Pożądanie o smaku latte - Monika Hołyk-Arora - ebook + audiobook

Pożądanie o smaku latte ebook i audiobook

Monika Hołyk-Arora

3,1

Opis

Urażone uczucia oraz duma rzadko bywają dobrymi doradcami. Anastazja przekonała się, że zemsta może pozostawić po sobie gorzki smak porażki. Costas odkrył zaś, że czasami nie warto tłumić uczuć kryjących się na dnie serca. Czy tych dwoje ma szansę jeszcze raz się spotkać? Czy tym razem odważą się walczyć o wspólną przyszłość? A może już jest za późno?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 98

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 51 min

Lektor: Joanna Gajór

Oceny
3,1 (14 ocen)
1
6
3
2
2

Popularność




© Copyright by Monika Hołyk-Arora & e-bookowo

Projekt okładki: Michalina Foremka

Skład: Katarzyna Krzan

ISBN: 978-83-8166-103-4

Patronat medialny

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2020

Konwersja do epub i mobi A3M

Rozdział 1

Bezsilność

To jedno słowo idealnie odzwierciadlało jego uczucia. Odbijało się echem po ścianach pustego o tej porze biura, nieustannie przypominając o swojej obecności. Odbierało chęć do robienia czegokolwiek, a jednocześnie, dość paradoksalnie, motywowało do działania. To niecodzienne dla niego doznanie wyżerało w jego duszy dziurę, która zadawała mu niemal fizyczny ból.

Dostrzegał w tym wszystkim przewrotność losu, a zarazem sarkastyczne poczucie humoru przeznaczenia. Mniej więcej pół roku temu, w tym samym biurze, odczuwał panikę i strach przed bankructwem rodzinnej firmy. Teraz zaczynał rozumieć, że utrata majątku to tylko jedna z wielu rzeczy, które były w stanie go złamać.

Uśmiechnął się smutno do swojego odbicia w wygaszonym ekranie komputera. Miał wrażenie, że grzechy przeszłości dopadły go niczym złośliwe Erynie, odbierając mu raz na zawsze szansę na naprawienie dawnych win.

Zdawał sobie sprawę, że powinien coś zmienić. W końcu Costas Patrepoulos był człowiekiem czynu, który nie cofał się przed żadnym niebezpieczeństwem. A jednak tamtego wieczora poddał się. Potulnie odszedł, nie próbując nawet zawalczyć o to, co z dnia na dzień wydawało mu się coraz bardziej wartościowe.

− Znowu rozpamiętujesz początek sezonu?

Te cztery słowa, niczym cień słów wypowiedzianych już setki razy, zawisły w wieczornej ciszy, panującej w wyludnionym pomieszczeniu.

Nie musiał się odwracać, aby sprawdzić, kto wypowiedział to jedno zdanie, będące ucieleśnieniem jego aktualnych zmartwień.

− Agenor, skończ zadawać ciągle to samo pytanie. Mówiłem ci wiele razy, żebyś dał mi spokój. Dobrze wiesz, że musieliśmy stamtąd odpłynąć. Nie było innego wyboru!

Nie wiedział, czy po raz enty próbuje przekonać o tym swojego przyjaciela, czy też samego siebie! W myślach powtarzał, że musiał tak postąpić, nawet wbrew własnym chęciom. Nie miał prawa narzucać swojego towarzystwa osobie, która uważała go za intruza.

− TY nie miałeś innego wyboru − brutalnie sprecyzował mężczyzna stojący za nim. – Ja zawczasu wytłumaczyłem wszystko i pozostaję w kontakcie z Katarzyną.

Costas poderwał się niespodziewanie z fotela, niemal przewracając go na Agenora. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.

− I do tej pory nic mi o tym nie powiedziałeś? − wykrzyknął nieco głośniej, niż powinien, patrząc przyjacielowi w oczy.

− Nie sądziłem, że moje życie osobiste podlega twojemu nadzorowi! − oburzył się nagle, żałując, że zdradził skrywaną do tej pory tajemnicę.

Costas zacisnął zęby, aby nie powiedzieć czegoś, czego w najbliższej przyszłości z pewnością by żałował.

− Jak ona się miewa? − wyszeptał po dłuższej chwili milczenia, próbując nie okazywać nadmiernych emocji.

− Katarzyna? − zapytał, udając, że nie pojął ukrytego sensu słów przyjaciela. − Całkiem nieźle. W przyszłym tygodniu przypływa na Rodos na zakupy. Planujemy zjeść lunch w jednej z tawern na starówce − wyznał szczerze, ale jednocześnie nieco obojętnie.

Costas odetchnął ciężko. W biurze nagle zapanowała cisza. Doskonale pamiętał przyjaciółkę Anastazji − była miła, radosna, całkiem przyjemna dla oka, ale też potrafiła być zdecydowana i nieustępliwa. To ona nakazała mu wyjechać, nie oglądając się na nic. Konsekwentnie zwracała też pieniądze, które raz po raz wysyłał przelewem na konto bankowe Turkuaz Marina.

− Nie o nią pytałem − burknął w końcu niechętnie.

− Wiem − odparł natychmiast Agenor, radośnie szczerząc przy tym zęby. − Ale nie zamierzam wdawać się w dyskusje na temat Anastazji. To pracowita i dobra kobieta, którą pewnego dnia doceni jakiś wartościowy mężczyzna...

− Jak rozumiem, ja nie mogłem nim być? − Costas wciął mu się w słowo, coraz bardziej rozdrażniony tą rozmową.

− Nie mnie to oceniać! Wiem tylko, że dama, o której rozmawiamy, nie jest typowym słodziaczkiem skłonnym do flirtu z pierwszym lepszym marynarzem w porcie.

Patrepoulos policzył w myślach do dziesięciu, a potem do dwudziestu, by nie wybuchnąć gniewem, co ostatnio zdarzało mu się coraz częściej.

− Dobrze wiesz, że skończyłem z tym stylem życia po śmierci ojca... Tamtego Costasa już nie ma – wyjaśnił w końcu opanowanym tonem.

Agenor westchnął ciężko i instynktownie cofnął się w kierunku wyjścia z gabinetu szefa. Wiedział od Katarzyny, że po obydwu stronach morza, które ich dzieliło, sytuacja nie należała do najprostszych.

− Nie mnie musisz o tym przekonywać − przypomniał, unosząc dłonie w geście poddania.

Costas doskonale zdawał sobie z tego sprawę, niestety nie miał pojęcia, jak przekonać do tego interesującą go osobę.

Pustka

Nie czuła w sobie absolutnie żadnych emocji. Każdy kolejny dzień wypełniony był pracą, którą wykonywała automatycznie niczym robot. Często zastępowała również wspólniczkę, próbując oderwać myśli od zupełnie nieracjonalnych rozważań. Nic jej nie cieszyło, ale też nic nie potrafiło jej zdenerwować. Trwała w stanie odrętwienia, z którego nie było ucieczki.

Ostatnie pięć lat spędziła nienawidząc kogoś, kogo tak naprawdę nie znała. To właśnie na podwalinach tego negatywnego uczucia stworzyła wraz z Katarzyną życie, o jakim setki tysięcy ludzi mogło jedynie marzyć. Ostatecznie dokonała zemsty, ale też przekonała się, że bardzo często vendetta może stać się bronią obusieczną. Koniec końców ją również dosięgło ostrze sprawiedliwości, powodując absolutny zamęt oraz pozbawiając jej serce umiejętności odczuwania.

Często przyłapywała się na tym, że spoglądając na horyzont, bezskutecznie próbowała dostrzec kryjące się za wzgórzami wybrzeże Rodos. Odległość dzieląca ją od greckiego wybrzeża wynosiła zaledwie kilkanaście kilometrów, dla niej jednak stanowiła barierę nie do pokonania. Podobno ludzie sami wyznaczają granice, których nie mogą i nie chcą przekroczyć. Z pewnością było w tych słowach wiele racji. W końcu była chodzącym dowodem na prawdziwość tego twierdzenia.

− Daj sobie spokój na dziś − upomniała ją wspólniczka, wchodząc do niewielkiego biura bosmanatu. − Jeśli nie przystopujesz, to jeszcze przed sezonem zimowym zapracujesz się na śmierć!

− Muszę skończyć to zestawienie − mruknęła, nie odrywając spojrzenia od ekranu laptopa.

− Lepiej idź i napij się kawy. Do wieczora zostało jeszcze trochę czasu. Poza tym Mustafa testuje właśnie jakieś nowe sposoby udoskonalenia twojego ukochanego latte.

Anastazja przez chwilę milczała, całkiem poważnie rozważając opcję przerwy, w końcu jednak doszła do wniosku, że nie ma ochoty na niegdyś ulubiony napój.

− Może jutro − szepnęła, próbując w ten sposób uciąć temat. − Teraz naprawdę muszę skończyć te wyliczenia − dodała, wskazując na otworzone arkusze kalkulacyjne.

− Jesteś niemożliwa, wiesz? − mruknęła Katarzyna. − Dobrze, dam ci teraz spokój, ale pod jednym, jedynym warunkiem!

Miała ochotę obiecać jej wszystko, łącznie z pakietem kontrolnym Mariny, jedynie po to, by na powrót odzyskać ciszę i święty spokój, które zwykle odnajdywała w bosmanacie.

− Proś o cokolwiek, a będzie ci dane!

− Słowo? − upewniła się w tym czasie przyjaciółka.

− Jasne, a co chcesz? Moją nerkę? Miesiąc wakacji? Gwiazdkę z nieba?

Katarzyna roześmiała się radośnie, słysząc wymienione opcje, po czym milcząc przez zaledwie kilka sekund, zerknęła niepewnie na wspólniczkę.

− Nic z tych rzeczy. Po prostu marzy mi się jednodniowa wycieczka, oczywiście z tobą, z dala od pracy, obowiązków i tego wszystkiego – rzuciła szybko, wskazując dłonią biuro, segregatory wypełnione dokumentami oraz swoje własne biurko.

− Tylko tyle? − zdziwiła się w tym czasie Anastazja. − Zgoda, pojedziemy! Masz już jakiś pomysł na taką wyprawę?

− A wiesz, że tak... Ale to niespodzianka.

− Super! Organizację zostawiam tobie i to ty nas tam zawieziesz! Skoro mam wziąć wolne, nawet nie dotknę kierownicy!

− Zgoda! − Katarzyna zgodziła się na te warunki nad wyraz chętnie. − Już nie przeszkadzam ci w pracy − dodała, ruszając w kierunku wyjścia.

− Dziękuję − rzekła zupełnie szczerze, odrywając na moment wzrok od komputera. − Daj mi znać około pół godziny przed kolacją z Bertsengiem, abym miała moment na przebranie się.

Nowy gość, który dwa dni temu zawinął do ich Mariny, był znaną osobą, dlatego też obie poświęcały dużo energii, aby poczuł się w ich przystani jak w domu. Jego rekomendacja mogła przełożyć się na nowych klientów, dzięki którym być może będą mogły pomyśleć o rozbudowie!

− Jasne, wiem jak ci na tym zależy − odpowiedziała Katarzyna, zamykając za sobą drzwi.

Anastazja przez kilka chwil wpisywała dane, uzupełniając ostatnie rubryki w rozliczeniu miesięcznym. Nagle jednak przeciągnęła się w fotelu, po czym, niespodziewanie dla siebie samej, jednym płynnym ruchem zamknęła laptop, mając dość wpatrywania się w jasny ekran. Być może faktycznie potrzebowała odpoczynku oraz odskoczni od rutyny codzienności. Musiała zyskać nową perspektywę na dawne problemy, które dręczyły ją nocami.

Dylematy

Czuł, że coś powoli wymyka mu się z rąk. Chociaż wszystko w firmie funkcjonowało jak w zegarku, z jakiegoś powodu miał ochotę trzasnąć drzwiami i pojechać na jedną z dzikich plaż. Wybrzeże w pobliżu Afantou przywoływało go niemym głosem, obiecując chwilę wytchnienia. Miał ochotę usiąść na kamiennej plaży i zapatrzeć się w bezkres Morza Śródziemnego. Znaleźć się, chociażby pozornie, z dala od wybrzeża Turcji, które obserwował codziennie, wstając rano z łóżka.

Nie potrafił na niczym się skupić i doskonale znał powód swojego rozkojarzenia. Ta diablica o ciele i wyglądzie anioła zakradła się do jego myśli i za nic na świecie nie chciała ich opuścić. Nazywał ją tak w myślach, mimo że nie powinien, bo okazała mu tak wiele serca i serdeczności... Przynajmniej do momentu, w którym dowiedziała się kim tak naprawdę był. Czy mieli jeszcze szansę kiedyś się spotkać? Czy pisane im było wypić chociaż jeszcze jedną kawę? Prawdopodobnie nie. A jednak jakaś część jego duszy pragnęła tego... Pragnęła nadziei, że winy, za które już odpokutował, mogą zostać przebaczone.

Poderwał się z fotela i ruszył w kierunku samochodu zaparkowanego przed budynkiem firmy. Wskoczył do swojego, niegdyś ukochanego, porsche carrera i przypomniał sobie starego, rozklekotanego jeepa Anastazji. Z jakiegoś powodu strasznie za nim zatęsknił. Odpalił silnik, odpędzając nad wyraz wyraźne myśli, od których niemal stale próbował uciec. Z piskiem opon wziął kolejny zakręt, pragnąc jak najszybciej opuścić miasto Rodos i pomknąć krętą drogą w kierunku Faliraki, a następnie swojej ulubionej samotni. Tam powinien nabrać dystansu do swoich sprzecznych myśli oraz pragnień. Tam mógł zapomnieć, że jest Costasem Patrepoulosem i na powrót stać się człowiekiem wolnym od grzechów przeszłości.

Próbował skoncentrować się na drodze, zwłaszcza że jeden z motocyklistów niemal zajechał mu drogę na skręcie na Kallitheę, ale nie na dużo to się zdało. Bez wahania wcisnął klakson, dając tym samym upust swemu niezadowoleniu. W odpowiedzi usłyszał lekceważący okrzyk mężczyzny na motorze, który zrównał się z jego autem. Zacisnął zęby, po czym kolejny raz tego dnia powoli policzył do dziesięciu.

Próbował skupić się na wysuszonej słońcem roślinności na wzgórzach oraz soczyście zielonych trawnikach luksusowych hoteli, które mijał po drodze. Kontrasty wyspy Rodos doskonale oddawały jego prywatne dylematy, których nie potrafił rozwiązać.

Zaczął redukować prędkość przed czerwonym światłem widocznym już z daleka, po czym na moment rozsiadł się wygodniej w fotelu samochodu. Odetchnął głęboko i pozwolił sobie na jedną, krótką chwilę relaksu. Dopiero wtedy poczuł napięcie w mięśniach, które nagromadziło się w nich przez ostatnie miesiące. Podjechał do linii, po czym wcisnął hamulec, czekając na zielone. Zaledwie kilkaset metrów dzieliło go od miejsca przeznaczenia. Pusta o tej porze dnia i roku plaża wprost zachęcała do bezcelowego spaceru brzegiem morza.

Zatrzymał się przy ogrodzeniu lokalnego pola golfowego, po czym ruszył w kierunku brzegu. Nawet nie zwrócił uwagi czy zamknął auto; zresztą kto miałby je ukraść na takim pustkowiu? Dopiero po przejściu kilkunastu metrów po białych kamieniach tworzących plażę zdał sobie sprawę, iż jego eleganckie obuwie nie było najlepiej dostosowane do tego rodzaju wycieczek. Bez zastanowienia przysiadł więc na ziemi, wbijając wzrok w morskie fale. Pozwolił myślom płynąć swobodnie i nieskrępowanie.

Ocknął się z tego niezwykłego zamyślenia dopiero gdy słońce powoli przestawało palić wszystko swoimi promieniami. Po raz pierwszy od dawien dawna wiedział, co powinien zrobić!

Senność

Zmęczona całym dniem spędzonym przed komputerem, przymknęła na moment oczy, dając im chwilę odpocząć. Poczuła przyjemną falę odprężenia, która rozpłynęła się po całym jej ciele. Odetchnęła głęboko i uśmiechnęła się do swoich myśli. Co ciekawsze, myślała o nim... Przypomniała sobie moment, kiedy kroczył po trapie w stroju pierwszego oficera jachtu, wyglądając przy tym niczym ucieleśnienie boskiego Adonisa. Gdyby tylko nie był Costasem, którego nienawidziła... A może tylko wmówiła sobie niechęć do niego? Cóż, teraz było już za późno. Kazała mu odpłynąć, a on uczynił to bez słowa protestu.

Wstała z fotela, zamykając jednocześnie laptop stojący na biurku. Poczuła senność, która zaczęła jej ciążyć niczym stukilogramowy kamień zawieszony u szyi. Zamarzyła o kawie, swojej ulubionej latte, której ostatnimi czasy z premedytacją unikała. Czy Katarzyna przypadkiem nie wspominała, że Mustafa wypróbowywał jakąś nową recepturę czy też mieszankę kawy? Postanowiła to sprawdzić i to natychmiast.

Rozsiadła się w ratanowym fotelu tuż przy plaży i, sącząc ulubiony napój, zerkała raz po raz na horyzont. Gdzieś tam, nieco ponad dziesięć kilometrów w linii prostej od przystani, znajdowała się Grecja. Tak blisko, a zarazem tak daleko.

Zdawała sobie sprawę, że każdy kolejny łyk latte działał na nią niczym jego pocałunek, pośpieszny, namiętny, żądający... Nikomu by się do tego nie przyznała, ale gdzieś w głębi serca żałowała, tak odrobinkę, że potraktowała go tak obcesowo. Mężczyzna, którego poznała, był bowiem zupełnie różny od wizerunku Costasa, jaki nosiła w przepełnionym żalem sercu.

Gorzko−słodki smak kawy przypominał jej uczucia, których echo nadal pozostawało w jej pamięci. Po raz kolejny zerknęła na morze wpadające w objęcia granatowego nieba. W końcu zrozumiała, że czasem nie warto kierować się rozumem i lepiej pozwolić emocjom przejąć kontrolę.

Spojrzała nerwowo na zegarek, po czym zerwała się z fotela i niemal biegiem ruszyła w kierunku prywatnej części Mariny. Potrzebowała tylko kilku niezbędnych rzeczy, które wrzuciła do sporych rozmiarów torby. Chwyciła kluczyki od auta leżące na szafce nocnej, po czym, nie pozwalając zdrowemu rozsądkowi na przejęcie kontroli nad działaniami, ruszyła na parking.

Mijając jednego z pracowników, poleciła mu przekazać wspólniczce, że wróci za kilka dni. Ruszyła z piskiem opon, wiedząc, że od tego momentu nic nie będzie już takie samo.

Rozdział 2

Podekscytowanie

Przymknął oczy niemal w rozkoszą i z przyjemnością wdychał słone, morskie powietrze. Wieczorny wiatr targający wody Morza Egejskiego lekko rozwiewał włosy, ale wcale mu to nie przeszkadzało. Stał na najwyższym trapie swojego najnowszego jachtu „Lady A.” i z niecierpliwością wyczekiwał widoku, który miał zwiastować dotarcie do celu. Nie miał pojęcia jak zostanie powitany. Liczył się z niemal każdą ewentualnością, ale wiedział też, że tym razem tak łatwo się nie podda. Zdecydował, że od pierwszej chwili będzie szczery i pod żadnym pozorem nie będzie udawał kogoś, kim nie jest. Był dumny ze swego nazwiska oraz pochodzenia, ale także z tego, kim stał się w ciągu kilku ostatnich lat.

Zmrok spowijał powoli otchłanie morza i przybrzeżne skaliste szczyty Półwyspu Bozburun. Wszystko to czyniło otoczenie nieprzyjemnym. Wzbudzało niepokój nowych członków załogi na pokładzie. Nagła decyzja o opuszczeniu portu Mandraki tylko potęgowała ciekawość pracowników, którzy nie rozumieli powodu tak nagłego wypłynięcia do Turcji.

W końcu w oddali dostrzegł światła należące do Turkuaz Marina i nie bez zdziwienia odnotował, że czuje lekki niepokój. Szybko jednak znalazł racjonalny powód takiego stanu rzeczy. Jeśli nie zostanie wpuszczony do przystani, co przecież mogło się zdarzyć, będzie musiał poszukać bezpiecznej zatoki, w której będzie mógł rzucić kotwicę na noc. Nie chciał wracać na Rodos w środku nocy.

Serce zaczęło mu bić gwałtowniej, ale i mocniej. Sam nie wiedział, czy spowodowały to emocje, czy też sam fakt, iż za kilkanaście chwil będzie mógł ją zobaczyć. Nerwowo przeczesał dłonią włosy i wziął głęboki oddech. Czuł pod stopami, jak silniki jachtu zwalniają, przechodząc na najwolniejsze obroty. Za moment pierwszy oficer powinien znaleźć się na łodzi zmierzającej do przystani, a właściwie jej bosmanatu. Uśmiechnął się nieznacznie, przypominając sobie, jak dotarł tu po raz pierwszy. Było to zaledwie kilka miesięcy temu, a jednak, z wielu powodów, zdawało mu się, że minęła cała wieczność. W tym czasie stał się zupełnie innym człowiekiem. Dorósł jeszcze bardziej i zrozumiał, że życie to coś więcej niż tylko rodzinna firma czy też szaleństwa młodości. Odkrył, że gdzieś tam, pośrodku tego wszystkiego, można odnaleźć balans. Podążać we właściwym kierunku bez potrzeby wyrzekania się samego siebie. I to właśnie zamierzał uczynić.

Przymknął oczy, obserwując łódź motorową dobijającą do molo i swojego pracownika kroczącego w stronę eleganckiej kobiety z długimi, ciemnymi włosami. Po figurze poznał, iż to Katarzyna − wspólniczka Anastazji. Być może było to szczęśliwe zrządzenie losu bądź też Moir, które snuły nić jego życia, niemniej jednak kobieta ta mogła okazać się groźna niczym Cerber broniący dostępu do bram Hadesu.

Obserwował jak Georgis, ubrany w schludny biały uniform, dyskutuje o czymś z kobietą, która wyszła mu na spotkanie. Dyskusja z minuty na minutę prawdopodobnie stawała się coraz bardziej burzliwa, co wnioskował po minie swojego pracownika. Mężczyzna, któremu powierzył “Lady A.” był profesjonalistą w każdym calu, niestety jednak zdarzało mu się szybko tracić cierpliwość i ulegać emocjom. W sekundę pożałował, że wysłał do bosmanatu właśnie jego. Jeden wybuch złości mógł bowiem przekreślić szanse powodzenia jego planu.

Stres

W chwili gdy zobaczyła elegancki jacht zdobiony ciemnym szkłem zawijający do ich zatoki poczuła niepokój. Wydawał się jej bowiem dziwnie podobny do tego, o którym jakiś czas temu wspominał jej Agenor. Lśniący onyksową czernią napis „Lady A.” również nie pozostawiał wątpliwości co do tego, kto zawitał do Mariny.

Costas Patrepoulos, chociaż miała okazję widzieć go zaledwie kilka krótkich chwil i zamienić zaledwie kilka słów, był ważną osobą w jej życiu. Zmotywował on Anastazję, a tym samym i ją, do działania oraz niechybnego sukcesu. Jednocześnie swymi kłamstwami złamał serce jej najlepszej przyjaciółki. Od czasu, kiedy zawitał do Turkuaz Marina jej siostra z wyboru, jak zwykła nazywać wspólniczkę, nie była już tą samą radosną osobą, co kiedyś. Co prawda wyzbyła się chęci zemsty za zniewagę sprzed lat, ale przestała też okazywać jakiekolwiek uczucia. Wpadła w emocjonalne odrętwienie, z którego w żaden sposób nie można było jej wyrwać. Stało się to za jego sprawą! Podsumowując: ten człowiek oznaczał jedno − kłopoty.

Teraz zaś jego pierwszy oficer prosił o pozwolenie na zawinięcie do Mariny. Trzeba przyznać, że ten człowiek miał tupet! Nadal uparcie zwracała mu opłatę wniesioną podczas jego pierwszego pobytu w przystani, on zaś ponownie przybył, chcąc skorzystać z ich „gościny”.

Trochę ze złości, trochę z chęci przekonania się, jak bardzo chce zawinąć do Turkuaz Marina, podwoiła standardową stawkę i twardo przy niej obstawała. Mężczyzna, któremu przypadła rola negocjatora, powoli tracił cierpliwość, czemu wcale się nie dziwiła, jednak nie zamierzała mu ustępować.