Przypadek Alberta R. - Tomasz "T. Skryba" Skupień - ebook

Przypadek Alberta R. ebook

Tomasz "T. Skryba" Skupień

5,0

Opis

W głowie Alberta rozbrzmiewa piosenka, której nigdy wcześniej nie słyszał. I to nie byle jaka — hit… Igrzysk Olimpijskich! Melodia nie daje mu spokoju, wdziera się w codzienność i zmusza do spojrzenia na świat z zupełnie nowej perspektywy. Czy to przypadek… czy początek czegoś znacznie większego?

 

*

 

„Przypadek Alberta R.” autorstwa Tomasza Skupnia, znanego w sieci jako T. Skryba, to nagrodzone w XXV edycji Regionalnego Konkursu Literackiego „Podbabiogórskie Opowieści” opowiadanie, które porwie Czytelnika w pełną humoru i nieprzewidywalnych zwrotów akcji przygodę wśród beskidzkich szczytów.

 

Jeśli lubisz historie z nutą absurdu, tajemnicy i górskiego klimatu — ta opowieść jest dla Ciebie!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 39

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ciociaebi

Nie oderwiesz się od lektury

„Albert czuł, że sie rozklei” - nie mogę podać zdania, które padło przed tym, bo spoilery, ale to dowód na to, że to wspaniały tekst. Szalony, absurdalny, pełen chaosu, ale wspaniały. Polecam.
00



Laureat II miejsca w kategorii DOROŚLI

w XXV edycji Powiatowego Konkursu Literackiego

Podbabiogórskie Opowieści

I

„Już jutro zacznę próby z Nosom olimpiadą na Stadionie!”

Radosna myśl przeleciała przez głowę Alberta Ramowskiego. Chłopak zamrugał.

“Cyześ górol, cy tez hanys

Jesteś cynścią Olimpiady!”

Kolejne słowa, tym razem posiadające wyraźną linię melodyczną, a nawet i partię smyczkową, zagościły w głowie chłopaka.

Wyprostował się na krześle.

“Hej Jamajka, hej Bermudy,

Przybywojcie nom w Beskidy!”

Odruchowo sięgnął po telefon, odblokował go i sprawdził, czy przypadkiem w którejś z kart samoistnie nie wystartował filmik na YouTube. Zaraz zreflektował się, że nie ma w uszach słuchawek. Czasem miewał je założone, kiedy bingo pracowe losowało odmóżdżające, mechaniczne zajęcie.

To jednak nie był taki dzień i słuchawki grzecznie tkwiły w etui.

“Złote dutki, złote krążki

Ale biołe wsyćkie stoki!”

Odłożył telefon i rozejrzał się po biurze referatu kultury miasta Jordanów. Był to przestronny pokój zabytkowego Ratusza miejskiego, współdzielony z kadrami i geodezją. Przez to w piku potrafiła tam pracować na raz siódemka urzędników. Dziś jednak, przez wzgląd na zbieg szkoleniowo–chorobowy, jedyną osobą był Albert.

Podniósł się z krzesła i podszedł do niewielkiego radyjka, które czasem włączano, by umilić atmosferę w pracy. Dziś akurat od rana go nie ruszał (to było zarezerwowane dla Marysi z geodezji), jednak założył – po jakości dźwięku i tego, jak się on rozchodził – że mogło zaszwankować i samoistnie włączyć regionalną stację.

Jednak i to nie było to.

Sekundę po tym odkryciu do jego głowy wpadło kolejne wyjaśnienie:

– Trzeba było do trzeciej oglądać serial? – chłopak mruknął sam do siebie, przecierając oczy. – To teraz masz zwidy z niewyspania.

Pokręcił głową i wrócił za swoje biurko. Zestawienie planowanych wydatków na imprezę z okazji walentynek samo się nie zrobi…

***

Wezwanie Bermudów powróciło, kiedy wprowadzał formułę JEŻELI w arkuszu. Akurat musiał się skupić, by dobrze określić odwołania, dlatego bezwiednie zaczął stukać długopisem o blat. Po chwili rytm okazał się idealnie zgrywać z tekstem…

Który tym razem wyśpiewał na głos.

O, dobry pomysł z tym przedłużeniem tego Y w Bermudach, fajnie się poniesie z głośników… oceniły myśli Alberta. Zaraz złapał się na ich dziwności. Potrząsnął głową.

– Dziś anuluję Netflixa, jak mamę kocham… – mruknął do siebie. Zablokował komputer, wstał od biurka. Jak dobrze pamiętał ze szkoleń BHP, by uniknąć przemęczenia w trakcie pracy, powinno się co jakiś czas wstać i przejść.

A chyba myśli, które brzmiały, jakby nie były jego, stanowiły ku temu najlepszą przesłankę.

Urzędował na drugim piętrze. Jako że trwała duża akcja remontu obiektu, toalety przypisane do tego poziomu były w trakcie przebudowy. Z tej przyczyny zszedł po schodach piętro niżej. I tam właśnie, koło pokoju socjalnego, zanurkował do tej działającej.

Nie czuł żadnej potrzeby wyrażalnej cyfrą. Wystarczyło, że stanął przed lustrem, włączył zimną wodę i kilka razy ochlapał swoją twarz. Od razu poczuł orzeźwienie wynikające z nagłego szoku. Już sięgał po kurek, by zakręcić lecący strumień wody… …ale nic nie przebije tego pobudzenia, jak kręciliśmy klip i całkiem goły pływałem pod Zembolową Siklawą!

– Ktoś tu jest?! – powiedział Albert na głos, spoglądając za siebie. – Halo? – powtórzył, a za nim zrobiło to echo pomieszczenia.

Normalnie jak w Grocie, tam dopiero byłaby akustyka na koncert…

Albert zesztywniał. Z jednej strony to brzmiało tak, jakby on wypowiadał myśli w głowie. Ale z drugiej… były one tak bardzo, bardzo mu obce.

Pomału znów spojrzał w lustro. Trzydziestoletni szatyn, ani niski, ani wysoki, o raczej przeciętnej twarzy, ale za to wesołych zielonych oczach, teraz spoglądał na siebie tak, jakby widział się pierwszy raz w życiu.

Choć jeszcze sekundę temu mocno skrapiał tę facjatę wodą.

– Okej… Chyba pora na kawę – mruknął.

Z podajnika wyciągnął kawałek papierowego ręcznika, starł pozostałe krople, wyszedł z łazienki i pchnął drzwi do pokoju socjalnego.

– Cześć – rzucił na widok dwóch dziewczyn: jednej wysokiej blondynki z włosami zaczesanymi w koński ogon, drugiej trochę niższej szatynki, z wysokim kokiem na czubku głowy.

– Cześć, Albercik – odpowiedziała blondynka, czyli Wera, sekretarka burmistrza.

– O, witaj, samotny panie i władco pokoju dwadzieścia jeden! – wyzłośliwiła się szatynka Zosia z księgowości.

– Taaa…. – mruknął Albert, odpalając ekspres. Jednocześnie wyjął z szafki kubek ze zdjęciem rynku w Jordanowie.

– Uuuu, ktoś tu nie w sosie – zaśmiała się Wera, sprzedając mu sójkę w bok.

– Nie, przepraszam, że tak to zabrzmiało – Albert szybko się zreflektował. Zasypał kawę, po czym oparł o plecy o lodówkę, czekając, aż woda się zagotuje. – Niewyspany jestem.

– Przyznaj się: jak ma na imię? – Zosia puściła do niego oko.

– Netflix… – Albert przymknął oczy i zaczął masować ich kąciki.