Prezes Sekcji Geniuszy. Portret Jerzego Vetulaniego - Julia Kalęba - ebook

Prezes Sekcji Geniuszy. Portret Jerzego Vetulaniego ebook

Julia Kalęba

4,0

Opis

O profesorze Jerzym Vetulanim krążyło – wśród jego znajomych, rodziny i przyjaciół – sporo anegdot. Zebranie ich w jednej książce to świetny pomysł na intrygujący i zabawny portret tego wielce nietuzinkowego uczonego. Myślę, że profesor Vetulani – który sam o sobie mówił, iż uwielbia wcielać się w rolę błazna i nie znosi postaw nadęto-pomnikowych – byłby nim zachwycony.
Marcin Rotkiewicz, dziennikarz naukowy „Polityki” i autor książki Mózg i błazen. Rozmowa z Jerzym Vetulanim

Profesor, łobuz, mędrzec, błazen, geniusz: Jerzy Vetulani

Był Piotrem Skrzyneckim świata nauki. Łamał schematy do tego stopnia, że jego amerykańscy współpracownicy pytali, czy na pewno jest profesorem. A w rzeczywistości był wybitnym neurobiologiem i jednym z największych polskich uczonych naszych czasów. Historie opowiedziane w tej książce pokazują, z jak wielką swobodą godził w sobie wiele różnorodnych wizerunków. Grał wiele ról, ale pozostawał zawsze sobą (no i jeszcze Etruskiem).

Sceny z życia Jerzego Vetulaniego. Zastrzyk endorfin i lekcja dystansu do życia.

Wszystko zaczęło się w drugiej połowie lat 50., kiedy władza zażądała od Piotra Skrzyneckiego, by podzielił Piwnicę na kilka sekcji, które miały być odpowiedzialne za konkretne inicjatywy. Piotr zwołał wszystkich piwnicznych przyjaciół na spotkanie i ogłosił, by artyści zaproponowali, do jakich sekcji chcą należeć. Były Sekcje Zwłok, Sekcje Marcistów (przekręcona nazwa Marksistów) i jeszcze kilka innych. Oburzenie wzbudziła dopiero propozycja Jerzego Vetulaniego, który oznajmił wszem wobec:

– Sekcja Geniuszy!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 72

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




WSTĘP

Kiedy w sierpniu 2016 roku dziennikarka rozpoczęła rozmowę z profesorem Vetulanim od uwagi, że za moment ma on poprowadzić wykład dotyczący życia i śmierci, odpowiedział na zaczepkę: „Jest to problem, który ludzi – zwłaszcza w moim wieku – naprawdę interesuje”. A kiedy reporterka uparcie kontynuowała, że przecież to temat, który jest interesujący w ogóle i bez względu na wszystko, 80-letni Profesor postanowił wyjaśnić: „W moim wieku ma się już poczucie, że jednak trzeba przygotować się do ostatniego etapu życia. Jeszcze 30 lat, może 40…, ale więcej niż 120 lat ludzie nie dożywają”.

Choć potrafił żartować z każdej sytuacji i na każdy temat, ta publikacja nie jest wyłącznie zbiorem dowcipów. Nie koncentruje się też na zaskakujących scenkach z jego życia, mimo że łatwo wprawiał swoich studentów, znajomych, a nawet najbliższych przyjaciół w osłupienie.

Kompilacja najróżniejszych anegdotycznych wspomnień samego Profesora i o Profesorze obejmuje sytuacje zarówno sprzed wielu lat, jak i te, które miały miejsce zupełnie niedawno. On sam zresztą lubił uczyć, wykorzystując zabawne opowieści do wyjaśniania skomplikowanych zjawisk. Poza tym mówiąc o sobie, często pokazywał coś więcej – dystans do siebie, stosunek do życia i trudnych ludzkich spraw. Zebrane fragmenty układają się, a przynajmniej taka była moja intencja, w barwny, mozaikowy obraz Jerzego Vetulaniego.

***

Książka nie powstałaby, gdyby nie pomoc i zaangażowanie ludzi znających go najlepiej. Zechcieli porozmawiać i podzielić się opowieściami: przede wszystkim Maria Vetulani; prof. Krzysztof Bielawski, Leszek Długosz, prof. Dominika Dudek, Tadeusz Kwinta, Maria Mazurek, prof. Irena Nalepa, Barbara Nawratowicz, Mirosław Obłoński, prof. Jerzy Pomorski, Marcin Rotkiewicz, prof. Marek Sanak, Iwona Siwek-Front, prof. Jacek Spławiński, prof. Jan Woleński i Maciej Zborek, za co im ogromnie dziękuję.

Podczas pracy nad książką dotarła do nas smutna wiadomość o śmierci pani Marii Vetulani, żony Profesora. Jeszcze dwa miesiące wcześniej z wielkim ciepłem i serdecznością zdążyła gościć mnie w mieszkaniu, by podzielić się opowieściami o mężu. Dedykuję jej tę książkę.

Julia Kalęba

1.

Profesor wcale nie krył się ze swoją buntowniczą przeszłością. Często wspominał, że potrafił być przekorny do granic możliwości. Specjalnie na przykład, aby rozzłościć religijnych rodziców, zapisał się do Klubu Ateistów i Wolnomyślicieli. Był też absolutnym przeciwieństwem swojego brata, Jana – spokojnego, ułożonego, posłusznego rodzicom.

Podczas jednej rozmowy Profesor wyznał:

– Jako dziecko ja byłem potworny, straszny. Moja mama rozmawiała kiedyś z tatą i mówiła o mnie: „Adasiu, ty jesteś człowiek dobry, ja też nie jestem zła. W nim musi też być coś dobrego”.

A kiedy gdzieś się bawił, mama zawsze namawiała jego brata:

– Jasiu, idź do ogródka, zobacz, co robi Jurek, i powiedz mu, że tak nie wolno.

2.

Profesor Jerzy Vetulani pochodził z toskańskiej rodziny, która sprowadziła się do Polski w XVIII wieku. Teorię tę potwierdzono, gdy do krewnego Profesora, Zygmunta Vetulaniego, napisał z Włoch profesor Vettolani, astrofizyk z Bolonii. Okazuje się, że rodzina zajmująca się w ojczyźnie górnictwem przeniosła się do naszego kraju w poszukiwaniu pracy. Vetulaniowie pełnili zawód prospektora geologicznego, poszukując cennych kopalin, ale nie tylko. Na stanowisku sztygarów zajmowali się również dozorem technicznym i administracją pracy górników – w Kopalni Soli w Bochni do dziś znajduje się komora Jakuba Vetulaniego.

Kiedy dziennikarze pytali Profesora o jego pochodzenie, podkreślał nie tylko swoje włoskie korzenie. Obowiązkowo precyzował jeszcze: – Jestem Etruskiem!

3.

Jerzy Vetulani pochodził z rodziny profesorskiej. Jego ojciec, Adam Vetulani, był profesorem i kierownikiem Katedry Prawa Kościelnego na Uniwersytecie Jagiellońskim (ma ulicę swojego imienia w Krakowie na Prądniku Białym). Mama – Irena Latinik-Vetulani, biologiem i doktorem filozofii. Profesor uważał, że wychowanie w domu profesorskim predysponuje do podejmowania konkretnych aktywności naukowych, jednak nierzadko całkiem odmiennych niż te, na które decydowali się rodzice.

W jednym z wywiadów profesor Vetulani skomentował wybór drogi naukowej:

– Poszedłem na biologię po to, żeby nikt nie mówił, że jestem gorszym prawnikiem od mojego ojca.

4.

Przyjaźń Jerzego Vetulaniego z Jerzym Pomorskim trwała od czasów studenckich. Jednocześnie profesor Adam Vetulani, ojciec Jerzego, był promotorem pracy magisterskiej Jerzego Pomorskiego. Ale z tego powodu młody adept prawa wcale nie miał łatwiej na seminarium. Wręcz przeciwnie, przyjaźń z synem profesora wielokrotnie powodowała nieoczywiste wpadki.

Był niedzielny wieczór, połowa lat 50., kiedy Jerzy Vetulani zapukał do drzwi Pomorskiego. Chwilę rozmawiali, ale Vetulani nie został na dłużej. Następnego dnia odbywało się seminarium. Jerzy Pomorski, obowiązkowy student i pilny seminarzysta, punktualnie pojawił się na zajęciach. Mimo to widać było, że profesor Adam Vetulani był w stosunku do niego złośliwy i dokuczliwy. Wypomniał mu nawet, między słowy, „kolacyjki, kobitki i wódeczkę”. Zdziwiony takim zachowaniem promotora Jerzy Pomorski zapytał przyjaciela:

– Jurek, coś ty robił, jak wyszedłeś ode mnie?

W odpowiedzi usłyszał opis miejsca i listę osób, z którymi Jerzy Vetulani bawił się tej nocy.

– A co powiedziałeś tacie? – dopytywał Pomorski.

– Że byłem u ciebie.

5.

Mieszkanie Vetulanich w domu profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego przy placu Inwalidów było miejscem wizyt i obrad postaci z najróżniejszych środowisk. Tu w latach 50. i 60. spotykali się również przyjaciele profesora Adama Vetulaniego: profesor Jan Gwiazdomorski wraz z małżonką, profesor Henryk Wereszycki z panią Wereszycką i wielu innych, którzy w tym czasie byli znanymi w krakowskim środowisku uczonymi z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Bywał tam także – wtedy jeszcze jako biskup – Karol Wojtyła, bliski przyjaciel profesora Adama Vetulaniego.

Podczas jednego z takich spotkań wszyscy siedzieli w salonie: naokoło stołu panie profesorowe, kawałek dalej koledzy profesora Adama Vetulaniego, a na kanapie przyszły papież. Była miła, swobodna atmosfera. Jednak niepokorny starszy syn profesora zawsze lubił zażartować, coś dopowiedzieć, wtrącić, więc i tym razem opowiedział uszczypliwy dowcip na temat religii, czym niezwykle naraził się siedzącym obok paniom. Od razu próbowały go strofować:

– Jurek, jak możesz?!

Na co Wojtyła spokojnym głosem stwierdził:

– Nikt nie wie, kto jest bliższy Panu Bogu.

6.

W połowie lat 50. Profesor udzielał się w Dyskusyjnym Klubie Filmowym. Była to akcja propagowana przez Muzeum Kinematografii w Warszawie, w ramach której odbywały się premiery mało znanych filmów. W Krakowie prezentowano je między innymi w kinach Apollo i Gdańsk, a także w Rotundzie. Większość z nich była w języku angielskim, a listy dialogowe odczytywano, jednocześnie śledząc fabułę i dopasowując spisane rozmowy do konkretnej sceny. Problem polegał na tym, że nie wszystkie filmy owe listy dialogowe miały, a wówczas prowadzący sami tłumaczyli tekst publiczności, opierając się na własnych umiejętnościach językowych.

Jerzy Pomorski i profesor Vetulani z przyjemnością podjęli się tego wyzwania. Podczas pokazu siedzieli na balkonie kina, z mikrofonami, wsłuchując się w zawiłe konwersacje aktorów. Było to zadanie tym trudniejsze, iż sami tego filmu nigdy wcześniej nie widzieli. I po latach przyznali się do tego, że od czasu do czasu niektóre sceny zdarzyło im się dopowiedzieć. Zapewniali jednocześnie, że widzom zawsze się to podobało.

Podczas jednego z takich pokazów Jerzy Vetulani w pojedynkę tłumaczył japoński film. Sala wypełniona po brzegi i on, sam jeden, na balkonie z listą dialogową. Jak się okazało, napisy, które miał odczytać, zostały przygotowane do wersji europejskiej, a ta puszczana w kinie była oryginalna, dwa razy dłuższa. Co w takiej sytuacji zrobił Profesor? Na poczekaniu wymyślał brakujące dialogi. Publiczność natomiast płakała ze wzruszenia.

7.

Rok 1956. W ramach studium wojskowego każdy student raz na dwa tygodnie spędzał pełny dzień na zajęciach wojskowych, a potem całe sześć tygodni na poligonie. Był koniec czerwca. Na jednym z takich półtoramiesięcznych szkoleń Jerzy Vetulani – student drugiego roku biologii – poznał Piotra Skrzyneckiego. Wtedy właśnie, podczas długich rozmów przy wspólnej nocnej warcie, zaczęła się ich przyjaźń. Profesor chętnie wracał do początków tej znajomości, opowiadając, jak to go raz Skrzynecki skompromitował.

W tym czasie w regulaminie wojskowym obowiązywała godzinna cisza poobiednia. Pewnego dnia Piotr Skrzynecki zapytał szefa kompanii, czy zamiast leżeć jak wszyscy, może pójść na spacer. Przełożony odpowiedział, wiedząc, że Skrzynecki powtarza to samo studium już drugi rok i nie chcąc mu robić problemów:

– Możecie, Skrzynecki.

A on kontynuował:

– A czy mogę jeszcze wziąć na spacer szeregowca Vetulaniego?

Wracając do tych chwil Profesor wspominał:

– Wszyscy oficerowie patrzyli się na nas jak na pedałów. A ja, tracąc godność, ale z wielką przyjemnością, chodziłem na te spacery.

8.

Trudno zliczyć wszystkie legendy na temat powstania kabaretu w Piwnicy pod Baranami. Swoją wersję wydarzeń miał również Profesor.

– Ja sądzę, że idea kabaretu narodziła się, kiedy na moich urodzinach w 1954 roku, na ulicy Garncarskiej, spotkali się Joanna Olczakówna i Piotr Skrzynecki – mówił przy okazji promocji swojej książki podczas spotkania w Piwnicy pod Baranami w 2011 roku.

Natomiast o samych początkach tego miejsca wspominał w jednym wywiadzie tak:

– Piwnica zaczęła rodzić się w momencie, kiedy na krakowskim Rynku złapał mnie Rajmund Jarosz i powiedział: „Słuchaj, Jurek, Chromy wynalazł jakąś piwnicę, trzeba ją uporządkować i tam będziemy mieli klub”.

Faktycznie, Profesor uczestniczył w odgruzowywaniu miejsca, które odkrył Bronisław Chromy, i niedługo potem stało się ono punktem spotkań studentów krakowskich szkół artystycznych.

9.

Kiedy Piotr Skrzynecki wyjechał na jakiś czas do Paryża, kabaret nagle pozostał bez głównego konferansjera i twórcy artystycznego. I wtedy młody Jurek Vetulani, przyjaciel piwniczan i stały bywalec kabaretu, zawołał:

– Słuchajcie, tyle macie w repertuarze ciekawych utworów, zróbmy Rewię Piosenek!

I tak to Jerzy Vetulani wreszcie znalazł się na scenie, gdzie uznał za stosowne lżyć i obrażać zgromadzoną publiczność, wołając:

– Myślicie, że za te wasze marne pieniądze będziemy się tu dla was wygłupiali? Co tak siedzicie, czemu się gapicie?

A publiczność świetnie się bawiła. Na zakończenie dodawał jeszcze:

– To tyle państwo widzieli za wasze parszywe pieniądze.

10.

Profesor Vetulani znany był z ciętych dowcipów. Wiadomo: z iście estradowym poczuciem humoru bawił i prowokował publiczność. Ale obrywało się nie tylko gościom. Suchej nitki nie pozostawiał na swoich przyjaciołach z kabaretu, zwłaszcza na Kice Szaszkiewiczowej, artystce i jednej z barwniejszych postaci Piwnicy pod Baranami. Żartował z niej okropnie: że jest jak ropucha, stara i gruba.

A kiedy pewnego dnia Szaszkiewiczowa wchodziła do Piwnicy, krzyknął: – Gaście światło, gaście światło, stare próchno będzie świecić!

11.

Tego nie da się ukryć: Jerzy Vetulani bardzo lubił ładne dziewczęta. W Piwnicy pod Baranami można go było znaleźć w otoczeniu artystek kabaretu. Ten etap piwnicznych dziejów zakończył się, gdy pewnego wieczoru Jerzy Vetulani przyprowadził piękną, eteryczną i niezwykle skromną panienkę. Oznajmił przyjaciołom z dumą myśliwego, który ustrzelił lwa, że to jest jego Marysia i wszystkim kolegom wara od niej. I wbrew protestom dziewczyny kazał im zwracać uwagę na jej niezwykłe podobieństwo do słynnej wówczas aktorki Mariny Vlady.

Marysia zastała jego żoną kilka lat później.

12.

Życiową gafę profesor Vetulani popełnił, jak sam przyznawał, podczas jednego z wieczorów w Piwnicy pod Baranami – kiedy podczas nieobecności Piotra Skrzyneckiego prowadził Rewię Piosenek. Starym zwyczajem każdy utwór był dedykowany komuś z sali. Zamieszanie wzbudziła jednak tylko jedna piosenka, a było nią, niezwykle wówczas popularne, żydowskie Miasteczko Bełz. Zanim na scenę wyszedł Mieczysław Święcicki, który utwór ten miał śpiewać, Vetulani zapowiedział:

– Teraz Mietek zaśpiewa żydowską piosenkę, którą zawsze dedykuję osobom tego pochodzenia, więc tym razem postanowiłem zadedykować ją komuś, kogo katolicyzm nie ulega wątpliwości, chociażby z racji stanowiska, jakie zajmuje. Dedykuję tę piosenkę redaktorowi naczelnemu „Tygodnika Powszechnego”!

Cała sala wybuchła głośnym śmiechem. Zdezorientowany konferansjer zrozumiał, że popełnił jakiś straszny błąd. Nie zdawał sobie wówczas sprawy, że Jerzy Turowicz – redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” – z pochodzenia był właśnie Żydem.

13.

Po fatalnej wpadce podczas Rewii Piosenek Jerzy Turowicz długo gniewał się na Vetulaniego. Tydzień później z listem od redaktora Turowicza odwiedził go Marian Eile, dziennikarz, redaktor naczelny „Przekroju”. W liście napisane było:

„Wielce Szanowny Panie Redaktorze, czy mógłby Pan w ramach solidarności redaktorów naczelnych ze swoim poczytnym organem jakoś przerobić tego Vetulaniego, bo mnie w «Tygodniku» nie wypada”.

Eile spojrzał na Vetulaniego, przyznał, że tego nie zrobi, a nawet wyszedł z kuszącą propozycją:

– Widzi pan, ja wiem, że pan się waha – mówił Eile – czy pan chciałby być artystą, czy uczonym. Ale proszę pana, żeby dojść do czegoś w jednym i w drugim, trzeba być genialnym. A u nas w dziennikarstwie wystarczy być bardzo dobrym. Czy pan nie zechciałby współpracować z „Przekrojem”?

Na co Jerzy Vetulani odpowiedział:

– Panie redaktorze, to bardzo pochlebne, ale wie pan, ja jestem genialny.

14.

W wywiadach profesor Vetulani chętnie wracał do lat, kiedy każda godzina dnia była starannie zaplanowana, a wszystko zorganizowane tak, by wszelakie aktywności dało się ze sobą pogodzić. Profesor miał wtedy siedemnaście, może osiemnaście lat. Rano, na ósmą, chodził do Instytutu Farmakologii na Grzegórzkach (na początku jako wolontariusz), po czym gnał na różne wykłady z chemii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Do domu wracał około szesnastej, ucinał sobie drzemkę do dziewiętnastej, następnie budził się i biegł do Piwnicy. Tam przesiadywał do drugiej lub trzeciej w nocy i około czwartej otwierał drzwi do domu. Spał do siódmej, a rano znów punktualnie stawiał się w Instytucie Farmakologii. Od czasów młodzieńczych obracał się w różnych towarzystwach i wśród ludzi o zdecydowanie odmiennych profesjach. Uważał, że był to doskonały tryb życia. Po latach w rozmowie z dziennikarką skomentował:

– Ważne, żeby mieć kilka środowisk. Jeśli się jest w jednym, to człowiek ogranicza swoje zainteresowania i tematy rozmów.

15.