Poniżej zera - Arkadiusz Feller - ebook
NOWOŚĆ

Poniżej zera ebook

Arkadiusz Feller

0,0

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Nie ma ciepła. Nie ma ucieczki. Coś czai się w ciemności.

Paul Vernhard, światowej sławy ksenolog, zostaje zaproszony do wzięcia udziału w niezwykłej wyprawie. Na planecie Karamis II dokonano bowiem wyjątkowego odkrycia – znaleziono statek należący do obcej cywilizacji.

Gdy badacze udają się na miejsce, by obejrzeć znalezisko, odnajdują kokon nieprzypominający niczego znanego ludzkości. Postanawiają przewieźć go do laboratorium i poddać szczegółowym oględzinom. Nie przypuszczają, że tym samym uruchomią lawinę wydarzeń, która odmieni życie ich wszystkich…

Już w stacji badawczej z kokonu wydostaje się tajemnicza, żądna krwi istota. Pracownicy ośrodka rozpoczynają walkę o przetrwanie, w której izolacja i niebezpieczne warunki atmosferyczne będą ich najmniejszym zmartwieniem.
Wkrótce członkowie misji zdadzą sobie sprawę, że ludzka ciekawość naprawdę prowadzi do piekła – tylko że w tym przypadku piekło jest skute lodem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 372

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PRO­LOG

Ben Thom­son przy­tknął nos do szy­by ka­bi­ny ko­par­ki, pró­bu­jąc zła­pać ja­kiś punkt orien­ta­cji. Za­mieć mo­że nie by­ła jed­ną z naj­gor­szych, ale i tak da­wa­ła im się we zna­ki. Po dwóch la­tach pra­cy w te­re­nie moż­na się by­ło przy­zwy­cza­ić, jed­nak ta­kie przy­zwy­cza­je­nia nio­sły ze so­bą śmier­tel­ne ry­zy­ko. Ta pla­ne­ta tyl­ko cze­ka­ła, aż po­peł­nisz błąd i za­sy­pie cię pod to­na­mi che­micz­ne­go śnie­gu.

Sza­re, twar­de płat­ki ude­rza­ły o szy­bę. Śnieg tu­taj był po­nu­ry, przez tru­ją­ce ga­zy po­zba­wio­ny swe­go na­tu­ral­ne­go ko­lo­ru.

Ben stwier­dził, że wier­tło ko­par­ki wciąż jest na swo­im miej­scu, po­dob­nie jak miej­sce, w któ­rym ko­pał – u pod­nó­ża lo­do­wej ska­ły. Wy­da­wa­ło mu się, że po­jazd trzę­sie się przez wi­ru­ją­cą śru­bę. Od­ru­cho­wo przy­ło­żył dłoń do heł­mu ska­fan­dra, by po se­kun­dzie się zre­flek­to­wać.

– Ed­die, wi­dzisz tam coś? – za­py­tał gło­śno, sta­ra­jąc się, że­by ko­le­ga nie wy­czuł lek­kiej oba­wy w je­go gło­sie.

Ed­die Gib­son po­wi­nien te­raz być na ze­wnątrz w po­bli­żu ośmio­ko­ło­wej, po­tęż­nej cię­ża­rów­ki.

– Wszyst­ko gra, dro­gi ko­le­go – od­parł spo­koj­nym to­nem, jak zwy­kle ak­cen­tu­jąc sło­wo „ko­le­go”.

Ben zer­k­nął na le­wo i do­strzegł de­li­kat­ny za­rys syl­wet­ki je­go ska­fan­dra. Ode­tchnął cięż­ko i zła­pał za jed­ną z dźwi­gni po pra­wej.

– Przy­po­mnij mi, że­bym się wię­cej nie pa­ko­wał w ten syf – oznaj­mił bez cie­nia zło­ści.

Ed­die w od­po­wie­dzi prych­nął, aż słu­chaw­ka w heł­mie trza­snę­ła gło­śno.

– Mnie to mó­wisz? Nie po­win­no mnie tu na­wet być, to nie mo­ja dział­ka!

Fakt – przy­znał mu w du­chu ra­cję Ben. Przy­je­cha­li tu po­brać prób­ki z te­re­nu, bo Schne­ider wy­krył sil­ne, ma­gne­tycz­ne od­chy­le­nia w oko­li­cy, a po­nie­waż wszy­scy by­li za­ję­ci, Gib­son mu­siał po­je­chać z Thom­so­nem, że­by mieć na nie­go oko. Na­wet nie da­ło się te­go odło­żyć na póź­niej. Sta­ry na­uko­wiec był tak pod­eks­cy­to­wa­ny, że bez­u­stan­nie za­wra­cał ty­łek dy­rek­to­ro­wi. Ten w koń­cu pod­dał się je­go na­mo­wom.

Tu­taj bez­pie­czeń­stwo przede wszyst­kim.

– Do­bra, uwa­żaj, wier­cę da­lej – ostrzegł Ben i po­ru­szył ra­mie­niem ko­par­ki, opusz­cza­jąc świ­der w dziu­rę w lo­dzie.

Po­wierzch­nia by­ła twar­da, ale Thom­son nie mu­siał wier­cić głę­bo­ko. Jed­nak z każ­dą ko­lej­ną se­kun­dą czuł, że ko­par­ka trzę­sie się co­raz moc­niej. Do­pie­ro po chwi­li zdał so­bie spra­wę z te­go, że to nie tyl­ko ma­szy­na, ale ca­ła po­wierzch­nia drży.

– Ben! – krzyk­nął Gib­son, jak tyl­ko ta myśl do nie­go do­tar­ła. – Lód pod ko­par­ką pę­ka! Wy­co­faj!

W isto­cie, na lo­do­wej po­wierzch­ni, do tej po­ry przy­sy­pa­nej war­stwą nie­co bar­dziej mięk­kie­go śnie­gu, po­ja­wi­ły się głę­bo­kie pęk­nię­cia. Thom­son z prze­ra­że­niem ob­ser­wo­wał, jak po­wierzch­nia przed nim za­czy­na się za­pa­dać. Na­tych­miast prze­rwał wier­ce­nie i wrzu­cił wstecz­ny, ale by­ło za póź­no. Ko­par­ka unio­sła się lek­ko i za­czę­ła prze­chy­lać co­raz bar­dziej do przo­du.

Gib­son chciał po­móc przy­ja­cie­lo­wi, ale mu­siał uwa­żać, by sa­me­mu nie wpaść w osu­wi­sko.

Ben od­piął uprząż, otwo­rzył drzwi ka­bi­ny i wy­sko­czył ze środ­ka w ostat­niej chwi­li. Upadł, opie­ra­jąc się na dło­niach, ale nie­bez­pie­czeń­stwo nie mi­nę­ło. Ko­par­ka osu­wa­ła się co­raz bar­dziej, a Thom­son czuł, jak lód pę­ka też pod nim. Po­zbie­rał się i od­biegł pa­rę kro­ków. Gib­son zła­pał go i od­cią­gnął w stro­nę cię­ża­rów­ki.

Ma­szy­na za­trzy­ma­ła się i po kil­ku se­kun­dach wszyst­ko za­mar­ło. Je­dy­nie w po­wie­trzu uno­sił się sza­ry puch.

– Wszyst­ko gra, sta­ry? – za­py­tał Ed­die z wy­raź­ną tro­ską.

– Taa – sap­nął Ben. W prze­ci­wień­stwie do nie­go Ed­die był nie­wiel­kiej po­stu­ry i wy­glą­dał przy nim jak ka­rze­łek, a po­nie­waż Gib­son na­dal trzy­mał go za ra­mię, to z bo­ku wy­glą­da­ło to dość ko­micz­nie. – Ale mo­żesz mnie pu­ścić.

– Wy­bacz. – Ed­die od­sko­czył od nie­go jak opa­rzo­ny.

Wy­jął z kie­sze­ni kom­bi­ne­zo­nu nie­wiel­ką la­tar­kę i ją włą­czył. Za­czął iść w stro­nę ko­par­ki, u któ­rej wi­dać te­raz by­ło je­dy­nie ka­bi­nę, ra­mię i tyl­ne świa­tła.

– Co ro­bisz? – za­nie­po­ko­ił się Ben.

– Chcę spraw­dzić, jak to wy­glą­da – uspo­ko­ił go ko­le­ga.

– Uwa­żaj, lód mo­że jesz­cze po­pę­kać – ostrzegł Thom­son.

Ed­die zi­gno­ro­wał go i ostroż­nie, krok za kro­kiem zbli­żał się do kra­wę­dzi za­pa­dli­ska. Po­wsta­ła spo­rych roz­mia­rów dziu­ra, dość głę­bo­ka. Pod lo­dem mu­sia­ła być ja­kaś pu­sta prze­strzeń i dla­te­go pod cię­ża­rem ma­szy­ny lód pękł. Ed­die za­świe­cił la­tar­ką w dół. Śnież­ny pył już pra­wie opadł i męż­czy­zna za­czął do­strze­gać za­rys cze­goś, co nie by­ło bry­łą lo­du.

– O ja pier­do­lę! – wy­rwa­ło mu się.

– Co jest? Co się dzie­je? – Ben sta­wał się co­raz bar­dziej ner­wo­wy.

– Le­piej sam zo­bacz. – Gib­son mach­nął na nie­go rę­ką.

Thom­son ostroż­nie pod­szedł do nie­go, bacz­nie ob­ser­wu­jąc po­wierzch­nię, po któ­rej stą­pał. Za­trzy­mał się przy ko­le­dze i spoj­rzał w miej­sce, któ­re ten oświe­tlał.

– Co to jest, do cho­le­ry?

Męż­czyź­ni wy­mie­ni­li się spoj­rze­nia­mi, po czym znów skie­ro­wa­li wzrok w dół. Spod po­wierzch­ni wy­sta­wał, czę­ścio­wo przy­sy­pa­ny frag­men­ta­mi lo­do­wych brył, frag­ment cze­goś du­że­go o ma­to­wo me­ta­licz­nej po­wierzch­ni. Na do­le lód był nie­co czyst­szy i wy­raź­niej mo­gli zo­ba­czyć za­rys od­kry­te­go obiek­tu. Co­kol­wiek mie­li przed so­bą, by­ło to ogrom­ne!

Ed­die, gdy­by te­raz mógł, po­dra­pał­by się w czo­ło z wy­raź­ną kon­ster­na­cją.

– Chy­ba bę­dzie­my mu­sie­li to zgło­sić – stwier­dził.

ROZ­DZIAŁ 1

KA­RA­MIS II

Nie od­ry­wał wzro­ku od mi­kro­sko­pu już od ja­kie­goś cza­su. Dla po­stron­ne­go ob­ser­wa­to­ra mógł ucho­dzić za dzi­wa­ka, a cał­ko­wi­ty bez­ruch, ja­ki te­mu to­wa­rzy­szył, przy­wo­dził na myśl mar­mu­ro­wy po­sąg. Jed­nak ko­le­dzy wie­dzie­li, że to by­ła je­go ob­se­sja. Igno­ro­wa­li więc to, że spę­dzał w la­bo­ra­to­rium dłu­gie go­dzi­ny. Nic na to nie mógł po­ra­dzić. Ko­chał swo­ją pra­cę i fa­scy­no­wa­ły go wszel­kie­go ty­pu od­kry­cia. W koń­cu nie co dzień moż­na by­ło zba­dać ży­we ko­mór­ki stwo­rze­nia po­cho­dzą­ce­go z in­nej pla­ne­ty. Lecz on nie tyl­ko ko­chał je ba­dać. Znał się per­fek­cyj­nie na tej ro­bo­cie i każ­dy o tym wie­dział.

Paul Vern­hard był świa­to­wej sła­wy kse­no­lo­giem. Zaj­mo­wał się tym już od pięt­na­stu lat. Wszyst­kie wol­ne chwi­le po­świę­cał pra­cy, za­po­mi­na­jąc o bo­żym świe­cie. Nic więc dziw­ne­go, że pod­sko­czył za­sko­czo­ny, kie­dy ktoś chrząk­nął z dru­gie­go koń­ca po­ko­ju. Uniósł gło­wę znad mi­kro­sko­pu i zo­ba­czył sto­ją­ce­go w drzwiach la­bo­ra­to­rium męż­czy­znę w ide­al­nie wy­pra­so­wa­nym gar­ni­tu­rze i z ne­se­se­rem w rę­ku. Miał oko­ło czter­dziest­ki. Wło­sy sta­ran­nie za­cze­sa­ne do ty­łu. Roz­glą­dał się wo­kół z za­cie­ka­wie­niem, po­dzi­wia­jąc znaj­du­ją­ce się w ga­blo­tach ko­ści i frag­men­ty skór o róż­nym ubar­wie­niu i frak­tu­rze.

– Prze­pra­szam, nie sły­sza­łem, jak pan wcho­dził. – Vern­hard zdjął swo­je gu­mo­we rę­ka­wicz­ki i przyj­rzał się uważ­niej przy­by­szo­wi. Zde­cy­do­wa­nie wy­glą­dał mu na ja­kie­goś gry­zi­piór­ka z urzę­du. Na pew­no nikt z Cen­trum Ba­dań. Paul znał tu nie­mal wszyst­kich. – W czym mo­gę po­móc?

Męż­czy­zna spoj­rzał znów na nie­go i uśmiech­nął się tak, jak mógł to zro­bić ko­mor­nik przy­cho­dzą­cy z in­for­ma­cją o za­dłu­że­niu po­dat­ko­wym.

– Czy mam przy­jem­ność z pro­fe­so­rem Vern­har­dem? – Miał szorst­ki, gar­dło­wy głos, zu­peł­nie nie­pa­su­ją­cy do je­go oso­by.

– Tak – od­parł ostroż­nie Vern­hard.

Męż­czy­zna zbli­żył się, wy­cią­ga­jąc w je­go kie­run­ku dłoń.

– Ja­mes Pal­mer z kor­po­ra­cji Glo­bal In­du­stries – przed­sta­wił się. – Mo­gę za­mie­nić z pa­nem sło­wo?

Vern­hard uści­snął mu dłoń. Na­zwa Glo­bal In­du­stries nie by­ła mu ob­ca. Kse­no­log ski­nął gło­wą, że­by usiadł po dru­giej stro­nie sto­łu, na wy­so­kim krze­śle. Pal­mer sko­rzy­stał z pro­po­zy­cji, a Paul po­wró­cił do ob­ser­wa­cji przez mi­kro­skop.

– Jak mnie­mam, ko­ja­rzy pan na­zwę fir­my? – za­gad­nął Pal­mer, wi­dząc, że Vern­hard nie kwa­pi się do za­da­wa­nia py­tań.

– Ja­sne – od­rzekł na­uko­wiec i pod­niósł wzrok na przed­sta­wi­cie­la kor­po­ra­cji. – Pa­na fir­ma już dwu­krot­nie zwró­ci­ła się do mnie o po­moc.

– Nic dziw­ne­go, bio­rąc pod uwa­gę to, czym się zaj­mu­je­my… i czym pan się zaj­mu­je – oznaj­mił Pal­mer. – Na proś­bę mo­ich pra­co­daw­ców przy­je­cha­łem tu­taj, aby zło­żyć pa­nu pew­ną pro­po­zy­cję.

Vern­hard uniósł py­ta­ją­co brew.

– Mo­że po­wi­nie­nem za­trud­nić się w wa­szej fir­mie? Przy tak in­ten­syw­nych po­szu­ki­wa­niach, mógł­bym zbić gru­be mi­lio­ny.

Pal­mer się za­śmiał, naj­wy­raź­niej wziął to za do­bry dow­cip. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak Vern­hard nie żar­to­wał. W ostat­nich la­tach kor­po­ra­cja Glo­bal do­ko­na­ła kil­ku prze­ło­mo­wych od­kryć w dzie­dzi­nie kse­no­lo­gii, mi­mo iż jej prze­zna­cze­nie by­ło zu­peł­nie in­ne. Sły­szał, że na ta­kich ubocz­nych do­rob­kach za­ro­bi­li kil­ka­dzie­siąt mi­lio­nów.

– Mo­że fak­tycz­nie pan po­wi­nien. – Pal­mer z uśmie­chem po­ło­żył ne­se­ser na sto­le la­bo­ra­to­ryj­nym. – Ale wra­ca­jąc do spra­wy… Na jed­nej z pla­net, w któ­rą Glo­bal In­du­stries za­in­we­sto­wa­ło spo­re pie­nią­dze, na­si lu­dzie zna­leź­li coś, co z pew­no­ścią mo­gło­by pa­na za­in­te­re­so­wać.

– To zna­czy? – Vern­hard nie­chęt­nie od­su­nął mi­kro­skop na bok.

Pra­ca bę­dzie mu­sia­ła po­cze­kać. Nie zno­sił, kie­dy mu prze­ry­wa­no, ale wy­czu­wał też, kie­dy szy­ku­je się coś grub­sze­go. To nie pierw­sze ta­kie je­go spo­tka­nie.

Pal­mer po­tarł ner­wo­wo rę­ce.

– Mo­gę po­wie­dzieć, że na pla­ne­cie eki­pa z tam­tej­szej sta­cji ba­daw­czej zna­la­zła coś, co mo­że być naj­więk­szym prze­ło­mem w hi­sto­rii na­szej cy­wi­li­za­cji.

Vern­hard za­czął ba­wić się na­rzę­dzia­mi le­żą­cy­mi na me­ta­lo­wej ta­cy, za­sta­na­wia­jąc się nad je­go sło­wa­mi.

– W cią­gu ostat­nich trzy­stu lat do­ko­na­no wie­le ta­kich od­kryć – stwier­dził bez­na­mięt­nie. – O jak wiel­kim prze­ło­mie mó­wi­my?

Pal­mer zer­k­nął w bok, jak­by bo­jąc się, czy nikt nie pod­słu­chu­je, po czym po­chy­lił się w kie­run­ku kse­no­lo­ga.

– O tak wiel­kim, że te wszyst­kie od­kry­cia z ostat­nich trzy­stu lat bled­ną.

Vern­hard spoj­rzał na przed­sta­wi­cie­la fir­my, upew­nia­jąc się, czy ten, aby się z nie­go nie na­bi­ja.

– A co? Zna­leź­li­ście ja­kieś ogrom­ne zwie­rzę o in­te­li­gen­cji psa? – pró­bo­wał za­żar­to­wać.

Pal­mer po­krę­cił gło­wą, po czym otwo­rzył ne­se­ser i wy­do­był z nie­go dziw­ny przed­miot. By­ła to ja­kaś część, mo­że frag­ment ja­kie­goś obiek­tu. Kształ­tem przy­po­mi­nał kil­ka ludz­kich że­ber w nie­co więk­szej ska­li, o rdza­wym ko­lo­rze. Wrę­czył go Vern­har­do­wi, a ten za­czął oglą­dać przed­miot z róż­nych stron. Wy­da­wał się nie­sa­mo­wi­cie lek­ki, a kie­dy w nie­go za­stu­kał, usły­szał głu­chy od­głos. Nie by­ło wąt­pli­wo­ści, że przed­miot ten wy­ko­na­ny zo­stał z me­ta­lu, ale cięż­ko by­ło mu stwier­dzić ja­kie­go.

– Na­si lu­dzie zna­leź­li to mie­siąc te­mu, kie­dy ro­bi­li ba­da­nia w te­re­nie – po­wie­dział Pal­mer.

Vern­hard ob­ra­cał w rę­kach przed­miot i na­dal nie po­tra­fił stwier­dzić, skąd po­cho­dzi. Za­in­try­go­wa­ny, od­dał go przed­sta­wi­cie­lo­wi fir­my.

– Pod­da­ję się. Wiem tyl­ko, że jest bar­dzo sta­ry, ale cięż­ko mi do­kład­nie osza­co­wać, ile mo­że mieć lat. Wy­ni­ka to z gru­bo­ści ka­mie­nia, ja­ki do nie­go przy­legł. Pa­le­on­to­log po­wie­dział­by wię­cej. Co to jest?

Pal­mer z za­do­wo­le­niem scho­wał przed­miot z po­wro­tem do ne­se­se­ra.

– Otóż, pa­nie pro­fe­so­rze, jest to frag­ment stat­ku – od­po­wie­dział. – Wra­ku, któ­ry na­si lu­dzie zlo­ka­li­zo­wa­li pod gru­bą war­stwą lo­du. Ten ka­wa­łek jest wy­ko­na­ny z nie­zna­ne­go nam me­ta­lu.

Te­go Vern­hard się nie spo­dzie­wał. Przez mo­ment chło­nął otrzy­ma­ną in­for­ma­cję, by po chwi­li się otrzą­snąć.

– Wra­ku? Ja­kie­go wra­ku?

Wciąż spo­glą­da­jąc Pal­me­ro­wi w oczy, szu­kał ja­kich­kol­wiek oznak kłam­stwa. Nie, on mó­wił śmier­tel­nie po­waż­nie.

– Wra­ku, któ­ry spo­czy­wał pod lo­dem przy­naj­mniej od se­tek lat – wy­ja­śnił Pal­mer. – Tam­tej­sza eki­pa przy­sła­ła nam zdję­cia. Prze­świe­tlo­no po­wierzch­nię ca­łe­go re­jo­nu i wy­kry­to, że spo­czy­wa tam coś, co wy­ko­na­ne zo­sta­ło z me­ta­lu. Ob­ra­zy z prze­świe­tleń po­zwo­li­ły usta­lić, że wy­kry­ty obiekt ma śred­ni­cę po­nad sześć­dzie­się­ciu me­trów kwa­dra­to­wych.

Wy­cią­gnął z tecz­ki ko­per­tę i wy­jął z niej ar­kusz przed­sta­wia­ją­cy zdję­cia wy­ko­na­ne z lo­tu pta­ka. Vern­hard przyj­rzał się im do­kład­nie. Na bia­łym tle, po­śród ozna­czo­nych wznie­sień i wy­kre­sów, wy­raź­nie wi­dać by­ło ciem­niej­szy od­cień w kształ­cie pół­księ­ży­ca. Przy­glą­dał mu się dłu­go i Pal­mer wy­raź­nie po­czuł się skrę­po­wa­ny. Chrząk­nął z prze­pra­sza­ją­cą mi­ną i kie­dy uda­ło mu się sku­pić uwa­gę kse­no­lo­ga na so­bie, kon­ty­nu­ował:

– Pa­nie pro­fe­so­rze, pro­szę mi wie­rzyć. To coś nie jest wy­two­rem czło­wie­ka. Jest to od­kry­cie na ska­lę świa­to­wą, prze­łom w pa­na dzie­dzi­nie. Kor­po­ra­cja pro­po­nu­je pa­nu współ­udział w tym przed­się­wzię­ciu. Za coś ta­kie­go moż­na do­stać No­bla!

– Współ­udział? – Vern­hard zer­k­nął po­dejrz­li­wie na swo­je­go go­ścia.

Pal­mer znów zro­bił prze­pra­sza­ją­cą mi­nę.

– Glo­bal In­du­stries nie jest chci­wą kor­po­ra­cją, za­pew­niam pa­na. Pro­po­nu­je­my pa­nu jed­ną pią­tą zy­sków. A bio­rąc pod uwa­gę, że zna­leź­ne na­le­ży się wy­łącz­nie mo­jej fir­mie, tak waż­ne od­kry­cie przy­nie­sie kor­po­ra­cji mi­lio­ny do­cho­du. Bę­dzie pan usta­wio­ny do koń­ca ży­cia.

Vern­hard za­sta­no­wił się chwi­lę. Po­ku­sa po­zna­nia tak waż­ne­go od­kry­cia by­ła nie do od­par­cia. Nad czym się jesz­cze za­sta­na­wiasz, czło­wie­ku? – za­py­tał się w du­chu.

– Po­wie­dział pan, że jest pod lo­dem – za­czął, wciąż za­sta­na­wia­jąc się nad pro­po­zy­cją. – Gdzie do­kład­nie?

– Na Ka­ra­mis dwa – od­parł Pal­mer. – Jest to jed­na ze śnież­nych pla­net kar­ło­wa­tych sys­te­mu Per­se­usza, przy­go­to­wy­wa­na do ko­lo­ni­za­cji. Więc jak? Od­po­wiedź mu­szę nie­ste­ty znać już te­raz, moi pra­co­daw­cy nie mo­gą cze­kać. Zna­le­zi­sko spo­wal­nia pra­cę tam­tej­szej sta­cji ba­daw­czej.

Vern­hard pierw­szy raz usły­szał na­zwę Ka­ra­mis. Z ni­czym mu się nie ko­ja­rzy­ła. Wciąż spo­glą­da­jąc na zdję­cie, po raz ko­lej­ny za­czął w umy­śle ana­li­zo­wać pro­po­zy­cję współ­udzia­łu. Pal­mer cze­kał cier­pli­wie, da­jąc mu czas do na­my­słu. Vern­hard pod­jął de­cy­zję.

– No do­bra. Wcho­dzę w to. Kie­dy wy­ru­sza­my?

Pal­mer z za­do­wo­le­niem wstał, bio­rąc swój ne­se­ser.

– Pro­szę sta­wić się ju­tro o dzie­wią­tej w ko­smo­por­cie. Bę­dę tam na pa­na cze­kał. Bi­le­ty już są za­ła­twio­ne. Wi­tam pa­na w za­ło­dze.

***

Po­dróż do sys­te­mu Per­se­usza trwa­ła pra­wie trzy ty­go­dnie. Za­trzy­ma­li się na jed­nej ze sta­cji ko­smicz­nych, gdzie cze­kał na nich prom, któ­ry miał bez­po­śred­nio za­wieźć ich na Ka­ra­mis II. Lot ze sta­cji do pla­ne­ty miał po­trwać ko­lej­ne trzy dni. Mo­że i nie le­cie­li pierw­szą kla­są, ale prom miał do­dat­ko­we po­miesz­cze­nia wy­po­czyn­ko­we na tyl­nym po­kła­dzie oraz kuch­nię, więc nie mu­sie­li ca­łą dro­gę być przy­pię­ci do fo­te­li.

Te­raz nad­cho­dził kres po­dró­ży i Vern­hard już nie mógł się do­cze­kać, kie­dy przy­stą­pi do pra­cy. Sta­tek, któ­rym le­cie­li, nie pre­zen­to­wał się naj­le­piej. Był prze­sta­rza­ły, po­zba­wio­ny wsze­la­kich wy­gód i prze­raź­li­wie ha­ła­so­wał. Spa­nie w prze­dzia­le wy­po­czyn­ko­wym nie by­ło złe, jed­nak ostat­nie go­dzi­ny mie­li spę­dzić w fo­te­lach, bli­sko dzio­bu. Na­uko­wiec nie mógł wyjść z po­dzi­wu, jak Pal­me­ro­wi uda­ło się w tym cza­sie uciąć krót­ką drzem­kę. To­wa­rzy­szył im jesz­cze je­den osob­nik. Szczu­pły An­glik z przy­gła­dzo­ny­mi wło­sa­mi, wiecz­nie sie­dzą­cy z no­sem w ja­kiejś książ­ce. Na szyi luź­no zwi­sał mu apa­rat fo­to­gra­ficz­ny.

Vern­hard co chwi­lę wy­glą­dał przez ma­leń­ki wi­zjer na ścia­nie obok. Ka­ra­mis II był już w za­się­gu wzro­ku. Był to bia­ła­wy glob o śred­ni­cy dwóch ty­się­cy dwu­stu trzy­dzie­stu pię­ciu ki­lo­me­trów, w od­cie­niach błę­ki­tu i sza­ro­ści.

Pro­fe­sor upew­nił się, czy pa­sy są do­brze za­pię­te. Sil­na uprząż nie po­zwa­la­ła ru­szyć się z miej­sca. Rę­ce mu drża­ły. Nie cier­piał lo­tów ma­ły­mi stat­ka­mi.

Męż­czy­zna sie­dzą­cy na­prze­ciw­ko uniósł gło­wę znad książ­ki i przyj­rzał mu się z za­cie­ka­wie­niem.

– Paul Vern­hard, praw­da? – za­py­tał. Mó­wił płyn­ną an­gielsz­czy­zną, z lek­ko no­so­wym brzmie­niem.

Vern­hard ski­nął twier­dzą­co gło­wą, sta­ra­jąc się jed­no­cze­śnie po­luź­nić trzy­ma­ją­cą go uprząż. Męż­czy­zna wy­cią­gnął do nie­go rę­kę, ale po chwi­li się zre­flek­to­wał, bo sie­dzie­li za da­le­ko od sie­bie.

– Ke­vin Rich­ter z Ga­lac­tic Express – przed­sta­wił się. – Czy­ta­łem pań­ską książ­kę na te­mat ga­tun­ków po­za­ziem­skich. Sza­le­nie mi się po­do­ba­ła. Chcę tyl­ko po­wie­dzieć, że to za­szczyt dla mnie móc pra­co­wać z tak sław­nym czło­wie­kiem jak pan.

Vern­hard do­pie­ro te­raz zwró­cił uwa­gę na książ­kę w rę­kach An­gli­ka. To by­ła książ­ka, któ­rą na­pi­sał i opu­bli­ko­wał ja­kieś trzy la­ta te­mu. Spę­dził nad nią du­żo cza­su. Przy­wo­ły­wa­ła złe wspo­mnie­nia, więc Paul sku­pił ca­łą uwa­gę na roz­mów­cy.

– Pra­cu­je pan dla ga­ze­ty? – spy­tał Rich­te­ra.

– Je­stem tu na proś­bę pa­na Pal­me­ra i Glo­bal In­du­stries, aby na­pi­sać ar­ty­kuł, któ­ry roz­dmu­cha hi­sto­rię na ca­ły świat. Im wię­cej lu­dzi się do­wie, tym więk­sze zy­ski otrzy­ma fir­ma. W tej chwi­li kor­po­ra­cji za­le­ży przede wszyst­kim na dys­kre­cji, ale kie­dy zo­sta­ną za­koń­czo­ne ba­da­nia, na­sza ga­ze­ta bę­dzie je­dy­ną, któ­ra tę hi­sto­rię opi­sze szcze­gó­ło­wo.

Vern­hard znów spoj­rzał na ma­łą pla­ne­tę i wró­cił do re­por­te­ra.

– Był pan już w ta­kich miej­scach?

Rich­ter się ro­ze­śmiał, roz­kła­da­jąc rę­ce.

– Ży­ję w po­go­ni za sen­sa­cją, pa­nie Vern­hard. By­wa­łem w nie­jed­nym nie­bez­piecz­nym miej­scu.

Paul ski­nął gło­wą, wie­rząc mu. W przej­ściu pro­wa­dzą­cym do kok­pi­tu po­ja­wił się czło­wiek w czap­ce pi­lo­ta i brą­zo­wej skó­rza­nej kurt­ce z fu­trza­nym koł­nie­rzem. Prze­ci­snął się przez wą­skie przej­ście i spoj­rzał na pa­sa­że­rów.

– Za chwi­lę wej­dzie­my w at­mos­fe­rę Ka­ra­mis – oświad­czył. – Za­pnij­cie pa­sy i trzy­maj­cie się moc­no.

– Dzię­ki, Rick – rzu­cił Pal­mer, a pi­lot wró­cił do ka­bi­ny.

Vern­hard prze­chy­lił się nie­co, że­by rzu­cić okiem na kok­pit. Za ste­ra­mi sie­dział jesz­cze je­den pi­lot – nie­ogo­lo­ny, z dłu­gi­mi, tłu­sty­mi wło­sa­mi. Je­go usta pra­co­wi­cie prze­żu­wa­ły ty­toń. Mruk­nął coś nie­wy­raź­nie do ko­le­gi, a ten od­parł mu rów­nie nie­zro­zu­mia­le.

Wstrzą­sy na po­kła­dzie by­ły co­raz sil­niej­sze. Vern­hard się­gnął do kie­sze­ni kurt­ki i wy­jął ma­łą szkla­ną bu­te­lecz­kę ze środ­ka­mi uspo­ka­ja­ją­cy­mi. Trzę­są­cy­mi się rę­ko­ma wy­do­był dwie pi­guł­ki i je po­łknął. Pal­mer przy­glą­dał mu się, ale nic nie po­wie­dział.

– Za chwi­lę tur­bu­len­cje! – Usły­sze­li głos od stro­ny ka­bi­ny pi­lo­tów. – Bę­dzie rzu­ca­ło jak na ka­ru­ze­li w we­so­łym mia­stecz­ku, więc bez pa­ni­ki.

Więc to jesz­cze nie są tur­bu­len­cje? – prze­szło mu przez gło­wę. Spró­bo­wał my­śleć o czymś przy­jem­nym, ale cią­głe wstrzą­sy to utrud­nia­ły.

Jesz­cze tyl­ko tro­chę. Jesz­cze pa­rę mi­nut i bę­dzie na twar­dej zie­mi. Po tych pa­ru mi­nu­tach szarp­nę­ło nim naj­pierw w je­den bok, póź­niej w dru­gi, ale pa­sy trzy­ma­ły moc­no i nie po­zwo­li­ły mu się zsu­nąć z sie­dze­nia.

– Za­wsze tak trzę­sie? – za­py­tał Pal­me­ra.

Przed­sta­wi­ciel kor­po­ra­cji trzy­mał się pod­ło­kiet­ni­ków, pa­trząc się gdzieś przed sie­bie.

– Na Ka­ra­mis dwa pręd­kość wia­tru osią­ga do sie­dem­dzie­się­ciu ośmiu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę przy naj­gor­szej po­go­dzie – od­parł. – Tur­bu­len­cje są tu­taj za­wsze przy lą­do­wa­niu. Ale pro­szę być spo­koj­nym. Ho­li­day i Ro­bin­son są świet­ny­mi pi­lo­ta­mi, la­ta­li już w gor­szą po­go­dę. Zna­ją się na tej ro­bo­cie, praw­da, chło­pa­ki?

Ostat­nie zda­nie skie­ro­wał w głąb kok­pi­tu. Od­po­wie­dzia­ły mu nie­pew­ne po­mru­ki, po­twier­dze­nia. Po­tem obaj pi­lo­ci za­czę­li pro­wa­dzić, jak na gust Vern­har­da, zbyt gło­śną kon­wer­sa­cję, któ­ra ani tro­chę go nie uspo­ko­iła.

– Gdzie ta cho­ler­na la­tar­nia? – za­py­tał sam sie­bie ten żu­ją­cy bez­u­stan­nie ty­toń. – Dla­cze­go na­daj­nik nic nie ła­pie?

– Nie je­ste­śmy jesz­cze w od­po­wied­niej od­le­gło­ści – do­dał je­go ko­le­ga w czap­ce. – Uwa­żaj, masz sil­ny wiatr z le­wej.

– Bez tej la­tar­ni je­ste­śmy śle­pi jak kre­ty – mó­wił da­lej ten pierw­szy. – Zo­bacz tyl­ko na tę za­dym­kę!

Pi­lo­to­wa­li prom, wy­mie­nia­jąc na prze­mian róż­ne uwa­gi i żar­ci­ki. Po chwi­li za­uwa­ży­li ze swo­ich miejsc sta­cję. Rick po­łą­czył się z nią przez ra­dio. Vern­hard zer­k­nął przez wi­zjer, aby zo­ba­czyć, gdzie są. Wi­dział tyl­ko sza­le­ją­cą śnież­ną za­mieć. Gdzieś na ho­ry­zon­cie za­ma­ja­czy­ły wy­so­kie wzgó­rza. Na szczę­ście wstrzą­sy po­wo­li usta­wa­ły, na ty­le, że Pal­mer i Rich­ter od­pię­li swo­je uprzę­że. Vern­hard te­go nie zro­bił. Nie od­wa­żył się.

Pi­lot Rick wy­chy­lił się ze swo­je­go fo­te­la i krzyk­nął w stro­nę pa­sa­że­rów:

– Zro­bi­my peł­ne ko­ło, aby­ście mo­gli so­bie po­pa­trzeć! Mo­że uda się zro­bić pa­nu pa­rę zdjęć, pa­nie Rich­ter.

Re­por­ter zła­pał za swój apa­rat i sta­nął przy wi­zje­rze od stro­ny Vern­har­da. Pal­mer do­łą­czył do nich i we trój­kę wy­pa­try­wa­li cze­go­kol­wiek, co mo­gło być ja­kąś bu­dow­lą. Jak tyl­ko po­jazd prze­chy­lił się lek­ko na pra­wą stro­nę, zo­ba­czy­li ją jed­no­cze­śnie.

Bu­dow­la by­ła czę­ścio­wo za­sy­pa­na przez po­tęż­ne za­spy. Jej głów­ną kon­struk­cję sta­no­wi­ła wiel­ka ko­pu­ła, od któ­rej od­cho­dzi­ły dwa tu­ne­le. Je­den łą­czył się z dwu­krot­nie mniej­szym ko­pu­la­stym obiek­tem, dru­gi pro­wa­dził do jesz­cze mniej­sze­go bu­dyn­ku o pro­sto­kąt­nym kształ­cie. Przy głów­nej kon­struk­cji wzno­si­ła się oświe­tlo­na wie­ża sa­te­li­ty.

– Co tu­taj do­kład­nie ro­bi­cie? – za­dał py­ta­nie Rich­ter.

– Współ­pra­cu­je­my z kor­po­ra­cją Ter­ra, któ­ra zaj­mu­je się ter­ra­for­ma­cją pla­net – wy­ja­śnił Pal­mer. – Na­szym za­da­niem jest uprzed­nio do­ko­na­nie wszel­kich moż­li­wych ba­dań oraz przy­go­to­wa­nie pla­net do bu­do­wy więk­szych kon­struk­cji. Te­mu słu­ży ten kom­pleks. Każ­de ba­da­nie czy zna­le­zi­sko sta­no­wi waż­ną część w ter­ra­for­mo­wa­niu. Na ich pod­sta­wie kor­po­ra­cja Ter­ra two­rzy ko­lo­nie, przy­sto­so­wa­ne do na­wet su­ro­wych wa­run­ków, a tak­że wie, ja­ki ma wpro­wa­dzić pro­gram do pro­ce­so­rów at­mos­fe­rycz­nych. Po­tem ta­kie cu­deń­ka zmie­nia­ją skład at­mos­fe­ry na ty­le, aby czło­wiek mógł bez­piecz­nie od­dy­chać. Jest to żmud­ny i dłu­go­trwa­ły pro­ces, ale opła­cal­ny.

Sta­tek wy­ko­nał peł­ny krąg nad sta­cją, po czym ob­ni­żył lot i za­wisł nad mniej­szą ko­pu­łą. Jej dach roz­su­nął się na bo­ki, uka­zu­jąc wnę­trze lą­do­wi­ska. Pi­lo­ci lą­do­wa­li stop­nio­wo, bez po­śpie­chu, po­nie­waż wiatr mógł w każ­dej chwi­li szarp­nąć sta­tecz­kiem, co pro­wa­dzi­ło­by do ka­ta­stro­fy. Kie­dy w koń­cu osiadł twar­do na pły­cie lą­do­wi­ska, dach bu­dyn­ku za­mknął się na po­wrót. Sil­ni­ki umil­kły, a obaj pi­lo­ci opu­ści­li swo­je miej­sca. Ten w czap­ce zer­k­nął na pa­sa­że­rów i się uśmiech­nął.

– No to je­ste­śmy na miej­scu – oznaj­mił, po czym po­pa­trzył na Vern­har­da. – Prze­pra­szam, że lot był nie­wy­god­ny, ale la­ta­nie przy sil­nym wie­trze za­wsze ta­kie jest.

Vern­hard spró­bo­wał się uśmiech­nąć, ale żo­łą­dek za­czął pod­cho­dzić mu do gar­dła.

– W po­rząd­ku – zdo­łał wy­krztu­sić. – Świet­nie się pan spi­sał.

Pi­lot uści­snął mu dłoń.

– Je­stem Rick Ho­li­day, a to Geo­r­ge Ro­bin­son. – Wska­zał na ko­le­gę za swo­imi ple­ca­mi. – My­ślę, że mo­że­my już bez­piecz­nie wy­siąść. Wen­ty­la­cja na pew­no oczy­ści­ła już po­wie­trze han­ga­ru z nie­przy­jem­nych skład­ni­ków at­mos­fe­ry.

Pal­mer się za­śmiał, a Ro­bin­son otwo­rzył właz pro­mu. Kie­dy Vern­hard opu­ścił po­kład, nie wy­trzy­mał. Pręd­ko od­szedł na bok, zgiął się wpół i zwy­mio­to­wał na pły­tę lą­do­wi­ska. Po­tem, wy­cie­ra­jąc usta chu­s­tecz­ką, wy­pro­sto­wał się w sam raz, by zo­ba­czyć dwóch lu­dzi, któ­rzy we­szli do han­ga­ru. Je­den z nich był star­sza­wym, ły­sie­ją­cym męż­czy­zną z si­wą bro­dą i w na­ło­żo­nym bia­łym ki­tlu. Dru­gi, zde­cy­do­wa­nie młod­szy, no­sił na so­bie sza­ry, za­dba­ny kom­bi­ne­zon ro­bo­czy. Miał krót­kie kasz­ta­no­we wło­sy i nie­co wy­su­nię­te ko­ści po­licz­ko­we. Obaj po­de­szli do piąt­ki po­dróż­nych i ten młod­szy uści­snął naj­pierw dłoń Pal­me­ro­wi.

– Cie­szę się, że już je­ste­ście – oznaj­mił za­do­wo­lo­ny. – Mi­ło znów pa­na wi­dzieć, pa­nie Pal­mer.

– I na­wza­jem – od­parł grzecz­nie przed­sta­wi­ciel kor­po­ra­cji.

Na­stęp­nie Pal­mer przy­wi­tał się ze star­szym męż­czy­zną w ki­tlu. Tym­cza­sem młod­szy zwró­cił się do Vern­har­da:

– Pan za­pew­ne jest tym kse­no­lo­giem, o któ­rym sły­sze­li­śmy? – za­gad­nął. – Na­zy­wam się Tre­vor Smith. Pro­wa­dzę to miej­sce. Mam na­dzie­ję, że lot miał pan spo­koj­ny.

– Paul Vern­hard. – Pro­fe­sor się przy­wi­tał, li­cząc na to, że nie by­li świad­ka­mi, jak wy­mio­to­wał na pod­ło­gę, w prze­ciw­nym ra­zie pierw­sze wra­że­nie szlag tra­fi. – Co do lo­tu, nie mo­gę po­wie­dzieć, że­by mi się po­do­ba­ły ta­kie po­dró­że. W za­sa­dzie ni­g­dy ich nie lu­bi­łem.

Pod­szedł do nich męż­czy­zna w ki­tlu. Ener­gicz­nie wy­cią­gnął rę­kę do Vern­har­da i sil­nie nią po­trzą­snął. Wy­da­wał się czymś pod­eks­cy­to­wa­ny.

– Pro­fe­sor Al­bert Schne­ider, czło­wiek na­uki i od­kryw­ca nie­zna­ne­go.

Je­go sło­wa ich roz­ba­wi­ły. Schne­ider, nie­spe­szo­ny, mó­wił da­lej:

– Wspa­nia­le, że już tu je­ste­ście, na­praw­dę wspa­nia­le! Aż pa­lę się, że­by pa­nu po­ka­zać, co uda­ło nam się osią­gnąć. Spe­cja­li­zu­ję się w ge­ne­ty­ce, fi­zy­ce i che­mii. Chciał­bym już po­znać opi­nię eks­per­ta.

– Al­bert, do­pie­ro co przy­le­cie­li – wtrą­cił Smith. – Pan Vern­hard na pew­no jest zmę­czo­ny po­dró­żą i chciał­by coś zjeść, za­nim zba­da wrak.

Schne­ider uśmiech­nął się zde­gu­sto­wa­ny, ale ski­nął gło­wą na zgo­dę.

– Nie­miec? – za­gad­nął Vern­hard, aby zmie­nić te­mat.

– Au­striak – od­parł na­uko­wiec. – Bez spe­cjal­nej i fa­scy­nu­ją­cej hi­sto­rii mo­je­go ro­do­wo­du. Mat­ka by­ła Szwed­ką.

Vern­hard od­wza­jem­nił uśmiech. Na­uko­wiec wy­glą­dał na sym­pa­tycz­ne­go sta­rusz­ka. Ho­li­day, nio­sąc cięż­kie tor­by, za­czął pro­wa­dzić Pal­me­ra i Rich­te­ra w stro­nę wyj­ścia. Smith ge­stem wska­zał, aby po­dą­żyć za ni­mi.

– Pro­szę czuć się jak u sie­bie, pro­fe­so­rze. Wi­ta­my na Ka­ra­mis dwa.

ROZ­DZIAŁ 2

WRAK

Dłu­gi ko­ry­tarz, łą­czą­cy obie ko­pu­ły, za­pro­wa­dził ich do głów­ne­go ho­lu. Od ra­zu w oczy rzu­ci­ła się ta­bli­ca z lo­go kor­po­ra­cji. Przed­sta­wia­ło spi­ral­ną ga­lak­ty­kę, a po­ni­żej znaj­do­wał się na­pis: „G.I.C. – Po­ma­ga­my stwo­rzyć lep­sze świa­ty”.

Hol był po­miesz­cze­niem z krę­ty­mi scho­da­mi po obu stro­nach, pro­wa­dzą­cy­mi na pię­tro. Tam znaj­do­wa­ło się ob­ser­wa­to­rium, gdzie na mo­ni­to­rach wy­świe­tla­ne by­ły ob­ra­zy z ze­wnętrz­nych ka­mer, gdzie mo­gli śle­dzić pro­gno­zę po­go­dy. Sie­dzia­ła tam ko­bie­ta o krót­kich blond wło­sach. Z ko­mu­ni­ka­to­rem na uszach, tań­czy­ła smu­kły­mi pal­ca­mi po kla­wia­tu­rze. Geo­r­ge Ro­bin­son zo­sta­wił ba­ga­że ko­ło wej­ścia i spoj­rzał w gó­rę, na nią.

– Na­ta­sha, ja­ki mie­li­śmy wiatr?! – za­wo­łał. – Bo le­cąc tu, od­nio­słem wra­że­nie, jak­bym miał za­raz stra­cić skrzy­dła.

Vern­hard spoj­rzał z wy­rzu­tem na Ric­ka, a ten, po­chwy­ciw­szy je­go spoj­rze­nie, wzru­szył bez­rad­nie ra­mio­na­mi. Ko­bie­ta zlu­stro­wa­ła Vern­har­da, Pal­me­ra i Rich­te­ra, a po­tem po­pa­trzy­ła na pi­lo­ta.

– Trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów na go­dzi­nę – od­par­ła z ro­syj­skim ak­cen­tem. – Ale otar­li­ście się o wia­try Cha­ro­na, więc mo­gło wy­no­sić nie­co wię­cej.

Ho­li­day i Ro­bin­son wy­mie­ni­li się spoj­rze­nia­mi. Smith sta­nął obok Rich­te­ra i Vern­har­da i wska­zał na ko­bie­tę.

– Na­ta­sha Mi­kha­ilov, na­sza gu­ru od łącz­no­ści i in­for­ma­ty­ki – rzu­cił. – To dzię­ki niej ma­my ja­ki­kol­wiek kon­takt ze świa­tem ze­wnętrz­nym.

– Nie za­po­mi­nasz o na­szych dziel­nych pi­lo­tach? – Usły­sze­li in­ny ko­bie­cy głos. – Ktoś prze­cież za­ła­twia nam za­opa­trze­nie, praw­da?

Wszy­scy od­wró­ci­li się w sam raz, by zo­ba­czyć ko­lej­ne dwie oso­by, któ­re wła­śnie we­szły do ho­lu z wej­ścia po le­wej. Ko­bie­ta o czar­nych wło­sach za­wi­nię­tych w ku­cyk i bia­łym ki­tlu w to­wa­rzy­stwie wy­so­kie­go męż­czy­zny o sze­ro­kich ra­mio­nach zbli­ży­ła się do nich i uści­snę­ła każ­de­mu rę­kę. Naj­dłu­żej ści­ska­ła dłoń Vern­har­da.

– Ca­ro­li­ne Fenn. Bio­log. – Uśmiech­nę­ła się.

– Paul Vern­hard. Też pa­nią spro­wa­dzi­li do zba­da­nia zna­le­zi­ska?

– Nie, je­stem człon­kiem eki­py – za­prze­czy­ła. – Ana­li­zu­je­my po­szcze­gól­ne skła­dy che­micz­ne, aby spraw­dzić, ja­kie mo­gą mieć wpływ na ży­wy or­ga­nizm. To ru­ty­no­we ba­da­nia. Na nich mo­że opie­rać się usta­wie­nie pro­gra­mu do no­we­go pro­ce­so­ra at­mos­fe­rycz­ne­go.

Vern­hard ski­nął gło­wą i przyj­rzał się jej to­wa­rzy­szo­wi. Ten przez chwi­lę ob­ser­wo­wał ich w mil­cze­niu, po czym wy­cią­gnął swo­ją ma­syw­ną dłoń w kie­run­ku kse­no­lo­ga.

– Alek­sei Iva­nov – przed­sta­wił się. Miał po­tęż­ny, głę­bo­ki głos. – Ale wszy­scy mi mó­wią Ivan, więc mo­że mnie pan tak na­zy­wać.

Roz­mo­wa sa­ma się roz­wi­nę­ła. Pod­czas gdy Vern­hard po­zna­wał za­ło­gę sta­cji ba­daw­czej, Geo­r­ge za­brał ba­ga­że i po­szedł przy­go­to­wać kwa­te­ry dla Vern­har­da, Rich­te­ra i Pal­me­ra. Ho­li­day tym­cza­sem wró­cił do stat­ku, że­by do­ko­nać prze­glą­du. Smith tak­że prze­pro­sił to­wa­rzy­stwo i opu­ścił hol.

Ivan był po­cho­dze­nia ro­syj­skie­go, po­dob­nie jak Na­ta­sha. Zaj­mo­wał się głów­nie pra­cą w te­re­nie oraz in­sta­la­cją prze­no­śne­go sprzę­tu. Za­pro­po­no­wał dla no­wo przy­by­łych cie­pły po­si­łek i ca­łą gru­pą opu­ści­li hol, wcho­dząc do le­we­go ko­ry­ta­rza. Cią­gnął się wzdłuż ścia­ny, wo­kół ca­łej ko­pu­ły i koń­czył się na po­wrót w ho­lu po je­go dru­giej stro­nie. Obok przez okna Vern­hard mógł zo­ba­czyć po­wierzch­nię Ka­ra­mis. Na ze­wnątrz pa­no­wa­ła za­mieć. Z nie­ba bez­u­stan­nie pa­dał śnieg o wy­bla­kłym, sza­rym ko­lo­rze. Na nie­wy­raź­nym ho­ry­zon­cie ma­ja­czy­ły wzno­szą­ce się wy­so­ko gór­skie szczy­ty. Fenn ob­ja­śnia­ła spo­sób ich pra­cy oraz ogól­ne dzia­ła­nie kom­plek­su. Opo­wia­da­ła też o sa­mej pla­ne­cie, jej wła­ści­wo­ściach i na­uko­wych spo­strze­że­niach.

– Ogól­nie rzecz bio­rąc… – cią­gnę­ła – w at­mos­fe­rze Ka­ra­mis znaj­du­ją się nie­wiel­kie ilo­ści tle­nu – tyl­ko czter­na­ście pro­cent. Na­to­miast po­sia­da ona zdu­mie­wa­ją­cą ilość ar­go­nu. Aż trzy­dzie­ści je­den pro­cent. W za­sa­dzie nie sta­no­wi to zbyt­niej róż­ni­cy, po­nie­waż ar­gon nie jest szko­dli­wy dla czło­wie­ka.

– Więc w czym pro­blem? – wtrą­cił Rich­ter, co rusz ro­biąc zdję­cia swo­im apa­ra­tem.

– W skła­dzie at­mos­fe­ry wy­stę­pu­ją też in­ne pier­wiast­ki – od­par­ła Fenn. – Wo­dór sta­no­wi trzy­na­ście pro­cent. Z te­go po­wo­du ma­my w po­wie­trzu spo­rą wil­goć. Śla­do­we ilo­ści dwu­tlen­ku wę­gla też nie szko­dzą zdro­wiu, ale je­den pro­cent sta­no­wi mie­szan­ka tru­ją­cych ga­zów. Po­nad­to czter­dzie­ści pro­cent skła­du po­wie­trza to azot.

– Ale azot prze­cież na­wet w du­żych ilo­ściach nie jest szko­dli­wy, praw­da? – pod­su­nął Vern­hard.

– To praw­da – przy­zna­ła Fenn. – Na Zie­mi też wy­stę­pu­je w du­żych ilo­ściach, ale tam ci­śnie­nie wy­no­si nie­ca­łą jed­ną at­mos­fe­rę. Tu­taj ci­śnie­nie jest więk­sze, trzy ko­ma je­den ate­em1. Wdy­cha­jąc po­wie­trze z Ka­ra­mis, czło­wiek mo­że się za­truć. Ty­po­we ob­ja­wy to eu­fo­ria, ga­dul­stwo, spo­wol­nie­nie re­ak­cji na bodź­ce, a na­wet skłon­ność do śmie­chu.

– Czy­li jak ode­tchnę po­za kom­bi­ne­zo­nem, to moż­na na mnie po­sta­wić krzy­żyk? – do­py­ty­wał Rich­ter.

– Pierw­szych kil­ka od­de­chów pa­na nie za­bi­je – za­pew­ni­ła Fenn. – Ale nie chciał­by pan od­czu­wać skut­ków ta­kie­go za­tru­cia. Oczy­wi­ście… – do­da­ła uspo­ka­ja­ją­co – je­ste­śmy od­po­wied­nio przy­go­to­wa­ni na­wet na ta­kie wy­pad­ki.

W pierw­szej ko­lej­no­ści mi­nę­li kom­pleks miesz­kal­ny, gdzie za­kwa­te­ro­wa­ni by­li wszy­scy pra­cow­ni­cy sta­cji. Ro­bin­son aku­rat wy­cho­dził stam­tąd i wy­ja­śnił Vern­har­do­wi, Pal­me­ro­wi oraz Rich­te­ro­wi, któ­re po­ko­je bę­dą zaj­mo­wać. Po­dzię­ko­wa­li mu, a pi­lot ru­szył z po­wro­tem do głów­ne­go ho­lu. Vern­hard ode­tchnął z ulgą na myśl o wy­god­nym łóż­ku. To mu przy­po­mnia­ło, że od chwi­li, kie­dy po­sta­wił sto­pę na sta­cji, miał nie­od­par­te uczu­cie lek­ko­ści.

– Od chwi­li lą­do­wa­nia czu­ję się nie­zwy­kle lek­ki – po­sta­no­wił za­gad­nąć do Fenn. – Czy to mo­że mieć ja­kiś zwią­zek z tą pla­ne­tą?

– Si­ła przy­cią­ga­nia na Ka­ra­mis jest o jed­ną czwar­tą mniej­sza niż na Zie­mi – od­po­wie­dzia­ła bio­log. – To przez cien­ką at­mos­fe­rę pla­ne­ty. Przy­zwy­czai się pan.

Gru­pa kro­czy­ła da­lej krę­tym ko­ry­ta­rzem, aż do­tar­ła do drzwi pro­wa­dzą­cych do ja­dal­ni. By­ło to prze­stron­ne po­miesz­cze­nie z wiel­kim sto­łem po­środ­ku. Vern­hard do­my­ślił się, że pra­cow­ni­cy mie­li w zwy­cza­ju ja­dać wspól­nie po­sił­ki. Wo­kół sta­ły też in­ne mniej­sze sto­li­ki, ale tyl­ko ten więk­szy wy­glą­dał na czę­sto uży­wa­ny.

Au­to­ma­tycz­nie za­ser­wo­wa­ne je­dze­nie nie wy­glą­da­ło ape­tycz­nie, ale za­pach po­tra­wy był przy­jem­ny dla noz­drzy. Roz­go­ści­li się przy naj­więk­szym sto­le, po czym roz­po­czę­li po­si­łek i dys­ku­to­wa­li za­wzię­cie. Rich­ter mach­nął łyż­ką wo­kół swo­jej ta­cy, uno­sząc przy tym brew.

– Dziw­ne – rzekł. – Nie je­stem zwo­len­ni­kiem sztucz­nej żyw­no­ści, ale to mi na­wet sma­ku­je. Nie czuć tak che­mią.

Pal­mer się ro­ze­śmiał, a Schne­ider ob­ró­cił się w kie­run­ku re­por­te­ra.

– To dla­te­go, że to nie jest sztucz­na żyw­ność, pa­nie Rich­ter – oznaj­mił uprzej­mie. – Kor­po­ra­cja przede wszyst­kim za­pew­nia do­sko­na­łe wa­run­ki do pra­cy, mię­dzy in­ny­mi dba­jąc o do­star­cze­nie nam naj­lep­szej ja­ko­ści sprzę­tu i je­dze­nia. Dzię­ki te­mu pra­ca na­wet w su­ro­wych wa­run­kach jest zno­śna.

Vern­hard dłu­bał swo­im wi­del­cem w ta­le­rzu, za­my­ślo­ny.

– Kie­dy bę­dzie­my mo­gli zo­ba­czyć wrak? – skie­ro­wał py­ta­nie do Fenn.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na nie­go lek­ko za­sko­czo­na, że ją o to spy­tał. Wi­docz­nie to nie ona zaj­mo­wa­ła się or­ga­ni­za­cją po­dró­ży. Iva­nov prze­łknął swo­ją por­cję i po­słał mu ła­god­ny uśmiech.

– Jak tyl­ko się roz­po­go­dzi – oznaj­mił. – Czy­li za ja­kieś dwie go­dzi­ny. Naj­pierw uda­my się do punk­tu ob­ser­wa­cyj­ne­go, a stam­tąd do zna­le­zi­ska.

– Co to punkt ob­ser­wa­cyj­ny? – za­in­te­re­so­wał się Rich­ter.

– To osob­ny kom­pleks. – Iva­nov oparł się wy­god­nie na krze­śle. – Ana­li­zu­je­my tam zmia­ny at­mos­fe­rycz­ne i na bie­żą­co sta­ra­my się mo­ni­to­ro­wać pro­gno­zę. Jest wy­bu­do­wa­ny od­dziel­nie, ład­ny ka­wa­łek dro­gi od ośrod­ka, na wznie­sie­niu.

Ke­vin ski­nął gło­wą i za­pi­sał coś w swo­im no­te­sie. Kie­dy koń­czy­li po­si­łek, zja­wił się Smith z wie­ścia­mi.

– Roz­ma­wia­łem z Ed­diem przez ra­dio – rzu­cił. – Uda­ło mu się roz­kru­szyć lód z ca­łej bocz­nej czę­ści wra­ku. Jak do­pi­sze nam szczę­ście, to jesz­cze dziś uda nam się wejść do środ­ka.

Wszy­scy przy­ję­li no­wi­nę z ra­do­sny­mi uśmie­cha­mi. Szcze­gól­nie Vern­hard i Schne­ider. Obaj aż pa­li­li się, że­by móc zba­dać coś, cze­go jesz­cze nikt in­ny nie miał oka­zji na­wet zo­ba­czyć.

– No do­bra, dość le­ni­stwa. Hen­ry już szy­ku­je sprzęt, więc za pół­to­rej go­dzi­ny po­win­ni­ście wy­ru­szać, je­śli chce­cie zdą­żyć.

– Zdą­żyć na co? – spy­tał Rich­ter.

– Przed za­mie­cią – od­po­wie­dział Iva­nov. – A za­mie­cie na Ka­ra­mis są naj­więk­szą ku­pą gów­na, ja­ką pan mógł kie­dy­kol­wiek zo­ba­czyć.

***

Ośmio­ko­ło­wa cię­ża­rów­ka brnę­ła przez po­tęż­ne za­spy, ło­pa­tą od­gar­nia­jąc śnieg na bok i two­rząc tu­nel. Mi­ja­ła wy­so­kie słup­ki orien­ta­cyj­ne, mi­ga­ją­ce na szczy­cie ostrym świa­tłem. Cią­gnę­ły się w re­gu­lar­nych od­stę­pach co dwa­dzie­ścia me­trów, więc na­wet po­mi­mo kiep­skiej wi­docz­no­ści kie­row­ca mógł bez prze­szkód od­na­leźć dro­gę. Te­raz jed­nak śnieg nie­mal prze­stał sy­pać, a bla­de słoń­ce prze­bi­ja­ło się przez sza­re chmu­ry.

Hen­ry Potts pro­wa­dził cię­ża­rów­kę w mil­cze­niu, słu­cha­jąc mu­zy­ki z od­twa­rza­cza. Je­go czuj­ny wzrok nie od­ry­wał się ani na mo­ment od dro­gi, spo­glą­da­jąc po­przez oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne. Jed­ną rę­ką pu­ścił kie­row­ni­cę i po­pra­wił swo­je ciem­ne że­lo­wa­ne do gó­ry wło­sy. Po­zwo­lił so­bie na krót­kie spoj­rze­nie za sie­bie, na pa­sa­że­rów. Vern­hard i Fenn sie­dzie­li na­prze­ciw­ko Schne­ide­ra i Rich­te­ra. Da­lej obok by­li Pal­mer, Smith, Iva­nov i Mark Hig­gins. Hig­gins był me­dy­kiem, o nie­co ciem­nej kar­na­cji i ir­landz­kim ak­cen­cie. Każ­dy z pa­sa­że­rów ubra­ny był w bia­ły kom­bi­ne­zon ochron­ny. Roz­ma­wia­li na róż­ne te­ma­ty, w więk­szo­ści zwią­za­ne z na­uką i pro­wa­dzo­ny­mi ba­da­nia­mi. Rich­ter za­sy­py­wał wszyst­kich nie­zli­czo­ną licz­bą py­tań, bez­u­stan­nie za­pi­su­jąc uzy­ska­ne in­for­ma­cje w no­te­sie. Co ja­kiś czas uno­sił swój apa­rat i ro­bił se­rię zdjęć.

Iva­nov zer­k­nął na ze­ga­rek.

– Dzie­sięć mi­nut do punk­tu ob­ser­wa­cyj­ne­go – rzu­cił.

Hig­gins prze­rwał spraw­dza­nie fil­trów w heł­mach od ska­fan­drów i po­chy­lił się w kie­run­ku kie­row­cy.

– Hen­ry, ja­ka tem­pe­ra­tu­ra?! – za­wo­łał.

Potts spoj­rzał znad ciem­nych oku­la­rów na elek­trycz­ny ter­mo­stat.

– Trzy­dzie­ści osiem stop­ni po­ni­żej ze­ra – od­parł. – Praw­dzi­we ba­bie la­to.

Cię­ża­rów­ka za­czę­ła piąć się w gó­rę u pod­nó­ża wy­so­kich skał. Wzmoc­nio­ne, śnież­ne ko­ła miaż­dży­ły sza­ra­wy śnieg i drob­ne ka­mie­nie. Pa­sa­że­ro­wie od­czu­wa­li we­wnątrz je­dy­nie lek­kie wstrzą­sy.

– Dla­cze­go ten punkt ob­ser­wa­cyj­ny jest od­da­lo­ny od głów­ne­go kom­plek­su? – spy­tał Rich­ter.

– Po­zwa­la nam to ob­jąć ba­da­nia­mi więk­szą po­wierzch­nię glo­bu – wy­ja­śnił Smith. – Kiep­skie wa­run­ki po­go­do­we i cią­głe za­mie­cie utrud­nia­ją ska­ne­rom ana­li­zę. W przy­szło­ści, kie­dy na­sza pra­ca tu­taj do­bie­gnie koń­ca, kor­po­ra­cja Ter­ra roz­bu­du­je go i wy­ko­rzy­sta ja­ko do­dat­ko­we miej­sce do za­miesz­ka­nia.

Wszy­scy mu­sie­li się na­gle cze­goś zła­pać, bo przód cię­ża­rów­ki uniósł się jesz­cze bar­dziej. Gdzieś w głę­bi roz­legł się me­ta­licz­ny zgrzyt. Vern­hard mo­co­wał się z zam­ka­mi swo­je­go ska­fan­dra.

– Czy te kom­bi­ne­zo­ny za­pew­nia­ją do­sta­tecz­ną ochro­nę przed ni­ską tem­pe­ra­tu­rą?

Iva­nov przy­tak­nął.

– Chro­nią przed tem­pe­ra­tu­rą na­wet do mi­nus dzie­więć­dzie­się­ciu stop­ni. Do­pie­ro wte­dy od­czu­wa pan chłód. Nie­ste­ty zda­rza­ją się sy­tu­acje, w któ­rych wyj­ście na po­wierzch­nię jest nie­moż­li­we, po­nie­waż tem­pe­ra­tu­ra na Ka­ra­mis po­tra­fi osią­gnąć na­wet do mi­nus stu dwu­dzie­stu sied­miu stop­ni Cel­sju­sza.

Vern­hard ski­nął gło­wą ze zro­zu­mie­niem, po czym do­piąw­szy ostat­ni za­trzask, spró­bo­wał się od­prę­żyć. Nie by­ło to ła­twe.

Po go­dzi­nie, kie­dy już nie­co przy­zwy­cza­ił się do wstrzą­sów i ką­ta na­chy­le­nia po­jaz­du, do­strzegł przez okno na szczy­cie wznie­sie­nia pła­ski bu­dy­nek z nie­wiel­ką an­te­ną. Obok stał dru­gi blok, nie­mal tej sa­mej wiel­ko­ści, jed­nak z bra­mą wjaz­do­wą. To mu­siał być ga­raż, do­my­ślił się Vern­hard. Oba blo­ki łą­czył krót­ki ko­ry­tarz.

Bra­ma wjaz­do­wa się unio­sła. Vern­hard nie mógł stwier­dzić, czy to dzia­ło się au­to­ma­tycz­nie, czy po pro­stu we­wnątrz ktoś był i otwo­rzył dla nich wej­ście. We­dług re­la­cji Iva­na i Fenn w ob­ser­wa­to­rium za­wsze znaj­do­wa­ła się jed­na oso­ba.

Cię­ża­rów­ka wto­czy­ła się po ram­pie do ga­ra­żu, a bra­ma za nią za­mknę­ła się na po­wrót. Od­cze­ka­li, aż po­wie­trze w po­miesz­cze­niu zo­sta­nie oczysz­czo­ne, po czym Iva­nov roz­su­nął za­mknię­ty właz ślu­zy. Ze­sko­czy­li ko­lej­no z po­jaz­du, a Vern­hard ro­zej­rzał się po wnę­trzu. Ga­raż był sła­bo oświe­tlo­ny, jak­by ce­lo­wo ktoś chciał za­osz­czę­dzić na za­si­la­niu. Obok cię­ża­rów­ki stał jesz­cze dwu­oso­bo­wy śnież­ny ła­zik. Kse­no­log do­strzegł ma­ły warsz­tat i ca­łą ma­sę na­rzę­dzi, za­wie­szo­nych na pół­kach lub wa­la­ją­cych się po sto­łach warsz­ta­to­wych. Potts, sta­jąc obok Vern­har­da, skrzy­wił się z nie­sma­kiem.

– Co za bur­del – mruk­nął. – To pew­nie ro­bo­ta Ed­die­go. Ten czło­wiek jest nie­chluj­nym ba­ła­ga­nia­rzem.

Ru­szył za Iva­nem i Hig­gin­sem do drzwi wy­cho­dzą­cych na krót­ki ko­ry­tarz. Vern­hard i resz­ta po­szli ich śla­dem. Wcho­dząc do dru­gie­go bu­dyn­ku, Vern­hard za­uwa­żył, że jest tu zde­cy­do­wa­nie ja­śniej. Ta część ob­ser­wa­to­rium skła­da­ła się wy­łącz­nie z jed­ne­go prze­stron­ne­go po­miesz­cze­nia i to­a­le­ty. Dłu­gie okno cią­gnę­ło się na ca­łą sze­ro­kość po­miesz­cze­nia, da­jąc wi­dok ze szczy­tu gó­ry na po­wierzch­nię pla­ne­ty. Ca­ła ma­sa kom­pu­te­rów zo­sta­ła wy­myśl­nie usta­wio­na, tak by za­bie­ra­ły jak naj­mniej miej­sca. Me­ta­lo­wy stół na sa­mym środ­ku zo­stał za­ję­ty przez na­po­czę­tą żyw­ność i eks­pres do ka­wy. Obok znaj­do­wa­ła się mięk­ka wy­god­na ka­na­pa ze śla­da­mi czę­ste­go użyt­ko­wa­nia.

W głów­nej czę­ści ob­ser­wa­to­rium sie­dział w fo­te­lu blon­d­wło­sy męż­czy­zna, któ­ry od­wró­cił się i wstał na ich wi­dok.

– Nic nie po­psu­łem, a ten ba­ła­gan w ga­ra­żu to nie mo­ja ro­bo­ta – za­czął się go­rącz­ko­wo tłu­ma­czyć i wy­mu­sił z sie­bie uśmiech.

– A czy ktoś mó­wi, że to ty, Dick? – za­py­tał Potts i klep­nął go w ra­mię, Smith zaś wy­wró­cił ocza­mi.

– Za­wsze się umia­łeś po­ka­zać, Chan­dler – rzu­cił sar­ka­stycz­nie szef ośrod­ka. – Co jest? Na­ta­sha nie uprze­dzi­ła cię o na­szym przy­by­ciu?

Dick Chan­dler ski­nął gło­wą po­ta­ku­ją­co.

– Ależ uprze­dzi­ła, tyl­ko ja­koś nie mia­łem cza­su…

– Mniej­sza z tym. – Smith mach­nął nie­cier­pli­wie rę­ką. – To są Paul Vern­hard i Ke­vin Rich­ter. Pa­na Pal­me­ra już pew­nie znasz?

Chan­dler po­dał każ­de­mu z przy­jezd­nych dłoń i nie wie­dzieć cze­mu, wy­tarł ją o kom­bi­ne­zon ro­bo­czy. Vern­hard uniósł je­dy­nie w zdzi­wie­niu brew i po­słał Rich­te­ro­wi py­ta­ją­ce spoj­rze­nie.

Schne­ider prze­szedł mię­dzy ni­mi i zaj­rzał do jed­ne­go z pul­pi­tów pod oknem.

– Kom­pu­ter za­re­je­stro­wał coś no­we­go? – za­py­tał. – Ja­kieś ma­gne­tycz­ne od­chy­le­nia? De­li­kat­ne wstrzą­sy sej­smicz­ne? Mo­że ja­kieś ano­ma­lie?

Chan­dler wzru­szył ra­mio­na­mi, wy­raź­nie przy­zwy­cza­jo­ny do po­to­ku py­tań, ja­ki­mi ura­czył go na­uko­wiec.

– To sa­mo co zwy­kle, pa­nie Schne­ider. Żad­nych sen­sa­cji.

Sta­ry na­uko­wiec spra­wiał wra­że­nie roz­cza­ro­wa­ne­go. Vern­hard pod­szedł do okna i przyj­rzał się kra­jo­bra­zo­wi. W za­sa­dzie przy gor­szej po­go­dzie za­pew­ne nie­wie­le by­ło wi­dać. Te­raz jed­nak wi­dok pre­zen­to­wał się dość ni­ja­ko. Gdzieś w od­da­li ma­ja­czy­ły nie­ostre szczy­ty skał. Ca­łość mia­ła sza­ra­wą i nie­przy­jem­ną bar­wę. Fenn sta­nę­ła obok Vern­har­da i mu­sia­ła od­czy­tać je­go my­śli, bo po­wie­dzia­ła:

– Z re­gu­ły nie wy­glą­da to tak źle. Przy na­praw­dę ład­nej po­go­dzie mo­że pan stąd zo­ba­czyć na­wet szczyt an­te­ny prze­kaź­ni­ko­wej głów­ne­go ośrod­ka.

– A gdzie jest ten ośro­dek? – za­py­tał cie­ka­wie.

Wy­cią­gnę­ła rę­kę i wska­za­ła gdzieś na le­wo ja­kiś nie­wi­docz­ny punkt.

– Do­kład­nie tam, ja­kieś pięt­na­ście ki­lo­me­trów stąd.

Mi­mo iż wy­tę­żał wzrok, to i tak nic nie zo­ba­czył. Po­wró­cił więc do po­zo­sta­łych, któ­rzy za­wzię­cie o czymś roz­ma­wia­li. Smith wy­ja­śniał Rich­te­ro­wi oraz Pal­me­ro­wi prze­zna­cze­nie po­szcze­gól­nych urzą­dzeń. Na­stęp­nie Rich­ter za­pro­po­no­wał, by zro­bi­li zdję­cie, do któ­re­go Chan­dler i Potts spe­cjal­nie po­zo­wa­li. Szcze­rze uśmie­cha­li się do obiek­ty­wu, nie dla­te­go, że tak trze­ba, tyl­ko ra­czej z my­ślą o tym, że ich twa­rze uka­rzą się na pierw­szych stro­nach ga­zet. Na­stęp­nie Smith uznał, że czas naj­wyż­szy się zbie­rać. Potts miał za­stą­pić Chan­dle­ra, pod­czas gdy ten bę­dzie pro­wa­dzić cię­ża­rów­kę. Po pa­ru mi­nu­tach by­li z po­wro­tem na tra­sie, a Rich­ter, spo­glą­da­jąc przez okno na po­wo­li od­da­la­ją­ce się ob­ser­wa­to­rium, za­py­tał Chan­dle­ra:

– Wasz ko­le­ga nie bę­dzie się tam czuł sa­mot­ny?

– Żar­tu­je pan? – Dick się za­śmiał. – Czło­wiek lu­bi cza­sem uciec do od­lud­ne­go miej­sca, by za­znać chwi­li ci­szy i spo­ko­ju. Po­za tym jest tam ma­sa rze­czy, ja­kie moż­na ro­bić, by za­bić czas. Naj­lep­szą atrak­cją jest roz­mo­wa z Na­ta­shą przez sys­tem ko­mu­ni­ka­cji. – Ro­ze­śmiał się gło­śno, coś so­bie przy­po­mniaw­szy, i do­dał:  – Chło­pie! Z nią to moż­na faj­nie po­flir­to­wać! A ja­kie ona zna wy­myśl­ne hi­sto­rie…

***

Mi­nę­ło pół­to­rej go­dzi­ny, za­nim do­je­cha­li na miej­sce. Vern­hard wy­chy­lał się ze swo­je­go sie­dze­nia, chcąc wy­pa­trzeć co­kol­wiek, ale zo­ba­czył tyl­ko ko­lej­ny dziw­ny po­jazd, pro­wa­dzo­ny przez sku­pio­ne­go kie­row­cę. Po­cie­szał się, że przy­naj­mniej wiatr ze­lżał i prze­sta­ło pa­dać. Iva­nov jed­nak uprze­dził, iż ta­ka po­go­da nie utrzy­ma się dłu­go, dla­te­go po­win­ni się spie­szyć. Kie­dy wszy­scy pa­sa­że­ro­wie na­ło­ży­li heł­my na ska­fan­dry, Ivan i Fenn za­czę­li ko­lej­no spraw­dzać ich szczel­ność. Kie­dy skoń­czy­li, prze­szli do dru­giej czę­ści cię­ża­rów­ki ze ślu­zą i po za­mknię­ciu za so­bą drzwi Chan­dler otwo­rzył właz ze­wnętrz­ny i za­czę­li ze­ska­ki­wać na sza­rą po­wierzch­nię. Vern­hard czuł, jak za­pa­da się w za­spie pra­wie po ko­la­na. Prze­szedł z tru­dem pa­rę kro­ków, po czym schy­lił się i dło­nią odzia­ną w gru­bą rę­ka­wi­cę na­brał tro­chę śnie­gu. Przy­po­mi­nał nie­co po­piół, zu­peł­nie jak­by gdzieś nie­da­le­ko znaj­do­wał się czyn­ny wul­kan. Fenn wy­ja­śni­ła, że to efekt znaj­du­ją­cych się w po­wie­trzu ga­zów. Chan­dler na­gle po­chy­lił się i ze­brał spo­rą je­go garść. Ugniótł po­kaź­nych roz­mia­rów kul­kę, po czym ci­snął nią bez ostrze­że­nia w Hig­gin­sa, wo­ła­jąc je­dy­nie:

– Orien­tuj się!

Me­dyk nie zdą­żył się uchy­lić i obe­rwał w pra­we ra­mię.

– Co u dia­bła? – za­klął. Ko­mu­ni­ka­tor w heł­mie nie­co znie­kształ­cał je­go głos.

– Bo­że Na­ro­dze­nie w tym ro­ku przy­szło wcze­śnie! – za­re­cho­tał Chan­dler.

Hig­gins za­mie­rzał się ode­grać i rzu­cił w nie­go wła­sną śnież­ną ku­lą. Po­mię­dzy ni­mi roz­pę­ta­ła się bi­twa na śnież­ki. Vern­hard raz o ma­ło nie obe­rwał, ale w ostat­niej chwi­li unik­nął szy­bu­ją­ce­go w je­go stro­nę po­ci­sku. Za­uwa­żył, że Fenn tyl­ko po­krę­ci­ła gło­wą.

– Jak dzie­ci – mruk­nę­ła.

– Ro­zu­miem, że tu­taj świę­ta ob­cho­dzi się co­dzien­nie? – za­żar­to­wał Pal­mer. – Dzie­cia­ki mo­gą tyl­ko po­zaz­dro­ścić.

– Czy mo­że­my już iść, pro­szę?! – za­wo­łał Smith, kie­ru­jąc się w stro­nę dwóch in­nych ma­szyn. Jed­na z nich by­ła bliź­nia­czą wer­sją cię­ża­rów­ki, któ­rą się tu do­sta­li. – Dick, Mark, skończ­cie te wy­głu­py i rusz­cie się do ro­bo­ty!

Męż­czyź­ni prze­rwa­li po­pi­sy i za­czę­li iść za resz­tą gru­py. Iva­nov, idąc obok Vern­har­da, ski­nął gło­wą na Smi­tha i prze­sta­wiw­szy swój ko­mu­ni­ka­tor na za­mknię­tą li­nię, aby nikt in­ny go nie usły­szał, ci­cho rzekł:

– Tu­taj na­zy­wa­my go na­czel­ni­kiem wię­zien­nym. Chy­ba nie mu­szę mó­wić cze­mu?

Vern­hard za­śmiał się ci­cho. Smith wy­da­wał się nie­co zbyt po­waż­ny do tej pra­cy. Mo­że dla­te­go tak bar­dzo róż­nił się od resz­ty eki­py.

Wy­ko­pa­li­ska pro­wa­dzo­no u pod­nó­ża wiel­kiej gó­ry lo­do­wej. Ota­cza­ły je ca­łe ma­sy szczel­nych skrzyń, naj­roz­ma­it­sze ma­szy­ny oraz dwa po­jaz­dy. Je­den był wspo­mnia­ną wcze­śniej cię­ża­rów­ką, a dru­gi po­ru­sza­ją­cą się na sze­ściu gru­bych ko­łach ko­par­ką z wier­tłem i in­ny­mi wmon­to­wa­ny­mi urzą­dze­nia­mi. Ko­par­ka aku­rat się co­fa­ła, by za­raz po­tem za­trzy­mać się i wy­krę­cić w stro­nę no­wo przy­by­łych. Sil­nik po­jaz­du za­ka­słał i zgasł.

U pod­nó­ża gó­ry do­strze­gli wy­ko­pa­ny dół, sze­ro­ki mniej wię­cej na dzie­sięć me­trów i głę­bo­ki na sześć. Kie­dy zbli­ży­li się jesz­cze bar­dziej, Vern­hard za­uwa­żył, że ro­bot­ni­cy prze­bi­li już się przez war­stwę lo­do­wą, wprost do wra­ku. Do­pie­ro te­raz zdał so­bie spra­wę, że ga­pi się do­kład­nie na uwię­zio­ny pod po­wierzch­nią sta­tek ob­ce­go po­cho­dze­nia. Był wiel­ki o czar­no­mie­dzia­nym ko­lo­rze. Vern­hard do­strze­gał wy­raź­nie je­go za­rys. Wy­glą­dał, jak­by zo­stał zbu­do­wa­ny z sa­mych ogrom­nych ko­ści. Sta­tek le­żał nie­co na bo­ku, dzio­bem do do­łu. Miał tyl­ko jed­ną okrą­głą tur­bi­nę.

Za­par­ło mu dech w pier­siach, po­dob­nie jak Rich­te­ro­wi i Pal­me­ro­wi. Spo­tka­nie czło­wie­ka z ob­cą cy­wi­li­za­cją! Zda­rze­nie, któ­re na za­wsze przej­dzie do hi­sto­rii!

– Ro­bi wra­że­nie, nie­praw­daż? – Usły­sze­li głos za ple­ca­mi.

Od­wró­ci­li się i zo­ba­czy­li wiel­kie­go ni­czym mło­dy dąb czło­wie­ka w ska­fan­drze. Vern­hard wi­dział przez wi­zjer w heł­mie je­go kwa­dra­to­wą twarz o sil­nych szczę­kach. Wte­dy z ko­par­ki wy­sko­czył jesz­cze je­den ro­bot­nik, o bu­do­wie zde­cy­do­wa­nie drob­niej­szej od prze­cięt­ne­go czło­wie­ka. Ru­szył po­spiesz­nie ku nim.

– Masz ra­cję, Ben – przy­znał Iva­nov. – Ro­bi, i to ogrom­ne.

Kie­dy drob­ny kie­row­ca ko­par­ki w koń­cu do­tarł, Smith przed­sta­wił ich, po­czy­na­jąc od więk­sze­go.

– To Ben Thom­son, a to Ed­die Gib­son – rzekł. – Ja­ko pierw­si na­tknę­li się na wrak.

– Zu­peł­nie przy­pad­kiem – od­parł Ed­die nie­co za­chryp­nię­tym gło­sem. – To dzia­do­stwo o ma­ło nas nie za­bi­ło.

– Pro­wa­dzi­li­śmy ru­ty­no­we od­wier­ty, aby po­brać prób­ki zie­mi, kie­dy osu­nął się grunt z tej gó­ry – wy­ja­śnił Ben. – Nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a za­sy­pa­ło­by nas żyw­cem. Na szczę­ście w po­rę unik­nę­li­śmy nie­przy­jem­no­ści. O ma­ły włos, a sa­mi sta­li­by­śmy się ska­mie­li­ną.

Ostat­nia uwa­ga spra­wi­ła, że kil­ka osób się za­śmia­ło.

– Jak po­su­wa­ją się pra­ce? – za­py­tał Schne­ider.

– Roz­bi­li­śmy lód aż do sa­me­go wra­ku – od­parł Gib­son. – Od­sło­ni­li­śmy je­go nie­wiel­ki frag­ment i my­ślę, że mo­że­my przy­stą­pić do cię­cia la­se­rem, aby­ście mo­gli wejść do środ­ka. Moż­na po­wie­dzieć: je­ste­ście w sa­mą po­rę.

Kil­ka osób za­kla­ska­ło z en­tu­zja­zmem. No pro­szę. W cią­gu naj­bliż­szej go­dzi­ny bę­dą mie­li oka­zję zba­dać ob­cy wrak i kto wie, co znaj­dą w środ­ku… Mo­że na­wet za­hi­ber­no­wa­ne­go pi­lo­ta? Na­wet gdy­by nie żył, je­go cia­ło pod lo­dem do­brze by się za­cho­wa­ło. Vern­hard prze­stę­po­wał nie­cier­pli­wie z no­gi na no­gę, jak dziec­ko cze­ka­ją­ce na gwiazd­kę.

– Więc na co cze­ka­my? – Smith ski­nął na Chan­dle­ra i Iva­no­va. – Nie stój­cie tak. Po­móż­cie im, to mo­że szyb­ko się uwi­nie­my.

Chan­dler i Ivan ru­szy­li z Thom­so­nem i Ed­diem w stro­nę ma­szyn, aby za­cią­gnąć la­ser do wra­ku. Tym­cza­sem Vern­hard, Schne­ider i Fenn oglą­da­li sta­tek fa­cho­wym okiem.

– I co pan o tym my­śli? – za­py­tał na­uko­wiec.

– Po gru­bo­ści war­stwy lo­du, pod ja­ką się znaj­du­je, moż­na stwier­dzić, że le­ży tu od ja­kichś stu ty­się­cy lat, mo­że wię­cej – orzekł Vern­hard.

– Do­kład­niej dwie­ście ty­się­cy – od­par­ła Fenn z uśmie­chem. – Pa­le­on­to­lo­gia to mo­ja dru­ga z dzie­dzin. To oraz bo­ta­ni­ka.

– Gdzie­nie­gdzie do­strze­gam na­ru­sze­nie ka­dłu­ba stat­ku, co mo­że ozna­czać, że mu­siał lą­do­wać awa­ryj­nie. Sta­tek ma dziw­ną sy­me­trię, dość nie­zwy­kłą. Za­sta­na­wiam się, czy te… ko­ści są ja­kimś na­tu­ral­nym ma­te­ria­łem, czy też sztucz­nie wy­two­rzo­nym.

– To by by­ło od­kry­cie – do­da­ła Fenn. – Sta­tek opar­ty na tech­no­lo­gii bio­lo­gicz­nej. Pro­szę po­my­śleć, prom po­ru­sza­ją­cy się w prze­strze­ni ko­smicz­nej, po­sia­da­ją­cy swo­ją in­te­li­gen­cję. Nie pi­lo­to­wa­ny przez in­ną isto­tę, lecz wła­sną wo­lą.

Schne­ider po­ki­wał gło­wą i już chciał z na­wy­ku po­gła­dzić się po bro­dzie, ale przy­po­mniał so­bie o heł­mie.

– Rze­czy­wi­ście, pan­no Ca­ro­li­ne – po­wie­dział w za­my­śle­niu. – Wy­glą­da tro­chę tak, jak­by zo­stał wy­ho­do­wa­ny.

– Mo­że nie wy­bie­gaj­my tak my­śla­mi na­przód? – za­pro­po­no­wał Vern­hard. – Kto wie, co jest tam w środ­ku. Mo­że się oka­zać, że we­wnątrz znaj­dzie­my coś in­ne­go… Coś, cze­go nie po­tra­fi­my so­bie wy­obra­zić?

– Ma pan ra­cję – zgo­dził się na­uko­wiec, na­dal przy­glą­da­jąc się wra­ko­wi. Rich­ter stał obok i pstry­kał ko­lej­ne fot­ki. – Wie­le nad tym my­śla­łem. Od­kąd go zna­leź­li­śmy, nie mo­gę go so­bie wy­bić z gło­wy. Pro­szę mi wie­rzyć, to że­la­stwo na­psu­ło mi tak du­żo krwi, że ostat­nio zwy­kłem go na­zy­wać „das ver­dam­m­te Raum­schiff”. W cią­gu tych wszyst­kich dni zdą­ży­łem wy­my­ślić i od­rzu­cić set­ki naj­roz­ma­it­szych teo­rii na je­go te­mat. I nic.

Ob­ser­wo­wa­li, jak czte­rech ro­bot­ni­ków przy­tasz­czy­ło dziw­ne urzą­dze­nie w po­bli­że wra­ku. Ben Thom­son trzy­mał w dło­niach sam la­ser, od któ­re­go cią­gnę­ły się zwo­je ka­bli, łą­czą­ce się z aku­mu­la­to­rem, no­szo­nym na ple­cach przez Chan­dle­ra.

– Z pew­no­ścią mo­że­my przy­jąć na­stę­pu­ją­cą teo­rię, pro­fe­so­rze. – Vern­hard ukuc­nął, kre­śląc ja­kieś wzo­ry na śnie­gu. – Sta­tek nie po­cho­dzi stąd. To roz­bi­tek. Wy­lą­do­wał tu awa­ryj­nie, a po­tem za­ło­ga nie by­ła w sta­nie się wy­do­stać.

Nikt nie za­prze­czył. Chan­dler, Iva­nov, Thom­son i Gib­son znie­śli ostroż­nie la­ser na dno wy­ko­pu i usta­wi­li się przy od­kry­tym frag­men­cie stat­ku. Ivan i Ed­die wdra­pa­li się z po­wro­tem na szczyt, a Ben uru­cho­mił la­ser. Z je­go koń­ca wy­strze­lił cien­ki, czer­wo­na­wy pro­mień i wbił się w ka­dłub, tnąc stal. W gó­rę unio­sły się bia­łe ob­łocz­ki dy­mu. Wszy­scy od­cze­ka­li pięć mi­nut. Thom­son prze­rwał na chwi­lę pra­cę i mach­nął na nich rę­ką, aby się zbli­ży­li. Vern­hard, Schne­ider, Fenn, Rich­ter i Smith ze­szli na dół, a kie­dy zna­leź­li się do­sta­tecz­nie bli­sko, Ben rzu­cił:

– Tnie, ale mo­zol­nie to idzie – wy­ja­śnił. – Moc­ne to dia­bel­stwo, sko­ro opie­ra się na­wet la­se­ro­wi… ale dziu­rę wy­tnie­my. – Ile mo­że wam to za­jąć? – za­py­tał Smith.

Ben wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Pół go­dzi­ny, mo­że i wię­cej – od­parł.

– Bę­dzie­my mie­li nie­wie­le cza­su przed za­mie­cią. Nie prze­ry­waj­cie.

– Do­bra, od­suń­cie się.

– A mo­że­my po­pa­trzeć? – ode­zwał się Rich­ter.

– Ja­sne. Z dzie­sięć me­trów od nas i sta­raj­cie się nie pa­trzeć pro­sto na pro­mień.

Wy­ko­na­li po­le­ce­nie, a Thom­son uru­cho­mił na po­wrót la­ser. Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach Be­na i Chan­dle­ra mu­sie­li zmie­nić Ivan i Ed­die. Urzą­dze­nie nie by­ło lek­kie, aby utrzy­mać je w rę­kach przez tak dłu­gi czas, trze­ba mieć nie­li­chą krze­pę. Z re­gu­ły do ta­kich sy­tu­acji uży­wa­ło się jesz­cze wspor­ni­ka, ale pro­blem po­le­gał na przy­tasz­cze­niu go z gó­ry na dół, a po­tem z po­wro­tem. Na do­da­tek, jak cel­nie za­uwa­żył Smith, cza­su by­ło nie­wie­le.

Mi­nę­ło ko­lej­ne dzie­sięć mi­nut i Alek­sei wy­łą­czył la­ser. Ode­tchnął cięż­ko i ski­nął na ob­ser­wu­ją­cych go lu­dzi.

– Chy­ba się uda­ło – rzu­cił przez ra­mię.

Z ulgą od­sta­wi­li la­ser i wspól­nie na­par­li na wy­cię­tą okrą­głą pły­tę. Po­nie­waż le­d­wo drgnę­ła, Thom­son przy­szedł im z po­mo­cą. We trzech we­pchnę­li wy­cię­ty frag­ment do wnę­trza stat­ku, któ­ry wpadł tam z me­ta­licz­nym hu­kiem. We­wnątrz pa­no­wa­ły egip­skie ciem­no­ści. [...]

Zostało jeszcze 90% treści tej książki.

1 at­mos­fe­ra fi­zycz­na (atm) – po­za ukła­do­wa jed­nost­ka mia­ry ci­śnie­nia

Po­ni­żej ze­ra

isbn: 978-83-8423-276-7

© Ar­ka­diusz Fel­ler i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zub wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mag­da­le­na Bia­łek

ko­rek­ta: Aga­ta Ogó­rek

okład­ka: Kry­stian Że­la­zo

przy­go­to­wa­nie e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.