Zapach świeżych trocin - Agata Czykierda-Grabowska - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Zapach świeżych trocin ebook i audiobook

Agata Czykierda-Grabowska

3,9

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Iza jest trzydziestotrzyletnią pisarką powieści grozy i wykładowczynią na jednej z krakowskich uczelni. Gdy na skutek niefortunnego romansu ze swoim studentem traci pracę, jej w miarę poukładane życie zaczyna się sypać. Ponadto po utracie stałej posady musi opuścić wynajmowane lokum.  

Z pomocą Izie przychodzi dawny kolega, który proponuje jej wynajem mieszkania pokazowego w nowo powstałym apartamentowcu na obrzeżach Warszawy.  

Kobieta ma  nadzieję, że w ciszy i spokoju uda jej się wreszcie wywiązać z umowy wydawniczej i napisać powieść, nad którą nie była w stanie do tej pory pracować, ponieważ brakowało jej pomysłów.  

Co prawda budynek nie jest jeszcze oddany do użytku, a tym samym przez nikogo zamieszkany, ale w pełni funkcjonalny, dlatego Iza przyjmuje propozycję znajomego. 

Niestety, już pierwszej nocy dzieje się coś, co sprawi, że pisarka zacznie wątpić w słuszność swojej decyzji. 

 

O autorce 

Agata Czykierda-Grabowska, absolwentka Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie. Fanka thrillerów psychologicznych, powieści z nurtu realizmu magicznego i new adult. Miłośniczka dalekich podróży, która panicznie boi się latać samolotem. Cyniczka o romantycznej duszy.    

W swoich książkach stawia na prostotę i realizm, gdyż głęboko wzięła sobie do serca radę, którą przeczytała na skrzydełku pewnej książki: pisz o tym, co znasz. 

W wolnych chwilach uwielbia oglądać kanał HGTV, jeździć na rowerze, pływać i spacerować po lesie. 

Wraz z mężem i córeczką Kają mieszka w Ząbkach pod Warszawą. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 286

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 56 min

Lektor: Filip Kosior
Oceny
3,9 (98 ocen)
35
31
22
7
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
gabriella_31

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna książka 🙂
10
KarolinaGzd

Nie polecam

Czy ta książka przeszła korektę i redakcję? Nie wydaje mi się. Bohaterka to głupia i naiwna alkoholiczka z omamami, którą już dawno powinno się wysłać na leczenie do szpitala psychiatrycznego. Książka nie jest napisana prostym językiem, a językiem prostackim. Roi się w niej od wulgaryzmów, powtórzeń i słów zapożyczonych z angielszczyzny (co to jest "szitu"?). A autorka wyraźnie ma coś do wszystkich urzędników. Książka bardzo słaba, strata czasu.
10
OwlOctober

Nie oderwiesz się od lektury

Usłyszałam o tej książce w radiu, zaintrygowana dodałam ją na swoją listę, ponieważ w tamtym czasie czytałam coś innego. Natomiast gdy już usiadłam do lektury, nie mogłam się oderwać. Historia bardzo ciekawa i tajemnicza, nie raz odczuwałam ten delikatny dreszczyk emocji, który jest tak przyjemny przy tego typu książkach. Napisana bardzo przyjemnym językiem, przez co przynajmniej ja przez nią przepłynęłam. Ma niewątpliwie super klimat. Czy jest to lektura dla każdego? Nie sądzę, ale jeżeli lubisz historie z tajemnicą, wątkiem kryminalnym to polecam.
00
natiszon

Nie oderwiesz się od lektury

“To naprawdę niesprawiedliwe, że człowiek nie mógł sobie wymyślić własnego świata, zapisać go i po prostu do niego wskoczyć. Znając jednak ludzką naturę, nawet gdyby ta wymyślona kraina była idealnym miejsce, zamieszkujący ją ludzie na pewno bardzo szybko zamieniliby ją w piekło.” Niezamieszkany dotąd apartamentowiec na obrzeżach Warszawy, wydaje się być idealnym miejscem, by w ciszy i skupieniu dokończyć pisanie powieści. Co prawda budynek nie został oddany do użytku, ale jest w pełni funkcjonalny, dlatego Iza, korzystając z propozycji przyjaciela wprowadza się do jednego z mieszkań. Liczy, że w spokoju wywiąże się z umowy wydawniczej, a także na chwilę zapomni o dręczących ją wspomnieniach z przeszłości. Wiele smutku i błędnych wyborów było ostatnio w jej życiu. Niestety, już pierwszej nocy dzieje się coś, co sprawi, że odczuje lodowaty dreszcz przerażenia i   zacznie wątpić w słuszność swojej decyzji. Nie spodziewałam się, aż tylu emocji. Namacalnego wręcz napięcia, niespiesznie...
00
januzal

