Opis

Przyducha następuje wtedy, gdy zmniejsza się ilość tlenu w zbiorniku wodnym. Ryby wykonują gwałtowne ruchy, podpływają blisko powierzchni, próbują łapać powietrze, w końcu giną. Podobny proces dotyka bohaterów powieści Przyducha Macieja Piotra Prusa. Atmosfera świata, a w tym wypadku światem jest Kraków, zagęszcza się, przestrzeń do życia się kurczy, z dnia na dzień rozpada się znana rzeczywistość. Wszystko tonie w smogu i dymie, a żeby przemieszczać się pomiędzy dzielnicami miasta, potrzebne są specjalne przepustki. Pojawia się strach, terror i inwigilacja.

• • •

Baba w babie, w babie baba, baba w babie. A na końcu wielkie bum. Taki jest koniec nieudaczników życiowych. Świetna książka!

Kora

• • •

Czasy są smutne jak hasła narodowców i ponure, niczym sen taliba, nie ma więc żadnego powodu, by literatura o nich przypominała majowy poranek nad Morzem Śródziemnym. Choć książka Macieja Piotra Prusa nie jest na szczęście opisem teraźniejszości, a jedynie wizją czegoś, co może nas czekać, lecz przecież katastroficzne wizje przyszłości najczęściej źródła mają w tym, co tu i teraz się dzieje. Autorem targają rzecz jasna lęki globalne, nieobce dziś wszystkim myślącym ludziom w dowolnym miejscu globu, lecz zerka na świat przez zasłonę lokalności, mającą postać duszącego krakowskiego smogu. Swe obawy przenosi na papier w sposób wyrafinowany, przytłaczając czytelnika jedynie wizją przyszłości, a nie sposobem jej opisu, który jest wartki i lśniący niczym górski potok. Gdybym miał porównać Przyduchę do innego dzieła z gatunku dystopii, od razu na myśl przychodzi Fahrenheit 451 Raya Bradbury’ego. Wizja Prusa jest wszakże jeszcze straszniejsza, u Bradbury’ego nie pili masowo wiśniówki.

Robert Makłowicz

• • •

Książka Prusa to bardzo dziwna sprawa. Zaczyna się jak kręcący się wokół tajemnicy psychotyczny kryminał w klimacie Topora, później, nie tracąc klimatu weird mystery, przechodzi w coś jeszcze ciekawszego: mocno osadzoną w Krakowie dystopię. A nawet, można powiedzieć, postapokalipsę. Klimat robi się duszny jak krakowski smog, ale i jak ten smog przepiękny, bo przyznacie Państwo, że co pomarańczowa mgła, to pomarańczowa mgła. Prus to współwłaściciel Klubu Piękny Pies, więc od Psa się zaczyna i wokół Psa się trochę kręci. Piękny Pies staje się tu czymś w stylu twinkpeaksowej czarnej chaty, nie w środku lasów w stanie Waszyngton, tylko w środku Krakowa, ale z jeszcze dziwniejszymi mieszkańcami. No i czyta się szybko. I z ciągle rosnącym zdziwieniem i zaciekawieniem, aż do końca.

Ziemowit Szczerek

• • •

Powieść Prusa to dystopia – mroczna, niebezpieczna wizja przyszłości, ale nie tocząca się w wymyślonym kraju, w alternatywnej rzeczywistości, lecz w miejscu, które znamy wszyscy. Nawet jeśli nie jesteśmy z Krakowa, to przecież powieściowy Kazimierz jest nam bliski jak własne podwórko. Te same ulice, te same knajpy, ale jednak zupełnie już inne, bo opowieść dziejąca się w niedalekiej, lecz przerażającej przyszłości pokazuje, jak rodzi się totalitaryzm, jak nadciąga apokalipsa. Ta powieść nie jest tylko intelektualną zabawą, dlatego że to wszystko naprawdę może się zdarzyć. Prus pokazuje nam przyszłość, która nadejdzie szybciej, niż się możemy spodziewać.

„Wszyscy żyjemy w wynajętych ciałach” – mówi powieściowy tajniak bohaterowi, który odkrywa, że nie wie, kim jest naprawdę. Ale my wszyscy także żyjemy w wynajętej nam przestrzeni, która w każdej chwili może nam zostać odebrana. O tym jest ta książka – że wolność może skończyć się nagle, zanim dopijemy ostatniego drinka w Pięknym Psie.

