Przeznaczeni - Emilia Szelest - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Przeznaczeni ebook i audiobook

Emilia Szelest

4,2

Opis

Czy przeszłość może mieć znaczenie?

Adriana Wenberger wraca do Great Falls po śmiertelnym wypadku rodziców. Od tego momentu zaczynają ją dręczyć koszmary o własnej śmierci. W każdym z nich pojawiają się mężczyźni bez twarzy. Pewnej nocy kobieta śni o Davidzie, z którym łączą ją zażyłe relacje, jednak nie ma pojęcia, kim jest mężczyzna. Kiedy spotyka go na farmie, nie może uwierzyć, że David istnieje naprawdę.

Sny nabierają tempa, a ich znajomość staje się coraz bardziej intrygująca dla obojga.

Takiej książki jeszcze nie czytałam! Emilia Szelest zabiera nas do świata kowbojskich porachunków, szybkich koni i wielkiej tajemnicy. Z ogromnym zainteresowaniem śledziłam historię Ade i Davida, nie mogąc się doczekać wyjaśnienia wydarzeń nie z tego świata. Ta historia z pewnością poruszy serca, wywoła uśmiech na twarzy oraz zostawi po sobie pełną nadziei myśl: zawsze odnajdę do ciebie drogę. Przeczytałam jednym tchem i gorąco polecam! - Ada Tulińska

Byłam pewna, że Emilia Szelest już niczym mnie nie zaskoczy. Och, jak bardzo się myliłam! Autorka porywa nas w podróż do przeszłości, na granicę jawy i snu, udowadniając, że wszystko spod jej pióra (lub klawiatury) jest genialne! Czy przeszłość może przenikać się z teraźniejszością? Nie przegap, bo... nie wiadomo, co Ci się przyśni;) - Katarzyna Bieńkowska / Autorka bloga Poligon Domowy

Poruszająca, niemal baśniowa i pełna emocji historia, która pokazuje, że przeznaczenie zawsze odnajdzie właściwą drogę ku szczęśliwemu zakończeniu. Emilia Szelest oczarowała mnie tą historią i nadal jestem pod jej urokiem! - Barbara Bandyk, @zaczytana.book

Emilia Szelest – autorka powieści z gatunku romans, kryminał i erotyk. Rodzinnie i zawodowo związana z Sanokiem. Obecnie pełni funkcję redaktor naczelnej „Tygodnika Sanockiego”. Prywatnie lubi motocykle, hokej oraz muzykę. Kocha zwierzęta, ale z braku czasu nie ma własnego zwierzaka, liczy, że pewnego dnia się to zmieni. Nie wyobraża sobie dnia bez kawy. Skrycie marzy o napisaniu scenariusza filmowego. Boi się straty czasu, więc każdego dnia wyciska z niego jak najwięcej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 280

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 5 min

Lektor: Anna Szymańczyk

Oceny
4,2 (463 oceny)
251
103
72
28
9
Sortuj według:
Dominiczka92

Nie oderwiesz się od lektury

Super inna historia niż inne. Nie mogłam się oderwać. Miło spędzony czas.
10
oligatorka

Nie oderwiesz się od lektury

całkowicie inna odsłona Szelest ale nie mogłam się oderwać od lektury
10
juja09

Nie oderwiesz się od lektury

lekka, łatwa i przyjemna
00
jezabel

Nie oderwiesz się od lektury

Niezwykła historia miłosna. Polecam :)
00
malgorzatasuskiewicz0711

Z braku laku…

Słabo napisane
00

Popularność




Wydawca: NATALIA GOWIN
Redakcja: DANUTA SZAFRAN
Korekta: IWONA HUCHLA/e-DYTOR, IZABELA JESIOŁOWSKA/edytorial.com.pl
Projekt okładki i stron tytułowych: PAWEŁ DRYGIEL
Zdjęcie na okładce: BOGDAN SONJACHNYJ/Shutterstock
Skład i łamanie: JS Studio
Copyright © by Emilia Wituszyńska 2021 Copyright © by Wydawnictwo Luna, imprint Wydawnictwa Marginesy 2021
Warszawa 2021 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-67022-19-4
Wydawnictwo Luna Imprint Wydawnictwa Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11a 01-527 Warszawawww.wydawnictwoluna.plfacebook.com/wydawnictwolunainstagram.com/wydawnictwoluna
Konwersja:eLitera s.c.

Czapki z głów... a kapelusz na głowę! Emilia Szelest stworzyła prawdziwie magiczną opowieść, która zabierze Was w malownicze, sielskie krajobrazy! Autorka kolejny raz sprawia, że czytelnik otwiera szeroko oczy ze zdziwienia. Akcja, tajemnice, seksapil i prawdziwie amerykański klimat: to jest to!

Kinga Rutkowska, @Iskierka_czyta

Są książki, które jedynie czytasz, ale są też książki, które czujesz. Przeznaczeni to historia o prawdziwym i niekończącym się uczuciu. Jeśli do tej pory nie wierzyliście w przeznaczenie i bratnie dusze, to po przeczytaniu tej książki z pewnością zmienicie zdanie!

Edyta Giersz, @motheroftworeads

Poruszająca, niemal baśniowa i pełna emocji historia, która pokazuje, że przeznaczenie zawsze odnajdzie właściwą drogę ku szczęśliwemu zakończeniu. Emilia Szelest oczarowała mnie tą historią i nadal jestem pod jej urokiem!

Barbara Bandyk, @zaczytana.book

Przeznaczeni to bardzo romantyczna historia. Kolejna pozycja, którą mogę z czystym sumieniem wciągnąć na swoją sekretną listę książkowych ulubieńców roku 2021. Polecam! 

Katarzyna Górka, @katherine_the_bookworm

Wszystko zależy od tego, jak potoczyła się przeszłość, a sny są do niej jedynie wskazówką. Tak intrygująco dawno nie było! Czy Adriana i David odnajdą swoje przeznaczenie? Polecam! 

Patrycja Przesdzienk, @potrafieczytac

Niesamowita lekkość, piękno przyrody i fabuła, od której nie można się oderwać – to cechuje najnowszą powieść Emilii Szelest. Autorka znana z niezwykle dynamicznych historii tym razem zabiera nas do Montany, gdzie rozgrywa się opowieść bohaterów, którzy już kiedyś spotkali się... we śnie! Serdecznie polecam! 

Karolina Łata, @zakochana_w_romansach

Kiedy w Twojej głowie panuje chaos, nic nie jest takie, jak być powinno. Emilia Szelest stworzyła historię, która wstrząsa, intryguje i uzależnia.  Przeczytałam tę powieść w jeden wieczór, nie mogłam się oderwać!

Agnieszka Nikczyńska-Wojciechowska, @ksiazki.takie.jak.my

Przeznaczeni to zupełnie inna niż do tej pory znana nam Emilia Szelest. Odwiedźcie Brick by Brick, pogalopujcie przez zielone wzgórza Columbia Falls i odkryjcie prawdę o snach, które Ade każdej nocy przeżywa na nowo. Emilia Szelest po raz kolejny udowodniła, że odnajdzie się w każdym gatunku. 

Emilia Zaręba, @PoDrugiejStronieOkladki

Byłam pewna, że Emilia Szelest już niczym mnie nie zaskoczy. Och, jak bardzo się myliłam! Autorka porywa nas w podróż do przeszłości, na granicę jawy i snu, udowadniając, że wszystko spod jej pióra (lub klawiatury) jest genialne! Czy przeszłość może przenikać się z teraźniejszością? Nie przegap, bo... nie wiadomo, co Ci się przyśni;)

Katarzyna Bieńkowska, @poligondomowy

Idealna na długie jesienne wieczory. Historia, która cię otuli, rozgrzeje serce i pokaże, że... sny nie zawsze są tylko snami. Polecam!

Monika, @bookstagramtopasja

Książki Emilii Szelest mają to do siebie, że wciągają czytelnika z miejsca. Wyruszcie w podróż do Great Falls, gdzie mają miejsce zaskakujące wydarzenia. Polecam!

Kasia Abdullah, @GirlsBooksLovers

Emilia Szelest to autorka znana już czytelniczkom i mająca swoją renomę. Tym razem postawiła na coś nowego i chociaż nie wiedziałam, czego się po historii Adriany i Davida spodziewać, zostałam wciągnięta w tę subtelną historię, która zabiera nas w podróż w czasie, ale i nie tylko! POLECAM!

Aleksandra Adamska, @reviewbyiliasviel

Opowieść owiana zagadką, niebezpieczeństwem, tajemnicą i historią, która lubi zataczać koło. Emilia Szelest w kowbojskim klimacie miłości ze snów, która ma szansę stać się rzeczywistością. Polecam!

Wioleta Kuflewska, @wioletreaderbooks

W najnowszej powieści Emilia Szelest zaprasza na niesamowicie wciągającą przygodę, w której rzeczywistość przeplata się z przeszłością. Odkryjcie tajemnicę sprzed stu lat. Zobaczcie, czy z przeznaczeniem można wygrać. Emocje gwarantowane. Nie wahajcie się – czytajcie!

Polecam serdecznie.

Agnieszka, @Zlotowlosa.i.Ksiazki

Prolog

Czuję pod sobą naprężone mięśnie konia. Pędzę galopem na oślep, przed sobą mając tylko ciemność. Wokół mnie wznosi się kurz. Z tyłu dobiega mnie tętent kopyt. Pościg jest coraz bliżej. Obracam się i widzę trzy postacie, ale ich nie rozpoznaję. Twarze mają zasłonięte rondami kapeluszy. Popędzam konia i patrzę przed siebie. Ciemność wydaje się rzednąć. Na horyzoncie pojawia się sylwetka samotnego jeźdźca. Mężczyzna spina konia, który tańczy na tylnych nogach, po czym rusza cwałem w moją stronę.

– David! – krzyczę, rozpoznając jeźdźca.

W tej samej chwili słyszę strzał i nagły ból przeszywa mi ramię. Tracę panowanie nad koniem i głucho uderzając o ziemię, słyszę trzask pękających kości. Ostatnie, co widzę, to oczy mężczyzny. Niesamowity głęboki błękit. Chcę się przyjrzeć jego twarzy, ale pochłania mnie mrok.

Rozdział 1

Obudziłam się zlana potem. Ten sen był przerażający. Wydawało mi się, że wciąż czuję ból w ramieniu i całym ciele. Pewnie dlatego, że w nocy przycisnęłam sobie rękę, która zdrętwiała. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam. Zacisnęłam i rozprostowałam palce prawej dłoni, by rozluźnić skurcz. Spojrzałam na zegarek. Piąta rano. Nie było sensu dłużej spać, gdy czekał mnie tak ważny dzień. Po czterech latach ośrodek wypoczynkowy moich rodziców miał znów przyjąć gości. Z tej okazji cała rodzina zapowiedziała się z wizytą. Wzdrygając się, postawiłam stopy na zimnej podłodze i westchnęłam, modląc się o cierpliwość.

Cztery lata temu na wieść o śmiertelnym wypadku moich rodziców przeszłam załamanie nerwowe. Byłam najmłodszą córką, a gdy to się wydarzyło, rodzice jechali, żeby mnie odwiedzić. Mieszkałam w Chicago i studiowałam prawo. Marzyłam o życiu w wielkim świecie. Tymczasem znów wylądowałam tutaj. W Montanie, w hrabstwie Flathead, na obrzeżach miasta, którego nie cierpiałam. Columbia Falls było moim domem, jednak zawsze chciałam się stąd wyrwać. I co z tego, że z okna miałam widok na Glacier Park? Nie tego pragnęłam.

Przez pierwszy rok byłam pogrążona w depresji. Nie pamiętam, jak zaliczyłam semestr. Na drugim roku miałam okres buntu i byłam wściekła na rodziców za to, że odeszli. W końcu znalazłam się w szpitalu, gdzie zrobiono mi płukanie żołądka. Wtedy moja najstarsza siostra zabrała mnie z powrotem do Columbia Falls. Pomagała rodzicom, odkąd pamiętam, a po dwóch latach od ich śmierci zaczęła gruntowny remont pensjonatu i domków gościnnych w ośrodku, które prowadzili nasi rodzice. Nie miała ze mnie pożytku. W każdej wolnej chwili uciekałam do stajni i spędzałam czas w towarzystwie koni. Były moimi jedynymi przyjaciółmi. Po roku Grace straciła cierpliwość. Powiedziała, że albo zacznę jej pomagać, albo mam się pakować i spadać. Czara goryczy się przelała.

Wszystko się zmieniło z chwilą powrotu mojej średniej siostry z Europy. Tylko Nina miała na mnie wpływ. Była lekarzem i robiła w Berlinie specjalizację z kardiochirurgii. Po pogrzebie rodziców musiała tam szybko wracać i nie mogła wspólnie z nami przeżywać żałoby. Nie widziałam jej od tamtej chwili aż do dnia, kiedy do nas przyjechała i zdecydowała, że włączy się w prowadzenie ośrodka. Dzięki temu nie musiałybyśmy zatrudniać innego lekarza. Grace przyjęła tę propozycję z wdzięcznością.