Nie oderwiesz się od lektury

ok.04.24
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: Za­pach świe­żych tro­cin
© Co­py­ri­ght Agata Czy­kierda-Gra­bow­ska 2024 © Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Zwier­cia­dło Sp. z o.o., War­szawa 2024
Re­dak­cja i ko­rekta: Jo­anna Wy­słow­ska
Skład i ła­ma­nie: Syl­wia Kusz, Ma­graf s.c., Byd­goszcz
Pro­jekt okładki: Ma­ciej Sy­sio
Re­dak­tor ini­cju­jąca: Blanka Woś­ko­wiak
Dy­rek­tor pro­duk­cji: Ro­bert Je­żew­ski
Wszel­kie po­do­bień­stwa zda­rzeń, in­sty­tu­cji i osób są przy­pad­kowe i nie­za­mie­rzone. Opo­wieść sta­nowi li­te­racką fik­cję. Wy­daw­nic­two nie po­nosi żad­nej od­po­wie­dzial­no­ści wo­bec osób lub pod­mio­tów za ja­kie­kol­wiek ewen­tu­alne szkody wy­ni­kłe bez­po­śred­nio lub po­śred­nio z wy­ko­rzy­sta­nia, za­sto­so­wa­nia lub in­ter­pre­ta­cji in­for­ma­cji za­war­tych w książce.
Wy­da­nie I, 2024
ISBN: 978-83-8132-577-6
Wy­daw­nic­two Zwier­cia­dło Sp. z o.o. ul. Wi­dok 8, 00-023 War­szawa tel. 22 312 37 12
Dział han­dlowy:han­dlowy@gru­pa­zwier­cia­dlo.pl
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie, w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych tylko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­ciela praw au­tor­skich.
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Pro­log

Z drzew sy­pią się li­ście, a z mo­jej głowy wy­sy­pują się wszyst­kie my­śli. Je­den krok dzieli mnie od naj­waż­niej­szego spo­tka­nia. Tak długo cze­ka­łam, żeby wziąć cię wresz­cie w ra­miona. Zbyt długo.

Jesz­cze chwila, ko­cha­nie.

Lo­do­waty wiatr roz­wiewa moje włosy, ale nie czuję już zimna. Upły­nęło zbyt wiele dni i zbyt wiele nocy, pod­czas któ­rych nie czu­łam zu­peł­nie nic. Na­resz­cie z tym ko­niec.

Niebo przy­biera ko­lory różu i czer­wieni.

Nie­długo po­szy­bu­jemy ra­zem nad mia­stem. Obie­cuję.

Już ni­gdy cię nie zo­sta­wię i ni­gdy nie za­wiodę. Już ni­gdy nie za­wiodę sa­mej sie­bie.

Jesz­cze chwila, ko­cha­nie.

Spo­glą­dam w niebo, na któ­rym wolno suną chmury. Uno­szą się jak ża­glowce po fa­lu­ją­cym je­zio­rze.

Roz­kła­dam ręce, żeby po­fru­nąć. Cze­kam je­dy­nie na moc­niej­szy po­dmuch, który bę­dzie w sta­nie mnie unieść.

Jesz­cze tylko chwi­leczka, ko­cha­nie...

Wiatr przy­wiewa za­pach świe­żych tro­cin... Uśmie­cham się i za­my­kam oczy.

Już nie mu­sisz dłu­żej cze­kać, ko­cha­nie.

Ro­bię krok w przód. Szy­buję.

1

– Tu­taj masz klu­cze plus czip do klatki scho­do­wej. – Ja­nek wy­cią­gnął z biurka grze­cho­czący pęk i po­ło­żył go przede mną na bla­cie, za­sta­wio­nym dwoma lap­to­pami i za­rzu­co­nym mnó­stwem pa­pie­rzysk.

Zgar­nę­łam cały kom­plet łap­czy­wie i na­tych­miast wrzu­ci­łam do du­żej skó­rza­nej to­rebki, którą trzy­ma­łam na ko­la­nach. Nogi cho­dziły mi ner­wowo pod sto­łem jak ze­psuta wska­zówka ze­gara.

Nie­cier­pli­wi­łam się. Ma­rzy­łam, by już stąd wyjść i wresz­cie zna­leźć się na miej­scu. By­łam zmę­czona i głodna, a przede wszyst­kim wy­czer­pana emo­cjo­nal­nie. Na szczę­ście przed przy­jaz­dem tu­taj zdo­ła­łam ukryć ślady łez.

Te­raz pra­gnę­łam tylko wziąć długą, go­rącą ką­piel i na­pić się wina, żeby zrzu­cić z sie­bie to cho­lerne na­pię­cie na­gro­ma­dzone przez ostat­nie dni. Nie­stety, Ja­nek nie wy­glą­dał na ko­goś, kto chciałby mnie stąd szybko wy­pu­ścić. Ga­dał i ga­dał, aż od tego roz­bo­lała mnie głowa, ale w tej chwili nie znaj­do­wa­łam się sy­tu­acji, by móc sta­wiać ja­kieś wy­ma­ga­nia. Mu­sia­łam sie­dzieć i słu­chać jego mo­no­logu. W grun­cie rze­czy to była ni­ska cena za dar­mowe lo­kum na kilka ty­go­dni.

Ży­cie Janka wy­da­wało się cią­giem nie­usta­ją­cych suk­ce­sów. Do­brze pro­spe­ru­jąca firma de­we­lo­per­ska, żona – wła­ści­cielka mod­nej knajpy w cen­trum War­szawy, dwójka ide­al­nych dzieci, trzy domy, w tym je­den w Chor­wa­cji. A do­dam, że miał tylko trzy­dzie­ści trzy lata. Nic, tylko raz w mie­siącu su­nąć na ko­la­nach do Czę­sto­chowy w po­dzięce, po­my­śla­łam nie­spra­wie­dli­wie.

W grun­cie rze­czy Ja­nek był po­czci­wym ko­le­siem i gdyby tam­tego dnia nie za­dzwo­nił do mnie z za­pro­sze­niem na im­prezę z oka­zji dzie­sią­tej rocz­nicy ślubu i w roz­mo­wie nie wspo­mniał o ta­kiej opcji, mu­sia­ła­bym za­miesz­kać u matki, a tę moż­li­wość uzna­wa­łam za osta­tecz­ność.

Ja­nek wstał i od­wró­cił się do eks­presu, gdzie chwilę wcze­śniej na­sta­wił dwie kawy. Przy­ję­łam ją bez ochoty, ale od­ma­wia­nie w tej sy­tu­acji by­łoby bar­dzo nie­grzeczne, a ja nie za­mie­rza­łam w ża­den spo­sób go ura­zić. Zbyt mocno po­le­ga­łam na jego hoj­nej pro­po­zy­cji, żeby so­bie po­zwo­lić na ja­kieś po­myłki.

Wyj­rza­łam przez okno, za któ­rym sze­le­ściły je­sienne li­ście do­rod­nego kasz­ta­nowca. Paź­dzier­nik w tym roku za­czął się z przy­tu­pem. Zro­biło się okrop­nie zimno i od kilku dni niebo po­kry­wała war­stwa gru­bych, sza­rych chmur. Z wy­jąt­kiem dzi­siej­szego dnia. Od sa­mego rana słońce roz­pra­szało mgły i chłód. Przy­ję­łam to za do­bry znak. To i kilka in­nych zna­ków, o któ­rych nie chcia­łam te­raz my­śleć. Może ta nie­spo­dzie­wana pro­po­zy­cja Janka Straszka sta­nie się dla mnie no­wym po­cząt­kiem?

Coś na pewno się zmieni. Musi się zmie­nić. Po dzi­siej­szym prze­ży­ciu wie­dzia­łam, że tak bę­dzie. Mia­łam tylko na­dzieję, że bę­dzie to po­zy­tywny prze­łom.

– Je­steś pewna, że to do­bry po­mysł? To jest spore od­lu­dzie, a w pro­mie­nie­niu kilku ki­lo­me­trów żad­nych skle­pów, ban­ków czy in­nych udo­god­nień. – Splótł palce i oparł je na biurku. – Na ra­zie oczy­wi­ście, bo w naj­bliż­szej per­spek­ty­wie ten pod­war­szaw­ski re­jon bę­dzie się pręż­nie roz­wi­jał – do­dał, jakby roz­ma­wiał z po­ten­cjal­nym klien­tem.

Cały Ja­nek Stra­szek. Ja­na­szek, jak go na­zy­wa­li­śmy w szkole. W za­sa­dzie sama to wy­my­śli­łam i się przy­jęło.

– Banki nie będą mi po­trzebne, a je­śli ze­chcę zro­bić za­kupy spo­żyw­cze, to mogę wsiąść prze­cież w sa­mo­chód i so­bie po coś pod­je­chać – za­pew­ni­łam, prze­mil­cza­jąc fakt, że wkrótce za­brak­nie mi ben­zyny i że nie stać mnie na choćby litr pa­liwa.

Mój sa­mo­chód to je­dyna rzecz, która przed­sta­wiała ja­kąś war­tość, i jed­no­cze­śnie je­dyna rzecz, któ­rej nie za­mie­rza­łam spie­nię­żać, bo stał się moim prze­no­śnym do­mem. Obec­nie trzy­ma­łam w nim cały swój do­by­tek. Poza tym bez auta by­łam kom­plet­nie bez­bronna. Nie zno­si­łam ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej. Ba­łam się jej. Nie wiem, czy te­raz po­tra­fi­ła­bym do­je­chać z punktu A do punktu B, gdy­bym na­gle mu­siała po­ru­szać się au­to­bu­sami, tram­wa­jami i me­trem. A miesz­ka­łam w War­sza­wie z prze­rwami do­brych kil­ka­na­ście lat.

To nie sta­no­wiło pro­blemu, gdy tu stu­dio­wa­łam, ale czasy się zmie­niły. Bar­dzo się zmie­niły.

– Tak, ja­sne, je­śli je­steś zde­cy­do­wana, to nie ma naj­mniej­szego pro­blemu. – Wzru­szył ra­mio­nami. – Ale pa­mię­taj o kilku spra­wach. Bu­dy­nek nie jest jesz­cze ofi­cjal­nie ode­brany. Nie można w nim miesz­kać, ale to nic ta­kiego, a od­biór to czy­sta for­mal­ność. Nie­stety tro­chę się prze­dłuża z po­wodu kilku nie­wiel­kich uste­rek, które nie­długo usu­niemy – wy­ja­śniał z miną nie­wi­niątka i cho­ciaż co do tych kilku uste­rek zro­dziły się we mnie wąt­pli­wo­ści, to da­ro­wa­nemu ko­niowi i tak da­lej. – Do wind nie we­zwa­li­śmy do­tąd ser­wisu, więc na szó­ste pię­tro bę­dziesz mu­siała się wdra­py­wać pie­szo – do­dał z lek­kim uśmiesz­kiem, na­wią­zu­jąc do tego, że ni­gdy nie na­le­ża­łam do zbyt wy­spor­to­wa­nych osób.

