Wystarczy kochać - Emilia Szelest - ebook + audiobook + książka

Wystarczy kochać ebook i audiobook

Emilia Szelest,

3,9

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Lucas wyrusza właśnie w swoją pierwszą dużą trasę koncertową. Towarzyszą mu ból złamanego serca po zdradzie dziewczyny, oddani przyjaciele z zespołu oraz pasażerka na gapę – młodsza siostra Aurora. Mierząc się ze sławą rodziców – nagradzaną pisarką Caroline Morgan oraz wspaniałym muzykiem i gwiazdą zespołu Free Birds Alexem Morganem, chłopak próbuje zapracować na sukces, jednak z powodu życia w cieniu ojca nie jest to łatwe. Chcąc odciąć się od korzeni i następstw, jakie się z tym wiążą, Lucas podejmuje kroki, których z czasem mógłby żałować. Na szczęście jest ktoś, kto poza rodziną i przyjaciółmi wielokrotnie ratuje go przed upadkiem.

Czasami wystarczy krótki przejazd kolejką, by zrozumieć, że właściwa osoba jest obok Ciebie…

Trasa koncertowa, alkohol, nieprzespane noce i gorące fanki! Brzmi nieźle! Szczególnie
gdy wydaje się, że rozstanie to koniec świata. Koniec jednak często bywa także początkiem.
Czasami szczęście jest obok nas, a my go po prostu nie zauważamy. Przygoda życia to nie tylko zabawa, ale także zazdrość, miłość i wiele pokus – bywa, że niebezpiecznych.
A szczęście jest jak domek z kart...
Emilia Szelest kolejny raz nie zawodzi swoich czytelników!

Katarzyna Bieńkowska
@poligondomowy

Bohaterowie książki mają przed sobą najlepsze lata, które mogą przeżyć, jak tylko zapragną.
Jednak kiedy jeden z przyjaciół będzie musiał na chwilę zniknąć, zespół zostanie poddany ciężkiej próbie. Przekonajcie się, czy przyjaźń i miłość mogą przetrwać nawet te najtrudniejsze momenty. To historia, która przywoła Wasze najlepsze lata, te beztroskie,
kiedy chcieliście czerpać z życia pełnymi garściami.

Joanna Ćwiertka
@panda_zksiazka

Inteligentna powieść pokazująca, jak cienka jest granica między sukcesem a porażką, między
szaloną młodością a dorosłym życiem… Dwie kobiety wkraczają niespodziewanie w życie popularnego zespołu muzycznego, który właśnie wyruszył w swoją pierwszą trasę. Czy to będzie początek ich problemów?

Maciej Kucab
@Polacyniegęsi

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 287

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 57 min

Lektor: Magdalena Emilianowicz

Oceny
3,9 (154 oceny)
70
36
23
17
8
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
04091998

Nie polecam

Nie polecam, historia bardzo płytko napisana. Słabe rozwinięcia postaci. Postaci wiekowe a ma się wrażenie że czyta się o 15- nastolatkach😬
50
wissienka

Nie polecam

mimo najszczerszych chęci nie dam rady skończyć tej książki. płytkie dialogi, jalowi bohaterowie, nie czuję chemii ani emocji. brakuje humoru i ikry. niektóre książki autorki są świetne, niestety ta do nich nie należy.
20
alicjazkrainyczarow

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna ,bardzo szybko się czyta .wciąga bez reszty pochłonęłam w 4h ❤️
10
magda111

Dobrze spędzony czas

🙂
00
monia07666

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo fajna książka, polecam 😊
00

Popularność




Copyright © by Emilia Wituszyńska 2022 Copyright © by Wydawnictwo Luna, imprint Wydawnictwa Marginesy 2022
Wydawca: NATALIA GOWIN
Redakcja: EWDOKIA CYDEJKO
Korekta: JOANNA MORAWSKA, ADRIANNA HESS / e-DYTOR
Projekt okładki i stron tytułowych: MAGDALENA ZAWADZKA
Zdjęcie na okładce: © Magdalena Russocka / Trevillion Images
Skład i łamanie: JS Studio
Warszawa 2022 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-67157-29-2
Wydawnictwo Luna Imprint Wydawnictwa Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11a 01-527 Warszawawww.wydawnictwoluna.plfacebook.com/wydawnictwolunainstagram.com/wydawnictwoluna
Konwersja:eLitera s.c.

Lucasowi,

Snap Out Of It

Playlista

Stop the World I Wanna Get Off With You, Arctic Monkeys

Undisclosed Desires, Muse

Highway Tune, Greta Van Fleet

Terrible Thing, AG

Girl Is on My Mind, The Black Keys

You and I, Arctic Monkeys

A Little Death, The Neighbourhood

Kashmir, Led Zeppelin

All Night Long, The Last Shadow Puppets

Fireside, Arctic Monkeys

Hard Habit to Break, The Kills

Waiting Game, Banks

Arabella, Arctic Monkeys

Raise the Dead, Rachel Rabin

Dazed and Confused, Led Zeppelin

Hysteria, Muse

Hells Bells, AC/DC

Glass in the Park, Alex Turner

Used to Be My Girl, The Last Shadow Puppets

Epitaph, King Crimson

Snap Out of It, Arctic Monkeys

California Dreamin’, The Mamas and The Papas

.

„(...) she’s made of outer space

And her lips are like the galaxy’s edge

And her kiss the color of constellation falling into place

My days end best when this sunset gets itself behind

That little lady sitting on the passenger side

It’s much less picturesque without her catching the light

The horizon tries but it’s just not as kind on the eyes...”

[Arabella, Arctic Monkeys]

Prolog

Pierwszy plan – zielone oczy.

Kamera powoli oddala się, ukazując uśmiechniętą twarz nastolatka.

– Powiedz, Lucas, jak to jest żyć w cieniu ojca? Odczuwasz w związku z tym presję? – Po drugiej stronie kamery rozbrzmiewa dziewczęcy śmiech. Gdy dziewczyna chichocze i zgina się wpół, jej kruczoczarne włosy opadają na twarz. Jest ledwie dwa lata młodsza od chłopaka, którego nagrywa.

– No cóż, odziedziczyłem po ojcu talent, ale Young Wolves to mój własny projekt. – Drobna dłoń gestykuluje, szczęka miarowo się porusza, jej ruchy przypominają ruchy szczęki kowboja przeżuwającego tytoń, ale jest możliwe, że chłopak żuje gumę. Trzyma na kolanach gitarę, którą głaszcze bezwiednie lewą ręką. – Mogę wam powiedzieć jedno – wyciąga palec wskazujący, prostując kciuk do góry, jakby celował w obiektyw kamery – nie jesteśmy kopią naszych rodziców, będziemy lepsi od naszych ojców. Jesteśmy Young Wolves. – Wypowiadając te słowa, chichocze jak opętany, a ciemnowłosa dziewczyna pada na trawę, zwijając się ze śmiechu. Chwilę później chłopak do niej dołącza, a jego sięgające za ucho ciemnobrązowe włosy, przetykane jaśniejszymi pasmami, rozsypują się po trawie. Nagle śmiech milknie, dziewczyna się obraca i podpiera na łokciu, spoglądając na niego brązowymi, prawie czarnymi oczami.

– Chciałbyś być taki jak tato, prawda? – pyta.

– No pewnie, Aurora – mówi on. – Kto by nie chciał być jak tata? Koncerty, sława, dziewczyny. – Nastolatek znów zanosi się śmiechem.

– Przecież wiesz, że odkąd poznał mamę, nikogo oprócz niej nie było. – Dziewczyna kładzie się na trawie z rękami rozłożonymi na boki. – Chciałabym tak... – Jej rozmarzone spojrzenie błądzi między obłokami na błękitnym niebie. Jest upalny dzień w Santa Monica. Słońce praży niemiłosiernie od wczesnych godzin rannych, na niebie ani jednej chmurki.

– No przecież wiem, ale trochę się zabawił, zanim ją poznał. Co byś chciała, Rora?

– Tak się zakochać jak oni. – Dziewczyna wzdycha cicho. – Znaleźć swoje idealne kontinuum.

– Dziecinko, masz dopiero piętnaście lat. – Lucas z powątpiewaniem kręci głową. – Długa droga przed nami. – Obejmuje siostrę ramieniem i razem się wsłuchują w dobiegającą z domu muzykę. Podnosi głowę, starając się dostrzec przez szybę drzwi tarasowych sylwetki rodziców.

– Patrz, tańczą – szepcze Aurora, wpatrując się w wirującą po parkiecie parę. W jej oczach błyszczy podekscytowanie pomieszane z miłością.

– To takie dziwne...? Codziennie tańczą. – Lucas zgrywa twardziela, aczkolwiek w rzeczywistości, gdy siostra nie widzi, wpatruje się jak urzeczony w rodziców.

– Czy to nie piękne? Lucas, powiedz, że też byś tak chciał, że tobie i chłopakom nie zależy tylko na sławie, bogactwie i przypadkowych dziewczynach. Nie dlatego zakładaliście zespół. Chodzi o muzykę, prawda? – Podenerwowana podnosi się z trawy i zabiera kamerę, którą zamyka z trzaskiem.

– Wprost przeciwnie, siostro, właśnie o to nam chodzi. – Ponownie obejmuje ją ramieniem, niszcząc jej idylliczne wyobrażenie o miłości.

Dziewczyna, kręcąc głową, śmieje się beztrosko i pozwala bratu wprowadzić się do domu. Stoją przez chwilę w wejściu i przyglądają się rodzicom, nie przerywając ich tańca. Brązowe włosy matki fruwają wokół głowy, kiedy ojciec obraca ją wokół osi własnej ręki. Twarz kobiety promienieje miłością do mężczyzny od zawsze jej przeznaczonego. Ciemne dżinsy opinają wciąż zgrabne, chociaż już nie tak gibkie ciało. Caroline zerka na dzieci – ich buzie rozciągają się w uśmiechach – i mruga do nich porozumiewawczo. „Są już tacy duzi – myśli. – Kiedy ten czas przeleciał?” Czasami odnosi wrażenie, że czas przesypuje się przez palce jak piasek na plaży, ale nie żałuje ani dnia. Nie, skoro nieomal codziennie mąż porywa ją do tańca w rytm Sinatry i przygląda się jej z miłością w oczach. Caroline widzi swoje odbicie w lustrze, dostrzega zmarszczki, lecz mimo to, gdy tańczą, czuje się tak, jakby czas stanął w miejscu, a ona wciąż miała dwadzieścia siedem lat.

Kobieta spogląda na męża z uśmiechem. Alex nadal ma ten niesamowity błysk w spojrzeniu, który tak pokochała tamtego dnia w kawiarni; teraz, gdy piosenka dobiega końca, on sięga po jej dłoń i całuje ją, oddając szacunek i dziękując za taniec. Caroline nie ma wątpliwości, że słusznie wybrała. Jego czarne włosy na skroniach przetykają srebrne nitki, ale nie wariuje, nie farbuje się; przeciwnie, czuje się dumny. Jest mężem i ojcem. Obracając się w stronę dzieci, uśmiecha się szeroko i chwyta żonę za rękę.

– Cześć, dzieciaki, jak było na próbie? – zagaduje, podchodząc do syna i przybijając mu piątkę. Muska palce Caroline, a potem pozwala puścić swoją dłoń, kiedy żona odchodzi w kierunku kuchni z córką. Alex, co jakiś czas na nią zerkając, zajmuje miejsce na sofie i próbuje sobie poradzić z ogarniającym go uczuciem. Uczuciem, które mimo upływu czasu nie wygasa, lecz rośnie. Jest to nauka, którą stara się co dzień przekazywać swoim dzieciom, wie jednak, że same będą musiały się kiedyś o tym przekonać. Kładzie rękę na ramieniu syna i rozsiada się wygodnie na kanapie, wsłuchując w jego opowieść. Ma uśmiech na twarzy.

Rozdział 1

Lucas10 lat później

Lubię ten czas, gdy siedzę w swoim pokoju z kartką, długopisem i gitarą. Pisanie tekstów uspokaja mnie i przenosi do innego świata. Mam ją przed oczami – moją ukochaną, moją muzę. Choć rozdzielają nas setki kilometrów, nasza miłość wciąż jest silna, tak jak w dniu, kiedy się poznaliśmy. Lisa. Rudowłosa, filigranowa piękność uśmiecha się do mnie w kolejnych odsłonach wspomnień. Dziś ją znów zobaczę. Czasami żałuję, że wybrałem Los Angeles zamiast Chicago i życia z Lisą, ale zaczynają się wakacje; spędzimy je razem podczas mojej pierwszej trasy koncertowej. Całe Stany i stolice Europy, zespół i my. Młodzi, zwariowani, czerpiący z życia pełnymi garściami.

Komórka na stoliku nocnym wibruje, sięgam po nią, by odczytać wiadomość. „Kochanie, będę godzinę później. Nie wyrobię się. Mama zabrała mnie na zakupy”. Uśmiecham się, widząc jej imię podświetlone w pasku nadawcy. „Jasne, skarbie – odpisuję szybko. – Masz tyle czasu, ile potrzebujesz”. Po wstukaniu ostatniej literki spoglądam na kartkę leżącą na kolanach, po czym dopisuję jeden wers i wygrywam rytm na gitarze, nucąc cicho pod nosem. „To nawet i lepiej – myślę – zrobię jej niespodziankę, jadąc po nią”. Przymykam oczy. Z zewnątrz dobiega gwar rozmów i zapach grillowanego mięsa. To na naszą cześć. Na cześć Young Wolves. Gdy zakładaliśmy zespół, chcieliśmy być jak nasi ojcowie, ale wygłupialiśmy się, przeważała zabawa. Nie wiem tak naprawdę, kiedy to się przerodziło w coś na serio. Z początku naszym menadżerem był mój ojciec, ale później zaczęliśmy współpracę z profesjonalistą. Ojciec zresztą sam się odsunął, nie chciał ingerować w naszą niezależność. A potem nagraliśmy pierwszą płytę i ruszyliśmy w trasę koncertową; jedno i drugie dało nam trochę rozgłosu. W końcu jestem synem Alexa Morgana, to oczywiście mocno pomogło w naszej karierze. Christopher to syn basisty Free Birds. Max i James nie są dziećmi sław rocka, ale zderzali się na co dzień ze sławą Hollywood. Wujek Maxa prowadził studio nagraniowe, które wydało nasze dwie pierwsze płyty, a ojciec Jamesa reżyserował filmy. Byliśmy, co tu kryć, skazani na sukces. Wprawdzie podczas pierwszej trasy graliśmy głównie suporty na festiwalach muzycznych, ale lepsze to niż nic. Tym razem jest inaczej. Wszędzie na koncertach występujemy jako gwiazdy wieczoru. Odkąd pamiętam, to właśnie na ten moment czekałem. Moje życie jest idealne, nic nie stoi na przeszkodzie, by sięgnąć gwiazd.

– Lucas! – Drzwi do mojego pokoju z hukiem się otwierają. A oto i ona, jak zawsze bez pukania przerywa błogie chwile ciszy.

– Aurora, mogłabyś się wreszcie nauczyć pukać? – pytam poirytowany, gdy siostra opada na łóżko obok mnie i sięga po mój notatnik, chwytając ostatnio zapisaną kartkę.

– O czym tym razem? – pyta, a ja wyrywam jej wściekle zeszyt, przez co kartka, którą silnie trzyma w dłoni, drze się na pół.

– No i patrz, co narobiłaś – mruczę, odkładam gitarę delikatnie na ziemię, po czym wyrywam siostrze porwaną część tekstu.

– Znowu piszesz o Lisie? O jej tycjanowskich włosach i uśmiechu, gdy obraca się do ciebie? – drwi ze mnie, a ja mam ochotę zdzielić ją gitarą po głowie, jednak szkoda mi instrumentu. – Wiesz, Lucas – ciągnie – musisz zmienić repertuar, bo na Lisie to ty za długo nie pociągniesz. – Parska śmiechem, nakręcając kosmyk włosów na palec. Jej kruczoczarne włosy rozsypują się na łóżku, gdy rozkłada się wygodnie.

– To co mam niby zrobić, Rora? Chlać i szlajać się po knajpach, uprawiając przygodny seks, żeby mieć o czym pisać?

– Chyba o tym kiedyś marzyłeś. – Wystawia w moją stronę język, a ja kręcąc głową, spycham ją z łóżka, tak że z hukiem ląduje na podłodze.

– Lucas, do cholery! – krzyczy, podrywając się z ziemi. – To bolało! – Jej usta zaciskają się w wąską kreskę.

– Kiedy to mówiłem, byłem nastolatkiem, Aurora, wydoroślałem od tamtego czasu. Na litość, mam teraz dwadzieścia siedem lat – mówię, stając obok niej. – Chłopaki już są? – Obracam się do niej plecami i biorę kluczyki z szuflady przy łóżku.

– Jeszcze nie ma. – Słyszę, jak burczy. – Chris przyjedzie z rodzicami.

Obracam głowę, by na nią spojrzeć. Spuszcza wzrok na trampki i rumieni się przy tym lekko. Przyglądam się jej spod zmrużonych powiek.

– A skąd to wiesz? – pytam.

– Ciotka Agnes dzwoniła do mamy – wyjaśnia, wzruszając ramionami, lecz błysk, który widziałem chwilę temu w jej oczach, znika.

– A reszta? Max i James? Pewnie ich nie ma, boby tu przyleźli – sam sobie odpowiadam. – No nic, zgarnę ich po drodze, ale najpierw jadę po Lisę. – Widzę, jak Aurora przewraca oczami na wzmiankę o mojej dziewczynie. Nie lubi jej. Nie polubiły się już pierwszego dnia, gdy Aurora wstąpiła do pierwszoroczniaków w nowej szkole, a Lisa podstawiła jej nogę. Trudno wytłumaczyć siostrze, że Lisa od tamtego czasu wydoroślała. Przyciągam ją do siebie w mocnym uścisku.

– Nie bądź zazdrosna, Rora – mówię w jej włosy, a ona wzdycha.

– Po prostu jej nie lubię, Luke – odpowiada, odsuwając się ode mnie. – Mogę z wami jechać? – Spogląda z błaganiem w oczach.

– No jasne, chodź, bo chcę wstąpić jeszcze do kwiaciarni.

– Lucas, nie mówię o wyjeździe po Lisę...

Szlag by to trafił! Wałkowaliśmy to już z rodzicami tysiące razy i ja naprawdę nie miałbym nic przeciwko obecności siostry podczas trasy koncertowej, ale rodzice kategorycznie się temu sprzeciwiają. Nasz menadżer, Olivier Miller, ma do nas dołączyć w Londynie, dopina tam część trasy w Europie, ufając, że sobie poradzimy na własnym podwórku. Zajął się nami dwa lata temu i to dzięki niemu nasza kariera tak się rozwinęła. Ojciec stwierdził, że już nie rozumie rynku tak jak dawniej i że potrzebujemy świeżej, młodej krwi, kogoś, kto się lepiej zna na tych całych mediach społecznościowych, budowaniu wizerunku i innych bzdurach.

– Rora, znasz zdanie rodziców. Nie możesz z nami jechać w trasę – mówię smutno, bawiąc się kluczykami na palcu wskazującym prawej ręki.

– To niesprawiedliwe.

Widzę w jej oczach łzy i podchodzę do niej, chwytając ją za łokcie.

– Następnym razem cię zabiorę.

– Następnym razem to ja już będę miała pracę. – Jej usta drżą. – Dlaczego ty możesz, a ja nie? Byłeś w moim wieku, gdy pojechaliście w pierwszą trasę, a co, gdybym to ja była piosenkarką? Dlaczego zawsze się muszę uczyć, kiedy ty sobie jeździsz po świecie? – Pytania padają niczym seria z karabinu maszynowego, a ja nie potrafię znaleźć na nie odpowiedzi, bo się z nią zgadzam. Ona też zasługuje na zabawę, ale rodzice są pod tym względem nieugięci. Uważają, że ostatni rok na studiach jest najważniejszy.

Zerkam na zegarek i wzdycham.

– Muszę już jechać, kochana, bo się spóźnię, a chcę zrobić Lisie niespodziankę. Później porozmawiamy. – Całuję ją w skroń.

– Kiedy później? – Krzywi się, przewracając teatralnie oczami. – Później to Lisa przyklei się do ciebie jak rzep do psiego ogona, a jutro przecież już wyjeżdżacie. – Krzyżuje ręce na piersi.

– Będę dzwonił. – Uśmiecham się szeroko, na co tylko prycha.

– Jasne! – mówi i bez słowa mija mnie w drzwiach.

Wychodzę za nią na korytarz i patrzę, jak z przygarbionymi ramionami schodzi po schodach.

Zatrzaskuję drzwi pokoju i idę na dół. Przez szybę w salonie wychodzącym na taras widzę, jak ojciec przerzuca steki, nie zauważa mnie, informuję więc mamę stojącą w kuchni, że wychodzę po Lisę.

– Lucas. – Matka nadstawia policzek. Ma ten dziwny zwyczaj witania się i żegnania pocałunkiem w policzek. Nie rozumiem tego, ale podchodzę do niej i całuję ją lekko. Jej zielone oczy, tak bardzo podobne do moich, śmieją się, gdy na mnie patrzy.

– Jestem z ciebie taka dumna – mówi, przekrzywiając głowę. W jej oczach lśnią łzy.

– Mamo, nie płacz – odpowiadam, udając zawstydzonego.

– Co, ja!? Nie płaczę. – Kręci głową i mruga intensywnie powiekami. – Ja po prostu... – Rozgląda się na boki i chwyta cebulę, którą szybko przekrawa na pół. – Kroję cebulę – dodaje tryumfalnie, kiedy pojedyncza łza ścieka jej po policzku.

Ścieram ją naprędce i gnany nagłą czułością znów całuję mamę w policzek i tulę do siebie. Nagle, paradoksalnie, czuję się jak zagubiony chłopiec, który chociaż dorosły, wciąż chce, by matka otoczyła go opieką. Widzę przez szybę tarasu, jak Aurora moczy nogi, siedząc na skraju basenu. Kątem oka zauważam, że podchodzi do niej ojciec, ale Rora zbywa go machnięciem ręki, na co ten smutnieje i idzie z powrotem w stronę domu. Wciąż obejmuję mamę ramieniem, gdy tata wchodzi do środka i otrzepuje ręce o dżinsowe spodnie.

– Alex! Nie w spodnie! – gani go matka, a ja ze śmiechem podkradam jej kilka przekąsek z talerza.

– Lucas, o co znowu chodzi z Aurorą? – pyta mnie ojciec.

Wzruszam ramionami, patrząc w jego ciemne oczy, podobne do oczu mojej siostry. 

– O trasę. Naprawdę nie możecie się zgodzić? – mówię z nadzieją w głosie, że tym razem coś się zmieni i się zgodzą. Widzę, jak wymieniają się spojrzeniami. Już znam odpowiedź.

– Gdybym nie wiedział, co się dzieje w trasie... – zaczyna ojciec znudzonym tonem, ale kręcę głową, by nie kończył, słyszałem tę śpiewkę setki razy.

– Dobra, nie było pytania. – Macham ręką. – Jadę po Lisę, po drodze zgarnę Maxa i Jamesa. – Upycham w ustach resztę orzeszków i wychodzę z domu.

W progu staję twarzą w twarz z najlepszym przyjacielem ojca.

– O, wujek Travis – mówię, widząc, że mężczyzna trzyma w lewej dłoni pałeczki, którymi stuka po udzie w rytm jemu tylko znanej melodii. – Gdzie ciotka Patricia?

– Spóźni się trochę. Wścieka się na Gaby, bo miała dzisiaj przylecieć...

– Gaby wróciła? – Przeciągam głoski z nagłą nadzieją.

Gaby to córka Travisa i Patricii. Jest ode mnie rok młodsza, przyjaźnią się od zawsze z moją siostrą i bez przerwy plotkują przez telefon, za nic mając kilometry i różnicę czasu. Gaby pracuje w nowojorskiej gazecie, nie widziałem jej od roku. Jako dzieci stanowiliśmy zgrany zespół razem z Chrisem. Kiedyś się nawet śmialiśmy, że Gaby zostanie moją żoną, a Aurora Chrisa, nic jednak nie wskazywało na to, by ten stan się nadal utrzymywał, tym bardziej że lubiłem Gaby jak siostrę. Poza tym technicznie rzecz biorąc, każde z nas poszło w swoim kierunku. My z Chrisem zajęliśmy się muzyką, jednocześnie próbując studiować na Uniwersytecie Stanowym Kalifornii, choć te lata mieliśmy już za sobą. Z kolei Aurora kończyła ostatni rok studiów, zła na cały świat, że odstaje od reszty. Gaby mieszkała w Nowym Jorku i za każdym razem, kiedy przyjeżdżała, dziwnym zbiegiem okoliczności jakoś się mijaliśmy. Ostatnim razem podczas wiosennej przerwy byłem w Chicago u Lisy, a jeszcze wcześniej polecieliśmy do Nowego Jorku, by odwiedzić właśnie Gaby, która chciała nam zrobić niespodziankę i przyleciała w tym czasie do Los Angeles, więc znów się minęliśmy. I tak nie widziałem się z nią od roku. Ucieszyłem się, słysząc, że może tym razem się wreszcie zobaczymy.

– No właśnie, nie wróciła i w tym jest problem – odpowiada mi wujek, klepiąc mnie pałeczkami po ramieniu.

– A to po co? – Wskazuję na pałki perkusyjne.

Wujek popatruje na nie, po czym przenosi wzrok na mnie.

– To pałki, których używałem podczas ostatniego koncertu. Pewnie myślisz, że jestem sentymentalnym dziadkiem, ale skoro jesteśmy na emeryturze, to czas, żeby przeszły w odpowiednie ręce. – Słyszę nostalgię w jego głosie. Właściwie to często mi się zdarza usłyszeć tęsknotę za dawnymi czasami w głosach członków Free Birds, ale nie tylko oni tak brzmią. Ich żony, w tym mama, brzmią podobnie, mają jednak świadomość, że to już nie wróci, więc ucząc się na ich doświadczeniu, zamierzam wykorzystać każdy dzień.

– Super, Chris się ucieszy. – Wracam do rzeczywistości i wpuszczam mężczyznę do domu, sam zaś idę dalej, w kierunku samochodu, i rozmyślam. Steve, ojciec Chrisa, pragnął, by jego syn został basistą tak jak on, ale niestety mój przyjaciel zaraził się miłością do bębnów i na scenie, gdy zasiadał za ich sterami, przeistaczał się w prawdziwą bestię. Zresztą Chris potrafił również grać na basie, był po prostu wszechstronnie uzdolniony. Z początku występował też nawet jako wokalista, ale później ta zaszczytna rola przypadła mnie, a Chris przesiadł się na bębny, doszedłszy do wniosku, że nie da rady robić dwóch rzeczy naraz. I tak oto nasza formacja trwa w obecnym stanie nieprzerwanie od kilku lat.

Uruchamiam silnik, wyjeżdżam na drogę, po czym zerkam w bok i mimo woli delikatnie zwalniam, podziwiając linię wybrzeża zapierającą dech w piersi. Widzę piękne dziewczyny opalające się w strojach kąpielowych na plaży, a nieopodal ich mężczyzn paradujących z deskami surfingowymi i opuszczonymi do pasa kombinezonami. Jak zawsze bez żenady eksponują błyszczące od wody i piasku opalone torsy. Słońce bezlitośnie nagrzewa każdy kamień, każde ziarnko piasku tego miasta. Sprawia, że metalowy napis HOLLYWOOD jarzy się wewnętrznym blaskiem odbijających się w nim promieni słonecznych. Takie jest Los Angeles. Piękne, bogate, słoneczne, życzliwe. Mające masę uroku i setki głów wypełnionych marzeniami o sławie, bogactwie, miłości, a w nim ja w okularach przeciwsłonecznych pędzę drogą, którą pokonywałem setki razy.

Po drodze zajeżdżam do kwiaciarni i kupuję Lisie jej ulubione czerwone róże. Widzę w wyobraźni, jak otwiera drzwi i uśmiecha się do mnie na widok bukietu. Pewnie dodaję gazu, bo dojeżdżam na miejsce nadspodziewanie szybko. Kiedy jestem już pod domem Lisy, wyskakuję z auta i kieruję się ku drzwiom. Ze środka dobiega głośna muzyka, nie silę się więc na dzwonienie dzwonkiem, tylko pewnie naciskam klamkę i otwieram drzwi do domu.

Muzyka jest tak głośna, że z pewnością nie usłyszała, że ktokolwiek wszedł. Zaglądam wpierw do kuchni, ale nikogo w niej nie zastaję. Podobnie jest w salonie. Niosąc naręcza kwiatów, przeskakuję po dwa stopnie schodów i kieruję się do sypialni na górze. Słyszę, że Elle King śpiewa o swoich eks, i uśmiecham się pod nosem; podchodzę do drzwi sypialni Lisy, muzyka przybiera na sile. Jestem pewien, że moja urocza dziewczyna tańczy przed lustrem, wyrzucając za siebie kolejne niepasujące ubrania, bo często tak robi. Chcąc ją złapać na gorącym uczynku i pośmiać się z niej, a może i do niej dołączyć, pewnie pcham drzwi do pokoju i zamieram w progu. Moja dziewczyna, owszem, tańczy, ale nie przed lustrem, tylko na nieznajomym mi męskim ciele, rytmicznie unosząc się w górę i w dół. Czyjeś męskie dłonie raz po raz zaciskają się na jej pośladkach, a ja nadal patrzę na to wszystko i oczom nie wierzę. „Czy to jest, do diabła, jakiś cholerny żart!? – myślę. – Może to tylko durnowaty sen!?” Ciskam na podłogę kwiaty, które jeszcze chwilę temu trzymałem w dłoni. Moje ciało się spina. W ułamku sekundy uświadamiam sobie prawdziwy powód spóźnienia Lisy. Zajęci sobą nie widzą mnie. Muzyka gra tak głośno, że prawie rozrywa bębenki; ona nachyla się nad nieznajomym i zasłania jego twarz kurtyną rudych włosów. Krew mnie zalewa. Gnany wściekłością podchodzę do wieży stereo i wyłączam ją, po czym opieram się o ścianę z rękami splecionymi na piersiach, by ukryć ich drżenie. W tej chwili Lisa obraca się, sprawdzając, dlaczego muzyka przestała grać. Dostrzega mnie, a potem opada obok chłopaka i zakrywa swe ciało. Ogarnia ją wstyd, tak jakbym nigdy nie widział jej nago, jakby nagle wstydziła się swojej seksualności. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego stoję i przypatruję się tej scenie z takim spokojem. Można to chyba nazwać szokiem. Jak osoba z wypadku samochodowego, która wychodzi bez najmniejszego zadrapania, podczas gdy samochód wygląda jak zmiażdżony przez słonia.

– Jego też kupiłaś w galerii? – pytam głosem ociekającym ironią.

– Lucas... – szepcze z szeroko otwartymi oczami.

– Nie, kurwa, Święty Mikołaj! – krzyczę i spoglądam na mężczyznę leżącego obok mojej dziewczyny. Dobrze zbudowany opalony brunet wpatruje się we mnie z beznamiętnym wyrazem twarzy. Mam ochotę podejść i wcisnąć mu pięścią tę buźkę w poduszkę.

– Lucas...

– Zamierzałaś w ogóle jechać ze mną w trasę?

– Oczywiście... Lucas, ja... To błąd, to straszny błąd. – Ucieka spojrzeniem w bok, a ja prycham.

– No, owszem, zajebisty błąd. Powinienem obić ci gębę – zwracam się do nieznajomego chłopaka. – Kim ty, u diabła, jesteś? – Czuję w środku, że zaraz zwariuję. Nie powinienem stać pod tą cholerną ścianą ani pytać spokojnym głosem, kim jest mężczyzna, który bzyka moją dziewczynę. Powinienem kotłować się z nim na podłodze w szaleńczej walce, ale dociera do mnie, że nie warto. Nie wiem, kiedy Lisa wstała z łóżka, ale naraz staje przede mną ubrana jedynie w cienki jedwabny szlafrok.

– Luke. – Jej szczupła dłoń o idealnie wypielęgnowanych paznokciach dotyka mojego ramienia, a ja patrzę na to zdezorientowany. – Proszę, porozmawiajmy.

Widzę w jej oczach łzy, ale powątpiewam w ich prawdziwość. Zaciskam zęby. Wściekłym szarpnięciem wyrywam się spod jej dotknięcia i patrzę na nią z nienawiścią.

– Zejdź mi z oczu! – syczę przez zęby i mijam ją.

Wychodząc z pokoju, depczę bukiet czerwonych róż i szybko zbiegam po schodach, słysząc za sobą stłumione przez dywan kroki.

– Lucas! – krzyczy za mną, przechylając się przez barierkę. – Proszę, porozmawiajmy! To również twoja wina! 

Słysząc te słowa, zatrzymuję się z ręką na klamce drzwi frontowych.

– Że co, kurwa...!? – wrzeszczę, kiedy zbiega do mnie po schodach. – Jaja sobie ze mnie robisz! Jaka w tym moja wina?! 

Po jej zarumienionych od seksu policzkach spływa kaskada łez.

– Zamiast Chicago i studiów ze mną wybrałeś LA i zespół! – mówi z rozpaczą w głosie. – Poza tymi nielicznymi momentami, kiedy znalazłeś czas na spotkania, wciąż byłam sama! To Jackson był wtedy przy mnie!

No to przynajmniej już wiem, jak osiłek ma na imię, choć wolałbym tego nie wiedzieć. Przymykam oczy w oczekiwaniu na nową falę gniewu, która szarpie moim ciałem.

– Zamknij się! – wrzeszczę. – Zamknij się, kurwa! Jesteś egoistką! Studia już dawno skończyliśmy, a ty nie wróciłaś z Chicago! I jeśli chcesz wiedzieć, ja też byłem sam, czekając na ciebie jak osioł, a mimo to nie zastałaś mnie dupczącego inną laskę! Każda moja piosenka jest o tobie! Odległość to tylko nic nieznaczące kilometry, które mogliśmy pokonać!

– Potrzebowałam bliskości drugiego człowieka, Luke! Zrozum. Te nic nieznaczące kilometry, jak mówisz, to za duża odległość, a my widywaliśmy się zdecydowanie za rzadko! Nie rozumiesz tego, bo tego nie potrzebujesz! Masz zespół! Kumpli! To ich potrzebujesz! – Wyrzucając z siebie żal, chwyta mnie za obszycie bluzy, którą mam na sobie, prawie ją drąc długimi paznokciami.

– Moi rodzice pokonali o wiele większą odległość, więc mi nie pieprz o tym, że byłem za daleko! – Po czym, nie bacząc na ból, jaki jej sprawiam, silnym trzepnięciem pozbywam się jej dłoni. – Wracaj do swojego kochasia, Lisa, bo jeszcze ci nie da tej twojej należytej bliskości! – I nie czekając na odpowiedź, szarpię drzwi, a potem wypadam, zaciągając się parnym powietrzem Los Angeles.

– Lucas! – woła za mną. – Czasami nie wystarczy tylko kochać!

Nie odwracam się ani jej nie odpowiadam. Czuję, że miota mną bezsilność, po moim policzku spływa pojedyncza łza. Wsiadam do auta, kryjąc się za jego przyciemnionymi szybami, spoglądam w lewo i widzę ją jeszcze stojącą na ganku białego domku, z rozwianymi rudymi włosami. Pięknie wygląda. Jej drobne ciało otula szlafrok, który sam jej kupiłem. Nie mogąc dłużej znieść tego widoku – dziewczyny, którą tak bardzo kocham – wkładam kluczyk do stacyjki i go przekręcam. Widzę, że Lisa ociera twarz z łez, ale nic nie czuję, nic a nic. Ogarnia mnie wewnętrzna pustka. Odjeżdżam z piskiem opon i jedyne, czego pragnę, to ukojenia. Wciąż mam w głowie jej słowa: „Czasami nie wystarczy tylko kochać”.

Rozdział 2

Lucas

Obudziły mnie ciepłe promienie słońca pieszczące twarz. Otworzyłem oczy i zdezorientowany rozejrzałem się dokoła. Leżałem we wczorajszym ubraniu na leżaku przy basenie. We własnym domu. „Jak ja się tu, u diabła, znalazłem?”, pomyślałem. Usiadłem i chwyciłem się za głowę, zacisnąłem usta, starając się zahamować wzbierające mdłości. Nie pamiętam, żebym wracał do domu. Po tym, co zobaczyłem u Lisy, obrałem kurs na Venice Beach. Tam, szlajając się od baru do baru, upiłem się do nieprzytomności w towarzystwie obcych ludzi. Po trzecim telefonie od chłopaków z zespołu wyłączyłem go. Nie dbałem o to, co pomyślą.

Wstrząsnął mną dreszcz, zadrżałem, naszła mnie ochota, by wejść do środka. Był wczesny ranek, dom nadal pogrążony był we śnie. Nagle wydał mi się niesamowicie kuszący. Nie zdążyłem jednak do niego wejść, gdy na progu przesuwanych drzwi tarasowych stanęła moja matka i z surowym wyrazem twarzy zaczęła mi się przyglądać z rękami założonymi na piersiach.

– Rozumiem, że długo się nie widziałeś z Lisą, ale wypadałoby chyba przyjść na imprezę, którą dla was z ojcem zorganizowaliśmy, chłopaki nie mogli się do ciebie dodzwonić. – Jej zawiedziony ton przywołał mnie do porządku.

Więc o niczym nie wiedzieli. Ani o mnie, ani o Lisie. Matka stała na tyle daleko, że prawdopodobnie nie dostrzegła, w jak złym jestem stanie, bo nic o tym nie wspomniała, w żaden sposób tego nie skomentowała. Wiedziałem jednak, że to tylko kwestia czasu, gdy wyczuje ode mnie wypity alkohol. Nabrałem powietrza w płuca, po czym wypuściłem je, próbując się orzeźwić, pot spływał mi po czole.

– Przepraszam – powiedziałem. Kilka razy odchrząknąłem, czułem w gardle ból, tak jakby wczorajszego wieczoru ktoś zdarł mi je papierem ściernym.

– To nie w porządku, Lucas, zaraz będzie śniadanie, możesz chyba dla nas tyle zrobić, zanim znikniesz na pół roku? – Jej pytający ton głosu był właściwie rozkazujący. Obróciła się i zniknęła we wnętrzu domu, ja zaś zastanawiałem się, jak tam wejść, by nikt mnie nie zauważył, zwłaszcza zaś skutków mojego odreagowania na Lisę.

„Do diabła z nią!” – znów miałem jej obraz przed oczami. Wsadziłem głowę między kolana i z całych sił zacisnąłem powieki; ponownie owładnął mną ból. Tak bardzo ją kochałem. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego tego nie widziała, dlaczego mi wykręciła takie świństwo. Położyłem się przy brzegu, nachyliłem i zaczerpnąłem z basenu trochę wody, którą opłukałem twarz. Wpłynęła mi do dziurek w nosie i podrażniła je, kilka razy prychnąłem. Wreszcie wstałem i z ociąganiem poszedłem do domu. Mama smażyła naleśniki. Pewnie z czekoladą i bananami, tak jak lubiłem.

– Autobus przyjedzie pod dom o dziewiątej – oznajmił ojciec. – Technicy jadą drugim, dołączą do was na trasie. Chłopcy będą tu za godzinę. Lucas, miło cię widzieć. 

Słysząc głos ojca, zamarłem. „Na pewno zaraz rozpozna – myślę – w jakie gówno się wpakowałem”. 

– Wiesz, niefajnie wyszło wczoraj, synu. 

Kiedy podniosłem na niego wzrok, zobaczyłem, że jego oczy przewiercają mnie na wskroś. Przymknąłem powieki, kręcąc błagalnie głową. 

– Co się stało? – spytał z nagłą troską i przyjrzał mi się bacznie.

Szlag by to. Nie udało się. Znad kuchenki obróciła się mama i nagle dostrzegając moją nieszczęśliwą, poszarzałą twarz i rozczochrane włosy, zatroskała się. Zdaje się, że dopiero teraz sobie uświadomiła, że mam na sobie to samo ubranie, co wczoraj.

– Boże, Alex... – Popatrzyła na ojca i znów na mnie. – Co ty robiłeś i o której wróciłeś? – Odwróciła się do kuchenki, wyłączyła płytę i stanęła obok ojca.

– Nie wiem, o której wróciłem – odparłem zgodnie z prawdą. Twarz oblał mi rumieniec.

– Lucas, to nie jest zabawne – wtrącił się ojciec. – Rozumiem, że stresujesz się trasą, ale jeżeli masz jakiś problem, to nam o nim powiedz. – Położył dłoń na moim ramieniu, zatrzymując mnie na krześle, gdy spróbowałem wstać.

– Nie mam problemu, okej? Już nie mam. – Objąłem oburącz głowę, chwyciłem włosy w dłonie i zacząłem szarpać je tak mocno, że wyrwałbym z cebulkami, gdyby nie drobna dłoń matki, która złapała mnie za przegub. Uniosłem głowę i zajrzałem w jej czule patrzące na mnie oczy. – Lisa ze mną zerwała – wydukałem z trudem, cały się trzęsąc. – Czy mogę iść do siebie?

– Jasne. – Puścili mnie oboje, a ja zeskoczyłem ze stołka barowego i poszedłem schodami na górę.

Byłem gotowy do trasy, walizki stały w moim pokoju spakowane od kilku dni. Spojrzałem na nie i prychnąłem ze złości. To miał być nasz czas. Przysiadłem na skraju łóżka i schowałem twarz w dłonie. Siedziałem tak dłuższą chwilę, kołysząc się w przód i w tył. Wyrwało mnie z tego stanu dopiero ciche pukanie do drzwi.

– Proszę! – krzyknąłem, wstając z łóżka.

W progu pokoju stanął ojciec. Wcale mnie to nie cieszyło.

– Jeżeli przyszedłeś prawić mi morały o tym, jak źle postąpiłem, to daruj sobie, wiem, że zrobiłem źle – zacząłem, zanim w ogóle zdążył rozchylić usta.

Tata w odpowiedzi tylko wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi, opierając się o nie całym ciałem.

– Nie przyszedłem cię pouczać, synu – powiedział. – Chciałbym ci opowiedzieć o chłopcu, który nie wierzył w miłość, póki nie spotkał tej jednej jedynej. – Jego łagodne oczy patrzyły na mnie, gdy stałem niezdarnie na środku pokoju.

– Kto to taki? Co to za historia...

– Moja i twojej matki.

– Znam waszą historię, Aurora was kiedyś zamęczała, żebyście ją w kółko opowiadali. – Rozejrzałem się nieuważnie po pokoju, upewniając się, że zabrałem wszystko, czego potrzebuję.

– Tak, znasz, ale czy wiesz, co było wcześniej? Co się działo z tym facetem, zanim ją spotkał?

Spojrzałem na niego z zainteresowaniem. Ojciec niewiele wspominał o przykrych stronach swojej przeszłości. Pokręciłem głową i dałem mu do zrozumienia, by kontynuował.

– Zanim poznałem twoją matkę, na mojej drodze stanęło wiele kobiet, pięknych kobiet. Wydawało się, że mogą dać mi wiele, ale tak nie było, żadna z nich nie dała mi tego, czego potrzebowałem. Nie dały mi miłości. Czerpały pełnymi garściami z tego, kim byłem, nie dając nic w zamian.

– Dlaczego mi to mówisz? – spytałem, a ojciec uśmiechnął się półgębkiem. Widziałem w jego oczach, jak zatraca się we wspomnieniu.

– Bo nie chcę, żebyś popełnił moje błędy. Nie chcę, byś się zamykał na świat i na to, co ci może dać. Może to nie Lisa była tą jedyną? I choć teraz myślisz inaczej, wiedz, że życie obdarowuje nas niespodziankami, kiedy najmniej się ich spodziewamy. Być może podczas trasy odkryjesz, że jest ci pisany zupełnie ktoś inny i właśnie na ciebie czeka.

Jego przydługi wywód przerwało pukanie do drzwi. Ojciec odsunął się, chwycił za klamkę i je otworzył. W progu, wyłamując sobie palce, stała mama. Z jej niedbale związanych włosów wysunęło się parę kosmyków.

– Przepraszam, że wam przerywam, ale wszyscy już są. – Mówiąc to, popatrzyła na męża z niepokojem, jednak najwyraźniej coś w jego oczach ją uspokoiło, bo przeniosła spojrzenie na mnie. – Już czas, Lucas.

– Dobra, wezmę tylko rzeczy. – Podszedłem do walizek, ojciec wziął pozostały bagaż, ja zabrałem jeszcze gitarę akustyczną.

– Tato? – zagadnąłem, gdy obaj wyprostowaliśmy zgięte plecy. – Dzięki za to – wymamrotałem.

Pokiwał głową, jakby mnie doskonale rozumiał. Nagle odłożył torbę i objął mnie, klepiąc po plecach. Matka nadal stała w drzwiach i wierzchem dłoni ocierała łzy, które spływały jej po policzkach.

– Tym razem mi nie wmówisz, że kroisz cebulę, mamo. 

Uśmiechnęła się w odpowiedzi. 

– Proszę, nie płacz, bo mi wstyd będzie – szepnąłem, nachylając się do jej ucha, na co parsknęła śmiechem przez łzy. – Gdzie Aurora? – spytałem, zauważając, że nie ma siostry. Tylko ona nie przyszła do mojego pokoju. Nie wpadła jak tornado ani nie wyważyła drzwi. Po prostu zniknęła.

– Muszę cię zmartwić, ale nasza dziewczynka postanowiła się zbuntować. Wczorajszego wieczora oznajmiła, że skoro ty nie raczyłeś przyjść na własną imprezę, to ona nie zamierza się z tobą pożegnać. – Ojciec powiedział to z chmurną miną, a ja mimo woli skuliłem ramiona.

To takie do niej podobne. Pomyślałem, że nie tylko moja nieobecność wczorajszego wieczora sprawiła, że nie wyszła z pokoju, ale i zakaz wydany przez rodziców, jednak nie powiedziałem tego głośno.

Postawiłem walizki na dole schodów i pod pretekstem upewnienia się, że wszystko zabrałem, wróciłem na górę, pod drzwi pokoju siostry. Nacisnąłem klamkę, ale nie ustępowały; zamek mocno trzymał. „Zołza zamknęła się od środka”, pomyślałem. Zapukałem do drzwi, ale odpowiedziała mi cisza.

– Rora?! Wiem, że tam jesteś! – zawołałem. – Przepraszam za wczoraj, przepraszam, że nie możesz ze mną jechać. Potrzebuję cię bardziej niż zwykle, stało się coś naprawdę złego i bardzo bym chciał, żebyś była ze mną w tym cholernym autobusie. Nie złość się na mnie, to nie moja decyzja. – Spojrzałem w dół przez poręcz i upewniłem się, że nikt mnie nie słyszy, po czym przysunąłem głowę do drzwi i dodałem trochę ciszej: – Kocham cię, moja mała siostrzyczko, zadzwonię... – Otwartą ręką poklepałem w drzwi, zaczekałem jeszcze chwilę, a kiedy milczały jak zaklęte, zszedłem po schodach w dół.

Skierowałem się do kuchni, wiedziałem, że kumple z zespołu nie byliby sobą, gdyby nie zżerali właśnie mojego śniadania.

– Cześć, chłopaki – rzuciłem na powitanie, siląc się na uśmiech.

– No... jest nasza gwiazda... – Christopher podszedł do mnie i walnął mnie w plecy. – Gdzie to się wczoraj było? – zagaił, ale zbyłem go machnięciem ręki i usiadłem przy stole, próbując dopaść chociaż jednego z naleśników, które usmażyła mama.

W kącie kuchni stali, popijając kawę, wujek Steve i ciotka Agnes. Przywitałem się z nimi kiwnięciem głowy.

– Gotowi na imprezę życia? – odezwał się wujek Travis, którego nawet się nie spodziewałem. Wyłonił się zza moich pleców jak duch. Obok niego stała ciotka Patricia, która podeszła do mnie i oplotła mnie od tyłu ramionami. Nachyliła się do mojego ucha i szepnęła konspiracyjnym tonem:

– Ona nie jest jedyna, Luke. Wiem o wszystkim od mamy, na pewno paskudnie się teraz czujesz, ale skup się na koncertach. To ci dobrze zrobi.