Oddaj to nocy - Agata Czykierda-Grabowska - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Oddaj to nocy ebook i audiobook

Agata Czykierda-Grabowska

4,6

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Nie wszystkie tajemnice powinny zostać odkryte, ale każda zbrodnia woła o sprawiedliwość.

Gdy Olga, dziennikarka mieszkająca na co dzień w Edynburgu, dostaje list od swojej pierwszej miłości, Mateusza, jej świat wywraca się do góry nogami. Były chłopak prosi ją bowiem o pomoc w oczyszczeniu z zarzutów spowodowania tragicznego w skutkach wypadku samochodowego, w którym ginie cała rodzina.

Zanim Olga podejmie decyzję, docierają do niej wieści o śmierci chłopaka, który został ugodzony nożem przez współwięźnia w areszcie. Dziewczyna postanawia wrócić do wioski, w której spędzała dzieciństwo, z misją zbadania sprawy wypadku. Na miejscu okazuje się, że nikt nie daje wiary w zapewnienia Mateusza, a ona trafia na mur milczenia.

Olga czuje jednak, że coś jest nie tak z rodziną, która zginęła w wypadku, i podejmuje prywatne śledztwo, które sprowadzi na nią ogromne niebezpieczeństwo.

Czy uda jej się odkryć prawdę? Czy ochroni siebie i swoje serce?

Agata Czykierda-Grabowska

Absolwentka Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie. Fanka thrillerów psychologicznych, powieści z nurtu realizmu magicznego i new adult. Miłośniczka dalekich podróży, która panicznie boi się latać samolotem. Cyniczka o romantycznej duszy. W swoich książkach stawia na prostotę i realizm, gdyż głęboko wzięła sobie do serca radę, którą przeczytała na skrzydełku pewnej książki: pisz o tym, co znasz. W wolnych chwilach uwielbia oglądać kanał HGTV, jeździć na rowerze, pływać i spacerować po lesie. Wraz z mężem i córeczką Kają mieszka w Ząbkach pod Warszawą.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 318

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 41 min

Lektor: Agata Czykierda-Grabowska

Oceny
4,6 (49 ocen)
35
11
2
1
0
Sortuj według:
ewkaj

Nie oderwiesz się od lektury

Kameralny kryminał z detektywką amatorką, lekko napisany z zaskakującym finałem. Powieść wciąga czytelnika tak, że nie można oderwać się od lektury.Polecam i czekam na kolejne kryminały tej autorki !,
10
mediateka

Nie oderwiesz się od lektury

super, historia ciekawie napisana.
10
Ella89

Nie oderwiesz się od lektury

rewelacja! przeczytana jednym tchem!
10
hanrad2

Nie oderwiesz się od lektury

Dobry kryminał i zaskakujący finał.Świetnie się czyta, gdyż akcja jest bardzo szybką, nie sposób się nudzić.
10
za_czy_ta_na

Nie oderwiesz się od lektury

Czy mordercę można rozpoznać? Zachowuje się inaczej? Mówi inaczej? Może jego spojrzenie coś zdradza? Jak myślicie, czy rozpoznanie człowieka, który planuje zbrodnie jest możliwe? Olga wyjechała z Polski i na stałe zamieszkała w Edynburgu. Skończyła tam studia dziennikarskie i rozpoczęła wymarzoną pracę. List od byłego chłopaka wywraca jej poukładane życie do góry nogami. Mężczyzna prosi w nim o pomoc w oczyszczeniu go zarzutów spowodowania wypadku samochodowego, w którym ginie cała czteroosobowa rodzina. W czasie, gdy dziewczyna bije się z myślami, co ma w tej sytuacji zrobić, w polskim więzieniu rozgrywa się tragedia. Mateusz zostaje śmiertelnie ugodzony nożem przez współwięźnia. Choć policja już dawno zamknęła sprawę Mateusza, uznając go winnym zarzucanych mu czynów, Olga postanawia wrócić do rodzinnej wsi i zbadać sprawę na własną rękę. Absolutnie nie wierzy, by jej były chłopak umyślnie spowodował wypadek, jednak aby oczyścić Mateusza z zarzutów musi przyjrzeć się bliżej historii ...
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­na­łu: Od­daj to nocy
© Co­py­ri­ght by Aga­ta Czy­kier­da-Gra­bow­ska, War­sza­wa 2022 © Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Zwier­cia­dło sp. z o.o., War­sza­wa 2022
Re­dak­cja: Do­ro­ta No­sow­ska
Ko­rek­ta: Bar­ba­ra Za­wiej­ska
Skład i ła­ma­nie: Syl­wia Kusz, Ma­graf s.c., Byd­goszcz
Zdjęcia okład­ko­we: iStock/mhe­im3011, Unsplash/Du­san Ada­mo­vic
Pro­jekt okład­ki: Ma­ciej Sy­sio
Re­dak­tor ini­cju­jąca: Blan­ka Wo­śko­wiak
Dy­rek­tor pro­duk­cji: Ro­bert Je­żew­ski
Wszel­kie po­do­bie­ństwa zda­rzeń, in­sty­tu­cji i osób są przy­pad­ko­we i nie­za­mie­rzo­ne. Opo­wie­ść sta­no­wi li­te­rac­ką fik­cję.
Wy­daw­nic­two nie po­no­si żad­nej od­po­wie­dzial­no­ści wo­bec osób lub pod­mio­tów za ja­kie­kol­wiek ewen­tu­al­ne szko­dy wy­ni­kłe bez­po­śred­nio lub po­śred­nio z wy­ko­rzy­sta­nia, za­sto­so­wa­nia lub in­ter­pre­ta­cji in­for­ma­cji za­war­tych w ksi­ążce.
Wy­da­nie I, 2022
ISBN: 978-83-8132-402-1
Wy­daw­nic­two Zwier­cia­dło Sp. z o.o. ul. Wi­dok 8, 00-023 War­sza­wa tel. 603-798-616
Dział han­dlo­wy:han­dlo­[email protected]­pa­zwier­cia­dlo.pl
Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urządze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie, w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stąpie­niach pu­blicz­nych tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw au­tor­skich.
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.

Tam­te­go dnia z nie­ba lu­nął stru­mień desz­czu i w piw­ni­cy blo­ku za­częła zbie­rać się woda. To było na kil­ka dni przed tym, gdy Ela do­wie­dzia­ła się, że cze­ka ją ol­brzy­mia zmia­na w ży­ciu.

Sąsie­dzi za­częli się na­wza­jem in­for­mo­wać o za­la­niu ko­mó­rek i ona też mu­sia­ła się po­fa­ty­go­wać na dół, cho­ciaż ni­g­dy nie zno­si­ła tej ciem­nej, śmier­dzącej wil­go­cią i szczu­ra­mi nory. Na szczęście to mężo­wi za­wsze przy­pa­da­ło w udzia­le przy­no­sze­nie stam­tąd prze­two­rów czy wy­mia­na se­zo­no­wej gar­de­ro­by.

Ko­bie­ta nie­chęt­nie przy­sta­nęła u szczy­tu scho­dów i dłu­ższą chwi­lę wpa­try­wa­ła się w oświe­tlo­ne sła­bą, mi­go­czącą ja­rze­niów­ką po­miesz­cze­nie. Za­wsze czu­ła ja­kiś pier­wot­ny lęk przed tym miej­scem.

Z dołu do­bie­gły ją roz­mo­wy i od razu po­czu­ła się bez­piecz­niej. Pew­nie sąsie­dzi też pró­bu­ją za­bez­pie­czyć swo­je szpar­ga­ły. Po­my­śla­ła z ulgą, że nie będzie sama. W za­sa­dzie nikt nie trzy­mał w swo­ich schow­kach nic cen­niej­sze­go od ro­we­rów, ale i te były war­te ura­to­wa­nia.

