyła.

– To wspaniale, że możecie razem popracować – powiedziała Agata. – Dlaczego nic nie powiedziałaś wcześniej?

– Bo to nagła sprawa. Ojciec zadzwonił tuż przed naszym wyjazdem, cały w emocjach, jak to on, że szuka fotografika na zastępstwo, i jeśli nie znajdzie kogoś odpowiedniego, to jestem jego ostatnią deską ratunku. Wczoraj dostałam esemesa, że muszę się zgodzić, bo… Sama wiesz. Nie znalazł nikogo, kto by spełnił jego standardy. – Justyna otworzyła drzwi auta.

– Byłam kiedyś w studiu twojego taty, żeby porozmawiać o zdjęciach, pamiętasz? Wtedy, gdy prowadziłam śledztwo w sprawie „dobrych matek”. Istne szaleństwo! Niby ze mną rozmawiał, a co chwilę pokrzykiwał na kogoś i wściekał się. Nie wiem, jak ty się odnajdujesz w tym chaosie. – Górska pokręciła głową

– A ja nie wiem, jak ty potrafisz poskładać wszystko tak, żeby znaleźć zabójcę czy innego drania – roześmiała się Justyna. – Wypuszczę Vincenta, niech sobie pobiega po podróży – zdecydowała i wysiadła z samochodu.

Agata poszła w jej ślady. Pies wyskoczył z auta i podbiegł do najbliższego drzewa, żeby zaznaczyć swój teren. Chwilę później znieruchomiał, uniósł pysk i zaczął węszyć, a następnie puścił się pędem w stronę klatki schodowej.

– Vincent! – zawołała Justyna.

– Tomczyk! – zawołała w tym samym momencie Agata, a pies już dopadł do nóg Sławka, licząc na porcję pieszczot.

– Skąd się tu wziąłeś? – spytała Górska, czując wypełniającą ją radość.

– Przecież mówiłem, że przywiozę Borysa. – Mężczyzna przyciągnął ją do siebie i pocałował. – Zostawiłem go z pełną miską. – Puścił Agatę i znów pochylił się nad psem, który trącał go nosem w udo.

Justyna podeszła i przywitała się z Tomczykiem, który uściskał ją, a potem rozłożył ręce w przepraszającym geście.

– Przykro mi.

– Na szczęście to jeden dzień, a nie trzy – odparła Justyna. – Poza tym zostaję dłużej, niż planowałam, Agata ci powie, bo ja muszę już lecieć. Trzymajcie się na razie, będziemy w kontakcie. – Pożegnała się z Górską, dała znak Vincentowi i ruszyła w stronę auta. Pies pobiegł za nią. Agata odprowadziła ich wzrokiem, a następnie jej oczy spoczęły na twarzy Sławka.

– Skoro już tak się stało, może zostań u mnie do jutra – zaproponowała.

– Chcesz mnie podstępem zatrzymać na noc i uwieść? – Tomczyk przesunął palcami po jej policzku.

– To też miałam w planach, ale najpierw zjemy kolację i obejrzymy filmik – odpowiedziała.

***

Dziewczyna leżała na podłodze na brzuchu i wyglądała na niezbyt przytomną. Może była otumaniona lekami, a może pijana. Miała zamknięte oczy, a w okolicy jej nosa i warg widoczne były ślady krwi. Być może sprawca wcześniej ją uderzył, żeby wymusić uległość. Na nagraniu dziewczyna nie walczyła; biernie znosiła fakt, że leżał na niej napastnik, który przygniatał jej plecy przedramieniem, a drugą ręką podwinął spódnicę i ściągnął majtki. Kamera najechała na usta dziewczyny, z których wydobył się cichy krzyk, gdy napastnik wdarł się w jej ciało. Gwałciciel odwrócił głowę, by nie można było dostrzec jego twarzy, jęczał i wzdychał, rytmicznie uderzając. W kadrze widać było tylko tył jego ciemnej, krótko ostrzyżonej czupryny, ramiona osłonięte czarnym T-shirtem oraz dłonie oparte o podłogę. W pewnym momencie wydał z siebie głośniejszy dźwięk, znieruchomiał na chwilę i opadł na dziewczynę. Wcisnął twarz w zagłębienie jej szyi i ciężko oddychał. Nowe ujęcie pokazało tę samą dziewczynę, gdy siedziała oparta o drzwi pomieszczenia; jej głowa zwisała bezwładnie, a jasne włosy opadały na twarz. W kadrze pojawiły się dłonie w roboczych rękawicach, które zarzuciły na szyję dziewczyny pętlę ze sznura. Następne ujęcie pokazało zgarbione plecy nastolatki, jej ręce przyciśnięte do szyi, a później bezwładnie opadające na uda, i stopy, które jeszcze przez chwilę wyginały się w śmiertelnym tańcu, by wkrótce znieruchomieć. Obraz zniknął, a jego miejsce zajęło czarne tło.