Byłam najmniej przydatną osobą w rodzinie do czasu, gdy urzędy zaczęły nam rzucać kłody pod nogi, komplikując prowadzenie remontów. Wtedy się okazało, że moja wiedza prawnicza jednak jest przydatna. Resztę czasu nadal spędzałam z końmi, ale siostry wreszcie mi na to pozwoliły i zadecydowały, że będę nimi zarządzać. Byłam zadowolona i wszystko zdawało się dobrze funkcjonować, dopóki pół roku temu nie zaczęły mnie nawiedzać te makabryczne sny. Budziłam się po nich drżąca i zlana potem. Najdziwniejszy był mężczyzna, o którym śniłam. W snach nazywałam go Davidem. Nie znałam go i przysięgam, że nigdy nie spotkałam. Jego twarz zawsze była niewyraźna, właściwie widziałam tylko te niebieskie oczy, które za każdym razem przewiercały mnie na wskroś.

Ubrałam się i zeszłam do stajni. Z radością przywitałam swojego konia. Kary arab czystej krwi wyraźnie ucieszył się na mój widok, bo zarył kopytami w ziemię. Dzisiaj jednak nie miałam czasu na przejażdżki. Przywitałam się z nim i całując w nozdrza, dałam mu dwie kostki cukru. Karmieniem koni i porządkiem w stajniach zajmowali się pracownicy, ja miałam ich tylko nadzorować, jednak bardzo często zakasywałam rękawy i pracowałam równo z nimi.

Dzisiaj jednak miałam inne sprawy na głowie. Otrzepawszy buty na progu, weszłam do naszej części pensjonatu. Zrobiłam sobie kawę i usiadłam przy stole. Chwilę później dołączyła do mnie Grace.

– Co tak wcześnie? Nie mogłaś spać? – zapytała zaskoczona moim widokiem.

Skinęłam głową i ziewnęłam.

– Znowu ten sen? – Do kuchni weszła Nina. Jeszcze miała na sobie piżamę.

– Tak... One mnie wykończą – mruknęłam i wzięłam do ręki bułkę, którą Grace właśnie położyła na stole. – Skąd je masz? – zapytałam, chociaż dobrze wiedziałam, że każdego ranka wstaje wcześniej i przywozi je z mojej ulubionej piekarni, ale lubiłam się z nią przekomarzać.

Siostra pocałowała mnie w czoło i zaśmiała się.

– Tajemnica, słoneczko.

Odpowiedziałam jej uśmiechem, wgryzając się w bułkę.

Kilka godzin później powitaliśmy pierwszych gości. Wiedziałam, że muszę się do tego przyzwyczaić. Do Montany i tego miejsca. Zapewne spędzę tu resztę życia.

Wieczorem usiadłam na huśtawce przed domem. Wzięłam ze sobą koc, bo noce w Columbia Falls są chłodne. Wpatrując się w bezchmurne niebo, znów rozmyślałam, jak by to było, gdyby moi rodzice nadal żyli. Gdzie bym była? Za każdym razem, kiedy moje myśli podróżowały w te rejony, odpychałam je od siebie. To już nie miało znaczenia. Przeszłość nie miała żadnego znaczenia. Musiałam się skupić na teraźniejszości i przyszłości.

Rozdział 2

Pół roku później

Idę przez dobrze mi znany dom. Bo to przecież mój dom, ale jego wystrój przypomina dziewiętnastowieczną rezydencję. Ozdobne kinkiety rzucają na ściany słaby blask płonącej nafty. Dopiero teraz się orientuję, że jest wieczór. Powoli opuszczam wzrok i spostrzegam, że mam na sobie długą suknię! Opina mnie ciasny gorset i czuję, że oddycham płycej niż zazwyczaj. Pomimo to ze zdziwieniem stwierdzam, że potrafię się poruszać w tej sukni z gracją. Unoszę ją lekko, by spojrzeć na swoje buty. Szmaragdowe trzewiki są sznurowane aż do kostki. Przechodzę koło lustra w holu i spoglądam na swoje odbicie. Moja zielona suknia jest haftowana złotą nicią. Poniżej smukłej talii rozkloszowuje się i spływa za mną po podłodze. Bufiaste rękawy zwężają się przy nadgarstkach. Wydaje mi się, że wyglądam normalnie. Ładnie i z klasą. Ciemne włosy mam misternie upięte, jedynie kilka loczków otacza buzię.

– Nie pozwól czekać gościom – odzywa się za mną głos.

Zerkam na odbicie mężczyzny w lustrze. Uśmiecha się, a jego chabrowe oczy błyszczą.

– David! – mówię i obracam się do niego. Wyciągam dłonie, które chwyta i ściska, przyciągając mnie do siebie.

Patrzę na jego przystojną twarz – smukły nos, pełne usta z nieco wydatniejszą dolną wargą. Kiedy się uśmiecha, przypomina greckiego boga. Zgodnie z obowiązującą modą ubrany jest w elegancki surdut.

– Idziemy, najdroższa? – pyta, a jego głęboki głos sprawia, że przechodzi mnie dreszcz. Uśmiecham się do niego i wsuwam rękę pod jego ramię. Kierujemy się w stronę salonu, gdzie drzwi otwierają się przed nami. Wchodzimy do jasno oświetlonej sali. W środku jest bardzo dużo ludzi. Na nasz widok ich twarze się rozpromieniają, a ja uśmiecham się jeszcze szerzej.

– O trzynastej przyjeżdżają nowi goście. – Grace spojrzała na mnie, wsiadając do pikapa.

– To niech przyjeżdżają – odpowiedziałam opryskliwie.

– Adriana, zajmij się nimi, jak należy. Niny nie ma, a ja muszę jechać do miasta, wiesz o tym – skarciła mnie.

W odpowiedzi pomachałam jej i skierowałam się w stronę domu.

– Nic się nie martw, nie wyrzucę ich – obiecałam, słysząc, jak odpala silnik.

