Przypomniałam sobie - Marta Wyka - ebook + książka

Przypomniałam sobie ebook

Marta Wyka

4,0

Opis

Marta Wyka, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, córka Kazimierza Wyki, autorka dwóch książek autobiograficznych, kontynuuje cykl wspomnień w książce zatytułowanej Przypomniałam sobie.

Na kartach książki powracają jej koleżanki i koledzy ze studiów, odwiedzamy miejsca, które dla autorki były ważne i z którymi związała swe życie, takie jak  krakowski Gołębnik, czyli siedziba Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego albo słynny Dom na Krupniczej, który nadal skrywa wiele tajemnic. Marta Wyka wspomina, a jednocześnie bawi się, naśladując styl znanych pisarzy i poetów: w wielu momentach uważny czytelników odkryje frazy jakby wyjęte a to z Iwaszkiewicza, a to z Szymborskiej, Miłosza, Lipskiej, czy Różewicza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 145

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (2 oceny)
1
0
1
0
0

Popularność




© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2015 Na okładce wykorzystano fotografie z archiwum rodzinnego autorki Zdjęcia — jeśli nie podano inaczej — pochodzą z archiwum autorki OPRACOWANIE GRAFICZNE: Marek Pawłowski REDAKTOR PROWADZĄCY: Barbara Górska REDAKCJA: Anna Rudnicka KOREKTA: Etelka Kamocki, Krzysztof LisowskiWydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05802-2 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Biuro zaginionych rzeczy

Chyba takich biur już nie ma. Były to — niegdyś — miejsca bardzo ciekawe. Rzeczy zagubione i odnalezione czekały w nich na swoich właścicieli. Nie tylko na dworcach. Walizka, o której ktoś zapomniał, to był element naturalny, poniekąd wyposażenie wagonu, peronu i dalekiej przestrzeni, jaką otwierały tory kolejowe. Ale jak zrozumieć całą zapomnianą resztę? Parasolki, rękawiczki, szale, marynarki i wdzianka, nawet buty — to mieściło się w normie zagubienia. Ale sztuczne szczęki? Protezy różnego przeznaczenia? Tajemnicze pakunki, które po rozpakowaniu okazywały się wypełnione zmiętym papierem? Czy właściciele rozstawali się z nimi z roztargnienia, czy z braku uczucia? Czy odbierali je kiedykolwiek?

Podobnie jak biura zaginionych rzeczy istnieją domy pisarzy. Ich właściciele odeszli, pozostały przedmioty, którym trzeba nadać inne życie. W uporządkowanych krajach stają się one pięknymi krajobrazami ducha, obrazami przeszłości estetycznej, nie ma w nich chaosu, niestartego kurzu i połamanych mebli. Jeśli właściciel był majestatyczny — i one są majestatyczne. Hieratyczne jest mieszkanie Victora Hugo przy Place des Vosges w Paryżu, gdzie pisarz sam zaprojektował dębowe meble. Portrety, medale, dowody chwały. Niewielki domek Balzaca w XVI dzielnicy, dziś otoczony wysokimi blokami nowej zabudowy, przeczy jakby ogromowi jego pisarskiego świata. Skrzypiące podłogi, niskie sufity, potężny stół, żadnej przestrzeni, ale jedna porywająca ściana, na której, w formie małych obrazków, kłębi się nieprzebrany tłum osób: to rejestr Balzakowskich postaci. Szkoda, że nikt nie sporządził takiego dossier dla Lalki Bolesława Prusa!

Piękna Francja modeluje nastrojowe rezydencje malarzy i poetów. Jak choćby tę, w oszałamiającej czerwieni maków, należącą do Claude’a Moneta. Wspaniały ogród, który do niej przylega, wielokrotnie był malowany, w sąsiedztwie domu inne pracownie, inni malarze, którzy też chcą malować maki, choć tych namalowanych po raz pierwszy nigdy już nie da się podrobić. Miasteczko to wielki zbiór pastiszów, czasem parodii, czasem nieśmiałych komentarzy. Jak się żyje w takiej dekoracji? Nie wiedziałam, jak i kogo o to zapytać. Piekarza, który nie maluje, rzeźnika, który nie ma ogrodu z makami?