Krzysztof Varga

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 219

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maciej Piotr Prus
Przyducha
Korporacja Ha!artKraków 2017
Redakcja serii Piotr Marecki
RedakcjaMarta Syrwid
Korekta i adiustacja Adam Ladziński
Projekt okładki Agnieszka Zgud
Projekt typograficzny, skład i łamanie Małgorzata Chyc | www.bymouse.pl
Wydanie I
Maciej Piotr Prus, Przyducha, Kraków 2017 Copyright © by the Author, 2017 Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2017
Projekt jest współfinansowany ze środków Gminy Miejskiej Kraków
ISBN 978-83-65739-14-8
Wydawnictwo i księgarnia Korporacja Ha!art pl. Szczepański 3a, 31-011 Kraków tel. 12 426 46 03 (księgarnia), 12 422 25 28 (biuro) e-mail:[email protected] Księgarnia internetowa:www.ha.art.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

• Jerzy Franczak, Trzy historye

• Sławomir Shuty, Bełkot

• Łukasz Orbitowski, Szeroki, głęboki, wymalować wszystko

• Piotr Cegiełka, Sandacz w bursztynie

• Sławomir Shuty, Cukier w normie

• Michał Palmowski, Przygody Hiszpana Dete

• Michał Witkowski, Lubiewo

• Marta Dzido, Małż

• Marian Pankowski, Rudolf

• Maciek Miller, Pozytywni

• Ewa Schilling, Głupiec

• Adam Wiedemann, Sceny łóżkowe

• Jan Dzban, Dentro

• Piotr Szulkin, Socjopatia

• Marian Pankowski, Bal wdów i wdowców

• Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i...

• Piotr Czerski, Ojciec odchodzi

• Maciek Miller, Zakręt hipokampa

• Łukasz Orbitowski, Horror Show

• Joanna Pawluśkiewicz, Pani na domkach

• Joanna Wilengowska, Zęby

• Marta Dzido, Ślad po mamie

• Jan Krasnowolski, Klatka

• Marian Pankowski, Pątnicy z Macierzyzny

• Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Raz. Dwa. Trzy

• Michał Zygmunt, New Romantic

• Joanna Pawluśkiewicz, Telenowela

• Jerzy Franczak, Przymierzalnia

• Wojciech Bruszewski, Fotograf

• Krzysztof Niemczyk, Kurtyzana i pisklęta

• Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet

• Juliusz Strachota, Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego

• Natalia Rolleczek, Drewniany różaniec

• Marian Pankowski, Niewola i dola Adama Poremby

• Maciek Miller, Cockring

• Dominika Ożarowska, Nie uderzy żaden piorun

• Ewa Schilling, Codzienność

• Marian Pankowski, Tratwa nas czeka

• Piotr Szulkin, Epikryza

• Jerzy Franczak, NN

• Sławomir Shuty, Jaszczur

• Darek Foks, Kebab Meister

• Tomasz Pułka, Vida Local

• Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

• Wojciech Bruszewski, Big Dick. Fikcja dokumentalna

• Jan Krasnowolski, Afrykańska elektronika

• Daniel Kot, Kierunkowy 22

• Marian Pankowski, Nastka, śmiej się! Opowiadania

• Sławomir Shuty, Dziewięćdziesiąte

• Łukasz Orbitowski, Horror Show [wyd. II popr.]

• Joanna Dziwak, Gry losowe

• Søren Gauger, Nie to / nie tamto

• Maciej Bobula, Katarzyna Gondek, Adam Miklasz, Aleksander Przybylski, Michał Zantman, Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie

• Ziemowit Szczerek, Siódemka

• Juliusz Strachota, Relaks amerykański

• Flash fiction. Antologia

• Dariusz Orszulewski, Zjednoczone Siły Królestwa Utopii

• Stanisław Czycz, Nie wierz nikomu. Baza

• Konrad Janczura, Przemytnicy

• Maciej Piotr Prus, Przyducha

I

Znają wszystko, co stworzył: jego filmy, książki, sztuki teatralne, ale nie znają jego twarzy. Filip Front nie występuje w telewizji; rzadko udzielane wywiady w prasie okraszone są nieostrymi, rozmazanymi fotografiami. Czasami ktoś wrzuci do sieci jakieś zdjęcie, zaklinając, że to on, ale jak naprawdę wygląda, wie niewielu.

Filip Front nie ma telefonu. Nie tylko domowego, ale również komórki, tylko Internet – albo przy barze można przekazać wiadomość, zostawić barmanowi. Trzeba jeszcze wiedzieć, gdzie, przy którym barze i w jakim mieście. Ci, co chcą, wiedzą – tropią, węszą, aż wywęszą.

Teraz siedzi przy barze w Pięknym Psie, przed nim kawa i winiak. Jakby można było palić papierosy, toby je palił. Jest nawet trochę do mnie podobny – ciut niższy, grubszy, ale czasami nas mylą.

– Znowu muszę wyjechać – mówi. – Nienawidzę tych wyjazdów.

– Na długo? – pytam.

– Na dwa, trzy tygodnie. Uschnie mi mój kwiatek – Filip marszczy czoło.

– Od kiedy masz kwiatek?

– Jedna pani przyniosła. A że miła była, to wziąłem. Teraz stoi i ładnie wygląda. Jak wyjadę, uschnie, a ja lubię ten kwiatek.

– Jak chcesz, mogę podlewać, jak cię nie będzie.

Tak wchodzę w posiadanie kluczy do mieszkania Filipa. Potem Filip wyjeżdża, a ja po trzech dniach idę podlać ten kwiatek, który okazuje się małym fikusem. Nie spodziewałem się, że tak wygląda mieszkanie Filipa. Wydawało mi się, że powinno wyglądać inaczej. Być bardziej jakieś, mieć więcej indywidualności, jakąś oryginalność. Ale jest boleśnie banalne. Już pierwszego dnia, od razu kiedy wszedłem, poczułem tajemnicę Filipa: ukrywa się tutaj ze swoją zwyczajnością. Wszystko ułożone jak na planie filmowym. Komputer na stoliku, obok popielniczka – w niej niedopałki. Kilka kartek, jakaś książka. Czegoś brakuje. Może skalpu, może statuetki Oscara.

Podlewam fikus i wychodzę. Filip przysyła mejl, że jeszcze dwa tygodnie, więc znowu idę i znowu podlewam. Siadam w fotelu, słońce przebija się przez szyby, w rozświetlonych pasmach wiruje kurz. Myślę, że zbyt łatwo wszedłem w jego prywatność. Tylu wariatów i wariatek by chciało, a ja po prostu to mam, siedzę w fotelu Filipa Fronta, oddycham jego powietrzem, mogę włożyć do ust niedopałek z popielniczki.

*

Filip wraca, potem znowu wyjeżdża. Ja podlewam kwiatek, czasami siadam w fotelu. Raz przyszedł listonosz i przyniósł list polecony. Odebrałem i podpisałem nazwiskiem Filipa. List był z jakiegoś szwedzkiego uniwersytetu. Położyłem na kuchennym stole, na kupce innych. Dlaczego podpisałem nazwiskiem Filipa? Wydawało mi się, że tak jest łatwiej, nie musiałem niczego tłumaczyć. Listonosz nawet nie popatrzył.

Wieczorem w Psie poznaję dziewczynę. Jest z Poznania albo Wrocławia. Kolejne mojito, śmiechy, jakieś zwierzenia, iluzje, bliskość. W kieszeni mam klucze do mieszkania Filipa. I tam lądujemy.

Zachowuję się jak gospodarz: szukam korkociągu, pozwalam jej wejść do łóżka Filipa, wybieram ręczniki.

Przy porannej kawie sięga po leżący na stole list, czyta nazwisko adresata i patrzy na mnie.

– On tu mieszka!? – wykrzykuje.

– Mieszka – odpowiadam z uroczym uśmiechem.

– I to jesteś ty?! Ty jesteś Filipem Frontem... i ja spałam z Filipem Frontem? – I robi taką minę, że już nie mogę powiedzieć prawdy.

Odprowadzam ją na dworzec. Cały czas jest w szoku. Pewnie koleżanki nie uwierzą. Odjeżdża, prosząc, żeby zadzwonić, przysłać mejl, gołębia, znaki dymne, ale najlepiej, żeby przyjechać. Wtedy pierwszy raz czuję, że dobrze być Filipem, spać w jego pościeli i jeść z jego miseczki.

Filip otrzymuje zagraniczne stypendium. Ma pojechać do Stanów Zjednoczonych i tworzyć w otoczeniu pól kukurydzy.

– Nie, nie pojadę – mówi, popijając stock. – Nie mam paszportu, poza tym boję się latać samolotem.

Zawsze chciałem, żeby Filip był z nami, żeby pił whisky albo winiak, bo nadawał sens naszemu siedzeniu w barze. Wydawało się, że przez obecność Filipa nasze złośliwości, plotki i rozmowy nabierają głębszego znaczenia, stają się dobrem narodowym, rozdziałem w opasłym tomie światowej kultury. Teraz łapię się na tym, że wolałbym, żeby pojechał, żeby go nie było przez tydzień, miesiąc, nawet pół roku.

*

Nie pojechał. Przestraszył się przestrzeni, prostych dróg, Indian, grzechotników, kaznodziejów i coli w kubku o rozmiarze large. Chodził dumny, bo informacja, że odmówił, poszła w świat. Każdy mógłby marzyć o takiej propozycji, amerykańskie stypendium byłoby nagrodą za depresje, kace i zimny pot nad ranem. Filip jednak woli siedzieć z nami i popijać winiak. Wszyscy już wiedzą, Amerykanie już wiedzą, wiedzą Francuzi i wie minister kultury. Siła Filipa tkwi w odmawianiu. Wszyscy się cieszą; ho, ho, ho – wyśpiewują, a ja w duchu liczyłem trochę, że będę mógł zajmować się fikusem i czuję, że okradziono mnie z życiowej szansy. Jak gdyby klucz, który dostałem od Filipa, miał otworzyć we mnie ukryte, tajemnicze drzwi.

Wracam do domu i łóżko mnie parzy, woda z kranu nie smakuje, cały czas jakieś napięcie, prawie erotyczne.

Chcę poznać plany Filipa. W Psie nie pojawił się od kilku dni. Zaczynam go szukać, jak jakiś ćpun kolejnej działki albo żony zdradzony mąż. Dwa miejsca w Rynku, trzy na Kazimierzu. Dłuższe spacery dobrze robią na linię. W drodze napięcie opada, włącza się analityczny umysł. Czuję, że coś w tym wszystkim jest chore, że trzeba uważać.

Wreszcie jest. Siedzi przy barze i rozmawia z barmanem o angielskiej liście przebojów z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku.

– Musiało być Something w wykonaniu Shirley Bassey.

– Może było – barman zamyśla się, ale nie wie. Filip jest mistrzem, wie wszystko. Wie, kto grał na basie w zespole The Seeds, jak zmarł wokalista Morphine. Kiedy Filip bawi się w zgadywankę, znaczy, że jest trochę pijany i znudzony.

– Jak tam mój ukochany fikus?

– Też go lubię.

– Nie ma jak odpowiednio dobrana para – dodaję żartobliwie i zamawiam whisky.

Siedzimy, gadamy – raczej plotki, o poważnych rzeczach nie rozmawiamy. Taki układ. Jestem jego klucznikiem, tym bardziej dyskrecja obowiązuje. Wreszcie, jakby od niechcenia, pytam o plany wyjazdowe. Jeszcze nie wie, daleko nie jedzie, tydzień temu zamknęli granice i jak na razie nikt wyjechać nie może.

*

Ten miesiąc jest trudny. Słuch mam wyostrzony, żeby nie przegapić telefonu, bo Filip czasem telefonuje z cudzej komórki. Mejle sprawdzam kilka razy dziennie. Czekam. Wszystko poza czekaniem jest tylko tłem. I wreszcie jest mejl, że wyjeżdża na tydzień, ale może tylko na trzy dni, że jak będzie wracał, da znać.

Znowu mogę przekręcić klucz w drzwiach jego mieszkania. Śmierdzi papierosami. Popielniczka pusta, ale zapach wgryzł się w fotel, obrazy i ściany. Otwieram okno. Jest środek wiosny. Nawet szary mur naprzeciwko wygląda weselej.

Podlewam kwiatek, siadam, wstaję, jestem przejęty jak na pierwszej randce. Sięgam po książkę z półki. Oczywiście z dedykacją dla Filipa. Filip nie kupuje obrazów, książek i płyt – dostaje je za darmo. Obdarowując go, malarze, autorzy i muzycy są bardziej zaszczyceni niż on sam.

Mam wrażenie, że mieszkaniu Filipa, może przez tę zwyczajność, brak charakteru, jest jak puste płótno obrazu. Siadam w fotelu i czekam. Mam w sobie zadziwiającą pewność, że coś musi zacząć się dziać. Po godzinie dochodzę do wniosku, że to ja sam powinienem coś zrobić, poruszyć energię tego miejsca. Zaczynam machać rękami, podnoszę nogę, wykonuję pokraczną gimnastykę. Ruch powietrza to jednak za mało. Zrzucam ubranie. Idąc do łazienki, przeglądam się w lustrze w przedpokoju. Wyglądam karykaturalnie – wydęty brzuch na cienkich nóżkach, a to wszystko wieńczy łysa głowa. W gęstwinie czarnych włosów zwiędły kutas. W łazience wyglądam już inaczej. Lustro nad umywalką pokazuje interesującą twarz, na którą najwyraźniej sobie zapracowałem.

Łazienka Filipa jest bardzo elegancka – ściany wyłożone kamieniem, przemyślane rozmieszczenie światła, nowoczesna wanna i kabina prysznicowa. Kontrastuje z resztą mieszkania, w którym dominuje pozbawiony gustu eklektyzm. W łazience wszystko wygląda jak z reklamowego folderu, kolor ręczników dobrany do szarości ścian, półeczka dokładnie tam, gdzie chce się odstawić kubek.

Wchodzę pod prysznic, nalewam żel na jego gąbkę, myję się nią cały bardzo dokładnie. Potem starannie wycieram miejsca intymne w jego ręcznik. Wygląda to jak scena z gejowskiego filmu, ale to raczej magiczny rytuał. Ręczniki są puchate, duże. Obwinięty wracam do pokoju i odrzucam ręcznik na podłogę. Mieszkanie otwiera się jak ostryga, a ja jestem w nim świecącą perłą. Stoję nago w pokoju Filipa i mam ochotę posiąść całą tę przestrzeń z biurkiem, książkami, kurzem i zapachem. Kochać się, zespolić z nią i wydać potomstwo.

Teatralność sytuacji szybko staje się nie do zniesienia. Trochę mi wstyd. Ubieram się pospiesznie, zamykam okno i wychodzę.

Na ulicy wstyd mi jeszcze bardziej. Muszę się napić. W Pięknym Psie pusto. Siadam przy barze i zamawiam wódkę z tonikiem. Barmanka marudzi, że coraz gorzej. Że nie ma pieniędzy, że już nic wartościowego się nie liczy, że ogólna promocja dyletanctwa. Właściwie się z nią zgadzam, ale mam dość narzekania. Proponuję drinka. Wybiera wiśniówkę z sokiem z cytryny. Jak można pić wiśniówkę?

– Co tak pusto o tej godzinie? – pytam barmanki.

– Taki czas, mało turystów, tylko te świry, co tropią Filipa Fronta. Wypytują, czy przychodzi, gdzie siedzi, czy ma brodę, laski pytają, czy ma żonę albo dziewczynę, istny obłęd. Chyba mają zjazd fanklubu i węszą jak gończe psy. Ale Filip chyba gdzieś wyjechał, bo nie było go tu już jakiś czas.

– Wyjechał na kilka dni, podlewam mu kwiatek.

– Zostawił ci klucze?

– Zostawił – przyznaję i popijam swoją wódkę z tonikiem.

To jest jej pomysł, mógł być mój, ale to ona wpada na niego pierwsza. Popija wiśniówkę i może właśnie ta wiśniówka o dużym stężeniu dodatków chemicznych łączy jakieś impulsy w mózgu i przypomina jej się cały podręcznik do ekonomii, biznesplany, studia z rekreacji i turystyki. Plan jest bardzo prosty. Karolina, bo tak na imię ma barmanka, ma proponować obejrzenie mieszkania Filipa za opłatą i to wcale nie taką drobną.

– Trzeba sobie jakoś radzić – mówi i nalewa kolejną wiśniówkę. – Oni są jak naćpani. Wpuścisz ich tylko na chwilę, zabronisz dotykać czegokolwiek. A potem bierzemy kasę i po sprawie – dodaje.

– Trzeba ich wcześniej dobrze nakręcić, żeby uwierzyli, że to mieszkanie Fronta – mówię. – Nie ma tam ani listy mieszkańców, ani wizytówki na drzwiach, ale na szczęście są książki z dedykacjami, jakieś nagrody, zaadresowane do Filipa listy...

Plan jest dobry. Po kolejnej szklaneczce wydawaje się jeszcze lepszy. Zostajemy wspólnikami. Ustalamy, że nie możemy brać więcej niż 100 złotych od głowy. Grupy do trzech osób i nie więcej niż cztery dziennie.

Wychodzę dumny, że wreszcie odkryłem w sobie duszę biznesmena. Wcześniej nigdzie jej nie było. Były za to spektakularne bankructwa. Wreszcie będę mógł zarobić na siebie, koniec z wymuszaniem na kobietach płacenia za kolacje. Czuję się jak roztańczony Gene Kelly w Deszczowej piosence. Szybko jednak wraca wstyd, który poczułem w mieszkaniu Filipa. Wzmaga się, nabiera prawie apokaliptycznego wymiaru. Wykorzystałem pierwszą okazję, żeby kupczyć tym, co miało być tajemnicą. A myślałem, że nie mogę się sprzedać. Naprawdę tak było, ale tylko dlatego, że nikt nie chciał mnie kupić. A teraz tak od razu? I to komu? Barmance z Kazimierza?