Dziś się nie wyspałam. Znów śniłam o Davidzie. Nie miałam pojęcia, kim jest ten mężczyzna, ale wydawał się bardzo mi bliski. Czasami moje sny były spokojne, jak ten dzisiejszy. Bal, strojne suknie, zniewalająco piękne kobiety i przystojni mężczyźni. Niekiedy byliśmy tylko ja i on. Przemierzaliśmy konno dzikie ostępy Montany. Nie miałam co do tego wątpliwości. Bardzo dobrze znałam te tereny i każde rosnące na nich drzewo. Jednak zdarzały się i złe sny. Zwłaszcza powtarzał się ten, w którym spadałam z konia, a ostatnim, co widziałam, była twarz tego mężczyzny. Tych snów najbardziej nie lubiłam.

Kiedy dziś się obudziłam, dopadło mnie dziwne uczucie, jakbym na coś czekała. A może to miało związek z tym snem? Poszłam się na chwilę położyć, bo wiedziałam, że na razie nie mam nic do roboty. Kilka minut przed trzynastą usłyszałam chrzęst kół samochodów, które wjeżdżały na wysypany żwirem parking. Zaklęłam cicho. Nie lubiłam zajmować się gośćmi. Najczęściej robiły to Grace i Nina, ja tylko pomagałam dobrać konia na ewentualną przejażdżkę. Siostry izolowały mnie od gości, bo łatwo traciłam do nich cierpliwość, a wtedy przestawałam być uprzejma.

Oddychając głęboko, podniosłam się z łóżka i wyjrzałam zza firanki. Dostrzegłam dwa nowe samochody. Pozostałe znałam, bo należały do gości, którzy spędzali czas w ośrodku. Z westchnieniem zeszłam na dół i sięgnęłam po kapelusz wiszący przy wejściu. Słońce prażyło niemiłosiernie, a nie chciałam mieć przesuszonej cery. I tak prawie cały rok byłam opalona. W górach jest inaczej niż w mieście. Kiedy się ma tyle rzeczy do zrobienia koło domu, nie sposób się ukryć w klimatyzowanym pomieszczeniu.

Stukając obcasami, wyszłam na werandę pensjonatu, do którego zbliżało się sześć osób. Trzy dziewczyny i trzech facetów. Ooo, jakie to urocze, pomyślałam. Trzy zakochane pary przyjechały na wakacje do Montany, żeby zwiedzić piękny rezerwat Glacier Park. Normalnie bym się nimi nie przejęła, ale dzisiaj musiałam ich przywitać. Co nie znaczyło, że miałam do nich radośnie wybiegać. Oparłam się o balustradę werandy i obserwowałam, jak się zbliżają. Blond dziewczyny, rozchichotane, szły na przedzie z torebkami w rękach, a mężczyźni taszczyli za nimi po dwie torby. Koszmar. Cała piątka stanęła przede mną, ale przecież widziałam, że było ich sześcioro, więc gdzie się podział jeszcze jeden? Nie zamierzałam ich prowadzić na raty do domku.

– Witajcie w Brick by Brick – powiedziałam od niechcenia i zauważyłam szóstego gościa. Stał tyłem w cieniu drzew i rozmawiał przez telefon. No dobra, grunt że jest, stwierdziłam.

– Patrzcie... prawdziwa kowbojka – zażartowała ze mnie jedna z dziewczyn, a ja przewróciłam oczami, które ukryłam za przeciwsłonecznymi okularami. Na usta cisnęło mi się ze sto uszczypliwych odpowiedzi. Jednak zacisnęłam zęby i się uśmiechnęłam. Zauważyłam, że mężczyźni przyglądają mi się z zainteresowaniem.

– Państwo wynajęli domek numer sześć? Ten, w którym straszy? – zapytałam, krzyżując ręce.

– Jak to straszy?

– Straszy?

Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, widząc przestrach, który wywołałam u dziewczyn. Ich partnerzy spojrzeli na nie z politowaniem, a do mnie uśmiechnęli się głupkowato. Jeden z nich wyglądał na sportowca. Był ubrany w skórzaną futbolową kurtkę i miał gładko zaczesane brązowe włosy. Drugi był nieco niższy. Spod czapki z daszkiem wysuwały się jego jasne włosy. Patrzył na jedną z blondynek, jakby chciał jej nakazać, żeby się zamknęła.

– Żartowałam – powiedziałam i zeszłam dwa stopnie, stukając obcasami kowbojek w drewniane deski. – Nazywam się Adriana Wenberger i dopóki nie wrócą moje siostry, ze wszystkim zwracajcie się do mnie.

– Więc nie pracujesz w stajniach? Widziałam twoje zdjęcie na stronie internetowej... – Ta sama blondynka, która wcześniej skomentowała mój wygląd, odezwała się ponownie. Zaczęła mnie wnerwiać.

– Jestem jedną z właścicielek i nadzoruję stajnie – odpowiedziałam, nie kryjąc irytacji.

– Och... – Przestała drwić, gdy się okazało, że jestem jedną z właścicielek. I dobrze.

– Pokażę wam wasz domek. Zawołajcie kolegę, żeby się nie zgubił. – Ruszyłam, nie patrząc za siebie. Widziałam, jak uszczypliwa blondynka biegnie do niego w podskokach. Znów przewróciłam oczami.

– A przy okazji, jestem Mike. – Blondyn zrównał się ze mną i wyciągnął dłoń, którą szybko uścisnęłam.

– Ade – rzuciłam krótko i spojrzałam na resztę, która rozpierzchła się po całym terenie. Cholera jasna. Sportowiec z niską dziewczyną dyskutowali o czymś zawzięcie kawałek dalej. Uszczypliwa blondyna przymilała się do chłopaka rozmawiającego przez telefon. Z nami została tylko trzecia.

– To moja siostra bliźniaczka Camille – przedstawił dziewczynę Mike.

Rzeczywiście można było dostrzec podobieństwo. Zdałam sobie sprawę, że to ją Mike wcześniej karcił wzrokiem. Wszystko wskazywało na to, że nie ma dziewczyny, ale co mnie to właściwie obchodziło? Fakt, był uprzejmy, ale to nie powód, żebym chciała go lepiej poznać.

– Cześć – rzuciłam od niechcenia.

– Tych dwoje, którzy się kłócą, to Tatiana i Sebastian, a ta urocza blondynka, która ci dogryzła, to Annie i jej chłopak... – Blondyn urwał, widząc, że go nie słucham.

Tamci zaczęli iść w naszym kierunku. Trzeci chłopak nadal trzymał telefon przy uchu. Na jego ramieniu uwiesiła się blondynka imieniem Annie. Pochylił głowę, próbując skupić się na rozmowie, a na głowie, jak Mike, miał bejsbolówkę.

Gdy podeszli do mnie, wciąż byłam poirytowana. Nie mogłam zrozumieć, jak Grace to znosi. Praca z ludźmi to istna udręka.

– Nie rozchodźcie się, do diabła – powiedziałam ze złością, jednak musiałam tę hałastrę zaprowadzić do domku. Przesunęłam po nich spojrzeniem, upewniając się, że wszyscy są. W tym momencie trzeci chłopak rzucił do telefonu, że musi kończyć, i podniósł pytający wzrok. Chryste Panie! Nogi się pode mną ugięły. Patrzyłam w chabrowe oczy Davida, a on patrzył na mnie, marszcząc brwi.

– A to jest David! – dokończył Mike, podchodząc do mnie.

Tak, do cholery! Widzę, że to David! I to nie byle jaki David. To cholerny David z moich snów. Spojrzałam znów na chłopaka, który nadal się we mnie wpatrywał. Bez słowa obróciłam się na pięcie i ruszyłam między domki. Oddychałam ciężko i kręciło mi się w głowie. Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Wyobraźnia płatała mi figle. Powinnam była posłuchać Grace i iść do psychologa. To niemożliwe, żeby David idący za mną był tym samym Davidem, o którym śniłam. To po prostu niemożliwe! Spanikowana, chciałam jak najszybciej zostawić tę szóstkę w ich domku, wrócić do swojego pokoju i spróbować zrozumieć, co tu się właśnie wydarzyło.

– To jakaś wariatka, może w okolicy jest coś innego?

Za plecami usłyszałam złośliwy głos Annie. Zacisnęłam ręce w pięści, powstrzymując się, by nie kazać jej spadać, gdy usłyszałam dobrze mi znany głos. A więc nie tylko oczy i twarz były znajome.

– Daj spokój, Annie – rzekł spokojnym tonem. Tym samym, którym dzisiejszej nocy mówił, żebym nie pozwoliła czekać gościom.

Byłam popieprzoną wariatką. Właśnie się o tym przekonałam.

Dotarliśmy wreszcie do domku numer sześć, gdzie przekazałam Mike’owi klucze, życząc im wszystkim miłego pobytu. Chciałam jak najszybciej odejść. Zauważyłam, że za każdym razem, gdy coś mówiłam, David marszczył brwi. Przez chwilę nawet pomyślałam, że może on śni te same sny, ale miałam ochotę sama siebie kopnąć za te urojenia. Widać było, że mnie nie zna. Może drażnił go mój akcent? Wzruszyłam ramionami i zostawiwszy ich samych, ruszyłam do domu.

– Przepraszam, chciałbym o coś zapytać...

Obróciłam się. Za mną stał ten sportowiec. Jak on miał na imię? Chyba Sebastian.

– Słucham?

Czułam, że wszyscy patrzą na mnie jak na wariatkę. W sumie mieli do tego prawo. Normalnie też zachowywałam się dziwnie, ale ta sytuacja mnie wzburzyła. Na szczęście nie mogli dostrzec mojego wzroku za przyciemnionymi okularami.

– O której kolacja?

Chryste, co za prymitywy.

– O dziewiętnastej, a niedługo powinna wrócić moja siostra Grace, która zajmuje się gośćmi i przekaże państwu resztę informacji – odpowiedziałam szybko.

– Jej siostra wydawała się miła i normalna przez telefon, nie?

Moim uszom nie uszła kolejna uwaga Annie. Próbowała szukać potwierdzenia u chłopaka stojącego z boku, ale on tylko westchnął. Jego wydatniejsza dolna warga drgnęła, a mnie przeszedł dreszcz... Cholera, czy ja właśnie zadrżałam na jego widok? Pokręciłam głową i szybko ruszyłam alejką, by znaleźć się jak najdalej od nich. Jak najdalej od niego. Z nieprzyjemnym uczuciem ucisku w żołądku maszerowałam w stronę domu, z każdym krokiem czując, jak ciało pokrywa mi się gęsią skórką.

Rozdział 3

Popołudnie spędziłam w stajniach, czyszcząc konie. Uczucie niepokoju, które mną targało od rana, nie chciało mnie opuścić. Zastanawiałam się, o co w tym wszystkim chodzi. Nie pomogło nawet szczotkowanie Thora, które zawsze koiło mi nerwy. Od spotkania z tamtym chłopakiem chodziłam roztrzęsiona i nie potrafiłam sobie znaleźć miejsca. W porze obiadowej osiodłałam swojego konia i ruszyłam na przejażdżkę. Przez Columbia Falls przepływa rzeka Flathead, która spływa z gór. Często spędzałam nad nią czas, wpatrując się w rzeczny nurt i myśląc o ludzkim przemijaniu.

Skierowałam Thora do podnóży Teakettle Mountain, gdzie rzeka jest wyjątkowo szeroka i się rozgałęzia. Rozgałęzienia zawsze kojarzyły mi się z wolnością i możliwościami. Można wybrać, w którą stronę chciałoby się płynąć. Żałowałam, że w swoim życiu nie mam takich możliwości wyboru. Puściłam konia wolno i przysiadłam na jednym z kamieni obok rzeki. Otaczały mnie cisza i spokój, koń skubał trawę na uboczu, w górze jakiś ptak wyśpiewywał swoją melodię, a ja wreszcie zaczęłam uspokajać nerwy. Nie potrafiłam wytłumaczyć sobie tego, co się zdarzyło. Nie rozumiałam, skąd się brały sny, które mnie męczyły, ani dlaczego spotkałam tego chłopaka. Nie wierzyłam w przypadki. Uważałam, że wszystko w życiu ma jakąś przyczynę, ale tego nie mogłam wyjaśnić sobie inaczej niż jako przypadek. Przypadkiem były moje sny i to, że chłopak wyglądał dokładnie tak samo jak David, który się w nich pojawiał. Różnił ich tylko ubiór. Westchnęłam i wstałam z kamienia. Nawet rzeka nie pomogła mi pozbyć się myśli o nim.

Otrzepałam spodnie i wsiadłam na konia. Zbliżała się pora kolacji, a słońce zachodziło już za horyzont. Spięłam Thora i popędziłam w stronę domu, by zdążyć przed zmrokiem. Nie lubiłam pory kolacji. Wszyscy goście schodzili się wtedy do jadalni i głośnio rozmawiali, a ja lubiłam ciszę. Czasami próbowałam sobie przypomnieć, jak to było, kiedy pensjonat prowadzili rodzice, ale nie potrafiłam. Nie pamiętałam, czy byłam szczęśliwa, czy lubiłam ludzi. Siostry mówiły, że tak. Miałam wrażenie, jakbym wraz ze śmiercią rodziców straciła pamięć i cząstkę siebie. Kiedy wróciłam do Columbia Falls, starzy znajomi próbowali się ze mną skontaktować, jednak bezskutecznie. Z czasem odpuścili.