Ale największe wrażenie zrobił na mnie dom Louisa Aragona i Elsy Triolet. Przerobiony został z młyna (koło młyńskie wciąż się obraca i napędza wodę), otoczony wilgotnym parkiem, w którego szuwarach i liliach wodnych śpiewają nieustannie żaby, w środku wypełniony książkami, pamiątkami z podróży, dedykacjami i obrazami wszystkich wybitnych przyjaciół, zdjęciami właścicieli — upozowanymi, pełnymi nastroju i godności, żadnych czynności przyziemnych. Różowy sedes w damskiej łazience. Miedziana kuchnia ma przywodzić na myśl słońce. Elsa Triolet w misternej siatce podtrzymującej kunsztowną fryzurę. Burzliwe życie tej pary, choć się o nim wie, ustąpiło miejsca harmonijnym wnętrzom — nie wolno ich fotografować, zostaje tylko okruch, estetyczne wspomnienie. Nieliczne pocztówki to napisany już formularz personalny, który nie pozwala się poprawiać, wszystko zastygło w bezruchu. Dlatego nie poznamy biograficznej prawdy o Triolet i Aragonie, bo mogłaby ona zdekonstruować tę piękną formę. Ja też o niej tutaj nie napiszę, choć ją znam.

Podmokły park przecinają małe mostki, wspinamy się nieco pod górę, towarzyszą nam głosy żab, dochodzimy wreszcie do płyty nagrobnej z marmuru. Tutaj leżą oboje. Zbliżamy się i nagle rozlega się nostalgiczna wiolonczela — Rostropowicz po raz kolejny ogłasza żałobę po pięknej parze. Bardzo to dziwne, ta precyzja przygotowania. Anielskość tego spektaklu trwa od wielu lat. Nikt, jak dotąd, nie zniszczył ukrytego w listowiu głośnika, przyzywającego zwiedzających — dom to czy świątynia, czy muzeum, czy mieszkanie, czy scena z życia artystów XX wieku?

Materialność życia trudno odtworzyć, pisząc o domach i mieszkaniach, ale da się to uczynić. Francuskie domy artystów ukazują muzealny kunszt, znakomicie porządkujący to, co niegdyś było życiem, często chaotycznym. Ale ja piszę w tej książeczce o ludziach czasów lokatorskich. O miejscach naznaczonych przede wszystkim ich osobowością, pozbawioną, że tak powiem, własności. Tam, gdzie toczyło się ich życie, nie ma ani jednego materialnego śladu. Czasem jakiś sygnał, niezbyt jasny. Przypadkowy mebel, pojedyncza filiżanka z porcelany. Resztki serwisu. Chroniczny brak kompletu. Co z tego wynika — przeczytajmy, zobaczmy.

Dwa portrety

Janina Katz — niezmienione nazwisko

Przypomniałam sobie nagle, bez wyraźnego powodu, śmiech Janki. Usłyszałam go pierwszy raz na Gołębiej, na samym początku naszych wspólnych studiów, w starym, podniszczonym budynku. Na wykładzie, w ciemnej sali (22, a może 16), siedzimy na twardych ławkach jak w szkole. I nagle ponad głos wykładającego (o literaturze dwudziestolecia?) unosi się dźwięk osobliwy, wysoki ton, który wytrąca nas z obowiązkowego skupienia, oglądamy się za siebie i na boki, a głos trwa, pełen radości z tego czegoś, co go uruchomiło, więc reszta też ma ochotę zachichotać cichutko, solidarnie, ale nie bardzo wypada. A Janka dalej się śmieje, wciśnięta w któryś rząd ławek, już znana, choć do niedawna jeszcze nieznana, bo kto to widział, śmiać się na wykładzie!?

Janka jest dziewczyną uderzającej urody, czarne loki i błękitne oczy, wyrazisty nos, papieros w ustach (zaczynamy palić, my, wyzwolone dziewczyny). Janka Katz nosi dumnie swoje nazwisko, które, jak będzie potem mówić z chichotem, pozostało niezmienione. Mama Janki, którą córka nazywała Lolą, jest postawną kobietą, nie pamiętam już, czy Janka była do matki podobna, ale na pewno matka zawsze była blisko niej, kiedy znów się połączyły.

