Prosto z Sherwood -  Krystyna Kwiatkowska - ebook

Prosto z Sherwood ebook

Krystyna Kwiatkowska

0,0

Opis

[PK]

Ja, ty, on - wszyscy, zagubieni w miejskiej dżungli, pewnego dnia możemy się znaleźć w prawdziwym lesie. To niebezpieczne miejsce. Leży na skraju światła i ciemności, wymyka się tyranii nagród i kar. Tam się żyje poza prawem. Z tego miejsca wszystko wygląda zupełnie inaczej... Można tam dojść cudzymi ścieżkami, ale wraca się tylko jedną, własną, o której indiański szaman powiedziałby: ta ścieżka ma serce, a my zaśpiewamy w starej celtyckiej mowie: dzikie, wolne, radośnie smutne.Jeżeli mamy odwagę. "Sherwood" to najlepsza książka od czasów "Mistrza i Małgorzaty".

ISBN 8372556962

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

Książka dostępna w zasobach: 

Miejska Biblioteka Publiczna w Tczewie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 143

Rok wydania: 2000

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PUBLICZNA ia

KRYSTYNA KWIATKOWSKA

Prosto z Sherwood

KRYSTYNA KWIATKOWSKA

Prosto

n

YV7

Prosto

zSherwood

H-^rósz-ynski i

WARSZAWA 2000

Copyright © by Krystyna Kwiatkowska 2000

Projekt graficzny serii Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce

Redaktor prowadzący serię Arkadiusz Nakoniecznik

Redakcja

Aldona Kubikowska

Redakcja techniczna Elżbieta Babińska

Mietka ■'■biioteb Publiczna

1 p&a nr 8 WYPOżYCZsi^ '•.'r;«c^T«c uio uorowych

83-l'iO TCZEW__

uł. Kościuszki 1, td> 572.779-l98

Korektor Michał Załuska

Łamanie Monika Lefler

ISBN 83-7255-696-2

Fantastyka Wydawca:

Prószyński i S-ka SA 02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

Druk i oprawa:

Opolskie Zakłady Graficzne S.A. 45-085 Opole, ul. Niedziałkowskiego 8-12

Dziękuję Ci, Przyjacielu Mojego Dzieciństwa, że odpowiednio wcześnie nauczyłeś mnie odróżniać dobroć od jej błyszczących, utytułowany cli pozorów;

że odpowiednio wcześnie dałeś mi cień pojęcia o tym, czym jest normalność i jak ją. zacRować w nienormalnych czasach.;

że po części dzięki Tobie mój świat na zawsze pozostał zielonym łasem i nigdy nie wypełnił się betonem i abstrakcją.

I wish You were here.

Dziękuję teź mojej Mamie za pierwszą wycieczkę do Sher-wood za pośrednictwem niezapomnianej książki Howarda Py1e'a;

Marysi Oberman, która w odpowiedniej chwili przypomniała nazwisko Jerzego Krzysztonia, tłumacza Py1e'a;

Elizie Ogrodowczyk, za wieczór przy ognisku, gdy rodziły się pomysły niektórych opowiadań;

Maćkowi Ogrodowczykowi za szachy i „dziurę w prawie całym"; Witołdowi hr. Jabłońskiemu za pomysł tytułu;

Joasi Chrzanowskiej, Ewie Kwiatkowskiej-Błoomi Sławkowi Kosmynce, profesorowi Jerzemu Poradeckiemu, Andrzejowi Rostockiemu, Darkowi „Bestii" Skowrońskiemu, Jackowi Zającowi i innym sympatykom tej książki za pomoc i wsparcie duchowe; tygodnikowi „Verte" za wierne kibicowanie;

wydawnictwu Adi za nadzwyczajną współpracę;

zespołowi Open Fołk za „Branie"

Chłopaki, kocham Was!

Krystyna Kwiatkowska

Heros

TT

I I porałem się wreszcie z tą cholerną reklamą kleju „Heros".

To był koszmarny miesiąc. Byłem bez grosza, a firma odrzucała jeden pomysł po drugim. W końcu zgodzili się na Herkulesa. To się spodobało, bo Herkules to też heros, tak jak klej.

Wziąłem czek i poszedłem się przejść. Na nic więcej nie miałem już siły tego dnia. Była wiosna, słoneczny poniedziałek, a ja miałem czterdzieści pięć lat, równowartość miesięcznych świadczeń w kieszeni i czułem się jak szmata.

Kiedyś byłem pisarzem. Za komuny. To se ne vrati - nigdy już nie będzie się pisać tak jak wtedy: przeciw komunie, pod nosem komuny, na złość komunie, a czasami nawet tak, jakby jej w ogóle nie było. Teraz nie ma jej naprawdę i pustka, jaka po niej została, chwilami mnie przeraża. Nie powinienem narzekać. Chcieliście Polski, no to ją macie. Naprawdę nie mam prawa narzekać. W tym, co się stało, była kropla także i mojej żółci. Miałem jej dużo. Miałem też wielu przyjaciół.

Teraz przyjaciele robią biznes albo chlipią kuroniówkę, a ja stałem się nikim. Nikt już nie chce wydawać moich książek. To się nie sprzeda, mówią. Panie Marku, pisz pan coś dla ludzi, no wie pan, trochę dupy, trochę mordobicia, i żeby nie trzeba było sobie łamać głowy.

Nie umiałem. Wstyd się przyznać, próbowałem parę razy i zawsze któryś z moich bohaterów musiał zrobić albo chociaż powiedzieć coś nie dla ludzi. Tymczasem oszczędności topniały i wreszcie przyszedł moment, gdy jak niepyszny zapukałem do drzwi

agencji reklamowej.

Naiwnie sądziłem, że z moim nazwiskiem od ręki dostanę jakiś przyzwoity etat, ale tam w ogóle nie znali mojego nazwiska. Musiałem zaczynać od zera jak jakiś pętak z ulicy. Dość szybko jednak zdołałem pojąć, o co chodzi: wciskać jak największy kit jak najtańszym kosztem. Stałem się w tym dobry, czasami nawet sam szef klepnie mnie po ramieniu, a jego sekretarka zrobi mi kawę. Skumbrie w tomacie, pstrąg.

- Pstrąg? - roześmiał się ktoś obok mnie. Czy powiedziałem to głośno? Sam do siebie? Podniosłem głowę... gdzie ja w ogóle jestem?

Szedłem do parku, ale to, co mnie otaczało, nie było parkiem. To był prawdziwy las, jakaś kaduczna, wiekowa puszcza, której żadną miarą nie powinno tu być. A parę kroków ode mnie stał, lekko oparty o pień starego dębu, jakiś równie niemożliwy osobnik w kapturze, z mieczem przy boku i łukiem na plecach.

- Nie poznajesz mnie? - zapytał. - To ja, Robin Hood, przyjaciel twojego dzieciństwa.

Wszystko jasne. Głęboki regres psychiczny. Słyszałem o czymś takim. Pewnie za chwilę spotkam gąskę Balbinkę z Kubusiem Puchatkiem.

Dlaczego właśnie mnie musiało się to przytrafić?

Nie dał mi czasu na dłuższe rozmyślania nad stanem mojego ducha.

- 0 co chodziło z tym pstrągiem? - zapytał obcesowo.

- Dużo by tłumaczyć.

Przeklęta hermetyczność polskiej literatury. Kiedyś, na międzynarodowym sympozjum, pewien Francuz chciał się dowiedzieć, czemu polskie wesele jest takie smutne, co to jest chochoł i co to wszystko razem ma wspólnego z chińską polityką. Po dziesięciu minutach męczarni skapitulowałem, a on wtedy dobił mnie pytaniem, co to takiego ta dzięcielina pała. Na myśl o kolejnych takich dziesięciu minutach poczułem ciarki.

- Jesteś tu obcy... - zacząłem, lecz przerwał mi z oburzeniem:

- Ja - obcy? - zapytał z oburzeniem. - Znasz mnie od takiego. Komu zawdzięczasz pomysł, by nakraść cukierków i rozdać kolegom?

Pomysł, tak. I lanie też.

Kto ci podsuwał argumenty w tej pyskówce z katechetą? to dodawał odwagi, gdy pisałeś esej o świętych krowach? - Nagle zmiękł, dorzucił ciepło: - Wiem, nie myślałeś wtedy o mnie, ale ja myślałem o tobie.

W gruncie rzeczy nie miałem powodów, by wypierać się tej znajomości. Ze wszystkich bohaterów moich dziecinnych lektur on jeden traktował mnie poważnie. Mówił bez ogródek, że świat jest parszywy, ale w tym parszywym świecie można żyć całkiem wesoło i jeszcze zrobić coś dobrego. To on, nie kto inny, zaszczepił we mnie pierwsze wątpliwości. Nauczył brać autorytety pod lupę, a tym, którzy mają władzę, zawsze patrzeć na ręce. Wyczulił na hipokryzję, przekonał bez trudu, że z tym całym dobrem i złem nie zawsze jest tak, jak się z pozoru wydaje. A nade wszystko zaraził mnie swoim śmiechem, a śmiech był w mojej rodzinie nad wyraz deficytowym artykułem. Podobno nie było powodów, by się śmiać. Ale ja, na przekór wszystkiemu, nauczyłem się ich szukać.

Tego się nie zapomina.

Poczułem jakieś smętne, zażenowane wzruszenie. Jakbym nagle dostał misia, którego odmówiono mi w dzieciństwie.

- Witaj - uśmiechnąłem się niepewnie.

Odwzajemnił ten uśmiech i podał mi rękę. Zwyczajnie, jak stary znajomy.

W porządku, pomyślałem, czy to tak źle mieć znowu sześć lat?

- To o co chodziło z tym pstrągiem?

A jednak mam dużo więcej lat niż sześć.

- Ano o to — wypaliłem — że nic nie jest takie, jak miało być. Że przez całe życie walczyłem o coś, co teraz mnie zabija. Ze już nie jestem pisarzem. Że muszę robić ludziom wodę z mózgu, żeby

nie zdechnąć z głodu. Że...

Sam nie wiedziałem, że słowo „pstrąg" zawiera w sobie aż tyle treści.

- Że coś się skończyło - pokiwał głową. - Zapewne dzieciństwo.

- Zapewne.

Nie chciałem drążyć tego tematu. Nie teraz, kiedy sam zna a-

złem się w bajce.

- Nie jesteśmy w bajce - zaprzeczył Robin Hood.

- A gdzie?

- Może w reklamie? „My w Sherwood nie boimy się dentysty, bo używamy pasty, jak jej tam, z fluorem".

- Po co ta ironia?

Spojrzał na mnie z ukosa i milczał chwilę, gryząc źdźbło trawy. Nagle wypluł je energicznie i zaklął przez zęby.

- Nie wiem - powiedział. - Zaplątałeś się, przyjacielu. Fatalnie się zaplątałeś. Trzeba znaleźć jakieś wyjście. Przecież musi być na tym świecie coś, czego się nie da... skomercjalizować, tak? Tak to nazywacie? No wiesz, coś, czego się nie da sprzedać ani kupić...

Czyżby mówił o duszy? Ale nawet dusza, przyjacielu, zawsze bywała przedmiotem handlu. Podobno można było za nią kupić całkiem niezłe rzeczy. Czyżbyś o tym nie wiedział? Ach, ty nieuleczalny idealisto...

- Wiem - kiwnął głową - zjawiam się nie w porę. Świat się zmienił. Takich jak my zamyka się w bajkach, tresuje do reklam, czasem próbuje przekupić jednym czy drugim filmem. Jesteśmy niebezpieczni, prawda? Wnosimy niepokój. Wiatr. Zapach lasu. Ogień. Tęsknotę. Śmiech.

- Wolność.

- Tak, wolność.

W ciszy, która zapadła, gdzieś całkiem blisko odezwała się kukułka. Przez chwilę słuchałem jej bezmyślnie. Ile jeszcze lat, kukułeczko? I jakich lat? Wolność, którą wywalczyliśmy, rozpadła się na milion małych, skłóconych wolności. Co je łączy? Może już tylko klej „Heros"? I nie mów mi, proszę, o wietrze, ogniu i tęsknocie.

- To chyba... nie dla ludzi - zaśmiałem się gorzko i nieszczerze. - Jak moje książki.

Znów zapadło milczenie. Przyjaciel mojego dzieciństwa długo zastanawiał się nad odpowiedzią. Wreszcie powiedział cicho:

- Myślę, że kiedy pamięta się o paru prostych rzeczach, wtedy wszystko jest... dla ludzi. Nawet — uśmiechnął się — telewizja. Tylko trzeba pamiętać o tych paru prostych rzeczach. I może też o ilku nie całkiem prostych. To dziwny las - przeciągnął wzro-

lem po koronach pobliskich drzew. - Bardzo dziwny. Można tu odnaleźć drogi w głąb czasu, do zamku Graala i jeszcze dalej, do jaskiń druidów, jeziora Ninian i zatopionego miasta Ys.

- Tych dróg już nie ma - mój własny głos wydał mi się jakiś obcy, gdy to mówiłem. - Porosły trawą i tarniną. Nikt nimi nie chodzi, bo i po co.

- Wiem - skrzywił się. - Liczy się tylko przyszłość. Rozwój, tak? A jeśli teraz ja z kolei zapytam: po co?

- To nie będę umiał odpowiedzieć. Czego się spodziewałeś? Już nie jestem pisarzem. Nie filozofuję. Mam rodzinę na utrzymaniu. Muszę kupić komputer dla syna. Zapłacić czynsz. Chcesz prowadzić ludzi do Ys? Kiedy? W najbliższy weekend? A może ktoś da się namówić na krótki wypad w drodze z pracy do domu? Nie, mój drogi. Nie tylko ja dorosłem. Świat zrobił to samo. Nie mamy czasu na bajki.

- Ani chęci - dodał poważnie. - W bajkach jest zawsze jakiś sens, a wasze... twoje życie nie ma sensu. Mam mówić dalej?

- Nie. To i tak niczego nie zmieni.

- Kiedyś - powiedział z namysłem - broniłem ludzi. Teraz mogę ich już tylko niepokoić. Tak, chyba naprawdę coś się zmieniło.

- A jednak - jego zęby błysnęły nagle w przewrotnym uśmiechu

- mamy zupełnie różne charaktery, przyjacielu. Kiedy ty opuszczasz ręce, ja właśnie mam ochotę działać.

- Działać?

- Jasne. Prawie wszyscy w dzieciństwie zapuścili się w ten las. Trzeba ich tylko...

- Zaprowadzić do Ys? - zadrwiłem. - Zmokną, zaziębią się i tyle z tego będzie.

- Masz rację - odparł sucho. - Człowiek w obliczu tajemnicy natychmiast się zaziębia. Jak mogłem o tym zapomnieć. Patrz!

Idąc za jego gestem, odwróciłem się. I natychmiast zapomniałem o komputerze, komornym i przeziębieniach.

Przede mną, prawie liżąc moje stopy drobnymi falami, rozciągało się ogromne, zasnute mgłami jezioro. Mgły tańczyły, tworząc fantastyczne kształty. Był świt. W powietrzu zdawała się uno sić jakaś ledwo uchwytna, zanikająca melodia. Nad czarną ścianą lasu ukazał się rąbek słonecznej tarczy...

...i wtedy właśnie wynurzyła się z wody smukła kobieca dłoń, a w tej dłoni...

Miecz.

Legendarny Excalibur.

Długą chwilę stałem jak wrośnięty w ziemię, niezdolny do najmniejszego ruchu.

- To... dla mnie? - wyjąkałem w końcu.

- Być może - głos przyjaciela mojego dzieciństwa brzmiał oschle, rzeczowo. - Ninian wciąż szuka... nieuleczalnego idealisty.

- Więc każdy może?...

- Nie. Tylko nieuleczalny idealista.

Miecz słał długie, oślepiające błyski. Melodia narastała, słyszałem ją już całkiem wyraźnie. Dziwna melodia. Spokojna i przeszywająca. Skąd dobiegała? Spod wody czy z głębin mojej pamięci?

Powoli, jakbym bał się spłoszyć sen, postąpiłem kilka kroków. I zawahałem się.

Miecz, cudowny przedmiot z innego świata. Niesłychana pokusa... i zobowiązanie.

Nawet jeżeli byłem idealistą, to na pewno nie nieuleczalnym.

Jezioro zniknęło. W chwilę później zniknął i las. Znów byłem w parku. Bezmyślnie gapiąc się na staruszki karmiące gołębie, stwierdziłem nagle, że mam buty pełne wody, a nogawki spodni przemoczone aż do kolan.

Kichnąłem raz i drugi.

Zaczynało się przeziębienie.

Tworzę świat

Patrzę czasami na mojego ojca, jak siedząc przy oknie, czyści swoje wędkarskie przybory. Pewnie nigdy już ich nie użyje. Jest stary. Składa się ze zmarszczek, chorób, lęków, obsesji i niespełnionych marzeń.atrzę czasami na mojego ojca, jak siedząc przy oknie, czyści swoje wędkarskie przybory. Pewnie nigdy już ich nie użyje. Jest stary. Składa się ze zmarszczek, chorób, lęków, obsesji i niespełnionych marzeń.

Od kiedy pamiętam, zawsze taki był. Nosił po prostu na sobie jakieś piętno starości, niezbornej i ociężałej. Wbijał w ściany własne palce zamiast gwoździ, a kiedy próbował naprawić kran, uszczelki wyskakiwały przez okno. I słusznie. Całe jego życie było za oknem. Godzinami mógł siedzieć i liczyć chmury. Jeśli się go wyrwało z tej zadumy, odpowiadał ni w pięć, ni w dziewięć. A często zwyczajnie brał wędki i znikał na trzy dni. Nigdy nie przyniósł z tych wypraw nic poza bajeczkami o taakim szczupaku.

Rzadko odwiedzam rodziców. Widok ojca doprowadza mnie do pasji. Jestem jego przeciwieństwem: baba twardziel, pałą nie dobijesz. Mnie się nic nie wymyka z rąk. Ja organizuję świat, tworzę go od fundamentów. Jestem architektem. Na moim biurku rodzą się domy, szkoły, szpitale. Takie jak trzeba, nowoczesne i funkcjonalne. Bez mazgajstwa.

Teraz pracuję nad czymś ekstra. W lesie nad Jeziorem Rokickim ma powstać nowe, ekologiczne osiedle, takie ze słonecznymi bateriami i własną oczyszczalnią ścieków. Kaprys miejscowych bogaczy. I dobrze. Można poszaleć, koszty nie grają roli. To ma być wizytówka miasta, ale i moja, kto wie? - może nawet przepustka na Zachód? Osiedle Rokickie; nie, raczej Osiedle Dębina. Lepiej brzmi.

A jeśli tam nie ma dębów? To się posadzi. Lubię dęby. W świecie drzew są tym, czym lwy wśród zwierząt: moc, majestat, władza...

...i żołędzie dla dzików — podpowiada Piotruś. Piotruś to mój synek. Ma pięć lat i też chce zostać architektem.

Piotruś, czyli wszystko, co zostało z mojego małżeństwa.

Bawi mnie myśl, że los czterdziestu najbogatszych rodzin w mieście jest teraz w moich rękach. Tak: prawdziwą władzę nad ludźmi ma ten, kto decyduje, jak daleko będą mieli do łazienki.

Praca nad projektem tak mnie pochłonęła, że nawet nie miałam czasu obejrzeć miejsca przyszłej budowy..Drobiazg. Dostałam dobre mapy, geodezja tym razem wyjątkowo nie nawaliła. Nie mogło być żadnych niespodzianek.

Ale z końcem kwietnia wjechały buldożery i... zaczęły się schody. Jedna z maszyn zapaliła się bez widocznej przyczyny, druga wylądowała w jeziorze. Nikomu wprawdzie nic się nie stało, ale ludzie zaczęli szemrać, że to zły znak. Nazajutrz ogłosili strajk, żądając podwyżki i dodatku za pracę w niebezpiecznych warunkach. Klienci, rzecz jasna, nie chcieli o tym słyszeć. Rozmowy przeciągały się. W końcu doszli jakoś do porozumienia, ale ledwo robota ruszyła, drzewo przygniotło mechanika. Podobno był zalany w pestkę, ale to bez znaczenia. Każdy pretekst jest dobry, żeby się wymigać od roboty.

Ja im pokażę strajk. Mój volkswagen jak kosa ścinał młode brzózki. Pięć minut i byłam na miejscu.

- Co się tu dzieje? Do roboty, lenie parszywe! Macie pięć sekund: raz... dwa... trzy...

- Ta robota nie ruszy - odezwał się jakiś cwaniak.

- Las się burzy - dodał drugi. Można się było urżnąć samym jego chuchem. - Z lasem jeszcze nikt nie wygrał, paniusia też nie.

- Cztery...

- Straszno nawet tam włazić - zabełkotał trzeci. Jego mina była bodaj jeszcze rzadsza niż włosy.

- Straszno, mówisz? Pięć!

Żaden się nie ruszył, tylko paru zachichotało głupawo. Poczułam, że mała przechadzka dobrze mi zrobi. Nie dali się wziąć na krzyk, więc może naprawdę trzeba ochłonąć i przemyśleć dalszą taktykę.

Ścigana paroma dziesiątkami ironicznych spojrzeń, powoli wspinałam się po zboczu. Las wokół mnie gęstniał. Wkrótce straciłam z oczu teren budowy i zrobiło się... straszno. Zielonkawy półmrok tłumił wszystkie dźwięki. Chwilami nie słyszałam nawet własnych kroków. Taka cisza zdarza się czasami w snach i nie wróży wtedy niczego dobrego.

W tej ciszy, niczym najwspanialszy barokowy kościół, wypiętrzyła się nagle grupa starych dębów. Dokładnie w miejscu gdzie zaprojektowałam kryty basen.

W porządku, trzeba będzie zrobić małą korektę. Basen przesunie się w lewo, a willę Kuciaków nieco w górę. Dęby muszą zostać.

- ...jak tych kilku starców, których oszczędzono, by mogli opłakiwać swoich bliskich - odezwał się za mną jakiś głos.

Odwróciłam się gwałtownie. Nie, to nie był nikt z budowy. Zobaczyłam dziwnie ubranego osobnika, który powoli zsuwał z głowy kaptur. Miał dziwne oczy. Gdyby rentgen umiał być życzliwy, te oczy można by bez wahania zaliczyć do typu rentgenowskich.

- Kim pan jest?

- Sługą lasu - odrzekł z powagą.

- Więc leśniczym. Mówże pan po ludzku.

Uśmiechnął się nieznacznie.

- A także jego przyjacielem, głosem, samym lasem wreszcie.

Wszystko jasne.

- Miło mi - sztywno kiwnęłam głową, robiąc krok do tyłu.

- Nie kłam - roześmiał się. - W tym lesie nie wolno kłamać. Wcale ci nie jest miło. Boisz się. Bierzesz mnie za wariata.

Dopiero teraz dotarło do mnie, że on czyta w moich myślach. Jasnowidz? To jeszcze gorzej niż wariat.

Istnienie wariatów nie przeczy przynajmniej logice i zdrowemu rozsądkowi.

- Czyta pan w moich myślach - powiedziałam, starając się panować nad głosem - więc wie pan już, że jestem projektantką

osiedla, które tu...

- Nie stanie - przerwał ostro. - Las nie życzy sobie krytych basenów, dyskoteki ani kortów tenisowych. Las nie życzy sobie

też ludzi, którzy chcą tu mieszkać.

- Las, proszę pana, nie życzy sobie żadnych ludzi; ale na szczęście nie las tu rządzi.

Nie odpowiedział. Milczenie przedłużało się. Głucha, waciana cisza znowu spowiła wszystko. Taka cisza potrafi być torturą.

- O co ci chodzi? - zapytałam w końcu. - Przecież nie ruszę tych dębów.

- Nie ruszysz tu nawet trawki.

Doprawdy? Chwyciłam pierwszą z brzegu, okazałą kępkę, pociągnęłam z całej siły i... nic. Mocno tkwiła w ziemi. Tak samo druga, trzecia i następne.

W końcu dałam za wygraną.

- Czasami - powiedział nieznajomy z lekkim uśmieszkiem -trzeba się poddać. -1 nagle rzucił krótko: - Chodź.

To był rozkaz. Poszłam za nim, potykając się o wystające korzenie i gubiąc buty w grzęzawiskach. W duchu przeklinałam własną głupotę. Po godzinie tego marszu byłam zmęczona, głodna, moje pończochy przestały istnieć, a płaszcz nadawał się tylko na szmaty do podłogi. Ale widziałam wiewiórki i sarny, a potem jeszcze samotnego łosia-przeżuwacza. Stał, kontemplując własne odbicie w kałuży. Rogate, kopytne ucieleśnienie leśnej mądrości.

Jak wrócę, opowiem Piotrusiowi. On tak kocha zwierzaki.

Szłam dalej... jak na smyczy. Ta dzika wędrówka zaczęła mi się nawet podobać. Niespodziewanie wyszliśmy na brzeg rzeki. Wielki Boże! W płytkich zakolach aż gotowało się od ryb. Gdyby mój ojciec znał to miejsce...

Ledwo zdążyłam to pomyśleć, zobaczyłam go. Siedział na drugim brzegu, wsparty plecami o pień brzozy. Wędki w futerale leżały obok. Nawet ich nie rozpakował.

Miał zamknięte oczy. Jego twarz była odprężona, spokojna, prawie szczęśliwa. Wydało mi się, że otacza go jakaś złota mgiełka. Poczułam się jak intruz. Najlepiej byłoby wycofać się po cichu.

- Nie usłyszy cię - powiedział nieznajomy - ani nie zobaczy. Jest daleko. Dalej, niż sądzisz. Rozmawia teraz z dzikim, wol-nym, radośnie smutnym...

Poczułam, że wypełza mi na twarz jakiś głupkowaty uśmieszek, ale nic nie mogłam na to poradzić.

- Nie wiedziałam.

- A wiedziałaś, że pisze wiersze?

- On?

- Cholernie dobre wiersze.

- A... wydrukowali mu coś?

- Ty to zrobisz. Są w jego biurku, pod pudełkiem na spławiki. Znasz się na poezji?

- Nie.

- To bez znaczenia. Dzikie, wolne, radośnie smutne samo zadba o to, żeby te wiersze trafiły w dobre ręce. Ono chce mówić...

Dzikie, wolne, radośnie smutne. Trudno pogodzić się z myślą, że mały nieudacznik może być posiadaczem wielkiej tajemnicy. A może ta wielka tajemnica jest jedną z tych, które objawiają się tylko małym nieudacznikom? Ta złota mgiełka musiała być zaraźliwa. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że coś mnie ominęło, coś bardzo ważnego.

Bez słowa weszłam do rzeki. Woda wydawała się dziwnie ciężka, spowalniała ruch, jak we śnie. Ta przeprawa trwała chyba całą wieczność. Gdy wreszcie dobrnęłam na drugi brzeg, było już ciemno. Na niebie srebrzyła się pełnia.