Powoli wjechałam na podwórze. Zsunęłam kapelusz na plecy, pozwalając włosom opaść falami na ramiona. Spojrzałam w stronę jadalni, gdzie zbierała się już gromada gości. Ludzie kochają góry. Przyjeżdżają tu, by odpoczywać na łonie natury. Później wracają do miasta i żyją wielkomiejskim życiem, którego zawsze pragnęłam. Może gdybym przyjeżdżała tu raz na jakiś czas, też byłabym zachwycona? Zsiadłam z konia i przytuliłam się do jego boku, dziękując za bezpieczną jazdę.

– Jesteś wreszcie, gdzie się podziewałaś? – Z tyłu dobiegł mnie zniecierpliwiony głos mojej siostry.

Obróciłam się i chwyciłam konia za uzdę.

– Cześć, Grace, byłam na przejażdżce, czy to nie logiczne? – odparłam i poprowadziłam konia do stajni.

– Chłopak z domku numer sześć pytał o ciebie. – szepnęła z szerokim uśmiechem, pochylając się w moją stronę.

Przystanęłam i odwróciłam się do niej gwałtownie.

– Co?! Który?

– Taki wysportowany blondyn. Mogłabyś pokazać mu okolicę. Powiedział, że jest tu ze znajomymi i z siostrą.

Grace przygryzła zalotnie wargę, a ja prychnęłam. Mike... to on o mnie pytał. Ukłucie w brzuchu powiedziało mi, że czuję się rozczarowana. Podświadomość mi podpowiadała, że to kogoś innego uwagę chciałam zwrócić.

– Och, daj mi spokój, Grace. – Pokręciłam głową, idąc w stronę stajni.

– Zjedz dzisiaj z gośćmi – poprosiła, a gdy szybko odmówiłam, znów poczuła się rozczarowana.

– Ade! Nie możesz się tak zachowywać cały czas! Musisz żyć, wyjść do ludzi. Mnie też ich brakuje...

Gdy na nią spojrzałam, patrzyła na mnie ze smutkiem w oczach.

– Oni zawsze mówili, żebym robiła to, co kocham i na co mam ochotę, i żebym zawsze była sobą, więc jestem. – Rozłożyłam ręce, mówiąc odrobinę za głośno. – Czego ty ode mnie oczekujesz, Grace? Nie jestem taka jak ty i Nina! – krzyknęłam, a Thor spiął się i zarżał. Położyłam mu dłoń na pysku i uspokajająco pogłaskałam.

– Nie rozumiem cię... Spędzasz czas ze zwierzętami, jakby ludzie byli w czymś gorsi – stwierdziła z wyrzutem.

– Ludzie przysparzają o wiele więcej bólu i cierpienia niż zwierzęta, dlatego spędzam z nimi czas, a ty lepiej zajmij się gośćmi – powiedziałam ostro. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że kiedy chciałam, potrafiłam być okrutna.

Usłyszałam jej ciche kroki. Odeszła bez słowa.

Kolację zjadłam na zapleczu w kuchni. Kiedy zapadł zmrok, wyszłam przed dom i usiadłam na huśtawce. Spojrzałam w lewo, gdzie grupa gości paliła ognisko. Wybuchali śmiechem i opowiadali sobie różne historie. Było ich dokładnie sześcioro i dopiero gdy zmrużyłam oczy, rozpoznałam ekipę z domku numer sześć. Próbowałam wypatrzyć Davida, ale z tej odległości niewiele było widać. Nagle przede mną wyrosła postać. Chłopak pojawił się niespodziewanie.

– Cześć. – Blondyn uśmiechnął się do mnie szeroko.

– Cześć, Mike. – Zaakcentowałam jego imię, jakby było czymś przykrym.

– Dołączysz do nas? – zapytał, wskazując na płonące ognisko.

– Nie... – Spojrzałam w tamtą stronę z powątpiewaniem. – Raczej nie. – Pokręciłam głową. – Dobrze mi tu – wyjaśniłam, wskazując koc, którym byłam przykryta. Kusiło mnie, by podejść do nich i przyjrzeć się chłopakowi, który mnie intrygował, ale na myśl o Annie i jej koleżankach zrobiło mi się niedobrze.

– No chodź, nie daj się prosić. Może opowiesz nam jakieś historie z Columbia Falls. – Wzrok miał błagalny. Najwyraźniej był typem ludzi, którzy nie odpuszczają i wiercą dziurę w brzuchu.

Poddałam się, wiedząc że to nie Mike przyciąga mnie do tego ogniska.

– Dobra, ale tylko na chwilę, dzień był długi, a ja jestem zmęczona. – Podniosłam się z huśtawki, odkładając koc. Miałam na sobie ciepłą bluzę z kapturem, który zarzuciłam na głowę. Żałowałam, że kapelusz zostawiłam w domu. Chciałam po niego iść, ale Mike pewnym ruchem chwycił mnie za przegub i pociągnął w stronę pozostałych. Wiem, jakie to uczucie ciągnąć zapartego konia, więc poddałam mu się, żeby to nie wyglądało głupio, i podeszłam do ogniska.

– Ludzie! Pamiętacie Ade? To nasza szefowa! – krzyknął chłopak.

Wzdrygnęłam się, gdy oczy wszystkich zwróciły się ku mnie. Najpierw dostrzegłam obojętne twarze Tatiany i Sebastiana, a potem siostra Mike’a podeszła i przedstawiła mi się, wyciągając rękę.

– Camille – powiedziała, a ja uścisnęłam jej dłoń. – Poznałyśmy się wcześniej. – Ku mojemu zdziwieniu uśmiechnęła się przyjaźnie. Już miałam jej odpowiedzieć, gdy usłyszałam najbardziej irytujący głos w całej ekipie.

– Ade? To skrót od...?

Spojrzałam na Annie, ale nie zdążyłam jej odpowiedzieć, bo obok dziewczyny odezwał się znajomy głos.

– Od Adriany.

Obróciłam się do niego i nerwowo przełknęłam ślinę. Tego obawiałam się najbardziej. Chłopak stał i z niedowierzaniem lustrował mnie wzrokiem. Usta miał lekko rozchylone. Przeszedł mnie dreszcz.

– A skąd ty to możesz wiedzieć? – ofuknęła go dziewczyna, gdy wciąż stał i nie odrywał ode mnie oczu.

– Tak mi się wydaje. – Chłopak spojrzał na dziewczynę z nieskrywaną irytacją. – Ale może Ade sama nas oświeci?

Moje imię w jego ustach brzmiało tak miękko, tak lekko, jakby wypowiadał je od zawsze. Miałam ochotę pokręcić głową, by wyrzucić z niej pewne obrazy. Chrząknęłam i potwierdziłam.

– Masz rację, Ade to skrót od Adriany.

– Dobra, siadaj, koniec prezentacji. – Mike ze śmiechem pociągnął mnie na ławkę obok siebie.

Usiadłam skrępowana i modliłam się, żebym mogła stąd uciec. Czemu cholerny deszcz nie pada wtedy, gdy jest najbardziej potrzebny? Z westchnieniem spojrzałam w niebo, a później na chłopaka, który nie odrywał ode mnie wzroku.

– Więc Ade... Opowiesz nam jakieś miejskie legendy? – zagadnął mnie Sebastian.

Nie mogłam sobie przypomnieć nic konkretnego. Wreszcie w mojej głowie pojawił się obraz. Siedziałam u matki na kolanach, bujałyśmy się w fotelu, ona czule głaskała mnie po włosach i opowiadała historię.

– Coś mam, ale ostrzegam, nie jestem dobra w opowiadaniu...

– A w czym jesteś dobra? W wymiataniu gówien spod koni?

Spojrzałam na Annie i przewróciłam oczami.

– Annie! – syknęli wszyscy, a ja wstałam.

– Wiecie co? To chyba nie był dobry pomysł. Jestem zmęczona i muszę już iść. Miłej nocy – powiedziałam, wstając od ogniska.

Mike jednak nie odpuszczał. Przyskoczył do mnie i delikatnie chwycił za przegub.

– Słuchaj, Adriana, nie przejmuj się Annie, ona tak zawsze.

Próbował wytłumaczyć koleżankę, ale machnęłam ręką.

– Daj spokój, bawcie się dobrze – odpowiedziałam i odeszłam, nie patrząc za siebie, chociaż czułam spojrzenia wywiercające mi dziurę w plecach.

Weszłam do pokoju z drżącym sercem i miękkimi kolanami. Wiedział, jak mam na imię! Adriana, uspokój się! – skarciłam siebie w myślach, stając pod prysznicem. Jednak nie potrafiłam się uspokoić. Wsuwając się do łóżka, wciąż myślałam o Davidzie. Wydawało mi się, że nie będę mogła zasnąć, ale zmęczenie z całego dnia zrobiło swoje i szybko zapadłam w głęboki sen.

Tętent końskich kopyt mnie ocucił. Czuję, że jadę przerzucona przez siodło. Koń pędzi jak szalony, tocząc pianę z pyska. Obracam się i spoglądam do góry. Znajome niebieskie oczy wpatrują się w horyzont. Jeździec popędza konia. Pościg trwa. Jęczę z bólu, ściągając na siebie uwagę mężczyzny.

– Zaraz będziemy w domu. Wytrzymaj – mówi jakby do siebie, ale wiem, że zwraca się do mnie.

Na horyzoncie widzę pomarańczową łunę. Świta?

Koń wypada zza zasłony drzew, a naszym oczom ukazuje się płonący budynek. Nasz dom płonie. To nie świt widziałam chwilę temu, to była łuna pożaru. Kaszlę od dymu, który wypełnia moje płuca, i czuję w nich niewyobrażalny ból.

– Boże, David... – mówię z trudem.

– Wiem, Adriana... Jesteśmy w pułapce... – Głos mu się łamie.

Wyrwałam się ze snu cała spocona. Dom płonął. Mój dom. Ten, w którym obecnie mieszkam. Wciąż czułam smród dymu ze snu. Spojrzałam na zegarek. Było dobrze po północy. Musiałam odetchnąć świeżym powietrzem. Na piżamę nałożyłam długą flanelową koszulę, a nogi wsunęłam w adidasy. Nie chciałam stukać obcasami, by nie obudzić sióstr. Cicho wyszłam na zewnątrz i usiadłam na huśtawce, gdzie wcześniej zostawiłam koc. Był trochę wilgotny, ale dawał ciepło, a to było najważniejsze.

Obróciłam się i spojrzałam na dom. Drewniany, z podmurówką. Przypominał budynek, który stał w płomieniach w moim śnie. Jednak nie pamiętam, żeby ktokolwiek wspominał o pożarze w naszym domu. Sen mógł być wytworem mojej wyobraźni, powstać pod wpływem dzisiejszego, tak emocjonującego spotkania przy ognisku. Westchnęłam i spojrzałam w noc. Nie słyszałam, że ktoś się zbliża, dopóki nie usłyszałam za sobą pytania:

– Więc to ty?

Poderwałam się i gwałtownie obróciłam, tracąc równowagę i spadając z huśtawki. Chabrowe oczy szybko nachyliły się nade mną.

– Nic ci nie jest?

– Co, do cholery? – wymamrotałam, stając na nogi. Upewniłam się, że wciąż jestem w piżamie, a nie w sukni, którą miałam na sobie we śnie. Chłopak miał na sobie dres, a na głowie bejsbolówkę.

– Co cię napadło, żeby zachodzić ludzi od tyłu? – warknęłam, wpatrując się w niego. – I o co ci w ogóle chodzi? – zapytałam, otrzepując się z piasku.

– Śnisz o mnie... – Patrzył w moje oczy, jakby szukał potwierdzenia. – Tak jak ja o tobie – dodał, a ja uniosłam brew, jakby to, co mówił, było niedorzeczne.

– Nie wiem, o czym mówisz – odpowiedziałam ostro. Wzruszyłam ramionami, jednak w środku cała dygotałam. Bałam się, by mój głos nie zdradził zdenerwowania.

– Dobrze wiesz... – Jego twarz wyrażała pewność. – Chciałbym wiedzieć, dlaczego tak jest...

– Dlaczego co jest? – Nadal grałam głupią, ale jego wzrok powiedział mi, abym darowała sobie te podchody. Westchnęłam.

– Wiesz? W pierwszej chwili cię nie poznałem w tych okularach i kapeluszu, ale twój głos wydał mi się znajomy – powiedział, siadając na huśtawce. – Ale kiedy zobaczyłem cię dzisiaj przy ognisku nie miałem wątpliwości. – Uniósł wzrok, czekając na moją odpowiedź.

Nadal stałam i patrzyłam na niego, próbując ukryć emocje.

– Słuchaj! Jak masz na imię? – zapytałam.

– Przecież wiesz... – Przechylił głowę. Delikatny, piękny uśmiech błąkał się na jego twarzy.

– Nie pamiętam...

– Czemu nie mogłaś spać? Dlaczego jesteś tutaj, patrząc na budynek, w którym mieszkasz? Czy on kiedyś spłonął? – Zadawał kolejne pytania, a we mnie narastał niepokój. – Czy śniłaś o tym samym co ja? Wiem, Adriana, jesteśmy w pułapce... – zacytował słowa, przez które obudziłam się kilka minut temu, a wyraz mojej twarzy musiał mu potwierdzić, że wiem, o czym mówi.

Dość. Miałam dość tego, że śni te same sny, nie wiadomo dlaczego. I skąd bierze się we mnie poczucie, że mogę mu zaufać? Jednak nie chciałam. Obróciłam się na pięcie.

– Nie wiem, o czym mówisz, i nie zamierzam ci się tłumaczyć, dlaczego tu siedzę. To mój dom...

– Adriana – powiedział spokojnie. – Nie chciałem cię zdenerwować. Chcę wiedzieć dlaczego.

– Dlaczego co? – Znów obróciłam się, by na niego spojrzeć.

– Dlaczego śnimy ten sam sen?

– Ale nie śnimy, coś ci się uroiło... – odparłam drżącym głosem.

– Wiem, że kłamiesz. Ja to czuję. – Wpatrywał się w moją twarz, szukając w niej potwierdzenia swoich słów.

Przybrałam maskę obojętności. Wyćwiczyłam to do perfekcji.

– Wiesz co? Daj mi spokój. Gadasz jakieś bzdury, a ja naprawdę nie mam pojęcia, o co ci chodzi! – Odeszłam kilka kroków, ale usłyszałam skrzypienie huśtawki. David gwałtownie złapał mnie za rękę. Moje były przemarznięte. Jego ciepłe. Czułam w nich życie i ze zgrozą stwierdziłam, że nasze dłonie idealnie do siebie pasują.

– Dlaczego nie chcesz o tym porozmawiać? – Przyciągnął mnie bliżej do siebie i spojrzał mi w oczy.

– Bo nie chcę, bo to głupie... – Wbrew sobie wysunęłam dłoń z jego uścisku i cofnęłam się lekko. Moje ciało chciało być blisko niego, chociaż rozum podpowiadał, żebym uciekała.

– Dowiedz się, czy ten dom kiedyś płonął. Prawie od roku śnię o tobie. Czuję, jakbym znał cię od zawsze – szepnął.

Stałam o krok od niego. Pomyślałam, że z łatwością mogłabym zarzucić mu ręce na szyję i go pocałować. Mimowolnie spojrzałam na jego usta.

– David?! Gdzie jesteś?! – Spomiędzy drzew dobiegło wołanie. Oboje spojrzeliśmy w tamtą stronę.

– Lepiej zajmij się Annie – powiedziałam, wracając do rzeczywistości.

Chwycił mnie silnie za ramię.

– Dręczysz mnie od roku, myślisz, że odpuszczę? – zapytał cicho.

– Nie, ale mam taką nadzieję. – Wyrwałam się i pobiegłam w stronę domu. Wpadłam do środka i stanęłam przy małej szybie w drzwiach. Widziałam, że David patrzy w moją stronę. Lampa na werandzie go oświetlała. Zobaczyłam też, jak niska blondynka podchodzi i chwyta go za rękę. Poczułam ukłucie w piersi, gdy odszedł z nią spod mojego domu. Weszłam na górę i rzuciłam się na łóżko, modląc się, by David zapomniał o tych snach i przestał drążyć temat. Jego słowa o tym, że dręczę go od roku, w kółko wirowały w mojej głowie, jak piosenka, w której włącza się replay. Zasnęłam, myśląc o nim, ale dzięki Bogu do rana mojego snu nie zakłóciły żadne niepokojące obrazy.

* * *

David

Przyjechałem do Columbia Falls, bo Mike nas przekonywał, że to świetne miejsce, żeby pojeździć konno, jakby nie wystarczyła mu jazda w klubie jego ojca. Jednak chyba wszyscy pragnęliśmy się oderwać od swoich rodzin. Annie trochę marudziła, bo wolałaby wyjechać do Europy i opalać się nad Adriatykiem. W tej chwili nie mogłem sobie pozwolić na takie wakacje. Praca u ojca wyciskała ze mnie ostatnie siły i nawet z dala od domu wisiałem na telefonie. I bez tego byłem już przemęczony. Nawiedzające mnie od roku koszmary skutecznie spędzały mi sen z powiek. Nie rozumiałem ich. Nie wiedziałem, kim jest kobieta, o której śnię. Kobieta, którą całuję, którą trzymam w ramionach i którą próbuję uratować. Nie rozumiałem tego, dopóki nie przyjechałem do Columbia Falls. Najpierw do myślenia dał mi głos dziewczyny, która przyjmowała nas w Brick by Brick. Wydał mi się znajomy, ale nic w niej nie powiedziało mi, że jest Adrianą z moich snów. Byłem pewien, że odwodniłem się z powodu upału i wyobraźnia płata mi figle.

W nocy kolejny raz śniłem, do czego już przywykłem. Jednak kiedy przysiadła się do ogniska i spojrzałem na jej twarz, zamarłem. Byłem skonsternowany. Nie wiem, czym się kierowałem, kiedy odpowiedziałem Annie, że Ade to Adriana. Powinienem trzymać gębę na kłódkę, ale nie potrafiłem. Serce waliło mi jak młotem, a ręce pociły się i wyrywały, by dotknąć jej drobnej twarzy. Coś w oczach Adriany powiedziało mi, że ona również mnie poznaje. Nieważne było, jak bardzo starała się to ukryć, błysk w jej szarych oczach zdradził mi wszystko. Tak jakbym dobrze ją znał.

To uczucie nie przestawało mi towarzyszyć aż do zaśnięcia. Wtedy nadszedł sen o płonącym domu, który już znałem, bo mieszkała w nim Adriana. Miałem wrażenie, że balansuję na cienkiej granicy między jawą a snem. Czas się zlewał. Byłem jednocześnie tutaj i w przeszłości. Przebudziłem się, otarłem pot z czoła i spojrzałem na śpiącą obok mnie Annie. Ze wstrętem do samego siebie przyznałem, że to nie ją chciałbym teraz widzieć.