Przyjdę, gdy zaśniesz - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook
NOWOŚĆ

Przyjdę, gdy zaśniesz ebook

Agnieszka Lingas-Łoniewska

4,4

51 osób interesuje się tą książką

Opis

Mroczny, wciągający thriller z niespodziewanym zakończeniem – Agnieszka Lingas-Łoniewska tworzy przerażającą psychopatyczną rzeczywistość, od której nie można się oderwać.

Znana z poruszających, pełnych wielkich uczuć i pasjonujących opowieści Dilerka Emocji świetnie odnalazła się w nowym gatunku. I mistrzowsko podkręca napięcie do maksimum!

Po tragicznej śmierci macochy dwudziestoletnia Iga musi się zająć młodszym bratem. Studia, nastolatek w okresie buntu i ojciec, na którego nie można liczyć – Idze nie jest łatwo.

Gdy myśli, że dłużej nie da rady, otrzymuje niespodziewane wsparcie. A w jej sercu pojawia się nadzieja, że najgorsze już za nią.

To, co zaczynało się jak piękny sen, szybko zmienia się jednak w prawdziwy koszmar. W życiu Igi dochodzi do coraz to nowych tajemniczych zdarzeń, a ona sama nie wie już, komu ufać. Czy wpada w paranoję, czy też naprawdę ktoś próbuje przejąć kontrolę nad jej życiem?

Iga nie zrobiła przecież nic złego. A przynajmniej tak jej się wydaje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 314

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (393 oceny)
242
97
42
9
3
Sortuj według:
Han_Mar

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna! Wciągająca, lekko niepokojącą, od pierwszej strony sprawia, że chce się przeczytać jeszcze kawałek, żeby zobaczyć co będzie dalej. Bardzo lubię tą autorkę- czytam w ciemno i po raz kolejny (mimo zmiany gatunku) się nie zawiodłam. Polecam!
00

Popularność




Diabeł nie śpi z byle kim.

Stanisław Jerzy Lec

PROLOG

W nocy przychodzą demony. To nie film grozy, to moje życie. Robię wszystko, aby nie zasypiać, ale udaje mi się nie przespać maksymalnie dwóch nocy z rzędu. Potem organizm się poddaje. A wtedy zawsze przychodzą potwory.

Do czasu.

Później… wszystko się zmienia.

Ja staję się demonem.

I to nie byle jakim!

Rozdział 1

PlanBe, Berek

Iga szła na zajęcia na plac Nankiera. Studiowała we Wrocławiu na drugim roku filologii polskiej i miała naprawdę dużo nauki. Mieszkała z koleżanką, Marysią Heller, z którą były razem w grupie. Studia były dla dziewczyny priorytetem, skutecznie odwracały uwagę od spraw osobistych, które często przysparzały zmartwień. Jej rodzina miała duży dom na Osobowicach, lecz Iga już na początku studiów przeniosła się do małego mieszkanka po babci. Koleżanka dokładała się do czynszu i innych opłat, obie dorabiały jako kelnerki: Iga sporadycznie w pubie naprzeciwko wydziału, a Marysia na stałe w pizzerii w Rynku. Ich lokum znajdowało się w Śródmieściu, na Chrobrego, więc miały blisko zarówno do pracy, jak i na zajęcia – krótki spacer albo dwa przystanki tramwajem.

Ojciec Igi założył firmę stolarską, produkowali ze wspólnikiem meble ogrodowe z palet. Zaczęli osiem lat temu i teraz mieli dwa pododdziały, w Krakowie i Opolu. Wiodło im się bardzo dobrze. Jednak Iga nie mieszkała w domu, bo trudno jej było dogadać się z ojcem. Miała przyrodniego brata, Sławka, który w tym roku kończył piętnaście lat. Jego matka, a macocha Igi, Iwona, była bardzo miła i jej kontakt z dziećmi był całkiem dobry. Mama Igi zmarła, gdy ta miała dwa lata, a niewiele później Andrzej Frąckowiak ożenił się z Iwoną. Kiedy Iga skończyła sześć lat, urodził się jej braciszek. Cieszyła się, wciąż dopytywała mamę (bo właśnie tak zwracała się do Iwony), kiedy Sławuś będzie się z nią bawił. A potem…

Wszystko się posypało.

Iga wiedziała, że musi się wyprowadzić. Ojca i tak prawie nie było. Skorzystała z tego, że jej babcia, mama biologicznej mamy, przepisała na nią mieszkanie. I wyprowadziła się zaraz po maturze.

– Co tam u starych? – Marysia szturchnęła koleżankę, bo ta się zamyśliła, kiedy mijały most Uniwersytecki.

– Nic nowego. Nie wiem, dlaczego się nie rozwiodą. – Wzruszyła ramionami.

– Wiesz, wydaje mi się, że pokolenie naszych starych uznaje rozwód za porażkę.

– Nie mam pojęcia. Dla ojca to drugi związek. Dla niej też. Może sądzili, że im się uda? – Iga odgarnęła ciemnobrązowe, lekko kręcone włosy z czoła. – W każdym razie to męczące. A w tym wszystkim najbardziej żal mi Sławka. Wiesz, on jest w takim durnym wieku.

– No tak, mój brat ma szesnaście. – Marysia pokiwała głową. – Co moja matka z nim ma! Dużo by mówić.

– Ej, gadamy jak jakieś staruchy! – Iga się roześmiała. – Może zamiast się zamartwiać, wyskoczymy gdzieś w weekend?

– Clubbing? – Koleżanka uniosła brew.

– Dawno nigdzie nie byłyśmy – zachęcała Iga.

– W sumie… – Marysia wzruszyła ramionami. – Czemu nie?

Iga nie przepadała za klubami, bo sama pracowała w podobnym lokalu, więc wystarczająco napatrzyła się na dziwne sytuacje i nasłuchała głupich tekstów. Poza tym niekiedy miała dość ludzi i zamieszania, które zwykle panowało w klubach. Ale od czasu do czasu lubiła gdzieś wyskoczyć i się wyluzować. Potańczyć, wypić kolorowego drinka czy shota i wrócić do siebie, nie myśląc o niczym. Dlatego już nie mogła się doczekać soboty.

Tymczasem przed weekendem jechała jeszcze do rodzinnego domu zrobić pranie. W mieszkaniu nie miała pralki, choć ojciec obiecał, że kupi jej coś niedrogiego w przyszłym miesiącu. Wymagało to jednak małego remontu w łazience, więc na razie jeździła z praniem do domu. Poza tym od czasu do czasu po prostu wypadało się tam pokazać. Iwona miała mnóstwo zajęć, była psycholożką kliniczną, która prowadziła prywatną praktykę. Jednocześnie pracowała w ośrodku wychowawczym i raz w tygodniu jeździła do zakładu poprawczego i schroniska dla nieletnich w Świdnicy. Ojciec z kolei całkowicie poświęcił się firmie, więc życie rodzinne powoli się rozpadało. Iga najbardziej żałowała brata, chociaż ostatnio trudno było nawiązać z nim kontakt. Chłopak był w trudnym wieku i robił się coraz bardziej krnąbrny. Poza tym w ostatnim roku nieźle wyrósł i wyglądał na osiemnastolatka. A czasami tak się zachowywał.

Iga wrzuciła do torby brudne ciuchy, zamówiła ubera i pojechała na Osobowice. Kiedy dotarła na miejsce, okazało się, że w domu nikogo nie ma. Zadzwoniła do ojca i dowiedziała się, że jest w Poznaniu, a Iwona ma spotkanie w Świdnicy. Sławek pewnie jak zwykle siedział u jakiegoś kolegi. Iga miała klucze, znała kod do alarmu, więc bez problemu weszła do środka. Ruszyła przez szeroki hol, minęła wejście do salonu połączonego z jadalnią, potem przeszła obok rustykalnie urządzonej kuchni i zeszła schodami do kotłowni, obok której znajdowała się mała pralnia. Gdy ładowała ubrania do pralki, usłyszała jakieś głosy. Pomyślała, że pewnie wrócił Sławek.

Zaczęła się wspinać po schodach, a do jej nozdrzy dotarł charakterystyczny zapach. Słyszała także śmiech i muzykę dochodzącą z salonu. Kiedy znalazła się w holu, wiedziała już, co się dzieje. Z głośników leciał głośny rap, w którym mnożyło się od przekleństw, a na kanapie siedziało czterech chłopaków, w tym oczywiście jej brat, i paliło skręta, którego przekazywali sobie po kolei.

– Sławek! – Iga spojrzała na rozbawionego brata. – Chodź na chwilę.

Koledzy chłopaka zaczęli się głupio śmiać i wydawać z siebie dźwięki imitujące pohukiwanie sowy. Brat wstał z ociąganiem, przewracając ciemnobrązowymi oczami.

Iga weszła do pokoju obok, a Sławek poczłapał za nią.

– Co jest, siora? Nie wiedziałem, że będziesz. – Patrzył na nią zmrużonymi i zaczerwienionymi oczami.

– Zrobiłam ci niespodziankę. – Zmarszczyła czoło. – Jarasz zioło, serio?

– I co z tego? – Chłopak wzruszył ramionami. – Wszyscy jarają.

– Masz piętnaście lat!

– Przestań truć. Nie jesteś moją matką. – Uśmiechnął się krzywo.

– Jej też nieszczególnie się słuchasz.

– Wyluzuj, siora. Nie mów, że nigdy nie jarałaś? – Zaśmiał się.

Iga spojrzała mu w oczy.

– Martwię się o ciebie. Mama pisała, że znowu dostałeś uwagę za niewłaściwe zachowanie i czeka cię komisja wychowawcza.

– Bo ten durny babsztyl się czepia! – Chłopak wydął usta. – Nie zna się na żartach. Jest stara i pewnie dawno nikt jej nie…

– Twoja wychowawczyni ma do ciebie świętą cierpliwość. – Iga weszła mu w słowo. – Gdybym to ja cię uczyła…

– Moi kumple byliby przeszczęśliwi. Zawsze mi mówią, że jesteś superlaska. – Wyszczerzył zęby w głupim uśmiechu.

– Mówię poważnie. – Iga poczuła ukłucie irytacji. – Daj sobie na wstrzymanie. Nie chciałabym, żebyś wpadł w jeszcze większe kłopoty. Został ci rok, jesteś w ósmej klasie, przed tobą egzaminy…

– Luzik, dam radę! – Podszedł i objął ją niezgrabnie.

Był już od niej o głowę wyższy. Bardzo zmężniał w ostatnim czasie i sporo przerósł ojca, który nie należał do wysokich. Sławek w ogóle go nie przypominał.

– Jak coś, to zawsze do mnie dzwoń. – Dziewczyna popatrzyła na brata. – Przecież wiesz.

– Najprędzej zadzwonię właśnie do ciebie, bo przecież starych nigdy nie ma. – Sławek zmarszczył czoło, ale już po chwili uśmiechał się szeroko. – Zamawiamy pizzę, bo nas gastro złapie, chcesz?

– Nie, dzięki. – Iga wskazała na schody. – Muszę zrobić pranie.

Kiedy Sławek wrócił do kumpli, pokręciła głową i poszła na dół. Gdy uporała się z praniem, wrzuciła ciuchy do suszarki i wróciła na górę. Kolegów brata już nie było, a ten leżał rozwalony na sofie, grał na playstation w Call of Duty i wyjadał resztki pizzy z kartonowego pudełka. W całym salonie było czuć marihuanę. Iga westchnęła i otworzyła drzwi wychodzące na ogródek.

– Siora, pójdziesz za tydzień na zebranie? – Chłopak odezwał się niespodziewanie.

– Do szkoły? – zapytała zdziwiona.

– Aha. – Pokiwał głową. – Stary na pewno będzie w firmie, a mama, no wiesz… Będzie mi truć.

– Skąd wiesz, że ja nie będę? – Objęła się ramionami i patrzyła na brata z góry.

Uśmiechnął się szeroko.

– Wolę twoje trucie niż matuli.

Uważnie na niego spojrzała.

– Uzgodnię to z nią – powiedziała po chwili.

– Jesteś najlepszą siorą na świecie! – Sławek energicznie naciskał przyciski na padzie, strzelając do jakiegoś zamaskowanego wroga.

– I to twoje szczęście – mruknęła. – Zaraz uciekam, potrzebujesz czegoś?

– Nie, spoko, luz.

– Mogę cię zostawić? – zapytała jeszcze.

– Możesz. Nie zrobię imprezy. – Uśmiechnął się szeroko.

– Mam nadzieję. Jak coś, to dzwoń albo pisz. I nie jaraj już więcej.

– Dooobrze, mamoooooo. – Chłopak nie odrywał wzroku od gry.

Iga podeszła do niego i pocałowała go w czoło. Kochała go naprawdę mocno, ale też widziała, że brat wchodzi w ten tak zwany trudny wiek, nie mając wsparcia czy choćby lekkiej kontroli ze strony rodziców. To ją wkurzało.

Sama od zawsze była bardzo odpowiedzialna, posłuszna i nigdy nie sprawiała problemów. A Sławek… nastolatek, pozornie bardzo pewny siebie, ale ona dostrzegła, że często chciał po prostu zaimponować kolegom i przez to ładował się w kłopoty. A w domu zero wsparcia, zero przykładu. Ojciec nigdy nie miał dla nich czasu. Iwona – bardzo zaangażowana w swoją pracę, gdzie wyciągała młodzież z tarapatów – nie dostrzegała, że tuż obok szykuje się nowy pacjent, jej własny syn.

Iga postanowiła, że po weekendzie przyjedzie ponownie do domu i porozmawia z macochą. Wyjaśni jej delikatnie, że Sławek potrzebuje wsparcia. I uwagi. Przede wszystkim tego.

Kiedy nadszedł wieczór, Messenger Igi wprost parował, bo Marysia ściągnęła jeszcze pięć koleżanek z ich grupy i dziewczyny szykowały się na melanż.

– Kurde, chyba przytyłam. – Marysia wyginała się i oglądała własne pośladki w obcisłych dżinsach. – Wszystko przez tę cholerną pizzę.

– Wyglądasz świetnie. – Iga uśmiechnęła się i wyjęła z szafy bluzkę w papugi. Wciągnęła czarne dżinsy, wygładziła niesforne brązowe, lekko kręcone włosy i sięgnęła po czarny tusz. – Choćbyś zjadła nie wiadomo ile hawajskich, nic ci nie przybędzie.

– No dobrze. – Marysia sapnęła z zadowoleniem. – Jeśli tak mówisz…

Iga cicho parsknęła, ale przyjaciółka tego nie słyszała. Marysia uwielbiała komplementy i umiejętnie się o nie upominała. Nieważne od kogo. Była urodzoną flirciarą i chociaż na stałe z nikim się nie spotykała, to wokół niej krążyło mnóstwo kolegów. A Iga… Była spokojna, nieco zamknięta w sobie i bardzo ładna, jak ciągle przypominała jej Marysia. Miała gęste włosy i brązowe oczy okolone długimi rzęsami. Była bardzo szczupła i delikatna, nie za wysoka, tak jak jej ojciec. Mama podobno też była niską i drobną kobietką, co Iga widziała na nielicznych zdjęciach, które się zachowały. W sumie… Iga chyba mogła się podobać. Ale jakoś tak się stało, że jedynego chłopaka miała w ostatniej klasie liceum, a ich związek – jeśli tę relację można w ogóle tak nazwać – skończył się, gdy ona zaczęła studia, a on wyjechał do pracy w Holandii. Zresztą nie było to jakieś wielkie wow! A teraz studia, ciągła troska o Sławka i zamartwianie się sytuacją w domu sprawiły, że nie miała głowy do związków czy nawet niezobowiązujących flirtów. Zresztą chyba nawet nie umiała flirtować.

– Dobra, gotowa? – Marysia klasnęła w dłonie i spojrzała na przyjaciółkę.

– Chyba tak. – Ta kiwnęła głową i przewiesiła przez ramię małą torebkę na plecionym skórzanym rzemyku.

Po chwili obie dziewczyny wyszły z mieszkania. W Rynku, na placu Solnym, już czekały na nie koleżanki z roku i razem udały się do klubu na Ruskiej. Zanim tam weszły, wstąpiły do pubu, gdzie wypiły po dwa kolorowe shoty. Kiedy schodziły do klubowych podziemi, Iga czuła mrowienie w stopach i dłoniach, znak, że alkohol zaczął działać. Uśmiechnęła się i nabrała powietrza w płuca. Dzisiaj nie będzie myśleć o niczym, co mogłoby ją zmartwić. Dzisiaj… będzie się bawić!

Już po chwili wraz z dziewczynami szalała na parkiecie, tańczyła niemal do utraty tchu. Wypiła jeszcze dwa shoty i piwo, czuła, że jest już nieźle zawiana. Musiała napić się wody. Poszła do baru, usiadła na wysokim krześle i odgarnęła włosy z mokrego karku. Skórzany rzemyk małej torebki, przewieszonej na krzyż, wbijał się w jej spoconą szyję. Zdenerwowana zdjęła ją, odłożyła na bar i zaczęła szukać pieniędzy w kieszeni. Zapłaciła za wodę i łapczywie opróżniła małą butelkę. Zamierzała wrócić na parkiet, ale wówczas zorientowała się, że jej torebka zniknęła…

***

Obserwowałem ją od dawna. Od lat szykowałem się do tego, co zamierzałem zrobić, byłem więc spokojny, metodyczny i bardzo dokładny. Nigdy nie kierowałem się emocjami, właściwie ich nie miałem. Nie rozumiałem, dlaczego ludzie płaczą, śmieją się, denerwują. Oczywiście nauczyłem się to wszystko udawać, aby funkcjonować w społeczeństwie i nie wzbudzać podejrzeń. Ale to było dla mnie jak nawyk, jak zamykanie drzwi na klucz i sprawdzanie, czy na pewno są zamknięte.

Ja jednak nie sprawdzałem. Wiedziałem, co robię. Kontrolowałem każdy swój ruch, więc nie odczuwałem potrzeby, aby się sprawdzać. W ogóle nie odczuwałem żadnych pragnień. Ale teraz czułem się bardzo dobrze. Ogarnęło mnie podniecenie, bo oto zrealizuję swój plan, w którym ona zagra jedną z głównych ról.

Uśmiechnąłem się do siebie, wsiadłem do samochodu i ruszyłem do mieszkania. A na siedzeniu pasażera leżała mała skórzana torebka z długim plecionym rzemykiem, który wciąż pachniał jej perfumami.

Rozdział 2

Hotel Maffija, Dzieci we mgle

Wieczór zaczął się cudownie, a skończył tak kiepsko. Iga straciła torebkę z portfelem, kluczami do mieszkania, legitymacją studencką i kartą Urban, która była odpowiednikiem biletu komunikacji miejskiej. Na szczęście telefon nosiła zawsze w tylnej kieszeni dżinsów. No ale klucze!

– Kurde, będziemy musiały zmienić zamki – zwróciła się do Marysi.

Siedziała wkurzona przy stole w kuchni, piła gorzką herbatę i próbowała zapanować nad zawrotami głowy.

– Ktoś ją ukradł. – Przyjaciółka też nie wyglądała najlepiej. Siedziała w kucki na fotelu i jadła zupkę chińską, od której zapachu Idze chciało się wymiotować. – Przecież gdybyś zgubiła torebkę, znalazłaby się w klubie.

– Dzwoniłam jeszcze dzisiaj do menedżera, nic nie znaleźli.

– Może powinnaś to zgłosić na policję? – Marysia spojrzała na przyjaciółkę.

– Czy ja wiem? – Iga wzruszyła ramionami. – Dałam ogłoszenie na fejsie we wrocławskich grupach. Na razie nikt się nie odezwał, pomijając głupie odpowiedzi, że musiałam nieźle zabalować albo że ktoś chce się ze mną umówić i odwrócić moją uwagę od zguby! – Iga próbowała przewrócić oczami, ale poczuła ćmiący ból, zmrużyła powieki i zrezygnowana oparła głowę na ręce. – Będę musiała wyrabiać nową legitkę, dowód, wszystko… I jeszcze te zamki… Jezu!

– Lepiej idź na policję – powtórzyła Marysia. – Żeby komuś ten twój dowód nie przydał się do jakiegoś niecnego czynu. – Siorbała gorącą zupę.

– Pójdę. Ale jutro. Teraz idę się położyć. Dżizas, nigdy więcej takich mieszanek. – Iga odstawiła kubek po herbacie, sięgnęła po wodę i przyłożyła chłodną butelkę do czoła. – I ta torebka…

– Nie jęcz – Marysia starała się uśmiechnąć pocieszająco – to nie koniec świata, ja już trzy razy zgubiłam telefon, uwierz mi, to gorsza sprawa!

– No, skoro tak mówisz. – Iga westchnęła. – Idę spać! A jutro pojadę na policję.

Po południu Iga postanowiła wyjść do Żabki, aby kupić coś do picia i jakiś baton energetyczny. Marysia spała jak kamień, a ona chciała się przejść. Złapała gotówkę i telefon, zamknęła drzwi na zapasowy klucz, wiedząc, że nazajutrz będzie musiała wezwać fachowca do wymiany zamków, i zbiegła na dół. Kiedy otworzyła drzwi wyjściowe, wpadła na jakiegoś wysokiego mężczyznę.

– Och, przepra… – zaczęła.

– To ja prze… – Nieznajomy patrzył na nią tak, jakby ją znał.

Ciemnobrązowe oczy zmrużyły się i wpatrywały w nią z zaskoczeniem.

– Przepraszam… – dokończyła, nieco zbita z tropu.

I nagle zobaczyła, co mężczyzna trzyma w dłoni.

– Pani Iga? – Wyciągnął przed siebie rękę, na której spoczywała jej mała torebka.

– Och! – Zaskoczona przygarnęła zgubę do siebie. – Jak to?

– Na szczęście ma pani jeszcze stary dowód. I adres się zgadza, jak widzę. – Ciemnooki uśmiechnął się lekko.

– Gdzie? Jak? – nie mogła zrozumieć.

– Wczoraj w nocy byłem z przyjaciółmi na piwie i kiedy wracaliśmy około trzeciej nad ranem, znalazłem to w śmietniku stojącym nieopodal jednego z klubów.

– Och… – Zdenerwowana zajrzała do środka.

Niczego nie brakowało.

– Zajrzałem tylko po to, aby znaleźć jakiś namiar. – Mężczyzna wzruszył ramionami. Zabrzmiał tak, jakby chciał się wytłumaczyć.

– Nie, nie, wszystko jest – zapewniła. – Nie było w niej pieniędzy, więc złodziej pewnie uznał pozostałe rzeczy za niewarte zachodu. – Mężczyzna pokiwał głową, jakby zgadzał się z jej tokiem myślenia. – Bardzo panu dziękuję! Musiał pan tutaj specjalnie jechać… – Uniosła głowę i spojrzała na swojego wybawcę.

Był wysoki, miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, ciemne oczy, brązowe krótko obcięte włosy, lekki zarost i małą bliznę na brodzie. Był całkiem przystojny, wysportowany, ale nie przesadnie napakowany, jego oczy patrzyły na nią z sympatią i ze swego rodzaju łagodnością, przez którą przebijało zaciekawienie.

– Nie jechałem specjalnie, mieszkam niedaleko, przejeżdżam tędy. – Ponownie się uśmiechnął.

– Jestem panu bardzo wdzięczna. Może… jakieś znaleźne? – spytała nieśmiało.

– Nie trzeba, naprawdę. Widziałem, że miała pani tam klucze, nie będzie trzeba zmieniać zamka. – Mężczyzna skłonił się lekko i zerknął na telefon, chyba właśnie otrzymał SMS. – Muszę lecieć, wszystkiego dobrego! – powiedział i pospiesznie się oddalił.

Iga jeszcze przez chwilę za nim patrzyła. Widziała, że wsiadł do ciemnego forda, odpalił silnik i odjechał. Ścisnęła mocniej torebkę i ruszyła w stronę sklepu. Żałowała, że nie zdążyła zapytać mężczyzny o imię i nie wymieniła się z nim numerem telefonu. A potem zbeształa się za takie absurdalne pomysły. Facet był uprzejmy i nic poza tym. A ona… już tworzyła w głowie jakąś romantyczną historię. Pokręciła głową, przewróciła oczami i weszła do sklepu.

Kolejny tydzień minął Idze na wykładach, ćwiczeniach i nauce. W czwartek zadzwonił do niej brat.

– Siema – rzucił.

– No co tam? – Szła akurat Świdnicką od strony Arkad Wrocławskich.

Przeszła na drugą stronę Kazimierza Wielkiego i zmierzała na Rynek.

– Pamiętasz, że jutro masz iść do mnie do budy? – spytał.

– Ach… no tak. – Złapała się na tym, że całkowicie zapomniała.

– Na czternastą. Pokój siedem. To nasza klasa.

– Okej, będę. Cholera – coś jej się przypomniało. – Zapomniałam zapytać mamy. – Minęła pocztę i ratusz po lewej stronie.

Koło pręgierza zbierała się młodzież, turyści robili zdjęcia, uliczni magicy pokazywali swoje sztuczki. Miasto żyło.

– Ona i tak znów pojechała na jakąś konferencję czy coś – prychnął.

– Ach, okej. A tata?

– Nie wiem – burknął.

– Po spotkaniu w szkole wpadnę do domu. – Skręciła w stronę Szewskiej.

Chciała zajrzeć do ulubionego antykwariatu.

– Dobra. Zamówimy jakieś żarło!

– Grzeczny bądź! – rzuciła jeszcze.

– Zawsze jestem! – Sławek się roześmiał.

Schowała komórkę i pokręciła głową. Bywał nieznośny, ale bardzo go kochała.

Nadszedł piątek, w tym dniu Iga miała tylko jeden wykład. Gdy się skończył, wyszła na plac Nankiera i głęboko wciągnęła powietrze. Miasto tętniło życiem, kochała ten rytm, puls, nie czuła się wówczas tak bardzo samotna. Marysi nie było na uczelni, pojechała już do domu do Jeleniej Góry. Iga zerknęła na zegarek, miała niecałą godzinę do spotkania w szkole Sławka, postanowiła więc pójść na Szewską i wsiąść do tramwaju numer siedem koło Kameleona, a stamtąd dojechać na Polankę i przejść na Obornicką, gdzie znajdowała się podstawówka jej brata.

Dotarła na miejsce dziesięć minut przed czasem. Poszła pod salę numer siedem, wysłała bratu wiadomość, że jest już przed klasą, wyciszyła komórkę i zapukała.

Usłyszała niski męski głos, który zakomunikował, że można wejść.

– Dzień dobry, jestem… – Spojrzała na mężczyznę i zamarła.

– No… co za spotkanie… – Wysoki szatyn uśmiechnął się i wskazał miejsce w pierwszej ławce, zachęcając Igę gestem, aby usiadła. – Szczepan Stawski.

– Iga Frąckowiak. Jestem… siostrą Sławka.

Usiadła przy stoliku i patrzyła na mężczyznę, który zajął miejsce przy biurku. To był ten sam facet, który przywiózł jej torebkę.

– Czasami człowieka zaskakują zbiegi okoliczności. – Stawski pokręcił głową.

– Faktycznie. A gdzie wychowawczyni Sławka? – Iga zmarszczyła czoło.

– Dwa dni temu uległa poważnemu wypadkowi. Szkoła ściągnęła mnie niemal natychmiast, bo już kiedyś miałem u nich zastępstwo, i od razu dostałem tych gagatków. – Mężczyzna zajrzał do dokumentów. – Sławek Frąckowiak. Tak, niezły artysta. Rozmawiałem z nim dzisiaj. – Uniósł głowę i spojrzał na Igę.

Jego migdałowe oczy wpatrywały się w nią z uwagą.

– Mój brat jest… – zawahała się – czasami nieco nadpobudliwy, ale to dobry chłopak.

– Hm… – Stawski potarł brodę w zamyśleniu, wciąż śledząc dokumentację. – Widzę, że miał już dwie komisje wychowawcze. Za wagary i za bójkę z kolegą. – Znów zerknął na Igę. – Proszę mi powiedzieć, jak wygląda sytuacja w domu?

Przełknęła ślinę.

– Sławek jest synem mojego ojca i jego drugiej żony. To mój przyrodni brat – wyjaśniła. – Kiedyś był grzeczny, spokojny, teraz… wszedł w ten… trudny wiek. – Uśmiechnęła się lekko, ale spoważniała, gdy dostrzegła, że nauczyciel wpatruje się w nią surowym wzrokiem. – W każdym razie w domu jest w porządku – dodała słabszym głosem. Nie brzmiała przekonująco. Postanowiła być szczera. – Rodzice dużo pracują – dokończyła już nieco pewniej.

Stawski wertował dokumenty ze zmarszczonym czołem. Iga zacisnęła mocniej palce na pasku torebki. Od razu przypomniała sobie ich spotkanie i westchnęła. Los bywa naprawdę zaskakujący.

– Widzę, że Sławek grał na gitarze. W czwartej klasie. – Nauczyciel uniósł głowę i spojrzał na Igę.

– Hm. Tak – potwierdziła. – Uczył go jakiś student. Ale potem młody już nie chciał. – Wzruszyła lekko ramionami.

– Mam zamiar zorganizować szkolny zespół. Może włączymy w to pani brata?

– Nie wiem… – odparła szybko, ale po chwili się zreflektowała: – W sumie… to byłby niezły pomysł.

Mężczyzna oparł dłonie o brodę i wpatrywał się w Igę.

– Kiedyś pracowałem w ośrodku wychowawczym. Wielokrotnie miałem do czynienia z nadpobudliwymi chłopcami. Wiem, że muzyka często ich wycisza. Łagodzi obyczaje, jak to mówią, a według mnie wcale nie jest to czcze powiedzenie. – Uśmiechnął się lekko.

Dostrzegła zmarszczki koło oczu i przełknęła gwałtownie ślinę. Facet… to znaczy wychowawca Sławka, był naprawdę niezłym okazem, jak by to powiedziała Marysia. Iga czym prędzej wzięła głęboki wdech, żeby usunąć z głowy te niedopuszczalne myśli.

– Zapewne ma pan rację. Czy to znaczy, że musimy kupić Sławkowi gitarę? – zapytała trochę głupio.

– Nie, nie – zapewnił szybko. – Zajmę się tym. Mam w domu trzy, na początek wystarczy. – Oparł się wygodniej i skrzyżował ramiona.

– Okej – powiedziała powoli. – Ale skąd pan wie, że mój brat w ogóle będzie chciał wziąć w tym udział? – spytała niepewnie.

Nauczyciel uśmiechnął się szeroko i przez moment dostrzegła na jego twarzy ogromną pewność siebie. Po chwili znowu patrzył łagodnie, ale w taki sposób, że momentalnie poczuła, że wszystko będzie dobrze.

– To proszę zostawić mnie. Po weekendzie zaproszę go na pierwsze spotkanie naszego kółka muzycznego.

– Okej – odparła, choć bez przekonania.

Stawski uśmiechnął się szeroko. Jego ładne oczy patrzyły na nią wesoło. Iga znowu poczuła zupełnie nieoczekiwany dreszcz, który przebiegł przez jej ciało.

– Trochę więcej wiary – dodał mężczyzna. – Młodzi potrzebują czasami kopniaka, ale przede wszystkim pragną zainteresowania, uwagi i mocniejszych bodźców. Wiadomo, w domach różnie bywa. – Spoważniał.

– No tak. – Iga czuła się rozdarta pomiędzy chęcią wyznania mu, jak to wygląda w ich domu, a lojalnością wobec ojca i macochy. – To… dziękuję panu.

– Nie ma problemu. Lubię pracować z młodzieżą, zwłaszcza trudną.

– Dziękuję – powtórzyła. – Czy Sławek będzie miał jakąś karę?

– Nie dzisiaj. – Stawski uśmiechnął się lekko. – Ale jeśli to się powtórzy, nie będę mógł go chronić. Jestem w stanie mu pomóc, ale on sam też musi tego chcieć.

– Porozmawiam z nim – zapewniła.

– Świetnie. Może poda mi pani numer swojej komórki? – zapytał mężczyzna, a gdy spojrzała na niego zaskoczona, szybko dodał: – Dobrze by było pozostać w kontakcie w sprawie pani brata.

– Oczywiście. – Podyktowała mu numer, a po chwili dostała SMS z jego imieniem i nazwiskiem.

Gdy wstała, Stawski podszedł do drzwi i patrzył na nią łagodnie.

– Dziękuję, że pani przyszła – rzekł ciepło. – Dla mnie nasze spotkanie też było niespodzianką – dodał.

Uśmiechnęła się delikatnie. Wyciągnęła dłoń w kierunku mężczyzny, a ten szybko ją ujął i lekko ścisnął.

– Dziękuję za wszystko – powiedziała.

– Do zobaczenia, pani Igo. – Jego wzrok nie opuszczał jej oczu.

Kiedy wyszła, czuła, jak mocno bije jej serce.

Kiedy wyszła, czuł mrowienie w całym ciele.

***

Patrzę w lustro i widzę maskę zamiast twarzy. Nauczyłem się tego tak dawno, że nawet nie pamiętam, czy miałem kiedyś jakąkolwiek mimikę. A może od zawsze taki byłem? Nawet nie wiem, kiedy przestałem okazywać uczucia? Ludzie tylko czyhali na to, abym się odsłonił, a ja wiedziałem, że to będzie tak, jakbym podał im swoje myśli na talerzu. A one nie powinny ujrzeć światła dziennego. Przeciętny człowieczek mógłby się przerazić, gdyby zajrzał do mojej głowy.

Rozdział 3

The Weeknd, Blinding Lights

Iga wciąż nie pojmowała, co właściwie się stało. Piątek minął jej spokojnie. Po spotkaniu w szkole zadzwoniła do brata i poinformowała, że wszystko powinno być okej.

– Nie mówiłeś, że masz nowego wychowawcę – stwierdziła.

– To świeża sprawa, facet jest spoko. Chyba. – Brat był rozbawiony.

– Proszę cię, zachowuj się – zbeształa go.

– Luz, siora. Dzięki, że tam byłaś – zmienił ton.

– Jak coś, to dzwoń, przecież wiesz… – powiedziała cicho.

Rozłączyła się, westchnęła i pokręciła głową. Musiała porozmawiać z rodzicami, niech się wezmą w garść i podejmą jakieś decyzje. Każde z nich żyło swoim życiem, a w tym wszystkim wyraźnie zapomnieli, że mają w domu dziecko, które potrzebuje ich wsparcia.

Sobotę Iga przeznaczyła na porządki, po południu napisała esej na historię literatury, a niedzielę zamierzała spędzić na oglądaniu nowego sezonu ulubionego serialu na Netflixie. W niedzielny poranek, o siódmej rano, zbudził ją jednak telefon. Dzwonił ojciec. Od razu poczuła niepokój.

– Tato? – odezwała się.

– Iga… – Ojciec był roztrzęsiony. – Iwona miała wypadek.

– Jak… jaki wypadek? – zapytała szybko.

– Wracała z Poznania. Rozbili się przy zjeździe z S5.

– Kto? – Przeraziła się, że może macocha jechała ze Sławkiem.

– Ona i jej… – ojciec się zawahał – kolega. Iwona jest w stanie krytycznym. Tamten też ciężko ranny. Podobno ktoś zajechał im drogę, a że jechali szybko, to nie wyhamowali. Tak mówią świadkowie.

– Gdzie jesteś, tato? – Iga zaczęła nerwowo szykować się do wyjścia.

– Na Borowskiej. Iwona leży na OIOM-ie.

– A Sławuś? – zapytała zaniepokojona.

– Jest ze mną.

– Okej, już jadę!

Zamówiła ubera i po dwudziestu minutach dotarła do szpitala. Kiedy wpadła na korytarz, przed wejściem na salę intensywnej terapii zobaczyła ojca rozmawiającego z lekarzem i Sławka, który stał obok i wycierał oczy. Podbiegła do brata.

– Sławuś… – szepnęła.

Brat rzucił się na nią, objął ją i zaczął płakać.

– Mama umarła. Nie żyje…

– Boże… – Iga miała wrażenie, że zaraz pęknie jej serce.

Obejmowała brata, tuliła go, a jednocześnie wpatrywała się w ojca, który kiwał głową, słuchając tego, co mówił zatroskany lekarz. Po chwili ojciec został sam, odwrócił się i podszedł do nich.

– Niestety. Zbyt wiele obrażeń wewnętrznych. Lekarze robili, co mogli – powiedział cicho.

Był zdruzgotany.

– To wszystko przez tego dupka, który prowadził! – Sławek wyrwał się nagle z uścisku Igi i zaczął krzyczeć: – Po co ona z nim jechała?! Co? Może ty mi powiesz?! – warknął na ojca.

– Sławek. – Iga próbowała złapać brata za rękę, ale szarpnął się i odskoczył.

– Mam was w dupie, wszystkich! Wszystkich! – krzyknął, odwrócił się i pobiegł przed siebie.

Chciała go gonić, ale nie miała szans. Był najlepszym biegaczem w klasie, a ona nigdy nie przepadała za sprintem. Odwróciła się i zrozpaczona spojrzała na ojca.

– Wróć do domu – odezwał się – ja poczekam na papiery. Trzeba załatwiać pogrzeb.

– Pomogę ci, tato – zaoferowała.

– Nie, dam radę. Ty… – przełknął ślinę – jeśli możesz, zajmij się Sławkiem.

– On potrzebuje oj… – zaczęła.

– Ja teraz nie dam rady – przerwał jej. – Proszę cię. – Wpatrywał się w jej oczy.

Wyglądał na załamanego. Iga nie zamierzała dopytywać, kim był ten mężczyzna, z którym jechała Iwona. To w tej chwili nie miało już najmniejszego znaczenia.

– Pojadę do domu, poczekam na Sławka. – Westchnęła.

Wyjęła z kieszeni chusteczkę i wytarła twarz.

– Jedź, jedź, ja się wszystkim zajmę. Tylko Sławka pilnuj.

– Wiem – szepnęła.

Wyszła ze szpitala i próbowała dodzwonić się do brata, jednak nie odbierał. Starała się zapanować nad płaczem, wezwała ubera i pojechała do rodzinnego domu. Miała przy sobie klucze, więc bez problemu weszła do środka. Nieustannie próbowała połączyć się z bratem, aż w końcu dostała od niego wiadomość:

Nic mi nie jest.

Odpisała:

Czekam na Ciebie w domu, wróć, proszę.

Potem zadzwoniła do ojca, dowiedziała się, że już wyszedł ze szpitala i pojechał do zakładu pogrzebowego. Wciąż to do niej nie docierało, czuła się jak w koszmarnym śnie albo w filmie, który ogląda się na ekranie i przeżywa losy bohaterów. Ani ojciec, ani brat nie wracali. Iga nie miała pojęcia, co robić. Była całkowicie wytrącona z równowagi. Wzięła telefon i spojrzała na ostatnie połączenia. Jej wzrok spoczął na jednym z kontaktów.

Szczepan Stawski. Szkoła.

Tak zapisała nowego wychowawcę Sławka.

Po chwili wahania nacisnęła zieloną słuchawkę. Po trzech sygnałach usłyszała niski głos.

– Pani Iga? – zapytał zaskoczony.

– Bardzo przepraszam, ale… – zawahała się – szukam Sławka i zupełnie nie wiem, gdzie on może być. Jego mama… zginęła dziś w wypadku samochodowym… – Próbowała panować nad rozedrganym głosem. – Wybiegł ze szpitala i od tamtej pory nie mam z nim kontaktu. Przepraszam, że zadzwoniłam, zupełnie…

– Bardzo dobrze, że zadzwoniłaś – przerwał jej stanowczo. Nie zwróciła uwagi, że przeszedł na ty. – Słyszałem, że chłopcy często spotykają się w takim małym salonie z automatami.

– Gdzie to jest? – zapytała szybko.

– Na Różance.

– Pojadę tam – rzuciła i zamierzała się rozłączyć.

– Gdzie teraz jesteś? – Szczepan mówił spokojnie, ale miała wrażenie, że słyszy jego szybkie kroki. – Już idę do samochodu.

– Jestem w domu rodziców, znaczy… Boże… – Niespodziewanie wybuchła płaczem.

– Zostań w domu, może Sławek tam wróci – powiedział. – Zajmę się tym. Podaj mi adres, przyjadę!

Podyktowała mu ulicę i numer domu, a on obiecał, że pojawi się w ciągu pół godziny. Czekała na niego niecierpliwie, od kiedy z nim rozmawiała, minęło już ponad czterdzieści minut. Nie chciała się naprzykrzać i dzwonić, przecież w ogóle nie znała tego mężczyzny. Zaczynała sobie wyrzucać, że zadzwoniła do kogoś zupełnie obcego i zawracała mu głowę. Znów próbowała dodzwonić się do Sławka, ale miał wyłączony telefon. Chodziła więc zdenerwowana po domu. Kiedy stała w holu, usłyszała, że przed posesją zaparkował jakiś samochód. Wyszła na zewnątrz i zobaczyła wysoką postać Szczepana, a tuż za nim… swojego brata. Podbiegła do bramki i objęła Sławka. Wyglądał okropnie, śmierdział fajkami i alkoholem. Nie zamierzała jednak robić mu wyrzutów. Nie w takiej chwili.

– Nigdy więcej mi tego nie rób – oświadczyła z mocą.

Brat objął ją niezgrabnie i wymamrotał coś pod nosem, co odebrała jako skruchę i przeprosiny. Potem odsunął się i wbiegł do domu. Spojrzała na stojącego obok mężczyznę.

– Jak go pan… – zaczęła. – Jak go znalazłeś? – poprawiła się.

Uśmiechnął się nieznacznie.

– Przejeżdżałem koło klubu, o którym ci mówiłem, i postanowiłem zajrzeć. Był tam.

– I zgodził się z tobą wrócić? – zapytała zdziwiona.

– Na początku nie chciał, ale go przekonałem. – Szczepan westchnął.

Iga podeszła bliżej i złapała go za dłonie.

– Bardzo ci dziękuję – powiedziała głosem pełnym emocji. – Nie wiem, jak się odwdzięczę!

– Nie ma sprawy. Dobrze, że zadzwoniłaś. Bardzo mi przykro, naprawdę. – W jego oczach widziała żal i smutek.

– Ja… nie wiem, zupełnie nie wiem, jak teraz będzie… Mój ojciec… – Znowu poczuła, że łzy napływają jej do oczu.

Nie chciała się rozklejać przy Szczepanie. A wtedy on zbliżył się i delikatnie ją przytulił. Poczuła jego dłonie gładzące jej plecy. I wówczas tama puściła. Szlochała cicho, a on głaskał ją i mówił uspokajającym tonem:

– To zawsze jest ogromnym zaskoczeniem. Człowiek nic nie rozumie, nie przyswaja, nie akceptuje. Kiedy umarła moja mama, przez wiele miesięcy chodziłem jak walnięty obuchem. Szukałem jej w każdym zakątku, w każdym pokoju rodzinnego domu, nie wyrzucałem jej rzeczy, bo uważałem, że to będzie jak zdrada, jakbym się jej wyparł. Teraz wiem, że to było głupie. Przepracujecie wszystko. A jeśli będziesz chciała – dodał ciszej – pomogę.

Iga uspokajała się w jego objęciach. W końcu wzięła głęboki wdech i spojrzała na Szczepana. Z bliska był jeszcze przystojniejszy. Patrzył na nią ze spokojem w pięknych migdałowych tęczówkach. Przełknęła ślinę i ponownie głęboko westchnęła.

– Wejdziesz na kawę? – zapytała.

Pokiwał głową i się uśmiechnął.

Iga ruszyła pierwsza, a on podążył za nią. Czuła jego obecność tuż za plecami. Nie było to jednak dla niej niekomfortowe, wręcz przeciwnie, cieszyła się, że nie jest sama.

Gdy weszli do środka, wskazała Szczepanowi sofę, na której usiadł. Szybko przyrządziła kawę w ekspresie, podała kubek, a sama objęła palcami ulubioną filiżankę, z której zawsze piła, gdy była w domu rodzinnym.

– Nie wiem, co teraz będzie. – Wzruszyła ramionami.

– Sławek na pewno będzie cię potrzebował. – Szczepan upił łyk i wpatrywał się w nią spokojnym wzrokiem. – Przechodzi trudny okres, a teraz jeszcze to…

– Nie wiem, czy w tej sytuacji to, o czym rozmawialiśmy w szkole, w ogóle ma sens. – Przypomniała sobie pomysł, by zachęcić Sławka do powrotu do gry na gitarze.

– Wszystko ma sens. Pomogę ci.

– Nie wiem… – Potrząsnęła głową i odstawiła filiżankę. – Nie wiem, jak ci dziękować. Przecież nie musisz tego robić.

Szczepan także odstawił kubek, wstał i podszedł do Igi, która stała oparta o wyspę oddzielającą salon od kuchni. Złapał ją za ramiona, pochylił głowę i spojrzał jej w oczy.

– Kiedyś także byłem na rozdrożu i ktoś mi pomógł – szepnął. – Domyślam się, co teraz czuje twój brat. Jest rozbity, wkurzony i rozżalony. Doskonale znam to uczucie. Więc muszę mu pomóc, bo wiem, jak beznadziejnie czuje się w takiej sytuacji.

– Ile miałeś lat, gdy straciłeś mamę? – spytała.

W tej samej chwili zobaczyła w oczach Szczepana błysk żalu pomieszanego ze złością. Po chwili jednak patrzył już na nią spokojnie, jakby natychmiast odzyskał równowagę.

– Byłem nastolatkiem – odparł krótko.

Domyśliła się, że nie jest to temat, do którego chciałby wracać.

– Bardzo mi przykro – powiedziała cicho.

– Dlatego wiem, że to jest cholernie porąbane uczucie. Poza tym kilka lat pracowałem z trudną młodzieżą, lubię i chcę pomagać. No i wreszcie – złapał Igę za ramiona i lekko ścisnął – czy to był tylko przypadek, że znalazłem twoją torebkę? – Uśmiechnął się kącikiem ust.

– A co innego? – szepnęła.

– Uśmiech losu. – Mrugnął.

– Nie wierzę w takie rzeczy. Teraz… w niewiele rzeczy wierzę. – Westchnęła ciężko.

– Wiem. Rozumiem. I bardzo, bardzo ci współczuję.

Uśmiechnęła się z wdzięcznością.

– Jeśli chcesz, zajrzę do Sławka – zaproponował. – Pogadam z nim.

– Mógłbyś? – Spojrzała na niego z nadzieją.

– No jasne. Zrób mu jakieś kanapki, chłopak musi coś zjeść. I herbatę. A ja pójdę zamienić z nim kilka słów.

– Dziękuję. – Ponownie posłała mu uśmiech, a on znów mrugnął do niej porozumiewawczo i wskazał na schody.

– Pokój ma na górze? – zapytał.

– Tak, na lewo od schodów. – Iga pokiwała głową, odsunęła się, podeszła do szafek i wcisnęła przycisk czajnika elektrycznego.

Sięgnęła po kubek z Supermanem, z którego Sławek pił, gdy był mały, i wrzuciła do niego torebkę herbaty. Szybko zrobiła kanapki z szynką i serem i podała Szczepanowi. Ten zabrał wszystko bez słowa. Patrzyła, jak wchodzi po schodach, i pomyślała, że to naprawdę mógł być uśmiech losu. A jednocześnie wciąż nie docierało do niej to, co się stało. Miała wrażenie, że śni. Że to jakiś pieprzony koszmar, z którego zaraz się przebudzi, a do salonu wejdzie Iwona i będzie wkurzona o to, że Sławek znowu narozrabiał, a jej męża ponownie nie ma wtedy, kiedy jest potrzebny.

„To nie nastąpi. Już nigdy! Weź się w garść”, zbeształa się w myślach.

Tymczasem Szczepan udał się na górę, lekko zapukał do drzwi, zza których dochodziło dudnienie polskiego rapu. Wszedł, nie zaczekawszy na zaproszenie. Sławek leżał na łóżku i miał zaczerwienione oczy. Kiedy zobaczył nauczyciela, podniósł się, usiadł i objął się ramionami. Szczepan postawił na stoliku nocnym talerz z kanapkami i kubek z herbatą. W milczeniu kiwnął w stronę telefonu, który był podłączony do głośnika, teraz grającego na pełen regulator. Sławek przewrócił oczami, sięgnął po komórkę i ściszył muzykę.

– Przyniosłem ci kolację – powiedział mężczyzna.

– Nie chcę. – Chłopak wzruszył ramionami.

– Uwierz mi, chcesz. Od razu poczujesz się lepiej, a nazajutrz nie będziesz miał podłego kaca.

Sławek skrzywił się lekko, ale sięgnął po kanapkę i kubek z herbatą.

– Nie będę ci prawił kazań, że źle postępujesz – odezwał się znów Szczepan. – Zrobiłbym to samo. A właściwie zrobiłem. – Oparł się o biurko i patrzył na nastolatka.

– Pana matka też zginęła podczas podróży z kochankiem? – warknął Sławek.

Jego oczy ponownie się zaczerwieniły.

– Zginęła, owszem – powiedział Szczepan spokojnie. – Tuż po tym, jak się z nią pokłóciłem. Wyszła wkurzona z domu i wpadła pod samochód. Jak myślisz, kogo oskarżałem o jej śmierć?

– Nie wiem. Siebie? – Sławek zerknął na nauczyciela.

– Tak. Ale potem okazało się, że koleś, który w nią wjechał, był zalany. I to była jego wina. Tak samo tutaj. – Spojrzał na chłopaka. – Ktoś wjechał w samochód twojej matki. Niczemu nie była winna, nie możesz być na nią zły.

– Ja też się z nią kłóciłem – odparł Sławek markotnie.

– Daj spokój, który nastolatek nie kłóci się ze starymi? – Szczepan pokręcił głową. – To zupełnie normalne.

Chłopak popatrzył zdziwiony. Takie słownictwo w ustach belfra?

– Twoja siostra się o ciebie martwi, wiesz o tym? – zapytał Szczepan.

– Iga jest spoko – odparł szybko Sławek.

– No pewnie, że jest! – przytaknął Szczepan. – Słuchaj, mam dla ciebie ofertę – dodał po chwili. – Jak coś cię będzie wkurzać albo będziesz chciał zrobić coś głupiego, zadzwonisz do mnie. – Wyjął telefon i postukał nim w drewniany blat biurka. – Podaj mi swój numer.

– Dobra. – Po chwili zastanowienia chłopak podyktował numer, a nauczyciel wpisał go do komórki i puścił sygnał.

– Naładuj komórkę – polecił. – I zapisz sobie, będzie w nieodebranych.

– Wiem. – Sławek przewrócił oczami i podłączył telefon do ładowarki.

– Słyszałem, że lubisz muzykę. Rock? – Rozejrzał się po pokoju. Na ścianie wisiał plakat Palucha i zespołu PRO8L3M. – Chyba jednak rap – poprawił się. – Polski.

– Tylko – odpowiedział Sławek już innym tonem.

– Zakładam zespół. Rockowy. – Szczepan wzruszył ramionami. – Spotkanie w środę o osiemnastej w sali od polskiego. Wpadnij. – Odepchnął się od biurka i podszedł do chłopaka. – I jak coś, to dzwoń. Zgoda?

Sławek uniósł wzrok i przez chwilę patrzył na nauczyciela. Wreszcie kiwnął głową i westchnął.

– Zgoda – powiedział na odczepnego.

– Mówię serio. – Szczepan wyciągnął w stronę chłopaka ściśniętą pięść.

Ten uśmiechnął się niemrawo i przybił z nim żółwika.

Kiedy Stawski zszedł na dół, zobaczył Igę, która kończyła rozmawiać z kimś przez telefon.

– Ale jak to nie wrócisz na noc? – zapytała. – A Sławek? Na kiedy? Tato… tato, proszę cię! Pro… halo, halo??? – Rzuciła komórkę na stół. – Kurwa! – zaklęła.

Odwróciła się i spojrzała zaczerwienionymi oczami na Szczepana.

– Co się dzieje? – Podszedł do niej i popatrzył zaniepokojony na jej wkurzoną twarz.

– Ojciec nie wraca do domu. Chyba już jest naprany. – Przejechała dłońmi po twarzy. – Nie dam rady… – wykrztusiła.

Szczepan złapał ją za ramiona, przeciągnął po nich dłońmi i w końcu zacisnął lekko palce na jej nadgarstkach.

– Dasz – powiedział z mocą. – Chociaż teraz wydaje ci się to niemożliwe. Oczywiście, że dasz. Jesteś silna. A nawet jeśli sądzisz inaczej, ja to widzę. I pomogę wam.

– Dlaczego? Przecież… jesteś zupełnie obcy. Nawet nas nie znasz! – krzyknęła histerycznie.

Coś znowu błysnęło w jego oczach, jednak uspokoił się równie szybko jak poprzednio. Znów patrzył na nią niemal ciepłym wzrokiem, do którego już zaczynała się przyzwyczajać.

– Ale chcę poznać – szepnął. – Czy to źle? Czy mam odejść? – Puścił jej dłonie i się odwrócił.

Poczuła, jakby nagle zrobiło jej się zimno. Przysunęła się bliżej niego.

– Nie, nie… proszę… zostań. – Załkała.

Już nie czuła złości. Tylko bezbrzeżny żal i samotność.

Westchnął, ponownie odwrócił się twarzą do niej i zrobił gest, jakby chciał ją przytulić, ale się nie przysunął. To ona zrobiła kolejny krok w jego stronę. Objął ją, a ona wtuliła się w niego i rozpłakała. Pochylił głowę i zatopił twarz w jej włosach. Trwali tak przez dłuższą chwilę.

Coś się właśnie skończyło.

I coś się zaczynało.

***