Tomczyk odsunął laptop i przeniósł spojrzenie na Agatę, która siedziała bez ruchu, wpatrzona w monitor. Z jej pobladłej twarzy nie ustępował wyraz niedowierzania.

– Mamy do czynienia z niezłym psycholem – wykrztusiła policjantka po długiej chwili milczenia i pogłaskała Borysa, który leżał zwinięty na jej kolanach. – A raczej z psycholami. Jeden zgwałcił i zabił, a drugi nakręcił. Albo robili to na zmianę. Rany boskie! – Odgarnęła włosy z szyi i wciągnęła powietrze do płuc. – Zaczynam wierzyć, że karma wraca. – Wzięła kota na ręce i zaczęła spacerować po pokoju.

– Co masz na myśli? – spytał Tomczyk.

– Nic ci nie mówi nazwisko sędziego, prawda? – Agata znieruchomiała przy oknie.

– Mówiłaś, że wpakował cię do aresztu. Jest coś jeszcze?

– Tak. – Górska uwolniła z objęć wiercącego się kota, który od razu wskoczył na kanapę i umościł się na poduszce. – Na początku nie skojarzyłam, gdy mi opowiadałeś przez telefon, ale teraz, kiedy obejrzałam nagranie, coś mi się przypomniało. Nie będzie łatwo. Jak pismaki to wywęszą, będzie medialna sensacja.

Sławek zmarszczył brwi.

– Mała podpowiedź?

– Wydział karny.

– To wiem.

– To było tuż przed tym, gdy zostałam przeniesiona i zaczęliśmy razem pracować. Dwa lata temu, głośna sprawa; nie prowadziłam jej, ponieważ byłam już na wylocie, kończyłam to, co zaczęłam, albo przekazywałam następcy. Jednak zapamiętałam zdarzenie, ponieważ sprawa wywołała medialny szum.

– Chodziło o gwałt?

– Tak, chłopak zgwałcił dziewczynę na imprezie, ale nie sam gwałt zbulwersował opinię publiczną, tylko to, co zdarzyło się później. Mimo dowodów przedstawionych przez prokuraturę, sędzia Skowroński dał sprawcy zawiasy. Ofiara trafiła do psychiatryka i najpierw nałykała się tabletek, a gdy ją odratowali, za jakiś czas podjęła drugą próbę samobójczą. Tym razem udaną.

– Powiesiła się – powiedział Tomczyk. – Już kojarzę.

– No właśnie. Było dużo szumu, na łamy prasy wrócił temat karania sprawców gwałtów, wypowiadały się organizacje feministyczne, przed sądem urządzano pikiety, w internecie wrzało. Na Skowrońskim nie pozostawiono suchej nitki; internauci wieszali na nim psy i bez ogródek życzyli mu wszystkiego najgorszego, z czego smażenie się w ogniu piekielnym było jedną z najlżejszych opcji. Później sprawa przycichła, ale wróciła, gdy Makowska, wiesz, ta reporterka, naczelna „Kobiecej Przestrzeni”…

– To jakaś gazeta?

– Ilustrowany miesięcznik dla kobiet, taki z wyższej półki; reportaże, dział kultury, podróże, moda. Paweł Lipiec będzie robił dla nich sesję, Justyna mi mówiła, gdy wracałyśmy. Zaproponował jej współpracę przy projekcie, na miejsce kogoś, kto złamał nogę, czy coś. – Agata wróciła do stołu, zajrzała do kubka z herbatą i dopiła resztę zimnego już napoju. – Dlatego Justyna zostaje dłużej w Polsce, co mnie bardzo cieszy. Ale wracając do Makowskiej…

– No właśnie – zreflektował się Tomczyk. – Odbiegliśmy od tematu.

– Jakiś czas po rozprawie, gdy społeczeństwo żyło już innymi sprawami, dziennikarka napisała obszerny artykuł na temat karania sprawców gwałtów w Polsce. Wspomniała w nim o zdarzeniach, które najbardziej poruszyły opinię publiczną i między innymi…

– …przypomniała sprawę, która trafiła do sędziego Skowrońskiego – dokończył Sławek i spojrzał na Borysa, który opuścił kanapę i zaczął się kręcić przy krześle, przymierzając się do skoku. – Chodź. – Tomczyk klepnął się zachęcająco w udo i po chwili kot już leżał zwinięty na jego kolanach.

– Tak – potwierdziła Agata. – A później wydała zbiór reportaży, który był mocno reklamowany w mediach.

– Czytałaś?

– Nie, ale wiem, o co chodzi. Zdaje się, że w tej książce jest również reportaż o zgwałconej dziewczynie.

– Skąd to wszystko wiesz? – spytał Sławek i chwilę później zdał sobie sprawę, że Agata, mimo że rozliczyła się ze swoją przeszłością, zawsze będzie wyczulona na sprawy dotyczące przemocy seksualnej.

– Wiem i już. I szlag mnie trafia za każdym razem, gdy słyszę podobną historię.

– Uważasz, że tamta sprawa i zaginięcie Jagody Skowrońskiej plus nagranie są powiązane?

– Nie wiem. – Górska wzruszyła ramionami. – Ale myślę, że trzeba się będzie temu przyjrzeć. Treść filmu raczej nieprzypadkowo nawiązuje do tragedii tamtej dziewczyny.

ROZDZIAŁ 2

Sędzia Włodzimierz Skowroński zaprosił policjantów do salonu, usiadł sztywno obok żony na skórzanej, kremowej kanapie, a przybyłym wskazał fotele stojące naprzeciwko, po drugiej stronie ławy ze szklanym blatem. Mężczyzna sprawiał wrażenie opanowanego, ale napięte mięśnie twarzy i drżenie szczęki zdradzały trud, z jakim przychodziło mu zachowanie spokoju. Kobieta walczyła z płaczem, a gdy przegrywała kolejną bitwę, po jej policzkach spływały duże krople łez, do których przykładała pogniecioną chusteczkę.

Tomczyk wymienił spojrzenia z Agatą, a następnie zawiesił wzrok na twarzy Skowrońskiego, jednak zanim zdążył zadać pierwsze pytanie, sędzia go ubiegł.

– Podinspektor Wolski zapewnił mnie, że jesteście jego najlepszymi ludźmi – rzucił, nadając głosowi wyniosły ton, jakby chciał ukryć za jego fasadą bezsilność, którą zapewne czuł w obliczu tragedii rozgrywającej się w jego rodzinie. Być może pierwszy raz w życiu Skowroński nie miał wpływu na przebieg zdarzeń, nie mógł niczego nakazać, orzec i zasądzić. Nie mógł wydać wyroku. Mógł jedynie zaufać policjantom, którzy siedzieli naprzeciwko, albo przynajmniej pogodzić się z tym, że może tylko czekać. Tomczyk, obserwując sędziego, zastanawiał się, jakie to uczucie: mieć wielokrotnie w rękach cudzy los, decydować o nim, oceniać ciężar ludzkich uczynków, wierzyć w swoją nieomylność i sprawiedliwość, a teraz odczuwać niemoc i brak wpływu. Pomyślał też o tym, czego dowiedział się od Agaty – że to sędzia Skowroński wydał postanowienie o jej tymczasowym aresztowaniu, nie zadając sobie wcześniej trudu, żeby dokładnie zapoznać się ze sprawą. Sławek wielokrotnie bywał w sądach i wiedział, że adepci Temidy bywali nieprzygotowani do posiedzeń w sprawie zastosowania środka zapobiegawczego, co skutkowało nieuzasadnionym zamknięciem delikwenta za kratkami na podstawie wątpliwej wartości poszlak lub przeciwnie – zgodą, by gwałciciel lub damski bokser odpowiadał z wolnej stopy. Pod wpływem refleksji Tomczyk poczuł niechęć do sędziego, który siedział naprzeciwko i wbijał w niego surowe spojrzenie, więc otrząsnął się z zamyślenia i przywołał sam siebie do porządku; musiał odłożyć uczucia na bok i zrobić wszystko, żeby wyjaśnić, co się stało z córką Skowrońskich. I znaleźć jej ciało. Sławek wiedział od podinspektora Wolskiego, że poszukiwania zostały zakrojone na szeroką skalę i nie robił sobie złudzeń, że odnajdą Jagodę żywą.

– Panie sędzio… – Tomczyk postanowił nie odpowiadać na rzucony wcześniej przez Skowrońskiego komentarz. – Proszę nam powiedzieć, kiedy córka wyjechała, dokąd i z kim.

– Już raz to mówiłem – odparł sędzia. – Ktoś od was z nami rozmawiał, nie przekazujecie sobie informacji?

– Przekazujemy – powiedział spokojnie komisarz. – Ponieważ jednak przydzielono nam to śledztwo, chcielibyśmy wszystko usłyszeć od państwa, a nie opierać się na zredagowanej notatce. Chyba zależy panu na jak najszybszym wyjaśnieniu, co się stało z córką, prawda?

Skowroński zacisnął usta.

– Żona wie dokładnie, bardziej się orientuje w sprawach Jagody – odpowiedział po chwili milczenia. – Halinko? – zwrócił się do żony. – Proszę cię, nie płacz teraz, to w niczym nie pomaga.

Tomczyk przeniósł spojrzenie na siedzącą obok sędziego kobietę.

– Tydzień temu Jagoda pojechała do Gdyni ze swoją przyjaciółką, chłopakiem i jeszcze kilkoma osobami. – Z gardła Skowrońskiej wydobyło się bolesne westchnienie. – Sami dobrzy znajomi, ze szkoły.

– Którego dnia?

– W czwartek, dwudziestego sierpnia. Przez pierwsze dni kontaktowała się regularnie, przysyłała esemesy, zdjęcia.

– Kiedy ostatni raz dostała pani wiadomość od córki?

– Nie wiem. – Skowrońska przycisnęła chusteczkę do ust. – Muszę sprawdzić. – Wzięła ze stolika aparat i przeszukała jego zawartość. – Trzy dni temu, w poniedziałek, proszę. – Podała Sławkowi telefon z wyświetlonym esemesem. – Zdjęcie zrobione na molo w Gdyni-Orłowie. – A wczoraj rano ktoś… – Zaczęła płakać. – Ktoś przysłał Włodkowi tamten film. Boże, ja tego nie wytrzymam! Ktoś zgwałcił i zamordował moje dziecko!

Sędzia objął żonę, a później zaczął gładzić jej plecy uspokajającym gestem.

– Czy córka ostatnio zachowywała się inaczej niż zwykle? Może miała jakieś kłopoty? Zawarła nową znajomość? Czegoś się bała? – spytała Górska.

– Nie, raczej nie – odpowiedziała Halina, a jej ciałem ponownie wstrząsnął szloch. – Wszystko było jak zwykle.

– A jej przyjaciółka? Jak się nazwa?

– Monika Lisiecka. Dzwoniliśmy wczoraj do niej, od razu po obejrzeniu filmiku, ale też miała wyłączony telefon.

– A chłopak?

– Do niego nie dzwoniliśmy, bo nie mamy numeru.

– Jak się nazywa? – spytał Tomczyk. – Chłopak Jagody?

– Robert Olędzki.

– Kiedy córka miała wrócić z Gdyni?

– W niedzielę, trzydziestego sierpnia.

– Chcielibyśmy przeszukać pokój Jagody. – Sławek wstał, a wraz z nim podniosła się Agata. – Panie sędzio?

– Oczywiście, proszę. Żona zaprowadzi państwa.

Pokój dziewczyny, wypełniony sosnowymi meblami, zalewało słoneczne światło, przenikające bez przeszkód przez niczym nieosłoniętą szybę. Tomczyk zmrużył oczy i pomyślał, że gdy się mieszka na szesnastym piętrze z widokiem na miasto, nie ma powodu, żeby zasłaniać okno nawet w nocy. On też by nie zasłaniał; siedzieliby z Agatą na fotelach i patrzyli w rozgwieżdżone niebo lub podziwiali wieczorną panoramę Warszawy, rozjaśnioną światłami latarni, neonów i samochodowych reflektorów. Sławek, lustrując wnętrze dziewczęcego pokoju, otworzył się na napływ wrażeń i odczuć. Na biurku, które stało przodem do okna, tak aby siedząc przy nim można było podziwiać widok za oknem, leżał zamknięty laptop. Wzdłuż jednej z prostopadłych ścian stał szeroki tapczan, na którym siedział pluszowy misiek, ubrany w kraciastą koszulę i spodnie na szelkach; drugą ścianę zasłaniał regał wypełniony książkami. Halina Skowrońska podeszła do okna i opuściła do połowy żaluzje.