Lola zmarła w Kopenhadze, wyszła kupić wino do wspólnej kolacji z córką, gdy przyjechała do niej z Wiednia. Upadła na ulicy i odeszła, po prostu. Janka była już wtedy pisarką duńską. Nauczyła się pisać po duńsku, gdy miała pięćdziesiąt lat. Janko, dlaczego po duńsku? — próbuje dociec znajomy z tamtych lat. A wiesz, bo te słowa tak mnie zaczęły osaczać, że musiałam je wykorzystać, coś z nimi zrobić — odpowiada Janka. Przeżyła więc iluminację, a może doświadczyła epifanii. Kadisz po swojej matce napisała po duńsku, hebrajskiego nigdy się nie nauczyła, choć próbowała.

Te słowa i całe zdania, o których Janka mówiła, miały, jak myślę, swój historyczny początek. Zaczęły się u niej pojawiać na języku i w piśmie, i w powietrzu, gdy, już dorośli, stanęliśmy twarzą w twarz z rokiem 1968. Potem impulsy różnicowały się, wydobywały z głębi różnych gardeł — ale nie można już było udawać, że ich nie ma.

Nie od początku opowiadała polskie historie po duńsku. Najpierw była krytyczką literacką, tłumaczką poezji, a także inwentaryzowała książki w Duńskiej Bibliotece Królewskiej. Zaczęła pracę jako asystentka na polonistyce — więc, jak widać, języki ją atakowały od początku i współzawodniczyły ze sobą. Ale to już prawie koniec tej historii, dlatego trzeba się cofnąć w czasie, prosta i w miarę krótka fabuła nie godzi się bowiem z rozgałęzionym w różnych kierunkach życiem Janki. To, co Janka napisała po duńsku, wydaje się przejrzyste, proste, poukładane w ciągi zdarzeń, często oczywiście dramatycznych, ale jakby już samej sobie przez autorkę wyjaśnionych.

Gdyby nie literatura i książki, Janka pozostałaby świadkiem Zagłady, weszłaby do jakiegoś dokumentu, do przypisu historyka petitem na końcu strony. Czy to za mało? Ale ona postanowiła być pisarką i poetką, więc zaczęła ją unosić wyobraźnia, z każdego faktu wychylała macki literacka fabuła, każdy fakt zachęcał fabułę, żeby wyszła z ukrycia. Janka zajmowała pokój z wielką szafą szczelnie wypełnioną opowieściami i nie były to tylko słowa, jak sądziła, lecz wydarzenia, osoby, którym trzeba było zmienić nazwiska, miasta rozpoznane, a właściwie zawsze to jedno miasto. Literackie zabiegi nie zdołały stłumić wielkiej nostalgii wprawiającej w ruch tę makietę przeszłości. Janka co prawda starannie podmieniała szczegóły, ale oryginał był wciąż rozpoznawalny. Dlatego tak naprawdę udało się jej tylko z nazwiskiem.

Próbujemy wspólnie śmiać się na Gołębiej, choć czasy (co się nam potem wypomni) nie są bynajmniej wesołe. Wiedza polonistyczna, którą staramy się zdobyć, nie jest wówczas nazbyt rozległa. Niewiele godzin, korytarze raczej puste, parę przedmiotów, dość oczywistych, i parę bardzo wyrazistych osób. Ostatnie wykłady Juliusza Kleinera, ostatnie wykłady Romana Ingardena. Pasjonujące wykłady Wyki, pełne przypisów wykłady Markiewicza. Energetyczna polonistyka dopiero ma się narodzić: czasy Jana Błońskiego jeszcze nie nadeszły. Czy ta polonistyka może być ciekawa dla dzieci wojny, dzieci Holocaustu, dla dzieci w ogóle? Dopiero przecież wychodzimy z dziecięctwa i lat gimnazjalnych, mocno ferdydurkicznych, bo styl przetrwał wojnę, i wciąż uczymy się „dlaczego mamy kochać Żeromskiego i Prusa”, streszczamy wielkie powieści, ziewamy nad małymi nowelkami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki