Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
20 osób interesuje się tą książką
Nie ma ciepła. Nie ma ucieczki. Coś czai się w ciemności.
Paul Vernhard, światowej sławy ksenolog, zostaje zaproszony do wzięcia udziału w niezwykłej wyprawie. Na planecie Karamis II dokonano bowiem wyjątkowego odkrycia – znaleziono statek należący do obcej cywilizacji.
Gdy badacze udają się na miejsce, by obejrzeć znalezisko, odnajdują kokon nieprzypominający niczego znanego ludzkości. Postanawiają przewieźć go do laboratorium i poddać szczegółowym oględzinom. Nie przypuszczają, że tym samym uruchomią lawinę wydarzeń, która odmieni życie ich wszystkich…
Już w stacji badawczej z kokonu wydostaje się tajemnicza, żądna krwi istota. Pracownicy ośrodka rozpoczynają walkę o przetrwanie, w której izolacja i niebezpieczne warunki atmosferyczne będą ich najmniejszym zmartwieniem.
Wkrótce członkowie misji zdadzą sobie sprawę, że ludzka ciekawość naprawdę prowadzi do piekła – tylko że w tym przypadku piekło jest skute lodem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 372
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ben Thomson przytknął nos do szyby kabiny koparki, próbując złapać jakiś punkt orientacji. Zamieć może nie była jedną z najgorszych, ale i tak dawała im się we znaki. Po dwóch latach pracy w terenie można się było przyzwyczaić, jednak takie przyzwyczajenia niosły ze sobą śmiertelne ryzyko. Ta planeta tylko czekała, aż popełnisz błąd i zasypie cię pod tonami chemicznego śniegu.
Szare, twarde płatki uderzały o szybę. Śnieg tutaj był ponury, przez trujące gazy pozbawiony swego naturalnego koloru.
Ben stwierdził, że wiertło koparki wciąż jest na swoim miejscu, podobnie jak miejsce, w którym kopał – u podnóża lodowej skały. Wydawało mu się, że pojazd trzęsie się przez wirującą śrubę. Odruchowo przyłożył dłoń do hełmu skafandra, by po sekundzie się zreflektować.
– Eddie, widzisz tam coś? – zapytał głośno, starając się, żeby kolega nie wyczuł lekkiej obawy w jego głosie.
Eddie Gibson powinien teraz być na zewnątrz w pobliżu ośmiokołowej, potężnej ciężarówki.
– Wszystko gra, drogi kolego – odparł spokojnym tonem, jak zwykle akcentując słowo „kolego”.
Ben zerknął na lewo i dostrzegł delikatny zarys sylwetki jego skafandra. Odetchnął ciężko i złapał za jedną z dźwigni po prawej.
– Przypomnij mi, żebym się więcej nie pakował w ten syf – oznajmił bez cienia złości.
Eddie w odpowiedzi prychnął, aż słuchawka w hełmie trzasnęła głośno.
– Mnie to mówisz? Nie powinno mnie tu nawet być, to nie moja działka!
Fakt – przyznał mu w duchu rację Ben. Przyjechali tu pobrać próbki z terenu, bo Schneider wykrył silne, magnetyczne odchylenia w okolicy, a ponieważ wszyscy byli zajęci, Gibson musiał pojechać z Thomsonem, żeby mieć na niego oko. Nawet nie dało się tego odłożyć na później. Stary naukowiec był tak podekscytowany, że bezustannie zawracał tyłek dyrektorowi. Ten w końcu poddał się jego namowom.
Tutaj bezpieczeństwo przede wszystkim.
– Dobra, uważaj, wiercę dalej – ostrzegł Ben i poruszył ramieniem koparki, opuszczając świder w dziurę w lodzie.
Powierzchnia była twarda, ale Thomson nie musiał wiercić głęboko. Jednak z każdą kolejną sekundą czuł, że koparka trzęsie się coraz mocniej. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że to nie tylko maszyna, ale cała powierzchnia drży.
– Ben! – krzyknął Gibson, jak tylko ta myśl do niego dotarła. – Lód pod koparką pęka! Wycofaj!
W istocie, na lodowej powierzchni, do tej pory przysypanej warstwą nieco bardziej miękkiego śniegu, pojawiły się głębokie pęknięcia. Thomson z przerażeniem obserwował, jak powierzchnia przed nim zaczyna się zapadać. Natychmiast przerwał wiercenie i wrzucił wsteczny, ale było za późno. Koparka uniosła się lekko i zaczęła przechylać coraz bardziej do przodu.
Gibson chciał pomóc przyjacielowi, ale musiał uważać, by samemu nie wpaść w osuwisko.
Ben odpiął uprząż, otworzył drzwi kabiny i wyskoczył ze środka w ostatniej chwili. Upadł, opierając się na dłoniach, ale niebezpieczeństwo nie minęło. Koparka osuwała się coraz bardziej, a Thomson czuł, jak lód pęka też pod nim. Pozbierał się i odbiegł parę kroków. Gibson złapał go i odciągnął w stronę ciężarówki.
Maszyna zatrzymała się i po kilku sekundach wszystko zamarło. Jedynie w powietrzu unosił się szary puch.
– Wszystko gra, stary? – zapytał Eddie z wyraźną troską.
– Taa – sapnął Ben. W przeciwieństwie do niego Eddie był niewielkiej postury i wyglądał przy nim jak karzełek, a ponieważ Gibson nadal trzymał go za ramię, to z boku wyglądało to dość komicznie. – Ale możesz mnie puścić.
– Wybacz. – Eddie odskoczył od niego jak oparzony.
Wyjął z kieszeni kombinezonu niewielką latarkę i ją włączył. Zaczął iść w stronę koparki, u której widać teraz było jedynie kabinę, ramię i tylne światła.
– Co robisz? – zaniepokoił się Ben.
– Chcę sprawdzić, jak to wygląda – uspokoił go kolega.
– Uważaj, lód może jeszcze popękać – ostrzegł Thomson.
Eddie zignorował go i ostrożnie, krok za krokiem zbliżał się do krawędzi zapadliska. Powstała sporych rozmiarów dziura, dość głęboka. Pod lodem musiała być jakaś pusta przestrzeń i dlatego pod ciężarem maszyny lód pękł. Eddie zaświecił latarką w dół. Śnieżny pył już prawie opadł i mężczyzna zaczął dostrzegać zarys czegoś, co nie było bryłą lodu.
– O ja pierdolę! – wyrwało mu się.
– Co jest? Co się dzieje? – Ben stawał się coraz bardziej nerwowy.
– Lepiej sam zobacz. – Gibson machnął na niego ręką.
Thomson ostrożnie podszedł do niego, bacznie obserwując powierzchnię, po której stąpał. Zatrzymał się przy koledze i spojrzał w miejsce, które ten oświetlał.
– Co to jest, do cholery?
Mężczyźni wymienili się spojrzeniami, po czym znów skierowali wzrok w dół. Spod powierzchni wystawał, częściowo przysypany fragmentami lodowych brył, fragment czegoś dużego o matowo metalicznej powierzchni. Na dole lód był nieco czystszy i wyraźniej mogli zobaczyć zarys odkrytego obiektu. Cokolwiek mieli przed sobą, było to ogromne!
Eddie, gdyby teraz mógł, podrapałby się w czoło z wyraźną konsternacją.
– Chyba będziemy musieli to zgłosić – stwierdził.
Nie odrywał wzroku od mikroskopu już od jakiegoś czasu. Dla postronnego obserwatora mógł uchodzić za dziwaka, a całkowity bezruch, jaki temu towarzyszył, przywodził na myśl marmurowy posąg. Jednak koledzy wiedzieli, że to była jego obsesja. Ignorowali więc to, że spędzał w laboratorium długie godziny. Nic na to nie mógł poradzić. Kochał swoją pracę i fascynowały go wszelkiego typu odkrycia. W końcu nie co dzień można było zbadać żywe komórki stworzenia pochodzącego z innej planety. Lecz on nie tylko kochał je badać. Znał się perfekcyjnie na tej robocie i każdy o tym wiedział.
Paul Vernhard był światowej sławy ksenologiem. Zajmował się tym już od piętnastu lat. Wszystkie wolne chwile poświęcał pracy, zapominając o bożym świecie. Nic więc dziwnego, że podskoczył zaskoczony, kiedy ktoś chrząknął z drugiego końca pokoju. Uniósł głowę znad mikroskopu i zobaczył stojącego w drzwiach laboratorium mężczyznę w idealnie wyprasowanym garniturze i z neseserem w ręku. Miał około czterdziestki. Włosy starannie zaczesane do tyłu. Rozglądał się wokół z zaciekawieniem, podziwiając znajdujące się w gablotach kości i fragmenty skór o różnym ubarwieniu i frakturze.
– Przepraszam, nie słyszałem, jak pan wchodził. – Vernhard zdjął swoje gumowe rękawiczki i przyjrzał się uważniej przybyszowi. Zdecydowanie wyglądał mu na jakiegoś gryzipiórka z urzędu. Na pewno nikt z Centrum Badań. Paul znał tu niemal wszystkich. – W czym mogę pomóc?
Mężczyzna spojrzał znów na niego i uśmiechnął się tak, jak mógł to zrobić komornik przychodzący z informacją o zadłużeniu podatkowym.
– Czy mam przyjemność z profesorem Vernhardem? – Miał szorstki, gardłowy głos, zupełnie niepasujący do jego osoby.
– Tak – odparł ostrożnie Vernhard.
Mężczyzna zbliżył się, wyciągając w jego kierunku dłoń.
– James Palmer z korporacji Global Industries – przedstawił się. – Mogę zamienić z panem słowo?
Vernhard uścisnął mu dłoń. Nazwa Global Industries nie była mu obca. Ksenolog skinął głową, żeby usiadł po drugiej stronie stołu, na wysokim krześle. Palmer skorzystał z propozycji, a Paul powrócił do obserwacji przez mikroskop.
– Jak mniemam, kojarzy pan nazwę firmy? – zagadnął Palmer, widząc, że Vernhard nie kwapi się do zadawania pytań.
– Jasne – odrzekł naukowiec i podniósł wzrok na przedstawiciela korporacji. – Pana firma już dwukrotnie zwróciła się do mnie o pomoc.
– Nic dziwnego, biorąc pod uwagę to, czym się zajmujemy… i czym pan się zajmuje – oznajmił Palmer. – Na prośbę moich pracodawców przyjechałem tutaj, aby złożyć panu pewną propozycję.
Vernhard uniósł pytająco brew.
– Może powinienem zatrudnić się w waszej firmie? Przy tak intensywnych poszukiwaniach, mógłbym zbić grube miliony.
Palmer się zaśmiał, najwyraźniej wziął to za dobry dowcip. W rzeczywistości jednak Vernhard nie żartował. W ostatnich latach korporacja Global dokonała kilku przełomowych odkryć w dziedzinie ksenologii, mimo iż jej przeznaczenie było zupełnie inne. Słyszał, że na takich ubocznych dorobkach zarobili kilkadziesiąt milionów.
– Może faktycznie pan powinien. – Palmer z uśmiechem położył neseser na stole laboratoryjnym. – Ale wracając do sprawy… Na jednej z planet, w którą Global Industries zainwestowało spore pieniądze, nasi ludzie znaleźli coś, co z pewnością mogłoby pana zainteresować.
– To znaczy? – Vernhard niechętnie odsunął mikroskop na bok.
Praca będzie musiała poczekać. Nie znosił, kiedy mu przerywano, ale wyczuwał też, kiedy szykuje się coś grubszego. To nie pierwsze takie jego spotkanie.
Palmer potarł nerwowo ręce.
– Mogę powiedzieć, że na planecie ekipa z tamtejszej stacji badawczej znalazła coś, co może być największym przełomem w historii naszej cywilizacji.
Vernhard zaczął bawić się narzędziami leżącymi na metalowej tacy, zastanawiając się nad jego słowami.
– W ciągu ostatnich trzystu lat dokonano wiele takich odkryć – stwierdził beznamiętnie. – O jak wielkim przełomie mówimy?
Palmer zerknął w bok, jakby bojąc się, czy nikt nie podsłuchuje, po czym pochylił się w kierunku ksenologa.
– O tak wielkim, że te wszystkie odkrycia z ostatnich trzystu lat bledną.
Vernhard spojrzał na przedstawiciela firmy, upewniając się, czy ten, aby się z niego nie nabija.
– A co? Znaleźliście jakieś ogromne zwierzę o inteligencji psa? – próbował zażartować.
Palmer pokręcił głową, po czym otworzył neseser i wydobył z niego dziwny przedmiot. Była to jakaś część, może fragment jakiegoś obiektu. Kształtem przypominał kilka ludzkich żeber w nieco większej skali, o rdzawym kolorze. Wręczył go Vernhardowi, a ten zaczął oglądać przedmiot z różnych stron. Wydawał się niesamowicie lekki, a kiedy w niego zastukał, usłyszał głuchy odgłos. Nie było wątpliwości, że przedmiot ten wykonany został z metalu, ale ciężko było mu stwierdzić jakiego.
– Nasi ludzie znaleźli to miesiąc temu, kiedy robili badania w terenie – powiedział Palmer.
Vernhard obracał w rękach przedmiot i nadal nie potrafił stwierdzić, skąd pochodzi. Zaintrygowany, oddał go przedstawicielowi firmy.
– Poddaję się. Wiem tylko, że jest bardzo stary, ale ciężko mi dokładnie oszacować, ile może mieć lat. Wynika to z grubości kamienia, jaki do niego przyległ. Paleontolog powiedziałby więcej. Co to jest?
Palmer z zadowoleniem schował przedmiot z powrotem do nesesera.
– Otóż, panie profesorze, jest to fragment statku – odpowiedział. – Wraku, który nasi ludzie zlokalizowali pod grubą warstwą lodu. Ten kawałek jest wykonany z nieznanego nam metalu.
Tego Vernhard się nie spodziewał. Przez moment chłonął otrzymaną informację, by po chwili się otrząsnąć.
– Wraku? Jakiego wraku?
Wciąż spoglądając Palmerowi w oczy, szukał jakichkolwiek oznak kłamstwa. Nie, on mówił śmiertelnie poważnie.
– Wraku, który spoczywał pod lodem przynajmniej od setek lat – wyjaśnił Palmer. – Tamtejsza ekipa przysłała nam zdjęcia. Prześwietlono powierzchnię całego rejonu i wykryto, że spoczywa tam coś, co wykonane zostało z metalu. Obrazy z prześwietleń pozwoliły ustalić, że wykryty obiekt ma średnicę ponad sześćdziesięciu metrów kwadratowych.
Wyciągnął z teczki kopertę i wyjął z niej arkusz przedstawiający zdjęcia wykonane z lotu ptaka. Vernhard przyjrzał się im dokładnie. Na białym tle, pośród oznaczonych wzniesień i wykresów, wyraźnie widać było ciemniejszy odcień w kształcie półksiężyca. Przyglądał mu się długo i Palmer wyraźnie poczuł się skrępowany. Chrząknął z przepraszającą miną i kiedy udało mu się skupić uwagę ksenologa na sobie, kontynuował:
– Panie profesorze, proszę mi wierzyć. To coś nie jest wytworem człowieka. Jest to odkrycie na skalę światową, przełom w pana dziedzinie. Korporacja proponuje panu współudział w tym przedsięwzięciu. Za coś takiego można dostać Nobla!
– Współudział? – Vernhard zerknął podejrzliwie na swojego gościa.
Palmer znów zrobił przepraszającą minę.
– Global Industries nie jest chciwą korporacją, zapewniam pana. Proponujemy panu jedną piątą zysków. A biorąc pod uwagę, że znaleźne należy się wyłącznie mojej firmie, tak ważne odkrycie przyniesie korporacji miliony dochodu. Będzie pan ustawiony do końca życia.
Vernhard zastanowił się chwilę. Pokusa poznania tak ważnego odkrycia była nie do odparcia. Nad czym się jeszcze zastanawiasz, człowieku? – zapytał się w duchu.
– Powiedział pan, że jest pod lodem – zaczął, wciąż zastanawiając się nad propozycją. – Gdzie dokładnie?
– Na Karamis dwa – odparł Palmer. – Jest to jedna ze śnieżnych planet karłowatych systemu Perseusza, przygotowywana do kolonizacji. Więc jak? Odpowiedź muszę niestety znać już teraz, moi pracodawcy nie mogą czekać. Znalezisko spowalnia pracę tamtejszej stacji badawczej.
Vernhard pierwszy raz usłyszał nazwę Karamis. Z niczym mu się nie kojarzyła. Wciąż spoglądając na zdjęcie, po raz kolejny zaczął w umyśle analizować propozycję współudziału. Palmer czekał cierpliwie, dając mu czas do namysłu. Vernhard podjął decyzję.
– No dobra. Wchodzę w to. Kiedy wyruszamy?
Palmer z zadowoleniem wstał, biorąc swój neseser.
– Proszę stawić się jutro o dziewiątej w kosmoporcie. Będę tam na pana czekał. Bilety już są załatwione. Witam pana w załodze.
***
Podróż do systemu Perseusza trwała prawie trzy tygodnie. Zatrzymali się na jednej ze stacji kosmicznych, gdzie czekał na nich prom, który miał bezpośrednio zawieźć ich na Karamis II. Lot ze stacji do planety miał potrwać kolejne trzy dni. Może i nie lecieli pierwszą klasą, ale prom miał dodatkowe pomieszczenia wypoczynkowe na tylnym pokładzie oraz kuchnię, więc nie musieli całą drogę być przypięci do foteli.
Teraz nadchodził kres podróży i Vernhard już nie mógł się doczekać, kiedy przystąpi do pracy. Statek, którym lecieli, nie prezentował się najlepiej. Był przestarzały, pozbawiony wszelakich wygód i przeraźliwie hałasował. Spanie w przedziale wypoczynkowym nie było złe, jednak ostatnie godziny mieli spędzić w fotelach, blisko dziobu. Naukowiec nie mógł wyjść z podziwu, jak Palmerowi udało się w tym czasie uciąć krótką drzemkę. Towarzyszył im jeszcze jeden osobnik. Szczupły Anglik z przygładzonymi włosami, wiecznie siedzący z nosem w jakiejś książce. Na szyi luźno zwisał mu aparat fotograficzny.
Vernhard co chwilę wyglądał przez maleńki wizjer na ścianie obok. Karamis II był już w zasięgu wzroku. Był to białawy glob o średnicy dwóch tysięcy dwustu trzydziestu pięciu kilometrów, w odcieniach błękitu i szarości.
Profesor upewnił się, czy pasy są dobrze zapięte. Silna uprząż nie pozwalała ruszyć się z miejsca. Ręce mu drżały. Nie cierpiał lotów małymi statkami.
Mężczyzna siedzący naprzeciwko uniósł głowę znad książki i przyjrzał mu się z zaciekawieniem.
– Paul Vernhard, prawda? – zapytał. Mówił płynną angielszczyzną, z lekko nosowym brzmieniem.
Vernhard skinął twierdząco głową, starając się jednocześnie poluźnić trzymającą go uprząż. Mężczyzna wyciągnął do niego rękę, ale po chwili się zreflektował, bo siedzieli za daleko od siebie.
– Kevin Richter z Galactic Express – przedstawił się. – Czytałem pańską książkę na temat gatunków pozaziemskich. Szalenie mi się podobała. Chcę tylko powiedzieć, że to zaszczyt dla mnie móc pracować z tak sławnym człowiekiem jak pan.
Vernhard dopiero teraz zwrócił uwagę na książkę w rękach Anglika. To była książka, którą napisał i opublikował jakieś trzy lata temu. Spędził nad nią dużo czasu. Przywoływała złe wspomnienia, więc Paul skupił całą uwagę na rozmówcy.
– Pracuje pan dla gazety? – spytał Richtera.
– Jestem tu na prośbę pana Palmera i Global Industries, aby napisać artykuł, który rozdmucha historię na cały świat. Im więcej ludzi się dowie, tym większe zyski otrzyma firma. W tej chwili korporacji zależy przede wszystkim na dyskrecji, ale kiedy zostaną zakończone badania, nasza gazeta będzie jedyną, która tę historię opisze szczegółowo.
Vernhard znów spojrzał na małą planetę i wrócił do reportera.
– Był pan już w takich miejscach?
Richter się roześmiał, rozkładając ręce.
– Żyję w pogoni za sensacją, panie Vernhard. Bywałem w niejednym niebezpiecznym miejscu.
Paul skinął głową, wierząc mu. W przejściu prowadzącym do kokpitu pojawił się człowiek w czapce pilota i brązowej skórzanej kurtce z futrzanym kołnierzem. Przecisnął się przez wąskie przejście i spojrzał na pasażerów.
– Za chwilę wejdziemy w atmosferę Karamis – oświadczył. – Zapnijcie pasy i trzymajcie się mocno.
– Dzięki, Rick – rzucił Palmer, a pilot wrócił do kabiny.
Vernhard przechylił się nieco, żeby rzucić okiem na kokpit. Za sterami siedział jeszcze jeden pilot – nieogolony, z długimi, tłustymi włosami. Jego usta pracowicie przeżuwały tytoń. Mruknął coś niewyraźnie do kolegi, a ten odparł mu równie niezrozumiale.
Wstrząsy na pokładzie były coraz silniejsze. Vernhard sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął małą szklaną buteleczkę ze środkami uspokajającymi. Trzęsącymi się rękoma wydobył dwie pigułki i je połknął. Palmer przyglądał mu się, ale nic nie powiedział.
– Za chwilę turbulencje! – Usłyszeli głos od strony kabiny pilotów. – Będzie rzucało jak na karuzeli w wesołym miasteczku, więc bez paniki.
Więc to jeszcze nie są turbulencje? – przeszło mu przez głowę. Spróbował myśleć o czymś przyjemnym, ale ciągłe wstrząsy to utrudniały.
Jeszcze tylko trochę. Jeszcze parę minut i będzie na twardej ziemi. Po tych paru minutach szarpnęło nim najpierw w jeden bok, później w drugi, ale pasy trzymały mocno i nie pozwoliły mu się zsunąć z siedzenia.
– Zawsze tak trzęsie? – zapytał Palmera.
Przedstawiciel korporacji trzymał się podłokietników, patrząc się gdzieś przed siebie.
– Na Karamis dwa prędkość wiatru osiąga do siedemdziesięciu ośmiu kilometrów na godzinę przy najgorszej pogodzie – odparł. – Turbulencje są tutaj zawsze przy lądowaniu. Ale proszę być spokojnym. Holiday i Robinson są świetnymi pilotami, latali już w gorszą pogodę. Znają się na tej robocie, prawda, chłopaki?
Ostatnie zdanie skierował w głąb kokpitu. Odpowiedziały mu niepewne pomruki, potwierdzenia. Potem obaj piloci zaczęli prowadzić, jak na gust Vernharda, zbyt głośną konwersację, która ani trochę go nie uspokoiła.
– Gdzie ta cholerna latarnia? – zapytał sam siebie ten żujący bezustannie tytoń. – Dlaczego nadajnik nic nie łapie?
– Nie jesteśmy jeszcze w odpowiedniej odległości – dodał jego kolega w czapce. – Uważaj, masz silny wiatr z lewej.
– Bez tej latarni jesteśmy ślepi jak krety – mówił dalej ten pierwszy. – Zobacz tylko na tę zadymkę!
Pilotowali prom, wymieniając na przemian różne uwagi i żarciki. Po chwili zauważyli ze swoich miejsc stację. Rick połączył się z nią przez radio. Vernhard zerknął przez wizjer, aby zobaczyć, gdzie są. Widział tylko szalejącą śnieżną zamieć. Gdzieś na horyzoncie zamajaczyły wysokie wzgórza. Na szczęście wstrząsy powoli ustawały, na tyle, że Palmer i Richter odpięli swoje uprzęże. Vernhard tego nie zrobił. Nie odważył się.
Pilot Rick wychylił się ze swojego fotela i krzyknął w stronę pasażerów:
– Zrobimy pełne koło, abyście mogli sobie popatrzeć! Może uda się zrobić panu parę zdjęć, panie Richter.
Reporter złapał za swój aparat i stanął przy wizjerze od strony Vernharda. Palmer dołączył do nich i we trójkę wypatrywali czegokolwiek, co mogło być jakąś budowlą. Jak tylko pojazd przechylił się lekko na prawą stronę, zobaczyli ją jednocześnie.
Budowla była częściowo zasypana przez potężne zaspy. Jej główną konstrukcję stanowiła wielka kopuła, od której odchodziły dwa tunele. Jeden łączył się z dwukrotnie mniejszym kopulastym obiektem, drugi prowadził do jeszcze mniejszego budynku o prostokątnym kształcie. Przy głównej konstrukcji wznosiła się oświetlona wieża satelity.
– Co tutaj dokładnie robicie? – zadał pytanie Richter.
– Współpracujemy z korporacją Terra, która zajmuje się terraformacją planet – wyjaśnił Palmer. – Naszym zadaniem jest uprzednio dokonanie wszelkich możliwych badań oraz przygotowanie planet do budowy większych konstrukcji. Temu służy ten kompleks. Każde badanie czy znalezisko stanowi ważną część w terraformowaniu. Na ich podstawie korporacja Terra tworzy kolonie, przystosowane do nawet surowych warunków, a także wie, jaki ma wprowadzić program do procesorów atmosferycznych. Potem takie cudeńka zmieniają skład atmosfery na tyle, aby człowiek mógł bezpiecznie oddychać. Jest to żmudny i długotrwały proces, ale opłacalny.
Statek wykonał pełny krąg nad stacją, po czym obniżył lot i zawisł nad mniejszą kopułą. Jej dach rozsunął się na boki, ukazując wnętrze lądowiska. Piloci lądowali stopniowo, bez pośpiechu, ponieważ wiatr mógł w każdej chwili szarpnąć stateczkiem, co prowadziłoby do katastrofy. Kiedy w końcu osiadł twardo na płycie lądowiska, dach budynku zamknął się na powrót. Silniki umilkły, a obaj piloci opuścili swoje miejsca. Ten w czapce zerknął na pasażerów i się uśmiechnął.
– No to jesteśmy na miejscu – oznajmił, po czym popatrzył na Vernharda. – Przepraszam, że lot był niewygodny, ale latanie przy silnym wietrze zawsze takie jest.
Vernhard spróbował się uśmiechnąć, ale żołądek zaczął podchodzić mu do gardła.
– W porządku – zdołał wykrztusić. – Świetnie się pan spisał.
Pilot uścisnął mu dłoń.
– Jestem Rick Holiday, a to George Robinson. – Wskazał na kolegę za swoimi plecami. – Myślę, że możemy już bezpiecznie wysiąść. Wentylacja na pewno oczyściła już powietrze hangaru z nieprzyjemnych składników atmosfery.
Palmer się zaśmiał, a Robinson otworzył właz promu. Kiedy Vernhard opuścił pokład, nie wytrzymał. Prędko odszedł na bok, zgiął się wpół i zwymiotował na płytę lądowiska. Potem, wycierając usta chusteczką, wyprostował się w sam raz, by zobaczyć dwóch ludzi, którzy weszli do hangaru. Jeden z nich był starszawym, łysiejącym mężczyzną z siwą brodą i w nałożonym białym kitlu. Drugi, zdecydowanie młodszy, nosił na sobie szary, zadbany kombinezon roboczy. Miał krótkie kasztanowe włosy i nieco wysunięte kości policzkowe. Obaj podeszli do piątki podróżnych i ten młodszy uścisnął najpierw dłoń Palmerowi.
– Cieszę się, że już jesteście – oznajmił zadowolony. – Miło znów pana widzieć, panie Palmer.
– I nawzajem – odparł grzecznie przedstawiciel korporacji.
Następnie Palmer przywitał się ze starszym mężczyzną w kitlu. Tymczasem młodszy zwrócił się do Vernharda:
– Pan zapewne jest tym ksenologiem, o którym słyszeliśmy? – zagadnął. – Nazywam się Trevor Smith. Prowadzę to miejsce. Mam nadzieję, że lot miał pan spokojny.
– Paul Vernhard. – Profesor się przywitał, licząc na to, że nie byli świadkami, jak wymiotował na podłogę, w przeciwnym razie pierwsze wrażenie szlag trafi. – Co do lotu, nie mogę powiedzieć, żeby mi się podobały takie podróże. W zasadzie nigdy ich nie lubiłem.
Podszedł do nich mężczyzna w kitlu. Energicznie wyciągnął rękę do Vernharda i silnie nią potrząsnął. Wydawał się czymś podekscytowany.
– Profesor Albert Schneider, człowiek nauki i odkrywca nieznanego.
Jego słowa ich rozbawiły. Schneider, niespeszony, mówił dalej:
– Wspaniale, że już tu jesteście, naprawdę wspaniale! Aż palę się, żeby panu pokazać, co udało nam się osiągnąć. Specjalizuję się w genetyce, fizyce i chemii. Chciałbym już poznać opinię eksperta.
– Albert, dopiero co przylecieli – wtrącił Smith. – Pan Vernhard na pewno jest zmęczony podróżą i chciałby coś zjeść, zanim zbada wrak.
Schneider uśmiechnął się zdegustowany, ale skinął głową na zgodę.
– Niemiec? – zagadnął Vernhard, aby zmienić temat.
– Austriak – odparł naukowiec. – Bez specjalnej i fascynującej historii mojego rodowodu. Matka była Szwedką.
Vernhard odwzajemnił uśmiech. Naukowiec wyglądał na sympatycznego staruszka. Holiday, niosąc ciężkie torby, zaczął prowadzić Palmera i Richtera w stronę wyjścia. Smith gestem wskazał, aby podążyć za nimi.
– Proszę czuć się jak u siebie, profesorze. Witamy na Karamis dwa.
Długi korytarz, łączący obie kopuły, zaprowadził ich do głównego holu. Od razu w oczy rzuciła się tablica z logo korporacji. Przedstawiało spiralną galaktykę, a poniżej znajdował się napis: „G.I.C. – Pomagamy stworzyć lepsze światy”.
Hol był pomieszczeniem z krętymi schodami po obu stronach, prowadzącymi na piętro. Tam znajdowało się obserwatorium, gdzie na monitorach wyświetlane były obrazy z zewnętrznych kamer, gdzie mogli śledzić prognozę pogody. Siedziała tam kobieta o krótkich blond włosach. Z komunikatorem na uszach, tańczyła smukłymi palcami po klawiaturze. George Robinson zostawił bagaże koło wejścia i spojrzał w górę, na nią.
– Natasha, jaki mieliśmy wiatr?! – zawołał. – Bo lecąc tu, odniosłem wrażenie, jakbym miał zaraz stracić skrzydła.
Vernhard spojrzał z wyrzutem na Ricka, a ten, pochwyciwszy jego spojrzenie, wzruszył bezradnie ramionami. Kobieta zlustrowała Vernharda, Palmera i Richtera, a potem popatrzyła na pilota.
– Trzydzieści kilometrów na godzinę – odparła z rosyjskim akcentem. – Ale otarliście się o wiatry Charona, więc mogło wynosić nieco więcej.
Holiday i Robinson wymienili się spojrzeniami. Smith stanął obok Richtera i Vernharda i wskazał na kobietę.
– Natasha Mikhailov, nasza guru od łączności i informatyki – rzucił. – To dzięki niej mamy jakikolwiek kontakt ze światem zewnętrznym.
– Nie zapominasz o naszych dzielnych pilotach? – Usłyszeli inny kobiecy głos. – Ktoś przecież załatwia nam zaopatrzenie, prawda?
Wszyscy odwrócili się w sam raz, by zobaczyć kolejne dwie osoby, które właśnie weszły do holu z wejścia po lewej. Kobieta o czarnych włosach zawiniętych w kucyk i białym kitlu w towarzystwie wysokiego mężczyzny o szerokich ramionach zbliżyła się do nich i uścisnęła każdemu rękę. Najdłużej ściskała dłoń Vernharda.
– Caroline Fenn. Biolog. – Uśmiechnęła się.
– Paul Vernhard. Też panią sprowadzili do zbadania znaleziska?
– Nie, jestem członkiem ekipy – zaprzeczyła. – Analizujemy poszczególne składy chemiczne, aby sprawdzić, jakie mogą mieć wpływ na żywy organizm. To rutynowe badania. Na nich może opierać się ustawienie programu do nowego procesora atmosferycznego.
Vernhard skinął głową i przyjrzał się jej towarzyszowi. Ten przez chwilę obserwował ich w milczeniu, po czym wyciągnął swoją masywną dłoń w kierunku ksenologa.
– Aleksei Ivanov – przedstawił się. Miał potężny, głęboki głos. – Ale wszyscy mi mówią Ivan, więc może mnie pan tak nazywać.
Rozmowa sama się rozwinęła. Podczas gdy Vernhard poznawał załogę stacji badawczej, George zabrał bagaże i poszedł przygotować kwatery dla Vernharda, Richtera i Palmera. Holiday tymczasem wrócił do statku, żeby dokonać przeglądu. Smith także przeprosił towarzystwo i opuścił hol.
Ivan był pochodzenia rosyjskiego, podobnie jak Natasha. Zajmował się głównie pracą w terenie oraz instalacją przenośnego sprzętu. Zaproponował dla nowo przybyłych ciepły posiłek i całą grupą opuścili hol, wchodząc do lewego korytarza. Ciągnął się wzdłuż ściany, wokół całej kopuły i kończył się na powrót w holu po jego drugiej stronie. Obok przez okna Vernhard mógł zobaczyć powierzchnię Karamis. Na zewnątrz panowała zamieć. Z nieba bezustannie padał śnieg o wyblakłym, szarym kolorze. Na niewyraźnym horyzoncie majaczyły wznoszące się wysoko górskie szczyty. Fenn objaśniała sposób ich pracy oraz ogólne działanie kompleksu. Opowiadała też o samej planecie, jej właściwościach i naukowych spostrzeżeniach.
– Ogólnie rzecz biorąc… – ciągnęła – w atmosferze Karamis znajdują się niewielkie ilości tlenu – tylko czternaście procent. Natomiast posiada ona zdumiewającą ilość argonu. Aż trzydzieści jeden procent. W zasadzie nie stanowi to zbytniej różnicy, ponieważ argon nie jest szkodliwy dla człowieka.
– Więc w czym problem? – wtrącił Richter, co rusz robiąc zdjęcia swoim aparatem.
– W składzie atmosfery występują też inne pierwiastki – odparła Fenn. – Wodór stanowi trzynaście procent. Z tego powodu mamy w powietrzu sporą wilgoć. Śladowe ilości dwutlenku węgla też nie szkodzą zdrowiu, ale jeden procent stanowi mieszanka trujących gazów. Ponadto czterdzieści procent składu powietrza to azot.
– Ale azot przecież nawet w dużych ilościach nie jest szkodliwy, prawda? – podsunął Vernhard.
– To prawda – przyznała Fenn. – Na Ziemi też występuje w dużych ilościach, ale tam ciśnienie wynosi niecałą jedną atmosferę. Tutaj ciśnienie jest większe, trzy koma jeden ateem1. Wdychając powietrze z Karamis, człowiek może się zatruć. Typowe objawy to euforia, gadulstwo, spowolnienie reakcji na bodźce, a nawet skłonność do śmiechu.
– Czyli jak odetchnę poza kombinezonem, to można na mnie postawić krzyżyk? – dopytywał Richter.
– Pierwszych kilka oddechów pana nie zabije – zapewniła Fenn. – Ale nie chciałby pan odczuwać skutków takiego zatrucia. Oczywiście… – dodała uspokajająco – jesteśmy odpowiednio przygotowani nawet na takie wypadki.
W pierwszej kolejności minęli kompleks mieszkalny, gdzie zakwaterowani byli wszyscy pracownicy stacji. Robinson akurat wychodził stamtąd i wyjaśnił Vernhardowi, Palmerowi oraz Richterowi, które pokoje będą zajmować. Podziękowali mu, a pilot ruszył z powrotem do głównego holu. Vernhard odetchnął z ulgą na myśl o wygodnym łóżku. To mu przypomniało, że od chwili, kiedy postawił stopę na stacji, miał nieodparte uczucie lekkości.
– Od chwili lądowania czuję się niezwykle lekki – postanowił zagadnąć do Fenn. – Czy to może mieć jakiś związek z tą planetą?
– Siła przyciągania na Karamis jest o jedną czwartą mniejsza niż na Ziemi – odpowiedziała biolog. – To przez cienką atmosferę planety. Przyzwyczai się pan.
Grupa kroczyła dalej krętym korytarzem, aż dotarła do drzwi prowadzących do jadalni. Było to przestronne pomieszczenie z wielkim stołem pośrodku. Vernhard domyślił się, że pracownicy mieli w zwyczaju jadać wspólnie posiłki. Wokół stały też inne mniejsze stoliki, ale tylko ten większy wyglądał na często używany.
Automatycznie zaserwowane jedzenie nie wyglądało apetycznie, ale zapach potrawy był przyjemny dla nozdrzy. Rozgościli się przy największym stole, po czym rozpoczęli posiłek i dyskutowali zawzięcie. Richter machnął łyżką wokół swojej tacy, unosząc przy tym brew.
– Dziwne – rzekł. – Nie jestem zwolennikiem sztucznej żywności, ale to mi nawet smakuje. Nie czuć tak chemią.
Palmer się roześmiał, a Schneider obrócił się w kierunku reportera.
– To dlatego, że to nie jest sztuczna żywność, panie Richter – oznajmił uprzejmie. – Korporacja przede wszystkim zapewnia doskonałe warunki do pracy, między innymi dbając o dostarczenie nam najlepszej jakości sprzętu i jedzenia. Dzięki temu praca nawet w surowych warunkach jest znośna.
Vernhard dłubał swoim widelcem w talerzu, zamyślony.
– Kiedy będziemy mogli zobaczyć wrak? – skierował pytanie do Fenn.
Kobieta spojrzała na niego lekko zaskoczona, że ją o to spytał. Widocznie to nie ona zajmowała się organizacją podróży. Ivanov przełknął swoją porcję i posłał mu łagodny uśmiech.
– Jak tylko się rozpogodzi – oznajmił. – Czyli za jakieś dwie godziny. Najpierw udamy się do punktu obserwacyjnego, a stamtąd do znaleziska.
– Co to punkt obserwacyjny? – zainteresował się Richter.
– To osobny kompleks. – Ivanov oparł się wygodnie na krześle. – Analizujemy tam zmiany atmosferyczne i na bieżąco staramy się monitorować prognozę. Jest wybudowany oddzielnie, ładny kawałek drogi od ośrodka, na wzniesieniu.
Kevin skinął głową i zapisał coś w swoim notesie. Kiedy kończyli posiłek, zjawił się Smith z wieściami.
– Rozmawiałem z Eddiem przez radio – rzucił. – Udało mu się rozkruszyć lód z całej bocznej części wraku. Jak dopisze nam szczęście, to jeszcze dziś uda nam się wejść do środka.
Wszyscy przyjęli nowinę z radosnymi uśmiechami. Szczególnie Vernhard i Schneider. Obaj aż palili się, żeby móc zbadać coś, czego jeszcze nikt inny nie miał okazji nawet zobaczyć.
– No dobra, dość lenistwa. Henry już szykuje sprzęt, więc za półtorej godziny powinniście wyruszać, jeśli chcecie zdążyć.
– Zdążyć na co? – spytał Richter.
– Przed zamiecią – odpowiedział Ivanov. – A zamiecie na Karamis są największą kupą gówna, jaką pan mógł kiedykolwiek zobaczyć.
***
Ośmiokołowa ciężarówka brnęła przez potężne zaspy, łopatą odgarniając śnieg na bok i tworząc tunel. Mijała wysokie słupki orientacyjne, migające na szczycie ostrym światłem. Ciągnęły się w regularnych odstępach co dwadzieścia metrów, więc nawet pomimo kiepskiej widoczności kierowca mógł bez przeszkód odnaleźć drogę. Teraz jednak śnieg niemal przestał sypać, a blade słońce przebijało się przez szare chmury.
Henry Potts prowadził ciężarówkę w milczeniu, słuchając muzyki z odtwarzacza. Jego czujny wzrok nie odrywał się ani na moment od drogi, spoglądając poprzez okulary przeciwsłoneczne. Jedną ręką puścił kierownicę i poprawił swoje ciemne żelowane do góry włosy. Pozwolił sobie na krótkie spojrzenie za siebie, na pasażerów. Vernhard i Fenn siedzieli naprzeciwko Schneidera i Richtera. Dalej obok byli Palmer, Smith, Ivanov i Mark Higgins. Higgins był medykiem, o nieco ciemnej karnacji i irlandzkim akcencie. Każdy z pasażerów ubrany był w biały kombinezon ochronny. Rozmawiali na różne tematy, w większości związane z nauką i prowadzonymi badaniami. Richter zasypywał wszystkich niezliczoną liczbą pytań, bezustannie zapisując uzyskane informacje w notesie. Co jakiś czas unosił swój aparat i robił serię zdjęć.
Ivanov zerknął na zegarek.
– Dziesięć minut do punktu obserwacyjnego – rzucił.
Higgins przerwał sprawdzanie filtrów w hełmach od skafandrów i pochylił się w kierunku kierowcy.
– Henry, jaka temperatura?! – zawołał.
Potts spojrzał znad ciemnych okularów na elektryczny termostat.
– Trzydzieści osiem stopni poniżej zera – odparł. – Prawdziwe babie lato.
Ciężarówka zaczęła piąć się w górę u podnóża wysokich skał. Wzmocnione, śnieżne koła miażdżyły szarawy śnieg i drobne kamienie. Pasażerowie odczuwali wewnątrz jedynie lekkie wstrząsy.
– Dlaczego ten punkt obserwacyjny jest oddalony od głównego kompleksu? – spytał Richter.
– Pozwala nam to objąć badaniami większą powierzchnię globu – wyjaśnił Smith. – Kiepskie warunki pogodowe i ciągłe zamiecie utrudniają skanerom analizę. W przyszłości, kiedy nasza praca tutaj dobiegnie końca, korporacja Terra rozbuduje go i wykorzysta jako dodatkowe miejsce do zamieszkania.
Wszyscy musieli się nagle czegoś złapać, bo przód ciężarówki uniósł się jeszcze bardziej. Gdzieś w głębi rozległ się metaliczny zgrzyt. Vernhard mocował się z zamkami swojego skafandra.
– Czy te kombinezony zapewniają dostateczną ochronę przed niską temperaturą?
Ivanov przytaknął.
– Chronią przed temperaturą nawet do minus dziewięćdziesięciu stopni. Dopiero wtedy odczuwa pan chłód. Niestety zdarzają się sytuacje, w których wyjście na powierzchnię jest niemożliwe, ponieważ temperatura na Karamis potrafi osiągnąć nawet do minus stu dwudziestu siedmiu stopni Celsjusza.
Vernhard skinął głową ze zrozumieniem, po czym dopiąwszy ostatni zatrzask, spróbował się odprężyć. Nie było to łatwe.
Po godzinie, kiedy już nieco przyzwyczaił się do wstrząsów i kąta nachylenia pojazdu, dostrzegł przez okno na szczycie wzniesienia płaski budynek z niewielką anteną. Obok stał drugi blok, niemal tej samej wielkości, jednak z bramą wjazdową. To musiał być garaż, domyślił się Vernhard. Oba bloki łączył krótki korytarz.
Brama wjazdowa się uniosła. Vernhard nie mógł stwierdzić, czy to działo się automatycznie, czy po prostu wewnątrz ktoś był i otworzył dla nich wejście. Według relacji Ivana i Fenn w obserwatorium zawsze znajdowała się jedna osoba.
Ciężarówka wtoczyła się po rampie do garażu, a brama za nią zamknęła się na powrót. Odczekali, aż powietrze w pomieszczeniu zostanie oczyszczone, po czym Ivanov rozsunął zamknięty właz śluzy. Zeskoczyli kolejno z pojazdu, a Vernhard rozejrzał się po wnętrzu. Garaż był słabo oświetlony, jakby celowo ktoś chciał zaoszczędzić na zasilaniu. Obok ciężarówki stał jeszcze dwuosobowy śnieżny łazik. Ksenolog dostrzegł mały warsztat i całą masę narzędzi, zawieszonych na półkach lub walających się po stołach warsztatowych. Potts, stając obok Vernharda, skrzywił się z niesmakiem.
– Co za burdel – mruknął. – To pewnie robota Eddiego. Ten człowiek jest niechlujnym bałaganiarzem.
Ruszył za Ivanem i Higginsem do drzwi wychodzących na krótki korytarz. Vernhard i reszta poszli ich śladem. Wchodząc do drugiego budynku, Vernhard zauważył, że jest tu zdecydowanie jaśniej. Ta część obserwatorium składała się wyłącznie z jednego przestronnego pomieszczenia i toalety. Długie okno ciągnęło się na całą szerokość pomieszczenia, dając widok ze szczytu góry na powierzchnię planety. Cała masa komputerów została wymyślnie ustawiona, tak by zabierały jak najmniej miejsca. Metalowy stół na samym środku został zajęty przez napoczętą żywność i ekspres do kawy. Obok znajdowała się miękka wygodna kanapa ze śladami częstego użytkowania.
W głównej części obserwatorium siedział w fotelu blondwłosy mężczyzna, który odwrócił się i wstał na ich widok.
– Nic nie popsułem, a ten bałagan w garażu to nie moja robota – zaczął się gorączkowo tłumaczyć i wymusił z siebie uśmiech.
– A czy ktoś mówi, że to ty, Dick? – zapytał Potts i klepnął go w ramię, Smith zaś wywrócił oczami.
– Zawsze się umiałeś pokazać, Chandler – rzucił sarkastycznie szef ośrodka. – Co jest? Natasha nie uprzedziła cię o naszym przybyciu?
Dick Chandler skinął głową potakująco.
– Ależ uprzedziła, tylko jakoś nie miałem czasu…
– Mniejsza z tym. – Smith machnął niecierpliwie ręką. – To są Paul Vernhard i Kevin Richter. Pana Palmera już pewnie znasz?
Chandler podał każdemu z przyjezdnych dłoń i nie wiedzieć czemu, wytarł ją o kombinezon roboczy. Vernhard uniósł jedynie w zdziwieniu brew i posłał Richterowi pytające spojrzenie.
Schneider przeszedł między nimi i zajrzał do jednego z pulpitów pod oknem.
– Komputer zarejestrował coś nowego? – zapytał. – Jakieś magnetyczne odchylenia? Delikatne wstrząsy sejsmiczne? Może jakieś anomalie?
Chandler wzruszył ramionami, wyraźnie przyzwyczajony do potoku pytań, jakimi uraczył go naukowiec.
– To samo co zwykle, panie Schneider. Żadnych sensacji.
Stary naukowiec sprawiał wrażenie rozczarowanego. Vernhard podszedł do okna i przyjrzał się krajobrazowi. W zasadzie przy gorszej pogodzie zapewne niewiele było widać. Teraz jednak widok prezentował się dość nijako. Gdzieś w oddali majaczyły nieostre szczyty skał. Całość miała szarawą i nieprzyjemną barwę. Fenn stanęła obok Vernharda i musiała odczytać jego myśli, bo powiedziała:
– Z reguły nie wygląda to tak źle. Przy naprawdę ładnej pogodzie może pan stąd zobaczyć nawet szczyt anteny przekaźnikowej głównego ośrodka.
– A gdzie jest ten ośrodek? – zapytał ciekawie.
Wyciągnęła rękę i wskazała gdzieś na lewo jakiś niewidoczny punkt.
– Dokładnie tam, jakieś piętnaście kilometrów stąd.
Mimo iż wytężał wzrok, to i tak nic nie zobaczył. Powrócił więc do pozostałych, którzy zawzięcie o czymś rozmawiali. Smith wyjaśniał Richterowi oraz Palmerowi przeznaczenie poszczególnych urządzeń. Następnie Richter zaproponował, by zrobili zdjęcie, do którego Chandler i Potts specjalnie pozowali. Szczerze uśmiechali się do obiektywu, nie dlatego, że tak trzeba, tylko raczej z myślą o tym, że ich twarze ukarzą się na pierwszych stronach gazet. Następnie Smith uznał, że czas najwyższy się zbierać. Potts miał zastąpić Chandlera, podczas gdy ten będzie prowadzić ciężarówkę. Po paru minutach byli z powrotem na trasie, a Richter, spoglądając przez okno na powoli oddalające się obserwatorium, zapytał Chandlera:
– Wasz kolega nie będzie się tam czuł samotny?
– Żartuje pan? – Dick się zaśmiał. – Człowiek lubi czasem uciec do odludnego miejsca, by zaznać chwili ciszy i spokoju. Poza tym jest tam masa rzeczy, jakie można robić, by zabić czas. Najlepszą atrakcją jest rozmowa z Natashą przez system komunikacji. – Roześmiał się głośno, coś sobie przypomniawszy, i dodał: – Chłopie! Z nią to można fajnie poflirtować! A jakie ona zna wymyślne historie…
***
Minęło półtorej godziny, zanim dojechali na miejsce. Vernhard wychylał się ze swojego siedzenia, chcąc wypatrzeć cokolwiek, ale zobaczył tylko kolejny dziwny pojazd, prowadzony przez skupionego kierowcę. Pocieszał się, że przynajmniej wiatr zelżał i przestało padać. Ivanov jednak uprzedził, iż taka pogoda nie utrzyma się długo, dlatego powinni się spieszyć. Kiedy wszyscy pasażerowie nałożyli hełmy na skafandry, Ivan i Fenn zaczęli kolejno sprawdzać ich szczelność. Kiedy skończyli, przeszli do drugiej części ciężarówki ze śluzą i po zamknięciu za sobą drzwi Chandler otworzył właz zewnętrzny i zaczęli zeskakiwać na szarą powierzchnię. Vernhard czuł, jak zapada się w zaspie prawie po kolana. Przeszedł z trudem parę kroków, po czym schylił się i dłonią odzianą w grubą rękawicę nabrał trochę śniegu. Przypominał nieco popiół, zupełnie jakby gdzieś niedaleko znajdował się czynny wulkan. Fenn wyjaśniła, że to efekt znajdujących się w powietrzu gazów. Chandler nagle pochylił się i zebrał sporą jego garść. Ugniótł pokaźnych rozmiarów kulkę, po czym cisnął nią bez ostrzeżenia w Higginsa, wołając jedynie:
– Orientuj się!
Medyk nie zdążył się uchylić i oberwał w prawe ramię.
– Co u diabła? – zaklął. Komunikator w hełmie nieco zniekształcał jego głos.
– Boże Narodzenie w tym roku przyszło wcześnie! – zarechotał Chandler.
Higgins zamierzał się odegrać i rzucił w niego własną śnieżną kulą. Pomiędzy nimi rozpętała się bitwa na śnieżki. Vernhard raz o mało nie oberwał, ale w ostatniej chwili uniknął szybującego w jego stronę pocisku. Zauważył, że Fenn tylko pokręciła głową.
– Jak dzieci – mruknęła.
– Rozumiem, że tutaj święta obchodzi się codziennie? – zażartował Palmer. – Dzieciaki mogą tylko pozazdrościć.
– Czy możemy już iść, proszę?! – zawołał Smith, kierując się w stronę dwóch innych maszyn. Jedna z nich była bliźniaczą wersją ciężarówki, którą się tu dostali. – Dick, Mark, skończcie te wygłupy i ruszcie się do roboty!
Mężczyźni przerwali popisy i zaczęli iść za resztą grupy. Ivanov, idąc obok Vernharda, skinął głową na Smitha i przestawiwszy swój komunikator na zamkniętą linię, aby nikt inny go nie usłyszał, cicho rzekł:
– Tutaj nazywamy go naczelnikiem więziennym. Chyba nie muszę mówić czemu?
Vernhard zaśmiał się cicho. Smith wydawał się nieco zbyt poważny do tej pracy. Może dlatego tak bardzo różnił się od reszty ekipy.
Wykopaliska prowadzono u podnóża wielkiej góry lodowej. Otaczały je całe masy szczelnych skrzyń, najrozmaitsze maszyny oraz dwa pojazdy. Jeden był wspomnianą wcześniej ciężarówką, a drugi poruszającą się na sześciu grubych kołach koparką z wiertłem i innymi wmontowanymi urządzeniami. Koparka akurat się cofała, by zaraz potem zatrzymać się i wykręcić w stronę nowo przybyłych. Silnik pojazdu zakasłał i zgasł.
U podnóża góry dostrzegli wykopany dół, szeroki mniej więcej na dziesięć metrów i głęboki na sześć. Kiedy zbliżyli się jeszcze bardziej, Vernhard zauważył, że robotnicy przebili już się przez warstwę lodową, wprost do wraku. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że gapi się dokładnie na uwięziony pod powierzchnią statek obcego pochodzenia. Był wielki o czarnomiedzianym kolorze. Vernhard dostrzegał wyraźnie jego zarys. Wyglądał, jakby został zbudowany z samych ogromnych kości. Statek leżał nieco na boku, dziobem do dołu. Miał tylko jedną okrągłą turbinę.
Zaparło mu dech w piersiach, podobnie jak Richterowi i Palmerowi. Spotkanie człowieka z obcą cywilizacją! Zdarzenie, które na zawsze przejdzie do historii!
– Robi wrażenie, nieprawdaż? – Usłyszeli głos za plecami.
Odwrócili się i zobaczyli wielkiego niczym młody dąb człowieka w skafandrze. Vernhard widział przez wizjer w hełmie jego kwadratową twarz o silnych szczękach. Wtedy z koparki wyskoczył jeszcze jeden robotnik, o budowie zdecydowanie drobniejszej od przeciętnego człowieka. Ruszył pospiesznie ku nim.
– Masz rację, Ben – przyznał Ivanov. – Robi, i to ogromne.
Kiedy drobny kierowca koparki w końcu dotarł, Smith przedstawił ich, poczynając od większego.
– To Ben Thomson, a to Eddie Gibson – rzekł. – Jako pierwsi natknęli się na wrak.
– Zupełnie przypadkiem – odparł Eddie nieco zachrypniętym głosem. – To dziadostwo o mało nas nie zabiło.
– Prowadziliśmy rutynowe odwierty, aby pobrać próbki ziemi, kiedy osunął się grunt z tej góry – wyjaśnił Ben. – Niewiele brakowało, a zasypałoby nas żywcem. Na szczęście w porę uniknęliśmy nieprzyjemności. O mały włos, a sami stalibyśmy się skamieliną.
Ostatnia uwaga sprawiła, że kilka osób się zaśmiało.
– Jak posuwają się prace? – zapytał Schneider.
– Rozbiliśmy lód aż do samego wraku – odparł Gibson. – Odsłoniliśmy jego niewielki fragment i myślę, że możemy przystąpić do cięcia laserem, abyście mogli wejść do środka. Można powiedzieć: jesteście w samą porę.
Kilka osób zaklaskało z entuzjazmem. No proszę. W ciągu najbliższej godziny będą mieli okazję zbadać obcy wrak i kto wie, co znajdą w środku… Może nawet zahibernowanego pilota? Nawet gdyby nie żył, jego ciało pod lodem dobrze by się zachowało. Vernhard przestępował niecierpliwie z nogi na nogę, jak dziecko czekające na gwiazdkę.
– Więc na co czekamy? – Smith skinął na Chandlera i Ivanova. – Nie stójcie tak. Pomóżcie im, to może szybko się uwiniemy.
Chandler i Ivan ruszyli z Thomsonem i Eddiem w stronę maszyn, aby zaciągnąć laser do wraku. Tymczasem Vernhard, Schneider i Fenn oglądali statek fachowym okiem.
– I co pan o tym myśli? – zapytał naukowiec.
– Po grubości warstwy lodu, pod jaką się znajduje, można stwierdzić, że leży tu od jakichś stu tysięcy lat, może więcej – orzekł Vernhard.
– Dokładniej dwieście tysięcy – odparła Fenn z uśmiechem. – Paleontologia to moja druga z dziedzin. To oraz botanika.
– Gdzieniegdzie dostrzegam naruszenie kadłuba statku, co może oznaczać, że musiał lądować awaryjnie. Statek ma dziwną symetrię, dość niezwykłą. Zastanawiam się, czy te… kości są jakimś naturalnym materiałem, czy też sztucznie wytworzonym.
– To by było odkrycie – dodała Fenn. – Statek oparty na technologii biologicznej. Proszę pomyśleć, prom poruszający się w przestrzeni kosmicznej, posiadający swoją inteligencję. Nie pilotowany przez inną istotę, lecz własną wolą.
Schneider pokiwał głową i już chciał z nawyku pogładzić się po brodzie, ale przypomniał sobie o hełmie.
– Rzeczywiście, panno Caroline – powiedział w zamyśleniu. – Wygląda trochę tak, jakby został wyhodowany.
– Może nie wybiegajmy tak myślami naprzód? – zaproponował Vernhard. – Kto wie, co jest tam w środku. Może się okazać, że wewnątrz znajdziemy coś innego… Coś, czego nie potrafimy sobie wyobrazić?
– Ma pan rację – zgodził się naukowiec, nadal przyglądając się wrakowi. Richter stał obok i pstrykał kolejne fotki. – Wiele nad tym myślałem. Odkąd go znaleźliśmy, nie mogę go sobie wybić z głowy. Proszę mi wierzyć, to żelastwo napsuło mi tak dużo krwi, że ostatnio zwykłem go nazywać „das verdammte Raumschiff”. W ciągu tych wszystkich dni zdążyłem wymyślić i odrzucić setki najrozmaitszych teorii na jego temat. I nic.
Obserwowali, jak czterech robotników przytaszczyło dziwne urządzenie w pobliże wraku. Ben Thomson trzymał w dłoniach sam laser, od którego ciągnęły się zwoje kabli, łączące się z akumulatorem, noszonym na plecach przez Chandlera.
– Z pewnością możemy przyjąć następującą teorię, profesorze. – Vernhard ukucnął, kreśląc jakieś wzory na śniegu. – Statek nie pochodzi stąd. To rozbitek. Wylądował tu awaryjnie, a potem załoga nie była w stanie się wydostać.
Nikt nie zaprzeczył. Chandler, Ivanov, Thomson i Gibson znieśli ostrożnie laser na dno wykopu i ustawili się przy odkrytym fragmencie statku. Ivan i Eddie wdrapali się z powrotem na szczyt, a Ben uruchomił laser. Z jego końca wystrzelił cienki, czerwonawy promień i wbił się w kadłub, tnąc stal. W górę uniosły się białe obłoczki dymu. Wszyscy odczekali pięć minut. Thomson przerwał na chwilę pracę i machnął na nich ręką, aby się zbliżyli. Vernhard, Schneider, Fenn, Richter i Smith zeszli na dół, a kiedy znaleźli się dostatecznie blisko, Ben rzucił:
– Tnie, ale mozolnie to idzie – wyjaśnił. – Mocne to diabelstwo, skoro opiera się nawet laserowi… ale dziurę wytniemy. – Ile może wam to zająć? – zapytał Smith.
Ben wzruszył ramionami.
– Pół godziny, może i więcej – odparł.
– Będziemy mieli niewiele czasu przed zamiecią. Nie przerywajcie.
– Dobra, odsuńcie się.
– A możemy popatrzeć? – odezwał się Richter.
– Jasne. Z dziesięć metrów od nas i starajcie się nie patrzeć prosto na promień.
Wykonali polecenie, a Thomson uruchomił na powrót laser. Po dwudziestu minutach Bena i Chandlera musieli zmienić Ivan i Eddie. Urządzenie nie było lekkie, aby utrzymać je w rękach przez tak długi czas, trzeba mieć nielichą krzepę. Z reguły do takich sytuacji używało się jeszcze wspornika, ale problem polegał na przytaszczeniu go z góry na dół, a potem z powrotem. Na dodatek, jak celnie zauważył Smith, czasu było niewiele.
Minęło kolejne dziesięć minut i Aleksei wyłączył laser. Odetchnął ciężko i skinął na obserwujących go ludzi.
– Chyba się udało – rzucił przez ramię.
Z ulgą odstawili laser i wspólnie naparli na wyciętą okrągłą płytę. Ponieważ ledwo drgnęła, Thomson przyszedł im z pomocą. We trzech wepchnęli wycięty fragment do wnętrza statku, który wpadł tam z metalicznym hukiem. Wewnątrz panowały egipskie ciemności. [...]
Zostało jeszcze 90% treści tej książki.
1 atmosfera fizyczna (atm) – poza układowa jednostka miary ciśnienia
Poniżej zera
isbn: 978-83-8423-276-7
© Arkadiusz Feller i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazub wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Magdalena Białek
korekta: Agata Ogórek
okładka: Krystian Żelazo
przygotowanie e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
