Projekt papież - Clifford D. Simak - ebook

Projekt papież ebook

Clifford D. Simak

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Gminna Biblioteka Publiczna w Bolimowie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 488

Rok wydania: 1997

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PROJEKTPAPIEŻ

 

Biblioteka Fantastyki

75

Tegoż autora:

REZERWAT GOBLINÓWTAM GDZIE MIESZKA ZŁYZ KWIECIA POWSTANIESZ

 

WprzygotowaniuPIERŚCIEŃ WOKÓŁ SŁOŃCA

 

Clifford D. Simak

PROJEKTPAPIEŻ

PrzełożyłJarosław Jóźwiak

Wydawnictwo ALFA

Warszawa 1997

 

Tytuł oryginałuPROJECT POPE

Copyright © 1981 by Clifford D. Simak

Projekt okładkiJacek Tofil

Redaktor

Barbara Walicka

Redaktor technicznyEwa Guzenda

For the Polish editionCopyright © 1997 by Wydawnictwo ALFA-WERO

Wydanie pierwsze

ISBN 83-7179-004-Х

WYDAWNICTWO ALFA-WERO Sp. z o.o. — WARSZAWA 1997Wydanie pierwszeDrukarnia WN ALFA-WERO Sp. z o.o.Zam. 3261/96Cena zł 20,—

Prolog

Szeptacz zatrzymał Thomasa Deckera o pół godziny drogi od domu.

Decker — powiedział Szeptacz, a jego głos rozbrzmiewał w umyśle Deckera. — Decker, wreszcie cię dostanę. Tym razem będziesz mój.

Decker obrócił się na szlaku gry, którym podążał już od dłuższego czasu. Podniósł strzelbę przytrzymując ją z dala od ciała, gotów przy pierwszej oznace niebezpieczeństwa momentalnie przyłożyć ją do ramienia.

W polu widzenia nie działo się jednak nic niepokojącego. Gąszcz nieruchomych drzew i zarośli ograniczał szlak z obu stron. Wiał lekki wiatr, nie słychać było ptaków. Całkowity spokój. Wszystko wydawało się zamrożone w bezruchu, jakby utrwalone w ten sposób na wieki.

Decker!

Słowo to zabrzmiało w jego mózgu. Z zewnątrz nie dochodził żaden dźwięk. Jedynym źródłem głosu był jego umysł i jak dotąd, w czasie wszystkich swoich wcześniejszych spotkań z Szeptaczem, nie był w stanie stwierdzić, czy w jego umyśle rzeczywiście pojawił się jakiś dźwięk. Rozpoznawał po prostu słowa, umieszczone przez kogoś w określonym obszarze jego mózgu — w okolicy czołowej, tuż ponad oczami.

Nie tym razem, Szeptaczu odparł nie otwierając ust, formułując jedynie myśli i słowa wewnątrz swego umysłu, tak aby Szeptacz mógł je odczytać. — Dziś nie zagram w twoją grę. Skończyłem z tym.

Tchórz, odrzekł Szeptacz. Tchórz, tchórz, tchórz!

Do diabła z twoimi gierkami, odparł Decker. Tylko wyjdź i pokaż się, to zobaczymy, czy jestem tchórzem. Mam cię dość, Szeptaczu. Mam cię już potąd.

Jesteś tchórzem, powtórzył Szeptacz. Ostatnim razem miałeś mnie w zasięgu strzału i nie pociągnąłeś za spust. Jesteś tchórzem, Decker, tchórzem.

Nie mam żadnego powodu, żeby cię zabijać, Szeptaczu. Prawdę mówiąc nie mam nawet na to ochoty. Ale, tak mi dopomóż Bóg, wpakuję ci kulę tylko po to, żeby mieć cię wreszcie z głowy.

Chyba że ja dopadnę cię pierwszy.

Miałeś już swoją szansę — odparł Decker. — Musiałeś mieć już wiele sposobności. Skończmy więc te pogaduszki. Nie chcesz mnie zabić tak samo, jak ja nie chcę zabić ciebie. Jedyne czego pragniesz, to kontynuować grę. A ja mam już dość twoich głupich gierek. Jestem głodny, zmęczony i chcę wreszcie iść do domu. Nie mam zamiaru bawić się w chowanego, ganiając za tobą po lesie.

W trakcie rozmowy zdążył się już zorientować, gdzie schował się Szeptacz i powoli ruszył szlakiem w kierunku miejsca, gdzie tamten siedział ukryty w zaroślach.

Tym razem ci się poszczęściło, powiedział Szeptacz. Znalazłeś kupę kamieni. Może nawet diamenty.

Cholernie dobrze wiesz, że to nieprawda. Byłeś tam ze mną. Cały czas mi się przyglądałeś. Wyczułem cię.

Ciężko pracujesz, kontynuował niezrażony Szeptacz. Powinieneś był znaleźć diamenty i przedtem, i teraz.

Nie szukałem diamentów.

Co robisz z kamieniami, które znajdziesz?

Po co zadajesz głupie pytania? Wiesz dobrze, co z nimi robię.

Oddajesz kapitanowi statku, który je sprzedaje w Gutshot. Robi z ciebie głupka. Dostaje za nie trzy razy więcej, niż mówi.

Tak mi się też wydawało, powiedział Decker. Ale co mi tam! Potrzebuje pieniędzy bardziej niż ja. Zbiera fundusze na kupno działki na planecie nazywanej Kwiatem Jabłoni. Skąd to nagłe zainteresowanie?

Nie sprzedajesz mu chyba wszystkiego?

Rzeczywiście, zatrzymuję sobie lepsze sztuki.

Mógłbym się nimi zająć.

Ty, Szeptaczu? I co byś z nimi zrobił?

Wyszlifował. Wypolerował. Okroił.

Umiesz szlifować kamienie, Szeptaczu?

Cóż, nie kończyłem żadnej szkoły, jeśli o to ci chodzi, Decker. Jestem tylko amatorem.

Teraz wiedział już dokładnie, gdzie schował się Szeptacz. Gdyby poruszył się odrobinę, Decker wpakowałby mu kulkę. Nie dał się ogłupić gadką o kamieniach i szlifowaniu. Wiedział, że Szeptacz podtrzymywał rozmowę tylko po to, żeby zamydlić mu oczy.

Rzeczywiście powinien już z tym skończyć. Ten ukryty klown od miesięcy dawał mu się we znaki, śledził go i wszędzie za nim podążał, straszył, zmuszał do uczestniczenia w tej idiotycznej grze, robiąc z niego kompletnego głupca.

Mógłbym pokazać ci w strumieniu niedaleko stąd, powiedział Szeptacz, miejsce, gdzie znajdziesz masę kamieni. Jest tam taki jeden, wielki samorodek nefrytu, który chciałbym dostać. Jeśli wydobędziesz dla mnie nefryt, możesz zatrzymać sobie całą resztę.

Sam go sobie wydobądź, odparł Decker. Jeśli wiesz, gdzie jest, to na co czekasz?

Ależ ja nie mogę, odrzekł Szeptacz. Nie mam ramion, które mógłbym wyciągnąć, dłoni, którymi mógłbym go objąć, ani siły, aby go unieść. Ty musisz to dla mnie zrobić. Chyba nie masz nic przeciwko temu? Przecież jesteśmy kumplami. Tak długo prowadzimy już tę grę, że właściwie jesteśmy starymi przyjaciółmi.

Niech ja cię tylko dorwę, mruknął Decker. Znajdź się tylko w zasięgu strzału...

To nie mnie miałeś w zasięgu strzału, odparł Szeptacz. To był tylko mój cień, kształt, który dzięki mnie uznałeś za moją osobę. Kiedy zobaczyłeś kształt i nie strzeliłeś, zrozumiałem, że jesteś moim przyjacielem.

Wszystko jedno, powiedział Decker. Nawet jeśli to był cień, następnym razem pociągnę za spust.

Moglibyśmy być przyjaciółmi, ciągnął Szeptacz. Spędziliśmy razem dzieciństwo. Razem baraszkowaliśmy i bawiliśmy się. Dorastaliśmy poznając siebie nawzajem, więc teraz, kiedy już dojrzeliśmy...

Dojrzeliśmy?

Tak, Decker. Nasza przyjaźń dojrzała. Nie musimy już więcej grać. Taki był porządek rzeczy. Być może zachowałem się głupio narzucając ci ten rytuał, ale tego właśnie wymagała nasza przyjaźń.

Rytuał? Zwariowałeś, Szeptaczu.

Rytuał, którego nie poznałeś, nie zrozumiałeś, a mimo to grałeś ze mną. Nie zawsze robiłeś to z ochotą, nie zawsze wprawiało cię to w dobry humor. Często przeklinałeś mnie, wściekałeś się i byłeś żądny mojej krwi, ale jednak grałeś ze mną. A teraz, kiedy rytuał został zakończony, możemy razem iść do domu.

Po moim trupie! Nie będziesz mi się pętał po mieszkaniu.

Nie będę się pętał. Zajmę mało miejsca. Mógłbym po prostu wcisnąć się w jakiś kąt. Nawet byś mnie nie zauważył. Tak bardzo potrzebuję przyjaciela, ale muszę wybrać go starannie. Musimy do siebie pasować.

Szeptaczu, odparł Decker, tracisz czas. Nie mam bladego pojęcia, o co ci chodzi, ale tracisz czas.

Moglibyśmy być dla siebie mili. Szlifowałbym twoje kamienie, rozmawiałbym z tobą w samotne noce i siedziałbym z tobą przed kominkiem. Mamy sobie do opowiedzenia tyle ciekawych historii. A ty, być może mógłbyś mi pomóc z Watykanem.

Z Watykanem?! oburzył się Decker. Co do cholery masz wspólnego z Watykanem?

Rozdział I

Uciekając Jason Tennyson dotarł do stromego pasma górskiego leżącego na zachód od Gutshot. Gdy tylko dojrzał światła miasta, nacisnął przycisk katapulty i poczuł, że podrywa go w górę siła, której się nie spodziewał. Na moment ogarnęła go ciemność, lecz już po chwili, kiedy obrócił się, ponownie ujrzał miasto. Wydawało mu się, że zauważył przelatującą lotnię, ale teraz nie miało to już żadnego znaczenia. Lotnia kontynuowała swój lot nad Gutshot, lekko obniżając pułap nad oceanem otaczającym małe miasteczko i port kosmiczny od strony przeciwnej niż góry. Zgodnie z jego obliczeniami, około osiemdziesięciu kilometrów w głąb morza, lotnia uderzy w wodę i zostanie zniszczona. Miał nadzieję, że razem z nią zginie dr Jason Tennyson, ostatnimi czasy nadworny lekarz margrabiego Daventry. Radar w bazie lotniczej Gutshot niewątpliwie wyłapał lotnię i już śledził jej kurs nad wodą, ale mała wysokość, na jakiej się znajdowała, uniemożliwiała utrzymanie dłuższego kontaktu.

Tempo spadania zmniejszało się, lecz w pewnej chwili, gdy spadochron otworzył się całkowicie, Tennyson wyrzucony został w bok i zaczął się huśtać wychylając daleko na boki. Wpadł w komin wznoszącego się powietrza i poczuł, że spadochron spychany jest w kierunku majaczących w oddali szczytów, a kołysanie ustaje. Po chwili jednak wyrwał się i zaczął powoli opadać w dół. Zwisając na końcach lin próbował zgadnąć, gdzie wyląduje. Wyglądało na to, że będzie to południowy kraniec portu kosmicznego. Wstrzymał oddech i zacisnął kciuki. Przesunął ręce między linkami spadochronu i chwycił torbę lekarską, przyciągając ją do klatki piersiowej. Oby tak dalej, modlił się. Oby tylko tak dalej. Jak dotąd szło mu nadspodziewanie dobrze. Przez cały czas ucieczki udawało mu się utrzymywać lotnię na małej wysokości. Mknął przez noc, omijając bazy, których radary przeszukiwały niebo. W tych pełnych nienawiści czasach rywalizujących ze sobą lenn utrzymywano stałą kontrolę przestrzeni powietrznej. Nikt nie wiedział kiedy i z której strony nadejdą pikujący w ataku wojownicy.

Spoglądając w dół, próbował ocenić odległość od ziemi, ale panujące ciemności sprawiały, że nie mógł nic dojrzeć. Czuł, że jest spięty, więc postanowił się odprężyć. Kiedy spadnie, powinien być rozluźniony.

Skupisko świateł miasta znajdowało się w niewielkiej odległości na północ. Błyszcząca plama portu kosmicznego leżała na wprost, tuż przed nim. W pewnym momencie światła portu znikły i Tennyson na uginających się nogach opadł wreszcie na ziemię. Rzucił się w bok, przyciskając do siebie torbę. Spadochron opadł tuż koło niego i Tennyson próbował teraz wyswobodzić się z plątaniny linek i sznurów.

Jak zauważył, wylądował blisko skupiska dużych magazynów, na południowym brzegu portu i to właśnie one zasłoniły go przed światłami. Szczęście najwyraźniej go nie opuszczało. Nawet gdyby miał możliwość zaplanowania tego wcześniej, nie mógłby wybrać lepszego miejsca na lądowanie.

Jego wzrok z wolna przyzwyczajał się do nocnych ciemności. Po chwili rozpoznał, że znajduje się tuż obok alei przebiegającej pomiędzy dwoma magazynami. Zauważył też, że magazyny ustawione zostały na palach wysokości około trzydziestu centymetrów, zostawiających wolną przestrzeń między ziemią a podłogą budynku. Było to idealne miejsce na ukrycie spadochronu. Mógł złożyć go w kostkę i wepchnąć jak najgłębiej. Gdyby znalazł jakiś patyk, mógłby go wetknąć jeszcze dalej. Musiał wsunąć spadochron na taką odległość, aby nie zauważyła go przechodząca tędy osoba. Oszczędziłoby mu to dużo czasu. Wcześniej obawiał się, że będzie musiał wykopać dziurę lub znaleźć zarośla, gdzie mógłby ukryć spadochron. Chodziło tylko o to, aby nie odnaleziono go w ciągu kilku następnych dni. Ukryty pod magazynem mógł spokojnie przeleżeć niedostrzeżony kilka ładnych lat.

Teraz miał tylko jeden cel — znaleźć statek i dostać się na jego pokład. Być może będzie musiał przekupić członka załogi, ale to nie powinno być trudne. Przebywające tu statki, w większości frachtowce, odwiedzały Gutshot dosyć często. Dla niektórych była to jednak zapewne pierwsza i ostatnia wizyta w tym miejscu. Kiedy tylko dostanie się na statek, będzie bezpieczny. Jeśli nikt nie znajdzie spadochronu, nie odgadną, że katapultował się z lotni.

Po schowaniu spadochronu i odwiązaniu torby, którą opasał się wcześniej w talii, ruszył drogą między magazynami. Na końcu alei zatrzymał się. W porcie, dokładnie naprzeciw miejsca, w którym stał w tej chwili, znajdował się statek. Kładka służąca za trap opuszczona była na brzeg, a długa kolejka oczekujących — różnej maści obcych — kierowana była na pokład przez małą grupkę szczuropodobnych stworzeń. Kolejka ciągnęła się na pewną odległość od statku, a szczuropodobni strażnicy pokrzykiwali na stojących w niej obcych, ponaglając i niedwuznacznie machając trzymanymi maczugami.

Tennyson domyślił się, że statek miał wkrótce odlecieć, zastanawiał się tylko, dokąd zmierzał. W porcie stało kilka jednostek pasażerskich innego typu. Była to pękata stara balia, pomalowana na czarno i mocno podejrzana. Nazwa wymalowana była w widocznym miejscu, ale zajęło mu trochę czasu, zanim zdołał odczytać Wędrownik, bo farba odpadała płatami, a kadłub pokrywała warstwa rdzy. Statek nie prezentował się elegancko. Z pewnością nie był to środek lokomocji, który wybrałby jakikolwiek szanujący się podróżnik. Ale gdy tak patrzył na niego z rosnącym niesmakiem, przypomniało mu się, że nie znajduje się obecnie w sytuacji pozwalającej na wybrzydzanie. Statek miał wkrótce odlecieć i było to zdecydowanie ważniejsze niż cel, do którego zmierzał. Gdyby tylko udało mu się dostać na pokład, byłby zadowolony. Miał nadzieję, że szczęście go nie opuści...

Tennyson wynurzył się spomiędzy magazynów. Po jego prawej stronie, przed magazynem, silny strumień światła padał na dróżkę biegnącą równolegle do skraju portu. Posuwając się ostrożnie kilka metrów dalej spostrzegł, że światło dochodziło z małego baru.

Na dole, przy kładce, ktoś wszczął kłótnię. Podobna do pająka istota, na pierwszy rzut oka składająca się jedynie z rąk i nóg, kłóciła się z jednym ze szczuropodobnych strażników nadzorujących załadunek. Po chwili obcy został wypchnięty z kolejki przez jednego ze strażników, który zaczął okładać go maczugą.

Przednia ściana magazynu pogrążona była w głębokiej ciemności. Wykorzystując ten fakt, Tennyson przesuwał się wzdłuż niej w szybkim tempie. Dotarł wreszcie do jej końca i znieruchomiał patrząc na bar. Ocenił, że najlepiej byłoby ominąć budynek i zbliżyć się do statku od strony dzioba. Chowając się w cieniu mógłby następnie dotrzeć do trapu i poczekać na odpowiednią chwilę.

Ostatni pasażerowie w kolejce tłoczyli się przy trapie. W ciągu kilku minut oni również mieli znaleźć się na pokładzie. Być może statek nie odleci natychmiast, ale przeczucie podpowiadało Tennysonowi, że jeśli chce się dostać na pokład, musi działać szybko.

Uznał, że aby ominąć bar, powinien po prostu przejść koło niego, sprawiając wrażenie człowieka, który właśnie idzie zamustrować się na statku. Nawet jeśli go ktoś zauważy, nie zwrócą na niego uwagi. W chwili gdy zastanawiał się nad sposobem niepostrzeżonego dotarcia do statku, strażnik zajęty dotąd okładaniem pająkowatego pasażera ponownie zajął pozycję przy trapie.

Wynurzywszy się z cienia magazynu, Tennyson wszedł na ścieżkę prowadzącą koło wejścia do baru. Za barem stał kolejny magazyn pogrążony w głębokim mroku. Gdyby tylko udało się dotrzeć do niego nie będąc zauważonym, dalszą drogę pokonałby prawdopodobnie bez przeszkód. W drugorzędnym porcie, takim jak ten, środki bezpieczeństwa nie były zbyt rygorystyczne.

Ruszył w kierunku baru. Patrząc w jedno z trzech oświetlonych okien, zauważył wieszak na płaszcze stojący za drzwiami. Przystanął, zaskoczony ujrzanym widokiem. Na drążku wisiała niebieska kurtka z wyszytą na piersi złotymi nićmi nazwą statku Wędrownik. Powyżej spoczywała czapka do kompletu.

Wiedziony impulsem, Tennyson otworzył drzwi i wszedł do baru. Grupa ludzi i obcych zajmowała miejsca za stołami w głębi pomieszczenia. Kilkoro siedziało również przy barze. Barman uwijał się jak w ukropie. Parę osób podniosło głowy i spojrzało na przybysza, ale po chwili wrócili do swych poprzednich zajęć.

Nie czekając, Tennyson schwycił kombinezon i czapkę i wyszedł na zewnątrz starając się ukryć zdobycz przed wzrokiem obcych.

Nałożył czapkę i z pewnym trudem wcisnął się w kurtkę.

Kolejka na statek znikła. Najwyraźniej wszyscy zdążyli się już zaokrętować. U stóp trapu pozostał tylko jeden szczuropodobny strażnik. Tennyson natychmiast podążył zdecydowanym krokiem w kierunku statku.

Strażnik mógł go zatrzymać, ale Tennysonowi wydawało się, że nowe przebranie będzie odpowiednią przepustką. Było raczej pewne, że nie zostanie rozpoznany jako intruz. Ludzie bardzo rzadko potrafili rozpoznać któregoś z obcych, najczęściej dla nich wszyscy wyglądali podobnie. To samo tyczyło się obcych, którzy nie potrafili odróżnić jednego człowieka od drugiego.

Dotarł do trapu. Szczuropodobny strażnik niedbale zasalutował.

— Witam, Sir — wymamrotał. — Kapitan pytał już o pana.

Rozdział II

Po pewnym czasie, jeden ze szczuropodobnych członków załogi odnalazł go w małym, przypominającym szafę schowku, gdzie wcisnął się po wejściu na statek. Został stamtąd wywleczony i zaprowadzony do kapitana, siedzącego samotnie w sterowni i oddającego się słodkiemu nieróbstwu. Statek leciał zgodnie z kursem i w danej chwili nie było nic do roboty.

— Kto to jest? — spytał kapitan.

— Pasażer na gapę — odpowiedział obcy. — Wyciągnąłem go ze schowka na rufie.

— W porządku — kapitan kiwnął głową. — Zostaw go tu. Możesz odejść.

Gryzoń ruszył do drzwi.

— Proszę o zwrot mojej torby — rzucił za nim Tennyson.

Szczur zatrzymał się i odwrócił, ale nie puścił torby.

Kapitan nie wytrzymał.

— Daj mi tę torbę i spływaj. Nie chcę cię tu widzieć.

Szczur posłusznie oddał torbę i w pośpiechu opuścił sterownię.

Kapitan przyjrzał się w zamyśleniu torbie, po czym podniósł głowę.

— A więc pan Jason Tennyson, prawda? Lekarz? — spytał.

Tennyson kiwnął głową.

— Tak, jestem lekarzem.

Kapitan położył torbę na podłodze, za krzesłem, na którym siedział.

— W mojej karierze zdarzyło mi się już kilku pasażerów na gapę. Ale jeszcze nigdy lekarz. Niech mi pan powie, doktorze, o co tu chodzi?

— To długa opowieść — odparł Tennyson — ale wołałbym jej teraz nie zaczynać.

— Siedział pan tam przez parę godzin — ciągnął kapitan. — Pewnie udało się panu wejść w Gutshot. Dlaczego pan tak długo czekał?

— Właśnie miałem zamiar wyjść, kiedy pański przyjaciel wywlókł mnie stamtąd siłą.

— To nie był mój przyjaciel.

— Przepraszam.

— Na tym statku, poza nami nie ma ani jednego człowieka — kontynuował kapitan. — Nikt nie chce latać tak daleko. Żeby skompletować załogę muszę przyjmować różne szumowiny. Latam z nimi rozwożąc ładunki innych szumowin aż na Koniec Wszechświata i...

— Koniec czego?

— Koniec Wszechświata. Tam właśnie zmierzamy. Niech mi pan nie mówi, że nie tam chciał pan się dostać?

— Do tej chwili nie — odparł lekko zaskoczony Tennyson. — Nigdy nie słyszałem o takim miejscu.

— W takim razie zapewne chciał pan po prostu opuścić Gutshot.

— Tym razem, Kapitanie, pańskie domysły są trafne.

— Jakieś problemy?

— Ratowałem swoje życie.

— I wpadł pan na pierwszy statek, który odlatywał?

Tennyson potwierdził skinieniem głowy.

— Usiądź człowieku — powiedział kapitan. — Nie stój tak. Chcesz coś do picia?

— Chętnie — zgodził się Tennyson.

— Powiedz mi — spytał kapitan — czy ktoś widział, jak wkradałeś się na statek?

— Raczej nie.

— Na pewno?

— Poszedłem wcześniej do baru. Wie pan, do jednej z tych portowych knajp. Kiedy wychodziłem, przypadkiem wziąłem czyjąś kurtkę i czapkę. O ile pamiętam, bardzo się spieszyłem...

— Teraz już wiemy, co stało się z ubraniem Jenkinsa. Jenkins to mój pierwszy mat.

— Oczywiście zaraz oddam kurtkę i czapkę — szybko odparł Tennyson. — Zostawiłem je w kryjówce.

— To dziwne — ciągnął kapitan. — Nie zadałeś sobie nawet trudu, żeby sprawdzić dokąd leci ten statek. Najwyraźniej nie chciałeś lecieć na Koniec Wszechświata.

— To akurat było mi obojętne. Chciałem polecieć w każde miejsce, które nie nazywało się Gutshot — odrzekł Tennyson. — Byli bardzo blisko. Prawie mnie już mieli. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Kapitan wyciągnął rękę po butelkę znajdującą się na stole za nim i podał ją Tennysonowi.

— A teraz do konkretów. Jestem związany przepisami i muszę przytoczyć panu zasady regulaminu. Artykuł trzydzieści dziewięć paragraf dziewięć mówi, że pasażer bez ważnego biletu musi zostać zatrzymany w areszcie i odstawiony przy najbliższej okazji do portu, w którym dostał się na statek. W porcie tym powinien zostać oddany w ręce władz. Zanim to nastąpi, w czasie podróży pasażer ten zobowiązany jest do wykonywania prac wyznaczonych mu przez kapitana, co powinno przyczynić się do obniżenia kosztów jego pobytu na statku. Czy zrozumiał pan te przepisy?

— Tak — potwierdził Tennyson. — Wiem, że przejazd bez ważnego biletu jest nielegalny, ale muszę panu powiedzieć...

— Tym niemniej jest jeszcze jedna sprawa, jaką muszę rozważyć — kontynuował kapitan. — Jako że na co dzień przebywam wśród obcych szumowin, w głębi duszy mam poczucie, że ludzie w każdych okolicznościach powinni trzymać się razem. Na statku takim jak ten nasze akcje stoją bardzo nisko, więc powinniśmy wspierać się nawzajem i przymykać oko na pewne fakty, jeśli tylko jest to możliwe...

— To bardzo miło, że pan tak uważa — odparł Tennyson — ale od dłuższego czasu bezskutecznie usiłuję panu powiedzieć coś, co całkowicie zmienia postać rzeczy. Widzi pan, ja nie jestem pasażerem na gapę.

Kapitan spojrzał na niego podejrzliwie.

— Kim w takim razie pan jest, jeśli nie pasażerem na gapę?

— Powiedzmy, że po prostu bardzo się spieszyłem. Nie miałem czasu, żeby zorganizować wyjazd oficjalnie, a ponieważ z pewnych powodów musiałem wsiąść na pański statek, dostałem się tutaj w sposób nieformalny, oszukując strażnika, który wziął mnie za pańskiego mata...

— Ale ukrył się pan.

— To akurat jest proste do wytłumaczenia. Bałem się, że mógłby pan nie dać mi czasu na wyjaśnienia i, będąc pryncypialnym, wyrzucić mnie ze statku. Dlatego ukryłem się czekając na chwilę, kiedy wydawało mi się, że nie będzie pan już mógł zawrócić i, chcąc nie chcąc, będzie pan musiał kontynuować podróż.

— Z tego, co pan mówi, rozumiem, że jest pan gotów zapłacić za przejazd?

— Oczywiście. Proszę tylko podać cenę.

— Cóż, w takim razie pozwolę panu zapłacić za podróż zgodnie z normalną stawką, bez doliczenia ewentualnej kary.

— To bardzo miłe z pana strony.

— Doktorze Tennyson — kapitan zmienił temat — proszę się wreszcie napić. Nie przytknął pan nawet butelki do ust. Kiedy widzę, jak ktoś siedzi i bawi się pełną butelką zamiast pić, zaczynam się denerwować.

— Przepraszam, Kapitanie. Nie chciałem pana denerwować — Tennyson uniósł butelkę, pociągnął potężny łyk i opuścił ją.

— Wyborne — zachwycił się. — Cóż to takiego?

— To mikstura nazywana Szkocką. Pierwszy raz zrobiono ją na Matce Ziemi.

— Na Starej Ziemi?

— Dokładnie tak — przytaknął kapitan. — Rodzinnej planecie ludzi.

— Bardzo jestem ciekaw, jak wygląda Stara Ziemia. Był pan tam kiedykolwiek?

Kapitan skinął głową.

— Niewielu z nas postawiło nogę na jej świętej ziemi. Jesteśmy rozsiani po kosmosie i tylko nieliczni odważają się ponownie wybrać się tam, gdzie wszyscy pragniemy pewnego dnia wrócić.

— Tak to jest — mruknął Tennyson i ponownie pociągnął łyk z butelki.

— Ale wracając do naszych spraw — zreflektował się kapitan. — Obawiam się, że nie mam dla pana miejsca. Nieliczne, znajdujące się na tym statku kabiny są przepełnione. Nawet moje pokoje zostały wynajęte hordzie łuskowatych obrzydliwców pielgrzymujących na Koniec Wszechświata. Przed końcem podróży będę musiał zdezynfekować wszystkie pomieszczenia, zanim wprowadzę się do nich z powrotem, a i tak zapewne upłyną lata, zanim pozbędę się smrodu, jaki pozostanie po nich.

— Czemu w takim razie wynajął im pan miejsca?

— Oczywiście z powodu pieniędzy — odparł kapitan. — Ta hałastra jest cholernie bogata i chcieli mieć najlepsze miejsca na statku, niezależnie od kosztów. Zgodziłem się. Każdy z nich zapłacił trzykrotnie więcej, niż wynosi normalna opłata za przejazd. Mimo to wydaje mi się, że pewnego dnia będę tego żałował. Przyszło mi sypiać na zmianę w jednej kabinie z matem. A muszę panu powiedzieć, że mat jest wiernym wyznawcą diety czosnkowej. Wydaje mu się, że to go utrzymuje w formie. Jedynie skrajna konieczność zmusza mnie do wczołgiwania się na jego koję.

— Poza panem mat jest jedynym człowiekiem?

— Niestety, tak. Jest nas tylko dwóch. Załoga składa się ze szczurów takich jak ten, który pana znalazł, i innych, podobnych mu, śmierdzących obcych. Pomieszczenia dla pasażerów i kabiny są zajęte przez przyprawiających mnie o mdłości pielgrzymów.

— Jeśli tak pan nie cierpi obcych, czemu zajmuje się pan ich przewozem? Założę się, że z równym powodzeniem mógłby pan kierować frachtowcami.

— Muszę przetrwać jeszcze pięć lat tego piekła — odparł kapitan. — Jeszcze tylko pięć lat. Na frachtowcach nie zarabia się prawdziwych pieniędzy. Za to przewożenie tych cholernych pielgrzymów jest bardzo opłacalne, jeśli tylko jest się w stanie to wytrzymać. A ja jestem wytrzymały i dlatego będę to robił jeszcze kolejne pięć lat. Do tego czasu zarobię wystarczająco dużo, żeby przejść na emeryturę. Wtedy wreszcie wrócę na różową planetę nazywaną Kwiatem Jabłoni. Głupia nazwa, ale idealnie pasuje do tego miejsca. Czy był pan kiedykolwiek na jakiejś różowej planecie, doktorze? Nie ma ich zbyt wielu.

— Nie, nigdy.

— Szkoda — westchnął kapitan.

Od strony otwartych drzwi dało się słyszeć skrzypnięcie.

Kapitan odwrócił się na krześle.

— A, to ty, kochanie — powiedział wyraźnie uradowany.

Tennyson również obrócił się. W drzwiach stała jakaś kobieta. Miała imponującą figurę, szerokie ramiona i biodra, piękne oczy osadzone w pełnej wyrazu twarzy, duże, kształtne usta i błyszczące jak złoto włosy.

— Wejdź, proszę — powiedział kapitan. — Jak widzisz, mamy jeszcze jednego pasażera. Czworo ludzi na pokładzie w czasie jednego tylko rejsu. To chyba nasz rekord.

— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam — rzekła kobieta.

— Ależ skąd — odparł kapitan. — Bardzo się cieszymy, że zechciałaś nas odwiedzić. Jill Roberts, a to doktor Tennyson. Doktor Jason Tennyson.

Wyciągnęła rękę do Tennysona.

— Miło mi spotkać kolejnego człowieka. Gdzie się pan ukrywał?

Tennyson momentalnie zamarł. Obracając się, kobieta stanęła tak, że ujrzał jej zasłonięty dotąd drugi policzek. Przez całą jego długość, od szczęki aż po skroń biegła wyraźna, czerwona szrama.

— Przykro mi, doktorze — powiedziała. — Tak już wyglądam. Od lat straszę tym wszystkich przyjaciół.

— Proszę mi wybaczyć — odrzekł wyraźnie speszony Tennyson. — Moje zachowanie jest naganne. Jako lekarz...

— Jako lekarz nie może pan nic na to poradzić. Zamaskowanie tego w jakikolwiek sposób jest niemożliwe. Nawet operacja plastyczna jest niewykonalna. Tak już po prostu musi zostać. Muszę z tym żyć. Zresztą, już się nauczyłam z tym żyć.

— Panna Roberts jest pisarką — wyjaśnił kapitan. — Artykuły do czasopism, długa półka książek.

— Jeśli butelka nie przyrosła jeszcze do pańskiej ręki, to czy mógłby pan pozwolić mi zniejszyć nieco jej zawartość? — spytała Jill Roberts.

— Oczywiście — odpowiedział szybko Tennyson. — Pozwoli pani, że wytrę. — Dokładnie przetarł szyjkę butelki końcem rękawa koszuli.

— Wygląda na to, że na tej puszce po konserwach nie ma ani jednej szklanki — ciągnęła Jill Roberts. — Ale, prawdę mówiąc, specjalnie mi to nie przeszkadza. Picie z kimś z jednej butelki to tylko jeden ze sposobów wymiany zarazków.

Wzięła butelkę i usiadła na jednym wolnym krześle.

— Gdzie też pan śpi? — spytała Tennysona. — Kapitan wspominał mi, że wszystkie kabiny są zajęte. Nie upchnął chyba pana razem z tym obcym bydłem w czwartej klasie?

— Doktor Tennyson — powiedział kapitan z uśmiechem — trochę się spóźnił. Szczerze powiedziawszy, nie mam go gdzie umieścić. Pojawił się dość niespodziewanie.

Kobieta podniosła butelkę do ust, opuściła i spojrzała podejrzliwie na Tennysona.

— To prawda? — spytała.

Tennyson uśmiechnął się szeroko.

— Kapitan stara się być uprzejmy. Tak naprawdę jestem pasażerem na gapę. A co do kabiny, nie powinniście się państwo tym martwić, ułożę się gdziekolwiek. I tak jestem szczęśliwy, że udało mi się dostać na pokład.

— Jeśli już mamy być skrupulatni, to prawda wygląda jeszcze inaczej. — Kapitan poczuł się zobowiązany wyjaśnić sprawę do końca. — Doktor rzeczywiście jest pasażerem na gapę, ale pragnie zapłacić za podróż. Dlatego, z praktycznego punktu widzenia, od tej chwili nie jest już pasażerem na gapę.

— Ależ pan musi być głodny — zauważyła Jill. — Pewnie nie wziął pan ze sobą jedzenia.

— Rzeczywiście, nie pomyślałem o tym — odparł Tennyson. — Prawdę mówiąc, zbytnio się spieszyłem. Ale wystarczyłby mi jakiś stek.

— Na tej konserwie nie ujrzy pan steków — uśmiechnęła się Jill. — Ale na pewno znajdzie się coś do wypełnienia żołądka. Prawda, Kapitanie?

— Oczywiście — zgodził się kapitan. — Nie powinno z tym być większych problemów. Jestem pewien, że coś się znajdzie.

Jill wstała i wetknęła sobie butelkę pod pachę.

— Proszę przysłać jedzenie do mojej kabiny — rzuciła w stronę kapitana, a następnie zwróciła się do Tennysona: — Proszę ze mną. Umyjemy pana, uczeszemy i zobaczymy, jak pan naprawdę wygląda.

Rozdział III

Najpierw wyjaśnijmy sobie parę spraw — zaczęła Jill. — Po tak krótkiej znajomości, nie mam zamiaru wskakiwać z tobą do łóżka, a właściwie do koi, bo łóżkiem nazwać się tego nie da. Będziemy spać na zmianę, tak jak kapitan i mat. Będziemy razem jadać posiłki, rozmawiać i grać na moich muzycznych kryształach. Ponieważ z natury jestem ugodowa, będę starała się wytrzymać z tobą, ale jeśli staniesz się nie do zniesienia, wyrzucę cię bez ogródek.

— Postaram się dobrze zachowywać — odparł Tennyson — chociaż wydaje mi się, że będę wystawiony na pokuszenie. Czuję się jak bezdomny pies, którego ktoś wreszcie zechciał przygarnąć.

Połówką kromki chleba wyczyścił talerz zbierając resztę sosu z gulaszu.

— Przy moim wilczym głodzie, nawet ten posiłek był smaczny, ale i tak wyraźnie wyczułem, że zalatywał czymś dziwnym — zastanawiał się na głos Tennyson. — To chyba gulasz, ale z czego on był właściwie zrobiony?

— Lepiej nie pytaj — odpowiedziała Jill. — Po prostu zamknij oczy i jedz. Zatykanie sobie nosa również pomaga, jeśli tylko człowiek się nie udusi. Istnieje pewne podejrzenie, że kiedy umiera któryś z pielgrzymów, a trochę ich tam umiera, bo jak wiadomo warunki w czwartej klasie nie są najlepsze...

Tennyson machnął szybko ręką.

— Proszę, przestań — przerwał jej. — Mój organizm potrzebuje pożywienia, a poza tym chciałbym, żeby zostało ono tam, gdzie znajdzie się teraz.

— Nigdy bym nie pomyślała, że lekarz może być tak wyczulony na tym punkcie.

— Lekarze, moja droga, nie są wielkimi brutalami.

— Odstaw talerz — zakończyła dyskusję Jill. — Wytarłeś go tak, że aż się świeci. Zapomniałeś, że nadal mam butelkę od kapitana.

— Zauważyłem. Przezornie nie wypuściłaś jej z ręki ani na chwilę.

— Tak naprawdę, to ta butelka nie należy do kapitana. Buchnął ją z ładunku, który przewozi. W czasie każdego kursu dostaje do transportu kilka skrzynek w ramach dostaw specjalnych dla gnomów biorących udział w Projekcie Papież.

— Gnomów biorących udział w Projekcie Papież? Co do diabła ma to wspólnego z gnomami i co to jest Projekt Papież?

— Chcesz mi powiedzieć, że nic nie wiesz?

— Nic a nic — potwierdził Tennyson.

— Cóż, chyba jednak to nie są gnomy, chociaż często tak się ich nazywa. Niektórzy to ludzie, ale zdecydowaną większość stanowią roboty.

— Nic z tego nie rozumiem — wtrącił Tennyson. — Może zacznij od początku. Muszę przyznać, że brzmi to tajemniczo i...

— Zaraz, zaraz, ale ja też tu czegoś nie rozumiem — przerwała Jill. — Kapitan powiedział, że jesteś pasażerem na gapę, ale zgodziłeś się zapłacić za swój przejazd. Jeśli nie wiesz nic o Projekcie Papież, to dlaczego chcesz dotrzeć na Koniec Wszechświata? Jedynym powodem, dla którego się tam leci, jest Projekt Papież.

— Dobrze więc — odparł Tennyson. — Przyznaję, że zanim moja noga stanęła na tym statku, nigdy nie słyszałem o Końcu Wszechświata ani o Projekcie Papież. A w ogóle, to co to jest ten Koniec Wszechświata?

— W odpowiednim czasie będę pierwszą osobą, która z przyjemnością podzieli się z tobą wszystkimi posiadanymi informacjami. Ale to chyba ty pierwszy powinieneś zacząć wyjaśnienia. Pamiętaj, że przyjęłam cię do swojej kabiny. Dzielę z tobą koję. Napijmy się, a potem opowiedz mi całą historię.

Jill pociągnęła duży łyk. Tennyson wziął od niej butelkę, napił się i oddał z powrotem.

— Wiesz — powiedział — to draństwo jest mocne.

— Mów — odpowiedziała.

— Cóż, po pierwsze, naprawdę jestem lekarzem.

— W to akurat nigdy nie wątpiłam. Rzuciłam okiem do wnętrza twojej torby.

— Co wiesz o Gutshot, planecie, z której wylecieliśmy?

Jill wstrząsnął dreszcz.

— Okropne miejsce, chociaż cieszyłam się, kiedy tam doleciałam. To ostatni przystanek w drodze na Koniec Wszechświata, a ja miałam już dość przesiadek. Oczywiście nigdy, nawet w najśmielszych snach, nie myślałam, że będę musiała lecieć na tak obrzydliwym statku jak ten, jednak kiedy się rozglądałam za jakimś środkiem lokomocji powiedzieli mi, że to jedyny statek, jaki kursuje między Gutshot i Końcem Wszechświata. Nasz kapitan, chcąc nie chcąc, zawsze przewozi jedynie pielgrzymów.

— A co do pielgrzymów...

— Poczekaj. Najpierw opowiedz mi o Gutshot, a potem ja opowiem ci o gnomach, papieżach i pielgrzymach.

— Historia jest prosta — zaczął Tennyson.

— Gutshot, jak być może wiesz, to planeta feudalna. Wiele małych lenn kierowanych przez brudnych zarządców. Niektórzy z nich to ludzie, jednak większość to obcy. Byłem nadwornym lekarzem margrabiego Daventry. Człowieka, jak łatwo się domyślić. Człowiek-lekarz uczony w medycynie ludzkiej nie byłby zbyt przydatny obcym. Nie była to praca, jaką sobie wymarzyłem, ale i tak uważałem się za szczęściarza. Młody lekarz, który dopiero co opuścił akademię medyczną, zazwyczaj nie jest w stanie znaleźć pracy, chyba że ma jakieś pieniądze. Ja jednak nie miałem pieniędzy, a w okolicy jakoś nie roiło się od szpitali poszukujących świeżych talentów. Poza tym, żeby założyć własną praktykę, trzeba mieć naprawdę kupę forsy, a i tak przez pierwsze kilka lat, dopóki ludzie nie poznają cię i nie zaczną do ciebie przychodzić się głoduje. Po pierwszym szoku związanym z Gutshot przyzwyczaiłem się do nowych warunków, tak jak można się z czasem przyzwyczaić do bólu zęba. W ten sposób zostałem. Pensję miałem dobrą, a nawet bardzo dobrą. Margrabia nie był złym człowiekiem. To nie znaczy, żeby był dobry, ale zły też nie. Jakoś nam szło. I kiedy wszystko się jako tako ułożyło, pewnego dnia zmarł. Nic mu nie dolegało. Po prostu przewrócił się i już. Zawał serca, jak podejrzewam, chociaż nic wcześniej na to nie wskazywało. Prawdę mówiąc, nawet nie miałem okazji stwierdzić przyczyny zgonu i...

— Nikt nie może ci nic zarzucić. To nie twoja...

— Nie rozumiesz — przerwał jej Tennyson. — System feudalny rządzi się swoimi własnymi prawami. Zgraję wilków trzyma na odległość jeden człowiek. Kiedy się popuści smycz, rzucają się sobie do gardeł. Nigdy świadomie nie mieszałem się do polityki, ale nieoficjalnie byłem doradcą i giermkiem margrabiego. Dlatego walka skierowana była również przeciw mnie. Prawie natychmiast rozeszła się plotka, że margrabia został otruty, ale ma szczęście, jeszcze zanim walka zaczęła się na dobre, mnie już tam nie było. Nie miałem żadnego zaplecza wojskowego i wiedziałem o tym. Dla każdego z pretendentów byłem łatwym celem. Zgarnąłem wszystkie oszczędności, jakie przez długi czas gromadziłem, ukradłem lotnię i wziąłem nogi za pas tak szybko, jak to tylko było możliwe. Nadchodziła noc. Musiałem lecieć nisko, tak aby nie wyłapały mnie radary. Wiedziałem, że na tej planecie nie znajdę bezpiecznego miejsca...

— Więc kierowałeś się do portu.

— Tak. Wiedziałem, że zostało mi już niewiele czasu. Pościg znajdował się tuż za mną. Dlatego też musiałem znaleźć jakiś statek i to szybko. Statek, który znajdzie się w przestrzeni kosmicznej, jeszcze zanim obława dotrze do portu.

— Więc tak wygląda twoja historia?

— Właśnie tak — potwierdził. — Jedyne, co mnie w tej chwili martwi, to fakt, że musiałem zdradzić część mojej tajemnicy kapitanowi. Powinienem był skłamać, jednak miałem za mało czasu, żeby wymyślić coś sensownego.

Potrząsnęła głową.

— Nie musisz się martwić o naszego drogiego kapitana. Jeśli ktoś go o coś spyta, przysięgnie, że nic o tobie nie wie. Ma dosyć problemów. Monopol na Koniec Wszechświata bardzo mu przypadł do gustu i nie ma zamiaru go stracić. To jak żyła złota. Pakuje towary i pielgrzymów na pokład, wyrzuca ich i znów pakuje tych, których transportował w czasie poprzedniego lotu z Gutshot.

— Wszyscy przylatują z Gutshot? Nigdy nie słyszałem o pielgrzymach na Gutshot.

— Żaden z nich pewnie nie pochodzi z Gutshot. Po prostu jest to jedyna stacja wylotowa na Koniec Wszechświata. Przylatują z całego obszaru galaktyki, zbierają się tu i czekają na statek zmierzający na Koniec Wszechświata. Następnie nasz kapitan zabiera ich na pokład i zawozi na miejsce, gdzie prowadzony jest Projekt Papież.

— Ale ty nie jesteś pielgrzymem?

— Czy ja wyglądam na pielgrzyma?

— Prawdę mówiąc, nie. Mogłabyś na chwilę dać mi potrzymać tę butelkę?

Jill podała mu trunek.

— Nie znam całej historii — zaczęła z kolei swoją opowieść. — Jadę, żeby zobaczyć, co się tam dzieje. Mam nadzieję, że będzie to dobry materiał na kilka artykułów. Może nawet na książkę.

— Ale masz przynajmniej o tym jakieś pojęcie, a to już i tak więcej, niż ja wiem.

— Właściwie znam tylko plotki. Opowieści, które ktoś usłyszał i przekazał dalej. Niektórzy sądzą, że te plotki to cała historia, chociaż ja uważam, że tam musi być coś więcej. Pomyśl tylko o tłumach pielgrzymów. Najpierw próbowałam wyśledzić, skąd oni wszyscy przybywają, ale nie udało mi się znaleźć takiego miejsca. Prawie każdy pochodzi z innej planety. Żaden z nich nie jest człowiekiem. Być może należą do jakiegoś specyficznego rodzaju obcych, chociaż tego nie jestem pewna. Najwyraźniej są to członkowie różnego rodzaju ciemnych kultów i sekt. Może każda sekta oznacza inną wiarę, jeśli można to w ogóle nazwać wiarą. Tak czy inaczej, każdy z nich związany jest z projektem. Nie świadczy to bynajmniej, iż wiedzą o nim cokolwiek. Prawdopodobnie jest on czymś, na czym opierają swoją dziwną wiarę. Wszyscy oni pragną wiary, potrzebują czegoś, co będzie tajemnicze lub spektakularne, a najlepiej żeby było i tajemnicze, i spektakularne. Jedyną rzeczą, która jest w tym wszystkim interesująca, jest fakt, że w całą tę sprawę wplątani są ludzie. Miejsce, gdzie prowadzony jest Projekt Papież nazywa się Watykan-17...

— Zaraz, zaraz — przerwał jej Tennyson. To rzeczywiście ma coś wspólnego z ludźmi. Watykan, to przecież miejsce, które istniało kiedyś na Ziemi...

— Mylisz się. Ono dalej istnieje. Centrum wiary rzymskokatolickiej, która nadal wyznawana jest na Ziemi i kilku zamieszkiwanych przez ludzi planetach. Głową kościoła nadal jest Papież. Ale wątpię, czy Watykan-17 ma coś wspólnego z tym na Starej Ziemi. Wygląda to raczej na parodię. Po pierwsze, wszystkim kierują roboty...

— A co one mają wspólnego z religią Starej Ziemi?

— Nie wiem, lecz wydaje mi się, że to nie jest ta sama religia. Ktoś zapożyczył jedynie terminologię... prawdopodobnie roboty...

— Roboty?

— Wiem, że to dziwne, ale to właśnie usiłuję wytłumaczyć.

— A Koniec Wszechświata?

— Koniec Wszechświata znajduje się w galaktyce Wieniec. Jest jedną z niewielu planet tej galaktyki. Jedyną rzeczą, jakiej tam nie brakuje, jest pusta przestrzeń. To już zresztą sam kraniec międzygalaktycznej przestrzeni. Jeśli chodzi o planetę jako taką, nie wiem o niej chyba nic oprócz tego, że jest podobna do Ziemi. W każdym razie ludzie mogą tam żyć bez przeszkód. Jak mi powiedziano, statek powinien dotrzeć tam w ciągu miesiąca, a nawet wcześniej. Nie pytaj mnie, ile razy przekroczyliśmy prędkość świetlną, bo nie mam zielonego pojęcia. Ta stara łajba wyposażona jest w napęd inercyjny, o co nie można by jej nawet podejrzewać. Ale bez obaw. Na swojej trasie zazwyczaj nie spotyka żadnych innych statków i bez problemu dociera na miejsce. Każdego roku sześć razy przebywa trasę tam i z powrotem, dzięki czemu przewozi mrowie pielgrzymów. Kapitan jest dość tajemniczy. Z powodzeniem mógłby dowodzić jednym z najnowocześniejszych liniowców międzygwiezdnych, zdolności na pewno mu nie brakuje. Mimo to niańczy pielgrzymów, których nie cierpi.

— Ale zbija na tym fortunę — dorzucił Tennyson. — Powiedział mi, że jeśli tak dalej pójdzie, to za pięć lat będzie mógł przejść na emeryturę na planecie zwanej Kwiat Jabłoni.

— Tak, mnie też to powiedział. Najwyraźniej mówi o tym wszystkim. Nie wiem, czy to rzeczywiście prawda.

— Myślę, że tak — powiedział Tennyson. — Ludzie robią różne dziwne rzeczy, żeby tylko móc zrealizować swoje marzenia.

— Jason — rzekła nagle Jill. — Lubię cię. A wiesz dlaczego?

— Bo jestem szczery i godny zaufania — zgadywał Tennyson. — Jestem człowiekiem, potrafię wczuć się w twoją sytuację, jestem uczciwy...

— Eee tam. Gadanie. Lubię cię, bo potrafisz patrzeć na mnie bez wzdragania się. Nie odwracasz oczu. Ludzie, z którymi zaczynam rozmawiać, zawsze odwracają wzrok. Pogodziłam się już ze swoim wyglądem i chciałabym, żeby ludzie również się z nim pogodzili.

— To dlatego, że prawie tego nie zauważam.

— ... a poza tym jesteś uroczym łgarzem. Tej blizny po prostu nie można nie zauważyć.

— Szok, którego się doznaje patrząc na ciebie po raz pierwszy, wynika stąd, że gdyby nie ta blizna byłabyś po prostu piękna. Posiadasz klasyczny typ urody. Jedna strona twarzy nieodparcie przyciąga pięknem, druga odrzuca szpetotą.

— Proszę. Potrafisz w dodatku opowiadać o tym — uśmiechnęła się Jill — i to w taki sposób, że brzmi to zupełnie naturalnie. Żadnej litości. Nawet współczucia. Tak, jakby to było zupełnie normalne. Muszę przyznać, że to pomaga. Miło, że akceptujesz mnie taką, jaką jestem. Na początku było mi trudno. Odwiedzałam wielu różnych lekarzy, a za każdym razem i tak diagnoza była taka sama. Naczyniak włośniczkowy. Nic nie można poradzić. Jeden ze specjalistów poradził mi nawet, żebym nosiła maskę zakrywającą połowę twarzy. Zapewniał mnie, że można by było wykonać taką maskę bez problemów...

— Jeśli potrzebujesz maski — odparł Tennyson — to masz do wyboru najlepszą, jaką tylko można sobie wyobrazić. Samoakceptacja.

— Naprawdę tak myślisz?

— Oczywiście.

— W takim razie podaj mi proszę butelkę i wypijmy za to.

Pociągnęli na zmianę z butelki.

— Jedno pytanie — rzekł Tennyson. — Nie to, żebym chciał zmienić temat, ale jest to dla mnie kwestia podstawowa. Kiedy dolecimy wreszcie na Koniec Wszechświata, czy znajdziemy tam jakieś warunki do egzystencji? Jest tam gdzie mieszkać?

— Mam rezerwację — uspokoiła go Jill. — Miejsce nazywa się Dom dla Ludzi. Tym niemniej nie wiem o nim nic prócz tego, że jest drogi, jeśli jest to w ogóle jakaś informacja.

— Kiedy tam dotrzemy, czy będę mógł pierwszego wieczoru zaprosić cię na kolację? Trzeba jak najszybciej usunąć ten smak z naszych ust.

— Cóż, oczywiście proszę pana — roześmiała się Jill. — Będzie mi bradzo miło.

Rozdział 4

Usiedli w sterówce, rozkładając się wygodnie w fotelach.

— Pamiętajcie, nie wolno wam zrobić tego błędu i myśleć o robotach Projektu Papież jako o małych, wesołych lokajach — ostrzegał kapitan. — Są wysokoenergetycznymi urządzeniami elektronicznymi. Niektórzy ludzie uważają, że udało im się skonstruować posłuszne organiczne mózgi, chociaż osobiście w to wątpię. Oczywiście, być może mój pogląd jest krzywdzący i wynika z ograniczeń myślenia istoty biologicznej. Jeśli pomyśli się o tym realistycznie, nie ma podstaw sądzić, że myślenie technologiczne oraz aparat logiczny, przy obecnym stanie nauki, są choćby odrobinę gorsze od mózgu ludzkiego czy jakiegokolwiek innego mózgu. Roboty te przez wieki podnosiły swoje umiejętności, ulepszając się na wiele różnych sposobów, tak jak mechanik, który ulepsza silnik, żeby działał sprawniej.

— Jak dobrze je pan zna? — spytał Tennyson.

— Utrzymuję z nimi jedynie zwykłe kontakty — odparł kapitan. — Kontakty konieczne dla prowadzenia interesów. W każdym razie nie mam wśród nich przyjaciół, jeśli o to ci chodzi.

— Przepraszam, jeśli zadaję zbyt osobiste pytania — odrzekł ze skruchą Tennyson. — Po prostu byłem ciekaw. Wygląda na to, że znalazłem się w sytuacji, w której zupełnie się nie orientuję. Dlatego chciałbym uzyskać jak najwięcej informacji.

— Powiedziano mi, że wśród robotów są pracujący dla nich ludzie — przerwała mu Jill.

— Nie wiem, czy oni rzeczywiście pracują dla robotów. Być może pracują razem. Jest tam dość duży korpus ludzi. Ale nigdy nie miałem z nimi kontaktu. Widzę tylko roboty i to też jedynie w przypadku, kiedy one chcą widzieć mnie. Projekt Papież to wielka operacja. Nikt poza Watykanem nie wie tak naprawdę, co się tam dzieje. Według jednej z plotek, roboty próbują skonstruować idealnego papieża, papieża elektronicznego, komputer. Wygląda na to, że Projekt Papież jest czymś w rodzaju przeinaczonego chrześcijaństwa, starej ziemskiej religii.

— Wiemy, co to chrześcijaństwo — przerwała mu Jill. — Nadal jest wielu chrześcijan, może nawet więcej niż kiedykolwiek przedtem. Mimo to chrześcijaństwo nie odgrywa już takiej roli jak w czasach, kiedy nie potrafiliśmy jeszcze podróżować w przestworzach. Zresztą wszystko jest względne. Ta religia jest wciąż bardzo ważna, ale jej znaczenie zostało rozmyte przez wiele innych religii istniejących w galaktyce. A swoją drogą, czy to nie dziwne, że wiara jest czymś tak uniwersalnym? Nawet najbardziej ohydni obcy mają swoją religię.

— Nie wszyscy — zauważył kapitan. — Na pewno nie wszyscy. Zdarzyło mi się dotrzeć do miejsc zamieszkanych przez obcych, do planet, gdzie nikt nigdy nie pomyślał o religii ani wierze. I szczerze powiedziawszy, nie zauważyłem, żeby miało to jakiś negatywny wpływ na ich egzystencję. Wręcz przeciwnie.

— Skonstruowanie papieża to bardzo dziwne zadanie — rzekł w zamyśleniu Tennyson. — Ciekawe, skąd roboty wzięły ten pomysł i jakich rezultatów oczekują.

— Z robotami nigdy nic nie wiadomo — stwierdził kapitan. — Spędź trochę czasu na podróżach kosmicznych, a przestaniesz się dziwić i przejmować tym, co kto robi i dlaczego. Żaden z tych dziwnych obcych nie myśli w ten sam sposób co my. Są po prostu zgrają półgłówków. W porównaniu z większością z nich, roboty są w pełni ludźmi.

— Powinny być — wtrąciła Jill. — To my ich stworzyliśmy. Żadna inna kultura, tylko my. Niektórzy mówią nawet, że roboty to ulepszeni ludzie.

— Może to po części prawda — zgodził się kapitan. — Mimo że czasami doprowadzają mnie do białej gorączki, i tak stoją kilka pięter wyżej od wszystkich obcych, których dotąd spotkałem.

— Nie lubi pan obcych — rzekł Tennyson z uśmiechem.

— Zgadza się. Znasz kogoś, kto ich lubi?

— A przecież włącza ich pan do swojej załogi.

— Tylko dlatego, że nie mogę skompletować załogi z ludzi. Na tym pustkowiu nie ma nas zbyt wielu.

— A poza tym przewozi pan obcych na Koniec Wszechświata i z powrotem na Gutshot.

— Ktoś musi ich przewozić — bronił się kapitan. — Zresztą, za tę cenę... Przewożę ich, ale to nie znaczy, że muszę się z nimi kumać. Nie chodzi tylko o to, że ich nie lubię, chociaż to prawda. My, ludzie, po prostu mu-simy się trzymać razem. W przeciwnym wypadku te potworki zaleją nas jak szarańcza.

Tennyson przyglądał się kapitanowi. Nie wyglądał na fanatyka czy bigota. Był w trudnym do określenia wieku, młody-stary człowiek z ostrą, pociągłą twarzą. Nie posiadał ani krztyny poczucia humoru. Chodząca powaga. Dziwny człowiek, pomyślał Tennyson, jeden z tych, którzy najczęściej mieszkają na uboczu, z dala od cywilizacji. Przez długie lata przewoził obcych pielgrzymów pomiędzy Gutshot a Końcem Wszechświata, a jego samotny krzyk za drugim człowiekiem, jego odraza i strach przed pasażerami urosły do ogromnych rozmiarów i stały się treścią jego życia.

— Czy mógłby nam pan opowiedzieć o Końcu Wszechświata? — przerwała milczenie Jill. Poruszaliśmy ten temat kilkakrotnie od czasu, kiedy weszłam na pokład, a mimo to nadal nie powiedział mi pan, jaka to właściwie planeta, uprawia się tam ziemię, czy...

— Nic z tych rzeczy — przerwał jej kapitan. — Co prawda projekt posiada kilka ogrodów i pól, gdzie roboty uprawiają pożywienie dla swoich biologicznych braci, ale poza tym ziemia jest nie uprawiana, środowisko nietknięte przez cywilizację, w stanie, w jakim trwa od stuleci. Planety nie eksploatuje się zbytnio po prostu dlatego, że jest słabo zaludniona. Jedynym człowiekiem, który stara się wykorzystać jej zasoby naturalne jest facet o nazwisku Thomas Decker. To bardzo dziwna postać. Mieszka samotnie w chacie zbudowanej na krańcu osady.

— Jest pańskim przyjacielem?

— Bez przesady. Prowadzimy jedynie wspólne interesy. Za każdym razem, kiedy tam przylatuję, oddaje mi mały woreczek kamieni półszlachetnych — granatów, akwamaryn, ametystów, topazów. Nic szczególnego, rzadko zdarza się coś naprawdę cennego. Od czasu do czasu jakiś opal. Kiedyś przyniósł parę szmaragdów. Nie można powiedzieć, żebyśmy zbijali na tym fortunę. Zresztą wydaje mi się, że nie robi tego dla pieniędzy, choć może się mylę. Zagadkowy człowiek. Nikt nic o nim nie wie, chociaż mieszka tam już od lat. Czasami myślę, że zbiera te kamienie jedynie dla samej przyjemności ich znajdowania. Nasz układ jest taki, że on dostarcza mi kamienie, a ja sprzedaję je u znajomego na Gutshot. Dostaję z tego dziesięć procent.

— Skąd on je bierze? — spytał Tennyson.

— Znajduje je w sobie tylko znanych miejscach. Chodzi w góry i przeszukuje potoki przesiewając żwir.

— Powiedział pan, że nie wydaje się panu, aby robił to dla pieniędzy — powiedziała Jill. — Z jakiego więc powodu w takim razie odbywa te wędrówki?

— Nie jestem pewien — zamyślił się kapitan. — Może jest to jedynie jego hobby, zajęcie, dzięki któremu ma co robić. Chociaż nie powiedziałem wam jeszcze jednej rzeczy. Decker nie przynosi mi wszystkiego; lepsze sztuki zatrzymuje dla siebie. Niektóre z nich nawet szlifuje. Ma u siebie taki jeden wielki nefryt, który nawet w formie surowej byłby wart masę pieniędzy. Decker wypolerował go i teraz kamień wart jest fortunę. Ale nie chce go sprzedać. Upiera się, że nefryt nie należy do niego i nie może nim rozporządzać.

— A do kogo innego miałby należeć?

Kapitan wzruszył ramionami.

— A skąd mam to wiedzieć! Może do nikogo. Może tylko tak mówi. Bóg jeden wie, o co mu chodzi. Musicie wiedzieć, że jego zachowanie pod wieloma względami jest bardzo dziwne. — Trzyma się na uboczu, ma bardzo staroświeckie podejście do wielu rzeczy, zupełnie jakby pochodził z innej epoki. Śmieszne, że wam to mówię, bo nawet nie umiem powiedzieć, dlaczego tak uważam. Nie chodzi bynajmniej o to, co robi, ani co mówi, po prostu takie odnoszę wrażenie. Mówię wam, że jest dziwny i potrafię nawet powiedzieć w czym jest dziwny, ale nie mogę dać ani jednego przykładu jego zachowania, z którego by to wynikało.

— Chyba jednak jesteście dobrymi przyjaciółmi. Zna go pan dosyć dobrze.

— Nie jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. On nie ma przyjaciół. Nie chodzi o to, że jest odpychający, po prostu nie chce trzymać z innymi ludźmi na Końcu Wszechświata. To znaczy nie odrzuca ich ani nawet ich nie unika, wystarczy, że nie szuka ich towarzystwa. Nigdy nie przyłącza się do gawiedzi w barze w Domu dla Ludzi. Prawie nigdy nie wypuszcza się w miasto. Ma stary, zużyty samochód, jeden z tych, które bez większych problemów pokonują największe przeszkody terenowe. Odkupił go od kogoś w osadzie. Nie pamiętam od kogo. Czasami przejeżdża nim przez miasto, ale zawsze jest sam. Kiedy wyrusza w góry, w poszukiwaniu nowych kamieni, nie bierze go ze sobą. Idzie na piechotę. Tak, jakby nikogo nie potrzebował, jakby wszystko, co jest mu potrzebne, można było znaleźć tam wysoko, w dzikich górach. Kiedyś będąc w jego chacie zobaczyłem kamienie, które zatrzymuje dla siebie. Nie byłem zaproszony, chociaż wydawało mi się, że ucieszył się na mój widok. Usiedliśmy przy ogniu i rozmawialiśmy. Czasami miałem wrażenie, że opuszcza mnie i myślami wędruje gdzieś daleko. Może to wyda się dziwne, ale wyglądało zupełnie tak, jakby, rozmawiając ze mną i słuchając mnie, równocześnie prowadził rozmowę z kimś innym. Znowu nie mogę przytoczyć wam żadnego przykładu, są to jedynie moje odczucia. Kiedy wychodziłem, powiedział, że sprawiłem mu wielką przyjemność swoją wizytą. Mimo to nigdy sam mnie nie zapraszał i nigdy więcej go już nie odwiedzałem. Wątpię, żebym jeszcze kiedyś poszedł.

— Powiedział pan, że Decker nie zadaje się z gawiedzią w barze — wtrącił Tennyson. — Domyślam się, że chodzą tam głównie ludzie.

— Oczywiście — odparł kapitan. — Obcy mają swoje miejsca, Dom dla Ludzi jest tylko dla nas. Żadnemu obcemu nie przyszłoby do głowy, żeby tam zawędrować.

— A ludzie w Watykanie? Odwiedzają Dom dla Ludzi?

— Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, chociaż teraz, kiedy o tym wspomniałeś, rzeczywiście wydaje mi się, że nie. W ogóle prawie nie widuje się mieszkańców Watykanu, ani ludzi, ani robotów. Większość czasu spędzają na swoim wzgórzu i raczej nie mieszają się z miejskim tłumem. Nie dotyczy to oczywiście ludzi żyjących w mieście. Tych z kolei nie ma zbyt wielu i zazwyczaj trzymają się razem. Większość wykonuje pracę związaną w ten albo inny sposób z Projektem. To znaczy, nie są stałymi pracownikami na Watykanie, ale to, co robią, najczęściej ściśle wiąże się z Watykanem. Jeśli się nad tym zastanowić, to właściwie należałoby stwierdzić, że Koniec Wszechświata to to samo co Watykan. Nie ma tam nic innego godnego uwagi. W mieście można znaleźć trochę obcych, którzy zaopatrują w żywność pielgrzymów. Jak wiecie, większość pielgrzymów to obcy. Jednak nigdy jak dotąd nie przewoziłem człowieka-pielgrzyma, a prawdę mówiąc, w ogóle kilka razy zdarzyło mi się transportować ludzi. Akurat w czasie poprzedniego lotu na Koniec Wszechświata przewoziłem człowieka, ale nie pielgrzyma. Był lekarzem. Coś mi się zdaje, że wkrótce dostanę licencję na przewóz lekarzy.

— Nie rozumiem — potrząsnął głową Tennyson.

— Lekarz, którego przewoziłem, został zatrudniony jako nowy członek załogi Watykanu. Nazywał się Anderson, młody człowiek, ale strasznie zarozumiały. Działał mi na nerwy i musiałem robić wszystko, żeby się z nim nie pożreć. Jechał na Koniec Wszechświata, żeby zastąpić starego doktora Eastona, który pracował w Watykanie przez lata kurując, rzecz jasna, ludzką część załogi. Roboty nie potrzebują lekarzy. A może też mają swoich, nie wiem. Tak czy inaczej, Easton zmarł i na Watykanie nie było ani jednego lekarza. Już od dłuższego czasu Watykan starał się dokooptować nowego medyka, wiedząc, że Easton nie będzie żył wiecznie. Chyba trudno im jednak było zwabić kogokolwiek na Koniec Wszechświata, bo między Bogiem a prawdą, nie jest to miejsce, gdzie lekarz czy ktokolwiek inny chciałby spędzić całe życie. Kilka miesięcy po śmierci starego doktora rozeszły się plotki, że na Gutshot zjawił się jakiś nowy medyk. Oczywiście zapewniłem mu transport, ale kiedy tylko zszedł z pokładu, poczułem się o tonę lżejszy. Był jedynym członkiem załogi Watykanu, który leciał moim statkiem. Z tego widać, że niewiele podróżują.

— Zastanawia mnie, dlaczego jedynie obcy są pielgrzymami — powiedziała w zamyśleniu Jill. — Przecież Watykan nastawiony jest na ludzką koncepcję religii. Projekt prowadzą roboty, które, jak wiadomo, stworzono na podobieństwo ludzi. Poza tym terminologia — Watykan i Papież. Wzięte prosto z Ziemi. Czyżby rzeczywiśce był to rodzaj skarykaturowanego chrześcijaństwa?

— Być może takie były historyczne korzenie tej religii — potwierdził kapitan. — Nigdy nie udało mi się tego wyjaśnić. Prawdopodobnie jest to chrześcijaństwo przemieszane z pewną ilością innych wiar i zabobonów obcych, a wszystko to wyniesione poza możliwości poznawcze człowieka przez perwersyjne myślenie robotów.

— Ale nawet w takim przypadku — kontynuowała Jill — powinni istnieć jacyś pielgrzymi-ludzie, jakieś, choćby najmniejsze zainteresowanie ze strony ludzi.

— Może nie — wtrącił się Tennyson. — Cała masa ludzi, którzy opuścili Starą Ziemię tysiące lat temu, zostawiła również za sobą chrześcijaństwo i inne ziemskie religie. Mimo to, nawet po kilku stuleciach spędzonych w kosmosie, ludzie nadal posiadają jakieś instynktowne wyczucie filozofii religii swoich przodków. Dlatego łatwo zauważyliby każde przekłamanie czy fałsz i nie chcieliby mieć z tym nic wspólnego.

— To prawda — odrzekł kapitan. — Tłumaczyło by to, dlaczego obcych, nie posiadających żadnego rozeznania w koncepcji chrześcijaństwa, przyciąga tu jakiś magnes. Wydaje mi się, że to właśnie głównie oni wspierają rozwój Projektu. Niektórzy są bajecznie bogaci. Ta zgraja śmierdzieli mieszkających w mojej kabinie po prostu pławi się w forsie.

— A wracając do planety — przypomniała sobie Jill. — Niech pan nam wreszcie coś o niej powie.

— Planeta o warunkach klimatycznych zbliżonych do Ziemi. Różnice są naprawdę niewielkie. Kolonia watykańska to jedyna osada. Pozostały obszar jest nie zamieszkany, nawet nigdy nie został opisany na mapach, choć wystarczyłoby przecież parę zdjęć satelitarnych. Jak wiecie, fakt, że na planecie istnieje tylko jedna osada, nie jest czymś odosobnionym. Wiele okolicznych planet również posiada tylko jedno miasto leżące najczęściej w pobliżu portu kosmicznego. W takich wypadkach planeta i osada mają zazwyczaj tę samą nazwę. Gutshot na przykład, to oznaczenie planety i kolonii otaczającej port, podobnie zresztą jak Koniec Wszechświata. Niestety, jeśli nie liczyć Deckera, poznana część planety kończy się w odległości kilku kilometrów od osady. Zresztą myślę, że nawet Decker nie zapuszczał się daleko w góry. Gutshot znam oczywiście lepiej. Jak wiadomo, składa się ona z wielu feudalnych lenn, ale i tak duża część planety pozostaje nadal dzika i niezbadana.

Jeśli chodzi o Koniec Wszechświata, to większość nadal jest nie znana. Podejrzewa się, że nie istnieją na niej żadne inteligentne formy życia, chociaż jest to jedynie przypuszczenie. Nikt tak naprawdę ich nie szukał, więc może się zdarzyć, że pewnego dnia zostaną odkryte. Obficie występują za to formy zwierzęce, roślinożerne i mięsożerne. Jak mówi się w osadzie, niektóre z mięsożernych są wielkimi drapieżnikami. Spytałem o nie kiedyś Deckera, ale zbył mnie wzruszeniem ramion. A teraz niech pan nam powie — tu kapitan szybko zmienił temat zwracając się do Tennysona — ile czasu spędził pan na Gutshot?

— Trzy lata — odpowiedział Tennyson po chwili namysłu. — Trochę mniej niż trzy lata.

— I popadł pan w tarapaty?

— Można to tak określić.

— Kapitanie — wtrąciła Jill. — Wydaje mi się, że nie powinniśmy wściubiać nosa w nie swoje sprawy. Nikt nie widział, jak Jason wchodził na statek. Nikt nic o tym nie wie i wątpię, żeby miał pan z tego powodu jakieś przykrości.

— Jeśli to panu pomoże — ciągnął Tennyson — mogę powiedzieć, że nie popełniłem żadnego przestępstwa. Byłem podejrzany. To wszystko. Na Gutshot podejrzenie wystarcza, aby klient został ścięty.

— Doktorze Tennyson — powiedział kapitan nagle przybierając formalny ton. — Kiedy wylądujemy na Końcu Wszechświata, będzie pan mógł opuścić statek zapominając, że kiedykolwiek mnie pan widział. Myślę, że tak będzie lepiej dla nas obu. Jak już powiedziałem wcześniej, my, ludzie, musimy się trzymać razem.

Rozdział 5

Decker doszedł do wniosku, że wieczór to jego ulubiona pora dnia. Zjadł kolację i pozmywał naczynia. W kominku płonął ogień dający miłe ciepło. Świat został za drzwiami chaty. Po drugiej stronie stołu Szeptacz pracował nad kawałkiem topazu, który znaleźli tydzień wcześniej. Decker rozsiadł się wygodnie w fotelu zrzucając mokasyny i opierając stopy na obmurowaniu paleniska. Jeden z grubych bali płonących w kominku złamał się i osunął na inne wzniecając fontannę iskier. Języki ognia zaczęły lizać kawałki suchego drewna. We wlocie do komina coś zabulgotało niewyraźnie, tak że zrozumiał to jedynie wiatr pojękujący w odpowiedzi na poddaszu.

Decker obracając się w fotelu spojrzał na drugą stronę stołu tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się Szeptacz. Czasami widział Szeptacza, a czarni nie. Na stole leżał kunsztownie oszlifowany kawałek bladozielonego nefrytu. Dobra robota, pomyślał Decker. Spoglądając na kamień trudno było rozróżnić jego krawędzie, ale od razu zauważało się, że ta dziwna plątanina nie dających się ogarnąć ludzkim umysłem szlifów stworzona została przez mózg funkcjonujący na zupełnie innych zasadach. Przyglądając się bliżej i wpatrując w linię prostą, która na początku wydawała mu się dominująca, dostrzegł, że przeistaczała się ona w drobną i pełną niuansów sieć krzywych, a wzór, który zdawał się nie mieć żadnych tajemnic, po lekkim obróceniu przekształcał się w coś zupełnie nowego i nieodgadnionego. Można było długo siedzieć i wpatrywać się w kamień, próbując odgadnąć i przeniknąć całą jego złożoność, a i tak człowiek gubił się w końcu.

Tuż obok, na stole leżał duży topaz, który w czasie szlifowania powoli zmieniał swój kształt na coraz to piękniejszy i bliższy doskonałości. Decker nigdy nie potrafił przeniknąć sposobu, w jaki Szeptacz szlifował kamienie. Widział jedynie, że z dnia na dzień kamień zmienia kształt. Nie było to jednak mechaniczne szlifowanie, bo na stole nigdy nie zauważył odprysków ani pozostałości odcinanego materiału, które niechybnie powstawałyby przy takiej obróbce. W grę nie wchodziło również przetapianie, bo krawędzie kamieni były ostre, zupełnie jakby zostały okrojone. Szeptacz nie korzystał z żadnych narzędzi, zresztą nie miał nawet możliwości ich używania. Jego istnienie było tak bliskie niebytowi, że w pojęciu Deckera granica ta często zupełnie się zacierała. Mimo to Szeptacz potrafił wykonywać różne czynności. Przemawiał do podświadomości, zmieniał kształt kamieni, pojawiał się i znikał, będąc jednocześnie w wielu miejscach naraz.

Nagle Decker znów zauważył Szeptacza zawieszonego nad kryształem topazu w postaci delikatnej poświaty diamentowego pyłu.

Znowu się przede mną chowasz, powiedział w myślach do Szeptacza.

Wiesz dobrze, że się nie chowam, tylko ty nie potrafisz mnie dostrzec.

Nie mógłbyś od czasu do czasu poświecić trochę jaśniej? Zawsze się skradasz.

Nie drażnij się ze mną, odparł Szeptacz. Nigdy się nie skradam. Zawsze przecież potrafisz wyczuć moją obecność w podświadomości.

Tutaj Decker musiał przyznać mu rację. Kiedy tylko Szeptacz był w okolicy, natychmiast wyczuwał jego obecność. Nie wiedział jak, ale wyczuwał. Po prostu wiedział, że Szeptacz jest w pobliżu. Miał wrażenie, że mały obłoczek diamentowego pyłu (chociaż był więcej niż pewien, że Szeptacz to coś więcej niż tylko obłok pyłu) znajduje się w pobliżu.

I zawsze to samo gnębiące go pytanie. Kim jest Szeptacz? Mógł go przecież o to zapytać, nawet w tej chwili, ale z jakiegoś powodu zawsze wydawało mu się to pytaniem nie na miejscu. Początkowo zastanawiał się, dlaczego Szeptacz nie odpowiada na nie, mimo że potrafił czytać w myślach Deckera. Z czasem jednak zauważył, że ta dziwna istota nie mogła lub nie chciała odczytać tego właśnie pytania. W celu przekazania Szeptaczowi informacji musiał w określonym segmencie stworzyć słowa, które następnie były odczytywane. W ten sposób rozmawiali. Największą zagadką był jednak dla Deckera sposób, w jaki on sam odczytuje informacje przekazywane przez Szeptacza. Nie istniało żadne rozsądne, przynajmniej z ludzkiego punktu widzenia, wytłumaczenie tego zjawiska.

Nie najgorzej nam poszło w czasie ostatniej wyprawy, powiedział Decker. Dla samego topazu warto się było pofatygować. A znaleźliśmy go tylko dzięki tobie. Trzeba przyznać, że to ty mi go wskazałeś, chociaż w żwirze nie było widać nic interesującego. Ani jednego świecącego kamyka, same wygładzone przez wodę otoczaki. Cholera, żebym wiedział jak ty to robisz...

Szczęście, odparł Szeptacz. Po prostu szczęście. Czasami dopisuje tobie, czasami mnie. Poprzednim razem ty znalazłeś rubin.

Nie był zbyt duży, zauważył Decker.

Ale najwyższej czystości.

Tak. Wiem. Rzeczywiście jest piękny. Mimo że niewielki, ma idealny kształt i kolor. Zdecydowałeś już, czy będziesz go szlifować?

Tak, ten kamień strasznie mnie kusi. Będę musiał dokładnie przemyśleć szlif, bo kryształ jest na tyle mały, że aby zobaczyć jego piękno po okrojeniu musiałbyś użyć lupy.

Ja będę musiał użyć lupy? A ty?

Dla mnie, Decker, wymiary są względne, prawie bez znaczenia.

W takim razie zatrzymamy go. I tak mam mnóstwo innych kamieni, które mogę oddać kapitanowi.

Znów przestał widzieć Szeptacza. Lekkie migotanie diamentowego pyłu rozpłynęło się w powietrzu. Może było to związane jedynie z niewielkimi zmianami kąta i intensywności oświetlenia pokoju. Wiedział, że Szeptacz nadal jest w pokoju, bo jak zwykle wyczuwał go. A co tak naprawdę wyczuwał? Kim właściwie jest Szeptacz? Oczywiście był tutaj, w pokoju, ale czy mógł znajdować się równocześnie gdziekolwiek indziej? Jakiej był wielkości? Czy był tylko drobnym pyłkiem tańczącym w blasku kominka, czy raczej nieskończonym bytem rozprzestrzeniającym się na cały kosmos?

Istota nie posiadająca ciała, a nie zawsze niewidzialna — coś na granicy niebytu. Być może miało to coś wspólnego z tą planetą albo nawet tylko tą częścią planety. Jeśli jednak tak było, wiedział o tym jedynie Szeptacz. A on z jakiegoś powodu chciał tu być, chociaż prawdopodobnie nic nie mogłoby go powstrzymać przed przeniesieniem się w dowolne inne miejsce, do górnych warstw atmosfery lub ponad atmosferę, w przestrzeń kosmiczną, do wnętrza świecącej jaskrawo gwiazdy lub granitu stanowiącego skorupę planety. Cały kosmos, niezależnie od warunków panujących w określonym jego miejscu, stanowił naturalną siedzibę Szeptacza. A może Szeptacz, którego znał, był jedynie jednym z wcieleń nieogarnionej, nieskończonej istoty? Może Szeptacz tak naprawdę był wielkim, wszechobecnym bytem, istniejącym jednocześnie w każdym miejscu i czasie?

Tak czy inaczej, jest prawie pewne, że nigdy się tego nie dowie, a nawet gdyby, to i tak nigdy nic z tego nie pojmie. I zdaje się, że właśnie z tego powodu nigdy nie zdobył się na to, by zadać to pytanie. Po co miał pytać o coś, co i tak leżało poza granicami jego zrozumienia, coś, co do końca jego dni gnębiłoby go niczym nie rozwikłana zagadka, co budziłoby go w nocy, zlanego potem, co nigdy już nie dałoby mu spokoju.

Szeptacz znowu przerwał milczenie.

W lesie rozegrała się tragedia. Trzech członków załogi Watykanu nie żyje.

W lesie? Niemożliwe. Ludzie z Watykanu nigdy nie zapuszczają się w las. Wolą się trzymać blisko wzgórza.

Polowali na Nestora Lasu.

Nikt zdrowy na umyśle nie polowałby na Nestora. Kiedy jesteś w lesie, powinieneś modlić się, żeby Nestor nie zechciał zapolować na ciebie.

Jeden z nich był nowy na Watykanie. Wielki chojrak. Miał broń, z pomocą której, jak mu się wydawało, potrafi poradzić sobie z każdym przeciwnikiem. Ale pomylił się.

Odnaleźli Nestora?

Nie. Nestor odnalazł ich. Wiedział, że na niego polują.

Więc nie żyją. Wszyscy trzej?

Tak. To była masakra.

Kiedy to się stało?

Kilka godzin temu. Nikt na Watykanie nie wie jeszcze o tym.

Może powinniśmy ich powiadomić?

Po co? spytał Szeptacz. Już i tak nic na to nie poradzimy. Po pewnym czasie zaczną ich szukać i wtedy znajdą ciała.

Ale Nestor będzie czekał.

Być może, odparł Szeptacz, ale nie zrobi nic złego członkom wyprawy ratunkowej. Oni nie będą na niego polować.

Więc zabija tylko tych, którzy na niego polują?

Tak. Nie wiedziałeś o tym? Przemierzasz ten las od lat.

Pewnie miałem szczęście. Nigdy nie spotkałem Nestora i nigdy nie musiałem stawić mu czoła.

Któryś z Nestorów na pewno cię widział, rzekł Szeptacz z pewnością w głosie. Nie zrobili ci nic złego, bo ty nie chciałeś im zrobić nic złego.

Rzeczywiście, uśmiechnął się Decker, to ostatnia rzecz, o jakiej marzę.

Nosisz ze sobą broń. To, co nazywasz ją strzelbą.

To prawda, ale używam jej bardzo rzadko. Czasami, gdy nie mam co włożyć do garnka, muszę coś upolować.

Ale nie zdarza się to zbyt często.

Właśnie, zgodził się Decker.

Uniósł pogrzebacz i wzruszył drwa wzniecając żywsze płomienie. Komin zabulgotał w proteście. Wiatr bratersko przyłączył się do sprzeciwu, zawodząc na poddaszu. Skaczące płomienie wywołały paradę pojawiających się i znikających cieni.

Watykan jest mocno poruszony, powiedział Szeptacz.

Z powodu Nestora?

Nie. Nie znają go jeszcze. Wygląda na to, że Słuchacz coś znalazł.

Słuchacze cały czas coś znajdują.

Ale tym razem to coś innego.

W jakim sensie innego?

Jeszcze nie wiem. Wszyscy są poruszeni. Jedni triumfują, inni zachowują się sceptycznie, jeszcze inni są zszokowani. Jeśli to, co odbieram jest prawdą, będzie to przełom. Wskaźnik wiary podniesie się wyraźnie. Modlitwy zostaną zintensyfikowane.

Czasami mają wzloty, czasami upadki, wtrącił Decker. Ciągle coś nowego.

Triumfu odniesionego w tej chwili na pewno nie można nazwać małym, zaprzeczył Szeptacz. Istnieje ogromna nadzieja, wielu rozpoczęło już odmawianie pacierzy.

Rozdział 6

Stali na lądowisku gapiąc się bezmyślnie na skupisko budynków tworzących osadę na Końcu Wszechświata. Trochę wyżej, na pobliskim wzgórzu można było dostrzec rozległą strukturę, czy raczej grupę struktur, z tej odległości nie można tego było stwierdzić z całą pewnością, majestatycznie rozpostartą nad miastem. Jeszcze dalej, w tle wznosiły się purpurowe góry z ośnieżonymi szczytami, które wydawały się unosić w powietrzu nad krajobrazem.

Tennyson wskazał strukturę na wzgórzu.

— To pewnie jest Watykan.

— Tak mi się wydaje — odparła Jill.

— Widziałem kiedyś zdjęcia Watykanu na Starej Ziemi. Wyglądał zupełnie inaczej.

— Nie możesz ich porównywać — uśmiechnęła się Jill. — To tylko nazwa. Wątpię, żeby istniało między nimi jakiekolwiek podobieństwo prócz nazwy.

— A papież?

— Dobrze. Może jest między nimi jakiś związek, ale wyłącznie pośredni. Nie sądzę, żeby to był związek oficjalny, coś, co Watykan na Starej Ziemi aprobuje.

— I ty chcesz się wedrzeć na te szczyty?

— Jason, chyba przesadzasz. Nie mam zamiaru nigdzie się wdzierać. Gdzieś tutaj wyczuwam temat na artykuł i zamierzam go wybadać. Dostanę się tam zupełnie normalnie. Pójdę, przedstawię się i opowiem, czego tu szukam. Ciekawa tylko jestem, co ty będziesz w tym czasie robił.

— Nie mam zielonego pojęcia. Nawet się nad tym nie zastanawiałem. Dotąd byłem zajęty ucieczką. Jedyne co wiem, to fakt, że na Gutshot wrócić nie mogę. Przynajmniej przez pewien czas.

— Brzmi to tak, jakbyś chciał uciekać dalej.

— Cóż, może nie od razu. Miejsce jak każde inne, warto się zatrzymać, odpocząć i rozejrzeć.

Długi sznur pielgrzymów wysiadających z Wędrownika ciągnął się przez lądowisko aż do punktu odpraw.

Tennyson wskazał na nich skinieniem głowy.

— Czy my też musimy przechodzić przez tę procedurę?