Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Tarczynie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 251
Rok wydania: 2007
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Przypadek
albo przeznaczenie
HALINA MARTIN
„Dorota”
Przypadek
albo przeznaczenie
Londyn - Warszawa 2007
Copyright © Halina Martin
Wydanie I
Warszawa 2007
Projekt okładki: Piotr Kulisiewicz
Redakcja: Małgorzata Sikorska-Miszczuk
WYDAWNICTWO TOMIKO
ul. Za Łąkami 3 m 128
02-798 Warszawa, Polska/Poland/Polen
tek: +(48 22) 648 33 79
fax: +(48 22) 406 84 55
e-mail: [email protected]
ISBN 978-83-917007-3-0
Wiktor Przedpełski 1891 - 1941
Książkętę dedykuję Wiktorowi Przedpełskiemu - mojemu wychowawcy i przyjacielowi, od którego wszystko się zaczęło
Halina Martin
Tam, gdzie obecnie na rogu Priory Lanc i Upper Richmond Road stoją bloki mieszkaniowe, w końcu lat czterdziestych był otwarty basen pływacki, należący do ekskluzywnego Golf Club. Ekskluzywność klubu polegała przede wszystkim na tym, że bez poparcia długoletnich członków należeć do niego nie mogli cudzoziemcy.
Basen był duży, świetnie utrzymany, ale deska trampoliny - krótka i niska - nic dawała dostatecznego odbicia. Kobieta spróbowała sprężystości trampoliny i lekko wskoczyła do wody. Parę metrów dalej wypłynęła, by zaczerpnąć powietrza. Twarzą w twarz spotkała się z nieznanym jej mężczyzną. Po ruchu jego warg zgadywała, że mówi. Chcąc słyszeć słowa, ściągnęła z głowy ciasno do uszu przylegający czepek. Starała się skoncentrować na ciągle jeszcze obcej jej angielszczyźnie.
- Pani nazwisko Martin?
To proste pytanie zabrzmiało znajomym tonem. Zadawali je gestapowcy, enkawudyści, ludzie z bezpieki, a nawet członkowie Sccret Service. Pytanie o nazwisko nie wywołało w niej strachu, ale i nie sprawiło radości.
- Tak się nazywam.
- Pani mnie nie pamięta? Naturalnie, widzę, że mnie pani nic poznaje. Jestem z firmy Wickers i przed wojną byłem w kontaktach handlowych z pani mężem. Byłem u was w domu, którego nigdy nic zapomnę. Ten dom...
Jak foka, bez rozprysku, zanurzyła się w wodzie nic chcąc słuchać wspomnień Anglika o tamtym domu wybudowanym przez Czecha, byłego dyrektora koncernu Karwina-Trzyniec.
Dom, o którym wspominał człowiek na środku basenu, należał do koncernu Karwina-Trzyniec. Mąż mój, Wiktor Martin, był dyrektorem handlowym przedsiębiorstwa. Dostarczali do Wielkiej Brytanii specjalną blachę do budowy czołgów.
Istotnie był to wspaniały, olbrzymi, dyrektorski dom, położony w przepięknym ogrodzie, schodzącym tarasami ku szumnej rzece Olzie, koło Trzyńca na Zaolziu, 5 mil od granicy z Czechosłowacją. Dom jak z filmu Hollywoodu. Dom, którego nigdy polubić nie umiałam. Zbyt duży, zbyt elegancki, zawsze pełen obcych ludzi businessu, trudny do prowadzenia dla pani domu i licznej służby. Na ogrzanie domu, szklarni i otwartego basenu potrzeba było dziesięć ton koksu miesięcznie.
Prawie codzienne przyjęcia wymagały dobrej organizacji, nakładu sił i myśli. Były dla mnie piekielnie nudne. Ale to było życie mojego męża, a ja wówczas jeszcze - posłuszną żoną. Czasem, gdy zaczynałam tracić cierpliwość, wskakiwałam za kierownicę mego sportowego Mercedesa i w towarzystwie psa wilka ruszałam w nieznane. Syciłam się widokiem górzystych przestrzeni, pięknem przyrody i niczym nie zmąconym spokojem.
Górskie, kręte drogi nie były przeszkodą. Kierownica mocnego wozu leżała dobrze w rękach. Pewnego dnia wzięłam ostry zakręt w boczną drogę, porytą koleinami wozów. Trochę była to wariacka jazda, droga wkrótce zamieniła się w drożynę i na jednym zakręcie o mały włos nie zostawiłam prawego, przedniego błotnika na małym, nieważnym słupku. Był to „słup graniczny”. Od niego droga gwałtownie szła ku górze. Szybka zmiana biegu, warkot obciążonego motoru i nagle otwarta przestrzeń górskiej łąki na szczycie góry Kozubowa.
Po lewej stronie stal mały, typowy kościółek góralski z cisowych bali. Po prawej - duże, solidne schronisko. Wszystko otoczone gęstym świerkowym lasem tworzyło amfiteatr z otwarciem na panoramiczny widok w głąb Słowacji. Przed schroniskiem, widać zwabiony warkotem motoru, stał duży chłop o chmurnej twarzy. Na przywitanie odpowiedział mało uprzejmie w góralskiej gwarze. Był tu gospodarzem i samotna kobieta w otwartym biało-czarnym samochodzie, w chustce na głowie, kretonowej kiecce i góralskich kierpcach nie mieściła się w granicach jego pojęć. Trzeba było kilku wizyt w tym uroczysku i wielu rozmów, zanim niechęć chłopa została przełamana. Pomógł w tym pies, wytresowany w szkole policyjnej, mocny, posłuszny i mądry. Gospodarz psa rozumiał lepiej, bardziej należał do jego świata.
