Przebudzeni LOG-1. Zresetowana - Klaudia Michnik - ebook

Przebudzeni LOG-1. Zresetowana ebook

Klaudia Michnik

0,0
39,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

ZARCHIWIZOWANE WSPOMNIENIE

[NIEAUTORYZOWANE]

 

– Arienne… musisz… ukryć… Nie pozwól mu…

 

ZARCHIWIZOWANE WSPOMNIENIE LOG-01

[NIEAUTORYZOWANE | zakończone]

 

„Ukryć”… Słowo, które utkwiło w zresetowanej pamięci Arienne Revan – dziewczyny bez przeszłości i bez prawa do… przyszłości. W Tarkaanie odnajdują ją Imperator Vexar i Alec, dowódca rebelianckiej jednostki Nocturnis Vult. Obaj są gotowi zniszczyć całe światy, tylko po to, by zatrzymać ją przy sobie, lecz kieruje nimi coś zupełnie innego.

 

Z pomocą Nocturnis Vult i dowódcy, który jej nienawidzi, Arienne musi odtworzyć swoją przeszłość z urywków złożonych z krwi, kodu i cieni.

 

Cieni, które wybudzają jej drugą jaźń. A kiedy całkowicie się ujawni... wszystko, co zna, stanie w płomieniach.

 

„Przebudzeni. ZRESETOWANA” to pierwszy tom dylogii – mrocznej, emocjonalnej space opery o wolnej woli, buncie i niebezpiecznych pragnieniach, rozgrywającej się w dystopijnym świecie, gdzie człowieczeństwo ma kod kreskowy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 579

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



OSTRZEŻENIE

Książka zawiera treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich: sceny przemocy fizycznej i psychicznej, wulgarny język oraz motywy o charakterze seksualnym. Przedstawione wydarzenia są elementem fikcji literackiej i nie mają na celu promowania ani usprawiedliwiania takich zachowań.

Dla tych, którzy zaczęli pisać – i nie zamierzają przestać.

Nie czekaj na idealny moment. Niektóre marzenia spełniają się późno.

Ale spełniają się tylko tym, którzy nie przestają próbować.

Nie jestem tylko ofiarą.

Nie jestem tylko potworem.

Jestem wynikiem wyborów, których nie mogłam podjąć.

Ale teraz mam Wolną Wolę.

I pieprzę wasze przeznaczenie.

PROLOG

Ostatni wybór

W piekle nie ma czasu. Tylko decyzje, których żałujesz.

| anonim z archiwów Lux Fracta

MIEJSCE: BRAK DANYCH

DATA: BRAK DANYCH

ZARCHIWIZOWANE WSPOMNIENIE [NIEAUTORYZOWANE]

Czerwone światła alarmowe wściekle pulsowały, odbijając się od metalowych ścian niczym widmo zgasłej gwiazdy – desperacki taniec przed śmiercią. Poza kadłubem rozciągała się tylko nicość: czarna, bezdźwięczna, wieczna. Ale tu, w środku, życie waliło pięściami w ściany, walcząc o każdą sekundę. Iskry sypały się zewsząd, jakby statek sam ogłaszał, że jego koniec jest już przesądzony. Z rur buchała para, a kadłub jęczał z bólu pod własnym ciężarem.

Biegła, trzymając go za rękę. Silną, ciepłą, bezpieczną. Tę, która kiedyś była jej kotwicą, zanim życie stanęło w płomieniach. Jej serce znało tę dłoń lepiej niż własną. Jak ciało, które pamięta dotyk, nawet jeśli głowa zapomniała wszystko inne. Pamiętała, jak pachnie jego skóra, kiedy jest zmęczony i jak jego palce drżą po walce. Czuła to wszystko teraz, w ułamku sekundy, jakby wspomnienie było wgranym na stałe i niemożliwym do wymazania protokołem. Nagle powracające, wywołujące ból zamiast ulgi…

To nie było tylko déjà vu.

To było coś głębszego. Intymniejszego.

Jego twarz – rozmazana jak zbyt wcześnie przerwany sen albo przeszłość ukryta za zasłoną lęku.

Kolejny wybuch wstrząsnął całym statkiem. Gdzieś w głębi pokładów toczyła się walka.

Potknęła się o fragment sufitu, który przed chwilą runął z hukiem. Metal trzeszczał pod butami, a światła migały ostrzegawczo. Ogłuszające strzały przecinały powietrze z metalicznym świstem, odbijając się od ścian.

– Arienne… musisz… ukryć… Nie pozwól mu…

Hałas niemal całkowicie stłumił jego głos. Za to słowo „ukryć” dotarło do niej i utkwiło w pamięci.

Jego spojrzenie – ostre, pewne, znajome, przecięło ją niczym klinga SpectraCore. Nie wiedziała, skąd to uczucie, ale ufała mu całkowicie. Jakby już kiedyś patrzył na nią w ten sposób.

Biegli dalej. Znała ten korytarz, choć rzadko nim chodziła. Wcześniej nie było potrzeby, aż do dzisiaj. Wszystko przez to, że ich znaleźli. Że JĄ znaleźli. Musieli uciekać. Nie mogła trafić w JEGO ręce. Nie pozwoli na to. Imienia nie trzeba było wypowiadać – wystarczyła świadomość, że ON gdzieś tam jest. Czuła jego obecność jak zimno pod skórą. Płuca paliły żywym ogniem. Nie mogła się zatrzymać. Jeszcze nie teraz.

Eksplozja za plecami rzuciła nimi o ziemię. Zderzenie z podłożem było brutalne. W głowie jej huczało, a wzrok zamglił kurz i dym. Poczuła ciepło spływające po czole. Dotknęła skóry, a na jej dłoni pojawiły się ślady krwi.

– …Renn… Jeszcze… – rzucił, podnosząc ją szybko, zmuszając do dalszego, morderczego biegu.

Byli już prawie na miejscu. Czuła to.

Zatrzymał się przed panelem. Ruch dłoni – czytnik błysnął.

Dostęp przyznany

Wpadli do długiego pomieszczenia. Śmierdziało spalenizną i topionym plaststeelem1. Ściany były ubrudzone jakąś cieczą – może chłodziwem, może krwią. Nie miała czasu się nad tym zastanawiać. Wzdłuż ścian stało osiem kapsuł ratunkowych „Proteus-A6”, z czego tylko dwie były sprawne, jeśli wierzyć panelom kontrolnym. Pozostałe najpewniej oberwały podczas jednej z eksplozji.

Podbiegł do najbliższej kapsuły i zaczął wprowadzać dane. Wiedział, że nie mają czasu i że nie chodziło już o ucieczkę, lecz o nią. Tylko ona się teraz liczyła.

Tuż przed tym, jak Arienne zamknęła za nimi drzwi, pocisk o włos minął jej głowę i roztrzaskał panel.

Byli bezpieczni. Chwilowo.

Złapał ją za ramiona i posadził w fotelu.

Zielony pasek ładowania pojawił się na ekranie. Zadrżała. Czuła narastającą w niej panikę – dziką, duszącą, niepodlegającą logice. Serce waliło jej w piersi. Nie ze strachu, lecz z rozpaczy, a każde piknięcie ładowania kapsuły było niczym kolejne uderzenie zegara odmierzającego rozłąkę. Szarpała się, nie chcąc dopuścić do tego, co nieuniknione. Jakby jeszcze mogła coś zmienić. Jakby miała wybór.

Starała się wyrwać z uścisku jego silnych rąk, próbowała mu coś powiedzieć, ale nie było słychać jej głosu.

– Zostań… ZAUFAJ MI… – Jego głos, niski, pełen ciepła, który zawsze rozpalał coś w jej duszy, przebił się do świadomości jak rozkaz z innego wymiaru.

Coś walnęło w drzwi. Pokój się zatrząsł, a metal zaskrzypiał złowieszczo. Tamci próbowali wyważyć właz.

On bez słowa spojrzał na kapsułę obok. W jego oczach widziała spokój i opanowanie, ale też coś jeszcze…

Gdy wejście lekko drgnęło, do środka wdarły się krzyki.

Wyciągnął broń – ciężki blaster Tyrain Mk-V, model taktyczny o podwójnym rdzeniu plazmowym. Nie celował, strzelał instynktownie. Jego twarz znalazła się tuż przy jej twarzy. Pochylił się, ledwo dotykając jej czoła. Wziął głęboki oddech – to miało być pożegnanie.

– Arienne… Przepraszam. – W tych dwóch słowach zawarł całą swoją winę, miłość i swój strach.

Na moment wszystko zamarło. Kurz zawisł w powietrzu, światła przestały migać. Istniały tylko ich oddechy – zdesperowane, ciężkie. Jakby wszechświat zatrzymał się na chwilę razem z nimi.

Wziął jej dłoń i przyłożył do panelu. Pojawił się komunikat:

Inicjuję start kapsuły

Szyba zaczęła się zamykać, a ona krzyczała i desperacko próbowała ją zatrzymać. Na próżno.

Na moment przed zamknięciem dostrzegła symbol wytatuowany na jego przedramieniu. Gwiazda eksplodująca błękitem, rozdarta cieniem. Znała ten znak. We śnie, we wspomnieniu, w dotyku. Przypominał jej tamtą noc pod gwiazdami. Krótką, ulotną, co do której nie miała pewności, czy naprawdę się wydarzyła.

Nie powinna go znać, ale znała. Zbyt dobrze. Tylko nie pamiętała skąd. Chciała mu coś powiedzieć, ale kapsuła już się zamknęła. Słowa uwięzły jej w gardle, jakby nie miały prawa przejść do rzeczywistości. Jakby wszechświat nie pozwalał im zaistnieć.

Zbyt szybko.

Zbyt wiele.

Zbyt mało czasu.

Położyła zakrwawioną dłoń na szybie. Po drugiej stronie on zrobił to samo. Dłonie na szkle – to wszystko, co im zostało. Przez ułamek sekundy Arienne zobaczyła na jego twarzy coś, co nie pasowało do człowieka szkolonego, by nie okazywać uczuć, a jednak teraz coś w nim pękło i chłodna maska opadła. To nie miało się tak skończyć. Ich spojrzenia spotkały się, kiedy kokpit przeszedł delikatny wstrząs. Jego słowa nikły w odgłosach startującej kapsuły.

