Wydawca: Novae Res Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 149 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mieć swoje miejsce na ziemi - Danuta Kamizelska-Langpap

Dzielnica, która czasy świetności ma już dawno za sobą – tak zwana Wyspa – jest punktem newralgicznym metropolii. Władze miasta, zamierzając uczynić ją bardziej bezpieczną, organizują konkurs na zagospodarowanie tego terenu. Wygrywa znana i ceniona architekt Alicja Polańska. Wyspa jest jednak także wylęgarnią grup przestępczych. Swą siedzibę mają tam m. in. neonaziści walczący z organizacją studencką broniącą praw człowieka. Do organizacji studentów należy córka pani architekt Luiza. Wkrótce losy wielu ludzi pochodzących z różnych środowisk i mających różne cele zostaną ze sobą związane.

Mieć swoje miejsce na ziemi” to wielowątkowa historia o marzeniach, trudnym dzieciństwie, zdradzie, miłości, tajemnicach. Życiowe problemy i pragnienia splatają się, tworząc świat, w którym bohaterowie próbują odnaleźć szczęście.

Opinie o ebooku Mieć swoje miejsce na ziemi - Danuta Kamizelska-Langpap

Fragment ebooka Mieć swoje miejsce na ziemi - Danuta Kamizelska-Langpap

 

 

 

 

 

Sylwetka renesansowego ratusza z misternie rzeźbioną wieżą błyszczała w porannym słońcu. W Sali Mieszczańskiej tego zabytkowego budynku zebrała się komisja, która miała wybrać dziś najlepszy projekt zagospodarowania terenu zwanego Wyspą. W skład gremium weszło pięć osób wyłonionych z Wydziału Architektoniczno-Budowlanego. Jakiś czas temu Urząd Miasta rozpisał konkurs na zabudowę zaniedbanej Wyspy.

Obszar, na którym straszyły popadające w ruinę dawne spichlerze, był w przeszłości ważną częścią portowego miasta. Do tej pory jakoś brakowało inicjatyw i pomysłów na modernizację tego miejsca. Tymczasem zapuszczona Wyspa stała się siedliskiem różnego rodzaju grup przestępczych, które uaktywniały się, gdy tylko zapadał zmrok. Brak jakiegokolwiek oświetlenia sprawiał, że o zmierzchu to miejsce stawało się ponure i budziło grozę. Wieczorową porą nikt rozsądny nie odwiedzał Wyspy, gdyż było tam po prostu niebezpiecznie.

Wdzierające się przez prostokątne okna ratusza promienie słoneczne oświetlały wiszące na ścianach portrety dawnych władców regionu wykonane ręką siedemnastowiecznego mistrza. Wnętrze sali wyposażone było w bogato rzeźbione gdańskie meble.

Za ciężkim, dębowym stołem zasiedli członkowie komisji, której przewodniczył profesor Adwentowicz. Przed oczami szacownego gremium piętrzyły się stosy dokumentacji przesłanej na konkurs przez oferentów zainteresowanych wygraną. Wszystkie te przesyłki w ciągu ostatnich dni zostały wnikliwie przejrzane przez znawców tematu. Kosztowało to wiele godzin ciężkiej pracy.

Dzisiejsze spotkanie miało na celu zamknięcie konkursu i wyłonienie zwycięskiego opracowania na zagospodarowanie przestrzenne Wyspy. Punktualnie o dziewiątej przewodniczący komisji odczytał wcześniej przygotowany protokół.

– Najwięcej punktów otrzymała dokumentacja autorstwa magister inżynier architekt Alicji Polańskiej, właścicielki Studia Archit mieszczącego się przy ulicy Piastowskiej 1 – ogłosił werdykt swym dźwięcznym głosem. – Większość z nas oceniła pozytywnie nowatorstwo rozwiązań i rozmach zawarty w tej pracy – powiedział, odkładając arkusz protokołu. – Zespół kierowany przez architekt Polańską w przeszłości dał się poznać jako rzetelna jednostka stosująca racjonalne i estetyczne rozwiązania – dodał.

Wszyscy obecni członkowie zgromadzenia kiwnęli głowami z aprobatą.

– Panie Jaworski – zwrócił się Adwentowicz do sekretarza komisji – jeszcze dzisiaj proszę wyniki konkursu umieścić na tablicy ogłoszeń i wysłać powiadomienia do zainteresowanych.

– Panie profesorze, mam pytanie – zabrał głos doktor Studzki. – Czy poinformujemy panią Polańską, że ktoś usiłował dokonać plagiatu jej projektu?

Profesor spojrzał bacznie na pytającego.

– Uważam, że powinno się jej powiedzieć o naszym odkryciu – powiedział po namyśle. – Ale najpierw musi się dowiedzieć o wygranym konkursie – dodał.

– Słusznie, nie można przyćmić jej sukcesu wiadomością, że ktoś chciał wykorzystać jej pracę – powiedziała doktor Lemańska i szybko dodała: – Profesorze, biorę to na siebie i w odpowiednim czasie porozmawiam z nią.

– Zrobimy inaczej. – Profesor pokręcił głową. – Jako komisja zaprosimy panią Polańską do naszego wydziału na miłą rozmowę. Wtedy delikatnie powiemy jej o naszych spostrzeżeniach.

– Próbowaliśmy się dodzwonić do pracowni Dom, która złożyła nam tę oszukańczą ofertę, i okazało się, że ona już nie istnieje – powiedział milczący dotąd Jaworski.

– Być może problem zniknął, lecz trzeba ostrzec Polańską, aby baczniej przyjrzała się swemu otoczeniu i osobom, z którymi współpracuje – powiedział Studzki.

*

Był późny wieczór, kiedy Alicja Polańska postanowiła zakończyć dzisiejsze zajęcia w swej pracowni. Opuszkami palców przetarła zmęczone oczy. Przed chwilą uporządkowała pliki z elementami projektu, który przez wiele miesięcy spędzał jej sen z powiek. Zapisała je w pamięci wymiennego dysku i wyłączyła komputer. Dziś dowiedziała się, że wygrała konkurs na projekt zagospodarowania dzielnicy miasta zwanej Wyspą. Zatem długotrwały wysiłek jej i zespołu, którym kierowała, zakończył się sukcesem. Czuła się szczęśliwa, co sprawiało, że jej zmęczenie stało się bardziej znośne.

Starannie zwinęła ze stołu szkice i notatki i wraz z zapisanymi dyskami schowała je do szafy.

Wiele lat temu, na fali przemian ustrojowych, założyła prywatne biuro projektów. Należała do tych przedsiębiorców, którym się powiodło. W swoim środowisku cieszyła się opinią zdolnego architekta. Miała na koncie spory dorobek zawodowy w postaci ważnych i nowoczesnych obiektów. Tak się składało, że do tej pory nie mogła narzekać na brak zleceń. U przyjaciół wzbudzała podziw, ale miała też wrogów. Nie brakowało osób, które zazdrościły jej dobrze prosperującej pracowni i odnoszonych sukcesów.

Pracownia nosiła nazwę Studio Archit. Składała się z kilku pomieszczeń wynajmowanych na piętnastym piętrze szklanego biurowca o szkielecie ze stali. Był to jeden z najwyższych budynków, jakie znajdowały się w centrum śródmieścia. Z okien pracowni roztaczał się widok na północno-wschodnią część miasta i okolic.

W świetle dnia, gdy odrywała się od zajęć, stawała przed szklaną ścianą i patrzyła z zachwytem na tętniącą życiem metropolię. W oddali na horyzoncie znajdowała się Wyspa. Dziwnym trafem, do tej pory, niezagospodarowana. Ten skrawek ziemi, ukształtowany przez wartki nurt rozwidlającej się w tym miejscu rzeki, stał się przestrzenią, której architekt Polańska nadawała inną formę. Stworzyła projekt, stanowiący nowy wizerunek tej mrocznej i oddalonej od oświetlonego centrum dzielnicy.

Dziś odczuwała dumę z tego, że w niedalekiej przyszłości to jej wizja urbanistyczna stanie się realna. Dotąd zapisywana była jedynie w pamięci dysków komputerów. Tworzył ją zespół ludzi, których pracami Alicja kierowała. Dziś dała pracownikom wolny dzień. Należał im się odpoczynek. Kobieta lubiła od czasu do czasu przebywać sama w swej pracowni, delektować się widokiem za ogromną szybą.

Podeszła do okna i patrzyła na pogrążoną w mroku przestrzeń oddaloną od oświetlonego centrum. To było miejsce, w które zainwestowała swą wyobraźnię. To ona nada temu skrawkowi ziemi nowy kształt.

Liczne latarnie emitowały rozmigotane światło na granitowe budynki dworca kolejowego, na stary kościół oraz liczne, nowoczesne obiekty mieszczące w swych podwojach oświetlone galerie i niezliczone banki.

Dziś Alicja chciała być sama w swym twórczym królestwie jeszcze z innego powodu. Musiała dokładnie przejrzeć efekty kilkumiesięcznej pracy zespołu.

Minęło kilka minut, zanim oderwała wzrok od okna, zabrała swoje rzeczy i zamknęła drzwi pracowni. Zjechała windą do holu biurowca. Za ladą dyżurki siedział i drzemał ochroniarz. Na odgłos kroków Alicji otworzył oczy i wstał z miejsca, by zamknąć za wychodzącą drzwi frontowe.

– Pani inżynier bardzo długo dzisiaj pracowała – oznajmił i spojrzał na zegar wiszący w holu.

– Czyżbym była ostatnią wychodzącą osobą? – spytała z uśmiechem.

– O nie, jeszcze kilkanaście osób wciąż jest w budynku – odpowiedział i ziewnął.

– Dobranoc, panie Wojtku.

– Dobranoc, pani inżynier.

Zeszła do podziemnego parkingu i otworzyła pilotem drzwi swego peugeota. Siadła za kierownicą i wycofała wóz ze stałego miejsca parkowania. Minęła mężczyznę stojącego przy otwartych drzwiach samochodu w grafitowym kolorze i opuściła przestronne, słabo oświetlone pomieszczenie. Wyjechała na główną arterię miasta. Chociaż zmęczenie mocno dawało się we znaki, uważnie prowadziła auto przez pustoszejące ulice. Po kilkunastu minutach dotarła do dużego osiedla szeregowców oddalonych o kilkanaście kilometrów od śródmieścia. Tutaj znajdował się jej dom, który sama zaprojektowała i zamieszkiwała od lat ze swoją rodziną. Zatrzymała się i, po otwarciu bramy, wjechała do garażu. Siedziała kilka chwil, oparta łokciami o kierownicę. Wysiadła z samochodu i weszła wreszcie do pustego mieszkania. Zrzuciła z siebie odzież. Chwilę później była w łazience pod prysznicem. Silny strumień ciepłej wody podziałał jak balsam na jej ciało. Po kilkunastu minutach wyszła z kabiny. Owinięta dużym ręcznikiem stanęła przed lustrem, by przyjrzeć się znużonej twarzy. Nałożyła cienką warstwę kremu i delikatnie wklepała palcami w skórę. Wykonała kilka innych zabiegów kosmetycznych i poczuła się nieco odprężona. Nareszcie była w domowych pieleszach i za chwilę miała położyć się spać.

W mieszkaniu panowała cisza. Zajrzała do pokoju swej córki. Na widok śpiącej Luizy Alicja uśmiechnęła się. Kiedy patrzyła na swoje jedyne, pogrążone w śnie dziecko, zawsze się uspokajała. Weszła do sypialni, gdzie ujrzała śpiącego Marka.

„Jutro muszę przeprowadzić z nim poważną rozmowę”, pomyślała, patrząc na leżącego męża. Chwilę później położyła się i szybko zasnęła.

*

Marek Polański był znanym i dobrze zarabiającym adwokatem. Prowadził ze swym kolegą ze studiów Romanem Wysockim renomowaną kancelarię w centrum miasta.

Do pewnego czasu życie nie przysparzało mu większych problemów. Praca, którą wykonywał, w pełni zaspokajała jego ambicje. Razem z żoną Alicją tworzyli zgraną parę. Posiadali własny dom z ogrodem na obrzeżach miasta, a studiująca córka Luiza była ich kochanym dzieckiem. Powszechnie uchodzili za szczęśliwą rodzinę.

Od niedawna Marek miał swoją tajemnicę – podwójne życie. Wszystko zaczęło się, kiedy poznał Marlenę. Przyszła do kancelarii w towarzystwie córki jego wspólnika. Miała dwadzieścia dwa lata i potrzebowała porady prawnej w pewnej drobnej sprawie. Nie skończyło się na jednej wizycie. Dziewczyna przychodziła kilka razy i nie kryła swych uwodzicielskich zamiarów skierowanych na Marka. W końcu uległ jej czarowi.

Ten atrakcyjny mężczyzna w średnim wieku miał wiele okazji do romansów. Unikał ich jednak do dnia, w którym zobaczył tą młodą i intrygującą kobietę. Długonoga, seksowna dziewczyna o oliwkowej cerze i pięknej twarzy, pełna wdzięku, zawróciła mu w głowie.

Nie mógł się oprzeć jej urokowi. Opanowała całkowicie jego myśli. Rozpoczął się ich namiętny romans. Przybywał na każde jej żądanie i spełniał wszystkie życzenia. Potrzebował tego romansu. To pochlebiało jego męskiej próżności.

Duża różnica wieku między nimi nie przeszkadzała mu. Marlena była w wieku jego córki. Spotykali się coraz częściej. Spędzali też niektóre weekendy, wyjeżdżając do luksusowych moteli. Było to możliwe, gdyż Marek usprawiedliwiał swe nieobecności w domu nadmiarem pracy w kancelarii.

Skrzętnie ukrywał swój romans przed Alicją. Z początku nie dopuszczał do świadomości myśli, by ten związek miał zniszczyć jego dotychczasowe, ustabilizowane życie. Z czasem zauroczenie Marleną zaczęło słabnąć, a kochanka, ze swoimi kaprysami i roszczeniami, zaczęła go nudzić. Coraz częściej odczuwał poczucie winy względem żony. W takich momentach myślał o zerwaniu z Marleną. Wreszcie postanowił to zrobić. Okazało się jednak, że to nie będzie proste. Dziewczyna zaczęła go szantażować i wyłudzać coraz więcej środków materialnych i prezentów. Groziła, że skompromituje go przed żoną i w środowisku adwokackim.

Ich spotkania przybrały teraz inny charakter. Z dawnych sekretnych i namiętnych schadzek przemieniły się w chłodne, finansowe transakcje.

Osaczony przez dziewczynę prawnik stawał się coraz bardziej drażliwy. Niekiedy nie potrafił zapanować nad emocjami, co negatywnie odbijało się na pracy.

Panicznie bał się, że o jego zdradzie dowie się Alicja. Wtedy zawaliłby się jego świat, a tego chciał za wszelką cenę uniknąć. Dotąd spełniał posłusznie coraz bardziej bezczelne żądania kochanki. Wreszcie postanowił, że musi zakończyć ten romans, bez względu na konsekwencje. „Tak dalej być nie może!”, myślał.

Dźwięk komórki wyrwał go z zadumy. Dzwoniła żona.

*

Na skraju uczelnianego campusu tłum, składający się z młodzieży studenckiej, powiększał się z każdą chwilą. Członkowie grupy inicjatywnej pod nazwą Obrona Praw Człowieka w błyskawicznym tempie zorganizowali tę akcję. Dzisiejszy marsz miał być wyrazem protestu przeciwko karze śmierci stosowanej dotychczas w jednym z krajów Europy Wschodniej. Młodych ludzi ciągle przybywało, a wytypowane przez organizatorów osoby rozdawały uczestnikom transparenty z wypisanymi hasłami oraz ulotki informujące o wytyczonych celach i kolejnych akcjach organizacji. Wśród rozdających ulotki znajdowała się Luiza. Ona i jej chłopak Arkadiusz krążyli i rozdzielali je przybyłym. Dziewczyna była tak skoncentrowana na tym, co robi, że wyłączyła telefon komórkowy i nie myślała o niczym innym. Rozpoczęcie manifestacji miało nastąpić za pół godziny.

Luiza była jedyną córką Alicji i Marka. Ta dwudziestoletnia, atrakcyjna dziewczyna od roku studiowała architekturę. Świadomie wybrała ten sam kierunek, który ukończyła wiele lat temu jej matka. Luiza miała naturę buntowniczą, jak wielu jej rówieśników. Należała do osób, które określa się mianem niepokornych lub młodych gniewnych. Jednocześnie cechowała ją wrażliwość na wszelkie przejawy niesprawiedliwości, dyskryminacji i ograniczania wolności. Swoją rogatą duszę wykorzystywała, oddając się działalności na rzecz wyznawanych przez siebie idei. Od kiedy zaczęła studia, brała czynny udział w akcjach organizowanych przez studencką grupę Obrona Praw Człowieka. Była to formacja zawiązana wśród studentów, którym leżała na sercu walka z bezprawiem i przemocą. W celach praktycznych, zamiast pełnej nazwy, posługiwali się skrótem OPC.

Ubiór i wygląd zewnętrzny Luizy mógł szokować osoby o konserwatywnych poglądach. Była zdolną studentką, więc nauczyciele akademiccy szanowali jej styl i indywidualizm.

Zawsze miała modną fryzurę. Ostatnio jej gęste, czarne włosy układał najlepszy stylista, a w nosie błyszczał delikatny kolczyk w kształcie perły.

Tego dnia miała na sobie czarny T-shirt z czerwonym napisem „I love freedom” i skórzaną kurtkę z bufkami. Do tego czerwone spodnie rurki z pasem nabitym ćwiekami i granatowo-żółte sneakersy. Twarz zdobił wyrazisty makijaż. U jej boku wiernie asystował Arek, który wspierał ją i pomagał jej wykonywać zadania organizacji. Dziś, po zakończeniu manifestacji, mieli wspólnie zbierać podpisy pod petycją w sprawie zniesienia kary śmierci na Białorusi.

Punktualnie na zewnętrznych schodach budynku dziekanatu pojawił się przewodniczący OPC Piotr Zbierski w towarzystwie pewnej kobiety. Przedstawił przybyłą, która okazała się matką Aleksandra, studenta z Mińska, na którym niedawno wykonano wyrok śmierci.

Egzekucja Aleksandra odbyła się po kilkumiesięcznym procesie poszlakowym, podczas którego nie udowodniono oskarżonemu winy. Jednak na nic się zdały apelacje o ułaskawienie i listy pisane przez liczne organizacje międzynarodowe do najwyższych władz Białorusi. Tamtejszy prezydent nie skorzystał z prawa łaski i wyrok został wykonany. Rodzina Aleksandra i tamtejsza opozycja nie miały wątpliwości, że ten młody człowiek został niewinnie stracony. Sam przebieg procesu nie był rzetelny i uczciwy. Zrozpaczona matka postanowiła rozpocząć działalność na rzecz zniesienia kary śmierci wykonywanej ciągle w jej kraju. Pragnęła, by ofiara życia jej syna nie była daremna.

Przyjechała do Polski i pojawiła się na terenie uczelni z petycją, pod którą zbierała podpisy. Luiza i Arek byli wstrząśnięci śmiercią Aleksandra, gdyż poznali go rok temu, kiedy gościł na jednym ze spotkań grupy inicjatywnej. Był działaczem Obrony Praw Człowieka.

Dzisiaj, po wysłuchaniu przemowy przewodniczącego organizacji i przedstawieniu przez niego matki Aleksandra, zgłosili się do uczestnictwa w zbieraniu podpisów.

Pożegnali się z niektórymi uczestnikami demonstracji i oddalili się, gdyż oboje przygotowywali następną akcję. Miała dotyczyć afgańskiej dziewczynki o imieniu Amal, walczącej o prawa dziewcząt i kobiet do edukacji w swoim kraju.

Oboje udali się w stronę parkingu, gdzie Luiza pozostawiła swój samochód. Zamierzali podjechać do wydawnictwa w innej części miasta po publikacje, które przygotowała OPC.

Kiedy zeszli do podziemnego tunelu, przed ich oczyma pojawił się jakiś osobnik, zaraz obok drugi. Obaj mieli na głowach kominiarki. Dziewczyna poczuła nagle silne uderzenie w głowę.

– Ratunku! Ratunku! – zdążyła krzyknąć Luiza, nim straciła przytomność.

*

W izbie przyjęć szpitala miejskiego od kilkunastu minut panowała pełna mobilizacja służb medycznych. Właśnie przywieziono dwoje ciężko rannych ludzi, których zabrano z uniwersyteckiego parkingu. Zostali znalezieni przez patrol policjantów ochraniających studencką manifestację. To właśnie policjanci wezwali karetkę pogotowia. Dyżurny lekarz bez wstępnych oględzin wydał polecenie natychmiastowego transportu ofiar wypadku na oddział intensywnej opieki medycznej, do oddzielnych pokojów. Oboje byli nieprzytomni, więc zostali poddani niezwłocznie odpowiednim zabiegom.

Doktor Ostrowski i stojąca obok niego dziewczyna w czepku naczelnej pielęgniarki wpatrywali się uważnie w twarz rannej. Oboje dostrzegli na niej oznaki odzyskiwania świadomości. Pacjentka powoli otworzyła oczy.

– Co się stało, gdzie ja jestem? – spytała słabym głosem.

– Jest pani w szpitalu – odparł cicho lekarz.

– Została pani napadnięta – dodała szybko siostra.

– Miała pani dużo szczęścia, rany są niegroźne. – Lekarz uśmiechnął się do niej.

Luiza, leżąca na szpitalnym łóżku, poczuła, że jej głowa jest owinięta bandażem. Próbowała się poruszyć, lecz całe ciało przeszył dotkliwy ból. Pielęgniarka uniosła delikatnie jej obandażowaną głowę i podsunęła jakąś tabletkę oraz plastikowy kubek z wodą.

– Proszę wziąć środek przeciwbólowy i popić, poczuje się pani lepiej – powiedziała.

– Jak długo macie zamiar mnie tu trzymać? – spytała Luiza i posłusznie przyjęła tabletkę, popijając wodą.

– Musimy zrobić serię badań, a to potrwa do tygodnia. Zawiadomiliśmy pani rodziców, więc niebawem przyjadą w odwiedziny – wyjaśnił lekarz i odszedł do innego pacjenta.

– Teraz proszę leżeć i odpoczywać, a jutro zaczniemy badania – powiedziała pielęgniarka.

Podany dziewczynie środek zaczął działać i stopniowo odczuwała ulgę. Wtedy przypomniała sobie o wiecu i o ważnej petycji, która była w jej posiadaniu. Również o tym, że była w towarzystwie Arka. Zwróciła się z pytaniem do siostry, która, zabrawszy tacę z lekami, zamierzała odejść:

– Co się stało z moim chłopakiem, Arkadiuszem Zawadzkim?

– Został przywieziony razem z panią i w tej chwili znajduje się na chirurgii męskiej.

– W jakim jest stanie? – spytała z troską w głosie.

– Ma ranę od noża na plecach, lecz to nie zagraża jego życiu – wyjaśniła pielęgniarka i spytała: – W czym mogę jeszcze pomóc?

– Czy mogłabym otrzymać swoją torebkę?

– Tak, zaraz przyniosę – powiedziała, odchodząc.

Minęło pół godziny i Luiza otrzymała torbę na pasku. Gdy do niej zajrzała, znalazła wszystkie przedmioty, które zwykle nosiła ze sobą.

Brakowało kilku arkuszy petycji z nazwiskami i adresami sygnatariuszy – dwóch list z setkami osób deklarujących poparcie. Jedna dotyczyła zniesienia kary śmierci na Białorusi, druga była aktem poparcia Amal, afgańskiej dziewczynki walczącej o prawo do edukacji.

*

Wczesnym rankiem Alicja pojechała do ratusza. Poprzedniego dnia Wydział Architektoniczno-Budowlany oficjalnie ogłosił wyniki konkursu. Wprawdzie dotarła do niej radosna wiadomość o prestiżowym uhonorowaniu projektu jej autorstwa, lecz wezwano ją na rozmowę w pewnej delikatnej sprawie.

Ubrana w wiosenną, turkusową garsonkę, z zawiązaną na szyi jedwabną apaszką, weszła do zabytkowego budynku urzędu. Kiedy znalazła się na pierwszym piętrze, odszukała właściwy numer pokoju. Czekał tam na nią jeden z członków komisji. Od niego dowiedziała się o próbie plagiatu pracy, którego miał się dopuścić jakiś nieznany i trudny do zidentyfikowania zespół architektoniczny.

Doktor Studzki zaprosił przybyłą do sali, gdzie zwykle obradowała komisja. Profesor Adwentowicz podał jej rękę na powitanie i uprzejmie poprosił o zajęcie miejsca przy obłożonym teczkami stole. Wziął do ręki jedną z nich i rozłożył jeden z rysunków o dużym formacie.

– Wezwaliśmy panią, gdyż odkryliśmy w jednym z projektów pewne wykroczenie, które uderza w Studio Archit – rozpoczął wyjaśnienia. – Stwierdziliśmy, że ktoś posłużył się pani numerem uprawnień, wpisując je obok swego nazwiska na tabliczce.

Wskazał na miejsce w rogu rozłożonego rysunku. Znajdowało się tam logo jakiejś firmy i nieznane Alicji nazwisko projektanta, przy którym wpisany był numer uprawnień, którym posługiwała się ona.

Przez chwilę patrzyła z niedowierzaniem na wskazane przez profesora zapisy.

– To ewidentne fałszerstwo. – W jej głosie pobrzmiewało oburzenie. – A to nazwisko, które tu figuruje, nic mi nie mówi – dodała.

– Proszę się nie denerwować. My też tak uważamy – powiedział spokojnie profesor.

– Ktoś próbował wykorzystać uprawnienia należące do innej osoby. Wybrał akurat panią. Radzę być ostrożną w kontaktach zawodowych w swym otoczeniu.

– Panie profesorze, oświadczam, że jestem gotowa udowodnić autentyczność moich dokumentów. Co do samej pracy – powiedziała, przeglądając pobieżnie rysunki – to widzę tutaj nieudolny plagiat mojego projektu.

– Ależ droga pani – profesor próbował ją uspokoić – doskonale zdajemy sobie sprawę, że to prymitywna próba wykorzystania pani opracowań.

– Jestem w szoku i nie mam pojęcia, w jaki sposób te materiały dostały się w inne ręce – powiedziała, nie odrywając wzroku od leżących na stole rysunków.

– Pani Alicjo! – zwrócił się do niej Adwentowicz. – Musi pani bacznie obserwować członków swojego zespołu i osoby odwiedzające pracownię. Ludzi zawistnych i nieuczciwych nie brakuje. Z tego, co wiem, próby nawiązania kontaktu z tą pracownią nie przyniosły rezultatu? – Profesor spojrzał pytająco na sekretarza.

– Spółka o nazwie Dom zarejestrowana była pod adresem prywatnego mieszkania, ale na jej stronie WWW podany jest adres przekierowujący, prowadzący do wirtualnej skrzynki w Nicei – wyjaśnił milczący dotąd Studzki. – Takie rozwiązania – ciągnął dalej – stosowane są przez przedsiębiorców prowadzących wirtualne biznesy lub takich, którzy, z różnych powodów, nie chcą podawać adresu miejsca zamieszkania jako miejsca działalności.

– Dziwne to wszystko i podejrzane – powiedziała, ciągle zaskoczona, Polańska, a na jej twarzy pojawiły się wypieki.

– Jeszcze raz gratuluję pani sukcesu, a tą sprawą proszę się nie przejmować, tylko być bardziej czujną – powiedział profesor Adwentowicz, ściskając na pożegnanie rękę kobiety.

Alicja nie zdążyła jeszcze opuścić budynku ratusza, gdy otrzymała wiadomość ze szpitala. Wiadomość o wypadku Luizy sprawiła, że nie myślała już o niczym innym jak tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się przy córce.

*

W Urzędzie Miasta