– Strasznie tu gorąco – powiedziała, wycierając nos. – Zostawiam państwa. Jakby coś było trzeba, proszę wołać.

– Miałam wrażenie, jakby odgrodzili się od nas grubą ścianą – stwierdziła Agata, gdy kobieta opuściła pokój. – Czy to możliwe, że rodzice nic nie wiedzą o swoim dziecku, a o przyjaciołach jedynie to, jakie mają imiona i nazwiska? Czuję, że coś tutaj bardzo, bardzo nie gra, tylko jeszcze nie wiem, co.

– Zdaje się, że czeka nas wycieczka do Gdyni – powiedział Sławek i zaczął odsuwać po kolei szuflady biurka. – Co prawda ktoś już rozmawiał z przyjaciółmi Jagody, w aktach jest notatka, ale wolę ich sam przesłuchać.

– Ja też o tym pomyślałam. – Agata otworzyła szafę nastolatki i przystąpiła do przeglądania garderoby. – Chryste, na co jej tyle ciuchów? – zdziwiła się, przesuwając wieszaki z sukienkami i bluzkami. – Naprawdę nastolatki potrzebują tyle szmatek? – spytała, odsuwając na bok stos równo złożonych spodni.

– Nie masz pojęcia, ile rzeczy jest w szafie Kingi – powiedział Tomczyk, wspominając najmłodszą siostrę, która jeszcze mieszkała z rodzicami. – Kiedyś matka zajrzała tam przez przypadek i o mało nie zemdlała. A Kinga, jak to Kinga, odwróciła kota ogonem i zrobiła scenę, że rodzice odbierają jej prawo do prywatności. Ojciec zaprotestował przeciwko takiej generalizacji i wybuchła kosmiczna awantura. Oczywiście, jak się domyślasz, każdy później przedstawił swoją wersję wydarzeń. – Sławek posłał Agacie uśmiech i kontynuował przeszukiwanie biurka, wyjmował zeszyty i podręczniki, kartkował notatki.

Górska zajrzała do wnętrza komody, w której znalazła bieliznę, rajstopy, szaliki i czapki. – Wystarczyłoby na rok dla kilku dziewczyn – stwierdziła. – Masz coś?

Tomczyk podszedł do regału z książkami i zaczął przesuwać palcami po grzbietach.

– Reporterka, o której mówiłaś, Makowska?

– Tak.

– Jagoda jest… była… – zaczął i zaklął. – Nie wiem, jak o niej mówić – zdał sobie sprawę. – Dopóki nie ma ciała, zawsze jest nadzieja, ale w tym przypadku obawiam się, że szukamy zwłok. Dziewczyna była fanką tej dziennikarki – powiedział i zdjął z półki dwie książki. – Zobacz.

– Emilii Makowskiej?

– Tak. Ma zbiory jej reportaży. Wyglądają na czytane wielokrotnie. – Sławek przekartkował jedną z książek, pokazując zagięte rogi, plamę po rozlanym napoju, podkreślenia. Zerknął na krótki biogram autorki i czarno-białą fotografię kobiety w dużych, przeciwsłonecznych okularach. Dziennikarka wydała mu się znajoma i przez chwilę rozważał, skąd takie skojarzenie.

– Daj mi tę w granatowej okładce – poprosiła Agata i usiadła z egzemplarzem na tapczanie.

Tomczyk uruchomił laptop Jagody i spojrzał na partnerkę.

– Szukasz czegoś konkretnego?

– Tak. I już znalazłam, zobacz. To jest książka, o której ci mówiłam, i jest reportaż, ten o gwałcicielu, którego Skowroński wypuścił.

Tomczyk wziął książkę, przeczytał początek tekstu i odłożył na bok.

– Pożyczę od nich i przeczytam w pociągu.

– W pociągu?

– Tak, będzie szybciej niż samochodem. W razie czego auto pożyczymy od naszych na miejscu.

– Kiedy jedziemy?

– Jak się da, jeszcze dziś – odparł po chwili namysłu i powiódł wzrokiem po otoczeniu. – Nic tutaj nie ma. Nie wydaje ci się, że ten pokój jest dziwny?

– Dziwny?