Każdy wolny czas starałam się spędzać w „moim” uroczysku. Na skraju polany rozpalałam harcerskim zwyczajem małe ognisko z gałązek jałowca. Gospodarz wynosił chleb i plaster słoniny. Nasadzona na patyk wędziła się w pachnącym dymie. Tłuszcz kapał na pajdkę razowca, uronione krople skwierczały w ogniu. Dobrze było smakować ten chleb, ścierający z podniebienia gładkość domowych przysmaków. Dobrze było patrzyć na światła i cienie kładące się na zieleni traw kształtami pobudzającymi wyobraźnię.
W połowie lata mieliśmy pierwszą wizytę przy moim ogieńku. Ludzie w mundurach straży granicznej zaczęli wpadać na pogaduszki. Siadali na ziemi, na podkurczone kolana kładli w poprzek swe karabiny. O nic nie pytali. Palili mocną machorkę i opowiadali o swym życiu i pracy. Pracy trudnej wśród górzystego terenu pokrytego lasami. Pracy często niebezpiecznej, bo nic zawsze wychodziło na zdrowie zastąpienie drogi przemytnikom.
Gospodarz schroniska cieszył się, gdy odchodzili. Denerwowali go.
- Co pani tyle z nimi gada? Wie pani kto oni? Policjant zawsze zostanie policjantem.
- Ale...
- Żadne ale, uważać trzeba.
- Czy pan też zajmuje się szmuglem?
- Pańci interes? Niech no pani pilnuje własnego nosa.
Zbliżał się wczesny wieczór. Rozgrzany las pachniał żywicą, ale powietrze stawało się chłodne. W dolinie, po słowackiej stronie, zaczynały migać światełka jak rój świętojańskich robaczków. Czas było wracać.
- Niech pani uważa. Droga niebezpieczna.
Znam każdy kamień i przecież... - uniosłam dłoń ku niebu.
- Niech-no pani nic będzie taka pewna siebie.
Zima odcięła mnie od niewyjeżdżonych szlaków górskich. Dom nad Olzą stal mi się złotą klatką. Trzyletnia córeczka żyła w swoim świecie pod opieką dobrej niańki. Dziecko witało mnie radośnie. Przez czas jakiś bawiłyśmy się doskonale, ale wkrótce dziewczynka wydawała się zmęczona i jakby rada, gdy ją zostawiałam w spokoju. Sama siebie nazywałam „niedzielną matką”, gdy wzywana obowiązkami domowymi, wystrojona, wchodziłam pewnym krokiem pomiędzy gości. Gości o przeroście apetytów, gości którzy trochę za dużo pili, grali w brydża o trochę zbyt wysokie stawki i płytkimi słowami obsypywali mnie nadmierną ilością komplementów.
Wołałam okolicznych, prostych ludzi. Na targu w Trzyńcu słuchałam starej, pięknej polskiej mowy wyuczonej na Biblii księdza Wujka. Ładowałam pełne kosze zakupów, gwarzyłam i nikt mnie nie brał za tą, którą byłam w istocie: żoną dyrektora. Większe sprawunki załatwiałam w Katowicach, a alkohole sprowadzałam hurtowo z Warszawy.
Na małej stacyjce kolejowej w Trzyńcu odbierałam pewnego dnia skrzynie z winem. Dzień był mroźny, ale słoneczny. Słońce w górach grzeje mocno i robotnicy ładujący samochód dobrze byli spoceni.
- Przydałaby się butelczyna...
- Pewnie, że by się przydała - zgodziłam się bez wahania. W mig znalazła się siekierka. Deski skrzynki puściły. W metalowe, robotnicze kubki popłynął rubinowy płyn.
Siedzieliśmy na drewnianej platformie z nogami dyndającymi nad srebrzystymi szynami, rozkoszując się słońcem i mieszając hausty świeżego powietrza z haustami ostrego, czerwonego wina.
- Na zdrowie - uniosłam kubek ku górze.
- Na zdrowie panienko. Ale co będzie w domu? Co powie tam „stara” na brakujące butelki? Nie będziecie mieli kramu?
Nie mogli zrozumieć, co mnie tak cieszy i czemu tak głośno i serdecznie się śmieję.
Ta zima utkwiła mi dobrze w pamięci z dwóch powodów. Po pierwsze, wygrałam wyścig górski, jedyna kobieta wśród samych mężczyzn. Po drugie, w dwa tygodnie po tym urodziłam zdrową córeczkę. Bardzo starałam się karmić niemowlę własną piersią. Niestety. Dziecko wkrótce poszło pod opiekę niańki, bo w naszym życiu nic stało czasu na butelki, pieluszki i inne parafernalia macierzyństwa.
W marcu echo górskie przyniosło pod okna naszego domu ciężki huk artylerii. To osiemdziesiąty pułk, pod dowództwem gen. Prchala starał się powstrzymać najazd niemiecki na Słowację. Wieczorem działa zamilkły. Rozpoczął się exodus z podbitego kraju.
Był to czas, w którym motto „nie drażnić Niemców” panowało w polityce międzynarodowej. Niemcy żądali od Polski zawracania uchodźców od granicy. Pakt polsko-niemiecki oficjalnie nasz rząd obowiązywał. Ale - nieoficjalnie wydane były konspiracyjne zarządzenia niesienia pomocy. Jeszcze przed atakiem niemieckim, na skutek cichego porozumienia pomiędzy rządami Czechosłowacji i Polski, utworzono na naszych ziemiach obozy przejściowe dla ewentualnych uciekinierów. Dwa z nich były na Śląsku, jeden pod Krakowem. Czesi przekraczali granice na odcinkach mało mi znanych. Słowacy szli drogami górskimi, które znałam dobrze.
Nareszcie śniegi stopniały. Znowu siedziałam na klocku drzewa rozpalając z trudem mój ogieniek na polanie. Pies strzygi uszami nerwowo. Gdzieś w dole, w lesie, od czasu do czasu trzaskała gałązka, mącąc ciszę i wprowadzając niepokój. Człowiek ze schroniska kręcił się w pobliżu. Przystawał obok, pocierał brodę, namyślał się.
Celnicy mijali ognisko ze zdawkowymi znakami powitania. W chodzili i wychodzili ze schroniska, szeptali pomiędzy sobą. Nie wytrzymałam.
- Co u licha, panowie, stoję wam na drodze, czy co?
- Czy może nam pani pomóc? Może pani zabrać do miasta takiego, co to już parę dni na okazję czeka? - Do jakiego miasta?
- Katowice - proszę adresu nauczyć się na pamięć, trzymać w dyskrecji i nie gadać.
Brzmiało to jak rozkaz. Drogą dobrym wozem to około sześćdziesiąt kilometrów, niedaleko. Dla pieszego, idącego chyłkiem, omijając nocą posterunki policji, była to droga długa, męcząca i szarpiąca nerwy.
By nie narażać na kompromitację oficjalnego autorytetu, mężczyznę ułożyliśmy w samochodzie na podłodze za moimi plecami. Koc na wierzch, pies na tylnym siedzeniu.
Ta pierwsza i wiele innych następnych podobnych podróży przeszły bez przygód i przeszkód. Angażowałam się w pomoc uciekinierom coraz głębiej. Michał Grażyński, wojewoda śląski, udawał że nic nie wie. Mój mąż bez dyskusji ostrzegł przed prowokatorem:
- Uważaj. Dla bezpieczeństwa sprawiłem ci broń. Dobrze przylegał do ręki plaski, oksydowany colt. Ucieszyłam się. Dziękowałam i za broń, i za pozwolenie na moje wyprawy. Z bronią byłam obznajomiona od dziecka. Lubiłam broń. Umiałam się z nią obchodzić i wiedziałam, jak się nią posługiwać. A mimo to byłam jeszcze na tyle naiwna, że colta wsadziła do mojej ślicznej, czerwonej torebki. Miałam tam prawo jazdy, prawo na posiadanie broni i mały papierek podpisany przez samego wojewodę, który mi pozwalał na poruszanie się w pasie przygranicznym. Któregoś późnego popołudnia ruszyłam ku mojej granicy. Mijając Ligotkę Kameralną spostrzegłam jakiś niecodzienny ruch. Spieszno mi jednak było. Nagórskiej polanie czekali zdenerwowani ludzie.
- Nie zatrzymywali pani po drodze?
- Cholera naniosła nowego komendanta posterunku. Jakiś sukinsyn...
- Hitlerowski pachołek... Reszty nie da się powtórzyć bez obrazy uszu. Tylko jeden pasażer był do zabrania. Dla pewności, na koc zakrywający człowieka, narzucono naręcz paproci. Pies położył się na swoim miejscu. Zakręt drogi z gór wprowadzał wprost na rynek. W światłach reflektorów zobaczyłam nagle barykadę w poprzek uliczki i liczne, umundurowane, uzbrojone postacie. Zdążyłam jeszcze nakazać memu pasażerowi, by leżał bez ruchu. I już byłam przy nich i podniesiona dłoń kazała mi się zatrzymać.
- Światła przyćmić! A skądże to panienka jodzie? Prawo jazdy pokazać!
Nie należało do przyjemności słuchać rozkazów, wypowiadanych rubasznym głosem przez człowieka ukrywającego się w ciemności. Nic było jednak aż tak ciemno, bym nie widziała dłoni z pistoletem wymierzonym we mnie. Moja torebka leżała pomiędzy siedzeniami. Podałam. - Niech pan sam otworzy. Uprzedzam, jest tam nabity rewolwer.
Wolno, dokładnie przejrzeli dokumenty. W świetle ręcznej latarki po równali fotografię z moją twarzą. Głos z ciemności stracił odrobinę na ostrości.
- Pasażerowie są?
- Coś pan, wóz odkryty, nie widzi pan? Uwaga na psa, złe bydlę. Pies był tak tresowany, że położenie ręki na obroży kazało mu być gotowym do ataku. Nie było trudno sięgnąć ramieniem do tyłu, ponad ukrytym zbiegiem, i mocno uchwycić się psiego karku. W snopie światła latarkowego zabłysły kły i głuchy wark ostrzegał. Zwrócono mi torebkę z pełną zawartością. Usunięto barykadę i nawet życzono dobrej drogi. Dzięki Bogu memu pasażerowi dopisały nerwy. Od tego czasu pistolet nosiłam za wysoką skarpetą-podkolanówką, na prawej nodze, w miejscu łatwym do sięgnięcia. A w Katowicach zatelefonowałam „gdzie trzeba”. Następnym razem nie było w Ligotce Kameralnej posterunku i można było brać zakręt pod melodię grających opon. Droga znowu była otwarta.
Od strony Cieszyna droga do domu biegła przez tor kolejowy bez bariery, za którym był zakręt, od którego już tylko czterysta metrów dzieliło od bramy wjazdowej, zawsze zamkniętej. Pisk opon na zakręcie oznajmiał służbie czas na otwarcie tej bramy, wiedzieli, że „Pani Dyrektorowa” nadjeżdża. Nikt inny nie uprawiał takiej wariackiej jazdy.
Pełnym gazem wjechałam pod same drzwi domu. Rzuciłam klucze czekającemu szoferowi. Szofer i czarny amerykański Buick w podjeździe oznaczał, że mąż jest w domu. Biegłam po śliskich posadzkach koloru miodu z krzykiem.
- Wiktor, Wiktor, wojna!
Mąż wyszedł zza swego biurka. Chwycił mnie w ramiona i starał się uciszyć.
- Kochana, gdzie, jaka wojna? Uspokój się, nie wprowadzaj paniki.
Odsunął mnie na odległość ramienia i z troską przyglądał się rozczochranej głowie, podartej sukience i zgrzanej, opalonej w lipcowym słońcu twarzy. Przeszedł po puszystym perskim dywanie do barku stojącego przy ścianie i w kryształowej szklance podał złocisty płyn. Zakrztusiłam się pierwszym łykiem. Nic lubiłam whisky.
- Skąd ci przyszła do głowy wojna? Siadaj i spokojnie opowiadaj.
Z trudem porządkowałam w głowie zdarzenia dnia. Łatwo było powiedzieć „opowiadaj spokojnie”. Wiedziałam, że mój mąż nic lubi chaotycznego przedstawiania mu spraw i że liczy, że jego nauki dla młodej żony „nie poszły w las”. Zaczęłam wolno, opanowując podniecenie. Było tak. Po zakupach, na targu, spotkałam Jana wywiadowcę, który udawał włóczęgę. Był bezczelny i na swoje wyprawy wyjmował sztuczną szczękę, ubierał się w złachany garnitur zbyt na niego obszerny, pod którym łatwo było nosić duży, policyjny mauzer. W ręku kij, na głowie wyświechtana czapka, spod której wysuwały się kosmyki siwiejących włosów. Siwizna też chyba była sztuczna, bo człowiek ten był w pełni sil i potrafił poruszać się szybko i zręcznie.
Gdzie i w jakich okolicznościach stracił zęby było jego tajemnicą. Po znaliśmy się przypadkowo w czasie jednej z moich wypraw w nieznane. Było w nim coś niepokojącego, więc na wszelki wypadek sprawdziłam „gdzie trzeba” co to za jegomość. Opinia była dobra, a moje zainteresowanie widać doszło jakąś drogą do Jana, bo nic omijał żadnej okazji do rozmówek. Prawdopodobnie i on o mnie gdzieś zasięgał opinii.
Tego dnia, na targu, poprosił o jałmużnę, tak by wszyscy widzieli, że chce tylko wsparcia. W pomruku niby podziękowań podał mi miejsce, gdzie będzie na mnie czekał. Coś się działo po drugiej stronie granicy, koło Bogumina. Uważał, że warto mi to pokazać.
Przyjechałam punktualnie. Wylazł z krzaków, samochód radził zostawić z boku drogi na łączce. Szliśmy przez pachnące trawy, aż do opuszczonego gospodarskiego zabudowania, przylegającego do granicy. Ktoś miał tu zamiar budować studnię, ale się rozmyślił, pozostawiając rozrzucone betonowe kręgi do ocembrowania. Ledwie to zauważyłam, bo tamta strona granicy przykuła wzrok.
Poprzez górzysty teren szeroki pas wbitych głęboko pali kładł się falisto jak pełznący wąż. Cala lewa strona srebrzyła się nowym kolczastym drutem. Grupa ludzi spiesznie stukała młotkami. Zakładali kolczastą zaporę na słupy pod strażą uzbrojonych, umundurowanych Niemców. Wychudzeni, obdarci, z tej odległości mogliśmy widzieć bez trudu krew na ich dłoniach dartych drutem. Niemcy chodzili wzdłuż pracującej gromady, pokrzykiwali, stawali w rozkroku z bronią gotową do strzału.
I raptem ich krzyk stał się głośniejszy, biegli w kierunku człowieka zaplątanego w drut. Robota stanęła. Próbowali wykopać butami, wytłuc kolbami nieszczęśnika złapanego w pułapkę. Przykucnięci za niedoszłą cembrowiną studni z przerażeniem patrzyliśmy jak jeden z Niemców strzelił. Człowiek, jak topielec w srebrnej rzece, podniósł ręce ku górze i zawisł bezwładnie w przyklęku, głową prawic sięgając rozkopanej ziemi.
Niemcy zapędzali ludzi do pracy. I wtedy Jan sięgnął po swego mauzera. Leżąc płasko za betonowymi kręgami spokojnie celował. Wśród Niemców powstał popłoch. Padali szukając kryjówek za każdym wybrzuszeniem gruntu. Z grupy robotników wyskoczyło paru i klucząc jak ścigane zające, biegli ku polskiej granicy. Nie widzieliśmy ich za uskokiem wzgórza. Nie wiedzieliśmy, czy udało im się uciec. Przywarci do ziemi, kryliśmy głowy, bo któryś z odważniejszych Niemców pruł do nas z pistoletu automatycznego. Od mostu na szosie do Bogumina, gdzie była placówka polska, wystrzeliła rakieta. Wkrótce warkot motoru i odgłos biegnących kroków zabrzmiał w uszach jak najpiękniejsza muzyka. Po między nami i Niemcami stanął mur polskich mundurów.
Nie miałam okazji przyjrzenia się zakończeniu „konfliktu, granicznego”. Szarpnięta brutalnie szłam wśród gniewnych ludzi. Nie czułam nawet zapachu zdeptanych traw. Nie bardzo dochodziły do świadomości ostre pytania. Przed oczami miałam obraz tamtych ludzi, tamtego człowieka, wiszącego wśród drutów.
Odwieziono mnie na posterunek graniczny. Tam dopiero spostrzegłam, że Jana nie ma. Tam dopiero mogłam powiedzieć, że dokumenty zostawiłam w samochodzie, stojącym po drugiej stronie łąki. Zażądali kluczy od wozu. Niezręcznie sięgnęłam do kieszeni. Uniesiona spódnica i mój colt znalazł się w rękach mężczyzn. Sprawdzili magazynek. Był pełny.
- To nie pani strzelała?
- Nie zdążyłam. Czy udało się ludziom uciec?
- My tu zadajemy pytania. Co pani robi w pasie granicznym?
Widocznie odpowiedziałam coś głupiego, bo zaczęli się śmiać.
- Ma baba szczęście, że ją Niemiaszki nie ustrzelili - powiedział któryś. Na dworze usłyszałam motor mego samochodu. Przynieśli czerwoną torebkę z dokumentami. Przejrzeli, pokiwali głowami. Coś sobie zapisali.
- Musimy złożyć meldunek. Niechżesz pani będzie bardziej ostrożna.
Wzniosłam oczy ku sufitowi, znanym gestem, że Bóg na niebie...
- Niech pani nie będzie taka pewna siebie - dorzucił inny.
Skończyłam opowiadanie. Mąż patrzył na mnie zaniepokojonym wzrokiem.
- Sama się narażasz, mnie narażasz, władze narażasz. Wojny nic będzie. To wszystko, co Niemcy robią, jest na pokaz, na postrach. Zwykły szantaż, chcą byśmy ustąpili w sprawie Gdańska. Że też ty tego nic rozumiesz!
- Wiktorku, będzie wojna.
- Proszę, nic wprowadzaj paniki. Idź się przebrać, za chwilę będę
miał paru panów na brydża.
Halina Martin z córkami Barbarą i Krystyną,Warszawa ul. Ikara 5, 1939 r.
Wieczorem zatelefonowałam do matki do Warszawy. Nie zastałam. Musiałam dzwonić ponownie. Rodzice byli w majątku Pawłowice, leżą cym dwa kilometry od szosy radomskiej, czterdzieści pięć kilometrów od Warszawy, pomiędzy miasteczkami Tarczyn i Grójec.
- Mama, uważaj, Wiktor nic wie, że dzwonię. Proszę, bądź „stęsknioną babcią”. Zatelefonuj jutro. Zażądaj, żeby dzieci natychmiast przyjechały do ciebie. Do Pawłowic. Koniecznie! Nic zapomnij!
- Czy coś się stało? - przerwałam rozmowę bez odpowiedzi.
Wkrótce dzieci przewiozłam do Pawłowic. Były w bezpiecznym miejscu. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało.
Mobilizacja zabrała męża dwudziestego ósmego sierpnia. Czekał na rozkazy w Warszawie i spędzał czas na zbieraniu wiadomości wśród „sfer wyższych”. Telefonuje:
- WOJNY NIE BĘDZIE.
Pierwsza myśl „gadaj do lampy”. Druga - trzeba zwolnić służbę i rozesłać do domu, do rodzin. Pracownicy otrzymali kilkumiesięczną odprawę i rozjechali się do domów. Zostajc tylko pan Plichta, odpowiadający za paleniska w kotłowni. Jego dom tuż przy moście w Trzyńcu, blisko - w razie czego... Bo, że wojna wisi na włosku, każdy mieszkaniec Zaolzia czuje przez skórę.
Zostałam w pasie przygranicznym sama - 9 kilometrów od grani ce. W olbrzymim domu sama. Kufer Mercedesa wypełniony bańkami z benzyną. W czerwonej torbie paszport, dokumenty i biżuteria. Niewiele pieniędzy, tyle co zostało z gospodarstwa. Połączyłam się telefonicznie z Dyrekcją koncernu w Cieszynie. Prosiłam, żeby zawiadomili, jeśli będą jakieś zarządzenia ewakuacyjne. Solennie obiecali.
W nocy, o godzinie pierwszej z trzydziestego pierwszego sierpnia na pierwszy wrzesień, wyciągnął z łóżka ostry dzwonek u bramy. Przyszła delegacja robotników z Huty Trzyniec. Dwu starszych, a ci trzej młodsi to silne chłopaki. Do pakowania.
- Na stacji stoi pociąg ewakuacyjny. Czy możemy pomóc?
Nie chciałam im wierzyć. Przecież dano by mi znać, gdyby przyszedł taki rozkaz. Robotnicy przysięgali, że to prawda, że ludzie się pakują.
- Niech pani wyjeżdża. Każdy tutejszy Niemiec pokaże na panią palcem. Nie może pani ryzykować. Trzeba być ostrożną.
- Ostatnia wyjadę i pierwsza wrócę - jakżesz byłam naiwna.
Oddałam im na przechowanie mój śliczny strój śląski. Zbierali się do wyjścia. Ten starszy, bez nogi, rozejrzał się po domu.
- Sama? To ja tu zostaję. Niech pani idzie spać. Będę czuwał.
O piątej rano obudził. Po górach szedł huk dział i klekot karabinów maszynowych. Zaczęło się! Na wszelki wypadek czerwoną torbę na długim pasku przewiesiłam przez ramię. Wypiliśmy kawę przy stole kuchennym. Stary otarł wąsy, uściskał jak rodzoną córkę, położył znak krzyża na czole.
- Opiece boskiej polecam.
Pokuśtykał do swoich, zostawiając bramę otwartą. Pies kręcił się przy nodze. Koło jedenastej, przechodząc korytarzem pierwszego piętra, zerknęłam w okna. Przez tory kolejowe, zbliżając się do zakrętu, sunął wąż czołgów. Białe krzyże. Niemcy! Nie zdążyłam złapać palta z wiesza ka. Wskoczyłam do samochodu. Pies za mną. W bramę. Skręt w prawo, w stronę Trzyńca. Przede mną most. Żołnierze. Machają ramionami.
Chcą zatrzymać. Widzę otwarte usta w krzyku. Daję znak ręką, gram na klaksonie. Gaz do deski. Ludzie rozbiegają się przed samą maską wozu. Przelatuję most. Huk. Samochód zarzuca tyłem aż po rów. Oglądam się. Resztki mostu, jak na zwolnionym filmie, opadają ku ziemi. Sekundy dzieliły od śmierci. Wybieram boczną drogę na Cieszyn. Rynek, podjazd pod gmach dyrekcji koncernu. Ewakuowany. Tylko z szerokich schodów powoli zstępuje osobisty, zaufany sekretarz naczelnego dyrektora, Komorowskiego. Na ramieniu przepaska ze swastyką.
- Mam zaszczyt powitać panią dyrektorową z otwartą przyłbicą. Do samochodu podbiegła kobieta. „Niech pani jedzie na Andrychów. Niemcy wchodzą do Cieszyna. Niech Bóg prowadzi!” Andrychów był już pod bombami. W miasteczku pod ścianami domów, w poszukiwaniu schronienia, ci panowie co mieli ostrzec o ewentualnej ewakuacji. Trzęsą portkami, szczękają zębami. Kraków. Lotnisko bombardowane. Napoiłam psa pod studnią na placu obok Sukiennic. W drogę na Warszawę. Kolumny wojska. Uciekinierzy. Objazdy rowami, by uniknąć zatorów. Motor pracuje jak precyzyjny zegarek. O drugiej nad ranem zatrzymuję się koło drogi prowadzącej od głównej szosy do majątku rodziców. Właśnie poprzedniego dnia ukończono kładzenie nowej nawierzchni na tej bocznej drodze. Jeszcze stała bariera. O nią oparci pracownicy majątku. Przyglądają się fali uciekinierów od granicy.
- Pan i pani w domu - powiedzieli. Nie miałam przy sobie papieru. Wyjęłam z czerwonej torby niepotrzebną mi już przepustkę na pas przygraniczny. Na niej skrobię podanym mi ołówkiem: „Mama! Uciekłam Niemcom sprzed nosa. Straciłam wszystko, zostały mi tylko dzieci. Pilnuj je dla mnie. Jadę do Warszawy. Odezwę się jak tylko będę mogła”.
Ludzie kartkę przyobiecali doręczyć. Przywołałam psa obwąchujące go przydrożne kwiatki. Na małych miejskich światłach - zaciemnienie już obowiązywało - ostrożnie włączyłam się w nurt samochodów.
Jechałam do Warszawy w poszukiwaniu służby.
Znowu byłam w mojej Warszawie. Jechałam ciemnymi ulicami. Nie widać było koszy kwiatów na wygaszonych latarniach. Mimo nocy jezdnie szumiały motorami samochodów, a na chodnikach przechodnie starali omijać się w mroku. Bez wypadku dobrnęłam do mieszkania - „pied a terre”, które trzymaliśmy w stolicy. Mąż leżał w łóżku z książką w ręku. Wojsko odkomenderowało go do organizowania przemysłu wojennego w Centralnym Ośrodku Przemysłowym, niedawno powstałym w wid łach rzeki Wisły i Sanu. Na razie pracował w Warszawie.
- Już jesteś?! - ucieszył się, ale nuta zdziwienia brzmiała w jego głosie.
O świcie obudził nas głos syreny alarmowej. O schronie żadne z nas nie pomyślało. Wojna, należało się spieszyć. On do wyznaczonych zajęć, ja - w poszukiwaniu przydziału. Zajechałam pod Ministerstwo Lotnictwa. Na podjeździe stał wojskowy samochód postrzelany jak sito.
Bez trudu dostałam się do kapitana Ryla, adiutanta generała Rayskiego, dowódcy polskich sił lotniczych.
- Przydział? Naturalnie, że dostaniesz przydział. Chcesz latać nad liniami walk w charakterze reportera?
Zgodziłam się z radością. Niebo nie było mi obce. Byłam w pierwszej dziesiątce szybowników polskich, awionetkę pilotowałam niejedno krotnie. W prasie pracowałam, będąc sekretarką Generalnego Sekretarza Aeroklubu Rzeczpospolitej Polski. Przydział wydawał mi się znakomity.
- To zgłoś się za trzy dni.
Trzy dni! Nad miastem niemieckie samoloty. Na podjeździe samo chód pełen dziur. Nie podobała mi się trzydniowa zwłoka. Po kawalersku wjechałam w ruch uliczny. Wojnę znakowały jedynie ruchy wojskowych transportów, zwiększona ilość samochodów i chaotyczny ruch pieszy. Miasto było niezmienione. Do wojskowego Szefa Sanitariatu dostałam się bez czekania.
- Panie pułkowniku. Zgłaszam się na szofera sanitarki. Ale na front. Do pierwszych linii.
- Naturalnie dam ci przydział. Przyjdź za trzy dni.
Trzy dni, trzy dni, a nad miastem syreny huczą alarmem!
Trzeciego września 1939 roku Warszawę ogarnął szał radości. Anglia wypowiedziała wojnę Hitlerowi. Skąd się wzięło tyle brytyjskich chorągwi zawieszonych u bram domów i chorągiewek powiewających w rękach ludzi całujących się na ulicach? W Alejach Ujazdowskich pod gmachem Ambasady Brytyjskiej - tłumy wiwatujące, rozśpiewane, rozkrzyczane. Pełne nadziei, że teraz, zaraz, Hitler dostanie nauczkę. Nareszcie nic jesteśmy sami!
- Niech żyje Anglia!
- Niech żyje! - ryczał tłum.
Szeroka jezdnia zapchana ludźmi. Siedziałam za kierownicą zablokowanego ludźmi wozu. Obok mnie tatuś, którego wiozłam na jakieś ważne spotkanie. Zarzuciłam mu ręce na szyję.
- Tatuchnu, damy Niemcom bobu! Koniec z hitleryzmem.
- Nie bądź taka pewna, córuchno. Anglia nie jest przygotowana do wojny - oczy miał pełne smutku.
Stał na tle białej ściany pawłowickiego kancelaryjnego budynku. Bez czapki, bez pasa, bez broni. Przepocona bluza wojskowa wisiała luźno wokół drobnej postaci. Spod rozwichrzonej ciemnej czupryny patrzyły oczy jeszcze ciemniejsze. Ciemne nie tylko kolorem, ale i głębią czegoś, czego pojąć nic umiałam. Rozbrojony polski żołnierz.
- Uciekłem z niemieckiej niewoli. Niech mi pani da cywilne ubranie.
- Z niewoli? W ósmym dniu wojny? Bujasz!
Na tej polskiej wsi podwarszawskiej, w majątku rodziców, wojna wydawała mi się bardzo odległa. Samoloty na niebie, spieszące nad Warszawę z bombami, nie zwiastowały mi jeszcze bliskości kolumn niemieckich.
- Zdezerterowałeś! Chcesz resztę wojny w kryminale gnić? Jak ci nic wstyd? Co powie na to twoja matka?
Po twarzy chłopca stoczyła się Iza. Oparł się o ścianę jakby szukał podpory na cale życie.
- Głodny jestem, do matki daleko, a Niemcy blisko - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Bliżej niż się pani wydaje.
Wariat nie wariat, dezerter nie dezerter - zrobiło mi się go żal. Nakarmiony, w szarym swetrze brata i z pełnymi kieszeniami papierosów, od szedł w swoje strony. Zostałam sama z dziećmi, z rodziną przyjaciela męża, pana Tadeusza, który wczoraj przyjechał z Warszawy kruszonej bombami. Majątek był opuszczony przez mężczyzn. Nie było pracowników, nie było męża, nic było ojca. Tylko plątał się po domu pan Tadeusz, przypalając jednego papierosa od drugiego. Pan Tadeusz, rudy, brzydki, którego nie lubiłam, przyczepka do uroczej żony i dwóch córeczek trochę starszych od moich. Po południu zaczęły nadciągać uciekinierki z dziećmi. Dom był obszerny, mógł pomieścić wiele osób. Nikomu nic odmawiałam dachu nad głowa i miski strawy, choć ciągle jeszcze nic mogłam zrozumieć, skąd się te kobiety biorą. Uciekinierki! Już zapomniałam, że osiem dni temu sama uciekałam przed czołgami wroga. Ale to było tuż przy granicy. - Skąd te wasze obawy? Przed kim uciekacie? Dlaczego? Wieczorem, pod figurą Matki Boskiej, stojącej przy bramie wjazdowej, kobiety wiejskie zaniosły pieśń ku niebiosom. Dołączyły do nich uciekinierki. „Od powietrza, ognia i wojny zachowaj nas Pani” - śpiewały.
Nad Warszawą rosła łuna pożogi. Niebo w purpurze jak krwawa szmata zawieszona w powietrzu. Ponad konarami świerków, otaczających ciemnym murem podjazd pod dom, migotała ta czerwień w przesłonach kłębiastych dymów. Zaciskałam pięści z bezsilności. Moje miejsce było tam, wśród walczących. Odcięłam się od nich samowolnie gnana tęsknotą za dziećmi. Teraz nie było powrotu. Pełen dom cudzej rozpaczy i popłochu kładł na me ramiona odpowiedzialność za tych ludzi, za tę ziemię, do której tatuś był tak bardzo przywiązany. A tam walczyli. Beze mnie. Noc spędziłam na obchodzie budynków gospodarczych. Nie było mi spieszno do łóżka, do myśli których się bałam, do prawdy, której do siebie nie dopuszczałam. Przecież i Anglia i Francja wypowiedziały wojnę Niemcom. Przecież tam na zachodzie powinna także toczyć się bitwa. Dlaczego radio o tym milczy?
- Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? - szeptałam w ucho konia dmuchającego mi w ręce ciepłem chrap. Zapach i obecność tych dużych, mocnych zwierząt działały uspokajająco. Przed nimi nic trzeba było wstydzić się łez.
Następnego ranka podjechała pod dom niemiecka pancerka. Wysiadł z niej żołnierz. Wysoki, szczupły blondyn, Nordyk psiakrew, ale pewien siebie, ale uprzejmy. Pan Tadeusz służył za tłumacza.
- Zabiera Mercedesa.
Wóz stal z boku domu. Mój wspaniały wóz, znajomy każdą śrubką. Wóz niezawodny Niemcowi nie chciał zapalić. W oknach pełno kobiecych twarzy i rozpłaszczonych o szyby dziecinnych nosów. Szkop pod prowadził pod Mercedesa panterkę. Założył linę przez zderzak mego samochodu. Zaszwargotał.
- Chce, żeby pani siadała za kierownicę. Pociągnie dokoła gazonu, aż motor zaskoczy.
Nastąpił pierwszy mój wojenny sabotaż. Dałam się ciągnąć, ale nic wrzuciłam biegu. Udawałam, że nie wiem, że tak trzeba. Niemiec spokojnie pokazał mi, o co mu chodzi. Bieg był włączony, motor zagrał. Wozy stały jeden obok drugiego. Linka zdjęta, Mercedes gotowy do drogi. Niemca długie nogi wpierały się kolanami w kierownicę. - Wyłaź - wrzasnęłam po polsku - wyłaź i niech ci durniu odsunę siedzenie. Żeby ci było wygodnie na godzinę przed śmiercią. Nic nierozumiejącego wyciągnęłam silą z samochodu. Pasja mną trzęsła. Nagle zrobiło mi się żal plakietek rajdowych przykręconych do chłodnicy. Nic miałam czym odkręcić. Pan Tadeusz przetłumaczył na niemiecki moje żądanie. Żołnierz spokojnie wyjął bagnet z pochwy. Po dał. Był ostry jak nóż i zakończony cienko i spiczasto. Na pierwszej śrub ce złamałam ten spiczasty koniec. Klęłam jak szewc. Zamiast wbić draniowi bagnet w bebechy to go na głupich plakietkach tępię. Odwagi mi zabrakło Szkopa skończyć? Nic urodziłam się na niewolnika. Raczej dzieci potopić, powiesić się...
Mercedes - wóz marzeń autorki. Krajoznawczy rajd samochodowy,
Radzyń 1938 r
Pochylona nad chłodnicą łykałam łzy. Skończył się świat. Zawaliła się rzeczywistość. Bunt przeciw życiu dusił w gardle. Pan Tadeusz próbował uspokajać. Bał się, że sam ton głosu może sprowadzić nieszczęście. Ale Niemiec przygląda! się mojej niezręcznej robocie z całkowitym spokojem. A ja - a ja w tej furii i rozpaczy ani przez chwilę nie pomyślałam jak pojedynczy żołdak odjedzie dwoma samochodami. Oprzytomniałam na dźwięk obcego głosu. Z pancerki gramolił się drugi Niemiec. Mówił po polsku z ciężkim akcentem. - Co pani gada? Nie rozumie pani, że wojna? Wojna i my tu pany. Ja tu, żeby słuchać, co takie Poloki gadają. Żal mi tych dzieci, co to pani topić chce, sam mam swoje, to nic powiem. Ale radzę: pysk trzymać, mordę zamknąć i nie być taką pewną swego. Wieszać się nie trza. Patrz pani, jedna kula wystarczy. - I poklepał się po kaburze rewolweru. Pan Tadeusz musiał oprzeć się o maskę samochodu. Odjeżdżali. Na przedzie pancerka, za nią Mercedes. Pies zerwał się do biegu, przeleciał parę metrów za samochodem, obejrzał się za mną, zawrócił, siadł koło lewej nogi, podniósł łeb do góry i nie patrząc mi w oczy wydał z siebie głos, pół szczek i pól wycie. Odpowiedziały mu kundle podwórzowe.
Mój dziadek był rodowitym Węgrem. Spotkał babcię, pól Polkę i pół Francuzkę w Meranie. Pobrali się i osiedlili w Warszawie, na Grochówie. Po tym dziadku odziedziczyłam moje panieńskie nazwisko, Duma de Vajda Hunyad, które w czasie wojennym odegrało trzykrotnie bardzo po ważną rolę. Dlatego przytaczam je w całości. Majątek na Grochówie obejmował kilka hektarów ziemi. Dwa domy mieszkalne, fabrykę chemiczną, stajnię z wyścigowymi końmi, wozownię z przedziwnymi pojazdami, itp. Dziad Węgier chodził od święta w kontuszu, ale po polsku mówił bardzo słabo. Cały ten majątek dziadkowie sprzedali z początkiem 1919 roku. Za otrzymane miliardy, po paru miesiącach inflacji, mogli sobie kupić na stacji Kamionek bilety do centrum Warszawy i pudełko zapałek.
Wróciliśmy z pięcioletniego zesłania do Rosji w maju 19I8 roku do Grochowa, do dziadków. Po polsku mówiłam z silnym akcentem rosyjskim. Nie miałam łatwego dzieciństwa, a właściwie, żadnego dzieciństwa nie miałam. O tyle jest to ważne, że przy pierwszym spotkaniu z dziećmi ulicy oświadczyłam, że jestem sierotą. Tym zdobyłam sobie mir wśród łobuzerskiej gromady, z którą pozwalano mi się bawić.
W tym czasie zakochałam się po raz pierwszy w życiu. Mój wybraniec, pan Stefan, był oficerem, oczywiście po cywilnemu, miody, wysoki i śliczny, przynajmniej w moich oczach. Widząc rozhukaną gromadę urwisów zaproponował, byśmy wzięli czynny udział w walce z Niemcami. Pokazał mi kryjówkę w polu, gdzie ukrył skrzynki z żelaznymi kolcami. Miałam to po trochu wynosić i dawać dzieciarni do podrzucania przed oddziały niemieckiej konnicy. Bawiliśmy się znakomicie. Zza opłotków podglądaliśmy spłoszone konie i jeźdźców spadających z siodeł. Aż wpadliśmy w ręce policji. Żadne bicie nie wymusiło zdrady kryjówki, co oznaczałoby zdradę mego ukochanego. Tak to w wieku lat siedmiu miałam już swoje porachunki z Niemcami.
W fabryce odchodził sabotaż gospodarczy. Niemcy rekwirowali wszystkie dobra naturalne. Wolno było używać tylko namiastki, nazywane erzacami. Począwszy od chleba, kawę ze zboża, poprzez krochmal robiony z kasztanów, aż po pasy transmisyjne z parcianego płótna. Zabronione, skórzane pasy na maszynach fabrycznych dawały dużo większą wydajność. Więc pasy skórzane były, ale natychmiast należało je ukryć, gdy groziła kontrola niemiecka. Na koła transmisyjne zarzucano podręcznie leżące parciaki, a zabroniona, drogocenna skóra szła w duże wiklinowe kosze.
W takich okolicznościach zgraja dzieciaków przestawała być utrapieniem. Otaczaliśmy Niemców ciasnym kołem, pętaliśmy się pod nogami opóźniając krok, gdy tymczasem robotnicy wynosili kosze z fabryki, krążąc dookoła budynków. Nasz gwar ostrzegał, w którą stronę idą Niemcy. Była to zabawa w ciuciubabkę, a jednocześnie nauka, co należy przed Niemcami ukrywać. Po pierwszej wizycie niemieckiej i zabraniu Mercedesa w 1939 roku, wiedziona pamięcią, chowałam wszystko, co w czasie mego dzieciństwa rekwirowano. W podmurówki pieców kaflowych zamurowano dubeltówki, rewolwery, a nawet flowery. Chowałam siodła, buty z cholewami, zapasy mydlą, cukru, mąki, naftę i benzynę.
Na terenie Pawłowic była cegielnia. Tam postanowiłam schować samochód Chevrolet. W jednej z suszarni cegieł, przegrodzonej od reszty drewnianą ścianką, upatrzyłam kryjówkę. Wjazd był wąski, próg wysoki, na którym miękkie resory limuzyny ugięły się niebezpiecznie. Dach wozu omal nie uderzył o niską poprzeczną belkę. Zastawiliśmy wszystko dokoła cegłami i trzeba było sprawnego oka, by dojrzeć, że za nimi jest jakieś pomieszczenie. W całej operacji brało udział wielu mniej lub więcej znanych mi ludzi. Niedaleko od nas była karczma, a wiadomo, że gadatliwość wzrasta z ilością alkoholu. O tym nie pomyślałam.
Nie długo trzeba było czekać na następną wizytę niemiecką. Zajechali kilkoma samochodami. Rozbiegli się jak złe osy.
- Rewizja, rewizja - krzyczeli. - Gdzie właściciele?
Mieli ze sobą tłumacza, który był nie mniej pobladły niż ja. Stanęłam przed tymi zbójami i natychmiast poczułam lufę rewolweru za uchem.
- Prowadź!