Ich po­miesz­cze­nie go­spo­dar­cze znaj­do­wa­ło się na ko­ńcu kręte­go ko­ry­ta­rza. Ela w po­śpie­chu ru­szy­ła scho­da­mi w dół, a po­tem skręci­ła w pra­wo, igno­ru­jąc upo­rczy­we my­śli o gry­zo­niach ucie­ka­jących przed wodą. Wzdry­gnęła się.

Gdy do­ta­rła do ko­mór­ki, wdep­nęła w ka­łu­żę.

– Niech to szlag! – syk­nęła, pod­no­sząc sto­pę w tramp­ku, któ­ry do­szczęt­nie prze­mó­kł.

Na dwo­rze szum desz­czu wa­lące­go o pa­ra­pe­ty i wia­tru tar­ga­jące­go ga­łęzia­mi tro­chę ją prze­ra­żał. Lu­bi­ła deszcz, ale nie zno­si­ła sil­nych burz, a wła­śnie się na taką za­no­si­ło. Zer­k­nęła na wy­świe­tlacz te­le­fo­nu. Do­cho­dzi­ła pierw­sza. Dzie­ci po­win­ny być jesz­cze w szko­le. An­drzej ko­ńczył pra­cę tro­chę wcze­śniej, ale obie­cał na nie za­cze­kać.

Ode­tchnęła z ulgą. Zna­ła swo­je dzie­cia­ki, a w szcze­gól­no­ści Arka, któ­ry by­łby zdol­ny iść pie­szo w tę wi­chu­rę. Kin­ga była o wie­le roz­sąd­niej­sza, ale mo­gła ulec bra­tu.

Ela wy­ci­ągnęła klu­cze z kie­sze­ni i otwo­rzy­ła drzwi ko­mór­ki. Od­cze­ka­ła z za­mkni­ęty­mi ocza­mi kil­ka se­kund, żeby ucie­kły ewen­tu­al­ne gry­zo­nie, cho­ciaż mia­ła na­dzie­ję, że nie prze­do­sta­ły się do ich schow­ka. Na­ci­snęła włącz­nik. Po­miesz­cze­nie roz­ja­śni­ło bla­de świa­tło ża­rów­ki.

Ro­zej­rza­ła się po wnętrzu i sap­nęła z fru­stra­cji, nie wie­dzia­ła, do cze­go wzi­ąć się w pierw­szej ko­lej­no­ści. Nie była tu od do­brych dwóch lat. A może i dłu­żej. Wi­ęk­szo­ść kar­to­nów i wor­ków fo­lio­wych znaj­do­wa­ła się na me­ta­lo­wym re­ga­le, któ­ry An­drzej zło­żył kil­ka lat temu. Na­wet schlud­nie to wy­gląda­ło. Jej mąż był pe­dan­tem, ale nie sądzi­ła, że będzie mu się chcia­ło prze­no­sić to umi­ło­wa­nie po­rząd­ku na­wet na piw­nicz­ny grunt. Je­dy­nie kil­ka pu­de­łek z bu­ta­mi znaj­do­wa­ło się poza re­ga­łem na be­to­no­wej podło­dze. Schy­li­ła się po jed­no z nich, sta­ło w sa­mej wo­dzie. Otwo­rzy­ła je i się skrzy­wi­ła. W środ­ku le­ża­ły nowe zi­mo­we tra­pe­ry Arka, któ­re ku­pi­ła w pro­mo­cji pod ko­niec se­zo­nu. Były mo­kre i cuch­nęły.

– Cho­le­ra – jęk­nęła i wy­ci­ągnęła ko­lej­ne pu­dło, któ­re nie wy­gląda­ło le­piej.

Dzie­si­ęć mi­nut pó­źniej wszyst­kie pu­de­łka na buty były już opró­żnio­ne. Ela po­wrzu­ca­ła je do pu­ste­go wor­ka na śmie­ci. Dru­gi po­słu­żył jej jako tor­ba na obu­wie, któ­re chcia­ła jesz­cze ura­to­wać.

Ża­ło­wa­ła, że nie wzi­ęła ze sobą wia­dra i mopa, cho­ciaż te­raz to było bez sen­su. Przy­naj­mniej do mo­men­tu, aż sko­ńczy się bu­rza, któ­ra w naj­lep­sze sza­la­ła nad mia­stem. Woda na pew­no sączy­ła się przez ma­le­ńkie okien­ko u sąsia­da w piw­ni­cy obok i prze­cie­ka­ła przez drzwi na ko­ry­tarz, a po­tem do nas, my­śla­ła. Sąsiad spod dwu­dziest­ki był jesz­cze w pra­cy i nie miał jak po­wstrzy­mać szko­dy.

Schy­li­ła się jesz­cze pod re­gał, żeby nie prze­oczyć ja­kie­jś pary bu­tów i za­uwa­ży­ła, że pod naj­ni­ższą pó­łką, w naj­dal­szym kącie było jesz­cze jed­no opa­ko­wa­nie. Chcia­ła je już zo­sta­wić, bo po­dej­rze­wa­ła, że mo­gły je za­sie­dlić szczu­ry, ale roz­sądek zwy­ci­ężył. A je­śli znaj­do­wa­ły się w nim jej skó­rza­ne pan­to­fle?

Uklękła, skrzy­wi­ła się i z za­mkni­ęty­mi ocza­mi si­ęgnęła po kar­ton. Szarp­nęła, ale nie zdo­ła­ła go wy­ci­ągnąć. Nie spo­dzie­wa­ła się, że będzie sta­wiał taki opór. Mia­ła wra­że­nie, że jest wmu­ro­wa­ny w ścia­nę, ale to prze­cież było nie­mo­żli­we. Po­ci­ągnęła moc­niej. Uda­ło się go wy­jąć do­pie­ro za czwar­tym ra­zem, ale tro­chę roz­da­rł się na brze­gach. Po­sta­wi­ła go na wy­ższej pó­łce re­ga­łu i zdjęła po­kryw­kę. Ku jej za­sko­cze­niu, nie było w nim obu­wia. Je­dy­nie kil­ka przy­pad­ko­wych przed­mio­tów. Mo­ne­ta, srebr­ny wi­sio­rek z za­wiesz­ką w kszta­łcie ko­ni­czy­ny, mały fla­ko­nik dziew­częcych per­fum, zie­lo­ny bre­lok w kszta­łcie pom­po­na, cie­niut­ki pa­sek i ró­żo­we za­pa­cho­we my­de­łko.

Chwi­lę nad tym du­ma­ła, ale do­szła do wnio­sku, że mogą to być ja­kieś rze­czy, któ­re ucznio­wie często zo­sta­wia­ją w kla­sach czy szat­ni i An­drzej po pro­stu je po­zbie­rał, scho­wał do ja­kie­goś pu­dła, a po­tem o nich za­po­mniał.

Tak, tak wła­śnie mu­sia­ło być, prze­ko­ny­wa­ła sie­bie, ale jed­no­cze­śnie czu­ła dziw­ny nie­po­kój. Zrzu­ci­ła to na karb bu­rzy i scho­wa­ła wszyst­ko do pu­de­łka, a po­tem nie wie­dzieć cze­mu, wci­snęła je do­kład­nie w to miej­sce, w któ­rym je zna­la­zła.