Laserowe wiązki rozświetliły powietrze nad jego głową. Uniknął ich o milimetry, gdy kapsuła zaczęła oddzielać się od statku.

Rozpoczynam procedurę startu.

Start za: 5… 4… 3…

Ostatnie, co zobaczyła, to błysk jego strzałów. Potem nastał mrok, potem… nicość… Została sama. Krzyk nie mógł się uwolnić z gardła, a echo startującej kapsuły zlało się z dźwiękiem bicia jej serca.

A potem nie było już nic. Tylko cisza. Nie ta chwilowa, nie ta po krzyku. Ta prawdziwa – głucha, absolutna, w której nikt już nie odpowiada.

I w niej… została sama.

1| Plaststeel – zaawansowany kompozyt metalowo-polimerowy o zwiększonej elastyczności i odporności balistycznej, stosowany w uzbrojeniu i infrastrukturze militarnej.

ROZDZIAŁ II

Życie za kredyty

W kosmosie nie ma zagubionych – są tylko jeszcze niesprzedani.

| fragment z „Kodeksu Spedycji Cienia”

MIEJSCE: „Calliope Drift” | Statek handlowy

DATA: Cykl 5 | Dzień 17 | Rok 3143

ZARCHIWIZOWANE WSPOMNIENIE [NIEAUTORYZOWANE]

– Kapitanie, coś dryfuje na wektorze z sektora 17-Gamma – meldował młody nawigator. – Sygnał pasywny. Stary jak galaktyczne grzechy. Kapsuła ratunkowa klasy piątej. Sygnatura zanikła.

„Calliope Drift” – klasa Vyrnex 3.7 – była reliktem minionej ery. Kadłub nosił blizny po latach przemytu, bitew i ucieczek przed patrolami IRiS. Ściany pokrywały warstwy tłuszczu, rdzy i nadziei – tej, którą handluje się w galaktyce częściej niż tlenem. Pokład wibrował cicho pod ciężarem zmęczonego silnika, a wąskie korytarze pachniały starym paliwem, syntetykami i potem załogi, która już dawno przestała pytać: „Dlaczego?”. Zostało tylko: „Za ile?”.

Kapitan Velsh podszedł do konsoli, z zainteresowaniem spojrzał na migający znacznik.

– Dryfuje? Od jak dawna?

– Telemetria sugeruje… około trzysta osiemdziesiąt pięć dni.

– Cholera – rzucił. – Zgarnąć. Jak oddycha, to pójdzie na sprzedaż. Jak gryzie… też się sprzeda. W częściach.

Ekipa techniczna wciągnęła kapsułę przy użyciu ramion serwisowych. Gdy ją otworzyli, wylał się chłód kriogenicznego gazu, a wnętrze zapulsowało bladym światłem awaryjnego zasilania.

W środku była dziewczyna. Oddychała. Jej skóra zdawała się zbyt… idealna. Jakby ktoś renderował ją ręcznie – piksel po pikselu, bez miejsca na błąd. Włosy splątane jakby walczyła z wiatrem, a może to wiatr walczył z nią. Paznokcie – nienaturalnie zadbane. Ubranie? Niewojskowe. Nie miała żadnych wszczepów, tylko na karku dało się dostrzec cienką, niemal niewidoczną kreskę po interfasie. Na czole – stara rana, tak subtelna, że ledwie widoczna.

Pokładowa lekarka przeprowadziła wstępne badania jej stanu zdrowia. Brak fizycznych uszkodzeń, ale za to jej umysł doznał poważnych uszczerbków. Nie wprowadza się ludzi w tak długą hibernację, zwłaszcza w kapsułach ratunkowych. To wszystko spowodowało amnezję u obiektu.

Ocalona otworzyła oczy dopiero po kilku godzinach. Patrzyła nieobecnym wzrokiem. Nie rozumiała, kim jest ani gdzie jest. Jej myśli przypominały oszronione okna – coś za nimi było, ale za cholerę nie mogła tego zobaczyć. Każdy oddech rodził tylko więcej pytań.

– Leż. – Usłyszała za sobą, kiedy próbowała się podnieść. – Musisz odpocząć.

W końcu ją zobaczyła. Starsza kobieta w krótkich, lekko siwych włosach, w medycznym uniformie oraz plakietką z imieniem i tytułem medycznym: „Dr Sel Varo”. Lekarka bacznie się jej przyglądała… jakby bała się, że wybuchnie. A ona rozglądała się nerwowo po pomieszczeniu.

– Gdzie jestem?

Czy to był jej głos? Brzmiał nienaturalnie, obco… Jej głowa była dziwnie pusta – bez mapy, bez treści. Pamięć? Jak zgaszony ekran.

– Spokojnie. Jesteś na statku handlowym – odparła rzeczowo doktor Varo. – Wszystko będzie dobrze, ale najpierw zadam ci kilka pytań, OK? – Nie widząc sprzeciwu, lekarka usiadła na niewielkim, obrotowym krześle obok jej łóżka. Wzięła cyfrowy rekorder i zaczęła robić notatki. – Zapis numer: dwieście czterdzieści siedem. Doktor Sel Varo. – Zerknęła spokojnie na dziewczynę na kozetce. – Pamiętasz, jak się nazywasz?

