Pożegnania i powroty - Danuta Kamizelska-Langpap - ebook
Opis

Pożegnania i powroty” to zbiór ośmiu opowiadań współczesnych, traktujących o spotkaniach z różnymi ludźmi i związanych z nimi przeżyciach. W każdym z utworów autorka zawarła odrębną historię, wyjętą z zakamarków pewnej ludzkiej egzystencji.

Pierwsze opowiadanie, zatytułowane „Szelest pożółkłych listów”, to opowieść o kobiecie, która podczas robienia porządków odnajduje listy miłosne napisane do niej wiele lat temu.

Zagłębiona w ich lekturze, postanawia odszukać dawnego wielbiciela.

Opowiadania zawarte w tej książce mówią o ludziach spotkanych w przeszłości i tych, których każdy może spotkać codziennie na swej drodze. - Autorka



Autorka jest mieszkanką Gdańska, z zawodu projektantem w specjalności instalacyjno-inżynieryjnej. Jej zainteresowania to literatura i podróże. W swoich tekstach dużo miejsca poświęca rodzinnemu miastu.

Publikowała felietony i wspomnienia w zeszytach twórczych GUTW pt. „W Przestrzeni”.

Jest również laureatką Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Janusza Różewicza.

Niniejszy zbiór opowiadań jest jej prozatorskim debiutem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 144

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rodzicom, Mężowi i Siostrze poświęcam

Słowo wstępne

Opowiadania zawarte w tej książce mówią o ludziach spotkanych w przeszłości i tych, których każdy może spotkać codziennie na swej drodze. Opisane z pewną nostalgią zdarzenia dotyczą zwykłych codziennych spraw ludzkiej egzystencji. Niektóre teksty zawierają wątek sensacyjny. Zarówno fabuła każdego z utworów, jak i postacie są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

 

Specjalne podziękowanie za pomoc w pracy nad tekstem składam Pani Sylwii Kajkowskiej-Bykowskiej z Gdańska.

Szelest pożółkłych listów

Anna dopiero od kilku dni była na emeryturze i fakt ten nie docierał jeszcze do jej świadomości. Trudno się przyzwyczaić po tylu latach pracy, bezustannego pośpiechu i poczucia obowiązków do braku zajęć, którymi dotąd żyła. Od śmierci męża praca zawodowa stała się dla niej treścią życia. Sprawy osobiste traktowała zawsze drugorzędnie. Syn Marek od roku przebywał w Londynie. Tylko raz do tej pory odwiedził matkę. Przysyłał za to co kilka dni SMS-y, które sprawiały, że Anna była spokojna o jego los. Pracowałaby dalej, lecz sytuacja w firmie sprawiła, że musiała pójść na wcześniejszą emeryturę. Czuła się zatem jeszcze młodą i dość atrakcyjną kobietą. Zawsze dbała o swój wygląd. Jej smukłą sylwetkę zwykle zdobił staranny ubiór, a gęste ciemne włosy często były poddawane fryzjerskim zabiegom. Kiedy się uśmiechała, jej twarz o regularnych rysach stawała się szczególnie piękna, a w piwnych oczach pojawiał się blask.

Teraz znalazła się w innej sytuacji, lecz optymizm jej nie opuszczał. Musiała od nowa poukładać swoje sprawy i wypełnić mnóstwo wolnego czasu danego jej przez los.

Pojadę na kilka dni do Londynu, do Marka – myślała, zabierając się za domowe porządki. – Po powrocie zorganizuję sobie dalsze życie codzienne. Zapiszę się do czytelni osiedlowej, odwiedzę znajomych i znajdę sobie jeszcze jakieś zajęcia.

Snując te myśli, postanowiła przejrzeć i poukładać zawartość szafek w sypialni. Po śniadaniu energicznie zaczęła działać. Wysuwając kolejno każdą z szuflad, w głębi jednej trafiła na niewielką paczkę owiniętą białym papierem, przewiązaną wąską różową wstążką. – O tak – przypomniała sobie – schowałam ją tu kiedyś. Stanowiła jej osobisty sekret.

Biorąc do ręki pakunek, uśmiechnęła się do siebie z pobłażaniem. Dawno już zapomniała, że swego czasu ukryła tę pamiątkę przed mężem i Markiem. Chciała zachować ją tylko dla siebie, by kiedyś przywołać wspomnienie pewnych niepowtarzalnych w jej życiu dni. Mogła to zrobić właśnie teraz, będąc samotna i wolna. Siadła w fotelu, rozwinęła pakiet i na kolana posypały się koperty, dużo kopert. Zawarte w nich kartki były tylko do niej, Anny. Szelest pożółkłych kartek sprawił, że poczuła nieodpartą chęć, by ponownie do nich sięgnąć i zagłębić się w ich lekturze. Wyjęła pierwszy list i czytała przez kilka minut. Na jej twarzy pojawiły się wypieki. Z tej samej koperty wyjęła czarno-białą widokówkę zapisaną drobnym pismem. Anna przeniosła się myślami bardzo wiele lat wstecz. Przebiegła oczami po treści kartki i przeczytała: Choć od naszego rozstania minęły zaledwie godziny, ja odczuwam coraz większą tęsknotę za Tobą – pisał ktoś drobnym maczkiem. Czytała dalej: Znając siebie, z całym przekonaniem wyznaję, iż kocham Cię, Najdroższa, po stokroć kocham Cię. U dołu podpis – Marian. Przerwała czytanie, a w jej uszach zabrzmiały jego słowa. – Pamiętaj, jeśli kiedykolwiek poczujesz się samotna, pomyśl, że jestem przy tobie i czekam na ciebie – powtarzał to wielokrotnie.

Mariana poznała podczas pobytu na wczasach. Pojechała wtedy w góry, na wypoczynek otrzymany z FWP. Wzięła urlop i spędziła wtedy w górach aż czternaście wolnych dni, które na długo utrwaliły się w jej pamięci. Podczas spaceru z grupą wczasowiczów po okolicy nawiązał z nią rozmowę pewien młody mężczyzna. Był nim Marian. Mieszkał w tym samym domu wczasowym, był kulturalny i delikatny. Odtąd już każdego dnia towarzyszył Annie we wspólnych grupowych wycieczkach po okolicy i spacerach. Wieczorami chodzili potańczyć do najbliższego lokalu, gdzie grał zespół muzyczny. Anna, młoda wówczas dziewczyna, była zadowolona z jego towarzystwa. Z każdym dniem podobał się jej coraz bardziej. Była nim oczarowana.

Oboje żegnali się ze łzami w oczach, ale turnus się skończył, toteż każdy musiał wrócić do swego miasta i zająć się własnymi sprawami. Długo jeszcze otrzymywała od niego listy, w których zapewniał ją o swym uczuciu. Wszystkie zawierały duży ładunek ekspresji i wyrazów miłości. Odpisywała mu serdecznie i ciepło. Wreszcie Anna poszła na zaoczne studia, aby nie przerwać pracy zawodowej. Poznała Jerzego i po roku tej znajomości zgodziła się zostać jego żoną.

Napisała ostatni list do Mariana, po którym otrzymała jeszcze kilka pocztówek z pozdrowieniami i życzeniami. Korespondencja ich urwała się. Anna ułożyła sobie nowe życie z Jerzym i uznała dawną znajomość za zamknięty rozdział swego życia.

Po ślubie Anna i Jerzy zamieszkali w jednym z większych osiedli spółdzielczych. Po dwóch latach małżeństwa Anna urodziła Marka, wróciła do swej pracy zawodowej, a Jerzy miał intratną posadę w Zjednoczeniu Gospodarki Rybnej. Prowadzili ustabilizowany tryb życia, jak zresztą większość rodzin żyjących w tym okresie. Syn dorastał, mijały lata, a Anna uważała swe małżeństwo za udane i szczęśliwe.

Pamięć o dawnej znajomości z Marianem zaczęła się już coraz bardziej zacierać, aż tu nagle przyszła wiadomość napisana znajomym drobnym pismem. Pocztówka zawierała propozycję spotkania, gdyż nadarzyła się okazja przyjazdu służbowego do miasta Anny. Zgodziła się na spotkanie. Była ciekawa, jak się potoczyło jego życie. Czy jest szczęśliwy? Przydałby się taki wieczór wspomnień. Będąc na wczasach, dużo ze sobą rozmawiali. Marian wiele mówił o swym nieudanym małżeństwie oraz o synu, który był jego oczkiem w głowie. Kiedy jednak nadszedł termin spotkania, Anna rozmyśliła się i po prostu nie poszła. Uznała, że tak będzie lepiej.

Po pośpiesznie zjedzonym obiedzie Anna znowu pogrążyła się w lekturze sterty listów rozrzuconych na stoliku. Wyjęła z jednej koperty cztery fotografie. Były to czarno-białe fotki przedstawiające dwoje młodych ludzi, czyli ją i Mariana, w towarzystwie dużego, białego misia. Zdjęcia w czterech ujęciach zostały zrobione podczas wycieczki na Gubałówkę. Standardowe, takie, jakie wykonuje się turystom odwiedzającym Zakopane. Na każdym z ujęć tym dwojgu towarzyszy osobnik w niedźwiedziej skórze i dwa owczarki podhalańskie.

Anna przyglądała się starym fotografiom z niemałym wzruszeniem. W pokoju zrobiło się ciemno, więc zapaliła nocną lampkę i do późnych godzin czytała stare pożółkłe listy.

Nazajutrz, wstając rano, wiedziała, co będzie robić w najbliższe dni. Postanowiła, że pojedzie i odszuka tego mężczyznę. Była ciekawa, czy w ogóle jeszcze żyje, co u niego się wydarzyło w ciągu tych wszystkich lat. Pozostało tylko zarezerwować nocleg w hotelu i wyruszyć w podróż do Wrocławia.

Dworzec we Wrocławiu nie był zbyt zaludniony, jak to zwykle bywa po sezonie letnim. Przy kasach biletowych znajdowały się niewielkie grupy ludzi, a po hali dworcowej kręciło się kilku bezdomnych, żebrzących o wsparcie od przechodzących przyjezdnych. W pobliżu kas biletowych stał mężczyzna w pomarańczowym uniformie i rozdawał wszystkim chętnym lokalną bezpłatną gazetę, której cały stos miał na firmowym wózku. Anna, podchodząc do kasy, pośpiesznie odebrała wyciągniętą w swym kierunku gazetę, po czym kupiła bilet na pociąg do miasteczka, w którym, jak sądziła, mieszkał Marian.

Anna wsiadła do pociągu i po godzinie znalazła się w uroczym śląskim zakątku. Miasto zaledwie pięćdziesięciotysięczne, położone u stóp Sudetów, z pięknym rynkiem w centrum, otoczone pasmem górskim z jednej strony, wyglądało przyjaźnie i zachęcająco. Do tego przyświecało jesienne słońce. W rynku starego miasta wstąpiła jeszcze do kawiarenki internetowej i po godzinie udała się pod wiadomy adres. Taksówkarz szybko minął kilka przecznic i zatrzymał się przed wejściem do trzypiętrowego bloku mieszkalnego z lat siedemdziesiątych.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział i pobrawszy zapłatę za kurs, odjechał.

Kilka minut później podekscytowana Anna, jak młoda dziewczyna przed pierwszą randką, stanęła przy drzwiach mieszkania. Czy za chwilę zobaczy swego dawnego wielbiciela?

Drzwi jednak nikt nie otwierał, a z sąsiedniego mieszkania wyjrzała kobieta. Zapytana o lokatora, powiedziała, że od ponad roku już tu nie mieszka, gdyż to mieszkanie pozostawił synowi.

– Pan Marian podobno mieszka teraz gdzieś we Wrocławiu – mówiła dalej sąsiadka. – Żona wiele lat temu odeszła od niego i wyjechała do Niemiec. A pani to ktoś z rodziny? – spytała zaciekawiona. Anna zaprzeczyła, więc sąsiadka powiedziała, że niebawem syn i synowa Mariana wrócą z pracy i powiedzą coś więcej. – Syn pracuje w starostwie powiatowym i w każdej chwili można tam właśnie go zastać – dodała po namyśle. Anna podziękowała kobiecie i wyszła z klatki budynku.

***

Mężczyzna w pomarańczowym uniformie spojrzał na zegar wiszący w hali dworca, złożył gazety i wsunął do kieszeni wózka walizkowego. Ciągnąc wózek, poszedł wolno w kierunku poczekalni, gdzie kupił w automacie ciepłą herbatę. Trzymając w ręku plastikowy kubek, usiadł przy jednym ze stolików i wyjąwszy przygotowane przez siebie kanapki, rozmyślał. Coś nie dawało mu spokoju – otóż jedna z kobiet, którą dzisiaj widział tu na dworcu, łudząco przypominała mu Anię. Myślał o niej często w ciągu tych minionych lat. W listach, które kiedyś często do niej pisał, nazywał ją kobietą swego życia. Może dlatego już od początku ich znajomości Anna jawiła się mu jako istota nieosiągalna. On nie mógł wtedy jej niczego obiecać i zapewnić stabilności związku. W końcu ułożyła sobie życie z kimś innym, daleko stąd.

Zastanawiał się, ile to już lat się nie widzieli. Próbował przypomnieć sobie kobietę, która obojętnie wzięła od niego gazetę i kupiła bilet. Podsłuchał, dokąd kupowała ten bilet. Usłyszał, że prosi o bilet do miasteczka, jego miasteczka. Nawet jej głos był podobny. Ach, zwykłe złudzenie – pomyślał, lecz dźwięk własnej komórki wyrwał go z zadumy. Dzwonił jego syn Arek.

– Tato – mówił – jakaś pani cię szukała, przyjechała z północnej Polski – usłyszał.

– Co jej powiedziałeś? – spytał.

– Powiedziałem, że nie wiem, gdzie jesteś, a ona jest pewnie w drodze do Wrocławia.

Zakończył rozmowę z synem. Czuł, jak jego umysł ogarnia fala emocji. Czyżby los sprawił mi tak miłą niespodziankę? – pomyślał. W jego monotonnym życiu ostatnio nic ciekawego się nie działo. Wiadomość ta dodała mu energii. W pośpiechu opuścił poczekalnię. Sprawdził, kiedy przyjedzie najbliższy pociąg z miasteczka. Miał trzy godziny na przygotowanie się do spotkania, którego bardzo pragnął. Zaniepokojony i podekscytowany, prawie wybiegł z dworca w kierunku przystanku tramwajowego.

Po wyjściu z budynku starostwa Anna odczuwała zawód i zniechęcenie. To nie był dobry pomył z tym przyjazdem – myślała. Ten młody człowiek, syn Mariana, patrzył na nią podejrzliwie – kiedy pytała o ojca. Nie był zbyt rozmowny, a zresztą czego mogła się spodziewać. Każdy po tak długim czasie żyje swoim życiem i staje się innym człowiekiem. Zachowałam się jak naiwna nastolatka. Anna była zła na siebie. Jedyna korzyść, że zobaczyła to urocze dolnośląskie miasteczko. Trzydzieści lat temu nie wyglądało tak pięknie, było zapewne nudną i szarą prowincją. Zostało jeszcze trochę czasu, więc postanowiła przejść się, zobaczyć, co tu jest ciekawego, i wrócić do Wrocławia.

Podróż powrotna bardzo się dłużyła i gdy wreszcie pociąg wjechał na peron, Anna poczuła ulgę. Kiedy wysiadła, ze zdumieniem zauważyła mężczyznę stojącego na peronie w odległości może trzydziestu metrów i bacznie obserwującego wysiadających. Kilka osób go minęło, a on uparcie przyglądał się nadchodzącej wolnym krokiem Annie. Ubrany w jesienną kurtkę, trzymał w ręku wiązankę kwiatów. Nie spuszczał z niej wzroku, a kiedy zdumiona zbliżała się coraz bliżej, jego twarz rozjaśnił serdeczny uśmiech. Wtedy Anna go poznała, to był jej Marian. Na jego twarzy pojawiły się zmarszczki, a włosy były całkiem siwe, choć gęste. Mężczyzna podszedł do niej bliżej i kiedy Anna ze wzruszenia nie mogła słowa wydobyć, wyciągnął łagodnie do niej dłoń. W jego ręku rozłożone jak talia kart pojawiły się cztery fotografie z Gubałówki.

– To tak kiedyś oboje wyglądaliśmy – oznajmił i pokazał jej zdjęcia, ten sam komplet który, przykuł jej uwagę, gdy przeglądała stare listy.

Anna, nie kryjąc zaskoczenia, z uśmiechem się przywitała i przyjęła wiązankę kwiatów, a po chwili powiedziała:

– Mamy sobie bardzo wiele do opowiedzenia po takiej wieloletniej przerwie.

– O tak, bardzo wiele – odpowiedział i ujął ją pod rękę.

Wkrótce oboje zajęci ożywioną rozmową, jakby rozstali się zaledwie wczoraj, zniknęli w gęstniejącym tłumie pasażerów wrocławskiego dworca.

Uśmiech Wielkiej Bogini

Od pogrzebu babci minęło zaledwie kilka dni, więc Kamila ciągle jeszcze odczuwała ogromną pustkę i żal. Przed laty straciła oboje rodziców i od tamtej pory babcia była najbliższą jej osobą. Kiedy miesiąc temu nagle zachorowała i w szybkim tempie zaczęła tracić siły, Kamila przyjechała, żeby się nią zaopiekować, a potem została do ostatnich chwil jej długiego, pełnego niezwykle dramatycznych wydarzeń i zarazem fascynującego życia. Po pogrzebie nie mogła od razu opuścić miejsca, z którym łączyło ją tak wiele wspomnień, postanowiła więc pozostać w warszawskim mieszkaniu babci przynajmniej przez pierwsze najtrudniejsze dni żałoby. Intuicja podpowiadała jej, że to właśnie tutaj powinna zamknąć ten rozdział swojego życia, który jeszcze niedawno rozwijał się dzięki żywym i zawsze bliskim więziom z ukochaną babcią.

Babcia Kamili, znana profesor archeologii, tak jak wiele osób z jej pokolenia, miała niezwykle dramatyczne, pełne wstrząsających i niebezpiecznych przeżyć życie. Rozpoczęte studia brutalnie przerwała wojna. Okres wojny i okupacji okazał się dla niej jednym wielkim pasmem dramatów i cierpienia. Była więźniarką Pawiaka i obozu koncentracyjnego Auschwitz. Przeżyła „marsz śmierci” do Ravensbrück, a uratowana została wraz z grupą więźniarek przez Brytyjski Czerwony Krzyż. To właśnie ten czas upadku wszelkich wartości humanistycznych, pogardy dla nich i dla człowieka, ukształtował dalsze jej życie. Po wojnie babcia zamieszkała na terenie Wielkiej Brytanii, gdzie ukończyła studia na Uniwersytecie w Oksfordzie. Później przez długie lata pracowała w Brytyjskiej Szkole Archeologicznej kontynuującej po dzień dzisiejszy badania w Knossos na Krecie. Odtąd archeologia stała się wielką miłością jej życia. Przedmiotem jej badań był kult żeńskich bóstw, jaki dominował na Krecie od młodszej epoki kamienia do późnego okresu pałacowego. Podstawowym zadaniem, jakie sobie postawiła, było ustalenie miejsca ukrycia Wielkiej Bogini z Wężami, głównego bóstwa z Knossos. Statuetki tej od lat poszukiwała ekipa brytyjska, by umieścić ją w gablocie londyńskiego muzeum. Jak dotąd bezskutecznie i ku wielkiemu zadowoleniu babci Kamili, gdyż pani profesor uważała, że miejsce Wielkiej Bogini jest na Krecie. Bóstwo powinno pozostać w rękach mieszkańców wyspy, bo do nich należy – mówiła. Od kilku lat babcia prowadziła dziennik swoich prac archeologicznych, którego do końca swego życia starannie strzegła. Dziennik ten krótko przed śmiercią przekazała swojej ukochanej wnuczce. Prosiła, by Kamila koniecznie go przeczytała. Był to gruby tom oprawiony w skórę, na okładkach wytłoczony był tytuł: „Statuetki z Knossos”. Kamili, ciągle jeszcze przygnębionej po śmierci ukochanej babci, czytanie tego dziennika przynosiło pewną ulgę i przywracało chęć do życia. W końcu nikt inny, tylko babcia zawsze podnosiła ją na duchu, kiedy w najtrudniejszych chwilach cytowała słowa wieszcza: „Trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe”. Kamila długo czytała zapiski zawarte w dzienniku. Wynikało z nich, że odkrycia archeologiczne potwierdzały istnienie na Krecie matriarchalnych stosunków rodowych. Głównym bóstwem była tam Wielka Bogini Matka, symbol płodności, kontynuatorka życia na ziemi. Podczas prac wykopaliskowych znajdowano liczne statuetki żeńskich bóstw, lecz dotąd nie udało się odnaleźć Głównej Bogini z Wężami. Pytanie, gdzie znajduje się jej statuetka, wciąż pozostało bez odpowiedzi.

Temat zawarty na stronicach dziennika coraz bardziej fascynował Kamilę, postanowiła więc go sobie przybliżyć. Ponadto tego właśnie oczekiwała od niej babcia: darując jej przed śmiercią swój dziennik, wyraźnie wskazała, jakie było jej ostatnie życzenie. Wolę babci należało spełnić.

***

W kilka dni później Kamila od wczesnych godzin rannych siedziała w bibliotece uniwersyteckiej i wertowała katalog działu archeologicznego. Skupiona na swym nowym zajęciu, w pewnej chwili oderwała wzrok od monitora i spojrzała w stronę drzwi. Do sali właśnie wszedł młody mężczyzna. Kamila przypomniała sobie, że widziała go na pogrzebie babci. Mężczyzna od razu podszedł do niej, jakby i on znał ją od dawna, i wyciągnął rękę na powitanie.

– Nazywam się Marcin Żak i jestem archeologiem – przedstawił się. – Byłem na pogrzebie pani babci – dodał po chwili i uśmiechnął się uprzejmie.

– Tak, przypominam sobie – odparła Kamila, podając mu rękę. – Był pan w towarzystwie pewnego starszego pana.

– Zgadza się, a ten człowiek to znany archeolog, profesor Lipski z Uniwersytetu Warszawskiego – odpowiedział młody człowiek, ciągle miło się uśmiechając. – Widzę, że pani też interesuje się archeologią – stwierdził, spoglądając uważnie najpierw na ekran monitora, a potem na dziewczynę.

– Tak, postanowiłam się zapoznać z tą dziedziną. Może pan mi pomóc trochę się w tym rozeznać? – spytała Kamila, wskazując wzrokiem na komputer.

– Bardzo chętnie, możemy zacząć od zaraz. Mam na imię Marcin.

– A ja Kamila – odpowiedziała z ożywieniem dziewczyna.

 

Minął tydzień, a ich współpraca coraz bardziej się rozwijała. Spotykali się codziennie. Wspólnie czytali zapiski w dzienniku babci, przesiadywali w bibliotece lub kawiarni. Marcin wiele opowiadał o najnowszych odkryciach dotyczących starożytnej Grecji. Pewnego dnia zaproponował Kamili spotkanie z profesorem Lipskim. Stary profesor znał babcię dziewczyny. Kiedyś współpracowali ze sobą. Po przejściu na emeryturę ciągle jeszcze utrzymywał kontakt ze środowiskiem naukowym. Zawsze był bardzo zadowolony, gdy ktoś wykazywał zainteresowanie jego ukochaną dziedziną. Przy tym potrafił pięknie i niezwykle interesująco opowiadać o niezliczonych ekspedycjach archeologicznych, w których uczestniczył. Był doskonałym mówcą. Bardzo się ucieszył, gdy Kamila z Marcinem odwiedzili go w jego mieszkaniu. Natychmiast zostali zaprowadzeni do pokoju, w którym wszystkie ściany zapełniały półki z książkami. We wnęce stała obszerna staroświecka kanapa, a przy niej masywny dębowy stół. Gospodarz wskazał przybyłym, by zajęli miejsca za stołem, a sam usiadł w dużym skórzanym fotelu i rozpoczął swoją opowieść.

***

– Kretę, tę urokliwą, pagórkowatą i podłużną wysepkę, którą oblewają wody pięknego Morza Egejskiego, śmiało możemy nazwać kolebką cywilizacji europejskiej – stwierdził profesor Lipski. Przerwał, bacznie przyglądając się twarzy Kamili, na której jego słowa wywołały jakby grymas zdziwienia.

– Dziś historyczna