Mimo tego śpię dobrze. Śni mi się kolejka ludzi przed domem Filipa. Podchodzę bliżej, a oni stoją do sklepu mięsnego.

*

Karolina dzwoni po dwóch dniach. Ma już pierwszą grupę. Filip nie dawał znaku życia, a zawsze zawiadamiał przed powrotem. Nie mogę jednak wykluczyć, że tym razem może pojawić się znienacka. Rośnie we mnie panika.

– Mam klucze, ale nie jestem pewny, kiedy wraca Filip.

– Mogę ich umówić na dzisiaj, nawet muszę, bo jutro wyjeżdżają.

– Na dzisiaj? – Jestem kompletnie przerażony.

– Tylko dwie osoby, ale płacą za trzy. Pasowałaby im szósta, siódma wieczorem.

Milczę, bo nie wiem, co mam jej powiedzieć.

– Tu trzeba działać szybko. Jak przychodzi zwierzyna, to strzelać! Jak na polowaniu! – ponagla Karolina.

– Jak na polowaniu? Na jakim polowaniu?

– Eee, żartuję. Decyzja musi być teraz, oni czekają.

I zgodziłem się. Umówiliśmy się na szóstą.

Idę zdenerwowany. Nie bardzo mogę to wszystko sobie wyobrazić. Przed domem Filipa czeka na mnie para (umówiony znak: książka pod pachą). On koło czterdziestki, ubrany w dziwaczny garnitur z lat osiemdziesiątych. Ona trochę młodsza, krótko obcięta, w okularach. Intrygująca para. Witamy się. W ostatniej chwili zmieniam imię na Kamil. To będzie mój konspiracyjny pseudonim.

W odpowiedzi słyszę jakieś imiona, które od razu wpadają w głęboki worek innych imion i gubią się tam, mieszając z Piotrkami, Pawłami, Marcinami, Szymonami, z Martami i Annami.

Wchodzimy po schodach w milczeniu. Przekręcam klucz i zapraszam ich do środka. Niepewnie wchodzą do przedpokoju. Nie wiem jak się zachować: mam spełniać rolę oprowadzacza, przewodnika czy milcząco wpuszczać do poszczególnych pomieszczeń? Wybieram to drugie. Włączam światło w pokoju z biblioteką i biurkiem Filipa. Wchodzą posłusznie, są skrępowani, a ja postanawiam nie rozluźniać atmosfery. Kobieta podchodzi do książek i zaczyna czytać ich grzbiety. On stoi nieruchomo, czuję w nim napięcie. Nagle – rusza w kierunku biurka i robi ruch, jakby chciał czegoś dotknąć.

Powstrzymuję go w ostatniej chwili.

Potem sypialnia. Na szczęście łóżko jest posłane. Dobrze, że nie przywlokłem tutaj wcześniej żadnej koleżanki. Stoją, oddychają głęboko, strzygą uszami, jednym słowem: wyostrzają zmysły. Jeszcze łazienka i sobie idą.

Czuję się podwójnym oszustem. Po pierwsze – w stosunku do Filipa, po drugie – w stosunku do odwiedzających. Zachowałem się jak chuj. Powtarzam sobie jednak, że taka jest mentalna cena bycia biznesmenem. Trudno, pierwsze koty za płoty, śliwki robaczywki i tak dalej.

Idę do Psa, za barem zdenerwowana Karolina.

– No i jak, udało się? Gadaj, jak było.

– Bez szaleństw. Przyszli, pogapili się trochę i poszli, wszystko trwało jakieś piętnaście minut.

– Nieźle, nieźle. Zapłacili ci całą kasę?

– Jak to zapłacili? Byłem pewny, że zapłacili tobie.

– Co się wygłupiasz, jak to mnie?

– Tak myślałem, że ich umawiasz, bierzesz kasę, a ja ich oprowadzam, jak biuro podróży.

– O kurwa, muszę się napić. – Karolina nalewa sobie wiśniówkę. – Nie chcesz?

Nie chcę. Po raz kolejny uświadamiam sobie, że świat jest tak zbudowany, że czasami karze od razu. Bije, jak dawniej w szkołach, linijką po łapach. Że jest jak były prezydent, który z malowidła na ścianie w Psie przestrzega: „Nie idź tą drogą!”.

Karolina zaczyna się śmiać – na początku trochę histerycznie, potem coraz bardziej radośnie.

– Taka z nas para wspólników, jak z Woody’ego Allena albo z gangu Olsena.

I też zaczynam się śmiać, bo co innego można robić w takiej sytuacji.

Karolina nie ma jednak zamiaru się wycofać. Twierdzi, że jak dogramy szczegóły (jakby ustalenie, kto pobiera opłaty, było szczegółem), to wszystko pójdzie dobrze, powinniśmy potraktować to jako naukę... i takie tam.

Ale ja wiem, że to nie nauka, tylko oczywisty znak. Zawsze chciałem, żeby świat do mnie mówił i żebym rozumiał ten język. Chciałem być uważnym i nigdy nie byłem. Czasami rzeczywistość staje okoniem, pokazuje, że nie tędy droga, a ja uparcie pokonuję kolejne trudności, by wreszcie osiągnąć zwycięstwo, które okazuje się klęską. Teraz jest tak samo. Czy może być coś bardziej oczywistego niż ta przestroga?

*

Nikt nie lubi odchodzić w niesławie, porzucać coś, kiedy tylko pojawią się „początkowe trudności”. Tak właśnie nazywamy niezarobienie grosza na naszym perfekcyjnie zorganizowanym przedsięwzięciu. Ustalamy, że kasę bierze Karolina przy umawianiu. Jestem zbyt wrażliwy, żeby zajmować się pieniędzmi. Zaraz jednak wraca Filip i interes zamiera. Dzwoni dopiero po miesiącu.

Tym razem wyjeżdża na całe dwa tygodnie. Prosi, aby podlewać dwa razy w tygodniu, bo robi się ciepło.

Zaciskam klucze w dłoni niczym płatny morderca, który odbiera zlecenie.

Idę do Psa, do Karoliny.

– Mam. Wyjechał na dwa tygodnie.

– O, super, chociaż ostatnio nikt o niego nie pytał.

– Jakby coś, to mam.

Nie czekam nawet na jej telefon. Następnego dnia idę do Filipa. Otwieram okno, siadam w fotelu, biorę ze stolika książkę i zaczynam czytać w założonym miejscu, mniej więcej w połowie.

Właściwie nie możemy dokładnie stwierdzić, jakimi metodami Jung zagłębiał się we własną podświadomość. Wiemy, że wykorzystywał sny, znamy sposoby ich interpretacji, ale wchodzenie w podświadomość na jawie, przy wykorzystaniu własnych omamów i urojeń wydaje się być problematyczne.

Odkładam. Babranie się w podświadomości jest obrzydliwe.

W lodówce stary żółty ser, dżem, resztka wędliny i małże w konserwie. Jeszcze szproty w oliwie. Zero alkoholu ani w lodówce, ani na półce. Wiem, że Filip piwa nie pije, więc na piwo się nie nastawiam, ale chociaż wino, może być otwarte, żeby nalać sobie kieliszek. Tu jednak nic, pustynia. Zaparzam zieloną herbatę. Filip ma japoński żeliwny czajniczek, który długo trzyma ciepło. Herbata jednak nie najlepsza, jakiś gunpowder. Siadam przy biurku, delikatnie wysuwam szufladę, pełno w niej papierów. Zamykam, jeszcze nie jestem gotowy. Dopijam herbatę i idę do łazienki. Sikając do jego kibla, przekraczam granicę intymności. Srając do kibla Filipa, jestem już prawie nim. Grzebanie w szufladzie to pestka wobec aktu wypróżniania.

Dokładnie się myję, szczotkuję nawet zęby jego szczoteczką. Wracam do pokoju. Wiatr strącił papiery z biurka. Zbieram je i chcę odłożyć na biurko, ale dociera do mnie, że mam w rękach tekst Filipa. Tekst, którego jeszcze nikt nie widział, być może początek jakiegoś dzieła, na podstawie którego zrealizują film i znowu cały świat będzie piać z zachwytu. Zatytułowane Trzymam się papierosa, żeby się nie zgubić. Siadam przy biurku i zaczynam czytać.

Palę, bo świat jest nudny, pozbawiony nadziei, bo nic w nim wartościowego, przechyla się w stronę głupoty, kiczowatości, więc palę, bo to mój bunt. Wszystko zostało podmienione, rządzi sztuka jarmarczna. Artystów czeka ten sam los, co palaczy papierosów. Nie ma dla nich miejsca. Nie wiem, co będzie dalej, ale odkąd wprowadzono całkowity zakaz palenia, zacząłem się bać. Przez pewien czas traktowaliśmy ten zakaz ulgowo, niepoważnie. Zapalaliśmy papierosa na spacerze, czasami nawet w miejscu publicznym. Paliliśmy na domowych imprezach, nie mówiąc już o paleniu u siebie w domach. Coraz trudniej było jednak kupić papierosy. Były coraz gorsze i coraz droższe. Przez pewien czas była w sprzedaży partia dobrych papierosów, przemyconych z Afryki. Wyprzedawano jakieś stare wojskowe zapasy, były camele i marlboro, lucky strike. Kosztowały dużo, ale było warto. Pół roku temu skończyło się. Teraz można dostać już tylko podróbki.

W pewnym momencie uaktywniły się jakieś grupy i zaczęły krzyczeć, że państwo jest słabe, bo prawo nie działa. Policja pojawiła się na domowym spotkaniu i wszystkich aresztowała. Kiedy zatrzymali niepełnoletnich za palenie papierosów, zaczęła się nagonka. Teraz, kiedy palę w domu, zamykam wszystkie okna i zasuwam zasłony. Nikomu nie można wierzyć, szczególnie sąsiadom.

Dzienna ilość wypalanych papierosów jest sposobem odmierzania czasu. Kiedy paliłem dwadzieścia albo więcej, to wiem, że czas się kurczył, wszystko się kurczyło, świat się kurczył, że godzina oznaczała już inną godzinę i dużo mniej się w niej mieściło.

Kiedy palę nie więcej niż dziesięć, to wszystko się rozciąga i więcej wchłania. Teraz palę mniej, oszczędzam, celebruję. Delikatnie szatkuję dzień na kawałki. Śniadanie – papieros, w południe kawa – papieros. Potem długie szukanie miejsca (może za garażem), gdzie znowu zapalę. Jeśli uda mi się w ciągu dnia odwiedzić kogoś zaufanego, to też palę. Po obiedzie biegnę do domu i wypalam dwa: jednego po drugim. Potem jeszcze wieczorem.

Wczoraj przyszli po sąsiada. Wiedziałem, że pali. Chwalił się, że wygrał z nałogiem. Za często jednak o tym mówił i wszyscy wiedzieli, cała kamienica, że pali albo za chwilę zacznie. Ktoś musiał donieść. Obudził mnie huk łamanego drewna, bo przyszli nad ranem i wyważyli drzwi. Ośmiu wyrośniętych facetów w kamizelkach kuloodpornych. On sam jest chudy i ma prawie sześćdziesiąt lat. Mieszka piętro niżej.

Potem przez cały dzień siedziała u niego ekipa dochodzeniowa. Pewnie znaleźli jakieś papierosy, podobno w szafie hodował roślinkę tytoniu.

Żeby tylko nie skończyło się tak jak z dozorcą. Był nałogowcem, palił całe życie, ale widać było, że chce rzucić, że podejmuje próby, tylko mu nie wychodziło. Po niego przyszli późnym wieczorem, już spał albo przynajmniej był w łóżku, bo wyprowadzali go w piżamie. Znaleźli chyba trzy kartony, trzydzieści paczek. Podciągnęli to pod handel i skazali go na osiem lat. Od tamtego czasu nie mamy już dozorcy, bo zmarł w więzieniu na raka żołądka.

Za hodowlę można dostać kilka lat. To nieważne, że miał tylko jedną roślinę dla siebie. Tytoniu już nawet u dilera nie można kupić. Heroina jest mniej ryzykowna, więc dilerzy porzucili tytoń. Jedyną nadzieją jest to, że ktoś z przyjaciół ma w szafie albo na dachu jedną lub dwie rośliny i po wysuszeniu wspaniałomyślnie się podzieli.

Coraz więcej ograniczeń. Urząd podatkowy, urząd kontroli porządku, sanepid, straż miejska, bojówka rady dzielnicy, urząd kontroli narodzin, komórka seksu zakazanego, komisja czystości języka, krwi i kołnierzyka. Policja. Kamery. Radary. Nowe przepisy regulujące starsze przepisy. W imię prawa. W imieniu katolików. Cyklistów. Muzułmanów. W imieniu wszystkich świętych.

Wszyscy jesteśmy przestępcami, bo prawa nie można nie złamać – jak się czołgasz pod zasiekami, to zaczepić ubraniem jest bardzo łatwo. Sztandarowy argument władzy brzmi: kto nie ma niczego na sumieniu, nie musi się bać. I boimy się wszyscy.

Każda dziedzina