– Jestem… nazywam się… – Czemu nie pamiętam własnego imienia? – Ja… nie mam pojęcia…

– Jesteś pewna? – zapytała lekarka. – A może… jakiś dźwięk, obraz, fragment?

– Nic. Jakbym wpadła do czarnej dziury. Może nawet… z własnej woli?

Nie miała żadnych wspomnień. Nie znała swojego imienia. Jej oddech przyspieszył. Oczy błądziły po sali. Spojrzała na swoje ręce.

Kim, do cholery, jestem?! Czemu nic nie pamiętam?!

Jej dłonie nie wydawały się jej. Zbyt gładkie, zbyt precyzyjne. Jakby ktoś wytłoczył je z biomasy i kazał wierzyć, że są prawdziwe. Czuła mięśnie, których nie pamiętała. W głowie miała pustkę, ale ciało… miało własną historię. Taką, której nikt jej nie opowiedział.

– Spokojnie, oddychaj – powiedziała łagodnie doktor Varo. – Jeśli wierzyć kapsule, w której cię znaleziono, a biorąc pod uwagę, że jest to kapsuła z systemem biometrycznym, zaprojektowana pod konkretne osoby, to nazywasz się Arienne Revan.

Podanie jej imienia sprawiło, że znajomy dreszcz przebiegł jej po plecach. To było to. Miała imię. A co z resztą…

– Gdzie jestem? – spytała niepewnie, jednocześnie bojąc się tego, co może usłyszeć.

– Jesteś na pokładzie „Calliope”. Zmierzamy na Vireę IX.

– Co się stało?

Lekarka się zawahała. Nie znała odpowiedzi na jej pytanie.

Do sali wszedł wysoki, chudy mężczyzna po pięćdziesiątce. Były oficer handlu kolonialnego, którego zdradził własny rząd. Od tamtej pory żyjący „poza mapą”. Nie uznawał prawa korporacyjnego, a jego interesy często wykraczały poza międzygalaktyczne prawo. Jego cybernetyczne oko przyglądało się bacznie Arienne.

– Kapitan Amon Velsh na pokładzie – dodała lekarka do swojego rejestratora. – Kapitanie.

– Doktor Varo. – Ukłonił się. – Widzę, że nasz gość czuje się lepiej.

– Fizycznie bez urazów. Martwi mnie jej amnezja – odpowiedziała, podając mu raport z badań wstępnych.

– Amnezja? – powtórzyła Arienne. – Ale jak?

– Tylko spokojnie – nalegała lekarka, widząc, że dziewczyna szybko podniosła się z łóżka. – Nie wstawaj.

– Pani doktor – zaczął spokojnie Velsh, oddając jej datapad. – Myślę, że nasz gość chętnie rozprostuje nogi. – Podał rękę Arienne. – Spacer jeszcze nikogo nie zabił, prawda? – dodał pośpiesznie, widząc, że lekarka już otwiera usta, by zaoponować.

Arienne ujęła jego dłoń i niepewnie stanęła na nogi, które lekko się pod nią ugięły. Jak długo ich nie używałam? Miała wrażenie, że nie są jej. Złapanie równowagi zajęło chwilę. Kiedy tylko Arienne się wyprostowała, kapitan zachęcającym gestem zaprosił ją na korytarz.

Mijani członkowie załogi przyglądali się jej z zaciekawieniem. Gdy dotarli na mostek, Velsh usiadł wygodnie w swoim fotelu. Arienne zerknęła przez szybę. Nadal byli w przestrzeni kosmicznej. Daleko przed nimi majaczyła niewielka planeta, na której mieli lądować. Virea IX – tak powiedziała lekarka.

– A więc, Arienne, powiedz mi, co robiłaś w tej kapsule?

Przeniosła wzrok na niego. W głowie dalej miała pustkę.

– Nie mam pojęcia. Mam wrażenie, że ktoś wyczyścił mi umysł gumką do kodu DNA. Liczyłam, że kapitan mi coś powie.

– Mów mi Amon – odparł, drapiąc się po siwej brodzie. – Cóż. Z danych twojej kapsuły zbyt wiele się nie dowiedzieliśmy. Mój technik nad tym pracuje, ale obawiam się, że to ponad jego siły. Komputer pokładowy uległ awarii. Gdybym miał obstawiać, kapsuła dostała odłamkami meteorytów albo innymi śmieciami walającymi się w kosmosie – mówił spokojnie, cicho, ale bardzo rzeczowo. – Telemetria wskazuje, że dryfowałaś ponad rok tylko na systemach podtrzymania życia, bez lokacji docelowej. Nie wiem, jakie cholerstwo cię wrzuciło do tej kapsuły, ale miałaś szczęście, że mój nawigator cię wypatrzył.

Arienne przetwarzała w głowie jego słowa. Straciłam rok życia w tej puszce! Nie. Chyba się pomylił. Musiał się mylić!

– To niemożliwe…

– Powiem szczerze, młoda – zaczął, patrząc jej w oczy. – Ratuję tylko tych, na których da się zarobić. Jesteś inwestycją. – Wszystkie pozytywne uczucia do tego człowieka uleciały z niej jak powietrze z rozszczelnionego statku. – Nikt cię nie szuka, nie ma cię w rejestrach. Domyślam się, że to zasługa tych, którzy usunęli ci wszczep – dodał, wskazując palcem na niewielką bliznę na jej szyi.

Arienne nieświadomie jej dotknęła. Wiedziała, że powinna wyczuć coś pod palcami, ale nic tam nie było. Ktoś faktycznie zadbał o to, by nie można jej było zidentyfikować. Ale dlaczego…

Nawet nie zauważyła, kiedy kapitan znalazł się obok niej i szybkim ruchem założył jej na rękę podejrzanie wyglądającą opaskę. Palce Velsha były zimne, spracowane, ale pewne siebie. Zdecydowanie nie pierwszy raz zakładały komuś obrożę, zanim ten zdążył się zorientować.

Arienne w jednej sekundzie zrozumiała, że nie została uratowana. Została zarekwirowana. Serce jej zamarło. Coś w oczach Amona – błysk rutyny albo chłodu – powiedziało jej, że jest tylko transportem. Ciałem. Ładunkiem.

Szarpnęła za bransoletę, zanim zdążyła pomyśleć. Prąd elektryczny przeszedł przez jej ciało i wgryzł się w nerwy. Upadła, dławiona napięciem, które było zbyt świadome, zbyt osobiste. To nie był impuls, tylko rozkaz: „masz się słuchać”. W głowie – trzask. Migawka. Ciemność przeszyta światłem. Krótkie echo jakiegoś głosu: „Walcz!”, które zaraz zniknęło. W dłoniach mrowienie, jakby jej nerwy chciały się wypisać z kontraktu na życie.

To nie był tylko ból, a raczej sygnał ostrzegawczy od samej rzeczywistości: „jesteś tylko pakunkiem. Masz przetrwać dostawę. Nic więcej”. Ale coś w niej, coś zbyt uparte, by umierać, zbyt wściekłe, by się poddać, już wtedy zaczęło szukać sposobu na odwet.

– Radzę nie robić tego ponownie – skwitował ironicznie Velsh, siadając z powrotem w fotelu. – Ta bransoleta ma więcej klasy niż dziewięćdziesiąt procent mojej załogi. I nie dyskutuje.

– Dlaczego to robisz?! – krzyknęła Arienne.

– Dziewczyno – zaczął leniwie. – Ludzie to ładunki. Nie pytasz, co wieziesz. Pytasz, ile na tym zarobisz.

Na mostek wszedł postawny mężczyzna przypominający górę mięśni, z cyber ramieniem górniczego typu. Stanął pod ścianą i czekał. Był jak monolit z mechanicznym sercem. Nie mówił – nie musiał. Czuć było, że jego obecność nie służyła ochronie. Służyła przymusowi. Każdy krok brzmiał groźnie. A każdy ruch był dokładnie tym, co należało do protokołu „siły ostatecznej”.

Arienne dopiero teraz zauważyła migający, czerwony guzik pod ręką kapitana. To on go wezwał.

– Za kilkanaście minut lądujemy na Virei IX – zakomunikował Velsh. – Nie spodziewaj się cudów. To zabita dechami kosmiczna dziura. Mam tam interes do ogarnięcia. A co się tyczy ciebie… Zobaczymy, kto da więcej.

Cynicznym wzrokiem zlustrował ją od góry do dołu, wzbudzając w Arienne obrzydzenie. Miała ochotę urwać mu łeb.

– Grohl – zwrócił się do osiłka pod ścianą, który natychmiast stanął obok. – Zaprowadź nasz „ładunek” do jej „kajuty”.

Sparaliżowana strachem Arienne patrzyła, gdy Grohl ruszył w jej stronę. Podłoga zadrżała pod jego krokami. Wydawało się, że sam statek bał się mu sprzeciwić.

Wyrósł przed nią jak wieżowiec, a ona sięgała mu raptem do klatki piersiowej. Poczuła jego mocny uścisk na swoim ramieniu. Jej ciało zareagowało samo – pamiętało każdy możliwy sposób ucieczki. Ale umysł… nie miał pojęcia, skąd znał ten odruch. Jednak jej opór był bezcelowy. Była zbyt słaba.

Wyprowadził ją z mostka siłą.

Szarpnęła się ostatni raz, desperacko – jakby mogła wyrwać się z tej rzeczywistości. Nic. Uścisk Grohla był niczym stalowe ramiona losu – zimny, nieubłagany. Mężczyzna wepchnął ją do środka, a drzwi zamknęły się z sykiem.

Pokój okazał się niewielką, kompletnie pustą celą bez okna. Trumna dla kogoś, kto jeszcze nie umarł. Cichy szum wentylacji, przypominał szept, „że nie ma, dokąd uciec”. Zimna podłoga. Twarda, brutalna rzeczywistość. I jedyne drzwi zamknięte od zewnątrz.

Nie wiedziała, co ją czeka na Virei IX. Nie wiedziała, czy przeżyje… Oparła się o zimną ścianę, zamknęła oczy i pierwszy raz od przebudzenia… poczuła gniew. Prawdziwy i rozsadzający, zaciskający się wokół niej jak stalowy sznur. Ale gniew to też paliwo. Gniew to ostrze, które możesz złapać, jeśli tylko nie boisz się krwi. Arienne jeszcze nie wiedziała, kim jest. Wiedziała jedno – nie należała do nikogo. I nigdy nie będzie niczyim towarem. Coś w niej, niemal bezgłośnie, mówiło: „Przeżyjesz. I jeszcze się policzysz z tym skurwielem”.

ROZDZIAŁ IV

Ciemność, która mówi

Niektóre moce budzą się wtedy, gdy wszystko inne milknie.

| cytat z zakazanej publikacji o Przebudzonych

MIEJSCE: Tarkaan | Tory Przemysłowe | Sektor 12

DATA: Cykl 11 | Dzień 17 | Rok 3144 | Godzina: 23:41

Noc w sektorze 12 była cicha i gęsta. Całe miasto wydawało się wstrzymywać oddech, jakby samo wiedziało, że coś się wydarzy. Latarnie zgasły. Drony zniknęły. Nastała cisza przed czymś większym. Jedynie chłodna poświata księżyca odbijała się od podniszczonych torów i zardzewiałych kontenerów, tworząc złudzenie ruchu tam, gdzie nie powinno być niczego.

Arienne zeskoczyła z Red Echo kilka przecznic przed celem. Nie było sensu ryzykować. Roboty XT-7 nafaszerowano czujnikami. Uruchomiła prototypowy zagłuszacz od Eirine, dzięki któremu po prostu nie istniała. Nie zamierzała dać się namierzyć.

Ubrana na czarno, z kapturem naciągniętym na oczy, poruszała się w cieniu niczym zjawa. Serce biło jej szybciej niż powinno, ale nie ze strachu. To był instynkt, jak u drapieżników czyhających na ofiarę. Kolejna dawka adrenaliny, którą uwielbiała.

Czuła, że ciało przechodzi w inny tryb – jakiś ukryty protokół aktywował się tylko wtedy, gdy wisiało nad nią niebezpieczeństwo. Nie było miejsca na strach. Tylko kalkulacja. Czyste działanie.

Coś w niej… lubiło to uczucie. Nie miała pojęcia, skąd u niej ten pociąg do niebezpieczeństwa. Nie wiedziała, gdzie nauczyła się tak strzelać. Arienne nigdy nie spudłowała. Zawsze trafiała idealnie, prosto w cel. Ale dzisiejsza robota miała być inna. Pod osłoną nocy, w ciszy.

XT-7 nigdy nie patrolowały samotnie. Okazja idealna.

Przemknęła przez plątaninę metalu, gruzu i kabli dawnego magazynu. Blacha trzeszczała niebezpiecznie pod jej stopami. Każdy krok stawiała z precyzją. Jeden błąd mógł ją słono kosztować.

Plan był prosty: zneutralizować, zdemontować, zwiać. Robiła to już setki razy.

Podkradła się niezauważenie do rozdzielni energetycznej, gdzie Korra wskazała pozycję XT-7 i wspięła się na kontener.

Jej cel stał nieruchomo, skanując otoczenie. Samotny, zapomniany wartownik.

Arienne chwyciła TermoZer Delta-6. Stary model zwiadowczy z czasów oblężenia Raxium. Detekcja cieplna, rozpoznawanie uzbrojenia, a nawet widzenie przez cienkie panele Xerytu. Grat z duszą. Termowizja: czysta.

Zsunęła się z kontenera, sięgając do plecaka. Wyciągnęła granat elektromagnetyczny wielkości ludzkiego oka. To niepozorne ustrojstwo generowało energię, która z łatwością potrafi wytrącić z rytmu czujniki robota. Kilka sekund – tyle miało wystarczyć, by zdążyła dobiec do XT-7, wpiąć chip w port serwisowy i uruchomić kod hakerski od Eirine.

Trzy… dwa… jeden.

Granat, impuls. Oczy robota zgasły na ułamek sekundy. To wystarczyło.

Arienne ruszyła jak z procy. Bieg, ślizg, wpięcie.

– Aktywacja. Kod: Eagle-One – wyszeptała.

Robot zawibrował, system zaczął się przeładowywać:

Przeciążenie układów. Stan: Krytyczny

IronGuard zamarł, opuszczając ramiona.

Mam cię. Zwycięstwo.

A potem go rozkręciła. Z precyzją, którą znała tylko ona. Jakby było to coś więcej niż demontaż. Jakby ten złom był winny całemu pierdoleniu wszechświata. Każdy klik śruby brzmiał jak wyrok cofnięty w ostatniej sekundzie. Czuła pod palcami opór materiału, który znała zbyt dobrze. Jakby rozbierała samą siebie z dawnych błędów. Albo cudzych grzechów.

Robiła to z łatwością. GraveSkate rozbierała i składała dla sportu. Ręce działały szybciej niż myśl – może to nie ona nimi sterowała, tylko wspomnienie, które jeszcze się nie obudziło. Nie była pewna, skąd wie, co robić. Ktoś zaprogramował jej ciało bez pytania. Czasem nie umiała sobie przypomnieć poszczególnych nazw narzędzi, ale doskonale wiedziała, do czego ich używać.

Odkręcała właśnie ostatni moduł i wtedy go usłyszała.

Zanim jeszcze pojawił się w polu widzenia, poczuła to. Metaliczny rezonans w powietrzu. Powtarzający się dźwięk. Nie kroki – raczej werble zwiastujące egzekucję. Jedno stalowe tupnięcie. Potem drugie. I trzecie.

A potem… cień. Nienaturalnie długi. Zniekształcony. Nie niosący ze sobą człowieka. Metaliczny trzask. Hydrauliczne westchnienie.

Arienne zamarła.

MECH.

– Kurwa, poważnie?!

Trzy i pół metra chodzącej zagłady, które miało w dupie prawa obywatelskie. Jego karabin przypominał hybrydę wyrzutni plazmy i karabinu gaussa, z lufą pulsującą energią, która potrafiła roztopić stalową bramę w sekundę. Opancerzony niczym forteca i wkurzony jak burza piaskowa. EGX-1: ENFORCER. MECH egzekucyjny IRiS. Karabin plazmowy już ładował się z wysokim piskiem.

– Obywatel nieautoryzowany. Ustąp z terenu operacyjnego  – wycharczał syntetyczny głos.

Arienne rzuciła się w bok, a plazmowy strzał przepiłował powietrze tuż nad jej głową, roztapiając fragment chodnika.

EGX-1 ruszył do przodu.

Używała wszystkiego, co miała: ładunków EMP, min z odzysku, szklanych flar i improwizowanych zakłócaczy. Ale MECH tylko zwalniał. Nie zatrzymywał się. Oddawał strzały jak automat piekła karmiony gniewem, bez zawahania, bez serca.

Arienne rzuciła granat dymny i schowała się za wrakiem starego pojazdu, szybko kalkulując możliwe scenariusze. Nie była przygotowana na takie komplikacje. To miała być prosta akcja. Roboty nie były nie do pokonania, ale nie miała przy sobie aż takiego arsenału.

Wtedy SynX zapiszczał.

Powiadomienie od Luciena: Nie zapomnij o przesyłce!

– Serio, Lucien?! TERAZ?!

MECH dostrzegł sygnał. Zlokalizował.

Ledwo udało się jej odskoczyć od wraku, zanim potężny strzał roztrzaskał go na kawałki. Nie zdążyła się podnieść z ziemi. Uderzył ją hydraulicznym ramieniem, rozcinając jej ramię. Odbiła się od ściany niczym paczka pocztowa. Przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest góra, a gdzie dół. Wszystko wirowało. Coś w boku trzasnęło, jakby żebra zsunęły się z zawiasów. Metaliczny smak krwi rozlał się w ustach.

Poczuła, że świat wiruje, a krew wycieka z rany na ramieniu i głowy. Pulsujący ból.

– To była moja ulubiona kurtka, ty chromowany pojebie!

MECH zbliżał się powoli. Echo jego kroków niosło obietnicę końca. I każdy celował w nią. Jego karabin skierowany był na jej klatkę piersiową. Strach ją sparaliżował. Nie mogła się ruszyć.

Coś zadrżało. Miała wrażenie, że jej żyły rozżarzyły się do białości. Jakby wszechświat po raz pierwszy powiedział: „Słucham cię”. I ten głos w jej głowie: „Nie jesteś zwyczajna. Jesteś jedną z Przebudzonych”.

Jej strach coś wyzwolił. Coś głębszego. Jakby jej umysł przemówił głośniej niż kod maszyny. Linie kodu przestały być dla niej tekstem. Stały się muzyką. Słyszała ich rytm i była przekonana, że znała ten język od urodzenia. Wewnątrz niej coś się skręciło, serce przyspieszyło, a mózg rozbłysł światłem. Nie widziała robota, ale czuła: sieć, pętle kodu. Warstwy sensoryczne MECH-a. Jego podsystemy rozłożyły się przed jej umysłem niczym mapa.

Widziała jego układ nerwowy. Maszynowy. Pajęczyna składająca się z impulsów, napięć i komend. Może przełamać je wszystkie. W głowie słyszała tętniące echo komendy… Nie swojej, ale znajomej.

„Zgaś go. Teraz”.

Oczy Arienne rozświetliły się krótkim, złotym blaskiem. Powietrze wokół niej zgęstniało. Światło wewnątrz niej rozpychało się, szukając ujścia. W jej krwi zakodowano coś więcej niż geny. A potem czas zwolnił.

Wyprostowała się, ściskając powietrze, jakby ściskała robota za serce. Gdyby je miał. Widziała go, była w jego wnętrzu. Czuła każdą śrubę. Każde napięcie w kablu. Jakby trzymała jego duszę na linie danych. Jakby jej myśli nie były już wyłącznie ludzkie. Coś wewnątrz niej, może ukryty kod, może pierwotna wersja siebie, przejęło kontrolę.

Wiedziała już, co robić.

– Wyłącz się – wyszeptała przez zaciśnięte zęby. – WYŁĄCZ SIĘ, DO CHOLERY!

MECH zawibrował. Jego karabin opadł. Czerwone światła zgasły.

Błąd systemu: Nieautoryzowane zakończenie procedury

I cisza. Tylko jej oddech i syk dymiącej zbroi. System uległ jej woli…

Arienne trzymała się za krwawiące ramię. Oddychała, jakby przebiegła cały sektor.

– Co to… kurwa… było?

Klęczała dysząc, ze łzami w oczach i dłońmi pulsującymi energią, której nie rozumiała. Wiedziała, kim są Przebudzeni, ale nie zdawała sobie sprawy, że jest jedną z nich.

Nie była pewna, jakim cudem dała radę wykręcić cenniejsze moduły z wraku. Adrenalina wciąż buzowała w jej żyłach. W końcu musiała odpuścić, kiedy ból w ramieniu stał się nie do zniesienia.

Z kieszeni wyciągnęła SynX. Napisała krótką wiadomość do Eirine:

Mamy kłopot. Ale chyba tym razem… ja nim jestem.

Klik. Wyślij.

Kiedy wracała przez opustoszałe ruiny, czuła się jak ktoś inny.

To nie był koniec akcji. To był początek końca czegoś większego. Początek przebudzenia… i koniec złudzenia, że kiedykolwiek była zwykła.

***

MIEJSCE: Tarkaan | Strefa Handlowa | Warsztat Patch&Run

DATA: Cykl 11 | Dzień 18 | Rok 3144 | Godzina: 00:41

Drzwi Patch&Run eksplodowały dźwiękiem, rozrywając nocną ciszę. Warsztat wyglądał jak miejsce stworzone przez paranoika z obsesją na punkcie recyklingu. Części robotów, przewody, połowy syntetycznych twarzy i zardzewiałe interfejsy leżały na półkach niczym trofea. Zapach smaru i nadpalonego syntoplastu8 przypominał dom tylko komuś, kto nigdy nie miał tego prawdziwego. Neony ledwo zipały, rzucając zielonkawe światło, w którym wszystko wyglądało jak scena z koszmaru o technologicznej apokalipsie.

Wkrętak Eirine wypadł z dłoni, zanim jej mózg zdążył zarejestrować hałas. Z podłogi podniosła go w sekundę, gotowa rzucić nim w intruza. Ale kiedy zobaczyła, kto stanął w drzwiach, omal nie krzyknęła.

– Arienne?!

– Pisałam – rzuciła, opierając się o ścianę.

Arienne ledwo trzymała się na nogach. Jej ubranie było poszarpane, skóra okopcona i brudna. Prawa ręka była cała zakrwawiona. Z opuchlizną na boku i rozcięciem przez pół ramienia. Spod kurtki sączyła się ciepła krew, plamiąc podłogę warsztatu.

– Zamknij drzwi – wysyczała, osuwając się na najbliższy fotel.

– Co się… do cholery, stało?! – Eirine już była przy niej, z oczami wielkimi jakby zobaczyła własną śmierć w zwolnionym tempie. – Wyglądasz jakbyś przeszła przez silnik plazmowy!

– Prawie… – Arienne parsknęła pół śmiechem, pół jękiem. – Tylko gorzej. Bo silnik nie strzela granatami i nie ma hydraulicznych łap.

Eirine jednym ruchem zerwała rękaw kurtki, wyciągając z szuflady zestaw medyczny. Arienne jęknęła. Nie z bólu w ramieniu – ubolewała nad kurtką. Pulsacyjny skaner zawył cicho.

– Wiesz, kurwa, że nie jestem lekarzem, prawda?

– Nie jojcz, tylko działaj. – Skrzywiła się Arienne.

– Dowiem się wreszcie, co się stało? – zapytała Eirine, polewając ranę środkiem dezynfekującym.

– MECH.

– Ja pierdolę – syknęła Eirine. – A co z naszym „nie wychylaj się” – dodała, robiąc w powietrzu niewidzialny cudzysłów. – Przecież mógł cię zabić!

– Ledwo mnie drasnął.

– Drasnął?! – oburzyła się przyjaciółka. – Prawie odjebał ci rękę!

Arienne przewróciła oczami, jakby spotkanie z EGX-1 było towarzyskim wydarzeniem, a nie walką na śmierć i życie.

– Nie miało go tam być – dodała bezceremonialnie.

– Wykończysz mnie kiedyś. Przysięgam.

Eirine oczyściła ranę i zabrała się do szycia. SutureLine AX-7 – nowoczesne urządzenie, nitkowało ranę laserowo-proteinowym włóknem i jednocześnie przyspieszało regenerację – drżało w jej dłoni. Nie pierwszy raz składała ją do kupy, ale nigdy jej nocne eskapady nie kończyły się spotkaniem z MECH-em. Arienne nie krzyczała podczas zszywania rany. Nie dlatego, że nie bolało – tylko dlatego, że coś w niej zaczęło lubić ten ból. Jakby był… znajomy.

– Masz szczęście, że żyjesz – skwitowała Eirine. – EGX-1 to nie…

– To nie było szczęście – przerwała jej. – Ja go po prostu… wyłączyłam…

Eirine zamarła w pół ruchu.

– Co masz na myśli, mówiąc „po prostu”? – Głos jej się załamał, zdradzając lęk, którego nie potrafiła ukryć.

– Po prostu kazałam mu się wyłączyć. I on to zrobił. Bez dotykania. Bez hakowania – mówiła wolno, akcentując każde zdanie.

Eirine spojrzała na nią, jakby widziała ją pierwszy raz. Cisza zawisła między nimi niczym napięty kabel wysokiego napięcia. Wystarczyło jedno słowo, by wszystko jebło.

– Powiedz to jeszcze raz. Od początku.