Niepokorna dziedziczka - Monika Hołyk-Arora - ebook

Niepokorna dziedziczka ebook

Monika Hołyk-Arora

0,0

Opis

Niepokorna dziedziczka to emocje kipiące pod ciężkim szalem konwenansów. W świecie, w którym każda dama ma obowiązek milczeć, ona ośmiela się nie tylko mówić, ale i walczyć o swoje przekonania.

Aleksandra Bannister ma wszystko, czego oczekują od niej przedstawiciele arystokracji: urodę, ogromny posag i doskonałe maniery. Jednak pod tą warstwą jedwabiu i uśmiechów kryje się duch, którego nie sposób okiełznać. Kobieta nie zgadza się zostać czyimś trofeum, pragnąc niezależności.

On, jak sam się określa — książę z przypadku, wolałby pozostać w koloniach, z dala od dusznej etykiety, gier towarzyskich, oceniających spojrzeń i plotkarzy ważących każde jego słowo. Londyn stał się dla niego złotą klatką, a tytuł — ciężarem, którego nigdy nie pragnął.

Los, a może kaprys przeznaczenia, pchnął ich ku sobie nocą, w pustym parku, gdy cała stolica pogrążona była już we śnie. Jedno przypadkowe spotkanie wystarczyło, by wskrzesić iskrę. Jedno spojrzenie — by obudzić namiętność, której żadne z nich nie powinno czuć.

Skandal wydaje się nieunikniony, ponieważ mimo że serce wyrywa się w jedną stronę, rozsądek popycha Aleksandrę ku przyjacielowi z dzieciństwa. A gdy namiętność spotyka obowiązek, zawsze ktoś zostaje zraniony…

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 361

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Niepokorna

Dziedziczka

MONIKA HOŁYK–ARORA

© Copyright by Monika Hołyk-Arora & e-bookowo

Korekta: Marta Bluszcz

Skład: Katarzyna Krzan

Projekt okładki: Monika Hołyk-Arora

ISBN e-book: 978-83-8166-507-0

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione.

Wydanie II 2026

Rozdział 1

Londyn 1817 rok

Otaczał ją mrok i nie było w nim nic przyjemnego. Czując narastający strach, przemykała konno na wpół pustymi ulicami Londynu w kierunku jednego z lokalnych parków. Większość ludzi z tak zwanego towarzystwa zmierzała modnie spóźniona na bale, niewielkie rauty bądź też podążała do domu po ostatnim przedstawieniu w teatrze. Ona zaś, wbrew sobie i panującym konwenansom, musiała w tajemnicy spotkać się z szantażystą. Nieznajomy narażał ją na ogromne niebezpieczeństwo graniczące ze skandalem, żądając spotkania. Oczywiście sam na sam w odosobnionym miejscu o tak późnej porze.

Rozważając w myślach wszystkie argumenty „za” i „przeciw” temu szaleństwu, ku swej radości, a jednocześnie ogromnemu strachowi, dojechała na miejsce spotkania. Wzięła głęboki wdech, próbując uspokoić galopujące serce, po czym zmusiła konia do zwolnienia kroku i jeszcze raz przyjrzała się swemu okryciu. Czarny strój, „pożyczony” przed laty z szafy starszego brata, skrywał wszelkie ewentualne krągłości jej figury, które dla pewności zawczasu ciasno owinęła lnianymi tkaninami. Przebranie dawało nadzieję na to, iż nikt mijany po drodze nie rozpoznał w drobnym chłopaku damy ryzykującej nie tylko własne dobre imię, ale też reputację całej swojej rodziny.

Zatrzymała się w umówionym miejscu i sprawnie zeskoczyła z wierzchowca, wykorzystując to, iż miała na sobie spodnie, a nie ten koszmarnie niewygodny kostium do jazdy konnej sprawiający jej szereg problemów w swobodnym poruszaniu się. Po raz kolejny nerwowo zaczerpnęła powietrza, jednocześnie rozglądając się niepewnie wkoło. Była sama, przynajmniej pozornie, a jednak czuła na sobie czyjeś uważne spojrzenie. Minęła dłuższa chwila, zanim usłyszała, jak w oddali pojedyncza gałązka złamała się pod naporem kogoś, kto idąc przez suchą jeszcze trawę, zmierzał wprost w jej kierunku. Zamarła, zapominając nawet o oddychaniu. Z niecierpliwością, ale też pewną obawą oczekiwała nadejścia autora niepokojącego liściku, dostarczonego przez jakiegoś obdartusa przed dwoma dniami.

W pierwszej chwili nie zauważyła, jak zza krzaków wyłonił się mężczyzna zniszczony przez życie, ale również przez nałogi. Mógł mieć zarówno trzydzieści, jak i pięćdziesiąt lat. Jego aparycja jasno zdradzała, że należał do nizin społecznych. Pomarszczona, zmarnowana twarz pokryta szarą skórą smaganą od lat słońcem oraz wiatrem sprawiała wrażenie zmęczonej. Przetarte tu i ówdzie ubranie domagało się natychmiastowej naprawy albo jeszcze lepiej – wyrzucenia i zastąpienia nowym odzieniem.

Bała się go, sprawiał bowiem wrażenie groźnego. O takich jak on mówiono, że jest gotowy na wszystko i to za stosunkowo niską sumę. Gdy stanął dosłownie kilkadziesiąt centymetrów od niej, nie pozostawiając wątpliwości, że to z nim miała się zobaczyć, aż zakręciło się jej w głowie ze strachu. Przez chwilę w milczeniu przyglądał się jej, oceniając, czy aby na pewno spotkał się z właściwą osobą. Swoim milczeniem sprawiał, prawdopodobnie zupełnie nieświadomie, że oczekiwanie zdawało się zabójcze.

– To na pewno paniusia? Czy może spryciula wysłała kogoś, kto zaraz sprowadzi mi na głowę kłopoty?

– To raczej pan wystawił mnie na niebezpieczeństwo, wyznaczając spotkanie o tak później porze i to w dodatku w odosobnionym miejscu – odparła dumnie, siląc się na dobrze wyczuwalny w tonie głosu wyrzut.

– Dobra, widać, że paniusia z tych zadzierających nosa. A pieniądze przyniosła? – spytał, przechodząc do sedna sprawy.

W jego spojrzeniu można było dostrzec chciwość, która pchnęła go do tak haniebnego czynu, jakim jej zdaniem był szantaż.

– A czy ma pan kolczyk, o którym wspomniał pan w przesłanej wiadomości? – Chciała się upewnić, tracąc nagle całą fałszywą odwagę, która jeszcze sekundę temu nadawała ton całej rozmowie.

– Przyszedłem tu w interesach, a nie na towarzyską pogawędkę – oburzył się, spoglądając na nią prowokacyjnie.

Sięgnęła do kieszeni nieco za dużego płaszcza, który nagle wydał się zbyt ciężki jak na jej wątłe ramiona. Bez zwłoki wydobyła sakiewkę wypełnioną monetami, po czym unosząc ją w powietrzu, zaprezentowała jej wagę stojącemu przed nią mężczyźnie.

– Pełna suma! Zanim jednak trafi w pana ręce, chciałabym odzyskać swoją własność! – rzekła pewnym tonem, domagając się niewielkiego wyrobu jubilerskiego. – Chociaż nie ukrywam, jestem ciekawa, dlaczego po prostu nie sprzedał pan tego drobiazgu. Przecież dostałby pan za niego znacznie więcej, niż ja jestem w stanie zapłacić.

– I by mnie kto aresztował za kradzież? Mowy nie ma! W życiu bym nie wytłumaczył, skąd u mnie diamenty jakiejś damulki – stwierdził, podając jej małe zawiniątko.

Przejęła je delikatnie, jednocześnie oddając sakiewkę, która szybko została przez niego ukryta za pazuchą. Nie zwróciła na to jednak uwagi, wpatrując się w dzieło sztuki mieniące się w delikatnym świetle nocy. Nie było wątpliwości, że ten kolczyk należał do niej, a wcześniej do jej matki i babci. Nie mogła też zaprzeczyć, że ostatnio miała go na sobie w czasie niewielkiego przyjęcia zorganizowanego przez sir Aldriana Cecila. Z całą pewnością inteligentny szantażysta mógł wykorzystać ten drobiazg, aby zrujnować jej reputację. Na szczęście dla niej stojący przed nią mężczyzna nie należał do zbyt rozumnych. Zresztą teraz było już za późno, skoro przyjął swoją zapłatę. W ten sposób zrezygnował z planu mogącego przynieść jej jedynie szkody, nie dając mu przy tym żadnych korzyści.

Skinęła głową, zamierzając wskoczyć na konia, gdy nieznajomy odezwał się ponownie, siląc się na dowcip:

– Miło z paniusią robić interesy.

Wyszczerzył się przy tym w uśmiechu, ukazując znaczne braki w uzębieniu.

– Być może, ale nie sądzę, by ta sytuacja miała szansę kiedykolwiek się powtórzyć – mruknęła oburzona jego bezczelnością.

Nieznajomy nie zadał sobie trudu, by wysłuchać, co miała do powiedzenia. Zniknął równie niepostrzeżenie, jak wcześniej się pojawił, i tylko ruch kilku gałązek krzewu wskazywał na to, że ktoś przed sekundą tamtędy przeszedł.

Aleksandra zwinnie wskoczyła na czekającego na nią wierzchowca, po czym ruszyła galopem. Mimo że odzyskała już kolczyk, nadal groziło jej ogromne niebezpieczeństwo. Musiała niezauważona dotrzeć nie tylko w okolice domu, ale też wślizgnąć się do środka tak, by nikt nie zorientował się, że przebywała poza miejską posiadłością stryja w środku nocy. I to w dodatku bez przyzwoitki!

Właśnie przekraczała boczną bramę wiodącą na jedną z głównych ulic, gdy nagle z pobliskiego zaułka wyjechał czarny powóz, całkowicie tarasując jej drogę przejazdu. Chciała go jakoś wyminąć, ale woźnica najwyraźniej albo jej nie zauważył, albo po prostu nie obchodziło go, że wstrzymał chwilowo ruch, którego pewnie nie spodziewał się o tak późnej porze. Emocje, trzymane do tej pory na wodzy, pod wpływem stresu dosłownie eksplodowały, wywołując u niej niewielki atak paniki. Nie zastanawiając się nad potencjalnymi konsekwencjami, wyciągnęła skrywany dotąd za połami płaszcza pistolet i bez chwili wahania wycelowała go w stronę stangreta.

Widok broni wywołał falę bolesnych wspomnień, ale zmusiła się, by je zignorować. Zdawała sobie sprawę, że jeden nieopatrzny ruch dzielił ją od tego, by popaść w jeszcze większe kłopoty niż te, w których znajdowała się aktualnie. Wzięła głęboki wdech, po czym przemówiła cichym, aczkolwiek zdecydowanym tonem:

– Daj mi przejechać! – zażądała, zmieniając głos na tyle, by brzmiał bardziej męsko, jednocześnie lekko poruszając pistoletem ściskanym w dłoni.

Gdy tylko zwerbalizowała ten nakaz, zrozumiała, dlaczego powóz w ogóle zatrzymał się w takim niespodziewanym miejscu. Drzwiczki prowadzące do wnętrza uchyliły się nieco, by pozwolić ciemnowłosemu gentlemanowi wyjść na oświetloną lampami gazowymi ulicę. Mężczyzna zamarł teraz w połowie drogi, spoglądając z zaskoczeniem na swojego służącego.

– James, co się, do diaska, dzieje? Stąd widzę, że zbielałeś niczym świeżo wykrochmalone płótno. Przecież obiecałem, że to zajmie tylko chwilę…

Nie doczekawszy się odpowiedzi, rozejrzał się wkoło, stając jednocześnie na bruku i dopiero wtedy dostrzegł niedużą postać na koniu, celującą do jego człowieka z broni palnej. Nerwowo ruszył w kierunku zagrożenia, nie myśląc o potencjalnych skutkach takiego postępowania.

Musiała zareagować szybko, mając na uwadze nie tylko swoje bezpieczeństwo, ale przede wszystkim chęć zachowania anonimowości.

– Nie chcę nikogo skrzywdzić – zapewniła „męskim”, nieco śmiesznym w brzmieniu głosem. – Proszę po prostu dać mi przejechać – dodała na pozór spokojnie, jednocześnie próbując uciszyć burzę emocji targającą jej duszą.

Każda mijająca sekunda zdawała się trwać wieczność. W końcu stangret, zdając sobie sprawę zarówno z powagi sytuacji, jak i możliwości bezproblemowego jej rozwiązania, nie czekając na polecenie swojego pana, dał znak koniom, aby ruszyły. Wydawało się, że za chwilę będzie po wszystkim, gdy pasażer powozu zdecydował się na szaleńczy wprost gest. Skoczył w kierunku jeźdźca z pistoletem, zrywając przy tym z jego głowy nadgryziony zębem czasu kaszkiet. Chciał prawdopodobnie poznać oblicze napastnika, ale oniemiał, zobaczywszy długie, kasztanowe włosy, które rozsypały się nagle na ramiona postaci siedzącej na koniu, błyszcząc złotymi refleksami w świetle ulicznych lamp.

– Jesteś kobietą? – wykrzyknął zupełnie zaskoczony, nie zważając na to, że okazał emocje. – Z jakiego powodu napadasz na nas? Czy to jakaś nowa, nieznana mi forma…

Aleksandra nie miała zamiaru wdawać się z nim w dyskusje. Wykorzystując fakt, iż powóz przetoczył się po bruku o jakieś dwa metry, dając jej klaczy możliwość swobodnego przejazdu, ruszyła do przodu. Strach dodał jej nie tylko odwagi, ale też pewności siebie. Zmusiła konia do maksimum wysiłku i już po chwili pędziła nieco na oślep w kierunku rodzinnej posiadłości Bannisterów, próbując nie myśleć o tajemniczym arystokracie, którego nigdy wcześniej nie widziała.

***

Zdjęła buty, po czym w samych pończochach, na paluszkach, szybko podążyła w kierunku swojego pokoju. Rozglądając się w ciemnym korytarzu, cały czas recytowała w myślach słowa modlitwy w intencji tego, by nikt przez przypadek jej nie przyłapał. Nawet z pozoru niewinne spotkanie ze zbyt rozgadaną służącą mogło ją wiele kosztować. Wsłuchując się w coraz głośniejszy rytm poddenerwowanego serca, podeszła do drzwi zajmowanej przez siebie sypialni i delikatnie je otworzyła, zwracając uwagę, aby żaden z zawiasów nie wydał charakterystycznego skrzypnięcia.

Wnętrze skąpane było w wątłym blasku świecy, którą zapaliła jeszcze przed wyjściem. Teraz pozostał z niej jedynie ogarek, który za kilka minut miał się dopalić. Musiała się pośpieszyć i szybko wskoczyć do łóżka, wykorzystując przy tym owo wątpliwe, ale dyskretne źródło światła.

Zanim jednak zrzuciła z siebie męskie ubranie, stanęła przed lustrem i przyjrzała się bardzo starannie swojemu odbiciu. Co prawda lampy gazowe zamontowane przy głównych ulicach miasta świeciły mocniej, ale nie czyniły otoczenia tak jasnym, jak za dnia. Zastanawiała się, czy ów gentleman ma szansę ją później rozpoznać? Miała nadzieję, że nie. Jednak jeżeli się myliła, to owo zdarzenie mogło stać się początkiem jej końca. Końca, którego za wszelką cenę próbowała uniknąć, decydując się na spotkanie z szantażystą.

Ściągając płaszcz i rozpinając guziki koszuli, rozmyślała nad wydarzeniami tego wieczora. Sądziła, że zaplanowała wszystko bardzo szczegółowo, wykluczając w ten sposób jakiekolwiek ryzyko wpadki. W ostatniej chwili, kiedy stryj był już gotowy do wyjścia, zaczęła symulować silny ból głowy, zmuszający ją do pozostania w domu. Tu nieświadomie z pomocą pośpieszyła jej kuzynka Liz, pełniąca funkcję przyzwoitki, ponieważ szybciutko skryła się w swoim pokoju, korzystając z wolnego wieczoru. Natomiast jej prawny opiekun Edward został zmuszony, by samotnie udać się na przyjęcie u rodziny Brethertonów.

I nikt nigdy nie dowiedziałby się o tej skrupulatnie uknutej intrydze, gdyby nie mężczyzna, którego obecności w swoim planie po prostu nie uwzględniła. Cóż, żywiła tylko nadzieję, że nie należał on do jej sfery, skoro jego oblicze nawet w niewielkim stopniu nie wydało jej się znajome. Potencjalnie mógł być przecież nowobogackim przedstawicielem klasy średniej, jedynie aspirującym do wkroczenia w kręgi arystokracji.

Zanurzona w świecie myśli powoli pozbywała się swojego przebrania. Odwijała właśnie ostatnie pasma lnianej tkaniny maskujące jej kobiece kształty, gdy świeca zamigotała nagle, oznajmiając, że za moment całkowicie zgaśnie. Aleksandra westchnęła ciężko, czując, jak towarzyszący jej przez ostatnie dwie godziny stres nagle zaczyna ustępować. Chwyciła swoją nocną szatę i już miała ją założyć, gdy w pokoju zapanowała kompletna ciemność. Paradoksalnie była ona zbliżona do stanu jej umysłu. Ubierając się pośród mroków sypialni, zaczęła bowiem snuć czarne scenariusze tego, kim mógł być ów nieznajomy.

Wślizgując się do łóżka, które dawno już zdążyło ostygnąć po tym, jak pokojówka, używając szkandeli, zagrzała je dla niej wieczorem, usłyszała ruch na ulicy. Rżenie koni oraz stukot kół oznajmiły przyjazd rodzinnego powozu Bannisterów, którym zazwyczaj podróżował stryj Edward. Oznaczało to, że dopiero teraz wracał do domu. Na szczęście dla niej stało się to długo po jej przybyciu, co można było uznać za bardzo fortunny zbieg okoliczności. Jej mała wyprawa miała więc szansę pozostać słodką tajemnicą, na ujawnieniu której jej nie zależało. Co do gentlemana, któremu poświęciła kilka ostatnich myśli, wątpliwe wydawało się, czy faktycznie miał on powody, by przejmować się jakąś „pannicą” przemierzającą samotnie londyńskie ulice o północy. Z pewnością nie! Przecież jego myśli musiały zajmować dużo ważniejsze kwestie.

***

Wewnętrzna obawa przed zdemaskowaniem dręczyła ją, po części zmuszając do pozostania w łóżku. Ciepła pościel i przytulne, znajome wnętrze sypialni oferowały złudne poczucie bezpieczeństwa, tłamsząc jednocześnie drzemiący w niej strach. Dopiero głód, którego nie złagodziła niewielka przekąska przyniesiona przez pokojówkę, zmusił ją do opuszczenia spokojnej – przynajmniej z pozoru – kryjówki.

W jadalni, przy rodzinnym stole, zastałego stryja Edwarda, który po śmierci swego starszego brata, a jej ojca, odziedziczył szlachecki tytuł oraz przejął nad nią opiekę. Na szczęście był człowiekiem niezwykle wyrozumiałym oraz ceniącym sobie swobodę wyborów. Nie tylko nie zmuszał jej do zamążpójścia, ale też pogłębiał w niej chęci zdobycia wiedzy praktycznej na temat finansów. Dzięki temu poznała nie tylko tajniki sprawnego zarządzania posiadanym majątkiem, ale też inwestowania zarobionych pieniędzy w ciekawe przedsięwzięcia, dające w perspektywie szanse na jeszcze większe zyski.

Podeszła bliżej, spoglądając na niego z czułością zarezerwowaną jedynie dla najbliższych członków rodziny, i zamarła. Mężczyzna, tak bardzo przypominający jej ukochanego ojca, dziś wyglądał na szczerze zaniepokojonego, co poważnie ją zmartwiło.

– Dzień dobry, moje dziecko – rzekł, gdy tylko dostrzegł jej pojawienie się. – Mam nadzieję, że czujesz się już nieco lepiej. Zasmucił mnie twój wczorajszy niespodziewany ból głowy. Może powinienem wezwać medyka? – zastanawiał się głośno. – Zwłaszcza że Liz przekazała mi przez służbę, iż sama zaniemogła i przez kilka dni nie będzie w stanie asystować ci podczas towarzyskich powinności.

Jego ostatnie słowa wprawiły ją w kompletne zaskoczenie. Kuzynka była jej przyzwoitką od jakichś trzech lat i do tej pory nigdy, ale to nigdy nie zachorowała na tyle poważnie, by nie móc pełnić swoich obowiązków.

– Witaj, stryju! – Dygnęła szybko, zanim zajęła swoje miejsce przy stole. – Czuję się już całkiem dobrze, ale może warto by było wezwać lekarza, który przebadałby naszą drogą Liz? Jej nagła niedyspozycja musi być poważna, skoro nie ma jej tutaj z nami.

Mężczyzna pokiwał głową na znak zgody, po czym przez kilka chwil milczał, zastanawiając się nad całą sytuacją. Nie ociągając się zbyt długo, wydał odpowiednie dyspozycje kamerdynerowi czekającemu przy drzwiach na wezwanie swego pracodawcy.

– Bal u lady Elizabeth zapowiada się interesująco – stwierdziła szybko, chcąc przerwać ciszę panującą od dłuższej chwili w jadalni.

Chociaż z reguły brak konwersacji nie przyprawiał jej o ataki paniki, zwłaszcza w towarzystwie najbliższego krewnego, to jednak tego dnia nie mogła znieść milczenia. Pragnęła wypełnić pomieszczenie dźwiękami, które mogły zagłuszyć jej własne myśli naznaczone strachem.

Sięgający po chrupiącą bułeczkę stryj zamarł w połowie gestu i w zdziwieniu uniósł jedną z przyprószonych pierwszą siwizną brwi. Głęboka bruzda naznaczająca jego czoło jedynie w momentach największej zadumy bądź zdziwienia pojawiła się nagle, podkreślając bezgłośnie to, jak bardzo zaskoczyły go jej słowa.

– Jesteś pewna, że dobrze się czujesz? – zaniepokoił się, a troska w jego głosie zdawała się autentyczna. – Przecież oboje wiemy, że idziesz na to przyjęcie jedynie z obowiązku. Ta kobieta jest tak beznadziejnie zakochana w sobie oraz w swoim wątpliwej jakości guście, że rokrocznie jej bal staje się nieoficjalną katastrofą sezonu – stwierdził dość brutalnie, nie kryjąc się ze swoją szczerością w ocenie czekającego ich spotkania towarzyskiego.

Aleksandra zachichotała z początku cicho, ale na widok radosnego oblicza stryja w końcu wybuchnęła głośnym śmiechem. Kamerdyner próbował zachować neutralny wyraz twarzy, jednak i on po chwili wykrzywił lekko usta, nie mogąc stawić oporu porywowi radości, który nagle wypełnił pomieszczenie miejskiej posiadłości Bannisterów.

– Wiesz, z mojego uczestnictwa w tym przedstawieniu, bo to chyba będzie właściwe określenie dla owego wydarzenia, wyniknie jedna dobra rzecz. Opowiem ci o wszystkim, zanim plotki zdążą na dobre opanować wyobraźnię nowinkarzy. Dzięki temu zyskasz szansę zapoznania się jedynie z potwierdzonymi empirycznie faktami – stwierdziła po chwili Aleksandra, próbując odzyskać normalny oddech, chociaż w kącikach jej oczu nadal kręciły się delikatne łzy wywołane nagłym wybuchem wesołości.

– O ile uda nam się znaleźć przyzwoitkę, która będzie mogła ci towarzyszyć na tym przyjęciu – zastrzegł szybko Edward, nagle przejmując się konwenansami i próbując wejść w przypisaną mu przez wyższe sfery i prawo rolę opiekuna panny na wydaniu.

Niemal jęknęła, słysząc te słowa. Nie przejawiała ochoty, by spędzić ten i tak pełen wyzwań wieczór w towarzystwie jakiejś smętnej, zawiedzionej życiem damy do towarzystwa. Dość miała własnych problemów oraz obaw, by zawracać sobie głowę kimś, kto nadgorliwie będzie wykonywał powierzone mu tymczasowo obowiązki. Myśląc o tym, wygięła usta w przysłowiową podkówkę, pozwalając przygnębiającym wizjom po raz kolejny zagościć w myślach. W świetle ostatniej wymiany zdań jej niedawny atak śmiechu wydawał się już jedynie przebrzmiałym echem przeszłości.

– Może wyślę umyślnego z wiadomością, a raczej z prośbą o przysługę, do lady Mirandy? – Mężczyzna rozważał różne możliwości, chcąc poprawić humor bratanicy. – Przecież przyjaźnisz się z Victorią, a znając życie, rodzice tej młodej damy nie przepuszczą takiej okazji do zaprezentowania córki na salonach.

Ta opcja zdecydowanie jej odpowiadała! Nie dość, że w razie spotkania z tajemniczym gentlemanem zyskiwała szansę skrycia się z nią w pokojach przygotowanych dla dam, to mogła również liczyć na dawną powiernicę tajemnic swojej matki, będącą jednocześnie rodzicielką panny Thorton.

– To rozwiązanie wydaje się najrozsądniejsze – przytaknęła szybko, licząc na to, że plan stryja dojdzie do skutku. – I tak przecież większość czasu spędzam właśnie w ich towarzystwie.

Edward spojrzał na bratanicę swoimi błękitnymi oczyma, tak bardzo podobnymi do tych, jakie pamiętała u ojca. Z kolejnymi mijającymi latami dostrzegała coraz więcej szczegółów czyniących go niemal doskonałą kopią jego tragicznie zmarłego brata. Chociaż nie do końca pogodziła się ze stratą najbliższej rodziny, to z pewnością była wdzięczna losowi, że pozostawił jej stryja, który tak bardzo o nią dbał. Gdyby nie on, jej sytuacja byłaby dużo cięższa, mimo że dzięki hojnym zapisom sporządzonym zarówno przez ojca, jak i posiadającą własny majątek matkę, z całą pewnością nie była beznadziejna. Dzięki temu po ich śmierci Aleksandra nie musiała za wszelką cenę szukać ratunku przed biedą, wchodząc pośpiesznie w być może nieudany związek małżeński, i mogła cieszyć się swobodą oraz możliwością wyboru kandydata do swojej ręki.

– Zaraz po śniadaniu napiszę liścik i każę dostarczyć do rąk lady Mirandy. A teraz powiedz mi, co ostatnio skupia twoją uwagę i mam tu na myśli oczywiście interesy. – Całkowicie zmienił temat, przechodząc do naprawdę frapujących go kwestii. – Ostatnie sugerowane przez ciebie inwestycje wydatnie powiększyły rodzinny majątek, a podejrzewam, że i twoje osobiste finanse również na nich znacznie skorzystały.

Aleksandra odetchnęła niemal z ulgą. Słysząc te słowa, momentalnie zapomniała o targających nią obawach, mogąc skoncentrować się na tym, co faktycznie ją pasjonowało. Interesy, lokowanie kapitału w nowe przedsięwzięcia czy technologie oraz pomnażanie odziedziczonego majątku były jej nałogiem, któremu z niemałymi sukcesami poświęcała długie godziny. Zdecydowanie miała znacznie więcej szczęścia i możliwości niż większość kobiet z jej sfery.

To właśnie dzięki temu była spokojna o swoją przyszłość. Zabezpieczona pod względem finansowym, mogła jedynie obawiać się ewentualnego skandalu wykluczającego ją z życia wyższych sfer. I ta myśl sprawiła, że ponownie zaczęła rozmyślać o nieznajomym spotkanym w nocy przy bramie parku.

***

Aleksandra, jadąc zakrytym powozem w kierunku miejskiej posiadłości lady Elizabeth, uśmiechała się zarówno do swojej przyjaciółki, jak i do własnych myśli. Postanowiła skupić się na pozytywach, a tych było zdecydowanie wiele. Nadchodzący wieczór, nawet jeśli odbywał się w niezwykłej oprawie charakterystycznej dla ekscentrycznej damy, miał duży potencjał stać się idealnym wydarzeniem towarzyskim, przynajmniej dla niej. Będąc pod opieką lady Mirandy, zyskiwała pewność, że nie tylko spędzi czas z Victorią, ale też otrzyma szansę na dłuższą rozmowę z Aldrianem, któremu starsza dama wyjątkowo sprzyjała, przymykając oko na wszelkie uchybienia. Raz nawet w czasie popołudniowych ploteczek wyraziła przekonanie, iż Aleksandra powinna zostać żoną statecznego przyszłego hrabiego Hughestona i robiła wszystko, na co pozwalała jej etykieta, by pchnąć tych dwoje ku sobie. Niestety, ku jej rozpaczy, jak na razie bez większego powodzenia.

Po kolejnych kilkunastu minutach dojechały wreszcie na miejsce, a lokaj otworzył drzwiczki, pomagając damom w opuszczeniu powozu. Młoda kobieta wstrzymała lekko oddech, po czym dumnym krokiem ruszyła w kierunku wejścia, wierząc, że w jej życiu wydarzy się coś dobrego. Zdawała sobie sprawę, że jest obiektem kilku plotek – a raczej domniemywań związanych z zalotnikami, których notorycznie odrzucała z pomocą stryja Edwarda – ale nie zamierzała ich dementować.

Krocząc między zgromadzonymi ludźmi, dygała uprzejmie bądź witała się skinieniem głowy, zależnie od płci i pozycji, jaką zajmowali w owej uprzywilejowanej grupie społecznej. Nie lubiła tego blichtru i pychy, ale niestety musiała się do nich dostosować, mając świadomość, że przez wielu – a zwłaszcza przez łowców posagów – postrzegana jest jako zwierzyna, na którą trzeba zapolować. Na każdym kroku czuła, że członkowie śmietanki towarzyskiej zdawali się pilnie jej przyglądać. Nie było w tym nic dziwnego, była bogatą dziedziczką, która ich zdaniem pozostawała zbyt długo wolna, ocierając się już o niebezpieczny stan staropanieństwa.

Suknia w odcieniu szmaragdowej zieleni mignęła w tłumie, budząc jednocześnie zachwyt oraz zdumienie i przyciągając spojrzenia większości przybyłych gości. Zdaniem wielu ten odcień był zbyt odważny dla panny na wydaniu i wywoływał szum komentarzy. Ku rozpaczy Aleksandry poświęcana jej uwaga spychała na drugi plan jej towarzyszkę – błękitnooką blondynkę, którą rodzice mieli nadzieję wydać za mąż jeszcze w tym sezonie. Victorii jednak taki stan rzeczy zdawał się pasować. Nigdy nie narzekała, z radością kryjąc się w cieniu przyjaciółki. Niestety jej rodzicielka miała zupełnie inne zdanie w tej kwestii, dlatego też teraz po prostu popchnęła swoją córkę nieco do przodu, chcąc, by jej przybycie również zostało zauważone.

Po oficjalnym przywitaniu się z gospodarzami przyjęcia wszystkie trzy kobiety ruszyły w poszukiwaniu dogodnego dla siebie miejsca. Zanim jednak zdołały takie odnaleźć, panna Bannister nagle straciła dobry nastrój, który jeszcze chwilę wcześniej odbijał się w jej soczyście zielonych oczach. A wszystko to za sprawą mężczyzny, którego dostrzegła w tłumie gości. Co prawda nigdy nie była mu oficjalnie przedstawiona, ale doskonale znała jego profil z nocnego, dosyć niefortunnego spotkania w parku. Wpatrując się w ciemne, doskonale ułożone włosy, opadające nieco zbyt długimi kosmykami na nieskazitelnie biały kołnierzyk koszuli, poczuła, że serce dosłownie zamiera jej w piersi. W tym momencie nieznajomy jakby wyczuł szóstym zmysłem, że ktoś mu się przygląda, bo spojrzał w jej kierunku i uśmiechnął się lekko, obdarzając ją zaciekawionym spojrzeniem swoich ciemnobrązowych, niemal czarnych tęczówek.

– Och, on tu jest – szepnęła konspiracyjnym tonem lady Miranda, nie kryjąc zachwytu. – Słyszałam, że jakiś czas temu wrócił do kraju, ale jak dotąd nigdzie nie pojawił się oficjalnie.

Aleksandra odwróciła się w stronę powiernicy swojej zmarłej rodzicielki, nie bardzo wiedząc, o kim może mówić z taką ekscytacją kobieta z reguły stateczna i nieulegająca nagłym porywom uczuć.

– O kim pani mówi, lady? – zapytała, ale nie dane było jej dokończyć, ponieważ szybko pojęła, kto zwrócił uwagę matki Victorii.

Znaczna większość dam posiadających córki w wieku odpowiednim do zamążpójścia z nieskrywanym uwielbieniem wpatrywała się w przystojnego nieznajomego, który zdawał się nie zwracać uwagi na zamieszanie, jakie wywoływał samą swoją obecnością. Ciemne, przydługie włosy dodawały jego wizerunkowi nie tyle tajemniczości, ile po prostu ostrości, podkreślając, że jest mężczyzną pewnym siebie, za nic mającym obowiązujące konwenanse. Mocno zarysowana szczęka doskonale dopełniała obrazu jego oblicza, podkreślając, że z pewnością posiada silny, nieokiełznany charakter pozwalający mu stawić czoła każdemu, nawet największemu niebezpieczeństwu.

Aleksandra najlepiej o tym wiedziała. W końcu bez odrobiny strachu ruszył w jej kierunku, gotowy interweniować, mimo że dzierżyła w dłoni pistolet zagrażający jego życiu.

– Książę Nathaniel Darnley. Od kilku lat przebywał w Indiach, a może w którejś z innych naszych kolonii, sama nie wiem. Doprawdy trudno nadążyć za tym dzielnym człowiekiem, który poświęcił swoje młode życie służbie królowi. Dosłownie przed kilkoma miesiącami niespodziewanie odziedziczył tytuł po swoim bezdzietnie zmarłym stryju, z żołnierza przeistaczając się w pełnokrwistego arystokratę.

Lady Miranda okazała się prawdziwą skarbnicą wiedzy na temat intrygującego nieznajomego. Jakkolwiek Aleksandra była zaciekawiona każdym szczegółem dotyczącym przystojnego mężczyzny, przeraziła się, słysząc o jego wysokiej pozycji społecznej. Oczami wyobraźni widziała, jak wezwani przez szlachcica konstable aresztują ją, po czym osadzają w więzieniu za groźbę, jaką nieświadomie wystosowała względem księcia.

Wstrząśnięta taką wizją poprawiła fałdy swojej sukni, próbując w ten sposób zamaskować zdenerwowanie. Czując, iż jeden z niesfornych kasztanowych loków wysunął się z misternie upiętego przez jej pokojówkę koka, wypowiedziała cichutko kilka słów zupełnie nieprzystających do słownika damy, którą przecież niewątpliwie była. Nie odrywając oczu od mężczyzny, uniosła dłoń do twarzy, by odsunąć łaskoczące ją w policzek pasmo włosów, gdy ich spojrzenia po raz kolejny się spotkały.

Miała świadomość, że nie powinna wpatrywać się w niego tak intensywnie. Niestety, z jakiegoś powody nie umiała oderwać od niego wzroku. Hipnotyzował ją, skupiając na sobie uwagę nie tylko jej, ale też innych zebranych w sali balowej gości.

Wytrzymała ten kontakt wzrokowy nie odwracając oczu, jak powinna to uczynić każda skromna panna szukająca męża. Jednak to właśnie dzięki tej śmiałości odnotowała moment, w którym nieznajomy ją rozpoznał.

Zmiana, jaka zaszła w wyrazie nie tylko jego tęczówek, ale też samej twarzy, była oczywista i zdecydowanie nie wróżyła Aleksandrze niczego dobrego. Dostrzegła lekki grymas, jaki pojawił się na jego wargach, które po sekundzie wygięły się w nieco cynicznym, a może raczej sarkastycznym uśmiechu.

„O Boże! On wie!” – Aleksandra uświadomiła sobie tę brutalną prawdę bardzo szybko, jednocześnie czując narastającą w sercu panikę. Przez jeden krótki moment nie wiedziała, co zrobić, cały czas czując na sobie palące spojrzenie ciemnobrązowych oczu. Zmieszana zarówno swoim, jak i jego zachowaniem odwróciła się w kierunku lady Mirandy, zadając jej jakieś błahe pytanie.

– Och, moje drogie dziecko – skarciła ją żartobliwie matrona. – To teraz nie ma najmniejszego znaczenia. Musimy poszukać ojca Victorii albo innego gentlemana, który mógłby dokonać oficjalnej prezentacji – szepnęła podekscytowana, nie zwracając większej uwagi na to, z jakim zagadnieniem zwróciła się do niej młoda kobieta pozostająca pod jej opieką. – Jeśli którejś z was uda się zwrócić uwagę księcia na tyle, by poprowadził ją na parkiet, uznam to za sukces wieczoru! – stwierdziła, zerkając to na swoją córkę, to na dorosłą latorośl swojej zmarłej przyjaciółki.

– Ale… – Victoria, widząc niepewną minę Aleksandry, chciała zaprotestować, jednak została szybko uciszona.

– Nie ma żadnego „ale”, moje dziecko. Bywamy na przyjęciach takich jak to w jednym tylko celu: musimy znaleźć wam odpowiednich mężów, a kto może być lepszą partią niż przystojny, bajecznie bogaty i wciąż młody książę? – spytała, wyliczając wszystkie tak naprawdę liczące się cechy potencjalnego kandydata na zięcia.

Młode kobiety zdawały sobie z tego sprawę i wiedziały, że dyskutowanie po prostu mijało się z celem. Lady Miranda przeobraziła się w lwicę salonową, która upatrzyła sobie ofiarę i biada temu, kto chciałby jej stanąć na drodze do realizacji planu mającego na celu zwycięstwo.

Niestety, ku ogromnemu rozczarowaniu lady Thorton nigdzie nie mogła dostrzec męża ani żadnego z męskich członków rodziny, którzy mogliby dokonać prezentacji. Stała więc zrozpaczona, oglądając się wkoło i tupiąc przy tym nerwowo stopą odzianą w atłasowy pantofelek.

Przeznaczenie, tym razem ucieleśnione w osobie samego księcia, postanowiło jednak przyjść jej z pomocą. Oto niespodziewany dziedzic tytułu, o którym rozmawiali już chyba wszyscy obecni na balu, zupełnie nieoczekiwanie pojawił się wraz z gospodarzem wieczoru tuż obok trzech szepczących ze sobą dam.

Aleksandra ze strachu na moment zapomniała o tym, iż powinna oddychać, Victoria skuliła się w sobie, znajdując schronienie za plecami przyjaciółki, natomiast towarzysząca im matrona w jednej chwili rozpłynęła się w iście anielskim uśmiechu.

– Lady Mirando – rzekł na powitanie lord George. – Pozwoli pani, iż przedstawię księcia Nathaniela Darnleya, który dopiero co powrócił do ojczyzny z wieloletniej zamorskiej służby dla naszego kraju.

Kobieta, do której skierowano te słowa, dygnęła uprzejmie, nawet nieco zbyt głęboko jak na standardy wymagane przez etykietę, nie potrafiąc opanować ogarniającej jej euforii. Zazdrość widoczna w oczach większości dam mających córki na wydaniu stanowiła dla niej ukoronowanie nie tylko tej chwili, ale też całego dzisiejszego przyjęcia. Zdawała sobie sprawę, że dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu bądź też urodzie jednej z dziewcząt właśnie wysunęła się na prowadzenie w nieoficjalnym konkursie rozgrywanym rokrocznie między ambitnymi matkami.

Uprzejma rozmowa zajęła im dosłownie kilka chwil i nie odbiegała od ustalonego kanonu. W czasie krótkiej wymiany zdań dokonano prezentacji młodych dam, które zdawały się onieśmielone obecnością przystojnego oraz wysoko urodzonego gentlemana, obserwującego ich uważnie spod lekko przymrużonych powiek. Na koniec zaś mężczyzna ujął karnecik przywiązany do nadgarstka stremowanej Victorii i na jednym z ostatnich wolnych miejsc wpisał swoje imię, rezerwując w ten sposób taniec z błękitnooką niewiastą.

Matka młodej kobiety nie zdołała opanować ekscytacji i pisnęła radośnie, na szczęście jednak ten dźwięk przebrzmiał niezauważony w harmidrze sali balowej. Ku zaskoczeniu wszystkich książę obdarzył powłóczystym spojrzeniem drugą z młodych dam, po czym również w jej karneciku zarezerwował jeden z tańców. Zaraz potem skłonił się elegancko i oddalił w sobie tylko znanym kierunku.

Aleksandrze zdawało się, jakby nagle jej mózg zasnuł się mgłą, przez którą nie potrafiły przedrzeć się ani słowa opiekunki, ani też żadne inne dźwięki dochodzące z otoczenia. Czuła panikę po stokroć większą niż ta, która towarzyszyła jej kilkanaście godzin wcześniej, gdy przemykała wśród mroków nocy po opustoszałych londyńskich ulicach.

Była pewna, że książę nie tylko ją rozpoznał, ale też zamierzał wyciągnąć daleko idące konsekwencje. W ich wyniku straci ona nie tylko dobre imię, ale też zostanie skompromitowana na tyle, by musieć raz na zawsze opuścić towarzystwo. Przez swoją nierozważność podzieli los drogiej Cheryl, która będąc wykluczoną przez rodzinę, musiała uciekać do Francji.

Nie wiadomo, jak daleko zawędrowałyby jej myśli, gdyby pozwoliła im swobodnie płynąć. Na szczęście kilka chwil później u jej boku pojawił się sir Aldrian Cecil, aby poprowadzić ją na parkiet zgodnie z zaplanowanym harmonogramem tańców.

– Moja droga, pozwolę sobie zauważyć, że wyglądasz dziś wprost olśniewająco – zaczął lekko, próbując wywołać uśmiech na jej zachmurzonej twarzy. – I chyba nie ja jeden tak uważam, ponieważ zauważyłem, że nie tylko zwróciłaś uwagę naszego nowego księcia, ale też zostałaś mu oficjalnie zaprezentowana.

– Ach – mruknęła niezdecydowana, ile powinna ujawnić. – Boję się, że ów gentleman może nam, a raczej mnie, narobić niemało kłopotów. Wbrew pozorom nie było to nasze pierwsze spotkanie. Ostatniej nocy wpadliśmy na siebie tuż przy bramie wyjazdowej z parku – urwała, nie wiedząc, co powinna dodać. Jednego była pewna: nie zamierzała wspominać o broni. Ten fakt wyprowadziłby Aldriana z równowagi.

Pogodne oblicze mężczyzny nagle się zachmurzyło, a jego ciemnobłękitne oczy zmieniły odcień na niemal granatowy. Uśmiech zmienił się nieznacznie, ale tylko doskonale znający go obserwator byłby w stanie to odnotować. Ona należała do tego wąskiego grona wybrańców, dlatego też furia, która w jednej chwili go opanowała, była dla niej niemal namacalna.

– Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli – przyznał. – Czyżbyś sugerowała, że… – urwał w połowie, próbując zachować resztki spokoju. – Jest powiązany z tym bezwzględnym i chciwym szantażystą, którym nie pozwoliłaś mi się zająć?

– Nie, absolutnie nie – zaprzeczyła szybko, nie chcąc doprowadzić do eskalacji problemu, z jakim prawdopodobnie i tak przyjdzie jej się zmierzyć. – Przypadkowo weszłam z nim w konflikt. – Szybko streściła mu wydarzenia ostatniego wieczoru, nie pomijając przy tym żadnego szczegółu. Koniec końców wspomniała nawet o pistolecie należącym do jej zmarłego brata, którego zeszłej nocy użyła jako argumentu „nie do odparcia”.

Nie miała zresztą większego wyboru – tylko Aldrian mógł doradzić jej, jaki kierunek powinna obrać w rozmowie z księciem, aby ten zaniechał zemsty i wykluczenia jej z towarzystwa. Tak naprawdę nie zależało jej na tym całym targowisku próżności, chodziło jej raczej o stryja, który musiałby dźwigać brzemię posiadania zhańbionej bratanicy. Dodatkowo zdawała sobie sprawę, że kilka rzuconych „mimochodem” słów mogło skompromitować nie tylko ród Bannisterów, ale również dobre imię samego Aldriana.

– Wiesz, że szantażysta prawdopodobnie wykorzystałby rozgłos nadany całej sprawie? – uzmysłowił jej to, czego sama się obawiała. – Myślę, że nie możemy sobie pozwolić na spokojne oczekiwanie, kiedy i czy to niebezpieczeństwo faktycznie nam zagrozi. Powinniśmy ogłosić nasze zaręczyny, jednocześnie wytrącając temu bezimiennemu bandycie wszystkie argumenty z dłoni. Jeśli chcesz, wyślę jutro notatkę do redakcji porannej…

– Dobrze wiesz, że się na to nie zgodzę – przerwała mu w połowie zdania, obawiając się, że pod wpływem buzujących w niej emocji przyjmie jego propozycję. – Jesteś moim najdroższym przyjacielem i nigdy, przenigdy nie mogłabym wykorzystać cię w ten sposób. Zasługujesz na prawdziwą miłość i wierzę, że pewnego dnia ją znajdziesz.

Mężczyzna chciał coś odpowiedzieć, wygłosić kilka racjonalnych argumentów przemawiających na korzyść rozwiązania, jakie zaproponował, niestety nie zdążył. Ich wspólny czas na parkiecie dobiegł końca. Ostatnie takty melodii przebrzmiały i zgodnie z wymogami socjety musiał odprowadzić ją pod troskliwe skrzydła lady Mirandy. Za kilka chwil jego miejsce miał zająć kolejny gentleman, który zawczasu wyraził chęć zatańczenia w towarzystwie panny Bannister, oczywiście pod czujnym okiem przyzwoitek, matron, bezlitosnych plotkarzy oraz pozostałych przedstawicieli wyższych sfer.

Kobieta nie przywiązywała zbyt dużej uwagi do swoich kolejnych tanecznych partnerów, ponieważ jej myśli krążyły wokół osoby księcia. Gorączkowo zastanawiała się, co powinna i może wyjawić, jeśli mężczyzna poruszy temat ich pierwszego spotkania. Rozważała, w jakiej formie zaprezentować starannie wyselekcjonowane fakty i okoliczności łagodzące, które po prostu musiał wziąć pod uwagę. Pogrążona w świecie własnych myśli nie zauważyła nawet, jak szybko minęła kolejna godzina i nadszedł moment, w którym powinna zostać poprowadzona na parkiet przez Nathaniela Darnleya.

Rozejrzała się nerwowo po sali, ale – ku swej ogromnej radości – nigdzie go nie dostrzegła. Na jedną krótką chwilę w jej sercu zagościła nadzieja, iż zrezygnował z ich wspólnego tańca, a co ważniejsze – z rozmowy, która mogłaby być i z pewnością byłaby dla niej niewygodna. Niestety właśnie wtedy, gdy poczuła, że nagromadzony w jej duszy stres ustępuje, ujrzała go podążającego w jej kierunku.

Coś w jego wyglądzie sprawiało, iż ludzie rozstępowali się przed nim niczym wody Morza Czerwonego przed Mojżeszem. Oczywiście wpływ na to miała zarówno jego wysoka pozycja, władczy wygląd, jak i kumulująca się wokół niego aura tajemniczości. Dla niej był uosobieniem legendarnych antycznych wodzów odnoszących kolejne zwycięstwa. Zanim jednak zdążyła zdecydować, czy bardziej przypominał jej Leonidasa, czy też może raczej Aleksandra Wielkiego, mężczyzna stanął przed nią i kłaniając się lekko, poprowadził na parkiet, gdzie dołączyli do innych rozpoczynających taniec par.

– Jakże miłą odmianą jest widzieć panią w tak radosnym nastroju, bez broni skierowanej w moim kierunku – stwierdził lekkim tonem, mocno kontrastującym z powagą wypowiedzianych przez niego słów.

Dosłownie w ciągu sekundy cała krew odpłynęła z twarzy Aleksandry, czyniąc jej oblicze niemal trupio bladym. Szybko wzięła głęboki wdech, postanawiając grać na zwłokę. Przywołała na usta najbardziej czarujący uśmiech, na jaki było ją w tym momencie stać, po czym zamrugała lekko powiekami, jak na nieśmiałą niewiastę przystało.

– Nie mam pojęcia, o czym pan mówi, książę – rzekła po chwili, niepewnie zerkając w jego ciemne oczy. – Najprawdopodobniej wasza wysokość raczy sobie ze mnie żartować w jakiś nowy, niezrozumiały dla mnie sposób. Niestety nowinki z kontynentu nadal docierają do nas z pewnym opóźnieniem i nie jestem w stanie odpowiedzieć właściwie na ten rodzaj dowcipu.

Spojrzał na nią roześmianym wzrokiem, a w jego tęczówkach igrały złośliwe ogniki świadczące nie tylko o jego temperamencie, ale również ogromnej inteligencji. To ostatnie niestety zmartwiło ją nieco, ponieważ nie miała pojęcia, co powinna zrobić, jeśli otwarcie zażąda wyjaśnień dotyczących ich pierwszego, nieoficjalnego spotkania. Nie miała też pewności, co mężczyzna uczyni, usłyszawszy jej wersję wydarzeń. Czy opowie o wszystkim w towarzystwie? Zdecydowanie mógł to zrobić, nawet jeśli nic by na tym nie zyskał. Kilkoma słowami, rzuconymi nawet z czystej złośliwości lub dla zabawy, był w stanie wywołać ogromny skandal.

– Mój stangret nadal jest w szoku po tym, jak celowała pani do niego z pistoletu – rzucił tak lekko, jakby dyskutował o popołudniowej przejażdżce po parku lub nowej parze siwków, którą dopiero co nabył.

– Wasza wysokość, musiał mnie pan z kimś pomylić – szepnęła, mając nadzieję, że uda jej się zasiać w jego umyśle ziarno niepewności.

– Nigdy nie zapominam twarzy – zaoponował natychmiast twardym tonem, niewspółmiernym do uśmiechu nadal zdobiącego jego twarz. – Zwłaszcza twarzy kobiet, które w środku nocy ośmieliły się wymachiwać bronią na lewo i prawo w moim towarzystwie.

Przez jedną chwilę, ciągnącą się dosłownie w nieskończoność, zapanowała między nimi nieprzyjemna cisza zakłócana jedynie przez gwar zgromadzonego wokół tłumu.

– Czekam na racjonalne wytłumaczenie pani nocnej wizyty w parku – ponaglił ją, chcąc zrozumieć sytuację, której był świadkiem, a również pośrednio uczestnikiem.

Aleksandra uśmiechnęła się lekko, postanawiając odgrywać rolę głupiutkiej kobietki. W końcu, ku jej rozpaczy, pełno ich było w wyższych sferach. Z wprawą aktorki teatralnej zatrzepotała lekko rzęsami i wesołym tonem rzuciła:

– Wracałam z wieczornej przejażdżki, która przez moją nieuwagę nieco się przedłużyła. Pragnę wyrazić moje najgłębsze ubolewanie, jeśli moje niecodzienne zachowanie negatywnie wpłynęło na pana nastrój, wasza wysokość.

– Na przejażdżce? – powtórzył za nią nieco głośniej, niż powinien, co zwróciło uwagę osób znajdujących się w ich bezpośrednim sąsiedztwie. – Pani wybaczy, ale moja wielce szanowna matka nie urodziła wioskowego głupka, który zadowoli się byle wymówką! Czekam, aż wyjawi mi pani prawdę, samą prawdę i tylko prawdę!

Aleksandra westchnęła ciężko, rozumiejąc, że została pokonana, a książę dosłownie przyparł ją do muru. Jej inteligencja, spryt, ale też upór na nic się zdały w pojedynku z ciekawskim arystokratą. Nie miała wyboru – by ratować reputację, musiała mu zaufać, wyjawiając tajemnicę, a przynajmniej jakąś jej część.

– To bardzo osobista sprawa – zastrzegła natychmiast, zniżając swój głos praktycznie do szeptu. – Ujawnienie jej wywołałoby skandal, dlatego też wolałabym zachować milczenie w tym temacie i prosić pana o dyskrecję.

– Och, nie wątpię, że to coś, o czym nie ma pani ochoty rozmawiać. Niemniej wywleczenie na jaw takich nocnych eskapad może nauczyć panią, że późne spacery po parku nie są właściwą formą rozrywki dla młodej kobiety na wydaniu, zwłaszcza z pani pozycją! – rzekł dość ostrym tonem, mimo iż jego twarz zachowała neutralny wyraz z ledwo dostrzegalnymi oznakami lekkiego rozbawienia.

Przez jej głowę przewinęło się naraz tysiąc myśli. Miała dość pieniędzy, by zaszyć się na wsi, w swoim majątku, i spokojnie dożyć kresu dni, opiekując się tuzinem kotów. Chodziło jej raczej o Aldriana i jego rodzinę. Musieliby po raz kolejny zmagać się ze skandalem, gdy ten poprzedni nadal pozostawał żywy w pamięci większości towarzystwa.

– W grę wchodzi honor dwóch zacnych familii – wyjawiła w końcu, mając nadzieję, że to bardzo ogólnikowe wyznanie zadowoli księcia.

– Zaczyna się ciekawie – stwierdził z uśmiechem. – Proszę kontynuować, tylko szybko, ponieważ z żalem muszę stwierdzić, że niestety nasz taniec niedługo dobiegnie końca.

– Padłam ofiarą szantażysty i byłam zmuszona wykupić z jego rąk pewien kompromitujący mnie przedmiot. Kiedy poddenerwowana wracałam do domu, pański powóz, zapewne przez czysty przypadek, zatarasował mi drogę przejazdu, a ja spanikowana sięgnęłam po broń – wytłumaczyła całą sytuację, wyrażając się niezwykle rzeczowo. – Jeszcze raz przepraszam za swoje zachowanie i uprzejmie błagam o wybaczenie – dodała dużo bardziej skruszonym tonem.

– Cóż to za kompromitująca rzecz? – zapytał, spoglądając jej głęboko w oczy.

Świat nagle zatrzymał się w miejscu, chociaż pary wokół nich beztrosko wirowały w rytm muzyki, która z jakiegoś powodu nie docierała do uszu Aleksandry. Ciemne tęczówki księcia zahipnotyzowały ją, czyniąc zupełnie bezwolną. Miała ochotę zatracić się w nich na zawsze i jedynie siłą woli odwróciła od niego wzrok, powracając do realnego świata.

– Oczekuję wyjaśnień – ponaglił ją, a wyraz jego twarzy świadczył o tym, iż uczyni wszystko, by poznać prawdę.

– Niestety nie otrzyma ich pan. Oczywiście może pan zniszczyć moją reputację, wasza wysokość, ale nie sądzę, aby uczynienie tego miało przynieść panu jakiekolwiek zyski. Nawet w obliczu zetknięcia się z przedstawicielami prawa nie wyjawię nazwiska osoby zamieszanej w tę delikatnej natury sprawę – oświadczyła hardo, próbując przekonać nie tylko jego, ale i samą siebie, że ma odwagę postąpić w ten sposób.

– Myślę, że w obliczu rozgłosu, jaki nabrałaby ta sprawa, szantażysta sam ujawniłby, co i u kogo znalazł, zanim przekazał ową rzecz w pani dłonie – odparł książę, kierując się tym samym tokiem rozumowania, co wcześniej sir Aldrian.

– Błagam! – szepnęła, spoglądając na jego zachmurzone oblicze.

– Powrócimy jeszcze do tego tematu – zastrzegł. – Tymczasem dziękuję za wspólny taniec i chciałbym odprowadzić panią zgodnie ze zwyczajem do pani opiekunki.

Dopiero jego słowa uświadomiły jej, iż muzyka ucichła, a kolejne pary opuszczały parkiet, aby odetchnąć, zmienić partnerów i ponownie brylować wśród śmietanki brytyjskiej elity.

***

Victoria nerwowo tupała odzianą w atłasowy pantofelek stopą, powielając tym samym nerwowy tik swojej matki. Jednocześnie spoglądała na przyjaciółkę zbliżającą się do niej w asyście księcia. Nie rozumiała do końca, dlaczego ten niezwykły i tajemniczy gentleman zwrócił uwagę akurat na nie dwie, podczas gdy zignorował pozostałe młode damy spragnione jego atencji. Może przesadzała, ale czuła, że wiązało się to w jakiś sposób z osobą panny Bannister. Szczerze mówiąc, w aktualnej sytuacji nie miała nawet ochoty snuć domysłów, ponieważ jej głowę zaprzątały dużo poważniejsze kwestie. To, co przez przypadek usłyszała kilka chwil wcześniej, wyprowadziło ją z równowagi. Teraz jak najszybciej pragnęła udać się z Aleksandrą w ustronne miejsce, by porozmawiać o zbliżającej się nieuchronnie katastrofie.

– Mamo, czy przynieść ci lemoniadę? – spytała usłużnie swoją rodzicielkę, wiedząc, że taka propozycja da jej szansę zyskania kilku chwil sam na sam z przyjaciółką.

– Chętnie się napiję, moje dziecko. Dziękuję, że o mnie pomyślałaś. Weź ze sobą Aleksandrę, pewnie przyda jej się chwila oddechu po tańcu…

Victoria uśmiechnęła się, w duchu gratulując sobie przemyślanego i skutecznego zagrania. Zdawała sobie sprawę, że podążając ścieżką kłamstwa i oszustwa, zmierza w kierunku piekła, ale to, co ją czekało, mogło się okazać dużo gorsze od królestwa władanego przez Lucyfera.

Bez zastanowienia chwyciła pannę Bannister za dłoń i niemal siłą ciągnąc ją za sobą, ruszyła w kierunku przeciwnym do stanowiska serwującego gościom napoje. Próbując przemknąć wśród tłumu, zmierzała ku wyjściu na taras. Początkowo czuła opór, ale po chwili jej towarzyszka przyśpieszyła kroku, ułatwiając im chwilowe zniknięcie.

Rześkie wieczorne powietrze przyjemnie schłodziło ich ciała, pozwalając nieco odetchnąć od gorącej atmosfery panującej w sali balowej.

– Victorio, co się… – zaczęła zdezorientowana Aleksandra, ale zanim zdążyła zadać pytanie cisnące się jej na usta, usłyszała rozedrgany głos przyjaciółki:

– Jestem zgubiona! – szepnęła tak dramatycznym tonem, jakby nagle nad światem zawisło widmo apokalipsy zapowiadanej przez kaznodziejów wędrujących między kolejnymi wioskami.

– Ty? – spytała zaskoczona kobieta. Przecież dokładnie to samo mogłaby powiedzieć na temat sytuacji, w której sama się znalazła. – To raczej ja przeliczyłam się ze swoimi założeniami – mruknęła, przyznając się niejako do porażki.

– Mój los jest już przesądzony – wyszeptała z przejęciem przepiękna blondynka, zupełnie ignorując rozterki targające sercem przyjaciółki.

Nie wiedzieć czemu, Aleksandrze to ciężkie westchnienie na końcu zdania skojarzyło się tragedią odgrywaną na deskach teatru przez aktorkę. Przez krótką chwilę nawet chciała się nerwowo roześmiać, ale w ostatnim momencie się powstrzymała.

– Po prostu powiedz, co się stało – rzekła ostrym tonem, wiedząc, że inaczej nie dowie się, co wywołało takie rozgorączkowanie u jej towarzyszki. – Bo na razie, bazując na twoim wzburzeniu, jestem gotowa podejrzewać, że ktoś, idąc za przykładem Francuzów, chciał obalić monarchię!

Zaskoczona Victoria zamrugała nerwowo, próbując zrozumieć żart. W sekundzie jej policzki przybrały odcień intensywnej czerwieni, a drobne, ale kształtne usta ułożyły się w kształt litery „o”.

– Hrabia John Main! – wyszeptała nazwisko gentlemana z ich sfery. – On! On poprosił papę o moją rękę! – wyznała zrozpaczona, jąkając się przy tym lekko.

Aleksandra przez moment nie wiedziała, co powiedzieć. Przecież można było się spodziewać, że ktoś w końcu zdecyduje się na taki krok, szczególnie że jej przyjaciółka odznaczała się niezaprzeczalną urodą.

– I?

– Oni się zgodzą! Wiem to! – jęknęła Victoria, a desperacja słyszalna w jej głosie zdawała się przybierać na sile. – Znając naszą sytuację i chęć wydania mnie za członka bogatej rodziny z koneksjami, śmiem podejrzewać, że nie będą nawet zważać na plotki krążące na jego temat! Nie chcę zostać żoną potwora, który prawdopodobnie jeszcze w dniu ślubu porzuci mnie dla jakiejś tancerki z kabaretu – rzuciła, kończąc swoją płomienną mowę dramatycznym wyznaniem, po czym cichutko zakwiliła.

Śliczna i zazwyczaj promienna twarz panny Thorton wykrzywiona była w grymasie męki, zaś w wątłym świetle wieczoru jej złote włosy wyglądały niemal na białe, podkreślając tym samym jej bladość.

– Po pierwsze, nie powinnaś wiedzieć takich rzeczy – zrugała ją rzeczowo, wchodząc na chwilę w rolę przykładnej młodej damy. – Zresztą żadna z nas nie powinna posiadać takich informacji. Po drugie, może twój ojciec jednak nie zdecyduje się na akurat tego kandydata…

– Papa chce wzmocnić rodzinę poprzez koneksje z innym ważnym rodem. Hrabia Main jest bogaty, a tytuł, który odziedziczył, liczy sobie kilkaset lat… Słyszałam, jak tłumaczył mamie, że to najlepsze rozwiązanie.

Przez chwilę obie milczały, zastanawiając się nad jakimś rozsądnym wyjściem z tej niezwykle trudnej sytuacji. Niestety zasady panujące w społeczeństwie oraz ograniczona swoboda kobiet, zwłaszcza tych wysoko urodzonych, nie dawały im zbyt wielu możliwości.

Aleksandra wpadła na szalony i odrobinę niebezpieczny pomysł, który nagle wydał jej się jedynym rozsądnym rozwiązaniem.

– Sprawdzę informacje na temat kandydata do twojej ręki – oznajmiła tak spokojnym tonem, jakby planowała wyprawę do sklepu celem nabycia kilku metrów nowej wstążki. – Jeśli zaistnieje potrzeba, będę go nie tylko śledzić, ale też zakradnę się pod osłoną nocy do jego rezydencji. W ten sposób z pewnością uda mi się zdobyć kompromitujące go dowody, które postawią pod znakiem zapytania waszą wspólną przyszłość! Przecież rodzice nie skażą cię świadomie na życie u boku kobieciarza i hulaki, niezależnie od tego, jak starym tytułem dysponuje i ile posiada pieniędzy na koncie!

Czy wcielając ten scenariusz w życie, miała dużo do stracenia? Teoretycznie tak. Praktycznie? Była na tyle sprytna, by nie dać się złapać. A nawet jeśli… Cóż, i tak znajdowała się w niebezpieczeństwie za sprawą księcia Darnleya, który z jakiegoś powodu uparł się poznać jej tajemnice.

– Ależ Aleksandro! – zaoponowała przerażona tym planem Victoria. – Nie godzi się, abyś…

– Nie godzi się – powtórzył za jej przyjaciółką męski głos – aby przyzwoita dama zachowywała się niczym uliczny rzezimieszek, który za swoje przewinienia powinien zawisnąć na stryczku.

Niemal krzyknęły ze strachu, zdając sobie sprawę, że ich nad wyraz prywatna rozmowa została przez kogoś podsłuchana. Panna Bannister poznałaby ten ton nawet w piekle i prawdopodobnie tam właśnie miała się wybrać za sprawą jego właściciela. Zdecydowała się więc postawić wszystko na jedną kartę, świadomie stawiając mu czoła. Odwróciła się z gracją, po czym gromiąc go wzrokiem, spytała:

– A czy przystoi, by książę, kryjąc się w mroku, podglądał i podsłuchiwał dwie panny na wydaniu, zamiast ujawnić swoją obecność, jednocześnie dając im szansę znalezienia oparcia w czekających na nie w sali balowej przyzwoitkach? – odpowiedziała atakiem na atak.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko, a w jego oczach było widać zaskoczenie, ale też uznanie zarówno dla jej inteligencji, jak i umiejętności szybkiej reakcji.

– Pewnie nie – przyznał w końcu. – Ale włamanie do czyjegoś domu według standardów stróżów prawa może nieść za sobą daleko idące konsekwencje. Konstable nie wypuszczą pani na wolność tylko dlatego, że jest pani uroczą i zamożną kobietą, w której żyłach płynie błękitna krew.

– Nie mogę dopuścić, aby moja przyjaciółka… – zaoponowała natychmiast, nie chcąc wdawać się w dyskusję z mężczyzną, który najwidoczniej czerpał przyjemność z tej sytuacji.

– Owszem, kieruje się pani szlachetnymi pobudkami – wszedł jej w słowo, tym samym odzyskując prym w tej konwersacji. – Ale chęć ochrony młodej damy przed potworem – jak ona sama to określiła – nie będzie wystarczającym wytłumaczeniem takiego haniebnego czynu!

– W takim razie poniosę konsekwencje i zostanę osadzona w więzieniu! Ale zanim to się stanie, ocalę Victorię przed losem gorszym niż śmierć – stwierdziła hardo, patrząc mu prosto w oczy.

Nie potrafiła zrozumieć, jak stojący przed nią mężczyzna, w dodatku zupełnie dla niej obcy, śmiał traktować ją jak głupiutką kobietkę, umiejącą rozprawiać jedynie o przyjęciach i nowych trendach w modzie. Skoro stryj, jej prawny opiekun, potrafił przymknąć oczy na jej poczynania, to dlaczego interesowały one nieznajomego, z którym los połączył ją przez zupełny przypadek, dosłownie na chwilę?

– I zrujnuje pani dobre imię rodziny? – spytał, unosząc w wyrazie zaskoczenia jedną z brwi.

– Och, moja familia jest silniejsza, niż się panu zdaje, i przetrwa ten tydzień czy dwa niesławy – odparowała natychmiast, traktując tę rozmowę niczym pojedynek na słowa. – Zresztą, moi bliscy od maleńkości wpajali mi, że obrona słabszych jest moim obowiązkiem, a honor – najcenniejszą wartością. Z tego też powodu nie cofnę się przed niczym, by uratować przyjaciółkę.

Książę przez chwilę milczał, rozważając to, co właśnie z dumą mu oświadczyła. Była niepodobna do żadnej znanej mu damy, a przez to stała się dla niego jeszcze bardziej interesująca. Cenił sobie nie tylko niezależność, ale też stanowczość, jaką przejawiała.

– Jeśli faktycznie zamierza pani wcielić w życie ten szalony plan, to przynajmniej proszę mi pozwolić w nim uczestniczyć. – Na wpół poprosił, na wpół zażądał, zaskakując tym nie tylko obie kobiety, ale też samego siebie.

Aleksandra zamrugała nerwowo powiekami, jakby w ten sposób mogła sprawić, aby ów coraz bardziej irytujący ją mężczyzna zniknął raz na zawsze z jej życia. Niestety, pomimo tego zabiegu stał przed nią, przebiegle się przy tym uśmiechając.

– Doceniam pańską propozycję, wasza wysokość, ale nie chciałabym narażać dobrego imienia pańskiej rodziny, wciągając pana w wybryki godne jedynie rzezimieszka – stwierdziła opanowanym tonem, parafrazując jedną z jego wcześniejszych wypowiedzi. Dygnęła przy tym nieznacznie dla podkreślenia tytułu, którego użyła względem jego osoby. – Zresztą, nie potrzebuję dodatkowych kłopotów, poradzę sobie sama.

Victoria wydała z siebie krótki okrzyk, błędnie zakładając, iż do konfrontacji tej dwójki doszło jedynie za jej sprawą. Jednocześnie nie bardzo wiedziała, co począć, aby nie doprowadzić do sytuacji, w której dobre imię jej przyjaciółki faktycznie mogłoby ucierpieć.

Odpowiedź na jakże śmiałe słowa panny Bannister nadeszła niemal natychmiast, a był nią radosny i całkiem szczery śmiech mężczyzny, pod adresem którego była skierowana jej wypowiedź.

– Ja? Miałbym być problemem dla pani? – spytał z niedowierzaniem, nadal próbując zapanować nad niespodziewanym atakiem wesołości, jaki go opanował.

– Tak! – odparła hardo, zadzierając głowę, by móc spojrzeć mu prosto w oczy – Dokładnie tak sądzę!

W odpowiedzi pochylił się nieco, by móc przyjrzeć się bliżej coraz bardziej fascynującej go kobiecie.

– Jestem gotów założyć się o pani tygodniowe uposażenie, że pomimo nonszalanckiej postawy nie ma pani pojęcia o zakradaniu się do cudzych domów czy posługiwaniu się bronią, którą z taką przyjemnością wymachuje pani na lewo i prawo przy każdej nadarzającej się okazji.

Jego słowa, chociaż wyszeptane tak cicho, podchwyciła panna Thorton, nie mogąc jedynie zrozumieć sensu drugiej części jego wypowiedzi. Nie zważając jednak na to, postanowiła stanąć w obronie swojej najdroższej przyjaciółki.

– Aleksandra strzela lepiej niż niejeden mężczyzna – rzekła w nagłym przypływie odwagi, po czym natychmiast ucichła, zgromiona spojrzeniem Nathaniela, który dopiero teraz zwrócił na nią większą uwagę.

Niewiasta, o której umiejętnościach właśnie rozprawiano, stała w milczeniu, spoglądając nerwowo to na górującego nad nią księcia, to na Victorię. Jednocześnie zastanawiała się, skąd u tej nieśmiałej z reguły blondynki wzięło się tyle odwagi, by stanąć w szranki z groźnie wyglądającym arystokratą.

– Może powinnaś wspomnieć również o chorobach, które przechodziłam w dzieciństwie? – spytała przewrotnie, zniecierpliwiona tym, że na moment wykluczono ją z dyskusji, a także poirytowana faktem, iż towarzyszka zdradziła jej tajemnice nieznajomemu.

Panna Thorton spłonęła rumieńcem, po czym ledwie słyszalnym głosem rzuciła przeprosiny, cofając się nieznacznie w róg tarasu.

– Potrafi pani posługiwać się bronią?

To pytanie wybrzmiało w ciszy wieczoru niczym wystrzał z pistoletu, o którym była mowa. Wypowiadając każde z tych słów, mężczyzna wpatrywał się uporczywie w twarz panny Bannister. Chciał dostrzec na jej obliczu prawdę, którą być może próbowała zataić bądź podkolorować.

– Tak – skinęła głową, jak gdyby przyznawała, że haftuje z większą wprawą niż jej rówieśniczki, a nie rozprawiała o broni palnej. – Mój brat przed swoją tragiczną śmiercią doszedł do wniosku, że powinnam umieć obronić się przed zbyt natarczywymi adoratorami, a…

– A pani używa nabytych umiejętności w zupełnie innych celach – dokończył za nią, wierząc w każde jej słowo.

– Cóż, można powiedzieć, że tak – zgodziła się z nim, chociaż niezbyt chętnie.

Przez chwilę milczeli, cały czas mierząc się wzrokiem. Stojąca jakiś metr od nich Victoria czuła się w ich towarzystwie całkiem zbędna, ale ze względu na odosobnienie tarasu nie chciała pozostawić przyjaciółki sam na sam z niebezpiecznym nieznajomym.

– Ostatnie pytanie na dziś – zastrzegł książę. – Czy podaruje mi pani jeszcze jeden taniec?

Całkowita zmiana tematu zaskoczyła młodą kobietę, spodziewającą się kontynuacji porzuconego wątku dotyczącego włamania do posiadłości gentlemana starającego się o rękę jej przyjaciółki. Doszła jednak do wniosku, że książę chciał w ten sposób zmylić jej czujność, by na parkiecie kontynuować przekonywanie jej, aby zgodziła się na jego towarzystwo.

– Niestety – rzekła, udając zmartwienie. – Mój karnecik jest już pełen. Będzie pan musiał poczekać na inną okazję – dodała, uśmiechając się przy tym zalotnie.

Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, dygnęła delikatnie i razem z Victorią zniknęła we wnętrzu, pozostawiając go samego na tarasie.

***

Po powrocie do domu książę ruszył w kierunku swojego gabinetu, wiedząc, że po wieczorze pełnym różnorakich wrażeń i tak nie uda mu się szybko zasnąć. Zawsze był tym zapasowym dziedzicem, zresztą którymś z kolei, więc nie spodziewał się, że stanie na czele rodziny. Nie umiał, a może raczej nie chciał odnaleźć się w tym znormalizowanym sztywną etykietą świecie. Tęsknił za armią oraz wyprawami, dzięki którym mógł poznawać świat, ten prawdziwy, egzotyczny i tak daleki od tego, jaki mógł zobaczyć w najbogatszych domach Londynu.

A jednak w tym nijakim, nudnym i pozbawionym barw świecie brytyjskich elit dostrzegł światełko świeżości. A może bardziej adekwatnym określeniem byłoby nazwanie jej barwnym ptakiem, który wyróżniał się na tle szarych wróbli przystrojonych w muśliny i jedwabie przywiezione z najodleglejszych zakątków Imperium.

Poprzedniego wieczora go zaskoczyła, ale nie spodziewał się jeszcze kiedykolwiek jej spotkać. Wziął ją za jakąś awanturnicę szukającą przygód, która tylko przemknęła przez jego nową, naznaczoną rutyną codzienność. Dziś, ku swemu zdziwieniu, ujrzał ją ponownie, tym razem na balu, w piękniejszym, ale też śmielszym wydaniu. I od tego momentu nie potrafił przestać o niej myśleć!

Gdy tylko ich spojrzenia zetknęły się w tłumie, wiedział, że zrobi wszystko, by nie tylko ją poznać, ale też zagościć w jej życiu na dłużej. Los tak po prostu podarował mu tę szansę! Musiał jedynie włamać się razem z nią do miejskiego domu należącego do hrabiego Maina.

Nalewając sobie whiskey, zapatrzył się na setki książek zdobiących ściany gabinetu. Gdy jako dzieciak odwiedzał stryja Thomasa, skrycie marzył, że kiedyś przeczyta je wszystkie i zgłębi tajemnice historii, sztuki, ale też granic nakreślonych przez ludzką wyobraźnię. Teraz, będąc księciem, zdawał sobie sprawę, że nie starczy mu czasu, by móc delektować się zawartą w nich wiedzą. Miał na głowie rodowe obowiązki, ale też kogoś, kto nie pozwalał mu o sobie zapomnieć.

Nie był w stanie zrozumieć, dlaczego ta młoda i z całą pewnością niezależna kobieta tak bardzo go zaintrygowała. Skoro włóczyła się nocą po parku w obronie swojej reputacji, to w całą tę sprawę musiał być zamieszany również jakiś mężczyzna. Mało tego, prawdopodobnie należał do tej samej grupy społecznej co ona, skoro szantażysta pokusił się o wyłudzenie pieniędzy za milczenie. A jeśli właśnie tak było, to dlaczego sam się tym nie zajął? Z jakiego powodu zgodził się, aby to dama jego serca, bądź jedynie alkowy, stawała w obronie ich dobrego imienia? Gdyby to on był na miejscu domniemanego mężczyzny, nigdy nie pozwoliłby na coś takiego!

„Nie, poprawka” – pomyślał szybko, śmiejąc się w duchu z samouwielbienia, w które na kilka krótkich chwil popadł. Kobieta, o której rozmyślał, z pewnością nie czekała na niczyje pozwolenie czy też interwencję. Po prostu wzięła sprawy w swoje ręce, zapewne nie dopuszczając owego nieboraka do głosu.

Czy miał moralne prawo wpychać się między dwoje zakochanych? Pewnie nie. Czy zamierzał się tym przejmować? Zdecydowanie nie! Chciał odkryć wszystkie tajemnice Aleksandry, bo może właśnie dzięki temu będzie w stanie wybić ją sobie w głowy.

Tak, to było najrozsądniejsze rozwiązanie. Powinien potraktować tę nietuzinkową niewiastę jako urocze urozmaicenie nudnego zwykle sezonu, w którym z racji nowej pozycji i kilku innych względów musiał uczestniczyć. A skoro tę kwestię już rozstrzygnął, mógł zająć się drugą niecierpiącą zwłoki sprawą.

Rozsiadł się wygodnie w swoim fotelu i sącząc powoli aromatyczny trunek, zaczął się zastanawiać, w jaki sposób powinien dostać się, bo przecież nie zamierzał używać określenia „włamać się”, do domu swojego najlepszego przyjaciela. Zresztą, co tu kryć – to, co planował uczynić, było jedynie konsekwencją decyzji hrabiego! John sam wpadł na dosyć ryzykowny pomysł wykreowania wizerunku utracjusza i bawidamka, który nie powinien być traktowany przez żadną matkę jako poważny kandydat na zięcia. Rozpowszechniając wyssane z palca plotki, nie zastanawiał się nad tym, że być może pewnego dnia będzie chciał założyć rodzinę z panną z dobrego domu. Wówczas liczyło się dla niego tylko jedno – odstraszenie zdesperowanych matron pragnących wydać swoje latorośle za mąż, a przy okazji chcących uszczknąć nieco z jego całkiem pokaźnego majątku.

Coś musiało się jednak zmienić. Coś, o czym jego przyjaciel zapomniał jak do tej pory napomknąć. I z czego będzie musiał mu się szczegółowo wytłumaczyć. Zresztą powinien też liczyć się ze stratami powstałymi na skutek „niezapowiedzianych odwiedzin” mających na celu oczyszczenie jego zbrukanego plotkami imienia. Chociaż może akurat o tym nie powinien mu wspominać? Cóż, miał czas, aby na spokojnie to rozważyć.

Zerknął na kominek, który nie tylko ogrzewał grube mury domu, ale też rozświetlał mrok gabinetu. Lśniący czerwienią ogień przywołał na powrót wspomnienie wojowniczej kobiety o lśniących kasztanowych włosach.

– Dlaczego nikt z rodziny nie kontroluje jej temperamentu? – wyraził swoje zainteresowanie na głos, jednocześnie dopijając ostatni już łyk whiskey z kryształowej szklanki. – A może próbowali, ale po prostu im się to nie udało? – odpowiedział sobie po chwili pytaniem na pytanie.

Cóż, miał szansę się tego dowiedzieć.

Spis treści

Rozdział 1

Punkty orientacyjne

Cover