1

Pola, łąki i lasy. Lasy, łąki i pola. Kra­jo­braz, któ­ry pa­mi­ęta­łam z dzie­ci­ństwa, ró­żnił się od tego, któ­ry ogląda­łam te­raz z okna sa­mo­cho­du, a prze­cież to cały czas były te same pola, łąki i lasy. Te­raz jed­nak wy­da­wa­ły się małe i nie mia­ły w so­bie nic z ma­gii, któ­ra to­wa­rzy­szy­ła mi na­wet pod­czas pro­za­icz­nych czyn­no­ści na wsi. Tyl­ko nie­bo od­po­wia­da­ło moim wspo­mnie­niom. Było nie­mo­żli­wie błękit­ne.

Wy­łączy­łam kli­ma­ty­za­cję i uchy­li­łam szy­bę. Wcze­snow­rze­śnio­we po­wie­trze na­tych­miast mnie orze­źwi­ło. Było prze­si­ąk­ni­ęte wil­go­cią lasu i słod­kim za­pa­chem sko­szo­nych łąk. Ma­ły­mi kro­ka­mi zbli­ża­ła się już je­sień, ale wci­ąż było jesz­cze cie­pło. Tyl­ko wie­czo­ry i co­raz krót­sze dni przy­po­mi­na­ły, że ko­ńczy się moja naj­uko­cha­ńsza pora roku.

Do miej­sca, w któ­rym mia­łam spędzić naj­bli­ższe ty­go­dnie, zo­sta­ło za­le­d­wie ja­kieś dzie­wi­ęć ki­lo­me­trów, ale mu­sia­łam się za­trzy­mać. Zje­cha­łam na po­lną dro­gę bie­gnącą wzdłuż łąki po jed­nej stro­nie lasu i po dru­giej.

Na tro­chę sztyw­nych no­gach wy­gra­mo­li­łam się z auta i opa­rłam się o nie ple­ca­mi. Za­mknęłam oczy i pró­bo­wa­łam otrząsnąć się ze słod­kich wspo­mnień dzie­ci­ństwa, któ­re za­ata­ko­wa­ły mnie, gdy zbli­ża­łam się do ro­dzin­nych stron. Lata spędzo­ne w Szko­cji tro­chę je przy­tłu­mi­ły, ale nie były w sta­nie ca­łko­wi­cie ich za­trzeć. Nie da się wy­ma­zać wra­żeń z prze­szło­ści, na­wet je­śli nie jest się w sta­nie za­pa­mi­ętać szcze­gó­łów i kon­kret­nych sy­tu­acji. Tak było i ze mną. Nie za­wsze po­tra­fi­łam przy­po­mnieć so­bie twa­rze przy­ja­ciół, ale pa­mi­ęta­łam, że za­ba­wa z nimi spra­wia­ła mi dzi­ką przy­jem­no­ść.

Si­ęgnęłam przez szy­bę do sa­mo­cho­du i ze schow­ka wy­ci­ągnęłam pa­pie­ro­sy. Rzad­ko pa­li­łam, ale ta chwi­la tego wy­ma­ga­ła. Za­ci­ągnęłam się moc­no, pró­bu­jąc jak naj­dłu­żej za­trzy­mać dym w płu­cach. Po chwi­li go wy­dmu­cha­łam i wes­tchnęłam z lu­bo­ścią. Po­trze­bo­wa­łam tego. Mu­sia­łam się tro­chę uspo­ko­ić. Cze­ka­ło mnie wa­żne za­da­nie, nie mo­głam się de­kon­cen­tro­wać ani pod­da­wać emo­cjom.

Ro­zej­rza­łam się do­oko­ła. Li­ście za­czy­na­ły już przy­bie­rać bar­wy je­sie­ni. Na­wet wiatr już nią pach­niał. Zro­bi­łam kil­ka kro­ków wzdłuż ście­żki, a po­tem za­wró­ci­łam i mi­nąw­szy mo­je­go ti­gu­ana, ru­szy­łam na skraj jezd­ni. Stał tam me­ta­lo­wy krzyż, a z tra­wy wo­kół nie­go wy­chy­la­ły się szkla­ne zni­cze z po­wy­pa­la­ny­mi wkła­da­mi. Było ich na­praw­dę spo­ro, chy­ba nikt tego nie kon­tro­lo­wał. Kto chciał, ten do­kła­dał coś od sie­bie, by upa­mi­ęt­nić tra­ge­dię, któ­ra ro­ze­gra­ła się tu pra­wie rok temu.

Wy­szłam na jezd­nię. Ruch na dro­dze był mały, dla­te­go zde­cy­do­wa­łam się za­trzy­mać na środ­ku. Sta­nęłam do­kład­nie w miej­scu, w któ­rym na­stąpi­ło zde­rze­nie.

Za­sty­głam w bez­ru­chu i za­mknęłam oczy. Ser­ce za­bi­ło mi moc­niej. Ze stra­chu, z prze­ra­że­nia i żalu. Wy­da­wa­ło mi się, że sły­szę trzask wgnia­ta­ne­go me­ta­lu, huk pęka­jących opon i syk wci­ąga­ne­go z prze­ra­że­nia po­wie­trza.

Na­gle po­czu­łam drże­nie podło­ża. Otwo­rzy­łam oczy i zo­ba­czy­łam zbli­ża­jący się sa­mo­chód. Zbie­głam z szo­sy i sta­nęłam na skra­ju dro­gi. Pęd po­wie­trza roz­wiał mi wło­sy, a za­pach ben­zy­ny pod­ra­żnił noz­drza. Raz jesz­cze spoj­rza­łam na jezd­nię. Po wy­pad­ku nie było śla­du. Gdy­by nie krzyż i zni­cze, nikt z prze­je­żdża­jących tą dro­gą kie­row­ców ni­g­dy by się nie do­my­ślił, że do­szło tu do tra­ge­dii.

Zer­k­nęłam w bok, gdzie po­zo­stał ści­ęty pień drze­wa, któ­re bez­po­śred­nio przy­czy­ni­ło się do śmier­ci ca­łej ro­dzi­ny.

Ostat­ni raz za­ci­ągnęłam się pa­pie­ro­sem, rzu­ci­łam nie­do­pa­łek na jezd­nię, roz­dep­ta­łam go, a po­tem wró­ci­łam do auta i ru­szy­łam da­lej.

2

Nim do­ta­rłam do miej­sca prze­zna­cze­nia, za­trzy­ma­łam się jesz­cze przy ma­łym wiej­skim mar­ke­cie, żeby za­opa­trzyć się w pro­duk­ty spo­żyw­cze, w tym naj­wa­żniej­sze – kil­ka ba­to­ni­ków zbo­żo­wych, dwie pacz­ki ma­śla­nych cia­ste­czek, cze­ko­la­dę, jo­gur­ty i mu­sli.

Sło­ńce za­częło zni­kać za bu­dyn­ka­mi i rzu­ca­ło dłu­gie cie­nie na chod­nik. Mia­stecz­ko, nie­wie­le wi­ęk­sze od wsi, mia­ło taki sam ze­staw naj­wa­żniej­szych punk­tów orien­ta­cyj­nych jak wszyst­kie inne mniej­sze miej­sco­wo­ści w tym kra­ju. Ko­ściół, mar­ke­ty spo­żyw­cze – dwa wi­ęk­sze, kil­ka mniej­szych, mały park, pocz­ta, kil­ka lo­ka­li ga­stro­no­micz­nych i je­den wie­lo­bra­nżo­wy. Mia­stecz­ko, ja­kich ty­si­ące w Pol­sce.

Mimo że dzie­ci­ństwo i wcze­sną mło­do­ść spędzi­łam w tych stro­nach, nie czu­łam się tu u sie­bie. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się ja­kieś obce. Mi­ja­jący mnie lu­dzie wpa­try­wa­li się we mnie, jak­bym ucie­kła z cyr­ku.

Opa­rłam się ple­ca­mi o drzwi sa­mo­cho­du i na mo­ment za­mknęłam oczy.

By­łam już zmęczo­na. Je­cha­łam nie­prze­rwa­nie sze­ść go­dzin i chy­ba mia­łam już dość, stąd te dziw­ne uczu­cia i wra­że­nia. Ma­rzy­łam o cie­płej kąpie­li i mi­ęk­kiej po­dusz­ce. I o lap­to­pie na ko­la­nach. Do pe­łni szczęścia bra­ko­wa­ło mi tyl­ko mo­je­go kota Asto­na, któ­re­go nie mo­głam tu ze sobą za­brać. Za­czął cho­ro­wać na ner­ki i we­te­ry­narz za­bro­nił ta­kich dłu­gich i męczących wo­ja­ży. Zo­sta­wi­łam go u mo­je­go przy­ja­cie­la Fe­li­xa. Ni­g­dzie nie będzie mu tak do­brze jak u nie­go. Mimo wszyst­ko tęsk­ni­łam za Asto­nem, a on na pew­no tęsk­nił za mną, wbrew temu, co mówi się o ko­tach.

Wes­tchnęłam z tęsk­no­ty, scho­wa­łam za­ku­py do ba­ga­żni­ka i wsko­czy­łam do auta.

Dzie­si­ęć mi­nut pó­źniej mi­nęłam ta­bli­cę z na­zwą miej­sco­wo­ści, w któ­rej spędza­łam w dzie­ci­ństwie ka­żdą wol­ną od szko­ły chwi­lę. Nie­mi­rów. Tu po­zna­łam moją pierw­szą mi­ło­ść.

Po­ja­wi­ły się dom­ki z przy­le­ga­jący­mi do nich bu­dyn­ka­mi go­spo­dar­czy­mi, sto­do­ła­mi i gó­ru­jący­mi nad nimi po­tężny­mi li­pa­mi, gra­ba­mi i bu­ka­mi. Z ka­żdą se­kun­dą za­bu­do­wa­nia gęst­nia­ły. Za­uwa­ży­łam też kil­ka drew­nia­nych chat przy­wo­dzących na myśl skan­sen, któ­ry pa­mi­ęta­łam z dzie­ci­ństwa. Po­tem sklep, fi­gu­ra Ma­ryi na ostrym za­kręcie, dwa dzi­kie sta­wy, któ­rych ta­fle od­bi­ja­ły cho­wa­jące się za ho­ry­zon­tem sło­ńce.

Kil­ko­ro ba­wi­ących się przy pla­cu za­baw obok świe­tli­cy dzie­ci po­wio­dło wzro­kiem za moim au­tem. Przy sa­mej jezd­ni, na pa­stwi­sku pa­sła się kro­wa. Praw­dzi­wa kro­wa. Już daw­no nie wi­dzia­łam kra­su­li na żywo.

Pi­ęk­nie tu, prze­szło mi przez myśl. Już pra­wie za­po­mnia­łam, że to uro­cza oko­li­ca.

Za­trzy­ma­łam się przy nie­wiel­kim, ce­gla­nym dom­ku z ma­ły­mi okna­mi i gęsty­mi fi­ra­na­mi. Z okien biła bla­do­nie­bie­ska, mi­ga­jąca po­świa­ta te­le­wi­zo­ra.

Nie było ja­ki­mś wiel­kim od­kry­ciem, że w mo­jej wy­obra­źni do­mek, przed któ­rym sta­łam, ja­wił się jako oka­za­ły bu­dy­nek, któ­ry za­wsze na­pa­wał mnie lękiem. Ra­zem z przy­ja­ció­łmi za­kra­da­li­śmy się do go­spo­dar­stwa Wa­len­ty­ny Ostrow­skiej i sta­ra­li­śmy się zaj­rzeć przez okna, bo Ka­sia przy­si­ęga­ła, że ko­bie­ta jest cza­row­ni­cą i po­ry­wa dzie­ci. Pa­weł, je­den z wa­ka­cyj­nych ko­le­gów z Nie­mi­ro­wa, opo­wia­dał nam mro­żące krew w ży­łach hi­sto­rie o za­ko­pa­nych w ogród­ku zwło­kach dziew­czy­ny. Nie wiem, dla­cze­go uro­iło mu się coś tak po­twor­ne­go, ale pa­mi­ętam, że bar­dzo dłu­go sie­dzia­ło mi to w gło­wie i gdy ra­zem z bab­cią od­wie­dza­ły­śmy pa­nią Wa­len­ty­nę, ja ze zgro­zą wpa­try­wa­łam się w jej pi­ęk­ny i wy­pie­lęgno­wa­ny ogród.

Roz­śmie­szy­ły mnie te wspo­mnie­nia.

Te­raz do­mek wy­da­wał się ma­le­ńki jak chat­ka z baj­ki, ale nie­zmien­nie był za­dba­ny, tak jak i po­let­ko przed nim, wci­ąż kwi­tły tam kwia­ty.

Wy­łączy­łam sil­nik i wy­szłam z auta na pod­jazd. Pod sto­pa­mi za­chrzęścił żwir. Prze­ci­ągnęłam się, czu­jąc, jak opa­dam z sił i nie­mal za­sy­piam na sto­jąco. To był ci­ężki dzień nie tyl­ko ze względu na pod­róż, ale i emo­cje, któ­re mnie przy­tła­cza­ły.

Uchy­li­łam furt­kę, mo­dląc się w du­chu, żeby nie za­ata­ko­wał mnie ja­kiś bu­rek pil­nu­jący obe­jścia. Na bra­mie nie za­uwa­ży­łam ostrze­że­nia, ale roz­gląda­łam się uwa­żnie na boki. Sło­ńce już zni­ka­ło za ho­ry­zon­tem, lecz wci­ąż było wid­no. Wy­szłam za róg domu i mi­nąw­szy sta­rą zie­mian­kę, za­trzy­ma­łam się przed drzwia­mi. Od­wró­ci­łam się, usły­szaw­szy za ple­ca­mi ja­kiś ha­łas. Na wy­pie­lęgno­wa­nym traw­ni­ku sta­ła al­ta­na z trze­po­czącym na lek­kim wie­trze bal­da­chi­mem.

Ni­g­dzie nie do­strze­głam dzwon­ka, więc moc­no za­stu­ka­łam. Po chwi­li za drzwia­mi roz­le­gło się gło­śne czła­pa­nie, szczęk klu­cza i pi­skli­wy dźwi­ęk wy­ma­ga­jących pil­ne­go na­oli­wie­nia za­wia­sów.

– Tak? – Usły­sza­łam chro­po­wa­ty głos, a w szcze­li­nie po­mi­ędzy drzwia­mi a fu­try­ną po­ja­wi­ły się si­wie­jące, kręco­ne wło­sy i ży­la­sta ręka.

Do­pie­ro po se­kun­dzie sku­pi­łam się na twa­rzy sąsiad­ki. Mi­nęło kil­ka­na­ście lat, ale ko­bie­ta pra­wie nic się nie zmie­ni­ła, tyl­ko wło­sy nie­znacz­nie jej po­si­wia­ły. Albo to moja pa­mi­ęć ro­bi­ła mi psi­ku­sa. Jej twarz była usia­na zmarszcz­ka­mi, ale de­li­kat­nie, jak­by skó­ra ko­bie­ty zo­sta­ła zro­bio­na z gumy. Ja­sne, nie­bie­skie oczy wy­da­wa­ły się nie­mal prze­zro­czy­ste.

– Dzień do­bry, Na­zy­wam się Olga Lin­ga. Je­stem wnucz­ką So­ko­łow­skich. – Uśmiech­nęłam się przy­ja­źnie. – Chcia­łam ode­brać klucz do domu dziad­ków. Od mamy wiem, że ma pani za­pa­so­wy – wy­ja­śni­łam.

Jej twarz roz­ja­śni­ła się w szcze­rym uśmie­chu.

– Ach tak! Mała Olga – po­wie­dzia­ła, za­pra­sza­jąc mnie do środ­ka.

– Już nie taka mała. – Za­śmia­łam się.

We­szłam do ciem­ne­go wia­tro­ła­pu. Wnętrze pach­nia­ło czy­mś słod­kim, jak­by wła­śnie wy­ci­ągni­ęto z pie­kar­ni­ka bla­chę z go­rącym cia­stem. Wa­len­ty­na po­pro­wa­dzi­ła mnie do kuch­ni, gdzie po­twier­dzi­ły się moje wra­że­nia węcho­we. Na sto­le stał jesz­cze pa­ru­jący ser­nik, na któ­rym per­li­ły się kro­pel­ki cu­kro­wej rosy. Do ust na­pły­nęła mi śli­na, a w żo­łąd­ku po­czu­łam sil­ny skurcz. Od kil­ku go­dzin nie mia­łam w ustach nic oprócz kawy, bo chcia­łam jak naj­szyb­ciej zna­le­źć się na miej­scu.

Ko­bie­ta po­de­szła do sta­re­go kre­den­su i wy­su­nęła z nie­go to­por­ną szu­fla­dę. Ro­zej­rza­łam się dys­kret­nie po po­miesz­cze­niu. Chy­ba tu też nic się nie zmie­ni­ło od cza­sów, gdy by­łam małą dziew­czyn­ką. Trzy­dzie­sto­let­nie szaf­ki ku­chen­ne z po­lu­zo­wa­ny­mi za­wia­sa­mi, za­sło­ny w czer­wo­ną krat­kę, sto­sy bi­be­lo­tów na kre­den­sie i bla­cie. Mały okrągły stół z trze­ma krze­sła­mi – miej­sce, przy któ­rym bab­cia za­sia­da­ła z sąsiad­ką i plot­ko­wa­ły przy cie­ście przez kil­ka go­dzin.

Wa­len­ty­na po­da­ła mi dwa klu­cze zwi­ąza­ne czer­wo­ną ta­siem­ką.

– To do domu i go­spo­dar­cze­go – oznaj­mi­ła. – By­łam tam w ze­szły wto­rek pod­lać kwia­ty. Kil­ka za­bra­łam do sie­bie, tak jak pro­si­ła two­ja mama. Żeby nie było.

– Ja­sne – bąk­nęłam nie­za­in­te­re­so­wa­na.

Było mi wszyst­ko jed­no, czy za­bra­ła wszyst­kie licz­ne pa­prot­ki bab­ci, czy tyl­ko kil­ka. Nie przy­je­cha­łam tu po to, żeby ją roz­li­czać.

– Jak my­ślisz, ile ci to zaj­mie? – za­py­ta­ła, gdy scho­wa­łam klucz do kie­sze­ni dżin­sów.

Na te sło­wa na mo­ment za­ma­rłam, ale szyb­ko się zre­flek­to­wa­łam. Py­ta­ła o se­gre­go­wa­nie rze­czy po dziad­kach.

– Trud­no mi po­wie­dzieć. Ro­dzi­ce chcie­li­by jak naj­szyb­ciej sprze­dać dom, więc mu­szę wcze­śniej wszyst­ko przej­rzeć – skła­ma­łam.

Moja mama wła­śnie to prze­ka­za­ła sąsiad­ce, bo ją o to po­pro­si­łam. Ro­dzi­ce miesz­ka­li od dzie­si­ęciu lat w Niem­czech, a dziad­ko­wie nie żyli, dla­te­go dom od ja­kie­goś cza­su stał pu­sty.

Nie chcia­łam, żeby kto­kol­wiek do­wie­dział się o moim praw­dzi­wym celu przy­jaz­du. Przy­naj­mniej nie na sa­mym po­cząt­ku, za­nim opra­cu­ję ja­kiś plan dzia­ła­nia.

– Sły­sza­łam, że je­steś dzien­ni­kar­ką? – za­gad­nęła, gdy chcia­łam się wy­co­fać do sie­ni.

– Tak jak­by – od­pa­rłam z uśmie­chem.

Ru­szy­łam do wy­jścia, ale ko­bie­ta mnie za­trzy­ma­ła.

– Noce są zim­ne. Naj­le­piej na­pa­lić już w pie­cu – po­wie­dzia­ła, a ja ski­nęłam gło­wą.

By­łam zmar­z­lu­chem, a wy­bra­łam na miej­sce za­miesz­ka­nia je­den z naj­wil­got­niej­szych kra­jów na świe­cie. Do­brze, że cho­ciaż wi­do­ki i ar­chi­tek­tu­ra re­kom­pen­so­wa­ły te ci­ągłe prze­ci­ągi i desz­cze.

Po­dzi­ęko­wa­łam za klu­cze i po­że­gna­łam się z ko­bie­tą. Wsia­dłam do sa­mo­cho­du, od­pro­wa­dza­na czuj­nym spoj­rze­niem sąsiad­ki. Na ze­wnątrz za­czy­na­ło sza­rzeć, na szczęście po­za­pa­la­ły się przy­dro­żne la­tar­nie, któ­re z tego, co wie­dzia­łam, po­ga­sną, gdy wy­bi­je dzie­si­ąta wie­czo­rem. Uro­ki ma­łych wio­sek.

Dom mo­ich dziad­ków znaj­do­wał się na ko­ńcu wsi, ja­kiś ki­lo­metr od głów­nej szo­sy. Gdy zo­ba­czy­łam zna­jo­my za­kręt, zje­cha­łam na szu­tro­wą dro­gę pro­wa­dzącą do po­se­sji oko­lo­nej me­ta­lo­wym ogro­dze­niem. Gdy do­ta­rłam do bra­my wjaz­do­wej, nie wy­łączy­łam świa­teł. Wy­sia­dłam z sa­mo­cho­du i przyj­rza­łam się ogro­dze­niu. Skrzy­dła bra­my tro­chę za­ro­sły tra­wą, ale po chwi­li szar­pa­nia uda­ło mi się je uwol­nić.

Wje­cha­łam na po­se­sję i w po­dob­ny spo­sób za­mknęłam wjazd. Za­par­ko­wa­łam pod me­ta­lo­wą wia­tą przy­mo­co­wa­ną do bu­dyn­ku go­spo­dar­cze­go. Tak na­praw­dę była to zwy­kła gra­ciar­nia, ale od za­wsze tak wła­śnie ją na­zy­wa­li­śmy.

Wy­pa­ko­wa­łam z ba­ga­żni­ka tor­by i lap­top. Po za­ku­py mia­łam za­miar wró­cić, gdy już się zo­rien­tu­ję, jak wy­gląda wnętrze domu. Nie by­łam tu od do­brych kil­ku lat, bo gdy bab­ci się po­gor­szy­ło, ro­dzi­ce za­bra­li ją do sie­bie. Nie chcia­ła je­chać, wzbra­nia­ła się, ale wresz­cie zdro­wy roz­sądek wzi­ął górę. Udar spo­wo­do­wał, że nie była już ca­łko­wi­cie sa­mo­dziel­na i po pro­stu nie mia­ła wy­jścia. Ostat­nie dwa lata spędzi­ła na ob­czy­źnie, ale mia­ła do­brą opie­kę. Od­wie­dza­łam ją przy­naj­mniej raz na kwar­tał, cza­sa­mi częściej, gdy tra­fi­łam na tani lot.

Od trzech lat nikt tu nie miesz­kał. Mama pła­ci­ła Wa­len­ty­nie za do­gląda­nie domu i sprząta­nie. Na­praw­dę po­win­ni­śmy już go sprze­dać, ale moja mat­ka nie mo­gła się zdo­być na ten ruch. Przy­naj­mniej nie wte­dy, gdy jesz­cze żyła bab­cia. Te­raz nie mia­ła już wy­mó­wek.

Otwo­rzy­łam drzwi fron­to­we i wy­ma­ca­łam na ścia­nie włącz­nik świa­tła. Mu­sia­łam gwa­łtow­nie za­mru­gać, kie­dy po­miesz­cze­nie za­lał żó­łta­wy blask. Gdy moje oczy przy­zwy­cza­iły się do ja­sno­ści, prze­ci­ągnęłam obie wa­liz­ki w stro­nę ko­ry­ta­rza, bo w wia­tro­ła­pie było na­praw­dę bar­dzo mało miej­sca. Szyb­ko wró­ci­łam do sa­mo­cho­du po za­ku­py spo­żyw­cze. Mu­sia­łam coś zje­ść, bo za­czy­na­ło mi się ro­bić nie­do­brze z gło­du. Pa­pie­ros wy­pa­lo­ny przed go­dzi­ną tyl­ko po­gor­szył sy­tu­ację.

Wy­pa­ko­wa­łam dwie fo­lio­we siat­ki, za­nio­słam je do domu. Za­mknęłam za sobą drzwi na klucz i zrzu­ci­łam kurt­kę. Prze­pchnęłam się do kuch­ni i odło­ży­łam za­ku­py na stół. Był na nim ob­rus, któ­ry pa­mi­ęta­łam jesz­cze z dzie­ci­ństwa. W jed­nej chwi­li do­pa­dła mnie ol­brzy­mia no­stal­gia. Usia­dłam na twar­dym drew­nia­nym krze­śle i po­gła­dzi­łam ma­te­riał dło­nią. Wy­ha­fto­wa­ne ko­lo­ro­we kwia­ty tro­chę po­żó­łkły, ale wci­ąż były pi­ęk­ne. Już wie­dzia­łam, że za­bio­rę ob­rus ze sobą do Szko­cji.

Ro­zej­rza­łam się do­oko­ła. Brązo­we me­ble ku­chen­ne za­czy­na­ły roz­cho­dzić się w miej­scach skle­je­nia, ale nie wy­gląda­ły jesz­cze tra­gicz­nie. W kącie, w szpa­rze po­mi­ędzy szaf­ką a lo­dów­ką, sta­ła zmiot­ka z szu­fel­ką. Uśmiech­nęłam się do sie­bie, bo to też był nie­odzow­ny ele­ment tej kuch­ni. Ta szpa­ra i ta zmiot­ka z szu­fel­ką. Do­pie­ro te­raz zro­zu­mia­łam, dla­cze­go mama nie mo­gła się zde­cy­do­wać na sprze­daż domu. Mnie też by­ło­by szko­da po­że­gnać się z tym, co sta­no­wi­ło wa­żny ele­ment mo­je­go dzie­ci­ństwa.

Sie­dze­nie w bez­ru­chu spra­wi­ło, że za­drża­łam z zim­na. Wie­czo­ry rze­czy­wi­ście były już chłod­ne. Pod­nio­słam się z tru­dem z krze­sła. Do­pie­ro te­raz za­częłam od­czu­wać sztyw­no­ść sta­wów i mi­ęśni po dłu­giej je­ździe. By­łam już bar­dzo zmęczo­na, ale przed snem mu­sia­łam jesz­cze uru­cho­mić piec cen­tral­ne­go ogrze­wa­nia i wresz­cie coś zje­ść. Wy­ci­ągnęłam te­le­fon z kie­sze­ni i zer­k­nęłam na wy­świe­tlacz. Mia­łam kil­ka wia­do­mo­ści od zna­jo­mych i mamy z py­ta­niem, czy już do­je­cha­łam. Od­pi­sa­łam na pil­ne ese­me­sy i ze­bra­łam się, żeby wresz­cie ze­jść do piw­ni­cy. Po­de­szłam do drzwi pod scho­da­mi. Otwo­rzy­łam je, a z wnętrza buch­nął zim­ny, zie­mi­sty po­dmuch. Za­drża­łam. Zna­la­złam pstry­czek świa­tła i na­ci­snęłam go. Piw­ni­cę za­la­ła sła­ba po­świa­ta. Ze­szłam ostro­żnie po be­to­no­wych schod­kach i ro­zej­rza­łam się do­oko­ła. Wszędzie wa­la­ły się pu­dła, me­ble i mnó­stwo szpar­ga­łów. Sta­ry ro­wer za­gra­dzał prze­jście, więc od­su­nęłam go na bok, ale za­ha­czy­łam kie­row­ni­cą o ja­kiś kar­ton. Za­chwiał się na drew­nia­nym re­ga­le, ale za­nim spa­dł, zdąży­łam go zła­pać. Był ci­ężki, le­d­wo zdo­ła­łam go utrzy­mać. Z tru­dem od­sta­wi­łam go na pó­łkę i wy­ta­rłam o dżin­sy po­kry­te ku­rzem ręce.

Wy­da­wa­ło mi się, że gdzieś po­mi­ędzy re­ga­ła­mi coś prze­bie­gło. Jezu, oby to nie był szczur, po­my­śla­łam ze zgro­zą.

Do­ta­rłam do pie­ca i po­dra­pa­łam się w gło­wę, pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć in­struk­cje, któ­re prze­ka­za­ła mi mama. To był piec na pe­let. Pięć lat temu sta­nął w miej­scu, w któ­rym kie­dyś znaj­do­wał się tra­dy­cyj­ny piec na węgiel. Kie­dy bab­cia zo­sta­ła sama, mama bała się, że w zi­mie może so­bie nie po­ra­dzić z roz­pa­la­niem ognia, a w tym urządze­niu wy­star­czy­ło tyl­ko raz na dwa dni do­rzu­cić grosz­ko­we­go opa­łu do po­daj­ni­ka i ten sam ste­ro­wał po­bie­ra­niem. W tej chwi­li by­łam wdzi­ęcz­na za tę wy­mia­nę, bo po­szło mi na­praw­dę szyb­ko.

Omio­tłam ostat­nim spoj­rze­niem za­gra­co­ną piw­ni­cę i wró­ci­łam do kuch­ni. Tam wy­pa­ko­wa­łam za­ku­py i włączy­łam do prądu lo­dów­kę. Nie by­łam prze­ko­na­na, czy będzie dzia­łać, ale ze zdu­mie­niem stwier­dzi­łam, że już chło­dzi­ła. Po­dej­rze­wa­łam, że gdy­bym nie dała rady roz­pa­lić w pie­cu, tem­pe­ra­tu­ra w środ­ku lo­dów­ki i poza nią w ogó­le by się nie ró­żni­ła.

Wy­ci­ągnęłam z wa­liz­ki blu­zę, bo za­czy­na­łam na­praw­dę mar­z­nąć. Dom na­grze­wał się po­wo­li. Nic dziw­ne­go, nie był za­miesz­ka­ny od kil­ku lat i w po­miesz­cze­niach moc­no się ochło­dzi­ło.

Zro­bi­łam so­bie ka­nap­ki z twa­ro­giem i dże­mem, a do tego go­rącą her­ba­tę i uda­łam się na górę do po­ko­ju, w któ­rym miesz­ka­łam pod­czas ka­żde­go po­by­tu na wsi. Był mały, ale bar­dzo przy­tul­ny. We­szłam na pi­ętro i na mo­ment przy­sta­nęłam u szczy­tu scho­dów z ta­le­rzem i kub­kiem w rękach. Drew­nia­na bo­aze­ria po­ma­lo­wa­na na bia­ło, tu­rec­ki dy­wan, ci­ągnący się przez całą dłu­go­ść ko­ry­ta­rza. Re­pli­ki van Go­gha i Mo­ne­ta na ścia­nach. Na ma­łej ko­mód­ce, nad któ­rą wi­sia­ło lu­stro, sta­ły sztucz­ne fio­le­to­we bzy. Pa­mi­ęta­łam dzień, w któ­rym bab­cia przy­wio­zła je z tar­gu w mie­ście. Po­my­śla­łam wte­dy, że nie ma nic bar­dziej smut­ne­go niż sztucz­ne bzy, któ­re są mar­ną imi­ta­cją tych praw­dzi­wych, kwit­nących w maju. Ale bab­ci się po­do­ba­ły, dla­te­go ni­g­dy nie po­dzie­li­łam się z nią tą my­ślą.

Wes­tchnęłam, żeby od­go­nić nad­miar wspo­mnień, i skręci­łam w lewo, do mo­je­go daw­ne­go po­ko­ju. I tu­taj nic się nie zmie­ni­ło. Jed­no­oso­bo­wy tap­czan, sta­ra, la­kie­ro­wa­na sza­fa i biur­ko z nad­staw­ką. Czu­ło się tu lek­ką stęchli­znę, jak zresz­tą w ca­łym domu, któ­ry po­trze­bo­wał do­grza­nia, ale nie prze­szka­dza­ło mi to.

Le­d­wo wnio­słam na górę moje ci­ężkie wa­liz­ki i wsta­wi­łam je do sza­fy. Zdzi­wi­ło mnie, że na­wet w jej wnętrzu nie zna­la­złam ku­rzu. Czy­li Wa­len­ty­na była do­kład­na. Mia­łam na­dzie­ję, że mama do­brze ją opła­ca.

Usia­dłam przy biur­ku, otwo­rzy­łam lap­top, a po­tem za­częłam pa­ła­szo­wać ka­nap­ki. Uru­cho­mi­łam por­tal All News i zaj­rza­łam do skrzyn­ki słu­żbo­wej. Co praw­da mia­łam urlop, ale na­czel­na co chwi­lę wrzu­ca­ła mi ja­kieś te­ma­ty do ob­ro­bie­nia po po­wro­cie. Skan­dal w ro­dzi­nie kró­lew­skiej (co dru­gi te­mat na stro­nie new­sów), na­wie­dzo­ny blok na no­wo­cze­snym osie­dlu, je­sien­ne atrak­cje Edyn­bur­ga...

Wgry­złam się w ostat­ni kęs ka­nap­ki i wy­bra­łam nu­mer Fe­li­xa.

– Hi, Swe­ethe­art. – Usły­sza­łam jego me­lo­dyj­ny głos z tym cha­rak­te­ry­stycz­nym szkoc­kim ak­cen­tem, do któ­re­go mu­sia­łam się dłu­go przy­zwy­cza­jać po przy­je­ździe z Lon­dy­nu.

Uśmiech­nęłam się.

Do­wie­dzia­łam się, że Aston ma się cu­dow­nie i zża­rł już pra­wie cały za­pas kar­my, któ­rą mu zo­sta­wi­łam. Stre­ści­łam też Fe­li­xo­wi swo­ją pod­róż i od­czu­cia po po­wro­cie do miej­sca, w któ­rym spędza­łam dzie­ci­ństwo. Fe­lix opo­wie­dział, co u nie­go w ro­bo­cie, a gdy za­częłam zie­wać częściej niż raz na mi­nu­tę, po­że­gna­li­śmy się. Ma­rzy­łam, by się wy­kąpać, jed­nak z upra­gnio­nym prysz­ni­cem nie po­szło tak ła­two. Za­nim po­pły­nęła cie­pła woda, lu­nął na mnie lo­do­wa­ty stru­mień, od któ­re­go do­sta­łam pa­ra­li­żu po­ło­wy cia­ła. Krzyk­nęłam gło­śno, obi­ja­jąc się o płyt­ki. Dzi­ęki Bogu, za chwi­lę z dy­szy try­snęła go­rąca woda.

Gdy wy­szłam z ła­zien­ki, w ca­łym domu już było przy­jem­ne cie­pło. Z sza­fy wy­ci­ągnęłam ko­łdrę i pu­cho­wą po­dusz­kę, a po­tem ob­le­kłam je w po­szew­ki, któ­re ze sobą przy­wio­złam. Nie by­łam pew­na, co za­sta­nę w domu i w ja­kim to wszyst­ko będzie sta­nie, dla­te­go po­sta­no­wi­łam się za­bez­pie­czyć. Mia­łam ze sobą rów­nież śpi­wór i dwa prze­ście­ra­dła, ale oka­za­ło się, że nie będą mi po­trzeb­ne.

Usia­dłam na tap­cza­nie z pod­ku­lo­ny­mi no­ga­mi. Włączy­łam lamp­kę noc­ną z pod­staw­ką w kszta­łcie pa­ster­ki i kwie­ci­stym aba­żu­rem z frędzel­ka­mi. Ją też za­bio­rę ze sobą, po­sta­no­wi­łam sen­ty­men­tal­nie, do­ty­ka­jąc ko­lo­ro­wych frędz­li.

Owi­nęłam się cia­sno ko­łdrą i po­wio­dłam wzro­kiem po ma­le­ńkim po­ko­ju, któ­ry przy­wo­dził na myśl mnó­stwo wspo­mnień. Na­stęp­nie wy­ci­ągnęłam list, któ­ry otrzy­ma­łam kil­ka mie­si­ęcy temu i to po wie­lu pe­ry­pe­tiach, po­nie­waż dwu­krot­nie za­gi­nął w pod­ró­ży. Raz w Pol­sce, dru­gi raz już w Szko­cji. List, przez któ­ry kil­ka ty­go­dni by­łam w szo­ku.

Już nie po­wstrzy­my­wa­łam tych kon­kret­nych wspo­mnień z prze­szło­ści, tyl­ko po­zwo­li­łam im wy­pły­nąć na po­wierzch­nię.

Wte­dy

– Je­steś pew­na, że śpią? – szep­nął gło­śno Ma­te­usz, gdy wyj­rza­łam przez okno.

Od do­brych kil­ku mi­nut sły­sza­łam de­li­kat­ne pu­ka­nie w okno, ale cze­ka­jąc na nie­go przy­snęłam i ten od­głos do­cie­rał do mnie gdzieś z da­le­ka. Do­pie­ro te­raz się obu­dzi­łam.

– Tak. Je­stem pew­na. Zna­la­złeś dra­bi­nę? – za­py­ta­łam.

– Tak, ale w tych ciem­no­ściach pra­wie się za­bi­łem o ja­kieś gra­bie.

Za­śmia­łam się. To było kar­ko­łom­ne za­da­nie, ale bab­cia i dzia­dek nie po­zwa­la­li mi na spędza­nie pó­źnych wie­czo­rów z Ma­te­uszem, więc po­że­gna­li­śmy się na ich oczach, chło­pak prze­cze­kał dwie go­dzi­ny gdzieś we wsi, a te­raz mie­li­śmy wy­brać się na tro­chę mniej ofi­cjal­ną rand­kę. Ma­te­usz za­dzia­łał we­dług mo­ich wska­zó­wek. Przy­nió­sł dra­bi­nę sto­jącą przy sto­do­le i przy­sta­wił ją do ścia­ny obok okna mo­je­go po­ko­ju.

– Bądź ostro­żna – szep­nął po­now­nie.

– Cii – syk­nęłam i wska­za­łam na po­kój obok, w któ­rym spa­li dziad­ko­wie.

Wy­gra­mo­li­łam się przez okno i wy­ma­ca­łam nogą pierw­szy sto­pień. Resz­ta po­szła jak z płat­ka. Kil­ka­na­ście se­kund pó­źniej ze­ska­ki­wa­łam już na tra­wę. Ma­te­usz na­tych­miast wzi­ął mnie w ra­mio­na i po­ca­ło­wał. Bar­dzo szyb­ko się od nie­go ode­rwa­łam, bo nie chcia­łam ry­zy­ko­wać, że nas na­kry­ją.

– Cho­dź – po­wie­dzia­łam i po­ci­ągnęłam go za sobą do za­ro­śli przy za­bu­do­wa­niach go­spo­dar­czych, gdzie scho­wa­łam swój ro­wer. Bar­dzo ci­cho prze­pro­wa­dzi­li­śmy go przez po­dwó­rze, a po­tem przez furt­kę.

Ma­te­usz zo­sta­wił swo­je­go ru­ma­ka na ko­ńcu szu­tro­we­go pod­jaz­du i gdy do nie­go do­tar­li­śmy, pu­ści­li­śmy się pędem w stro­nę je­zio­ra. Ko­cha­łam te na­sze ro­we­ro­we eska­pa­dy nocą, gdy na­resz­cie ro­bi­ło się chłod­niej, a piasz­czy­stą dro­gę oświe­tla­ły nam gwiaz­dy i ksi­ężyc.

Ści­ga­li­śmy się na ostat­nim od­cin­ku i kie­dy wresz­cie do­cie­ra­li­śmy na brzeg, dy­sze­li­śmy z wy­si­łku i śmia­li­śmy się bez opa­mi­ęta­nia.

Ma­te­usz roz­ło­żył koc na tra­wie i wy­ci­ągnął z ple­ca­ka wino. Nie mie­li­śmy kie­lisz­ków, ale to nie był ża­den pro­blem. Wte­dy nic nie sta­no­wi­ło dla nas pro­ble­mu. Ani za­ka­zy, ani fakt, że Ma­te­usz mu­siał wcze­śnie rano wstać, bo roz­po­czy­na­ły się żni­wa, ani to, że mo­że­my zo­stać przy­ła­pa­ni. Nic, ab­so­lut­nie nic.

Sie­dzie­li­śmy opar­ci o drze­wo i co chwi­lę wy­mie­nia­li­śmy się bu­tel­ką ta­nie­go wina, a w prze­rwach ca­ło­wa­li­śmy się nie­przy­tom­nie. Nie mo­gli­śmy od­dy­chać, a ja chcia­łam, żeby Mat po­su­nął się da­lej. Żeby prze­su­nął wy­żej rękę, któ­rą trzy­mał na moim udzie, ale on cały czas się wa­hał. Nie­daw­no mi się przy­znał, że jest pra­wicz­kiem, nie wni­ka­łam, czy to praw­da, pew­nie nie, ale nie mia­ło to dla mnie wi­ęk­sze­go zna­cze­nia. Czu­łam, że za­nim sko­ńczy się lato, ja też już nie będę dzie­wi­cą.

Po­zna­li­śmy się trzy ty­go­dnie wcze­śniej, gdy przy­je­cha­łam do dziad­ków na wa­ka­cje. Ro­dzi­ce wy­sła­li mnie na wieś, że­bym się „wy­ci­szy­ła”, jak to okre­śli­li. Zro­bi­łam kil­ka głu­pot, ale nie uwa­ża­łam, że za­słu­ży­łam na tak su­ro­wą karę, bo w taki spo­sób my­śla­łam o tym wy­je­ździe. Do mo­men­tu, gdy po­zna­łam Ma­te­usza. To była mi­ło­ść od pierw­sze­go wej­rze­nia. Z obu stron. Po­byt na wsi nie ja­wił mi się już jako do­pust boży, ale ra­czej na­gro­da.

– Idzie­my na sza­bry? – za­pro­po­no­wa­łam, gdy za­czy­na­ło mi się już kręcić w gło­wie.

Ma­te­usz się za­śmiał.

– Do kogo tym ra­zem? – za­py­tał, pod­no­sząc się.

Był za­wsze na tak, na­wet je­śli wpa­dłam na naj­głup­szy po­my­sł. Po­wie­dział mi kil­ka dni temu, że dla mnie zro­bi­łby wszyst­ko. Wie­dzia­łam, że ja dla nie­go też. Zna­li­śmy się tak krót­ko, ale ja­kie to mia­ło zna­cze­nie. Ko­cha­li­śmy się nie­przy­tom­nie.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– Może do Wa­len­ty­ny? – za­pro­po­no­wa­łam. – Ma za­je­bi­ste pa­pie­rów­ki.

– Le­piej nie. – Po­kręcił gło­wą, aż na czo­ło spa­dła mu ja­sno­brązo­wa grzyw­ka, któ­rą od­gar­nęłam pal­ca­mi.

Uwiel­bia­łam jego mi­ęk­kie, lek­ko przy­dłu­gie wło­sy.

– Dla­cze­go? – za­py­ta­łam cie­ka­wa.

Ma­te­usz chwy­cił mnie za rękę i spló­tł na­sze pal­ce.

– Bo to do­bra zna­jo­ma two­jej bab­ci. Jak nas przy­ła­pie, to wszyst­ko jej wy­chla­pie i nie będę mógł się z tobą wi­dy­wać – stwier­dził z po­wa­gą w gło­sie.

Wzru­szy­łam się. Po­ło­ży­łam gło­wę na jego ra­mie­niu.

– Pew­nie, gdy wy­je­dziesz, to o mnie za­po­mnisz – stwier­dził po chwi­li i spu­ścił gło­wę.

– Je­steś głu­pi – od­pa­rłam. – Prze­cież wiesz, że ni­g­dy o to­bie nie za­pom­nę.

Od je­zio­ra po­wiał chłod­ny wiatr, któ­ry przy­pra­wił mnie o dreszcz.

– Zim­no ci? – za­py­tał Ma­te­usz i na­tych­miast opa­tu­lił nas ko­cem.

W jed­nej chwi­li za­po­mnia­łam o na­szych sza­bro­wych pla­nach i po pro­stu się do nie­go przy­tu­li­łam. Nie chcia­łam ni­g­dzie wy­je­żdżać. Nie chcia­łam, żeby lato się ko­ńczy­ło. Jak to za­trzy­mać?

Po chwi­li w tej tak mi­łej po­zy­cji i na sku­tek dzia­ła­nia wina za­częłam usy­piać. Gdy by­łam już na gra­ni­cy jawy i snu, Ma­te­usz na­chy­lił się nad moim uchem i szep­nął:

– Ni­g­dy o mnie nie za­po­mi­naj.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki