Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1830 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przeminęło z wiatrem - Margaret Mitchell

Najsłynniejsza, najchętniej czytana powieść XX wieku. Amerykańska Wojna i pokój, rozgrywająca się w okresie wojny secesyjnej, hymn na cześć Południa i niezłomności charakteru jego mieszkańców. Powszechnie uznawana za najpiękniejszą historię miłosną wszechczasów. Rok 1861. Scarlett O`Hara, dumna i uparta córka zamożnego plantatora z Georgii, snuje plany małżeństwa z Ashleyem Wilkesem. Nieoczekiwanie dowiaduje się o jego zaręczynach z Melanią Hamilton. Na przekór wszystkim i sobie wychodzi za mąż za brata Melanii – i po zaledwie dwóch miesiącach zostaje wdową. Wojna zmusza ją do przeniesienia się do Atlanty, gdzie flirtuje z przystojnym Rhettem Butlerem – uwodzicielem i przemytnikiem. Niestety, dla mieszkańców Południa nadchodzą ciężkie czasy. Życiowym celem Scarlett staje się ratowanie rodzinnego majątku, Tary. Walcząc o Tarę, poświęci wszystko – nawet miłość. Targana sprzecznymi uczuciami, całe lata śni o Ashleyu, choć w rzeczywistości kocha Rhetta...

Opinie o ebooku Przeminęło z wiatrem - Margaret Mitchell

Fragment ebooka Przeminęło z wiatrem - Margaret Mitchell

O książce

„Pomyślę o tym jutro…” …to ulubiona maksyma Scarlett O’Hary, dzięki której zdołała przetrwać – a z nią miliony czytelniczek na całym świecie – najcięższe próby, jakie zgotował jej los.

HISTORIA MIŁOSNA WSZECH CZASÓW

Bohaterowie z krwi i kości, wojna i wielka namiętność w sceneriigorącego amerykańskiego Południa

Trzpiotka i rozpieszczona córka zamożnego plantatora bawełny. Intrygantka z niebywałym tupetem, dzięki któremu każdego mężczyznę potrafi okręcić sobie wokół palca. Scarlett O’Hara – właścicielka najzieleńszych oczu i najcieńszej talii w trzech hrabstwach – w wieku lat szesnastu postanawia poślubić Ashleya Wilkesa.

I chociaż na jej drodze staje inna kobieta wybrana przez Ashleya, choć rozpoczyna i kończy się wojna, choć darzą ją uczuciem kolejni mężczyźni, nie zamierza zmieniać swoich planów. Nawet Rhett Butler, inteligentny i cyniczny, choć w głębi duszy namiętny i zdolny do prawdziwej miłości oficer, dla którego – podobnie jak dla Scarlett – nie liczy się opinia publiczna, musi jej ulec.

Ale w życiu Scarlett to nie mężczyźni są najważniejsi. Kiedy zostaje sama, zdana tylko na siebie, poświęca wszystko, aby w ogniu wojny ratować od ruiny rodzinny majątek – Tarę. I z beztroskiej dziewczyny zaczyna się zmieniać w dojrzałą kobietę.

Powieść o kobiecej niezłomności, walce o rodzinę i własne szczęście. A także o błędach, za które czasami trzeba zapłacić najwyższą cenę.

* * *

Filmowa adaptacja Przeminęło z wiatrem z Clarkiem Gable’em i Vivien Leigh po prawie 80 latach od premiery nadal należy do najważniejszych filmów w historii kina.

MARGARET MITCHELL(1900-1949)

Pisarka amerykańska, autorka wyróżnionej w 1937 Nagrodą Pulitzera powieści Przeminęło z wiatrem. W latach 1922–1926 dziennikarka Atlanta Journal. Rozpoczęta w 1926 praca nad książką, która przeszła do historii literatury jako najpopularniejsza amerykańska powieść XX wieku, zajęła Mitchell trzy lata. Sukces powieści stał się również udziałem nakręconego na jej podstawie filmu (1939) z Vivien Leigh i Clarkiem Gable – obejrzało go ponad 300 milionów ludzi. W czasie II wojny światowej pisarka zaangażowała się w działalność dobroczynną, była woluntariuszką Czerwonego Krzyża. Zmarła tragicznie, potrącona przez samochód.

Tytuł oryginału:GONE WITH THE WIND

Copyright © 1936 by Macmillan Publishing Company,a division of Macmillan Inc.Copyright renewed © 1964 by Stephens Mitchell & Trust Companyof Georgia as Executors of Margaret Mitchell MarshCopyright renewed © 1964 by Stephens MitchellAll rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © The Estate of Celina Wieniewska

Illustration on the cover: © Dane Cozens|danecozens.com

ISBN 978-83-7985-109-6

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Scarlett O’Hara nie była piękna, ale mężczyźni, zadurzeni w niej tak jak dwaj młodzi Tarletonowie, rzadko zdawali sobie z tego sprawę. W twarzy jej zbyt ostro odcinały się delikatne, arystokratyczne, po matce Francuzce odziedziczone cechy, od grubych rysów, odziedziczonych po rumianym ojcu Irlandczyku. Twarz ta jednak, o mocnych szczękach i spiczastym podbródku, przykuwała do siebie uwagę. Oczy miała Scarlett jasnozielone, w oprawie czarnych, sztywnych, ku górze odwiniętych rzęs. Szerokie czarne brwi były nieco skośne i przecinały śmiałą, łamaną linią jej śnieżnobiałą skórę – skórę, która stanowiła przedmiot podziwu kobiet Południa i którą Scarlett troskliwie osłaniała czepeczkami, woalkami i mitenkami przed gorącym słońcem Georgii.

Siedząc w to słoneczne popołudnie kwietnia 1861 roku ze Stuartem i Brentem Tarletonami w chłodnym cieniu ganku w Tarze, Scarlett wyglądała jak obrazek. Nowa sukienka z zielonego muślinu w kwiatki, o bardzo sutej krynolinie, była dokładnie dobrana do koloru zielonych safianowych pantofelków na płaskich obcasach, które ojciec przywiózł jej niedawno z Atlanty. Doskonale uwydatniała talię Scarlett, mierzącą w obwodzie zaledwie siedemnaście cali – najcieńszą talię w trzech hrabstwach! – a ciasny stanik uwypuklał jędrne, dobrze jak na jej szesnaście lat rozwinięte piersi. Mimo jednak skromności, jaką tchnęła ta suknia, włosy gładko upięte w kok i białe rączki spokojnie skrzyżowane na kolanach – prawdziwą swoją naturę trudno było Scarlett ukryć. Zielone oczy w przykładnie uśmiechniętej twarzyczce wyrażały bunt, wolę, radość życia i wyraźnie kłóciły się z jej wytwornym zachowaniem. Maniery Scarlett były wypadkową łagodnych napomnień matki i surowych nakazów murzyńskiej piastunki; wyraz oczu należał wyłącznie do niej.

Bracia bliźniacy, wygodnie rozłożeni na krzesłach po obu stronach Scarlett, mrużąc oczy, patrzyli w słońce przez wysokie szklanki pełne wody miętowej, śmiali się i rozmawiali, krzyżując niedbale długie muskularne nogi w wysokich butach. Liczyli sobie po dziewiętnaście lat i przeszło sześć stóp wzrostu, byli szczupli i mocno zbudowani, włosy mieli kasztanowate, twarze bardzo opalone, oczy wesołe i zuchwałe; w swoich jednakowych granatowych marynarkach i spodniach koloru musztardowego tak byli do siebie podobni jak dwa ziarnka bawełny.

Na dworze promienie zachodzącego słońca skośnie padały na podwórze, zalewając blaskiem drzewka dereniu, odcinające się gęstą masą białego kwiecia od tła młodej zieleni. Konie chłopców stały przywiązane do słupka przy podjeździe; były to wielkie zwierzęta, kasztanowate jak włosy ich panów; pod nogami ich gryzła się sfora chudych, nerwowych psów gończych, które towarzyszyły Tarletonom wszędzie. Osobno, jak przystało arystokracie, leżał łaciaty wyżeł, złożywszy pysk na łapach i czekał cierpliwie, aż chłopcy wyruszą do domu.

Między psami, końmi i dwoma chłopcami istniała więź głębsza, niż tego wymagało stałe ich współżycie. Byli wszyscy zdrowymi, beztrosko młodymi zwierzętami, zgrabnymi, gładkimi, wesołymi; chłopcy byli niemniej ogniści od koni, których dosiadali, ogniści i niebezpieczni, dla tych jednak, którzy umieli z nimi postępować, mili i łagodni.

Jakkolwiek cała trójka urodziła się i wyrosła w dostatku, jakkolwiek nie spuszczano ich od dzieciństwa z oczu, twarze ich nie były ani gnuśne, ani miękkie. Mieli w sobie siłę i żywość wieśniaków, którzy całe życie spędzili na otwartym powietrzu i nie łamali sobie głowy nudnymi problemami z książek. Życie w Clayton, północnym hrabstwie Georgii, było bardzo sielskie i wedle miary miast jak Augusta, Savannah czy Charleston trochę prymitywne. Spokojniejsze i wcześniej skolonizowane części Południa z góry patrzyły na mieszkańców Georgii, tutaj jednak brak znajomości greki i łaciny nie przynosił wstydu, o ile człowiek znał się na rzeczach istotnie ważnych. Do spraw ważnych zaś należała uprawa bawełny, dobre trzymanie się na koniu, celne strzelanie, lekkość w tańcu i galanteria w stosunku do dam oraz mocna, jak na dżentelmena przystało, głowa.

W tych sztukach Tarletonowie trzymali prym; wyróżniali się także przysłowiową niezdolnością nauczenia się czegokolwiek z kart książki. Rodzice ich mieli więcej pieniędzy, koni i niewolników niż ktokolwiek inny w hrabstwie, chłopcy jednak byli mniej wykształceni niż większość małorolnych sąsiadów.

Z tej właśnie przyczyny Stuart i Brent zbijali bąki tego popołudnia w Tarze. Właśnie zostali wydaleni z uniwersytetu Georgii, czwartej z rzędu uczelni, która ich w ciągu dwóch ostatnich lat usunęła; a ich starsi bracia, Tom i Boyd, wrócili do domu razem z nimi, ponieważ nie chcieli zostać na uczelni, która tak się obeszła z ich braćmi. Stuart i Brent bardzo byli dumni z tego, że ich wyrzucono, Scarlett zaś, która nie zajrzała do książki od roku, to znaczy od skończenia pensji w Fayetteville, także uważała to wydalenie za zabawne.

– Wiem, że ani wy, ani Tom niezbyt się tym przejmujecie – powiedziała. – Ale co będzie z Boydem? Przecież on postanowił studiować, a przez was musiał przerwać studia w Wirginii, Alabamie, Karolinie Południowej i teraz znowu w Georgii. W tym tempie niczego nie będzie mógł skończyć.

– Och, prawa może się uczyć w kancelarii sędziego Parmalee w Fayetteville – odpowiedział niedbale Brent. – Poza tym to naprawdę nie ma znaczenia. I tak musielibyśmy wrócić do domu przed końcem trymestru.

– Dlaczego?

– Z powodu wojny, gąsko! Wojna wybuchnie lada dzień, a chyba nie przypuszczasz, że któryś z nas usiedziałby wtedy w budzie?

– Żadnej wojny nie będzie – rzekła Scarlett znudzona. – Tak się tylko mówi. Ashley Wilkes i jego ojciec powiedzieli papie w zeszłym tygodniu, że nasi przedstawiciele w Waszyngtonie dojdą do… do… pokojowego porozumienia z panem Lincolnem w sprawie Konfederacji. Poza tym Jankesi zanadto się nas boją, aby walczyć. Nie będzie żadnej wojny i nudzi mnie już słuchanie tych głupstw.

– Nie będzie wojny! – zawołali chłopcy z takim oburzeniem, jak gdyby ich ktoś zawiódł.

– Ależ kochanie, wojna będzie z pewnością – rzekł Stuart. – Jankesi boją się może z nami walczyć, ale teraz, gdy generał Beauregard zbombardował Fort Sumter, będą musieli walczyć, inaczej cały świat uzna ich za tchórzy. Przecież Konfederacja…

Scarlett wydęła usta ze zniecierpliwieniem.

– Jeżeli raz jeszcze powiecie słowo „wojna”, pójdę do pokoju i zamknę za sobą drzwi. Żaden temat na świecie nie nudzi mnie tak jak „wojna”, chyba może jeszcze „secesja”. Papa mówi o tym rano, w południe i wieczorem, wszyscy panowie, którzy go odwiedzają, krzyczą o Fort Sumter, o prawach Stanów i Abrahamie Lincolnie, a ja tak się nudzę, że aż mi się płakać zachciewa! Chłopcy też o niczym innym nie rozmawiają, tylko o tym i o swoim Oddziale. Na żadnym wieczorku ostatnio nie było zabawy, bo chłopcy o niczym innym nie chcą mówić. Strasznie się cieszę, że Georgia dopiero po Bożym Narodzeniu przystąpiła do secesji, bo w przeciwnym razie świąteczne zabawy także byłyby stracone. Jeżeli jeszcze raz powiecie „wojna”, pójdę do mieszkania.

Gotowa była spełnić pogróżkę, bo nie potrafiła długo znosić rozmowy, która nie kręciłaby się dokoła niej. Mówiąc to, uśmiechała się jednak, kokietowała dołeczkami w policzkach i trzepotała czarnymi rzęsami jak skrzydłami motyla. Chłopcy byli tym wyraźnie zachwyceni, na co Scarlett zresztą liczyła, i pośpiesznie zaczęli ją przepraszać. Nie brali jej za złe tego braku zainteresowania. Przeciwnie, bardzo im zaimponował. Wojna była sprawą mężczyzn, nie pań, więc oświadczenie Scarlett uznali za dowód prawdziwej kobiecości.

Przerwawszy rozmowę na nudny temat wojny, Scarlett powróciła z zainteresowaniem do nowej sytuacji chłopców.

– Co powiedziała wasza matka na wiadomość, że znowu was wyrzucono?

Chłopcy spojrzeli po sobie z zakłopotaniem, przypominając sobie zachowanie się matki przed trzema miesiącami, po ich ostatnim przymusowym powrocie z uniwersytetu w Wirginii.

– Właściwie – rzekł Stuart – nie miała sposobności nic nam jeszcze powiedzieć. Wszyscy trzej z Tomem wyjechaliśmy z domu wcześnie, zanim mama wstała. Tom pojechał do Fontaine’ów, a my przyjechaliśmy tutaj.

– Czy nic nie mówiła, kiedyście wczoraj przyjechali do domu?

– Wczoraj nam się upiekło. W chwili gdyśmy przyjechali, przyprowadzono także nowego ogiera, którego mama kupiła miesiąc temu w Kentucky i na nim skupiła się uwaga całego domu. To wspaniała bestia, cudowny koń, Scarlett. Musisz poprosić swego ojca, aby przyjechał go obejrzeć – już zdążył ugryźć stajennego i skopać dwóch Murzynów mamy, którzy czekali na jego przybycie w Jonesboro. I właśnie przed naszym przyjazdem omal nie potratował całej stajni i nie zabił Kasztana, starego ogiera mamy. Kiedyśmy zajechali do domu, mama była w stajni z torbą cukru i starała się go ugłaskać, ze skutkiem zresztą. Murzyni poobsiadali wszystkie krokwie, z wytrzeszczonymi ze strachu oczyma, a mama mówiła do konia, jak gdyby mógł ją zrozumieć, i karmiła go z ręki. Nikt nie potrafi się tak z koniem obchodzić jak mama. A kiedy nas zobaczyła, powiedziała: „Wielkie Nieba, a cóż wy tutaj robicie? Gorsi jesteście od plag egipskich!”. Koń w tej samej chwili zaczął parskać i wspinać się, więc powiedziała: „Wynoście się stąd! Czy nie widzicie, jaki on podniecony, ten mój najpiękniejszy? Rozmówię się z wami jutro rano!”. Położyliśmy się zatem spać, dziś wyjechaliśmy, aby nas mama nie złapała, a Boyda zostawiliśmy, żeby ją udobruchał.

– Czy sądzicie, że zbije Boyda? – Scarlett, jak i reszta hrabstwa, nie mogła zrozumieć, jak mała pani Tarleton potrafi wymyślać swoim dorosłym synom i zdziela ich szpicrutą przez plecy, gdy okazja tego wymaga.

Beatrice Tarleton była kobietą energiczną. Zajmowała się nie tylko wielką plantacją bawełny, setką Murzynów i ośmiorgiem dzieci, ale i największą w całym hrabstwie hodowlą koni. Była gwałtowna, łatwo wpadała w gniew z powodu częstych „wykroczeń” swoich czterech synów i jakkolwiek nikomu nie pozwalała smagać batem ani konia, ani niewolnika, uważała, że dobre lanie od czasu do czasu wcale chłopcom nie zaszkodzi.

– Boyda nie zbije na pewno. Nigdy jeszcze na Boyda nie podniosła ręki, bo jest najstarszy, a poza tym najmniejszy z nas – rzekł Stuart, dumny ze swoich sześciu stóp wzrostu. – Dlatego właśnie zostawiliśmy go w domu, aby jej wszystko wytłumaczył. Boże jedyny, właściwie to mama mogłaby już nas przestać tłuc! Mamy po dziewiętnaście lat, Tom ma dwadzieścia jeden, a mama ciągle nas traktuje, jakbyśmy mieli po sześć!

– Czy wasza mama pojedzie na nowym koniu na jutrzejsze barbecue do Wilkesów?

– Mama chciałaby, ale ojciec powiada, że koń jest zbyt ostry. Poza tym nie pozwolą jej na to dziewczynki. Chcą, aby na jedną przynajmniej zabawę pojechała powozem jak dama.

– Mam nadzieję, że jutro deszczu nie będzie – powiedziała Scarlett. – Od tygodnia już pada prawie dzień w dzień. Nie ma nic gorszego nad barbecue, które się przekształca w zabawę w salonie.

– Ach nie, jutro będzie ładnie i gorąco jak w czerwcu – rzekł Stuart. – Spójrz, jaki dziś zachód słońca. Nigdy nie widziałem podobnie krwawego. Ładny zachód zawsze wróży pogodę.

Spojrzeli wszyscy poprzez niekończące się morgi świeżo zoranych pól Geralda O’Hary w stronę czerwonego horyzontu. Teraz, kiedy słońce w plamie purpury skryło się za wzgórza na przeciwległym brzegu rzeki Flint, ciepło kwietniowego dnia przeistoczyło się w lekki, pachnący chłód.

Wiosna przyszła tego roku wcześnie; przyniosła ze sobą ciepłe, krótkie deszcze i nagłe wytryskanie różowych kwiatów brzoskwiń i białych gwiazdek dereni na bagnistych gruntach nad rzeką i na dalekich pagórkach. Orka miała się już ku końcowi i ognista wspaniałość zachodu barwiła kolorem szkarłatu świeżo odwalone skiby czerwonawej georgijskiej gliny. Wilgotna, głodna ziemia, oczekująca ziaren bawełny, była różowawa na wierzchu pierzastych bruzd, cynobrowoszkarłatna i brązowa tam, gdzie po bokach rowków leżały cienie. Pobielony wapnem murowany dom plantacji wydawał się wyspą na groźnym, czerwonym morzu spienionych, falujących bałwanów, znieruchomiałych w chwili, gdy fale o różowych czubach miały rozbić się w pianę. Bruzdy nie były tutaj długie i proste jak na żółtych polach środkowej Georgii czy na błyszczącym czarnoziemie plantacji bliżej wybrzeża. Nierówną, pagórkowatą krainę północnej Georgii orano w najrozmaitszych kierunkach, aby tłusta ziemia nie była zmywana w łożyska rzek.

Ziemia ta, czerwona, koloru krwi po deszczu, pokryta ceglastym pyłem w czasie suszy, była najlepszą w świecie ziemią pod uprawę bawełny. Była to przyjemna kraina białych dworków, spokojnych pól uprawnych i leniwych, żółtych rzek, kraina kontrastów – ostrego blasku słońca i gęstych cieniów. Karczowiska i akry pól bawełny uśmiechały się do gorącego słońca spokojne, ciche. Na skraju pól rosły dziewicze lasy, ciemne i chłodne nawet w najgorętsze południa, tajemnicze, trochę groźne, a szumiące sosny zdawały się czekać z odwieczną cierpliwością, straszyć cichymi westchnieniami: „Strzeż się! Strzeż! Rządziłyśmy tobą długo. Możemy cię znowu odzyskać”.

Do uszu trojga na ganku doszedł tętent kopyt, dzwonienie uprzęży i ostre, beztroskie śmiechy murzyńskie: to parobcy z mułami wracali z pól. Z wewnątrz domu płynął łagodny głos matki Scarlett, Ellen O’Hary, wołającej małą czarną dziewczynkę, która nosiła za nią klucze. Wysoki, dziecinny głosik odpowiedział: „Tak, psze pani”, i zaraz rozległy się odgłosy kroków kierujących się tylnymi drzwiami do wędzarni, gdzie Ellen zwykła była wydzielać jedzenie wracającym z pola pracownikom. Słychać było dźwięk porcelany i szczękanie srebra, kiedy Pork, lokaj Geralda, zaczął nakrywać stół do kolacji.

Słysząc te dźwięki, bracia uświadomili sobie, że czas wyruszyć w powrotną drogę do domu. Nie bardzo im się chciało stanąć przed matką, ociągali się więc na ganku w Tarze, czekając, aby Scarlett zaprosiła ich na kolację.

– Słuchaj, Scarlett. Jeszcze coś co do jutra – rzekł Brent. – Dlatego, że nie było nas tutaj i że nie wiedzieliśmy o zabawie u Wilkesów, nie mamy zamiaru być pokrzywdzeni. Nie masz chyba wszystkich tańców już zajętych, co?

– Niestety, mam. Skądże mogłam wiedzieć, że wy się zjawicie w domu? Nie mogłam się przecież narazić na podpieranie ściany dlatego, że na was czekam.

– Ty miałabyś podpierać ścianę?! – Chłopcy zaśmiali się głośno.

– Słuchaj, kochanie. Musisz dla mnie zarezerwować pierwszego walca, a dla Stuarta ostatniego i musisz siedzieć między nami przy stole. Będziemy siedzieli u wylotu schodów tak jak na poprzednim balu i sprowadzimy sobie starą Jincy, aby nam znowu powróżyła.

– Nie lubię przepowiedni starej Jincy. Powiedziała mi, że wyjdę za pana o kruczych włosach i długich czarnych wąsach, a ja nie lubię brunetów.

– Wolisz rudych, prawda, kochanie? – zaśmiał się Brent. – Ale teraz przyrzeknij nam walca i kolację.

– Jeżeli przyrzekniesz, zdradzimy ci pewien sekret – rzekł Stuart.

– Jaki? – zawołała Scarlett, nagle ożywiona jak dziecko.

– Czy mówisz o tym, co słyszeliśmy wczoraj w Atlancie, Stu? Wiesz przecież, że tego obiecaliśmy nie powtarzać.

– Ale przecież powiedziała nam o tym panna Pitty.

– Jaka panna Pitty?

– Wiesz, ta kuzynka Ashleya Wilkesa, która mieszka w Atlancie, panna Pittypat Hamilton, ciotka Charlesa i Melanii Hamiltonów.

– Wiem. Nigdy w życiu nie widziałam śmieszniejszej starej panny.

– A więc, kiedyśmy wczoraj w Atlancie czekali na pociąg do domu, powóz jej przejeżdżał koło dworca, zatrzymała się, porozmawiała z nami i powiedziała nam, że jutro u Wilkesów zostaną ogłoszone pewne zaręczyny.

– Och, o tym przecież wiem – rzekła Scarlett z zawodem. – Tego jej głupiego bratanka Charlesa Hamiltona z Honey Wilkes. Wszyscy już od lat twierdzą, że oni się ze sobą pobiorą, chociaż Charles wcale się do tego nie pali.

– Czy naprawdę uważasz, że Charles jest głupi? – zapytał Brent. – Na Boże Narodzenie pozwalałaś mu się koło siebie kręcić.

– Na to, że się kręci, nie mogłam nic poradzić – odrzekła Scarlett niedbale. – Uważam go za straszną babę.

– To zresztą wcale nie jego zaręczyny zostaną ogłoszone – rzekł z triumfem Brent – tylko Ashleya z siostrą Charliego, panną Melanią.

Twarz Scarlett nie zmieniła się wcale, tylko wargi jej pobladły – czuła się jak osoba, która nagle otrzymała przeraźliwy cios i w pierwszych chwilach osłupienia nie zdaje sobie sprawy z tego, co się stało. Twarz jej, zwrócona ku Stuartowi, była tak nieruchoma, że ten, niezbyt uważny, pewien był, że Scarlett jest jedynie bardzo zdziwiona i zaciekawiona.

– Panna Pitty powiedziała nam, że chcieli to ogłosić dopiero na przyszły rok, bo panna Mela czuła się ostatnio niezbyt dobrze. Jednak, gdy tyle się mówi o wojnie, obydwie rodziny uważają, że lepiej będzie, jeżeli ślub odbędzie się szybko. Jutro więc wieczorem podczas kolacji zaręczyny zostaną ogłoszone. Teraz, Scarlett, skorośmy ci już powiedzieli sekret, musisz nam przyrzec, że usiądziesz z nami do stołu.

– Bardzo chętnie – powiedziała Scarlett bez zastanowienia.

– I wszystkie walce będą nasze?

– Wszystkie.

– Jesteś słodka! Założyłbym się, że inni chłopcy się powściekają.

– Niech się wściekają – rzekł Brent. – Damy sobie z nimi radę. Słuchaj, Scarlett, usiądź przy nas także i rano.

– Co takiego?

Stuart powtórzył prośbę.

– Z chęcią.

Bracia spojrzeli po sobie triumfalnie, ale z pewnym zdziwieniem. Mimo że uważali się za wyróżnianych przez Scarlett kawalerów, nigdy dotąd nie mieli tak przekonywających dowodów jej sympatii. Zwykle musieli długo prosić i nastawać, a ona ich zwodziła, nie chcąc nigdy powiedzieć ani „tak”, ani „nie”, śmiejąc się, gdy się dąsali, stając się zimną, gdy zaczynali być źli. A teraz nagle przyrzekła właściwie, że im poświęci cały swój jutrzejszy czas – będzie z nimi siedziała rano przy uczcie, obiecała wszystkie walce (a już oni postarają się o to, aby grano tylko walce!) i kolację. Takie osiągnięcie warte było wyrzucenia z uniwersytetu.

Pełni nowego animuszu po tym sukcesie, nie śpieszyli się z pożegnaniem, mówili o balu i barbecue, o Ashleyu Wilkesie i Melanii Hamilton, przerywając sobie nawzajem, robiąc dowcipy i śmiejąc się z nich, dając do zrozumienia, że czekają zaproszenia na kolację. Upłynęła spora chwila, zanim się spostrzegli, że Scarlett mówi teraz bardzo mało. Nastrój jakoś się zmienił. Jak to się stało – bracia nie wiedzieli, ale przyjemna atmosfera wizyty uleciała bezpowrotnie, Scarlett zdawała się zwracać mało uwagi na to, co mówili, jakkolwiek odpowiadała sensownie. Wyczuwając coś, czego nie mogli zrozumieć, zniechęceni tym i zmartwieni, chłopcy walczyli z sobą przez chwilę, po czym niechętnie wstali, spoglądając na zegarki.

Słońce stało już nisko nad świeżo zaoranymi polami; wysokie lasy rysowały się ciemną linią za rzeką. Nad podwórzem chyżo krążyły jaskółki, a kurczęta, kaczki i indyki tłoczyły się i puszyły, wracając z pól.

Stuart krzyknął: „Jeems!”. Po krótkiej chwili wysoki czarny chłopak, w tym samym co bracia wieku, przybiegł bez tchu zza domu i skierował się biegiem do spętanych koni. Jeems był przybocznym sługą młodych Tarletonów, podobnie jak psy towarzyszył im wszędzie. Był od dzieciństwa towarzyszem ich zabaw: dostali go na własność na swoje dziesiąte urodziny. Na widok Murzyna psy podniosły się z pokrytej czerwonym pyłem ziemi i spojrzały wyczekująco w stronę swoich panów. Chłopcy skłonili się, pożegnali, przypominając Scarlett, że będą czekali na nią u Wilkesów z samego rana. Potem szybko zbiegli po podjeździe, wsiedli na konie i galopem puścili się aleją cedrową, powiewając kapeluszami i wołając jeszcze do Scarlett.

Kiedy minęli zakręt zapylonej drogi i Tara znikła im z oczu, Brent zatrzymał konia pod kępą dereni. Stuart także przystanął, a za nim, w odległości kilku kroków, i czarny chłopak. Konie, poczuwszy zwolnienie lejc, pochyliły głowy, aby poskubać miękkiej, wiosennej trawy, cierpliwe zaś psy legły znowu w czerwonym pyle i patrzyły pożądliwie na jaskółki wirujące w gęstniejącym mroku. Szeroka, szczera twarz Brenta wyrażała zdziwienie i lekkie oburzenie.

– Słuchaj – rzekł – czy nie uważasz, że Scarlett powinna nas była zaprosić na kolację?

– Przypuszczałem, że nas zaprosi – odparł Stuart. – Czekałem, aż to zrobi, ale jakoś nic nie powiedziała. Jak to sobie tłumaczysz?

– Wcale sobie tego nie tłumaczę. Wydaje mi się jednak, że powinna nas była poprosić. Ostatecznie, jest to nasz pierwszy wieczór po przyjeździe, a nie widziała nas od dawna. Mieliśmy jej jeszcze wiele rzeczy do powiedzenia.

– Zdawało mi się, że bardzo się ucieszyła, kiedyśmy przyjechali.

– I ja tak myślałem.

– A potem, może pół godziny temu, nagle ucichła, jak gdyby ją głowa rozbolała.

– Zauważyłem to także, ale nie zwróciłem uwagi. Jak myślisz, co jej się mogło stać?

– Nie wiem. Czyżbyśmy powiedzieli coś takiego, co ją rozzłościło?

Obydwaj zastanawiali się przez chwilę.

– Nic mi nie przychodzi na myśl. Poza tym, kiedy Scarlett jest zła, poznać to od razu. Nie stara się panować nad sobą jak inne panny.

– Tak, i to w niej właśnie lubię. Nie jest napuszona i sztywna, kiedy jest zła, tylko od razu mówi, o co chodzi. Pewien jednak jestem, że tak na nią podziałało coś, co zrobiliśmy czy powiedzieliśmy, bo zamilkła i wyglądała jak chora. Mógłbym przysiąc, że cieszyła się, kiedy nas zobaczyła, i że z początku chciała nas zatrzymać na kolacji.

– A może nas nie poprosiła dlatego, że nas wyrzucono z uniwerku?

– Ach, skądże znowu! Nie bądź głupi. Śmiała się przecież, kiedyśmy jej o tym powiedzieli. Poza tym zaś Scarlett tak jak my nie dba o książki.

Brent odwrócił się w siodle i zawołał młodego Murzyna:

– Jeems!

– Słucham?

– Czy słyszałeś, o czym rozmawialiśmy z panną Scarlett?

– Ależ skąd, paniczu! Czyż ja bym podsłuchiwał rozmowę białych ludzi?

– Czyś podsłuchiwał? Boże drogi! Wy, Murzyni, wiecie o wszystkim, co się dzieje. Kłamco jeden, na własne oczy widziałem, jak przekradałeś się koło ganku i przycupnąłeś za krzakiem jaśminu przy murze. A więc, czy słyszałeś, żeśmy powiedzieli coś takiego, co pannę Scarlett mogło rozzłościć czy urazić?

Zapytany w ten sposób Jeems przestał się upierać, że nie słyszał rozmowy, i zmarszczył czarne czoło.

– Nie, paniczu, nic takiego nie słyszałem, co by ją mogło rozzłościć. Tak mi się zdaje, jakby się panna Scarlett cieszyła, że paniczów widzi, i świergotała wesoło jak ptaszek aż do czasu, gdy panicze powiedzieli, że pan Ashley i panna Mela Hamilton się ze sobą ożenią. Potem panna Scarlett umilkła jak ptak, który widzi jastrzębia.

Bracia spojrzeli na siebie i skinęli głowami, jeszcze nie rozumiejąc.

– Jeems ma rację. Ale nie rozumiem dlaczego – rzekł Stuart. – Mój Boże! Ashley nie jest przecież dla niej niczym więcej jak przyjacielem. Nie kocha się w nim przecież. Kocha się w nas.

Brent kiwnął głową.

– Ale może – powiedział – Ashley nie powiedział jej, że ogłosi zaręczyny jutro wieczorem, i Scarlett jest zła na niego, że nie zawiadomił o tym jej, swojej starej przyjaciółki, zanim powiedział o tym innym? Dziewczęta wielką wagę przywiązują do tego, aby o takich rzeczach dowiadywać się najwcześniej.

– Wiesz, że to możliwe. Ale cóż z tego, że nic jej nie powiedział? Miał to być sekret i niespodzianka, a mężczyzna ma prawo trzymać swoje zaręczyny w tajemnicy, prawda? My byśmy także o tym nic nie wiedzieli, gdyby ciotka Meli nie wygadała się przed nami. Scarlett z pewnością wiedziała, że Ashley ma się ożenić z Melą. My sami wiemy o tym od lat. Wilkesowie i Hamiltonowie zawsze się pobierają między sobą. Wszyscy wiedzieli, że Ashley kiedyś się z Melą ożeni, tak samo jak o tym, że Honey Wilkes wyjdzie za jej brata, Charlesa.

– Dobrze, ale nie mówmy już o tym. Szkoda jednak, że nie zaprosiła nas na kolację. Przysięgam, że nie mam ochoty wracać do domu i wysłuchiwać wymówek mamy, że znowu nas wylano. Tym bardziej że zdarza się to już nie pierwszy raz…

– Może Boyd udobruchał już mamę. Wiesz przecież, jaki z niego świetny adwokat. Zawsze potrafi ją ugłaskać.

– Tak, to prawda, ale musi mieć na to dużo czasu. Musi gadać i gadać, aż mama przestaje wiedzieć, o co chodzi, poddaje się i każe mu swoją wymowę zachować na sąd. Mam jednak wrażenie, że Boyd jeszcze nie zdążył zacząć. Założę się nawet, że mama tak jest podniecona nowym koniem, że przypomni sobie o nas dopiero przy kolacji, kiedy spostrzeże Boyda. Podczas jedzenia będzie wymyślała i parskała. Zrobi się dziesiąta, zanim Boyd będzie jej mógł powiedzieć, że byłoby poniżej naszej godności, gdyby który z nas został w budzie po tym, co nam dwóm powiedział rektor. I dopiero około północy tak jej głowę zawróci, że będzie wściekła na rektora i będzie się pytała Boyda, dlaczego go nie zastrzelił. Nie, nie możemy wracać do domu przed północą.

Bracia popatrzyli na siebie ponuro. Nie bali się ani dzikich koni, ani pijatyk ze strzelaniem, ani opinii sąsiadów, ale surowe słowa matki, poparte razami szpicruty, którą okładała ich poniżej pleców, napawały ich niekłamanym lękiem.

– No więc słuchaj – powiedział Brent. – Pojedziemy do Wilkesów. Ashley i dziewczęta chętnie nas zaproszą na kolację.

Stuart był zakłopotany.

– Nie, tam nie jedźmy. Mają pewnie zawracanie głowy w związku z jutrzejszą zabawą, a prócz tego…

– Ach, zapomniałem o tym – szybko powiedział Brent. – Nie, wobec tego nie jedźmy tam.

Cmoknęli na konie i przez chwilę jechali w milczeniu. Na ciemnych policzkach Stuarta ukazał się rumieniec zakłopotania. Jeszcze niecały rok temu Stuart starał się o Indię Wilkes, za aprobatą obydwu rodzin i całej okolicy. Opinia twierdziła, że zimna i opanowana India Wilkes wywrze na niego zbawienny wpływ. Tego w każdym razie wszyscy pragnęli. Sam Stuart także by się może zdecydował na tę partię, ale Brent nie był zadowolony. Brent lubił Indię, uważał ją jednak za bardzo brzydką i nudną i po prostu nie mógł się w niej zakochać, by dotrzymać towarzystwa Stuartowi. Wtedy to po raz pierwszy zdarzyło się, że zainteresowania braci nie były zgodne, Brent był więc trochę urażony atencjami brata dla panienki, która nie wydawała mu się ich godna.

Aż tu latem ubiegłego roku, na zebraniu politycznym w lasku dębowym pod Jonesboro, obaj nagle zauważyli Scarlett O’Harę. Znali ją od wielu lat i jeszcze w dzieciństwie bardzo lubili się z nią bawić, bo umiała jeździć konno i wspinać się na drzewa nie gorzej od nich. Teraz jednak ku wielkiemu zdumieniu stwierdzili, że stała się dorosłą panną i w dodatku najbardziej uroczą na świecie.

Po raz pierwszy zauważyli, jak skrzą się jej zielone oczy, jakie ma dołeczki, kiedy się śmieje, jak małe ręce i nogi i jak cienki stan. Żarty ich wywoływały z jej strony wybuchy wesołego śmiechu, więc podnieceni myślą, że ich uważa za niezwykłych chłopców, przeszli samych siebie.

Był to pamiętny dzień w życiu braci Tarletonów. Odtąd, ilekroć rozmawiali o nim, nie przestawali się dziwić, że dopiero wtedy zauważyli wdzięki Scarlett. Nie przyszło im jednak wcale na myśl, iż stało się to dlatego, że Scarlett dnia tego postanowiła ich zdobyć. Nie znosiła po prostu, aby jakikolwiek młody człowiek był nie w niej zakochany, więc widok Indii Wilkes i Stuarta na zebraniu rozbudził w niej instynkty zaborcze. Nie zadowalając się samym Stuartem, zagięła parol także i na Brenta, a okazała tak gruntowną znajomość sztuki zdobywania, że całkowicie podbiła obu chłopców.

Teraz obaj byli zakochani w Scarlett, a India Wilkes i Letty Munroe z Lovejoy, z którą Brent zresztą niezbyt chętnie flirtował, odsunięte zostały na dalszy plan. Nad tym, co pocznie ten z nich, którego Scarlett odrzuci, bracia nie zastanawiali się wcale. Na nieprzyjemne myśli zawsze jest mnóstwo czasu. Chwilowo byli zadowoleni, że podoba im się ta sama panna, bo wcale nie byli o siebie zazdrośni. Sytuacja ta pasjonowała sąsiedztwo i martwiła ich matkę, która nie darzyła Scarlett zbytnią sympatią.

– Zobaczycie, co to będzie, kiedy ta sprytna szelma wybierze jednego z was – mawiała pani Tarleton. – Może zresztą przyjmie was obu, a wtedy będziecie się musieli wynieść do Utah, jeżeli mormoni was zechcą, o czym śmiem wątpić… Jedyne, co mnie obchodzi, to fakt, że w niedalekiej przyszłości staniecie się o siebie zazdrośni z powodu tej dwulicowej małej bestyjki o zielonych oczach i pozabijacie się po pijanemu nawzajem. Co zresztą bardzo mi się uśmiecha.

Od dnia tego zebrania Stuart zaczął się czuć nieswojo w obecności Indii. Nie znaczy to bynajmniej, iżby India słowem czy gestem dała mu kiedykolwiek odczuć, że zauważyła nagłą zmianę jego uczuć. Na to była zbyt dobrze wychowana. Stuart jednak poczuwał się do winy w stosunku do niej. Wiedział, że rozbudził jej uczucia, wiedział, że dziewczyna kocha go jeszcze, i w głębi serca czuł, że nie zachował się wobec niej szlachetnie. Lubił ją bardzo i szanował za chłodną dystynkcję, za wykształcenie i wszystkie zalety, jakie posiadała. Ale, u licha, była bladziutka, nieładna i zawsze jednakowa, podczas gdy Scarlett była błyskotliwa i żywa. Postępki Indii można było zawsze z góry przewidzieć – Scarlett była wciąż inna. To wprawdzie doprowadzało człowieka do rozpaczy, ale miało swój urok.

– No więc pójdźmy na kolację do Cade’a Calverta. Scarlett powiedziała, że Cathleen wróciła już z Charlestonu. Może będzie wiedziała coś nowego o Fort Sumter.

– Cathleen? Założę się z tobą, że ona nie wie nawet, iż Fort leży u wejścia do portu, tym bardziej zaś, że pełno w nim było Jankesów. Jedyne, co ją zajmuje, to bale, na których była, i adoratorzy, których zdobyła.

– To prawda, ale ona bardzo zabawnie paple. A zresztą chodzi o to, abyśmy przeczekali gdzieś, aż mama pójdzie spać.

– Nie, nie! Lubię Cathleen, bo to zabawna dziewczyna, chciałbym usłyszeć nowinki o Caro Rhett i innych charlestońskich znajomych, ale niech mnie diabli wezmą, jeżeli potrafię się zmusić do siedzenia przy kolacji z tą jej jankeską macochą.

– Nie bądź dla niej zbyt surowy, Stuarcie. Ma dobre intencje.

– Wcale jej surowo nie sądzę. Żal mi jej tylko, a nie lubię ludzi, których mi żal. Tak bardzo się stara robić to, co trzeba, i dobrze zabawiać gości, że zawsze zaczyna mówić i robić rzeczy niewłaściwe. Denerwuje mnie. Uważa ponadto, że ludzie z Południa są dzikimi barbarzyńcami. Powiedziała to nawet mamie. Boi się południowców. Ilekroć tam przyjeżdżamy, ma taką minę, jak gdyby się nas śmiertelnie obawiała. Przypomina mi chudą kurę, o przerażonych jasnych oczach bez wyrazu, gotową gdakać i trzepotać skrzydłami za lada ruchem z czyjejkolwiek strony.

– Nie możesz mieć o to do niej żalu. Postrzeliłeś przecież Cade’a w nogę.

– Tak, ale wtedy byłem wstawiony. Inaczej nigdy bym tego nie zrobił – rzekł Stuart. – Cade zresztą nie miał do mnie wcale żalu, jak również Cathleen, Raiford i pan Calvert. Tylko ta ich jankeska macocha podniosła krzyk i gadała, że jestem dzikim barbarzyńcą i że przyzwoici ludzie nie są bezpieczni wśród niecywilizowanych południowców.

– Nie możesz jej mieć tego za złe. Jest Jankeską i nie ma zbyt dobrych manier. A poza tym postrzeliłeś naprawdę Cade’a, który jest jej pasierbem.

– No dobrze już, dobrze! Ale to wszystko nie daje jej jeszcze prawa, aby mnie obrażać! Ty jesteś mamy rodzonym synem, a mama wcale się nie przejęła, kiedy Tony Fontaine zranił ciebie w nogę! Posłała tylko po starego doktora Fontaine’a, aby cię opatrzył, i zapytała go, dlaczego Tony tak marnie celuje. Powiedziała, że to pewno wódka źle podziałała na celność jego strzału. Pamiętasz, jak to Tony’ego rozgniewało?

Obaj chłopcy zaśmiali się głośno.

– Nasza mama to dobry numer! – rzekł Brent z pełnym czułości podziwem. – Można zawsze liczyć na nią: umie się znaleźć i nie robi człowiekowi wstydu przed innymi.

– Tak, ale bardzo się boję, że dzisiaj, gdy wrócimy do domu, zrobi nam wstyd w obecności ojca i dziewcząt – rzekł Stuart posępnie. – Słuchaj, Brent. Mam wrażenie, że będziemy musieli się pożegnać z podróżą do Europy. Wiesz, że mama nam zapowiedziała, że nie pojedziemy, jeżeli nas wyrzucą z jeszcze jednej uczelni.

– No więc co z tego? Czy nam na tym zależy? Cóż tam jest do oglądania w Europie? Założę się, że wszyscy cudzoziemcy razem nie mogą nam nic takiego pokazać, czego byśmy nie mieli tutaj w Georgii. Założę się, że konie ich nie są tak szybkie ani dziewczęta tak piękne, i mógłbym przysiąc, że ich żytniówka nie umywa się do żytniówki ojca.

– Ashley Wilkes mówi, że w Europie są piękne krajobrazy i dobra muzyka. Podobało mu się tam bardzo. Ciągle opowiada o swojej podróży.

– No tak, ale wiesz przecież, jacy są Wilkesowie. Trochę zwariowani, jeżeli chodzi o muzykę, książki czy widoki. Mama mówi, że to dlatego, że ich dziadek pochodził z Wirginii. Uważa, iż wszyscy ludzie z Wirginii zbyt wielką wagę przywiązują do tych rzeczy.

– Niech zostaną przy swoich gustach. Daj mi dobrego konia, dobry trunek, przyzwoitą pannę do flirtu i mniej porządną do rozkoszy, a daruję im tę ich Europę… Czy nam właściwie zależy na tej podróży? A przypuśćmy, że bylibyśmy w Europie właśnie teraz, kiedy zbliża się wojna? Nie moglibyśmy zdążyć na czas do domu. Wolę wojnę niż podróż do Europy.

– Ja także, oczywiście… Słuchaj, Brent! Wiem już, dokąd moglibyśmy pojechać na kolację. Przeprawmy się przez moczary do Abla Wyndera. Powiemy mu, że wróciliśmy wszyscy do domu i jesteśmy gotowi do musztry.

– To świetny pomysł! – wykrzyknął Brent z entuzjazmem. – Opowie nam wszystkie nowości i dowiemy się, jaki kolor został ostatecznie wybrany na mundury.

– Jeżeli taki jak żuawów, to raczej skonam, niż się zaciągnę. Czułbym się jak pajac w tych workowatych czerwonych spodniach. Wyglądają jak damskie barchanowe majtki.

– Czy panicze chcą jechać do pana Wyndera? To panicze nic nie dostaną na kolację – rzekł Jeems. – Kucharka ich umarła i jeszcze sobie nie kupili drugiej. Gotuje im robotnica z pola i mówili mi Murzyni, że to najgorsza kucharka w całym hrabstwie.

– Więc dlaczego, na Boga, nie kupią sobie lepszej?

– Skąd by zaś „biała nędza” mogła sobie pozwolić na Murzynów? Nigdy tam nie było więcej czarnych niż najwyżej czworo.

W głosie Jeemsa brzmiała wyraźna pogarda. Jego własna pozycja społeczna była niezachwiana, ponieważ Tarletonowie mieli ponad stu Murzynów, dlatego więc, podobnie jak wszyscy niewolnicy z wielkich plantacji, patrzył z góry na farmerów posiadających tylko kilku Murzynów.

– Wygarbuję ci skórę za to, coś powiedział! – zawołał ze złością Stuart. – Nie nazywaj mi Abla Wyndera „białą nędzą”. Pewnie, że jest biedny, ale pochodzi z porządnej rodziny i niech mnie kule biją, jeżeli pozwolę komukolwiek, białemu czy czarnemu, wygadywać na niego. W całym hrabstwie nie ma lepszego od niego człowieka. Inaczej bowiem Oddział nie mianowałby go porucznikiem.

– Tego to wcale nie rozumiem – odparł Jeems, nie bacząc na gniew swego pana. – Tak mi się zdaje, że oficerami powinni być prawdziwi panowie, a nie nędza z moczarów.

– On nie jest żadną „nędzą”! Jakże można go porównywać z prawdziwą „białą nędzą” jak rodzina Slatterych? Abel nie ma tylko majątku. Jest małym farmerem, a nie wielkim plantatorem, i jeżeli chłopcy cenią go tak wysoko, że obwołali go porucznikiem, to nie jest rzeczą byle Murzyna źle o nim mówić. Oddział wie, co robi.

Oddział kawalerii zorganizowano przed trzema miesiącami w dniu, gdy Georgia odłączyła się od Unii, i od tego czasu ochotnicy marzyli o wojnie. Oddział nie miał jeszcze dotąd żadnej nazwy, jakkolwiek pomysłów nie brakło. Każdy miał na ten temat inną ideę, od której nie chciał odstąpić, każdy też dawał projekt kroju i koloru mundurów. „Dzikie koty z Claytonu”, „Pożeracze ognia”, „Huzarzy północnej Georgii”, „Żuawi”, „Strzelcy krajowi” (jakkolwiek oddział uzbrojony miał być w pistolety, szable i długie noże, a nie strzelby), „Szarzy z Claytonu”, „Krwawe pioruny”, „Nieustraszeni” – wszystkie te nazwy miały swoich zwolenników. Do czasu ostatecznego wyjaśnienia tej sprawy wszyscy określali organizację jako Oddział i mimo górnolotnej nazwy, którą ostatecznie wybrano, wojsko Georgii zawsze zwane było Oddziałem.

Oficerowie wybierani byli przez członków organizacji, ponieważ nikt w całym hrabstwie, z wyjątkiem kilku weteranów wojny meksykańskiej i seminolskiej, nie miał doświadczenia wojennego, ponadto zaś Oddział nie respektowałby dowódcy, którego by większość członków nie lubiła i dobrze nie znała. Wszyscy lubili czterech młodych Tarletonów i trzech Fontaine’ów, ale z żalem musieli zrezygnować z ich wyboru, bo Tarletonowie mieli zbyt słabe głowy i po pijanemu płatali psie figle, Fontaine’owie zaś byli porywczymi zabijakami. Ashley Wilkes został wybrany kapitanem, ponieważ był najlepszym jeźdźcem w hrabstwie, chód zaś jego i opanowanie dawały jaką taką gwarancję, że potrafi utrzymać porządek. Raiford Calvert został porucznikiem, bo był przez wszystkich lubiany, Abel Wynder zaś, syn trapera z moczarów i właściciel małej fermy – porucznikiem.

Abel był obrotnym, małomównym olbrzymem, starszym od reszty chłopców; nie miał wykształcenia, ale za to dobry charakter, do kobiet odnosił się równie dobrze, jeżeli nie lepiej niż większość z nich. W Oddziale nie było snobizmu. Ojcowie czy dziadowie jego członków także dorobili się pieniędzy, zacząwszy od małej własności wiejskiej. Co więcej, Abel był najlepszym strzelcem w organizacji; trafiał w oko wiewiórki z odległości siedemdziesięciu pięciu jardów, ponadto zaś znał dobrze życie obozowe, umiał rozpalać ogniska podczas deszczu, tropić zwierzynę i znajdować wodę. Organizacja ceniła te wszystkie zalety – Wynder był powszechnie lubiany, mianowano go więc oficerem. Abel nosił tę godność z powagą, jak gdyby słusznie mu się należała, i nie okazywał żadnej zarozumiałości. Jednakże żony plantatorów i ich niewolnicy nie mogli przejść do porządku dziennego nad faktem, że Wynder nie urodził się dżentelmenem – o czym mężczyźni zupełnie nie pamiętali.

Początkowo do Oddziału należeli wyłącznie synowie plantatorów, dżentelmeni, z których każdy miał własnego konia, własne uzbrojenie, ekwipunek, mundur i ordynansa. W nowym hrabstwie claytońskim bogatych plantatorów było jednak niewielu, aby więc sformować pełen oddział, trzeba było rekrutów zbierać spomiędzy synów małych farmerów, leśniczych z głębokich lasów, traperów z moczarów, małorolnych i w bardzo nielicznych wypadkach nawet „białej nędzy”.

Małorolni z równym zapałem rwali się do walki z Jankesami jak ich bogatsi sąsiedzi, ale od zaciągnięcia się do Oddziału wstrzymywała ich kłopotliwa sprawa finansów. Nie wszyscy drobni farmerzy mieli konie. Do prac rolnych używali mułów, a i tych nie mieli wiele, rzadko więcej niż cztery. Farmy nie mogły obyć się bez mułów, nawet na wypadek gdyby komenda Oddziału chciała je przyjąć – a tego robić nie chciała. „Biała nędza” zaś uważała się za dobrze sytuowaną, jeżeli miała choć jednego muła. Ludzie z głębi lasów i traperzy z moczarów nie mieli ani koni, ani mułów i żyli wyłącznie z płodów swojej ziemi lub z łowów. Trudnili się przeważnie handlem wymiennym i rzadko miewali więcej niż pięć dolarów w gotówce rocznie, konie zatem i umundurowanie były dla nich niedostępne. W ubóstwie swoim byli jednak równie hardzi, jak plantatorzy dumni ze swego bogactwa, i nie przyjęliby od swoich zamożnych sąsiadów niczego, co mogłoby wyglądać na zapomogę. Tak więc, aby nie razić niczyich uczuć, a doprowadzić Oddział do właściwego stanu liczebnego, ojciec Scarlett, John Wilkes, panowie Munroe, Tarleton i Calvert – słowem wszyscy wielcy plantatorzy hrabstwa, z wyjątkiem Angusa MacIntosha – złożyli datki pieniężne na wyposażenie Oddziału w konie i mundury. W rezultacie więc każdy plantator podjął się wyposażenia nie tylko swoich synów, ale i pewnej liczby obcych. Zrobili to w taki sposób, że mniej zamożni członkowie Oddziału mogli przyjąć konie i mundury bez uszczerbku dla honoru.

Oddział zbierał się dwa razy w tygodniu w Jonesboro, aby ćwiczyć i wzdychać do co rychlejszego wybuchu wojny. Jak dotąd wciąż jeszcze brakowało koni, ale ci, którzy konie już mieli, odbywali, jak im się zdawało, „manewry” na łące za gmachem sądu, wzbijali wielkie tumany kurzu, wrzeszczeli co sił w płucach i wymachiwali szablami z czasów rewolucji, zdjętymi ze ścian salonów. Ci, którzy koni nie mieli, siedzieli na schodkach przed składem Bullarda i przyglądali się konnym kolegom, żując tytoń i opowiadając anegdotki. Czasem też urządzali konkursy strzelania. Żadnego z członków Oddziału nie trzeba było strzelania uczyć. Mężczyźni Południa przychodzili niejako na świat z pistoletem w garści, a lata spędzane na polowaniach czyniły z nich wyborowych strzelców.

Z domów plantatorów i chat na moczarach do każdego przeglądu przedstawiano najdziwaczniejsze rodzaje broni. Były tam fuzje, których młodość przypadała na okres pierwszego przekroczenia Gór Allegańskich; stare muszkiety, które miały na sumieniu niejednego Indianina w czasie kolonizowania Georgii, pistolety do siodeł z roku 1812, z wojen z Seminolami i z Meksykiem, okute srebrem pistolety do pojedynku, małe kieszonkowe derringery, dubeltówki i piękne angielskie karabiny o polerowanych kolbach.

Musztra kończyła się zawsze w szynkach Jonesboro i o zmierzchu wynikało tak wiele bójek, że oficerom z trudem przychodziło zapobieganie nieszczęśliwym wypadkom, do czasu gdy przeciwnikami w walkach będą Jankesi. Podczas jednej właśnie z takich burd Stuart Tarleton postrzelił Cade’a Calverta, a Tony Fontaine Brenta Tarletona. Bracia w tym czasie siedzieli w domu, bo świeżo ich wyrzucono z uniwersytetu w Wirginii; do organizującego się oddziału przystali z entuzjazmem; po tym epizodzie jednak, przed dwoma miesiącami, matka wysłała ich na inny uniwersytet i surowo nakazała tam siedzieć. Bardzo brakło im wzruszeń musztry i uważali, że nie warto się kształcić zamiast jeździć konno, krzyczeć i strzelać z karabinu w towarzystwie kolegów.

– No dobrze, jedźmy zatem polami do Abla – zdecydował Brent. – Jeżeli pojedziemy przez bród koło Tary i pastwisko Fontaine’ów, dostaniemy się tam bardzo szybko.

– Dadzą nam do jedzenia najwyżej pieczeń z oposa i kapustę – sprzeciwił się Jeems.

– Ty w ogóle nic nie dostaniesz – zaśmiał się Stuart – bo pojedziesz do domu i powiesz mamie, że nie będziemy na kolacji.

– Nie, nie pojadę! – wykrzyknął Jeems w przerażeniu. – Nie chcę! Wcale mi się nie uśmiecha spotkanie z panią Beatrice. Zapyta mnie pewnie, dlaczegom dopuścił do tego, aby paniczów znowu wyrzucono, i dlaczego nie przyprowadziłem paniczów na kolację do domu, aby mogła was wyłajać. A potem zacznie na mnie jeździć jak na łysej kobyle i w końcu to ja będę wszystkiemu winien. Jeżeli mnie panicze nie zabiorą do pana Wyndera, to zostanę na noc w lesie. Złapie mnie pewnie patrol, ale wolę, żeby mnie patrol zabrał, niż rozmawiać z panią Beatrice, kiedy jest zła.

Bracia spojrzeli na młodego Murzyna z zakłopotaniem i oburzeniem.

– Rzeczywiście jest tak głupi, że może wpaść w ręce patrolu, a to dałoby mamie znowu temat na całe tygodnie. Przysięgam, że z tymi Murzynami to tylko kłopot. Czasami wydaje mi się, że abolicjoniści mają słuszność.

– Nie byłoby sprawiedliwe, gdybyśmy Jeemsa skazali na to, czemu sami boimy się spojrzeć w oczy. Będziemy go musieli zabrać ze sobą. Ale słuchaj, ty bezczelny czarny głuptasie, jeżeli będziesz mi się puszył przed Murzynami pana Wyndera i opowiadał im, że my stale jadamy drób i szynkę, podczas gdy oni mają tylko króliki i oposy, ja powiem mamie o wszystkim. Poza tym, nie pojedziesz z nami na wojnę.

– Ja miałbym się puszyć? Ja… przed tymi tam tanimi Murzynami? Nie, proszę panicza, ja mam lepsze maniery. Pani Beatrice uczyła mnie manier tak samo jak wszystkich paniczów.

– Nie doczekała się pociechy z tych swoich nauk! – zaśmiał się Stuart. – Chodźcie, ruszamy.

Zawrócił wielkiego kasztana i spinając go ostrogami, lekko przeskoczył przez płot na miękką ziemię plantacji Geralda O’Hary. Za nim skoczył Brent, a na końcu Jeems, trzymając się kurczowo kuli i grzywy swego konia. Jeems nie lubił przesadzać płotów, ale dla dotrzymania kroku swoim panom przeskakiwał już niejednokrotnie i przez wyższe.

Gdy w gęstniejącym mroku kierowali się między czerwonymi skibami w dół wzgórza ku rzece, Brent krzyknął na brata:

– Słuchaj, Stu! Czy nie zdaje ci się, że Scarlett chciała nas zaprosić na kolację?

– Byłem pewny, że nas zaprosi – odwrzasnął Stuart. – Co jej się mogło stać?…

Rozdział 2

Kiedy Tarletonowie odjechali i umilkły odgłosy kopyt, Scarlett, stojąca dotąd nieruchomo na ganku, zawróciła do swego krzesła jak lunatyczka. Twarz miała sztywną z bólu, usta paliły ją od rozciągania w wymuszonych uśmiechach, którymi pokrywała swój sekret. Usiadła ciężko z jedną nogą podwiniętą pod siebie, a serce jej tak bardzo nabrzmiało cierpieniem, że zdawało się nie mieścić w piersiach. Biło szybko i nierówno, ręce miała zimne, przepełniało ją poczucie klęski. Na twarzy jej malowało się zdumienie rozpieszczonego dziecka – dziecka, którego zachcianki zawsze spełniano i które po raz pierwszy styka się z brutalnością życia.

Ashley zaręczony z Melanią Hamilton!

Och, to chyba nieprawda! Tarletonowie się mylą. Wypłatali jej swoim zwyczajem figla. Ashley na pewno, na pewno nie kocha Meli. Niepodobna się przecież kochać w tak niepozornej osóbce jak Mela. Scarlett przypomniała sobie ze wzgardą drobną, dziecinną figurkę Melanii, jej poważną, owalną twarzyczkę, nieładną, raczej nawet brzydką. Ashley nie widywał jej ostatnio wcale. W Atlancie był co najwyżej dwa razy od czasu, gdy Hamiltonowie bawili rok temu w Dwunastu Dębach. Nie, Ashley nie mógł być zakochany w Meli, ponieważ – och, nie, nie myli się z pewnością! – ponieważ kochał ją! Ona, Scarlett, była jedyną, którą kochał! Tego była pewna!

Scarlett usłyszała z holu ciężkie, rąbane kroki Mammy, szybko więc usiadła jak należy i postarała się doprowadzić twarz do względnego porządku. Byłoby źle, gdyby Mammy domyśliła się czegoś. Mammy była przekonana, że panuje niepodzielnie nad O’Harami, że rządzi ich ciałami i duszami, że ich tajemnice są jej własnością, i węszyła jak pies gończy za najmniejszym nawet śladem sekretu. Scarlett wiedziała z doświadczenia, że jeżeli nie zaspokoi natychmiast ciekawości Mammy, niania omówi sprawę z jej matką, a wtedy Scarlett albo będzie zmuszona wyznać wszystko Ellen, albo wymyślić jakieś odpowiednie kłamstwo.

Z holu wynurzyła się wielka czarna kobieta o małych, przenikliwych oczkach słonia. Była lśniącej, prawdziwej afrykańskiej czarności. Oddana całą duszą rodzinie O’Harów, stanowiła podporę Ellen, plagę jej trzech córek i postrach reszty służących. Mammy, chociaż Murzynka, miała równie wysokie czy nawet wyższe niż jej właściciele pojęcie o godziwym sposobie postępowania i równie wielką dumę.

Wychowała się w sypialni Solange Robillard, matki Ellen O’Hara, wytwornej, zimnej, wyniosłej Francuzki, która ani dzieciom, ani służbie nie szczędziła kar za najmniejsze wykroczenie przeciw temu, co wypada. Była piastunką Ellen i po jej ślubie przyjechała z nią z Savannah. Mammy lubiła karcić tych, których kochała. A ponieważ miłość jej do Scarlett i duma z niej były niezmierne, proces karcenia trwał prawie nieprzerwanie.

– Czy młodzi panowie odjechali? Dlaczego nie prosiłaś ich, aby zostali na kolacji, Scarlett? Powiedziałam Porkowi, aby położył dla nich nakrycia na stole. Jakież ty masz maniery?

– Och, tak mnie znudzili swoim opowiadaniem o wojnie, że nie mogłabym już tego znieść przy kolacji, tym bardziej że tatuś pewnie by im pomógł i zacząłby pomstować na prezydenta Lincolna.

– Masz równie złe maniery jak zwykła wyrobnica z pola, mimo że i pani Ellen, i ja takeśmy się nad tobą namęczyły. No i dlaczego siedzisz tutaj bez szala? Zaraz schwyci chłód. A przecież powtarzam ci ciągle, że dostaje się gorączki od siedzenia na chłodzie bez ciepłego szala na ramionach. Wejdź do pokoju, Scarlett.

Scarlett odwróciła się od Mammy z udanym lekceważeniem, zadowolona, że Murzynka, zajęta sprawą szala, nie zwróciła uwagi na wyraz jej twarzy.

– Nie, chcę siedzieć tutaj i patrzeć, jak słońce zachodzi. Piękny dziś zachód. Przynieś mi szal. Proszę cię, Mammy, zrób to dla mnie, a ja tu posiedzę, aż papa wróci do domu.

– Masz taki głos, jak gdybyś już złapała katar – rzekła Mammy podejrzliwie.

– Nie, nic mi nie jest – odparła ze zniecierpliwieniem Scarlett. – Przynieś mi szal.

Mammy poczłapała do holu i Scarlett usłyszała, jak cicho woła do pokojówki na górze:

– Rosa, Rosa! Zrzuć mi tu szal panny Scarlett. – Potem głośniej: – Przebrzydła Murzynka! Nigdy jej nie ma tam, gdzie powinna być. Teraz muszę sama włazić na schody.

Scarlett usłyszała skrzypienie schodów i cicho wstała. Mammy, wróciwszy, zacznie znowu kazanie na temat niegościnności Scarlett, Scarlett zaś czuła, że teraz, gdy jej serce pęka, nie zniesie gadaniny o tak błahej sprawie. Kiedy tak stała niezdecydowana, zastanawiając się, gdzie by się ukryć, dopóki ból w sercu nie ustąpi, przyszła jej do głowy myśl, która przyniosła iskierkę nadziei. Ojciec jej pojechał tego popołudnia do Dwunastu Dębów, plantacji Wilkesów, w sprawie kupna Dilcey, tęgiej żony jego lokaja, Porka. Dilcey była przodownicą i akuszerką w Dwunastu Dębach, więc od czasu swego małżeństwa przed sześciu miesiącami Pork dniem i nocą zamęczał swego pana w sprawie jej kupienia do Tary. Tego dnia Gerald, czując, że nie oprze się jego namowom, zdecydował się wreszcie kupić Dilcey.

Z pewnością – myślała Scarlett – papa będzie wiedział, ile jest prawdy w tej strasznej plotce. Jeżeli nawet nie wie nic konkretnego, zauważył pewnie lub wyczuł podniecenie w rodzinie Wilkesów. Jeżeli uda mi się porozmawiać z nim na osobności przed kolacją, dowiem się może prawdy – że mianowicie bliźnięta znowu mi spłatały figla.

Zbliżała się pora powrotu Geralda. Aby go zobaczyć bez świadków, Scarlett postanowiła poczekać na niego w miejscu, gdzie podjazd łączył się z szosą. Zeszła cicho po schodkach, oglądając się chyłkiem, by upewnić się, czy Mammy nie patrzy na nią z okien pierwszego piętra. Nie widząc między firankami szerokiej czarnej twarzy w białym turbanie, wysoko uniosła zieloną kwiaciastą suknię i pobiegła po ścieżce w stronę szosy tak szybko, jak mogły ją unieść nogi w małych, sznurowanych wstążką pantofelkach.

Gałęzie ciemnych cedrów rosnących po obu stronach żwirowanego podjazdu łączyły się tak, że długa aleja wyglądała jak ciemny tunel. Kiedy Scarlett znalazła się pod sękatymi konarami drzew, poczuła się bezpieczna i zwolniła kroku. Zadyszała się, bo miała mocno ściśniętą sznurówkę i nie mogła długo biec, zaczęła więc iść szybkim krokiem. Wkrótce znalazła się u końca alei i na szosie, ale przystanęła dopiero za dużą kępą drzew koło zakrętu.

Zarumieniona i zziajana usiadła na pniu i czekała na ojca. Powinien już być w domu, ale zadowolona była, że się spóźnia. Czekanie pozwoli jej odpocząć i uspokoić się, aby ojciec niczego nie mógł wyczytać z jej twarzy. Nadsłuchiwała tętentu kopyt końskich i wypatrywała ojca zjeżdżającego swoim zwyczajem na złamanie karku z pagórka. Minuty jednak mijały, a Gerald nie przyjeżdżał. Wyjrzała na drogę raz i drugi, i ból w jej sercu wezbrał na nowo.

Och, to na pewno nieprawda! – myślała. Dlaczego ojciec nie wraca?

Oczy jej błądziły po krętej szosie, krwawoczerwonej po porannym deszczu. W myślach kreśliła jej kierunek: w dół do leniwej rzeki Flint, poprzez błotniste, zarosłe koryto potem w górę, po zboczu pagórka aż do Dwunastu Dębów, gdzie mieszkał Ashley. Droga ta tylko to teraz znaczyła – wiodła do Ashleya i do pięknego białego domu z kolumienkami, który wieńczył wzgórze niczym grecka świątynia.

Och, Ashleyu, Ashleyu! – myślała z szybkim biciem serca.

Zimne przerażenie i poczucie klęski, które przygniotły ją w chwili, gdy młodzi Tarletonowie opowiedzieli jej o zaręczynach, usunęły się na dalszy plan, a miejsce ich zajęła namiętność, zrodzona już dwa lata temu.

Teraz wydawało jej się dziwne, że dorastając, tak mało uwagi zwracała na Ashleya. W dzieciństwie widywała go często, ale nigdy nie poświęcała mu wiele uwagi. Od tego jednak dnia przed dwoma laty, gdy Ashley, wróciwszy z trzyletniej podróży po Europie, złożył w Tarze swoje uszanownie, Scarlett kochała go, po prostu go kochała.

Stała wtedy na ganku, a on konno przejechał przez długą aleję, nosił szare sukienne ubranie i czarny szeroki krawat, który doskonale zdobił plisowaną koszulę. Jeszcze teraz dokładnie pamiętała najmniejsze szczegóły jego stroju, połysk butów, kameę z głową Meduzy w szpilce do krawata, szeroki panamski kapelusz, który Ashley zdjął w chwili, gdy ją spostrzegł. Zatrzymał się, rzucił lejce Murzynowi i stał, patrząc na Scarlett marzącymi, szarymi oczyma, rozjaśnionymi uśmiechem, stał w promieniach słońca, a jasne jego włosy lśniły jak srebrny hełm. Powiedział: „Jakżeś ty wyrosła, Scarlett” i lekko wszedłszy na schodki, pocałował ją w rękę. A jego głos! Nigdy nie zapomni drżenia w sercu, gdy usłyszała jak gdyby po raz pierwszy ten dźwięczny, przeciągły, melodyjny głos.

Zapragnęła go w tej pierwszej sekundzie, zapragnęła tak po prostu i naturalnie, jak pragnie się jedzenia, przejażdżki konnej czy miękkiego łóżka, na którym można by spocząć.

Przez dwa ostatnie lata Ashley towarzyszył jej na bale, pikniki i zebrania w dni sądowe, nie tak często jak młodzi Tarletonowie czy Cade Calvert, nie narzucając się nigdy jak młodsi Fontaine’owie, przeciętnie jednak odwiedzając ją raz na tydzień w Tarze.

Prawda, że nigdy się do niej nie zalecał i że jego jasne, szare oczy nigdy nie rozżarzyły się tym gorącym ogniem, który Scarlett tak często widywała w oczach innych mężczyzn. A jednak mimo to pewna była, że Ahsley ją kocha. Nie myliła się z pewnością. Instynkt silniejszy od rozsądku i zrodzonej z doświadczenia wiedzy mówił jej, że Ashley ją kocha. Oczy jego, gdy na nią patrzył, nie były zamglone ani dalekie, lecz wyrażały tęsknotę i smutek, który ją zastanawiał. Wiedziała, że Ashley ją kocha. Dlaczego jej o tym nigdy nie mówił? Tego nie mogła pojąć. Jednak nie tylko tego w nim nie rozumiała.

Był zawsze dla niej miły, ale daleki, nieprzystępny. Nikt nie wiedział, o czym Ashley myśli, najmniej zaś wiedziała o tym Scarlett. W okolicy, w której każdy mówił, co ma na myśli, z chwilą gdy sobie to pomyślał, rezerwa Ashleya stawała się dręcząca. Celował jak inni młodzieńcy w zwykłych rozrywkach hrabstwa – polowaniu, grze w karty, tańcu i polityce, i był najlepszym w okolicy jeźdźcem – różnił się tym jednak od innych, że tych przyjemności nie uważał za cel i treść życia. W swoim zainteresowaniu dla książek, muzyki i pisaniu wierszy był zupełnie odosobniony.

Och, czemu był tak jasnowłosy i przystojny, tak uprzejmy i daleki, tak wściekle nudny, gdy mówił o Europie, książkach, muzyce, poezji i rzeczach, które nie interesowały Scarlett wcale – czemu był tak bardzo godzien miłości? W noce po spędzonych z Ashleyem szarych godzinach Scarlett rzucała się bezsennie na łóżku i pocieszała tylko myślą, że już za następnym widzeniem Ashley oświadczy się jej z pewnością. Przychodził jednak następny raz i mijał – a skutku nie było: tylko zżerająca ją namiętność stawała się silniejsza.

Kochała go, pragnęła go, ale nie rozumiała. Była tak bezpośrednia i prosta jak wiatry wiejące nad Tarą i żółta rzeka, która wiła się dokoła, i do końca swoich dni nie miała zrozumieć żadnej skomplikowanej sprawy. W osobie Ashleya po raz pierwszy w swoim życiu zetknęła się z naturą złożoną.

Ashley był potomkiem ludzi, którzy wolny swój czas poświęcali myśleniu, a nie działaniu – snuciu barwnych marzeń, które nie miały w sobie ani cienia realności. Żył w wewnętrznym swoim świecie, o wiele piękniejszym od Georgii, i do rzeczywistości powracał z niechęcią. Przypatrywał się ludziom, ale nie darzył ich sympatią ani ich nie nienawidził. Przypatrywał się życiu, ale bez smutku i bez zapału. Przyjmował wszechświat i swoje w nim miejsce bez buntu i wzruszając ramionami, wracał do muzyki i książek, do swojego lepszego świata.

Czym przykuł do siebie Scarlett, która go nie rozumiała wcale, Scarlett sama nie wiedziała. Inność jego potęgowała jej ciekawość – niczym drzwi, które by nie miały ani klucza, ani zamka. Wszystko to, czego w nim nie rozumiała, wzmagało jej miłość, a jego dziwne, pełne rezerwy zaloty umacniały tylko w niej postanowienie, że zdobędzie go sobie na własność. Że Ashley oświadczy się jej kiedyś – o tym nie wątpiła nigdy, ponieważ była zbyt młoda i zbyt rozpieszczona, aby znać smak niepowodzenia. Teraz zaś jak piorun spadła na nią ta straszna wieść. Ashley zaręczony z Melanią! Nie, to nie może być prawdą!

Ależ przecie dopiero tydzień temu, kiedy o zmroku wracali z Fairhill do domu, Ashley powiedział: „Scarlett, mam ci coś tak ważnego do powiedzenia, że wcale nie wiem, jak ci to powiedzieć”.

Spuściła oczy skromnie, serce jej zabiło szybko i rozkosznie. Pomyślała, że wielki moment wreszcie nadszedł. Potem Ashley dodał: „Nie teraz! Jużeśmy prawie w domu i nie mamy zbyt wiele czasu. Och, Scarlett, jakimże ja jestem tchórzem!”. I spiąwszy konia ostrogami, szybko pocwałował w stronę Tary.

Scarlett, siedząc teraz na pniu, myślała o tych słowach, które takim ją napełniły szczęściem, i nagle nadała im inne, straszne znaczenie. A cóż, jeżeli chciał jej wtedy powiedzieć o swoich zaręczynach…

Och, oby papa wrócił wreszcie do domu! Nie zniesie tej niepewności ani chwili dłużej. Spojrzała ze zniecierpliwieniem na drogę i znowu doznała zawodu.

Słońce stało teraz poniżej horyzontu i czerwony żar na kraju świata z wolna różowiał. Niebo zmieniało się stopniowo z lazurowego w niebieskozielone i nieziemska cisza wiejskiego zmierzchu kładła się dokoła. Cienisty mrok opadł na pola. Czerwone bruzdy i wyboista wonna droga straciły swą magiczną barwę krwi i stały się zwykłe, brunatne. Za drogą, na pastwisku, konie, muły i krowy czekały spokojnie, położywszy łby na płocie, aż je ludzie popędzą do stajni i obór. Nie lubiły widocznie cienia zarośli brzeżących strumyk na pastwisku, bo strzygły uszami na Scarlett, jak gdyby ceniąc sobie towarzystwo ludzkiej istoty.

W dziwnym półświetle wyniosłe sosny nad brodem, tak soczyście zielone w świetle słonecznym, na tle pastelowego nieba stawały się rzędem czarnych olbrzymów, kryjących leniwą żółtą wodę u swych stóp. Na pagórku za rzeką wysokie kominy białego domu Wilkesów zlewały się stopniowo z ciemnością starych, otaczających go dębów i tylko światełka drobne jak łebki szpilek wskazywały, że w tej stronie mieszkają ludzie. Otaczała Scarlett wilgotna, ciepła balsamiczność wiosny, tchnąca wonią zoranej ziemi i młodych nikłych pędów.

Zachód słońca, wiosna i świeża zieleń nie wydawały się Scarlett cudem. Przyjmowała ich piękno za rzecz tak oczywistą jak powietrze, którym oddychała, i woda, którą piła, ponieważ nigdy świadomie nie szukała w niczym piękna – z wyjątkiem twarzy kobiecych, koni, jedwabnych sukien i innych rzeczy namacalnych. Mimo to pogodny półmrok nad polami Tary przyniósł ukojenie jej niespokojnym myślom. Nie wiedząc o tym wcale, że bardzo kocha tę ziemię, kochała ją nie mniej niż twarz matki pod lampą w czasie wieczornej modlitwy.

Geralda ciągle jeszcze nie było słychać na cichej krętej drodze. Gdyby Scarlett miała czekać zbyt długo, mogła być pewna, że Mammy wyjdzie jej szukać i przy akompaniamencie wymówek zapędzi do domu. Ale w chwili gdy wytężając wzrok, wypatrywała ojca na ciemnej drodze, usłyszała stukot kopyt na pastwisku u stóp pagórka i zobaczyła, jak konie i krowy rozbiegają się w popłochu. Gerald O’Hara wracał pędem przez pola do domu. Wjechał galopem na wzgórze. Z daleka, na rosłym wierzchowcu o cienkich pęcinach, wyglądał jak chłopiec na zbyt dużym koniu. Długie jego siwe włosy rozwiewały się w biegu, poganiał konia szpicrutą i głośnym krzykiem.

Mimo że tak pełna własnych niepokojów, Scarlett przyglądała się ojcu z czułością i dumą, bo Gerald był doskonałym jeźdźcem.

Ciekawam, dlaczego ojciec zawsze tak skacze przez płoty, kiedy trochę wypije – myślała. I robi to stale, mimo tego wypadku w zeszłym roku, gdy złamał sobie kolano. Wcale się nie nauczył rozumu, choć przysiągł mamie pod słowem honoru, że nigdy nie będzie już skakać.

Scarlett nie bała się ojca i była z nim w zażylszych stosunkach niż z siostrami. Skakanie przez płoty i ukrywanie tego w tajemnicy przed żoną napawało Geralda chłopięcą dumą i przekorną radością, bardzo podobną do przyjemności, jaką Scarlett czerpała z każdego podejścia Mammy. Teraz wstała nawet ze swego pnia, aby się ojcu lepiej przyjrzeć.

Wielki koń dobiegł do płotu, zebrał się w sobie i wzbił w górę jak ptak, jeździec zaś krzyknął z zachwytu, śmignął batem w powietrzu, a siwe włosy rozwiały mu się wokół głowy. Gerald nie widział córki stojącej w cieniu. Na drodze ściągnął cugle, klepiąc z uznaniem konia po szyi.

– Nie ma drugiego w całym hrabstwie ani w całym stanie, który by ci mógł dorównać – powiedział z dumą do konia; irlandzki akcent ciążył dotąd na jego wymowie, mimo że Gerald już trzydzieści dziewięć lat mieszkał w Ameryce. Potem zabrał się pośpiesznie do przygładzania włosów, poprawiania zmiętej koszuli i krawata, który przekręcił mu się aż za ucho. Scarlett wiedziała, iż celem tego gwałtownego doprowadzania się do porządku było przekonanie żony, że wracał do domu jak przystało na dżentelmena: spokojnie i stępa. Wiedziała także, że teraz ma dobrą sposobność rozpoczęcia rozmowy bez odsłaniania jej istotnego celu.

Roześmiała się głośno. Gerald przestraszył się tego dźwięku. Potem, gdy poznał córkę, rumiana jego twarz przybrała wyraz na poły wyzywający, na poły zakłopotany. Zsiadł z konia z pewnym trudem, bo kolano miał po swoim wypadku sztywne, i zarzucając sobie lejce na ramię, pokuśtykał do Scarlett.

– No co, panienko? – rzekł, szczypiąc ją w policzek. – A więc szpiegowałaś mnie teraz, tak, jak w zeszłym tygodniu twoja siostra Suellen. Obgadasz mnie pewnie przed mamusią?

W ochrypłym jego, niskim głosie brzmiało oburzenie, ale i nutka pochlebstwa. Scarlett zamiast odpowiedzi mlasnęła tylko językiem o zęby i wyciągnęła ręce, aby poprawić ojcu krawat. Oddech Geralda przesycony był zapachem whisky i mięty. Unosiła się także dokoła niego woń tytoniu do żucia, dobrze naoliwionej skóry i koni – kombinacja zapachów, które Scarlett zawsze łączyła z osobą ojca i bezwiednie lubiła u innych mężczyzn.

– Nie, papo, ja nie jestem plociuchem jak Suellen – zapewniła go, cofając się, aby krytycznym spojrzeniem ocenić jego doprowadzony do porządku wygląd.

Gerald był mężczyzną niskiego wzrostu, miał niewiele więcej nad pięć stóp, ale był tak szeroko zbudowany i kark miał tak gruby, że gdy siedział, ludzie nieznający go mogli przypuszczać, że jest roślejszy i wyższy. Szeroki jego tułów spoczywał na krótkich, mocnych nogach, zawsze wytwornie obutych i zawsze szeroko rozstawionych jak u nadrabiającego postawą małego chłopca. Ludzie małego wzrostu są przeważnie śmieszni, gdy nadrabiają miną, karłowaty kogut jednak cieszy się szacunkiem podwórka. Tak też rzecz się miała z Geraldem. Nikt nie ośmieliłby się nawet pomyśleć, że Gerald O’Hara jest śmieszną małą figurką.

Miał lat sześćdziesiąt, kędzierzawe jego włosy były bielutkie, ale sprytna twarz zupełnie niepomarszczona, a jasnoniebieskie małe oczy pełne beztroskiej młodości człowieka, który nigdy się nie głowił nad sprawami bardziej abstrakcyjnymi niż liczba kart, jakie ma dokupić w pokerze. Miał twarz najtypowiej irlandzką, okrągłą, rumianą, zawadiacką twarz o krótkim nosie i szerokich ustach.