Ale tak było kie­dyś. Nie wie­dział, że od kilku lat bie­gam, a ja nie rwa­łam się, by mu to zdra­dzać. Zresztą na pewno mało go to ob­cho­dziło w ob­li­czu jego licz­nych suk­ce­sów i cy­no­wych go­dów.

Z Jan­kiem zna­li­śmy się od cza­sów szkoły śred­niej i utrzy­my­wa­li­śmy spo­ra­dyczny kon­takt, ale nie na tyle za­żyły, żeby in­for­mo­wać się na­wza­jem o swo­ich przy­zwy­cza­je­niach, pla­nach wa­ka­cyj­nych czy no­wym hobby. I by­naj­mniej nie dla­tego, że Ja­nek nie pró­bo­wał mnie an­ga­żo­wać w tego typu sy­tu­acje. To ja ro­bi­łam uniki i on bar­dzo do­brze wie­dział dla­czego.

– Dla mnie okej – stwier­dzi­łam, uda­jąc en­tu­zjazm. – Przy­mu­sowe car­dio – do­da­łam z uśmie­chem.

Ja­nek oparł się o krze­sło i za­ło­żył ręce na piersi. Na jego dość przy­stoj­nej twa­rzy po­ja­wił się głup­ko­waty uśmie­szek, co za­po­wia­dało py­ta­nie, któ­rego się spo­dzie­wa­łam.

– No to o czym bę­dzie ta twoja nowa książka, Iza? Kogo w niej bę­dziesz mor­do­wać? – za­py­tał z roz­bra­ja­jącą na­iw­no­ścią czło­wieka, który nie czyta ksią­żek i nie orien­tuje się, że aby na­pi­sać thril­ler, nie trzeba w nim ni­kogo mor­do­wać.

Wie­dzia­łam, że prę­dzej czy póź­niej roz­mowa zej­dzie na te­mat no­wej książki.

Uśmiech­nę­łam się nie­win­nie.

Lu­dzie mają bar­dzo pro­ste i ste­reo­ty­powe wy­obra­że­nie o pracy pi­sa­rza. Wy­daje im się, że ten siada przy kla­wia­tu­rze z pyszną ka­wu­sią, długo buja w ob­ło­kach, ude­rza się pal­cem wska­zu­ją­cym po bro­dzie, a po­tem na­gle krzy­czy: „Eu­reka!”. I już. Po­mysł na książkę wy­do­był się z cze­lu­ści jego umy­słu i te­raz trzeba go tylko zgrab­nie opi­sać, co jest je­dy­nie for­mal­no­ścią.

Prawda była taka, że to ku­rew­sko trudna i nie­wdzięczna praca, która do rymu, rów­nież nie po­płaca. To przy­mus, który nie po­zwala od­pu­ścić do ostat­niej li­terki. Je­śli nie za­mkniesz hi­sto­rii, bę­dzie cię drę­czyć po no­cach i na­wie­dzać w snach. Wszystko po to, żeby z tym ostat­nim sło­wem po­czuć ulgę. Ka­thar­sis. Ale to wy­tchnie­nie zo­staje z twórcą tylko do na­stęp­nego pierw­szego słowa. I tak w nie­skoń­czo­ność.

– Jesz­cze nie wiem – skła­ma­łam i żeby zmie­nić te­mat, za­gad­nę­łam go o lu­dzi z na­szej szkol­nej paczki. Ja­nek, tak jak ja, nie utrzy­my­wał z więk­szo­ścią żad­nych re­la­cji.

Nie zdzi­wi­łam się.

– Ga­da­łem z Mi­ko­ła­jem – oświad­czył na­raz z wy­ra­zem za­kło­po­ta­nia na twa­rzy, jakby po­peł­nił ja­kiś nie­takt, przy­zna­jąc się do kon­tak­tów, bądź co bądź, ze swoim kum­plem.

Mi­ko­łaj, mój były mąż, który na­le­żał do na­szej li­ce­al­nej paczki, obec­nie prze­by­wał na ja­kimś kontr­ak­cie w Niem­czech ze swoją nową żoną, a byłą ko­chanką, z którą zdra­dzał mnie przez ostatni rok na­szego mał­żeń­stwa. Na jego obronę prze­ma­wiał fakt, że ostatni, prak­tycz­nie cały ostatni rok na­szego mał­żeń­stwa spę­dzi­li­śmy osobno.

– Ach, tak? – uda­łam za­in­te­re­so­wa­nie, cho­ciaż nie przy­kła­da­łam wagi do tej in­for­ma­cji.

No, może nie do tego, że Mi­ko­łaj znaj­do­wał się w Pol­sce, bo to ozna­czało, że wkrótce się do mnie ode­zwie, czego w tej chwili w ogóle so­bie nie ży­czy­łam.

Już dawno prze­bo­la­łam na­sze roz­sta­nie, do któ­rego oboje dą­ży­li­śmy, od­kąd stra­ci­łam dziecko. Wła­ści­wie to ja dą­ży­łam, ale ja­kie to miało te­raz zna­cze­nie. Nie mo­gli­śmy na sie­bie pa­trzeć ani zbyt długo prze­by­wać w swoim to­wa­rzy­stwie, bo wszystko przy­po­mi­nało nam o tra­ge­dii.

W każ­dym ra­zie na­sze mał­żeń­stwo za­koń­czyło się tam­tego paź­dzier­ni­ko­wego dnia, gdy wy­bra­li­śmy się na ostat­nie za­kupy przed po­ro­dem.

Od­chrząk­nę­łam, żeby prze­łknąć chrypkę z głosu. To nie był do­bry mo­ment na tego typu wspo­mnie­nia.

– Tak. Jest w Pol­sce w ja­kichś in­te­re­sach, ale z tego, co wiem, chyba za­mie­rza wró­cić na stałe. Umó­wi­li­śmy się na pią­tek – po­wie­dział szybko, jakby chciał to już mieć za sobą.

Oby nie, uzna­łam w przy­pły­wie pa­niki. Gdy miesz­kał za gra­nicą i od­zy­wał się raz na kilka mie­sięcy, ła­twiej przy­cho­dzi­łoby mi z nim co ja­kiś czas roz­ma­wiać. Jakby od­le­głość wpły­wała na siłę mo­jej obo­jęt­no­ści.

– Okej. – Wzru­szy­łam ra­mio­nami. – Tylko mam prośbę. Nie na­po­my­kaj mu o mnie i o tej sy­tu­acji – za­strze­głam, cho­ciaż wło­ży­łam w ton jak naj­mniej em­fazy, żeby za­brzmieć obo­jęt­nie.

Nie chcia­łam, żeby wraz z moim by­łym nad zim­nym bro­wa­rem ki­wali ze współ­czu­ciem gło­wami z po­wodu mo­ich nie­for­tun­nych przy­pad­ków. Niech spier­da­lają.

– Oczy­wi­ście. Gęba na kłódkę. – Wy­ko­nał gest za­my­ka­nia ust na klu­czyk.

Taaa, po­my­śla­łam znu­żona. Jak tylko wej­dzie kilka piw i do tego whi­sky, na­tych­miast roz­wiąże mu się ję­zyk. Za­po­mniał, że prze­cież go do­brze po­zna­łam. Je­dyna szansa w tym, że po pro­stu za­po­mni o mnie w fer­wo­rze prze­chwa­łek. Zresztą to bez zna­cze­nia. Mia­łam tylko na­dzieję, że jed­nak Mi­ko­łaj nie za­mie­rza wra­cać, bo tak było dla nas le­piej.

– Czy jest coś jesz­cze, o czym po­win­nam wie­dzieć? – za­py­ta­łam, pod­no­sząc się z nie­wy­god­nego fo­tela. – Je­śli cho­dzi o miesz­ka­nie i cały blok – do­pre­cy­zo­wa­łam.

Ja­nek przy­mknął na chwilę po­wieki, żeby się za­sta­no­wić. Zda­łam so­bie sprawę, że upływ czasu wpły­nął na niego dość do­brze. Jako na­sto­la­tek był za­wsze chu­der­lawy, co ukry­wał za po­mocą du­żych bluz i sze­ro­kich spodni. Te­raz jego do­pa­so­wany gar­ni­tur pod­kre­ślał lekko umię­śnione ra­miona i uda.

– A tak! Na ostat­nim pię­trze znaj­duje się ba­sen – oznaj­mił z nie­ukry­waną dumą, a ja otwo­rzy­łam sze­rzej oczy ze zdzi­wie­nia.

– No, prze­cież mó­wi­łem ci, że to apar­ta­menty pre­mium, a nie ja­kaś pa­to­de­we­lo­perka – stwier­dził z peł­nym sa­tys­fak­cji uśmie­chem. – Zbior­nik prze­cho­dzi te­raz fazę te­stową. Gość od firmy ser­wi­su­ją­cej bę­dzie go raz w ty­go­dniu na­peł­niał i spraw­dzał szczel­ność, ale je­śli chcesz, mo­żesz go so­bie użyt­ko­wać – do­dał, zgar­nia­jąc ma­ry­narkę z po­rę­czy krze­sła. – Ale na wła­sną od­po­wie­dzial­ność! – Wy­mie­rzył we mnie pa­lec. – Obyś tam nie za­snęła albo coś... – Pod­niósł ostrze­gaw­czo brwi, na co szcze­rze par­sk­nę­łam.

– Nie za­snę, ale z chę­cią sko­rzy­stam – od­par­łam za­do­wo­lona z tego po­my­słu.

Uwiel­bia­łam pły­wać, ale nie­na­wi­dzi­łam miej­skich ba­se­nów i sku­pisk lu­dzi, a to wy­da­wało się ide­al­nym roz­wią­za­niem.

Ja­nek wresz­cie skoń­czył opo­wia­dać i mo­gli­śmy wyjść z biura, które mie­ściło się w jed­nym z tych skła­da­ków mo­du­ło­wych tuż przy ko­lej­nej in­we­sty­cji na Bia­ło­łęce. Jak na apar­ta­menty pre­mium było tu za dużo błota, a oko­lica nie pre­zen­to­wała się zbyt za­chę­ca­jąco. Ale pew­nie tak wła­śnie wy­glą­dały wszyst­kie bu­dowle miesz­kalne w fa­zie dziury w ziemi, po­my­śla­łam.

– No to mi­łego po­wrotu do War­szawy – rzu­cił na do wi­dze­nia.

Wsia­dłam do mo­jej sied­mio­let­niej hondy ci­vic i wbi­łam do na­wi­ga­cji ad­res Apar­ta­men­tów We­ston, jak na­zy­wała się in­we­sty­cja Stra­szek De­ve­lop­ment. Co prawda, jesz­cze nie nadano ofi­cjal­nie nu­meru temu bu­dyn­kowi, ale Ja­nek za­pew­nił, że bez pro­blemu tam tra­fię. Miał ra­cję. Po czter­dzie­stu mi­nu­tach za­częły zni­kać wszel­kie oznaki cy­wi­li­za­cji, co ozna­czało, że je­stem na do­brej dro­dze. Chwilę póź­niej zje­cha­łam z szosy na szu­trówkę w le­sie, a z niej na bru­ko­wany pod­jazd pro­wa­dzący do osie­dla, za­bez­pie­czony szla­ba­nem. Otwo­rzy­łam go pi­lo­tem, który otrzy­ma­łam w pa­kie­cie z klu­czami, i za­je­cha­łam pod bu­dy­nek.

In­we­sty­cję, która mie­ściła chyba ze sto miesz­kań, ulo­ko­wano na ostat­nim skrawku te­renu na­le­żą­cego do dziel­nicy Bie­lany, bo tuż przed skrę­tem znaj­do­wała się ta­blica in­nej miej­sco­wo­ści.

Za­par­ko­wa­łam jak naj­bli­żej drzwi wej­ścio­wych do klatki i wy­sia­dłam z auta.

Przyj­rza­łam się blo­kowi. Sześć pię­ter, oszklone ta­rasy, dziwne, pół­okrą­głe okna od wschod­niej strony. Od­nio­słam wra­że­nie, że jedna cześć apar­ta­men­towca ma za­oblony kształt. Ciemne wstawki z ka­mie­nia spra­wiały, że wy­róż­niał się wśród pod­miej­skich osie­dli. Pa­so­wał bar­dziej do za­bu­dowy no­wo­bo­gac­kiego Wi­la­nowa niż pro­win­cji.

Wo­koło, oprócz lasu i par­kingu, nie było zu­peł­nie ni­czego. Zna­la­złam się w ja­kiejś głu­szy – do naj­bliż­szej cy­wi­li­za­cji około dzie­się­ciu mi­nut au­tem. Nie­dużo i nie­mało. Za­leży, jak na to spoj­rzeć. Jak dla mnie ide­al­nie.

Wy­pa­ko­wa­łam z ba­gaż­nika dwie wa­lizki, które le­d­wie się tam mie­ściły, a z tyl­nego fo­tela wy­cią­gnę­łam płó­cienną torbę z za­ku­pami. Wy­grze­ba­łam z to­rebki klu­cze, które wrę­czył mi Ja­nek, i z od­gło­sem tur­la­ją­cych się po bru­ko­wa­nym par­kingu kó­łek wa­li­zek sta­nę­łam przed prze­szklo­nymi drzwiami. Dość stan­dar­do­wymi w po­rów­na­niu do ca­łej reszty.

Gdy we­szłam do ciem­nej klatki scho­do­wej, moje noz­drza wy­peł­nił za­pach no­wo­ści. Świeża farba, środki czysz­czące, w tym naj­bar­dziej do­mi­nu­jący płyn do pod­łóg. To taka miła od­miana po moim ostat­nim lo­kum, na kra­kow­skim Ka­zi­mie­rzu, gdzie na klatce scho­do­wej do­mi­no­wał za­pach mo­czu. Nie tylko tam zresztą. Mimo to lu­bi­łam tę klitkę, bo miała cha­rak­ter. Stwo­rzyła ja­kąś hi­sto­rię, żyła, pa­mię­tała, po­ka­zy­wała to, czego nie dało się prze­ka­zać sło­wami. Ta­kie miej­sca do mnie naj­bar­dziej prze­ma­wiały.

Tu­taj nie było ni­czego. Pu­sty bu­dy­nek. Ta­bula rasa. Zu­peł­nie jak moje ży­cie, które w za­sa­dzie zo­stało zre­se­to­wane do tego mo­mentu. Wy­da­wało się, że mój po­wrót do War­szawy i chwi­lowe za­miesz­ka­nie w tym miej­scu to swo­ista ale­go­ria no­wego po­czątku.

Od­ru­chowo skie­ro­wa­łam się do wind i na­wet usta­wi­łam się przed nimi, ale za­raz oprzy­tom­nia­łam i przy­po­mnia­łam so­bie słowa Janka. Windy jesz­cze nie dzia­łają. Wy­mi­nę­łam je i do­tar­łam do cięż­kich an­ty­po­ża­ro­wych drzwi, na które mu­sia­łam z ca­łych sił na­przeć ra­mie­niem, żeby się otwo­rzyły. Oka­zało się to nie­zbyt ła­twe – z pa­kun­kami, ja­kie ze sobą tasz­czy­łam. Ale to i tak pi­kuś w po­rów­na­niu do wspi­naczki na szó­ste pię­tro.

Spoj­rza­łam na stop­nie wi­jące się w bla­dym świe­tle ma­łej ja­rze­niówki i sap­nę­łam. Nie było in­nej drogi. Wzy­wała mnie wanna z go­rącą wodą i kie­li­szek wina. Albo dwa kie­liszki. I to do­da­wało mi sił, gdy na trze­cim pię­trze stra­ci­łam w sie­bie wiarę. Nie prze­wi­dzia­łam, że klatki scho­dowe mają jesz­cze pół­pię­tra, które na do­brą sprawę mo­gły sta­no­wić do­dat­kowe pię­tra, o czym nikt ni­gdy nie wspo­mina.

Kilka dłu­gich, jak cho­lera, mi­nut póź­niej zna­la­złam się na gó­rze. Sta­nę­łam przed lo­ka­lem nu­mer sie­dem­dzie­siąt osiem i wście­kle dy­sza­łam. Dzięki Bogu za jog­ging, który upra­wia­łam kilka razy w ty­go­dniu, po­my­śla­łam. W prze­ciw­nym ra­zie mu­sia­ła­bym po­dzie­lić tę wspi­naczkę z to­bo­łami na etapy.

Wsu­nę­łam klucz do zamka i pchnę­łam drzwi. Tu­taj też uno­sił się ten cha­rak­te­ry­styczny za­pach nie­za­miesz­ka­nego miej­sca. Do tego do­łą­czyła woń drewna. Za­mknę­łam oczy i przez mo­ment wy­da­wało mi się, że cof­nę­łam się w prze­szłość. Szybko jed­nak oprzy­tom­nia­łam i wró­ci­łam do tu i te­raz.

Wnę­trze urzą­dzono na wskroś no­wo­cze­śnie, z lo­fto­wym za­cię­ciem. Zu­peł­nie nie w moim stylu, ale nie prze­szka­dzało mi to. Mia­łam tu być tylko kilka ty­go­dni, aż na­pi­szę książkę. Po­tem do­piero za­cznę się za­sta­na­wiać, co zro­bić ze sobą da­lej.

Zo­sta­wi­łam ba­gaże w przed­po­koju, który przy­wi­tał mnie ja­sno­sza­rymi ścia­nami i białą szafą z prze­suw­nymi drzwiami. W kuchni kró­lo­wały gra­ni­towe blaty i gra­na­towe fronty za­bu­dowy ku­chen­nej w kształ­cie li­tery L. Po prze­kro­cze­niu umow­nej gra­nicy, którą wy­zna­czała wy­spa, zna­la­złam się w sa­lo­nie. Mimo że na ścia­nie znaj­do­wał się struk­tu­ralny be­ton, za któ­rym nie prze­pa­da­łam, mia­łam po­czu­cie przy­tul­no­ści. Chyba dzięki mięk­kiej, be­żo­wej ka­na­pie i drew­nia­nemu pa­ne­lowi ścien­nemu z pół­kami na książki, na któ­rym stało kilka po­zy­cji. Ja­kieś kry­mi­nały, tro­chę kla­syki.

Na ścia­nie nad ka­napą do­mi­no­wał ol­brzymi ob­raz wy­ko­nany far­bami akry­lo­wymi. In­te­re­so­wa­łam się tro­chę tech­ni­kami ma­lar­skimi, bo jako na­sto­latka chcia­łam zo­stać ma­larką i z tego żyć. Uśmiech­nę­łam się na to wspo­mnie­nie na­iw­nych pla­nów.

Po­de­szłam bli­żej, żeby mu się le­piej przyj­rzeć. Na pierw­szy rzut oka była to no­wo­cze­sna abs­trak­cja bez kon­kret­nego mo­tywu prze­wod­niego, ale po ko­lej­nym spoj­rze­niu wy­ła­niała się z niej twarz ko­biety. A może mło­dej dziew­czyny? Dziecka? W plą­ta­ni­nie li­nii i kształ­tów do­strze­głam usta. Rów­nież duże, ciemne oczy i po­liczki pełne jak u dziecka. Wszystko to ską­pane w róż­nych od­cie­niach czer­wieni.

Za­mru­ga­łam kilka razy i na­gle ob­raz się roz­mył i znowu stał się tylko plą­ta­niną maź­nięć pędzla.

Od­wró­ci­łam głowę i znowu na niego spoj­rza­łam. Wstrzy­ma­łam od­dech, a po chwili wy­pu­ści­łam z sap­nię­ciem ulgi. Nic, tylko ko­lo­rowe plamy.

– Pa­skudz­two – po­wie­dzia­łam sama do sie­bie i skie­ro­wa­łam się do drzwi bal­ko­no­wych.

Otwo­rzy­łam je na oścież i wy­szłam na prze­szklony ta­ras, z któ­rego roz­po­ście­rał się wi­dok na las i ja­kieś za­orane ugory. Jak­bym zna­la­zła się gdzieś na Ma­zu­rach albo w Biesz­cza­dach, za­uwa­ży­łam z roz­ba­wie­niem. Ta pom­pa­tycz­ność bryły bu­dynku w zde­rze­niu z przy­rodą wy­da­wała się wręcz gro­te­skowa.

Po­de­szłam do ba­rierki i opar­łam się o nią ra­mio­nami. Po­dmuch chłod­nego wia­tru roz­wiał mi ja­sne włosy, które zwią­za­łam wy­soko w wę­zeł. Przy­mknę­łam na mo­ment oczy. Może wła­śnie tu­taj uda mi się za­po­cząt­ko­wać coś zu­peł­nie no­wego, po­my­śla­łam pełna na­dziei. Może wresz­cie uda mi się pod­jąć do­brą de­cy­zję. Pierw­szą od bar­dzo dłu­giego czasu.

Co prawda, o zwol­nie­niu z pracy nie ja za­de­cy­do­wa­łam, ale za­rząd uczelni, który we­zwał mnie na spe­cjalne spo­tka­nie zor­ga­ni­zo­wane na tę oko­licz­ność. Ofi­cjal­nie za­bra­kło już fun­du­szy na utrzy­my­wa­nie mo­jego etatu, w związku z tym pod­su­nięto mi kwit o dwu­stron­nym roz­wią­za­niu umowy o pracę. Nie­ofi­cjal­nym po­wo­dem był fakt, że sy­pia­łam z dwu­dzie­sto­let­nim stu­den­tem, który po za­koń­cze­niu ro­mansu z mo­jej strony chciał się po pro­stu ze­mścić i do­niósł o na­szej nie­zbyt pro­fe­sjo­nal­nej re­la­cji rek­torce. Gro­ził mi rów­nież upu­blicz­nie­niem mo­ich na­gich zdjęć, ale to aku­rat mało mnie obe­szło. Mia­łam trzy­dzie­ści trzy lata, za sobą roz­wód i utratę dziecka. Czy my­ślał, że prze­stra­szę się kilku roz­ne­gli­żo­wa­nych fo­tek?

Jemu rów­nież gro­ziło wy­da­le­nie ze stu­diów, bo rek­torka nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na gło­śny skan­dal, a wła­śnie z tym mu­sia­łaby zmie­rzyć się uczel­nia, gdyby in­cy­dent wy­szedł na jaw, tym bar­dziej że Do­mi­nik był sio­strzeń­cem dzie­kana wy­działu lin­gwi­stycz­nego. Sprawę roz­wią­za­li­śmy po­lu­bow­nie, je­śli tak można na­zwać utratę przeze mnie pracy i za­trzy­ma­nie sta­tusu stu­denta przez Do­mi­nika.

Na­wet nie pró­bo­wa­łam się bro­nić ani do­cho­dzić wła­snych praw, bo tak na­prawdę nie za­le­żało mi ani na słabo płat­nej po­sa­dzie, ani na opi­nii władz uczelni. Uzna­łam, że dość szybko znajdę coś in­nego, ale mi­jały dni, po­tem ty­go­dnie, a moje oszczęd­no­ści, które ni­gdy nie wzbu­dzi­łyby ni­czy­jej za­zdro­ści, top­niały, aż wresz­cie na sub­kon­cie nie wid­niało pra­wie nic.

Zo­stały mi tłu­ma­cze­nia, ale te nie wy­star­czały na ży­cie w cho­ler­nie dro­gim Kra­ko­wie. Pod­pi­sa­nie umowy, a wła­ści­wie w per­spek­ty­wie za­liczka, na ko­lejną po­wieść sta­no­wiło ja­kiś ra­tu­nek. Do tej pory od­ma­wia­łam ko­lej­nych umów, po­nie­waż bra­ko­wało mi na to wszystko czasu, któ­rego lwią cześć od­da­wa­łam uczelni i pry­wat­nym zle­ce­niom na tłu­ma­cze­nia.

Pro­blem po­le­gał na tym, że gdy oto zna­la­złam czas na pi­sa­nie, to, co ostat­nio działo się w moim ży­ciu, nie na­stra­jało do snu­cia fik­cyj­nych, nie­po­ko­ją­cych i mrocz­nych hi­sto­rii. Mimo to nie mia­łam wyj­ścia, dla­tego po­sta­no­wi­łam coś zmie­nić. Nic prócz pracy i kilku luź­nych zna­jo­mo­ści nie trzy­mało mnie już w Kra­ko­wie. Czy po­wrót do War­szawy okaże się do­brym po­my­słem? Nie po­tra­fi­łam w tej chwili orzec, ale nic in­nego nie wy­my­śli­łam.

Obym tylko w tym no­wym miej­scu, w któ­rym od razu wy­czu­wa­łam do­bre wi­bra­cje, po­ko­nała blo­kadę twór­czą. W prze­ciw­nym ra­zie będę mu­siała ży­wić się świa­tłem, za­uwa­ży­łam, po­now­nie przy­my­ka­jąc oczy, gdy zza chmur wy­ło­niło się je­sienne po­po­łu­dniowe słońce.

Może to nie by­łoby ta­kie głu­pie roz­wią­za­nie?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki